Best of Forum III
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O, a ja NADAL nie słuchałem, czy hajp opadł już dostatecznie by tego posłuchać bez presji? ^^
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
A można, jak najbardziej
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja nie wiem, czy presja kiedykolwiek odpadnie w pewnych muzbawkowych gronach. Dlatego takowych unikam.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jessie Ware - The Kill
Nie wiem, czy czytacie te wypierdy, które wrzucam pod kawałkami, które to szumnie nazywam opisami, ale gdybyście to robili, pewnikiem byście zauważyli, że większość nich nawiązuje do rzeczy, ludzi, zjawisk etc. mocno związanych z jakimś okresem w mojej PRZESZŁOŚCI. Zazwyczaj był to okres, w którym pasożytowałem, zbijałem bąki, albo byłem wkurzony, bo prawdę powiedziawszy nie pamiętam, bym robił w życiu inne rzeczy. Możliwe, że tak było, ale żaden z was nie ma na to dowodów. Anyway, czas na wyłamanie się z tego schematu i sytuację bezprecedensową. Zapodaję wam bowiem albowiem kawałek, o którego istnieniu dowiedziałem się ze 3 dni temu.
Czemu to właściwie robię? Pierwszym i najważniejszym powodem jest to, że mogę. Drugim i mniej ważnym jest to, że to jest przedstawiciel tego grona kawałków, które poznaje się dość losowo i które już od pierwszego odsłuchu przyciągają uwagę tym niesprecyzowanym CZYMŚ, a z każdym kolejnym jest coraz lepiej i lepiej i przez jakiś okres człowiek sobie uświadamia, że w sumie to na cholerę mu jakakolwiek inna muzyka - ofc do czasu osłuchania się z konkretnym tworem, ale potem z reguły one i tak gdzieś wracają i się przewijają i w ogóle jest fajne. Truizmy? Owszem. Pisałem to tutaj? Pewnie tak. Co z tego wynika? Nie mam pojęcia. W każdym razie ja wiem, że ten kawałek będzie hymnem mojego obecnego okresu w życiu, okresu o którym będę w stanie powiedzieć cokolwiek za jakiś czas, bo mam takie dziwne przeczucie, że za niedługo to wszystko może u mnie albo się rozjebać na drobne kawałki z hukiem godnym rozpierdalania się mojego życia w roku poprzednim, albo może się okazać, że (nadal) będzie normalnie i stabilnie. Albo jeszcze inaczej.
Diabli to wiedzą, a ja wiem, że siedzę se na stołku i słucham tej piosenki i jest po prostu mocarna jak draże Korsarz w 2003 roku. W ramach ciekawostki mogę wam napisać, że usłyszałem ją słuchając płyty Murzyna do bestki albumowej, tj. po prostu poleciała jako pierwsza po tym albumie jako automatyczna rekomendacja, ale odnoszę takie wrażenie, że jest to równie interesująca ciekawostka co fakt, że skorzystaniu z toalety myję ręce. No w każdym razie okazuje się, że te całe algorytmy nie są takie straszne, a w ogóle to ja wam tylko powiem, że naprawdę się nie boję tego, że AI oraz ChatGPT przejmą władzę nad światem.
I więcej nie, bo nie mam nic do powiedzenia. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=zOz_okS3bjE
Nie wiem, czy czytacie te wypierdy, które wrzucam pod kawałkami, które to szumnie nazywam opisami, ale gdybyście to robili, pewnikiem byście zauważyli, że większość nich nawiązuje do rzeczy, ludzi, zjawisk etc. mocno związanych z jakimś okresem w mojej PRZESZŁOŚCI. Zazwyczaj był to okres, w którym pasożytowałem, zbijałem bąki, albo byłem wkurzony, bo prawdę powiedziawszy nie pamiętam, bym robił w życiu inne rzeczy. Możliwe, że tak było, ale żaden z was nie ma na to dowodów. Anyway, czas na wyłamanie się z tego schematu i sytuację bezprecedensową. Zapodaję wam bowiem albowiem kawałek, o którego istnieniu dowiedziałem się ze 3 dni temu.
Czemu to właściwie robię? Pierwszym i najważniejszym powodem jest to, że mogę. Drugim i mniej ważnym jest to, że to jest przedstawiciel tego grona kawałków, które poznaje się dość losowo i które już od pierwszego odsłuchu przyciągają uwagę tym niesprecyzowanym CZYMŚ, a z każdym kolejnym jest coraz lepiej i lepiej i przez jakiś okres człowiek sobie uświadamia, że w sumie to na cholerę mu jakakolwiek inna muzyka - ofc do czasu osłuchania się z konkretnym tworem, ale potem z reguły one i tak gdzieś wracają i się przewijają i w ogóle jest fajne. Truizmy? Owszem. Pisałem to tutaj? Pewnie tak. Co z tego wynika? Nie mam pojęcia. W każdym razie ja wiem, że ten kawałek będzie hymnem mojego obecnego okresu w życiu, okresu o którym będę w stanie powiedzieć cokolwiek za jakiś czas, bo mam takie dziwne przeczucie, że za niedługo to wszystko może u mnie albo się rozjebać na drobne kawałki z hukiem godnym rozpierdalania się mojego życia w roku poprzednim, albo może się okazać, że (nadal) będzie normalnie i stabilnie. Albo jeszcze inaczej.
Diabli to wiedzą, a ja wiem, że siedzę se na stołku i słucham tej piosenki i jest po prostu mocarna jak draże Korsarz w 2003 roku. W ramach ciekawostki mogę wam napisać, że usłyszałem ją słuchając płyty Murzyna do bestki albumowej, tj. po prostu poleciała jako pierwsza po tym albumie jako automatyczna rekomendacja, ale odnoszę takie wrażenie, że jest to równie interesująca ciekawostka co fakt, że skorzystaniu z toalety myję ręce. No w każdym razie okazuje się, że te całe algorytmy nie są takie straszne, a w ogóle to ja wam tylko powiem, że naprawdę się nie boję tego, że AI oraz ChatGPT przejmą władzę nad światem.
I więcej nie, bo nie mam nic do powiedzenia. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=zOz_okS3bjE
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kurde, to ja chyba jakiś wyjątkowy byłem, bo jak se tak sięgam pamięcią to nie pamiętam by gdziekolwiek w jakiejkolwiek mojej bańce forsowano ten album jako cholera wie co, może jakieś pojedyncze indywiduua co najwyżej. xd Szczerze mówiąc, nawet go nie pamiętam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zajefajnie, nawet jeśli recka płyty Jessie okaże się kijowa ale fajnie że mentos robi te rzeczy o których każdy z nas myśli a jednak ich nie robi (czyt. wrzucenie do bestki nowo poznanego numeru) 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wiem że mentos nie wie, czy czytamy jego wypierdy, bo on nie czyta nas na temat jego wrzutek hehhe
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Olivia Rodrigo - Happier
No dobra nigdy nie wrzucałem utworów, które znam tak krótko. Ale zrobię to tym razem z dwóch powodów.
Po pierwsze pomyślałem sobie, że jak Mentos mógł wrzucić utwór, który zna od... 3 dni, to ja tym bardziej mogę zaproponować coś, co znam od długich dwóch miesięcy.
Po drugie mimo krótkiego stażu tego utworu jestem absolutnie przekonany, że Happier na zawsze już pozostanie w moim top ever. Takie rzeczy się po prostu wie i już.
Od drugiej połowy marca Happier spędza mi sen z powiek. I już zawsze będzie mi się kojarzył z polskim morzem na przełomie zimy i wiosny. Córka od wielu miesięcy namawiała mnie na sprawdzenie Olivii, ale ja się opierałem. Zrobiłem ten sam błąd co kiedyś w przypadku Billie Eilish. Myślałem, że takie młodziutkie gwiazdki nie mają nic do zaoferowania gościowi w moim wieku. Oczywiście w obu przypadkach mocno się myliłem.
Jeszcze przed pierwszym służbowym wyjazdem nad morze w okolice Krynicy Morskiej ściągnąłem sobie album Sour. I właśnie tam wychodziłem sobie na spacery na całkowicie pustą i piękną plażę z muzyką Olivii w słuchawkach. Wędrując wzdłuż wody przez wiele kilometrów non stop słuchałem zapętlonego Happier. Po 1,5-2 godziny jeden utwór na okrągło i nie miałem dosyć. Byłem nienasycony i nie miałem ochoty włączać cokolwiek innego. Potem pojechałem już prywatnie z rodziną do Juraty i tam było to samo. I tydzień później znowu służbowo nad morze i Happier było jeszcze więcej. Ciary i wzruszenie nie ustępowały ani na milimetr. Mój last podaje jakieś 300 scrobbli Happier, ale uwierzcie, że to może 1/3 tego, ile naprawdę słuchałem tej piosenki. Bo znacznie więcej było odsłuchów na urządzeniach, które nie scrobblują muzyki. Ta mega faza jest w sumie bardzo podobna do tej, jaka udzieliła mi się rok wcześniej w przypadku Voyager - Birdy. A za co właściwie tak uwielbiam ten utwór?
Happier to króciutka niespełna 3 minutowa piosenka. Prosta jak to tylko możliwe. Ale wiadomo, że w prostocie często tkwi prawdziwa siła. Utwór oparty jest na najbardziej klasycznej i ogranej zagrywce klawiszowej na świecie. Pianinkowe arpeggio leci przez cały czas stopniowo obudowywane innymi nienachalnymi dźwiękami. Melodia jest po prostu przepiękna i wyjątkowa. Tak samo jak wyjątkowy jest głos Olivii. Panna Rodrigo w tych 3 minutach daje pokaz swoich możliwości wokalnych. Od delikatnych falsetów, które ściskają serce, do mocno postawionych dźwięków. Właściwie za każdym razem chłonę ten wokal jak gąbka, każde jej słowo. A reszta jest tylko pięknym dodatkiem. Jeżeli możliwe jest zakochać się w czyimś głosie, to jest to właśnie idealny przykład.
Mijają kolejne tygodnie, a ja słucham Happier i słucham. Pamiętam jak przez kilka tygodni musiałem się wręcz zmuszać do bestkowych wrzutek, bo nie miałem po prostu ochoty słuchać czegokolwiek poza Happier i Sour. Uwielbiam takie momenty i takie fazy muzyczne, bo one oznaczają, że ma się do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym. Przy Olivii zapomniałem nawet, że w ogóle wyszło jakieś Memento Mori.
https://www.youtube.com/watch?v=8kX6LwuhKLs
Warto jeszcze rzucić uchem na wersję live, gdzie pianino zostało od drugiej zwrotki w fajny sposób zastąpione przez gitary.
https://www.youtube.com/watch?v=P4doxO3UGg0
No dobra nigdy nie wrzucałem utworów, które znam tak krótko. Ale zrobię to tym razem z dwóch powodów.
Po pierwsze pomyślałem sobie, że jak Mentos mógł wrzucić utwór, który zna od... 3 dni, to ja tym bardziej mogę zaproponować coś, co znam od długich dwóch miesięcy.
Po drugie mimo krótkiego stażu tego utworu jestem absolutnie przekonany, że Happier na zawsze już pozostanie w moim top ever. Takie rzeczy się po prostu wie i już.
Od drugiej połowy marca Happier spędza mi sen z powiek. I już zawsze będzie mi się kojarzył z polskim morzem na przełomie zimy i wiosny. Córka od wielu miesięcy namawiała mnie na sprawdzenie Olivii, ale ja się opierałem. Zrobiłem ten sam błąd co kiedyś w przypadku Billie Eilish. Myślałem, że takie młodziutkie gwiazdki nie mają nic do zaoferowania gościowi w moim wieku. Oczywiście w obu przypadkach mocno się myliłem.
Jeszcze przed pierwszym służbowym wyjazdem nad morze w okolice Krynicy Morskiej ściągnąłem sobie album Sour. I właśnie tam wychodziłem sobie na spacery na całkowicie pustą i piękną plażę z muzyką Olivii w słuchawkach. Wędrując wzdłuż wody przez wiele kilometrów non stop słuchałem zapętlonego Happier. Po 1,5-2 godziny jeden utwór na okrągło i nie miałem dosyć. Byłem nienasycony i nie miałem ochoty włączać cokolwiek innego. Potem pojechałem już prywatnie z rodziną do Juraty i tam było to samo. I tydzień później znowu służbowo nad morze i Happier było jeszcze więcej. Ciary i wzruszenie nie ustępowały ani na milimetr. Mój last podaje jakieś 300 scrobbli Happier, ale uwierzcie, że to może 1/3 tego, ile naprawdę słuchałem tej piosenki. Bo znacznie więcej było odsłuchów na urządzeniach, które nie scrobblują muzyki. Ta mega faza jest w sumie bardzo podobna do tej, jaka udzieliła mi się rok wcześniej w przypadku Voyager - Birdy. A za co właściwie tak uwielbiam ten utwór?
Happier to króciutka niespełna 3 minutowa piosenka. Prosta jak to tylko możliwe. Ale wiadomo, że w prostocie często tkwi prawdziwa siła. Utwór oparty jest na najbardziej klasycznej i ogranej zagrywce klawiszowej na świecie. Pianinkowe arpeggio leci przez cały czas stopniowo obudowywane innymi nienachalnymi dźwiękami. Melodia jest po prostu przepiękna i wyjątkowa. Tak samo jak wyjątkowy jest głos Olivii. Panna Rodrigo w tych 3 minutach daje pokaz swoich możliwości wokalnych. Od delikatnych falsetów, które ściskają serce, do mocno postawionych dźwięków. Właściwie za każdym razem chłonę ten wokal jak gąbka, każde jej słowo. A reszta jest tylko pięknym dodatkiem. Jeżeli możliwe jest zakochać się w czyimś głosie, to jest to właśnie idealny przykład.
Mijają kolejne tygodnie, a ja słucham Happier i słucham. Pamiętam jak przez kilka tygodni musiałem się wręcz zmuszać do bestkowych wrzutek, bo nie miałem po prostu ochoty słuchać czegokolwiek poza Happier i Sour. Uwielbiam takie momenty i takie fazy muzyczne, bo one oznaczają, że ma się do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym. Przy Olivii zapomniałem nawet, że w ogóle wyszło jakieś Memento Mori.
https://www.youtube.com/watch?v=8kX6LwuhKLs
Warto jeszcze rzucić uchem na wersję live, gdzie pianino zostało od drugiej zwrotki w fajny sposób zastąpione przez gitary.
https://www.youtube.com/watch?v=P4doxO3UGg0
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To jest druga połowa trzeciej 25tki, więc jest miejsce na bieżące odkrycia jeśli faktycznie są takie duże (np Fishmans xD). Beka jeśli Mentos za miesiąc nie będzie już numeru pamiętał xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Nieprawda, bo przewijam tylko do recenzji swoich kawałków.Dragon pisze:11 maja 2023 14:34Wiem że mentos nie wie, czy czytamy jego wypierdy, bo on nie czyta nas na temat jego wrzutek hehhe
Nie no, jestem rad (i polon) z tego, że całkiem pozytywnie odebraliście moją wrzutę i wiela z was coś dla siebie znalazło. Kolejny raz jestem zaskoczony reakcją shodana, bo to kolejny raz, kiedy to nie zakładałem, że kupi moją wrzutę, a okazało się być zupełnie inaczej. Myślałem, że MIMO WSZYSTKO Hien będzie ciut pozytywniej nastawion, ale bywa i tak - to jest akurat ten casus, kiedy to doskonale rozumiem jego argumentację i w zasadzie nie mogę jej podważyć, ale po prostu się z tym nie zgadzam bo po prostu nie i tyle. No tak to wygląda ten no.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 16. (66.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
P.S.
taka ciekawostka - w tej chwili Melki ma dokładnie dwa razy mniej wrzutek co my (33/66)
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
P.S.
taka ciekawostka - w tej chwili Melki ma dokładnie dwa razy mniej wrzutek co my (33/66)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos, z taką muzą ryzyko jest takie, że jednego dnia może wejść kompletnie i dołączyć do jakiegoś best of życia, a drugiego dnia wylecieć drugim (heh) uchem i w ogóle nie skręcić do serca. Także wiesz, te numery zostają w rotacji u mnie, może kiedyś (jak to śpiewał Robert Szmit).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie chciałem być pierwszy, ale widzę, że to klątwa i inaczej się nie da.
Sokół feat. Oxy.gen - Murzyn (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
O Sokole wiem tylko tyle, że istnieje. Kiedy ta płyta wychodziła, byłem na początku studiów i polskiego hip-hopu nie słuchałem w ogóle, wręcz go unikałem. O ile blokerski hip-hop z początku dekady przemawiał do mnie połowicznie (ale to głównie zasługa dobrych bitów), to ten wypolerowany, wygłaskany z drugiej połowy lat 00wych mnie odrzucał i nie dawałem mu szansy. Na szczęście, tego typu odkrycia nie mają daty ważności. Nie jestem znawcą rapu jako środka ekspresji, więc wieżę na słowo, że Sokoła się średnio szanowało za nawijkę i nawet rozumiem z czego to może wynikać. To bardziej szybka recytacja. Tekstowo, jest dosyć cringowo, ale nie przekracza to IMO jakiejś granicy (ala „Jak zapomnieć”), jakoś ten tekst maluje klimat i pasuje do muzyki. W nocy zawsze takie durne myśli do głowy przychodzą, zatem nocą się generalnie nie powinno pisać tekstów, smsów, privów, itd. xD Muzycznie jest spoko, cold-hopowo, końcówka niemal jak z jakiegoś remiksu Daft Punk. Murzyn nadaje temu osobisty, życiowy kontekst, który wypełnia odpowiednie luki. Widzę klip, w którym Jacek siedzi sam w Bełchatowie, w pokoju, dostał kosza, więc idzie na spacer, ale tym razem nie tańczy, szare, wieczorne niebo, latarnie, pod koniec zaczyna padać, itd. Nie spodziewałem się rok temu, że będę tu dawał okejki za ckliwy hip-hop, ale oto jestem.
Black - Champagne
Najpierw Jacek kolejkę temu, teraz Adrian wali hien-corem, co Wy swoich corów nie macie? Minimal na akustyki. Format, który łatwo można położyć, ale jak się ma dobre piosenki, to bardzo trudno jest to zrobić. Uwielbiam taką muzykę. Nie będę już ciskał wytartych porównań z Nickiem D., bo oni nie mają ze sobą wiele wspólnego, ani pod kątem gry na gitarze, ani wokalu, ani czegokolwiek, ALE obaj wykonawcy potrafią utrzymać w swoich utworach ten balans między radością, a smutkiem. Musiał zwraca uwagę, że elementy kojarzą mu się z muzyką dawną, ja też to słyszę, ale na szczęście Black nie przegiął tu pały. Są też elementy country, ale tak subtelne, jak tylko się da. Kawałek przywodzi mi trochę na myśl „The Moon Touches Your Shoulder” Porcupine Tree, ponieważ tworzy mi w głowie podobne obrazy, czyli jakaś polana w lesie, lekka mgła, a zza koron drzew majaczy miasto Rampart z Heroes of Might and Magic 3 (i muzyka z tegoż miasta). Jest w tym utworze spokój, który sprawia, że człowiekowi się robi fajnie. Nie chcę się rozpisywać i rozbierać na części tego kawałka, to nie jest materiał na doktoryzowanie się, tylko czyste feelsy. Mam jeszcze jedno skojarzenie, też z Wilsona, jego instrumentalny, trochę zapomniany numer z końca lat 90, „Nuclear Head of an Angel”, to jest ten sam stan spokoju, polecam
https://www.youtube.com/watch?v=SL6IU_p_sME
Black to był gość i również jest mi niezmiernie szkoda, że odszedł tak nagle i tak szybko, do tego będąc nadal na porządnym, artystycznym gazie. RIP Colin.
Koledzy Murzyn i Dev uderzyli w tak sentymentalną nutę, że mam wrażenie jakbym znowu nie robił sobie zbytniej przysługi wjeżdżając po nich skocznym, pełnym radości numerem, ale skąd miałem wiedzieć, że MUSIAŁ I DEV (nie poprawiam błędu, bo z niego kisnę) obaj wjadą z „balladami”, a że Murzyn drugi raz z rzędu, to już w ogóle.
Shackleton - Asia In The Tabernacle
Próbowałem zrozumieć, co Dragon próbuje w swoim wpisie przekazać, ale się poddałem. Stwierdziłem, że muzyka będzie musiała mówić za siebie. To jest wrzutka w dosyć smokowym stylu, czyli ambient, jakiś bit, sample. Dragon-core. Monotonnie, ale w pozytywnym słowa znaczeniu, przynajmniej w miarę pozytywnym. Bit faktycznie zalatuje bardziej egzotyką, nie ma tu prostego rytmu, przypomina mi to niektóre rzeczy Radiohead z Kideja, czy Hail TTT, czy w ogóle z solówek Yorka. Sample głosów dodają psychodelicznej atmosfery, basik przyjemnie bzyczy „podłogowo”. Chwalę to niby, ale ostatecznie bywały lepsze rzeczy od Dragona w tym stylu, to jest po prostu ok, rzetelne jakby tu powiedział, w tej chwili chyba każdy lol. W dzień wchodziło średnio, w nocy lepiej, ale i tak mam wrażenie, że przesiedziałem w towrzystwie tej muzy więcej czasu, niż normalnie bym sobie tego życzył. Niemniej, trafia to do rotacji bestkowej, więc przyjdzie pewnie moment na olśnienie. TBH to jest chyba najgorsza muzyka do oceniania w ciągu dni/tygodni.
Irene Cara Dune - What a Feeling!
Oj, Melki, Melki. Król hitów z RMFu, chyba możemy uznać, że to korona, którą na ten moment odebrał Mentosowi. „Flashdance... What a Feeling” to kawałek, który oczywiście znam, znam bardzo dobrze, chociaż nigdy go sam z siebie nie włączyłem, bo i nie wiedziałbym nawet kto go wykonuję. Tyle, że jakiejś historii łyknąłem od dr Tomka. Irene Cara zmarła w ubiegłym roku, RIP. Swego czasu, chyba każdy tę piosenkę kojarzył z mema „peeedooofilleeeee” albo z polskiej wersji w reklamie pożyczek. Początek z fajnym arpem, jest mylący, już myślałem, że kurde to chyba inna piosenka, ale nie, potem już wskakuje właściwe tempo i lecimy. Za muzyką stoi Dżjordżjo, więc ma to odpowiednie podstawy, które można bez krzywienia się prejzować. Fajny jest ten instrumentalny mostek z gitarami, ładny miks, fajnie wyszło. Piosenkowo – są to typowe ejtisy, czyli coś, co przy dobrym wietrze może mi się spodobać, ale ten wiatr wieje raz dziennie od godziny 15:43, do 15:43:01. Sentymenty jednak robią swoje, jak coś leci w tle przez tyle lat, to człowiek się z tym oswaja i nagle muzyka działa niczym jakiś nostalgiczny ambient, np. z dzieciństwem miło kojarzą się dźwięki dochodzące z fabryki, bo ktoś mieszkał przy fabryce, albo zapach starych ryb, bo często bywał w porcie. „Flashdance” spełnia taką rolę i przez to ma jednak u mnie fory. Ale też mam nadzieję, że Melki ma jeszcze w zanadrzu kawałki, których nie zna każdy, łącznie z mrówkami, oknami i żwirem.
Jessie Ware - The Killers
Jedno wiem, Wujowi się to będzie podobało. W pierwszej chwili się zdziwiłem, jak to zobaczyłem, bo zarówno wrzucony przez Murzyna w poprzedniej kolejce utwór, jak i cały album „Glasshouse”, to nie jest coś, co kojarzy mi się z Miętowym. Wręcz przeciwnie. Tymczasem w/w Miętowy wrzuca Jessie Warę. No, ale włączyłem i od pierwszych dźwięków wszystko było jasne. To jest inna Jessie, w sensie, inna muzycznie i „The Kill” mi kompletnie pasuje do Mentosa, bo jest bardziej pretensjonalne, bardziej elektroniczne, i bardziej offowe niż to co zaoferował Murzyński Jan. Od początku skojarzyło mi się z Florence and the Machine, a w moim przypadku to nie jest pozytywne skojarzenie. A przesłuchanie „Glasshouse” chyba to jeszcze pogłębia, bo odnoszę wrażenie, że „The Kill” to taki trochę kaprys, żeby pokazać się z innej strony, a bardziej naturalne środowisko to płyta zapodana przez Murzyna (ale to wrażenie, bo ja się na JW nie znam). No, ale dosyć już tego pierniczenia, bo chyba zaczynam Sebe obrażać (Musiał mnie tak wyczulił na uczucia PT kolegów). Piosenka nie jest zła, powiem nawet, że jest spoko, ale bez szału. Na pewno na „Glasshouse” były rzeczy, które podobały mi się znacznie bardziej. O ile wrzuta Murzyna baaardzo mnie zachęciła do poznawania więcej, tak ta by mnie nie zachęciła w ogóle, bo po co mi jakaś kalka Florence z trąbkami na końcu? A nie wiem, może potrzebna. Ostatnio dużo się zastanawiałem nad tym, jak dużo zależy od tego w jakim momencie jakąś muzykę poznajemy. Rozumiecie, chodzi o to, że np. słyszymy utwór i spływa on po nas, a potem słyszymy go następnego dnia, ale coś dobrego się akurat dzieje, albo z kimś dobrym jesteśmy, albo nawet nie takie konkrety tylko totalny efekt motyla i nam coś do oka wpadło, albo obok zapachniało lodami waniliowymi i przez chwilę świat był lepszy, a życie prostsze i nagle numer ma 300 scrobbli na laście i na zawsze trafia do żelaznego kanonu życia i stanowi odniesienie do całego mindsetu i momentu, czy okresu w jakim się żyło. Może ja za każdym razem kiedy meham na Wasze piosenki, mijam się z jakimś potencjalnym numerem życia, ale przesłuchałem go godzinę za wcześnie i to już nigdy nie będzie to? To takie lekko smutne jest, podobnie można miłości swego życia nie spotkać, bo się człowiek zawahał i jednak nie wszedł do tego sklepu po bułki. Z tą myślą Was zostawiam. Tzn. przechodzę do następnego utworu.
Olivia Rodrigo - Happier Than Ever
OLYWIA RODERIGOO (tak, w głowie wymawiam to z akcentem). Mem i hit, zanim jeszcze trafił do bestki, kiedy to wydawało się, że Wuja wyjechał na wakacje na tydzień, ale zapomniał wyłączyć tego kawałka na kompie. Ile to było, milion scrobbli w ciągu dwudziestu minut? Kto by to pamiętał. Nie trzeba było urodzić się Chomskym, żeby dojść do tego, że Wuja to kiedyś tutaj zaprezentuje, zatem specjalnie nie sprawdzałem i cierpliwie czekałem. MAMY TO! Wuja zalewa nas słodyczą. Z początku wokal mi się skojarzył z A Fine Frenzy, więc fajnie. W tle trochę lunaparkowa muzyka, ale nadal ok. Ten kawałek brzmi jak ostatni kawałek na płycie, albo przedostatni, takie podniosłe, hymnowe grand finale ala „Happier Than Ever” na płycie Billie o tym samym tytule. Sprawdziłem, gówno, to nie jest ostatni ani przedostatni kawałek xD Ale brzmi jak jakieś zakończenie, jak ostatni numer w filmie romantycznym, kiedy para do siebie wraca, czy coś i mega happy end, mimo że głuchy nie jestem, tekst trochę w inną stronę idzie, ale vibe nadal pozostaje. Wuja, niby żołnierz, a człowiek o miękkim sercu. Piosenka go wzrusza, ja to rozumiem i kiedy setting jest odpowiedni, to też tak reaguję. Podejrzewam, że jak się wraca np. z pracy wnerwiony, włącza to, słyszy te słodycz i cienki głosik, to się tym rzuca o ścianę i więcej nie wraca. Powiedzmy, że mnie się to jednak udziela, jak Arturowi. Siedzę akurat w domu, ZNOWU podupadły na zdrowiu, i mnie to nawet rusza. Za pierwszym razem się skrzywiłem, bo za słodkie, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem, co tu dużo mówić, pękałem. Nie ma co się opierać, to jest dobra piosenka. FUN fact, żeby to połączyć z moją wrzutką. Utwór Wuja trwa 2:56, czyli dokładnie tyle ile trwają zazwyczaj kawałki zgłaszane do Eurowizji (bo nie mogą przekraczać 3 minut), a ponadto „Happier” brzmi totalnie jak damskie ballady, które pojawiają się przez ostatnie lata w tym konkursie (i to samo tyczy się Jessie Ware). Aż sprawdziłem, tzn babka pochodzi ze Stanów, ale nie dawało mi spokoju to, i co? Olivia brała udział w luksemburskich (tak, lol) eliminacjach do tak zwanej „Naszej Eurowizji” (fanowska wersja Eurowizji, która odbywa się w internecie) z utworem „Driver’s License”. Wuja, polecam Ci rzucić uchem na kobiecych wykonawców na Eurowizji, jestem przekonany, że byś wyniósł całe tony muzyki dla siebie (z tego grajdoła, to nawet więcej niż ja).
Ogólnie spoko kolejka, tylko 'rzetelne i wyżej' propozycje, kilka prawdziwych doskonałości (przede wszystkim Black).
Sokół feat. Oxy.gen - Murzyn (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
O Sokole wiem tylko tyle, że istnieje. Kiedy ta płyta wychodziła, byłem na początku studiów i polskiego hip-hopu nie słuchałem w ogóle, wręcz go unikałem. O ile blokerski hip-hop z początku dekady przemawiał do mnie połowicznie (ale to głównie zasługa dobrych bitów), to ten wypolerowany, wygłaskany z drugiej połowy lat 00wych mnie odrzucał i nie dawałem mu szansy. Na szczęście, tego typu odkrycia nie mają daty ważności. Nie jestem znawcą rapu jako środka ekspresji, więc wieżę na słowo, że Sokoła się średnio szanowało za nawijkę i nawet rozumiem z czego to może wynikać. To bardziej szybka recytacja. Tekstowo, jest dosyć cringowo, ale nie przekracza to IMO jakiejś granicy (ala „Jak zapomnieć”), jakoś ten tekst maluje klimat i pasuje do muzyki. W nocy zawsze takie durne myśli do głowy przychodzą, zatem nocą się generalnie nie powinno pisać tekstów, smsów, privów, itd. xD Muzycznie jest spoko, cold-hopowo, końcówka niemal jak z jakiegoś remiksu Daft Punk. Murzyn nadaje temu osobisty, życiowy kontekst, który wypełnia odpowiednie luki. Widzę klip, w którym Jacek siedzi sam w Bełchatowie, w pokoju, dostał kosza, więc idzie na spacer, ale tym razem nie tańczy, szare, wieczorne niebo, latarnie, pod koniec zaczyna padać, itd. Nie spodziewałem się rok temu, że będę tu dawał okejki za ckliwy hip-hop, ale oto jestem.
Black - Champagne
Najpierw Jacek kolejkę temu, teraz Adrian wali hien-corem, co Wy swoich corów nie macie? Minimal na akustyki. Format, który łatwo można położyć, ale jak się ma dobre piosenki, to bardzo trudno jest to zrobić. Uwielbiam taką muzykę. Nie będę już ciskał wytartych porównań z Nickiem D., bo oni nie mają ze sobą wiele wspólnego, ani pod kątem gry na gitarze, ani wokalu, ani czegokolwiek, ALE obaj wykonawcy potrafią utrzymać w swoich utworach ten balans między radością, a smutkiem. Musiał zwraca uwagę, że elementy kojarzą mu się z muzyką dawną, ja też to słyszę, ale na szczęście Black nie przegiął tu pały. Są też elementy country, ale tak subtelne, jak tylko się da. Kawałek przywodzi mi trochę na myśl „The Moon Touches Your Shoulder” Porcupine Tree, ponieważ tworzy mi w głowie podobne obrazy, czyli jakaś polana w lesie, lekka mgła, a zza koron drzew majaczy miasto Rampart z Heroes of Might and Magic 3 (i muzyka z tegoż miasta). Jest w tym utworze spokój, który sprawia, że człowiekowi się robi fajnie. Nie chcę się rozpisywać i rozbierać na części tego kawałka, to nie jest materiał na doktoryzowanie się, tylko czyste feelsy. Mam jeszcze jedno skojarzenie, też z Wilsona, jego instrumentalny, trochę zapomniany numer z końca lat 90, „Nuclear Head of an Angel”, to jest ten sam stan spokoju, polecam
https://www.youtube.com/watch?v=SL6IU_p_sME
Black to był gość i również jest mi niezmiernie szkoda, że odszedł tak nagle i tak szybko, do tego będąc nadal na porządnym, artystycznym gazie. RIP Colin.
Koledzy Murzyn i Dev uderzyli w tak sentymentalną nutę, że mam wrażenie jakbym znowu nie robił sobie zbytniej przysługi wjeżdżając po nich skocznym, pełnym radości numerem, ale skąd miałem wiedzieć, że MUSIAŁ I DEV (nie poprawiam błędu, bo z niego kisnę) obaj wjadą z „balladami”, a że Murzyn drugi raz z rzędu, to już w ogóle.
Shackleton - Asia In The Tabernacle
Próbowałem zrozumieć, co Dragon próbuje w swoim wpisie przekazać, ale się poddałem. Stwierdziłem, że muzyka będzie musiała mówić za siebie. To jest wrzutka w dosyć smokowym stylu, czyli ambient, jakiś bit, sample. Dragon-core. Monotonnie, ale w pozytywnym słowa znaczeniu, przynajmniej w miarę pozytywnym. Bit faktycznie zalatuje bardziej egzotyką, nie ma tu prostego rytmu, przypomina mi to niektóre rzeczy Radiohead z Kideja, czy Hail TTT, czy w ogóle z solówek Yorka. Sample głosów dodają psychodelicznej atmosfery, basik przyjemnie bzyczy „podłogowo”. Chwalę to niby, ale ostatecznie bywały lepsze rzeczy od Dragona w tym stylu, to jest po prostu ok, rzetelne jakby tu powiedział, w tej chwili chyba każdy lol. W dzień wchodziło średnio, w nocy lepiej, ale i tak mam wrażenie, że przesiedziałem w towrzystwie tej muzy więcej czasu, niż normalnie bym sobie tego życzył. Niemniej, trafia to do rotacji bestkowej, więc przyjdzie pewnie moment na olśnienie. TBH to jest chyba najgorsza muzyka do oceniania w ciągu dni/tygodni.
Irene Cara Dune - What a Feeling!
Oj, Melki, Melki. Król hitów z RMFu, chyba możemy uznać, że to korona, którą na ten moment odebrał Mentosowi. „Flashdance... What a Feeling” to kawałek, który oczywiście znam, znam bardzo dobrze, chociaż nigdy go sam z siebie nie włączyłem, bo i nie wiedziałbym nawet kto go wykonuję. Tyle, że jakiejś historii łyknąłem od dr Tomka. Irene Cara zmarła w ubiegłym roku, RIP. Swego czasu, chyba każdy tę piosenkę kojarzył z mema „peeedooofilleeeee” albo z polskiej wersji w reklamie pożyczek. Początek z fajnym arpem, jest mylący, już myślałem, że kurde to chyba inna piosenka, ale nie, potem już wskakuje właściwe tempo i lecimy. Za muzyką stoi Dżjordżjo, więc ma to odpowiednie podstawy, które można bez krzywienia się prejzować. Fajny jest ten instrumentalny mostek z gitarami, ładny miks, fajnie wyszło. Piosenkowo – są to typowe ejtisy, czyli coś, co przy dobrym wietrze może mi się spodobać, ale ten wiatr wieje raz dziennie od godziny 15:43, do 15:43:01. Sentymenty jednak robią swoje, jak coś leci w tle przez tyle lat, to człowiek się z tym oswaja i nagle muzyka działa niczym jakiś nostalgiczny ambient, np. z dzieciństwem miło kojarzą się dźwięki dochodzące z fabryki, bo ktoś mieszkał przy fabryce, albo zapach starych ryb, bo często bywał w porcie. „Flashdance” spełnia taką rolę i przez to ma jednak u mnie fory. Ale też mam nadzieję, że Melki ma jeszcze w zanadrzu kawałki, których nie zna każdy, łącznie z mrówkami, oknami i żwirem.
Jessie Ware - The Killers
Jedno wiem, Wujowi się to będzie podobało. W pierwszej chwili się zdziwiłem, jak to zobaczyłem, bo zarówno wrzucony przez Murzyna w poprzedniej kolejce utwór, jak i cały album „Glasshouse”, to nie jest coś, co kojarzy mi się z Miętowym. Wręcz przeciwnie. Tymczasem w/w Miętowy wrzuca Jessie Warę. No, ale włączyłem i od pierwszych dźwięków wszystko było jasne. To jest inna Jessie, w sensie, inna muzycznie i „The Kill” mi kompletnie pasuje do Mentosa, bo jest bardziej pretensjonalne, bardziej elektroniczne, i bardziej offowe niż to co zaoferował Murzyński Jan. Od początku skojarzyło mi się z Florence and the Machine, a w moim przypadku to nie jest pozytywne skojarzenie. A przesłuchanie „Glasshouse” chyba to jeszcze pogłębia, bo odnoszę wrażenie, że „The Kill” to taki trochę kaprys, żeby pokazać się z innej strony, a bardziej naturalne środowisko to płyta zapodana przez Murzyna (ale to wrażenie, bo ja się na JW nie znam). No, ale dosyć już tego pierniczenia, bo chyba zaczynam Sebe obrażać (Musiał mnie tak wyczulił na uczucia PT kolegów). Piosenka nie jest zła, powiem nawet, że jest spoko, ale bez szału. Na pewno na „Glasshouse” były rzeczy, które podobały mi się znacznie bardziej. O ile wrzuta Murzyna baaardzo mnie zachęciła do poznawania więcej, tak ta by mnie nie zachęciła w ogóle, bo po co mi jakaś kalka Florence z trąbkami na końcu? A nie wiem, może potrzebna. Ostatnio dużo się zastanawiałem nad tym, jak dużo zależy od tego w jakim momencie jakąś muzykę poznajemy. Rozumiecie, chodzi o to, że np. słyszymy utwór i spływa on po nas, a potem słyszymy go następnego dnia, ale coś dobrego się akurat dzieje, albo z kimś dobrym jesteśmy, albo nawet nie takie konkrety tylko totalny efekt motyla i nam coś do oka wpadło, albo obok zapachniało lodami waniliowymi i przez chwilę świat był lepszy, a życie prostsze i nagle numer ma 300 scrobbli na laście i na zawsze trafia do żelaznego kanonu życia i stanowi odniesienie do całego mindsetu i momentu, czy okresu w jakim się żyło. Może ja za każdym razem kiedy meham na Wasze piosenki, mijam się z jakimś potencjalnym numerem życia, ale przesłuchałem go godzinę za wcześnie i to już nigdy nie będzie to? To takie lekko smutne jest, podobnie można miłości swego życia nie spotkać, bo się człowiek zawahał i jednak nie wszedł do tego sklepu po bułki. Z tą myślą Was zostawiam. Tzn. przechodzę do następnego utworu.
Olivia Rodrigo - Happier Than Ever
OLYWIA RODERIGOO (tak, w głowie wymawiam to z akcentem). Mem i hit, zanim jeszcze trafił do bestki, kiedy to wydawało się, że Wuja wyjechał na wakacje na tydzień, ale zapomniał wyłączyć tego kawałka na kompie. Ile to było, milion scrobbli w ciągu dwudziestu minut? Kto by to pamiętał. Nie trzeba było urodzić się Chomskym, żeby dojść do tego, że Wuja to kiedyś tutaj zaprezentuje, zatem specjalnie nie sprawdzałem i cierpliwie czekałem. MAMY TO! Wuja zalewa nas słodyczą. Z początku wokal mi się skojarzył z A Fine Frenzy, więc fajnie. W tle trochę lunaparkowa muzyka, ale nadal ok. Ten kawałek brzmi jak ostatni kawałek na płycie, albo przedostatni, takie podniosłe, hymnowe grand finale ala „Happier Than Ever” na płycie Billie o tym samym tytule. Sprawdziłem, gówno, to nie jest ostatni ani przedostatni kawałek xD Ale brzmi jak jakieś zakończenie, jak ostatni numer w filmie romantycznym, kiedy para do siebie wraca, czy coś i mega happy end, mimo że głuchy nie jestem, tekst trochę w inną stronę idzie, ale vibe nadal pozostaje. Wuja, niby żołnierz, a człowiek o miękkim sercu. Piosenka go wzrusza, ja to rozumiem i kiedy setting jest odpowiedni, to też tak reaguję. Podejrzewam, że jak się wraca np. z pracy wnerwiony, włącza to, słyszy te słodycz i cienki głosik, to się tym rzuca o ścianę i więcej nie wraca. Powiedzmy, że mnie się to jednak udziela, jak Arturowi. Siedzę akurat w domu, ZNOWU podupadły na zdrowiu, i mnie to nawet rusza. Za pierwszym razem się skrzywiłem, bo za słodkie, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem, co tu dużo mówić, pękałem. Nie ma co się opierać, to jest dobra piosenka. FUN fact, żeby to połączyć z moją wrzutką. Utwór Wuja trwa 2:56, czyli dokładnie tyle ile trwają zazwyczaj kawałki zgłaszane do Eurowizji (bo nie mogą przekraczać 3 minut), a ponadto „Happier” brzmi totalnie jak damskie ballady, które pojawiają się przez ostatnie lata w tym konkursie (i to samo tyczy się Jessie Ware). Aż sprawdziłem, tzn babka pochodzi ze Stanów, ale nie dawało mi spokoju to, i co? Olivia brała udział w luksemburskich (tak, lol) eliminacjach do tak zwanej „Naszej Eurowizji” (fanowska wersja Eurowizji, która odbywa się w internecie) z utworem „Driver’s License”. Wuja, polecam Ci rzucić uchem na kobiecych wykonawców na Eurowizji, jestem przekonany, że byś wyniósł całe tony muzyki dla siebie (z tego grajdoła, to nawet więcej niż ja).
Ogólnie spoko kolejka, tylko 'rzetelne i wyżej' propozycje, kilka prawdziwych doskonałości (przede wszystkim Black).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Olivia Rodrigo - Happier
Chwała mentosowi że zrobił to co zrobił i tym samym popchnął wujka do tej wrzutki bo zastanawiałem się ile jeszcze będzie w stanie się powstrzymać od niej widząc ilość scrobbli tego numeru na jego laście w ostatnim czasie (zajrzałem dziś z ciekawości i ostatnie 50+ scrobbli to jest samo Happier - mind blown). W sumie mogę rzec że cieszę się wujowym szczęściem bo wiem jak fajnie przeżywać takie konkretne fazy na jakiś numer, zwłaszcza że ten utwór chyba już urósł do miana ulubionego numeru shodana ever. Ja sam z ciekawości posłuchałem go już jakieś dwa tygodnie temu bodajże widząc jak wujas nabija te scrobble i przyznam - rozumiem. Może co prawda nie jest ten utwór aż tak dobry w moim mniemaniu ale wiem dlaczego wujas tak się nim zajarał i dlaczego go zapętla. To ballada, bujający walczyk w stylu i aranżacji tak mocno typowych dla Taylor Swift chociażby (swoją drogą dopiero kolega zwrócił mi na to uwagę że brzmi jak Tejlorka), prosty utwór na oklepanych ale skutecznych patentach, czyli też coś z czego sklada się wrzucony przeze mnie album Glasshouse od Jessie Ware. Olivia Rodrigo jednakże wokalnie bliższa jest Taylor, ma jednak tą przewagę że jest młodsza i śpiewając ten niewinny utwór brzmi naturalnie gdzie Taylor Swift w podobnych numerach wypada już nieco infantylnie z racji metryki. Aranżacja prosta acz skuteczna jak mówiłem, pianinko buja, utwór się ładnie rozwija, świetne są te chórki w końcówce a majstersztykiem jest zamknięcie tego kawałka w mniej niż 3 minuty co tym samym zostawia niedosyt i skłania właśnie do zapętlania tego numeru. To jest radiowy produkt ale wyegzekwowany praktycznie bezbłędnie, świetnie się tego słucha i chętnie to człowiek zapętla tym samym nabijając więcej odtworzeń i scrobbli. To na pewno jedna z najlepszych wrzutek z cyklu śpiewające panie jakie wrzucał tu wujek obok "tolerate it" od TS i fajnie że w końcu zdecydował się na tą wrzutę.
P.S. w ramach ciekawostki dopowiem że najpierw z Olivią Rodrigo zetknąłem się ze dwa-trzy miesiące temu w Empiku gdzie zaglądam czasem polując na promki i jej płyta stała po dwie dyszki raptem i zastanawiałem się kto to u licha jest xD
Jessie Ware - The Kill
Przechodzimy teraz do prowodyra wujkowej wrzuty czyli mentosa, którego wrzutę poniekąd przypadkiem sam sprowokowałem moją płytą Jessie Ware i uważam że całkiem fajnie że tak się stało i jak to mawiam zawsze - przypadków nie ma. Jeżeli mentos wrzuca ten numer i mówi że jest soundtrackiem do jakiejś istotnej sytuacji która obecnie rozgrywa się w jego życiu to ja mu wierzę bo mentos to szczery gość i na tyle ile go już znam czuję że nie udaje takich rzeczy. Album What's Your Pleasure przesłuchiwałem swego czasu, był to po Glasshouse skręt Jessie w rytmy disco, trochę takich przemian tudzież ruchów stylistycznych było w tamtym pandemicznym czasie ale średnio mi to podchodziło bo kiedy biali artyści obecnie próbują grać czarną muzykę często gęsto jest to mocne rozwodnienie tematu i brakuje temu specyficznego feelingu. The Kill zdaje się był jednym z ciekawszych numerów na tej płycie akurat i brzmi bardziej naturalnie bo to takie elektroniczne low-key disco, ja to lubię, disco wcale nie musi być szybkie i zapędzać batem na parkiet słuchacza, czasem może bujać w stylu niektórych utworów Diany Ross czy Donny Summer (tak, one też miewały takie snujące się momenty). Znów trochę jak w przypadku Glasshouse czy Rodrigo mamy proste patenty, ograne i skuteczne, synthowe arpeggio plus smyczki robiące fajny klimat, do tego fajny tekst, dobrze wrócić do tego kawałka bo jednak po odsłuchu tamtego albumu odłożyłem go w kąt. Nie będzie zaskoczeniem jak napiszę że to teraz jedna z moich ulubionych wrzutek od mentosa (pewnie dlatego że tak niementosowa hehe). Życzę pomyślności z czymkolwiek tam się teraz nasz kolega zmaga życiowo.
Irene Cara - Flashdance... What A Feeling
Melczet jedzie utartym szlakiem radiowych przebojów ale tym razem nie jest to dla mnie aż tak drażniące bo wrzucił produkcję Giorgio Morodera. Ja lubię i preferuję te kolorowe neonowe amerykańskie ejtisy w przeciwieństwie od tych bardziej szaro-burych europejskich serwowanych częściej przez deva. Tu mamy takie Moroderowe italo-disco idące i na dyskę i do radyjka, taneczny przebój z silnym kobiecym wokalem a więc podobna rzecz do jego soundtracku do Scarface'a czy do tego co robiła Laura Branigan. Podobają mi się charakterystyczne dla niego synthowe arpeggio we wstępie utworu, podoba mi się też mostek którego nie pamiętałem zupełnie, ogólnie lepszy jest ten numer niż go pamiętałem więc tym razem to udany powrót za sprawą Melkiego - upiekło Ci się kolego ale liczę że nas jeszcze będziesz zaskakiwać wszak potrafiłeś serwować nam harfę czy arabski folk a nawet świetny funk więc liczę na Ciebie! Tymczasem nie mogę doczekać się jutra kiedy może znajdę chwilę by odpalić sobie moją płytę z OSTem do Flashdance której nawet rzetelnie nie posłuchałem jak dotąd a teraz czuję że mogę mieć na to fazę po tej wrzutce.
Dadi Freyr - 10 Years
Jak odpaliłem ten numer i usłyszałem smyczki to myślałem że będzie jakieś nordyckie smęcenie ale za chwilę klimat się zmienił, wjechał bit, wjechał wokal i pomyślałem sobie ŁO JEZUU MUNLUP COŚ TY WRZUCIŁ... Pierwsze nieodparte skojarzenie było oczywiste - to brzmi jak wczesne przeboje Calvina Harrisa, ba, nawet Dadi wokalnie brzmi mocno podobnie, generalnie koleżka który nie ma wybitnego wokalu ale jakiś tam sobie jest i podkład w stylizacji ejtisowo-dyskotekowej ale czuć i wiadomo że robionej współcześnie. Ja Calvina Harrisa sobie cenię, posiadam nawet jedną czy dwie płyty jego bo koleś robił te ejtisowe disco naprawdę dobrze a tu zarzut mam że ten bit brzmi cholernie płasko i generic. Wokalnie przypomina mocno Harrisa kiedy śpiewa niższe tony lub jakby szepcze ale przy wyższych brzmi tak sobie. Najzabawniejsze że w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "o rany jakie to strasznie nijakie, już Goldfinger było lepsze bo jakieś" i aż wróciłem sobie wtedy do Supermana i co? I okazało się że moje krzywdzące skojarzenia zdążyły wywietrzeć, że bas tam fajnie gra, że tekst jest bardzo spoko bo dwojako działa - i jako taki skejterski energiczny numer i jako dziaderski kawałek pisany z takiej perspektywy i ogółem okazało się że Superman jest super co skwitowałem sobie nawet serduszkiem na laście i że to w ogóle jednak było odkrycie poprzedniej kolejki a nie Art of Noise. No właśnie, tylko co z tego skoro my tu teraz z tym Dadim obcujemy a ten jest no taki spoko i tyle, taki właśnie islandzki Calvin Harris "w domu" z tego numeru wynika. W ogóle pomyślałem sobie że punk to żadne ryzyko ze strony munlupa i że właśnie kiedy wrzuca bardziej plastikowe numery jak ten podejmuje największe ryzyko (pamiętam nadal moje odbicie się od Nelly Furtado, wracałem po czasie i niestety nie pomogło). No ale to pozytywny numer jest, patenty proste ograne i skuteczne - acz z zastrzeżeniem moim że zrealizowane tak sobie, nieco zbyt płasko w moim odczuciu (o to jest swoją drogą mniej więcej to co pisałem o białych grających czarne klimaty, ten numer nie jest dość funky dla mnie, ciut mu brak feelingu, jest to takie właśnie rozwodnione/spłaszczone, na skróty, są klisze ale brak wyczucia, dopracowania)
Nie pogniewam się jak wrócimy do punku :]
Black - Charlemagne
Numer jest w zasadzie prosty, może nawet najprostszy w tej kolejce ale najtrudniej mi tym samym o nim pisać. Tu są emocje określone, feelsy, melancholia ale taka ciepła, wiosenna która z miejsca przywołała w mej głowie zeszłoroczne szaro-bure popołudnia wiosną przy dźwiękach Ich Warte czy munlupowego Vangelisa (Karl Hyde też nieco). Fajna melodia, wokal Blacka nie wiem czy akurat z gatunku moich ulubionych, ale może być, zasadniczo w temacie męskich ballad wolę chyba propozycje Kuby. Nie meham żeby nie było ale nie wiem czy będę wracał.
Shackleton - Asha In The Tabernacle
Tu słuchając tego numeru oczyma wyobraźni widzę jakaś tropikalną wyspę z tajnym laboratorium na niej pełnym dziwnych stworów czyli klimaty Farcry jakieś. Numer nie przywodzi mi na myśl dubstepu ani trochę a bardziej klimat znany mi z albumu DJ Spooky, mieszanka ambientu, dubowego sub-basu i klimatycznych efektów i wokali. Całość fajnie się powoli rozwija i raz za razem łapałem się na tym że początkowo nic mi ten numer nie robi a w końcówce już jestem w transie. Generalnie stary dobry Dragon-core za jakim powoli tęskniłem i jako część Twojej plejki najlepiej może wchodzić.
Całkiem fajna kolejka to była, wszystko było co najmniej dobre i z grubsza nie dublowaliśmy klimatów a płynnie przechodziliśmy od jednego do drugiego, tylko Dragon się wyrwał znowu z kolektywu ale i on nie zawiódł.
Chwała mentosowi że zrobił to co zrobił i tym samym popchnął wujka do tej wrzutki bo zastanawiałem się ile jeszcze będzie w stanie się powstrzymać od niej widząc ilość scrobbli tego numeru na jego laście w ostatnim czasie (zajrzałem dziś z ciekawości i ostatnie 50+ scrobbli to jest samo Happier - mind blown). W sumie mogę rzec że cieszę się wujowym szczęściem bo wiem jak fajnie przeżywać takie konkretne fazy na jakiś numer, zwłaszcza że ten utwór chyba już urósł do miana ulubionego numeru shodana ever. Ja sam z ciekawości posłuchałem go już jakieś dwa tygodnie temu bodajże widząc jak wujas nabija te scrobble i przyznam - rozumiem. Może co prawda nie jest ten utwór aż tak dobry w moim mniemaniu ale wiem dlaczego wujas tak się nim zajarał i dlaczego go zapętla. To ballada, bujający walczyk w stylu i aranżacji tak mocno typowych dla Taylor Swift chociażby (swoją drogą dopiero kolega zwrócił mi na to uwagę że brzmi jak Tejlorka), prosty utwór na oklepanych ale skutecznych patentach, czyli też coś z czego sklada się wrzucony przeze mnie album Glasshouse od Jessie Ware. Olivia Rodrigo jednakże wokalnie bliższa jest Taylor, ma jednak tą przewagę że jest młodsza i śpiewając ten niewinny utwór brzmi naturalnie gdzie Taylor Swift w podobnych numerach wypada już nieco infantylnie z racji metryki. Aranżacja prosta acz skuteczna jak mówiłem, pianinko buja, utwór się ładnie rozwija, świetne są te chórki w końcówce a majstersztykiem jest zamknięcie tego kawałka w mniej niż 3 minuty co tym samym zostawia niedosyt i skłania właśnie do zapętlania tego numeru. To jest radiowy produkt ale wyegzekwowany praktycznie bezbłędnie, świetnie się tego słucha i chętnie to człowiek zapętla tym samym nabijając więcej odtworzeń i scrobbli. To na pewno jedna z najlepszych wrzutek z cyklu śpiewające panie jakie wrzucał tu wujek obok "tolerate it" od TS i fajnie że w końcu zdecydował się na tą wrzutę.
P.S. w ramach ciekawostki dopowiem że najpierw z Olivią Rodrigo zetknąłem się ze dwa-trzy miesiące temu w Empiku gdzie zaglądam czasem polując na promki i jej płyta stała po dwie dyszki raptem i zastanawiałem się kto to u licha jest xD
Jessie Ware - The Kill
Przechodzimy teraz do prowodyra wujkowej wrzuty czyli mentosa, którego wrzutę poniekąd przypadkiem sam sprowokowałem moją płytą Jessie Ware i uważam że całkiem fajnie że tak się stało i jak to mawiam zawsze - przypadków nie ma. Jeżeli mentos wrzuca ten numer i mówi że jest soundtrackiem do jakiejś istotnej sytuacji która obecnie rozgrywa się w jego życiu to ja mu wierzę bo mentos to szczery gość i na tyle ile go już znam czuję że nie udaje takich rzeczy. Album What's Your Pleasure przesłuchiwałem swego czasu, był to po Glasshouse skręt Jessie w rytmy disco, trochę takich przemian tudzież ruchów stylistycznych było w tamtym pandemicznym czasie ale średnio mi to podchodziło bo kiedy biali artyści obecnie próbują grać czarną muzykę często gęsto jest to mocne rozwodnienie tematu i brakuje temu specyficznego feelingu. The Kill zdaje się był jednym z ciekawszych numerów na tej płycie akurat i brzmi bardziej naturalnie bo to takie elektroniczne low-key disco, ja to lubię, disco wcale nie musi być szybkie i zapędzać batem na parkiet słuchacza, czasem może bujać w stylu niektórych utworów Diany Ross czy Donny Summer (tak, one też miewały takie snujące się momenty). Znów trochę jak w przypadku Glasshouse czy Rodrigo mamy proste patenty, ograne i skuteczne, synthowe arpeggio plus smyczki robiące fajny klimat, do tego fajny tekst, dobrze wrócić do tego kawałka bo jednak po odsłuchu tamtego albumu odłożyłem go w kąt. Nie będzie zaskoczeniem jak napiszę że to teraz jedna z moich ulubionych wrzutek od mentosa (pewnie dlatego że tak niementosowa hehe). Życzę pomyślności z czymkolwiek tam się teraz nasz kolega zmaga życiowo.
Irene Cara - Flashdance... What A Feeling
Melczet jedzie utartym szlakiem radiowych przebojów ale tym razem nie jest to dla mnie aż tak drażniące bo wrzucił produkcję Giorgio Morodera. Ja lubię i preferuję te kolorowe neonowe amerykańskie ejtisy w przeciwieństwie od tych bardziej szaro-burych europejskich serwowanych częściej przez deva. Tu mamy takie Moroderowe italo-disco idące i na dyskę i do radyjka, taneczny przebój z silnym kobiecym wokalem a więc podobna rzecz do jego soundtracku do Scarface'a czy do tego co robiła Laura Branigan. Podobają mi się charakterystyczne dla niego synthowe arpeggio we wstępie utworu, podoba mi się też mostek którego nie pamiętałem zupełnie, ogólnie lepszy jest ten numer niż go pamiętałem więc tym razem to udany powrót za sprawą Melkiego - upiekło Ci się kolego ale liczę że nas jeszcze będziesz zaskakiwać wszak potrafiłeś serwować nam harfę czy arabski folk a nawet świetny funk więc liczę na Ciebie! Tymczasem nie mogę doczekać się jutra kiedy może znajdę chwilę by odpalić sobie moją płytę z OSTem do Flashdance której nawet rzetelnie nie posłuchałem jak dotąd a teraz czuję że mogę mieć na to fazę po tej wrzutce.
Dadi Freyr - 10 Years
Jak odpaliłem ten numer i usłyszałem smyczki to myślałem że będzie jakieś nordyckie smęcenie ale za chwilę klimat się zmienił, wjechał bit, wjechał wokal i pomyślałem sobie ŁO JEZUU MUNLUP COŚ TY WRZUCIŁ... Pierwsze nieodparte skojarzenie było oczywiste - to brzmi jak wczesne przeboje Calvina Harrisa, ba, nawet Dadi wokalnie brzmi mocno podobnie, generalnie koleżka który nie ma wybitnego wokalu ale jakiś tam sobie jest i podkład w stylizacji ejtisowo-dyskotekowej ale czuć i wiadomo że robionej współcześnie. Ja Calvina Harrisa sobie cenię, posiadam nawet jedną czy dwie płyty jego bo koleś robił te ejtisowe disco naprawdę dobrze a tu zarzut mam że ten bit brzmi cholernie płasko i generic. Wokalnie przypomina mocno Harrisa kiedy śpiewa niższe tony lub jakby szepcze ale przy wyższych brzmi tak sobie. Najzabawniejsze że w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "o rany jakie to strasznie nijakie, już Goldfinger było lepsze bo jakieś" i aż wróciłem sobie wtedy do Supermana i co? I okazało się że moje krzywdzące skojarzenia zdążyły wywietrzeć, że bas tam fajnie gra, że tekst jest bardzo spoko bo dwojako działa - i jako taki skejterski energiczny numer i jako dziaderski kawałek pisany z takiej perspektywy i ogółem okazało się że Superman jest super co skwitowałem sobie nawet serduszkiem na laście i że to w ogóle jednak było odkrycie poprzedniej kolejki a nie Art of Noise. No właśnie, tylko co z tego skoro my tu teraz z tym Dadim obcujemy a ten jest no taki spoko i tyle, taki właśnie islandzki Calvin Harris "w domu" z tego numeru wynika. W ogóle pomyślałem sobie że punk to żadne ryzyko ze strony munlupa i że właśnie kiedy wrzuca bardziej plastikowe numery jak ten podejmuje największe ryzyko (pamiętam nadal moje odbicie się od Nelly Furtado, wracałem po czasie i niestety nie pomogło). No ale to pozytywny numer jest, patenty proste ograne i skuteczne - acz z zastrzeżeniem moim że zrealizowane tak sobie, nieco zbyt płasko w moim odczuciu (o to jest swoją drogą mniej więcej to co pisałem o białych grających czarne klimaty, ten numer nie jest dość funky dla mnie, ciut mu brak feelingu, jest to takie właśnie rozwodnione/spłaszczone, na skróty, są klisze ale brak wyczucia, dopracowania)
Nie pogniewam się jak wrócimy do punku :]
Black - Charlemagne
Numer jest w zasadzie prosty, może nawet najprostszy w tej kolejce ale najtrudniej mi tym samym o nim pisać. Tu są emocje określone, feelsy, melancholia ale taka ciepła, wiosenna która z miejsca przywołała w mej głowie zeszłoroczne szaro-bure popołudnia wiosną przy dźwiękach Ich Warte czy munlupowego Vangelisa (Karl Hyde też nieco). Fajna melodia, wokal Blacka nie wiem czy akurat z gatunku moich ulubionych, ale może być, zasadniczo w temacie męskich ballad wolę chyba propozycje Kuby. Nie meham żeby nie było ale nie wiem czy będę wracał.
Shackleton - Asha In The Tabernacle
Tu słuchając tego numeru oczyma wyobraźni widzę jakaś tropikalną wyspę z tajnym laboratorium na niej pełnym dziwnych stworów czyli klimaty Farcry jakieś. Numer nie przywodzi mi na myśl dubstepu ani trochę a bardziej klimat znany mi z albumu DJ Spooky, mieszanka ambientu, dubowego sub-basu i klimatycznych efektów i wokali. Całość fajnie się powoli rozwija i raz za razem łapałem się na tym że początkowo nic mi ten numer nie robi a w końcówce już jestem w transie. Generalnie stary dobry Dragon-core za jakim powoli tęskniłem i jako część Twojej plejki najlepiej może wchodzić.
Całkiem fajna kolejka to była, wszystko było co najmniej dobre i z grubsza nie dublowaliśmy klimatów a płynnie przechodziliśmy od jednego do drugiego, tylko Dragon się wyrwał znowu z kolektywu ale i on nie zawiódł.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Miałem zamiar zrobić to dopiero za parę miesięcy. No ale Mentos zachęcił jakoś.stripped pisze:14 maja 2023 21:43Chwała mentosowi że zrobił to co zrobił i tym samym popchnął wujka do tej wrzutki bo zastanawiałem się ile jeszcze będzie w stanie się powstrzymać
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeden zespół, chyba Type O Negative, ale głowy nie dam, miał na jakimś etapie kariery zasadę, że oni na trasach po wydaniu jakiegoś albumu, z tegoż albumu nic nie grają, bo to bez sensu, ludzie i tak nie znają utworów. Dopiero na kolejnej trasie pojawiały się te kawałki. Widzę, że Murzyn zaczyna podobną ideologię praktykować, i recenzuje utwory w następnych kolejkach.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pan Maruda i tak będzie marudził nawet jak ktoś coś polubi :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Angela
Murzyn zapostował coś, co śmierdzi rokiem 2008 na kilometr. Nie przeszkadza mi to, więcej, czuję ten klimat, choć przecież wielkim fanem takiej muzy nie jestem. Jednocześnie nie wiem, czy tutaj już chodzi o bycie/nie bycie fanem tak na dobrą sprawę, tzn. ten utwór jest zbyt osadzony w swoich czasach i za bardzo osadza tam słuchacza swoim klimatem, więc on już zwyczajnie należy do epoki i zabiera mnie tam, nie mogę go oceniać przez pryzmat teraźniejszości. Więc nie będę tego robił. Powiem jedynie, że - primo, ja tam Sokoła lubiłem, nie wiem, gość zawsze miał taką nienachalną aparycję i wizerunek sceniczny, jednocześnie mimo często pretensjonalnych zagrywek w tekstach nie popadał w samouwielbienie, puszczał do słuchacza oko, zaś jak było na poważnie, to może i było dość prosto (HEHEHE), ale nie przeszkadzało to jakoś mocno. I teraz też nie przeszkadza - to po prostu... no, rok 2008, nie wiem xD Dodam, że ten utwór bardzo cuchnie mi Azbestem, czy to poprzez użyte zabiegi muzyczne, czy sposób wypowiadania tekstu, taki trochę od niechcenia, trochę jakby ktoś stał przed mikrofonem pierwszy raz w życiu i nie do końca wiedział, co z nim zrobić. Sam tekst nie jest jakoś okrutnie ambitny, niektóre rymy są wyjątkowo aż męczące, ale jednocześnie przechodzi przez gardło. Nie jest to najbardziej wyszukane jedzenie w knajpie, ale też z jakiegoś powodu przyszedłem do obłożonego boazerią wnętrza baru mlecznego. Pojadłem, smakowało, zapłaciłem, wychodzę (i zabieram popielniczkę).
10 Years
Na Eurowizji zatrzymałem się dawno temu, pamiętam Keine Grenzen Ich Troje i że w 2006 wygrało Hard Rock Hallelujah, i że po drodze jeszcze był taki Białorusin, Alexander Rybak się chyba nazywał, a, no i Epic Sax Guy. I to by było na tyle, albowiem Eurowizję mam w dupie. Generalnie nie oglądam telewizji, konkurs tenże traktuję trochę jak takie międzynarodowe (Trans-Europa-Eurovision) przedłużenie kolorowych talent show czy innych rozrywkowych gówien, na które szkoda mi czasu. Także jest to moja pierwsza styczność z tym numerem, i w ogóle z tym wykonawcą, ale jest to miła styczność, albowiem kawałek jest super. Żywy, taneczny, przebijają się w nim klimaty disco z lat 70., wokal pasuje fantastycznie, nie mogę powiedzieć złego słowa. Jeszcze te "bidżisowe" smyczki w tle, które przywodziły mi też na myśl Cher, no samo złoto. Ale poprzestanę na suflowaniu mi takiego złota w tej bestce, musiałbym srogo się uderzyć w głowę, żeby zacząć badać zgłoszenia konkursowe z ostatnich kilku lat. Fajne, bardzo fajne, jest super!
Asha in the Tabernacle
Chillowy Robert-core, idealny na taką pogodę, która kojarzy mi się albo z moimi zwyczajowymi majowymi odkryciami (w takim 2005 to było Empires and Dance i Neon Lights od Simple Minds czy The Breathtaking Blue od Alphaville, rok później Ultravox i Fad Gadget, rok później Eno, rok później The Bravery i The Stranglers, rok później John Foxx z Louisem Gordonem, etc. etc.), albo z jakąś taką lajtową, delikatną i nienachalną ale też lekko niepokojącą elektroniką. Być może ma to coś wspólnego z faktem, że w maju byłem na swoim pierwszym (i jak dotąd ostatnim) rejwie. Może się to jeszcze zmieni, na razie to jest po prostu perfekcyjny wprost soundtrack do łażenia po nieco wyludnionym i mokrym od ciepłego deszczu mieście. Niby jest wiosna, niby wkrótce będzie lato i wszyscy oberwiemy nim po głowie tak mocno, że niewiele z tej głowy zostanie, ale jest jakoś mrocznie, tak nie wiem, jesiennie w maju (to chyba dobre określenie lol). Mnie się bardzo podoba, lubię takich rzeczy słuchać stosunkowo cicho, tutaj wrażenie zostało przez to dodatkowo podbite. Długość numeru w ogóle mi nie przeszkadzała z kolei, powiem wręcz, że jest mocno w sam raz właśnie na zbudowanie lekko tajemniczego klimatu i potem na siedzenie w tymże klimacie. Albo raczej łażenie w tymże klimacie. Dokąd poprowadzą ścieżki?
What a Feeling
Melczet faktycznie jakby się dorwał do składanki pt. Siła Muzyki czy jakiejś innej radiozetoeremefoidalnej kompilacji z zestawieniem przeróżnej muzyki z każdej parafii. Nie przeszkadza mi to, albowiem znów pompuje mnie nostalgią, ale nawet niekoniecznie za muzyką ejtisową (choć przecież Cara jest ejtisowa jak diabli), lecz właśnie za takim słuchaniem radia jeszcze te prawie 20 lat temu, kiedy takie utwory (które wówczas miały... MNIEJ niż 20 lat lol) śmigały obok "hitów" tamtych czasów, typu znienawidzone przeze mnie In the Shadows od The Rasmus (kto pamięta to gówno xD). Poza tym po prostu lubię ten kawałek (ale filmu nie widziałem, przyznaję). Moroder jest świetnym muzykiem, producentem i aranżerem, spod jego rąk nie mogło wyjść nic syfiastego. Dla mnie What a Feeling to taki oczywisty klasyk, o którym nawet nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. To jest po prostu dobre, mocne, aż chce się tańczyć, w sam raz na tę zieloną już wiosnę. Jest super, daję wielkie ok!
The Kill
Olol, Mintaj strzelił ostro, na dodatek ma spore szanse na to, że umieszczę ten numer we własnym best of zestawieniu już po pierwszym odsłuchu xD To jest odsłona Jessie Ware, która mi idealnie pasuje. Muzyka, pulsujący bas, mocno syntetyczny bit, to brzmi trochę tak, jakby muzę skomponowała i nagrała Cate Brooks albo ten typ z Pye Corner Audio. Dołożenie do tego wokalu Ware daje mi też feeling jakiegoś Royksoppu albo przynajmniej Austry. Bardzo ładnie się wszystko zgrywa, wokal, melodia refrenu, cała oprawa dźwiękowa, to wciąż utwór na radio i nieco generikowy klub, ale jednak niegenerikową imprezę, taką, na której bym się chętnie odnalazł. Wyobrażam sobie, jak jaramy pod ten numer z Sebą szluga w świetle fioletowo-niebieskich neonów bijących od witryn nieistniejących lokali. Gdy pod koniec odpalają się smyczki my wsiadamy do lekko sfatygowanego merca (uprzednio dogasiwszy papierosy na mokrym od deszczu gruncie), odpalam motor, ruszamy ulicą w nieznane, kamera odjeżdża, lekki fade obrazu, pod ostatnią nutę elektrotrąbki napis "WRITTEN AND DIRECTED BY JACEK SZYMCZAK AND JAKUB KUREK, SCREENPLAY BY ROBERT MOCEK", mówię Wam, to byłoby coś. A tak serio, daję okejkę, bardzo fajny numer, fajniejsza i przystępniejsza dla mnie Ware (której, nota bene, chcę dać jeszcze szansę z Glasshouse).
Happier
Kurde, nie wiem co to, nie wiem kto to Olivia Rodrigo (jednocześnie mam przemożne wrażenie, że powinienem to wiedzieć, bo już w wielu miejscach słyszałem to nazwisko etc.), nie znałem tego numeru, jest... zwyczajny, takie coś śpiewane przez - chyba - nastoletnią gwiazdeczkę, mam poczucie obcowania z odrzutem z eksportu od Taylor Swift, na zasadzie, napisała ten numer, nie uznała go za dobry, wytwórnia sprzedała go komuś innemu. Nie powiem, żeby był zły (aczkolwiek momentami męczy mnie wokal tej laski), w sumie całkiem spoko aranżacja, ale nie wyróżnia się też nie wiadomo jak na tle innych podobnych wykonawczyń (albo ja je za mało znam, vide Swift, vide Eilish, no nieważne), może bym się w tekst wsłuchał jakbym gdzieś usłyszał, ale chyba niespecjalnie bym się specjalnie zatrzymał. Pozostawiam to jako muzyczną ciekawostkę od Wuja, jednak miał lepsze numery w swoim zanadrzu. Mam nadzieję, że trochę mu ich jeszcze zostało.
Murzyn zapostował coś, co śmierdzi rokiem 2008 na kilometr. Nie przeszkadza mi to, więcej, czuję ten klimat, choć przecież wielkim fanem takiej muzy nie jestem. Jednocześnie nie wiem, czy tutaj już chodzi o bycie/nie bycie fanem tak na dobrą sprawę, tzn. ten utwór jest zbyt osadzony w swoich czasach i za bardzo osadza tam słuchacza swoim klimatem, więc on już zwyczajnie należy do epoki i zabiera mnie tam, nie mogę go oceniać przez pryzmat teraźniejszości. Więc nie będę tego robił. Powiem jedynie, że - primo, ja tam Sokoła lubiłem, nie wiem, gość zawsze miał taką nienachalną aparycję i wizerunek sceniczny, jednocześnie mimo często pretensjonalnych zagrywek w tekstach nie popadał w samouwielbienie, puszczał do słuchacza oko, zaś jak było na poważnie, to może i było dość prosto (HEHEHE), ale nie przeszkadzało to jakoś mocno. I teraz też nie przeszkadza - to po prostu... no, rok 2008, nie wiem xD Dodam, że ten utwór bardzo cuchnie mi Azbestem, czy to poprzez użyte zabiegi muzyczne, czy sposób wypowiadania tekstu, taki trochę od niechcenia, trochę jakby ktoś stał przed mikrofonem pierwszy raz w życiu i nie do końca wiedział, co z nim zrobić. Sam tekst nie jest jakoś okrutnie ambitny, niektóre rymy są wyjątkowo aż męczące, ale jednocześnie przechodzi przez gardło. Nie jest to najbardziej wyszukane jedzenie w knajpie, ale też z jakiegoś powodu przyszedłem do obłożonego boazerią wnętrza baru mlecznego. Pojadłem, smakowało, zapłaciłem, wychodzę (i zabieram popielniczkę).
10 Years
Na Eurowizji zatrzymałem się dawno temu, pamiętam Keine Grenzen Ich Troje i że w 2006 wygrało Hard Rock Hallelujah, i że po drodze jeszcze był taki Białorusin, Alexander Rybak się chyba nazywał, a, no i Epic Sax Guy. I to by było na tyle, albowiem Eurowizję mam w dupie. Generalnie nie oglądam telewizji, konkurs tenże traktuję trochę jak takie międzynarodowe (Trans-Europa-Eurovision) przedłużenie kolorowych talent show czy innych rozrywkowych gówien, na które szkoda mi czasu. Także jest to moja pierwsza styczność z tym numerem, i w ogóle z tym wykonawcą, ale jest to miła styczność, albowiem kawałek jest super. Żywy, taneczny, przebijają się w nim klimaty disco z lat 70., wokal pasuje fantastycznie, nie mogę powiedzieć złego słowa. Jeszcze te "bidżisowe" smyczki w tle, które przywodziły mi też na myśl Cher, no samo złoto. Ale poprzestanę na suflowaniu mi takiego złota w tej bestce, musiałbym srogo się uderzyć w głowę, żeby zacząć badać zgłoszenia konkursowe z ostatnich kilku lat. Fajne, bardzo fajne, jest super!
Asha in the Tabernacle
Chillowy Robert-core, idealny na taką pogodę, która kojarzy mi się albo z moimi zwyczajowymi majowymi odkryciami (w takim 2005 to było Empires and Dance i Neon Lights od Simple Minds czy The Breathtaking Blue od Alphaville, rok później Ultravox i Fad Gadget, rok później Eno, rok później The Bravery i The Stranglers, rok później John Foxx z Louisem Gordonem, etc. etc.), albo z jakąś taką lajtową, delikatną i nienachalną ale też lekko niepokojącą elektroniką. Być może ma to coś wspólnego z faktem, że w maju byłem na swoim pierwszym (i jak dotąd ostatnim) rejwie. Może się to jeszcze zmieni, na razie to jest po prostu perfekcyjny wprost soundtrack do łażenia po nieco wyludnionym i mokrym od ciepłego deszczu mieście. Niby jest wiosna, niby wkrótce będzie lato i wszyscy oberwiemy nim po głowie tak mocno, że niewiele z tej głowy zostanie, ale jest jakoś mrocznie, tak nie wiem, jesiennie w maju (to chyba dobre określenie lol). Mnie się bardzo podoba, lubię takich rzeczy słuchać stosunkowo cicho, tutaj wrażenie zostało przez to dodatkowo podbite. Długość numeru w ogóle mi nie przeszkadzała z kolei, powiem wręcz, że jest mocno w sam raz właśnie na zbudowanie lekko tajemniczego klimatu i potem na siedzenie w tymże klimacie. Albo raczej łażenie w tymże klimacie. Dokąd poprowadzą ścieżki?
What a Feeling
Melczet faktycznie jakby się dorwał do składanki pt. Siła Muzyki czy jakiejś innej radiozetoeremefoidalnej kompilacji z zestawieniem przeróżnej muzyki z każdej parafii. Nie przeszkadza mi to, albowiem znów pompuje mnie nostalgią, ale nawet niekoniecznie za muzyką ejtisową (choć przecież Cara jest ejtisowa jak diabli), lecz właśnie za takim słuchaniem radia jeszcze te prawie 20 lat temu, kiedy takie utwory (które wówczas miały... MNIEJ niż 20 lat lol) śmigały obok "hitów" tamtych czasów, typu znienawidzone przeze mnie In the Shadows od The Rasmus (kto pamięta to gówno xD). Poza tym po prostu lubię ten kawałek (ale filmu nie widziałem, przyznaję). Moroder jest świetnym muzykiem, producentem i aranżerem, spod jego rąk nie mogło wyjść nic syfiastego. Dla mnie What a Feeling to taki oczywisty klasyk, o którym nawet nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. To jest po prostu dobre, mocne, aż chce się tańczyć, w sam raz na tę zieloną już wiosnę. Jest super, daję wielkie ok!
The Kill
Olol, Mintaj strzelił ostro, na dodatek ma spore szanse na to, że umieszczę ten numer we własnym best of zestawieniu już po pierwszym odsłuchu xD To jest odsłona Jessie Ware, która mi idealnie pasuje. Muzyka, pulsujący bas, mocno syntetyczny bit, to brzmi trochę tak, jakby muzę skomponowała i nagrała Cate Brooks albo ten typ z Pye Corner Audio. Dołożenie do tego wokalu Ware daje mi też feeling jakiegoś Royksoppu albo przynajmniej Austry. Bardzo ładnie się wszystko zgrywa, wokal, melodia refrenu, cała oprawa dźwiękowa, to wciąż utwór na radio i nieco generikowy klub, ale jednak niegenerikową imprezę, taką, na której bym się chętnie odnalazł. Wyobrażam sobie, jak jaramy pod ten numer z Sebą szluga w świetle fioletowo-niebieskich neonów bijących od witryn nieistniejących lokali. Gdy pod koniec odpalają się smyczki my wsiadamy do lekko sfatygowanego merca (uprzednio dogasiwszy papierosy na mokrym od deszczu gruncie), odpalam motor, ruszamy ulicą w nieznane, kamera odjeżdża, lekki fade obrazu, pod ostatnią nutę elektrotrąbki napis "WRITTEN AND DIRECTED BY JACEK SZYMCZAK AND JAKUB KUREK, SCREENPLAY BY ROBERT MOCEK", mówię Wam, to byłoby coś. A tak serio, daję okejkę, bardzo fajny numer, fajniejsza i przystępniejsza dla mnie Ware (której, nota bene, chcę dać jeszcze szansę z Glasshouse).
Happier
Kurde, nie wiem co to, nie wiem kto to Olivia Rodrigo (jednocześnie mam przemożne wrażenie, że powinienem to wiedzieć, bo już w wielu miejscach słyszałem to nazwisko etc.), nie znałem tego numeru, jest... zwyczajny, takie coś śpiewane przez - chyba - nastoletnią gwiazdeczkę, mam poczucie obcowania z odrzutem z eksportu od Taylor Swift, na zasadzie, napisała ten numer, nie uznała go za dobry, wytwórnia sprzedała go komuś innemu. Nie powiem, żeby był zły (aczkolwiek momentami męczy mnie wokal tej laski), w sumie całkiem spoko aranżacja, ale nie wyróżnia się też nie wiadomo jak na tle innych podobnych wykonawczyń (albo ja je za mało znam, vide Swift, vide Eilish, no nieważne), może bym się w tekst wsłuchał jakbym gdzieś usłyszał, ale chyba niespecjalnie bym się specjalnie zatrzymał. Pozostawiam to jako muzyczną ciekawostkę od Wuja, jednak miał lepsze numery w swoim zanadrzu. Mam nadzieję, że trochę mu ich jeszcze zostało.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To kto w końcu to napisał?devotional pisze:15 maja 2023 15:22"WRITTEN AND DIRECTED BY JACEK SZYMCZAK AND JAKUB KUREK, SCREENPLAY BY ROBERT MOCEK",
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn