Best of Forum III
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Black – Charlemagne
Moje pierwsze skojarzenie z tym utworem pojawiło się, kiedy usłyszałem refren. Przypomina mi to refren piosenki nawiązującej do brytyjskiego lub irlandzkiego lub celtyckiego folku sprzed 20-30 lat, która była równie chwytliwa, tylko bardziej dynamiczna i miała bogatszą aranżację i za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć, co to było, jaki miała tytuł. Cóż, będę szukał, jak opiszę nasze bestki. Tymczasem przejdźmy do Blacka, pana o bardzo sympatycznym, na swój sposób melancholijnym głosie, ma coś w sobie z gawędziarza snującego swoje opowieści. Zasłuchałem się w tym tak, że aż nie potrafię przejść do następnego utworu, tak to jest dobre. Delikatny, akustyczny akompaniament podkreśla piękno piosenki. Refren wybitny, zgrabna, ładna, gitarowa melodia i jest pięknie, chórki dodają folkowego uroku. I nie trzeba agresywnej elektroniki, agresywnej gitary elektrycznej, agresywnego bitu, żeby stworzyć piękny kawałek. I pasuje do pogody za oknem (chmury, chłodno, deszczowo, generalnie nie chce się wychodzić, chociaż trzeba). Złoto! Co by się nie działo dalej, to Karol Wielki musi wygrać. W ogóle, po tym mi weszła reklama: kiedy ostatni raz zaspokoiłeś swój apetyt na przygodę? No, właśnie teraz!
Sokół feat. Oxy.gen - Angela (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
Początek przypomina nieco poetycką deklamację, nie jest to tak szybkie, jak zwykle, choć zaraz wchodzi charakterystyczny bit (ale, zaraz, czy czasem takie Piksele nie miały dość ciemnych barw w swoich podkładach?) i wiemy, że to rap, który dość szybko nabiera dynamiki. Sokoła dobrze się słucha, facet ma kawał głosu. Refren taki sobie, w ogóle tekst kawałka przywołuje mi na myśl gościa włóczącego się po blokowisku bez celu, słowa też lecą trochę bez celu, a ta końcówka wydaje się z innej bajki (raczej centrum miasta lub handlowego niż blokowiska). Wydaje mi się to trochę takie użalanie się nad sobą - wiadomo, czasem się dobrze poużalać, ale po co o tym pisać, kiedy niewiele z tego wynika, a efekty są takie sobie? Bo kawałek ogólnie jest taki sobie, złe to nie jest, sam z siebie może i bym zauważył ze względu na głos Sokoła. Flow taki sobie. Bit wcale niezły i ta końcówka też (choć z innej bajki). Podoba mi się ten kontekst, taki zwykły, bo to jest coś takiego zwykłego, dla zwykłych ludzi i w tym kontekście trzyma się przyzwoicie. Jest git. Chociaż czuję się lepiej, jak jest ładna pogoda.
Daði Freyr – 10 Years
Na tyle dawno nie oglądałem Eurowizji (tegorocznej też nie
), że nie pamiętam już tych klimatów. Jedno, co kojarzę, to pewne popołudnie spędzone z rodzicami, kiedy m.in. przeglądaliśmy razem całą listę przebojów-zwycięzców Eurowizji. Wyszło nam, że piosenka jako taka ważna była do lat 90. (chyba do początku-połowy), a potem ważniejsze było show, potem manifestacje i jakoś się to rozmyło i nie chciało mi się do tego wracać.
Zaczyna się filmowo, a potem zaraz wchodzą klimaty klubowe, imprezowe, można nawet powiedzieć - mudżynowe. Bit mógłby być bardziej podkręcony, ale ogólnie jest ok. Czuć w tym klimaty euro disco, czuć, że gość jest w jakimś sensie stąd. Stripped pisał, że jest trochę płasko, ja się z tym trochę zgadzam, a trochę uważam, że i tak się broni. Aczkolwiek wydaje mi się za krótki, to jakby Butelkę uciąć do dwóch minut, trochę nie bardzo. Dobry bit, fajne klimaty niby takie bardziej na południe (;(), jest ok. Niby czegoś brakuje, ale na tej zasadzie to i podobnym kawałkom, których ja słucham, też czegoś brakuje, a to po prostu inny odłam tego samego (i, dzięki Bogu, nie prawicowy
). Biorę to.
Shackleton - Asha In The Tabernacle
Nie wiem, od czego zacząć, może od specyficznego rytmu, który brzmi nieco egzotycznie? Czy od mechanicznego, zapętlonego głosu? Czy od nieco zamulającej zawiesiny spowijającej ten kawałek? Jest w tym coś, co zaciekawia, ale i coś, co właściwie od samego początku każe traktować Ashę jak muzykę tła. Te zaśpiewy z dalszego planu dodają klimatu, ten bit dodaje charakteru tła, trzyma się na tym rytmie, dosyć to rachityczne, ale daje radę. Typowy Dragon, aż mi YT z marszu podrzucił Auscultation, przesłuchałem parę numerów i wrażenia są całkiem podobne, tj. klimat. Kojarzy się to wszystko z jakąś tajemnicą, jakimiś tajemnymi obrzędami ukrytymi przed światem, plemienne bębenki, dźwięki niby natury, rytm rzeczywiście wprawia w trans i... zostawia z mieszanymi uczuciami. Im dłużej słucham, tym bardziej kawałek wciąga. To w sumie ciekawe, ale przeboje często wciągają po 1-2 odsłuchach, a masa utworów nieco innego typu robi to samo, tyle że tych odsłuchów musi po prostu być więcej. Generalnie nie wiem, co powiedzieć, ciekawie jest, zobaczymy po następnych odsłuchach, dniach, tygodniach. Zapisuję.
Jessie Ware - The Kill
Przy produkcjach tej pani mam wrażenie (o czym będzie dalej przy bestce albumowej) potrawy zalanej gęstym sosem, którego smak, aromat, wygląd stały się ważniejsze od smaku, zapachu samego dania. Pierwsze dźwięki skojarzyły mi się z latami 80. Myślałem, że zaraz jakieś Fade To Grey tu wjedzie czy coś. Melancholijna aura wokół chłodnej elektroniki, wokal trochę jakby docierał z dalszego planu, bit dosyć monotonny. Tekst rwany, miotający się między uczuciem a odrzuceniem, kontrastuje mocno z muzyką. Coś, co może ze mną zostać jak wiele kawałków znanych szerzej w przestrzeni publicznej, jest na to szansa, może też szybko ulec zapomnieniu (nie wiem, połowa rzeczy, które mi ostatnio YT poleca, pochodzi z naszych bestek i pokrewnych). Przy okazji: Mentos, jak będziesz swoje wpisy traktował jak "wypierdy", jak to ująłeś, to inni też będą je tak traktować
.
Olivia Rodrigo - happier
Przyznaję, że nie znałem tego nazwiska wcześniej. Ale generalnie nie trafiają do mojej pamięci nazwiska, pseudonimy, nazwy współczesnych gwiazd popu. Co nie znaczy, że nie lubię ich przebojów, wiele z nich przypadło mi do gustu. Tu chyba też mamy do czynienia z gęstym sosem oblewającym potrawę. Głos pani bardzo podobny do wielu innych głosów, chyba nie potrafię już ich rozróżniać. Piosenka o lasce patrzącej na nową laskę swojego byłego. Śpiew dość emocjonalny, kontrastuje ze spokojnym podkładem, średnio mi to wchodzi w tej chwili, to jest coś jak Bon Jovi (prawie każdy ich kawałek jest maksymalnie załadowany tekstem). Trochę to zamulające. Nadaje się do filmu, tak, zgadzam się z Hienem, jakieś romantyczne sceny czy coś, ja, niestety, jestem w maksymalnie nieromantycznym nastroju.
Black wygrał tę kolejkę, co tu dużo mówić. Potem było też nieźle, końcówka trochę przymulająca, ale ok. Jest solidnie.
Moje pierwsze skojarzenie z tym utworem pojawiło się, kiedy usłyszałem refren. Przypomina mi to refren piosenki nawiązującej do brytyjskiego lub irlandzkiego lub celtyckiego folku sprzed 20-30 lat, która była równie chwytliwa, tylko bardziej dynamiczna i miała bogatszą aranżację i za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć, co to było, jaki miała tytuł. Cóż, będę szukał, jak opiszę nasze bestki. Tymczasem przejdźmy do Blacka, pana o bardzo sympatycznym, na swój sposób melancholijnym głosie, ma coś w sobie z gawędziarza snującego swoje opowieści. Zasłuchałem się w tym tak, że aż nie potrafię przejść do następnego utworu, tak to jest dobre. Delikatny, akustyczny akompaniament podkreśla piękno piosenki. Refren wybitny, zgrabna, ładna, gitarowa melodia i jest pięknie, chórki dodają folkowego uroku. I nie trzeba agresywnej elektroniki, agresywnej gitary elektrycznej, agresywnego bitu, żeby stworzyć piękny kawałek. I pasuje do pogody za oknem (chmury, chłodno, deszczowo, generalnie nie chce się wychodzić, chociaż trzeba). Złoto! Co by się nie działo dalej, to Karol Wielki musi wygrać. W ogóle, po tym mi weszła reklama: kiedy ostatni raz zaspokoiłeś swój apetyt na przygodę? No, właśnie teraz!
Sokół feat. Oxy.gen - Angela (Gdybym wiedział, że istniejesz...)
Początek przypomina nieco poetycką deklamację, nie jest to tak szybkie, jak zwykle, choć zaraz wchodzi charakterystyczny bit (ale, zaraz, czy czasem takie Piksele nie miały dość ciemnych barw w swoich podkładach?) i wiemy, że to rap, który dość szybko nabiera dynamiki. Sokoła dobrze się słucha, facet ma kawał głosu. Refren taki sobie, w ogóle tekst kawałka przywołuje mi na myśl gościa włóczącego się po blokowisku bez celu, słowa też lecą trochę bez celu, a ta końcówka wydaje się z innej bajki (raczej centrum miasta lub handlowego niż blokowiska). Wydaje mi się to trochę takie użalanie się nad sobą - wiadomo, czasem się dobrze poużalać, ale po co o tym pisać, kiedy niewiele z tego wynika, a efekty są takie sobie? Bo kawałek ogólnie jest taki sobie, złe to nie jest, sam z siebie może i bym zauważył ze względu na głos Sokoła. Flow taki sobie. Bit wcale niezły i ta końcówka też (choć z innej bajki). Podoba mi się ten kontekst, taki zwykły, bo to jest coś takiego zwykłego, dla zwykłych ludzi i w tym kontekście trzyma się przyzwoicie. Jest git. Chociaż czuję się lepiej, jak jest ładna pogoda.
Daði Freyr – 10 Years
Na tyle dawno nie oglądałem Eurowizji (tegorocznej też nie
Zaczyna się filmowo, a potem zaraz wchodzą klimaty klubowe, imprezowe, można nawet powiedzieć - mudżynowe. Bit mógłby być bardziej podkręcony, ale ogólnie jest ok. Czuć w tym klimaty euro disco, czuć, że gość jest w jakimś sensie stąd. Stripped pisał, że jest trochę płasko, ja się z tym trochę zgadzam, a trochę uważam, że i tak się broni. Aczkolwiek wydaje mi się za krótki, to jakby Butelkę uciąć do dwóch minut, trochę nie bardzo. Dobry bit, fajne klimaty niby takie bardziej na południe (;(), jest ok. Niby czegoś brakuje, ale na tej zasadzie to i podobnym kawałkom, których ja słucham, też czegoś brakuje, a to po prostu inny odłam tego samego (i, dzięki Bogu, nie prawicowy
Shackleton - Asha In The Tabernacle
Nie wiem, od czego zacząć, może od specyficznego rytmu, który brzmi nieco egzotycznie? Czy od mechanicznego, zapętlonego głosu? Czy od nieco zamulającej zawiesiny spowijającej ten kawałek? Jest w tym coś, co zaciekawia, ale i coś, co właściwie od samego początku każe traktować Ashę jak muzykę tła. Te zaśpiewy z dalszego planu dodają klimatu, ten bit dodaje charakteru tła, trzyma się na tym rytmie, dosyć to rachityczne, ale daje radę. Typowy Dragon, aż mi YT z marszu podrzucił Auscultation, przesłuchałem parę numerów i wrażenia są całkiem podobne, tj. klimat. Kojarzy się to wszystko z jakąś tajemnicą, jakimiś tajemnymi obrzędami ukrytymi przed światem, plemienne bębenki, dźwięki niby natury, rytm rzeczywiście wprawia w trans i... zostawia z mieszanymi uczuciami. Im dłużej słucham, tym bardziej kawałek wciąga. To w sumie ciekawe, ale przeboje często wciągają po 1-2 odsłuchach, a masa utworów nieco innego typu robi to samo, tyle że tych odsłuchów musi po prostu być więcej. Generalnie nie wiem, co powiedzieć, ciekawie jest, zobaczymy po następnych odsłuchach, dniach, tygodniach. Zapisuję.
Jessie Ware - The Kill
Przy produkcjach tej pani mam wrażenie (o czym będzie dalej przy bestce albumowej) potrawy zalanej gęstym sosem, którego smak, aromat, wygląd stały się ważniejsze od smaku, zapachu samego dania. Pierwsze dźwięki skojarzyły mi się z latami 80. Myślałem, że zaraz jakieś Fade To Grey tu wjedzie czy coś. Melancholijna aura wokół chłodnej elektroniki, wokal trochę jakby docierał z dalszego planu, bit dosyć monotonny. Tekst rwany, miotający się między uczuciem a odrzuceniem, kontrastuje mocno z muzyką. Coś, co może ze mną zostać jak wiele kawałków znanych szerzej w przestrzeni publicznej, jest na to szansa, może też szybko ulec zapomnieniu (nie wiem, połowa rzeczy, które mi ostatnio YT poleca, pochodzi z naszych bestek i pokrewnych). Przy okazji: Mentos, jak będziesz swoje wpisy traktował jak "wypierdy", jak to ująłeś, to inni też będą je tak traktować
Olivia Rodrigo - happier
Przyznaję, że nie znałem tego nazwiska wcześniej. Ale generalnie nie trafiają do mojej pamięci nazwiska, pseudonimy, nazwy współczesnych gwiazd popu. Co nie znaczy, że nie lubię ich przebojów, wiele z nich przypadło mi do gustu. Tu chyba też mamy do czynienia z gęstym sosem oblewającym potrawę. Głos pani bardzo podobny do wielu innych głosów, chyba nie potrafię już ich rozróżniać. Piosenka o lasce patrzącej na nową laskę swojego byłego. Śpiew dość emocjonalny, kontrastuje ze spokojnym podkładem, średnio mi to wchodzi w tej chwili, to jest coś jak Bon Jovi (prawie każdy ich kawałek jest maksymalnie załadowany tekstem). Trochę to zamulające. Nadaje się do filmu, tak, zgadzam się z Hienem, jakieś romantyczne sceny czy coś, ja, niestety, jestem w maksymalnie nieromantycznym nastroju.
Black wygrał tę kolejkę, co tu dużo mówić. Potem było też nieźle, końcówka trochę przymulająca, ale ok. Jest solidnie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dzięki, Melki. To teraz dawaj numer, bo po Wuja propozycji, to już się wszystkiego spodziewam xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jakoś to zdzierżęPrzy okazji: Mentos, jak będziesz swoje wpisy traktował jak "wypierdy", jak to ująłeś, to inni też będą je tak traktować
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ale inni mogą nie zdzierżyć 
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Aha, zapomniałem, nowa propozycja:
wybrałem taki utwór, który chyba najbardziej ma charakter przeboju, czegoś, co jak się spodoba, to dobrze wprowadzi w nastrój całej płyty. Mamy znów do czynienia z muzyką poznaną przeze mnie na gliwickich koncertach z okazji Festiwalu Muzyki Dawnej i Improwizowanej All Improvviso. Rodem z gorącej, słonecznej Hiszpanii. Człowieka widziałem dwa razy: na jego solowym występie (grał wtedy utwory z płyty, której okładkę oglądamy - chyba; w każdym razie wtedy ją nabyłem) i na koncercie z innym muzykiem grającym w Gliwicach (to chyba rok po roku było), Fahmim Alqhaiem (muzykiem rodem z Bliskiego Wschodu). Gra na gitarze i wygrywa na niej po prostu cudeńka. Ostatnio wróciłem przy jakiejś okazji do jego muzyki: tańców barokowych na gitarę (nie, nie znam się na tym zupełnie; w tej muzyce fascynujące jest to, że wybitni pasjonaci grają dla ludzi, którzy często nie mieli z podobną twórczością styczności i wywołują w nich radość, uniesienie, zachwyt). To jest generalnie bardzo komunikatywna muzyka (jak na twórczość sprzed wieków).
Wrzucam, bo czytałem ostatnie uwagi Strippeda o tym, że serwuję ostatnio utwory znane z list przebojów i że fajnie byłoby poznać coś innego. Więc będzie.
Uczciwie przyznam, że nie rozróżniam utworów po tytułach, jak słucham, to niemal zawsze w całości, chyba żeby ale wątpię.
Powiedzieć muszę, że te śródziemnomorskie instrumenty perkusyjne są fantastyczne, tylko parę razy miałem okazję w życiu je słyszeć i zawsze wywierały na mnie niesamowite wrażenie. Dlatego też za najlepszego muzyka grającego na perkusji, jakiego widziałem i słyszałem, uważam Davida Mayorala (też z kręgów muzyki dawnej). W sumie może ta bestka będzie sygnałem, żeby znów sięgnąć do tej skarbnicy kultury? Pisać nie będę, bo się nie znam, to wy piszcie, czy wam się podoba.
Enrike Solinis - Makam-I Hüseyni Sakil-I Aga Riza (Mss. D. Cantemir 89)
https://www.youtube.com/watch?v=ND3mOaV ... LA&index=9
Aha, nazwisko pana czytamy "solenis", w polskim nie ma tych znaków diakrytycznych.
wybrałem taki utwór, który chyba najbardziej ma charakter przeboju, czegoś, co jak się spodoba, to dobrze wprowadzi w nastrój całej płyty. Mamy znów do czynienia z muzyką poznaną przeze mnie na gliwickich koncertach z okazji Festiwalu Muzyki Dawnej i Improwizowanej All Improvviso. Rodem z gorącej, słonecznej Hiszpanii. Człowieka widziałem dwa razy: na jego solowym występie (grał wtedy utwory z płyty, której okładkę oglądamy - chyba; w każdym razie wtedy ją nabyłem) i na koncercie z innym muzykiem grającym w Gliwicach (to chyba rok po roku było), Fahmim Alqhaiem (muzykiem rodem z Bliskiego Wschodu). Gra na gitarze i wygrywa na niej po prostu cudeńka. Ostatnio wróciłem przy jakiejś okazji do jego muzyki: tańców barokowych na gitarę (nie, nie znam się na tym zupełnie; w tej muzyce fascynujące jest to, że wybitni pasjonaci grają dla ludzi, którzy często nie mieli z podobną twórczością styczności i wywołują w nich radość, uniesienie, zachwyt). To jest generalnie bardzo komunikatywna muzyka (jak na twórczość sprzed wieków).
Wrzucam, bo czytałem ostatnie uwagi Strippeda o tym, że serwuję ostatnio utwory znane z list przebojów i że fajnie byłoby poznać coś innego. Więc będzie.
Uczciwie przyznam, że nie rozróżniam utworów po tytułach, jak słucham, to niemal zawsze w całości, chyba żeby ale wątpię.
Powiedzieć muszę, że te śródziemnomorskie instrumenty perkusyjne są fantastyczne, tylko parę razy miałem okazję w życiu je słyszeć i zawsze wywierały na mnie niesamowite wrażenie. Dlatego też za najlepszego muzyka grającego na perkusji, jakiego widziałem i słyszałem, uważam Davida Mayorala (też z kręgów muzyki dawnej). W sumie może ta bestka będzie sygnałem, żeby znów sięgnąć do tej skarbnicy kultury? Pisać nie będę, bo się nie znam, to wy piszcie, czy wam się podoba.
Enrike Solinis - Makam-I Hüseyni Sakil-I Aga Riza (Mss. D. Cantemir 89)
https://www.youtube.com/watch?v=ND3mOaV ... LA&index=9
Aha, nazwisko pana czytamy "solenis", w polskim nie ma tych znaków diakrytycznych.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
A CO MNIE TO
Ale skoro już tu wbiłem, to dziękuję serdecznie kamratom i forumowej braci za ciepłe słowa nt. mojej wrzuty, życzenia poprawy stanu bieżącego (o tym zaraz) i w ogóle fajne te wasze, pozytywne, rzecz jasna recenzje - jakbym miał wybrać taką, co to z nią najbardziej utożsamiam (czy tam RELUJE jak to mówi młodzież), to wybieram tę towarzysza Musiała, bo faktycznie jest w tym kawałku taki napisowokońcowy vibe i podoba mi się to.
Dobra, jadę z koksem.
Shellac - Prayer to god
Być może jeszcze pamiętacie moją ostatnią wrzutkę i jej może nie tyle dramatyczny, co tajemniczy wydźwięk. Minęło parę dni i sytuacja na ten moment wygląda tak, że jeden z moich problemów się rozwiązał, jedna ze spraw jest bliska rozwiązania (heh, jak to brzmi, jakbym rodził prostytutka czy coś) i raczej też powinno się tu obyć bez przeszkód, no i jeszcze w jednym przypadku muszę się uzbroić w cierpliwość, ale prognozy nie zwiastują jakichś męk pańskich. Generalnie nie jest źle, tak jak poprzedni rok stał pod znakiem nieoczekiwanych kataklizmów spadających z nieba co 5 sekund, tak PÓKI CO ten jest zaskakująco spokojny, stabilny i znośny, a nawet potencjalne wielkie chrumy przynoszą mały deszcz.
Pewnikiem zastanawialiście się lub wysyłaliście listy do redakcji z zapytaniem, czy jedną z tych wspominanych przeze mnie wielokrotnie ISSUES jest jakakolwiek kobieta, relacja okołoromantyczna z nią, odrzucenie, czy może to co Musiały lubią najbardziej: jakeiś tegeśmege, fąfąfą, rafafafa, rymcymcym, tirurir... dobra, dość prostytutka. Z racji tego, że to pytanie, i generalnie warstwa tekstowa mojej wrzuty mocno to sugerują, odpowiedź brzmi nie. Jakoś tak w toku robienia rzeczy to niepotrzebnych, to durnych udaje mi się uniknąć wpierdalania się w jakieś intensywne emocjonalne wichry i burze. Tutaj sobie niniejszym sam wręczę order z ziemniaka za to, że udało mi się to zrobić, bo szczerze mówiąc nie tylko było blisko, ale na dodatek zrobiłbym double Musiała z 369 ollie, bo bym jeszcze się wpieprzył w relację, od której mocno się kiedyś odbiłem hehe. Tutaj niniejszym ten temat pozwolę sobie zamknąć, bo nadal pamiętam, że jesteśmy bądź co bądź na forum publicznym, nie trzeba się tu nawet kuźwa logować (nk to zmieni) i wszystko to jest na widoku, a tak się w sumie składa, że osoba o której pisze powiązałaby mnie z moim nickiem szybciej niż ja wrzuciłbym kolejny kawałek w uniwersum, w którym robię wszystko na opak.
Tak czy siak, pewnie każdy z was kiedyś zaliczył ten moment w życiu, w którym nie tylko dostał kosza, ale i okazało się, że niedoszła wybranka serca związała się z kimś, na widok kogoś dostajecie palpitacji serca, kurwicy, diastemy i generalnie wszystko się w was telepie. Może to być rzekomo dobry kolega. Może to być lokalny osiłek albo herszt osiedlowej bandy rozbójników. Może po prostu jakiś złamas czy coś, no wiecie o co mi chodzi. To są tego typu rzeczy, które zazwyczaj po latach wywołują uśmiech politowania albo wręcz ten dziwny typ sentymentu (nostalgia to dziwna sprawa), ale przez jakiś okres wywołują te opisywane przeze mnie wyżej negatywne emocje, z diastemą na czele. No i jak se tak teraz myślę, to po prostu nie usłyszałem w muzyce niczego innego, co by oddawało tego typu stan niż ten kawałek.
Zatem wracam na chwilę do swojej angstowej osobowości wkurwionego dzieciaka, idę oglądać Liverpool - Aston Villa, potem sobie zrobię ciepłą kąpiel i pogram w jakąś gierkę albo pocziluje w jakiś inny sposób, nie wiem. Wy tam bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=z0jw5qBgUuo
Ale skoro już tu wbiłem, to dziękuję serdecznie kamratom i forumowej braci za ciepłe słowa nt. mojej wrzuty, życzenia poprawy stanu bieżącego (o tym zaraz) i w ogóle fajne te wasze, pozytywne, rzecz jasna recenzje - jakbym miał wybrać taką, co to z nią najbardziej utożsamiam (czy tam RELUJE jak to mówi młodzież), to wybieram tę towarzysza Musiała, bo faktycznie jest w tym kawałku taki napisowokońcowy vibe i podoba mi się to.
Dobra, jadę z koksem.
Shellac - Prayer to god
Być może jeszcze pamiętacie moją ostatnią wrzutkę i jej może nie tyle dramatyczny, co tajemniczy wydźwięk. Minęło parę dni i sytuacja na ten moment wygląda tak, że jeden z moich problemów się rozwiązał, jedna ze spraw jest bliska rozwiązania (heh, jak to brzmi, jakbym rodził prostytutka czy coś) i raczej też powinno się tu obyć bez przeszkód, no i jeszcze w jednym przypadku muszę się uzbroić w cierpliwość, ale prognozy nie zwiastują jakichś męk pańskich. Generalnie nie jest źle, tak jak poprzedni rok stał pod znakiem nieoczekiwanych kataklizmów spadających z nieba co 5 sekund, tak PÓKI CO ten jest zaskakująco spokojny, stabilny i znośny, a nawet potencjalne wielkie chrumy przynoszą mały deszcz.
Pewnikiem zastanawialiście się lub wysyłaliście listy do redakcji z zapytaniem, czy jedną z tych wspominanych przeze mnie wielokrotnie ISSUES jest jakakolwiek kobieta, relacja okołoromantyczna z nią, odrzucenie, czy może to co Musiały lubią najbardziej: jakeiś tegeśmege, fąfąfą, rafafafa, rymcymcym, tirurir... dobra, dość prostytutka. Z racji tego, że to pytanie, i generalnie warstwa tekstowa mojej wrzuty mocno to sugerują, odpowiedź brzmi nie. Jakoś tak w toku robienia rzeczy to niepotrzebnych, to durnych udaje mi się uniknąć wpierdalania się w jakieś intensywne emocjonalne wichry i burze. Tutaj sobie niniejszym sam wręczę order z ziemniaka za to, że udało mi się to zrobić, bo szczerze mówiąc nie tylko było blisko, ale na dodatek zrobiłbym double Musiała z 369 ollie, bo bym jeszcze się wpieprzył w relację, od której mocno się kiedyś odbiłem hehe. Tutaj niniejszym ten temat pozwolę sobie zamknąć, bo nadal pamiętam, że jesteśmy bądź co bądź na forum publicznym, nie trzeba się tu nawet kuźwa logować (nk to zmieni) i wszystko to jest na widoku, a tak się w sumie składa, że osoba o której pisze powiązałaby mnie z moim nickiem szybciej niż ja wrzuciłbym kolejny kawałek w uniwersum, w którym robię wszystko na opak.
Tak czy siak, pewnie każdy z was kiedyś zaliczył ten moment w życiu, w którym nie tylko dostał kosza, ale i okazało się, że niedoszła wybranka serca związała się z kimś, na widok kogoś dostajecie palpitacji serca, kurwicy, diastemy i generalnie wszystko się w was telepie. Może to być rzekomo dobry kolega. Może to być lokalny osiłek albo herszt osiedlowej bandy rozbójników. Może po prostu jakiś złamas czy coś, no wiecie o co mi chodzi. To są tego typu rzeczy, które zazwyczaj po latach wywołują uśmiech politowania albo wręcz ten dziwny typ sentymentu (nostalgia to dziwna sprawa), ale przez jakiś okres wywołują te opisywane przeze mnie wyżej negatywne emocje, z diastemą na czele. No i jak se tak teraz myślę, to po prostu nie usłyszałem w muzyce niczego innego, co by oddawało tego typu stan niż ten kawałek.
Zatem wracam na chwilę do swojej angstowej osobowości wkurwionego dzieciaka, idę oglądać Liverpool - Aston Villa, potem sobie zrobię ciepłą kąpiel i pogram w jakąś gierkę albo pocziluje w jakiś inny sposób, nie wiem. Wy tam bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=z0jw5qBgUuo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
reluwa
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Moev - Should Have Been Mine
Jestem zaskoczony, że mogąc wybrać tylko jeden kawałek Moev, Dev wybrał to. TBH ja nawet nie pamiętałem tego utworu i nie pamiętam, żeby Dev o nim wspominał, ani go puszczał w aucie (a słuchaliśmy przez lata DUUUŻOOOO Moev). Może to jakaś próba zerwania z brzmieniem zespołu, które tutaj nieszczególnie zebrało prejz. W każdym razie, śmieszny jest ten numer. Brzmi jak generyczny kawałek z jakiejś kompilacji electro kupionej w Realu, w koszu z tanimi płytami. Jednocześnie, dzięki takim tanim kompilacjom odkryłem dużo dobrej, elektronicznej muzyki. I to jest właśnie coś takiego. Niepozorne, niewyróżniające się, powielające wiele schematów, ale ostatecznie wpada w ucho i to się liczy. Przyznam się bez bicia, poświęciłem „Ventilation” absolutne minimum uwagi, więc to jest trochę odkopywanie tego albumu na nowo. Jak się zna więcej rzeczy od Moev, to można tu wyróżnić ferrisowe zagrywki i zabiegi, które są dla tego gościa charakterystyczne (a inaczej brzmią genericowo). Wokal Żuli jest spoko, równie genericowy jak użyta elektronika, ale też nie jest to Cal Stephenson, a to już spory plus (chociaż nie ma z czego beki toczyć). Jeżeli mam jakiś itch 90sowej elektroniki, to ten kawałek zaspokoił moje potrzeby, łącznie z piękną wizualizacją, która w 2000 r. byłaby supermodnym i supercool wygaszaczem ekranu. Nadal uważam, że to wybór Deva dziwny i chyba trochę pod publikę, ale kawałek jest dobry, więc z mojej strony okejka leci.
DJ Nigga Fox - Sub Zero
Kiedyśtam Dragon zapodał jakąś bardziej egzotyczną elektronikę, tzn. bardziej egzotyczną z pochodzenia, niż z brzmienia, i srogo zmehałem tamtą wrzutę. Teraz Smoku ponownie zaprasza za dalszą granicę. W klubie to by faktycznie mogło zabrzmieć wybitnie, tymczasem w domu… no, w domu też jest spoko xD Dużo fajnych rzeczy się dzieje w tym kawałku, każdy element brzmi inaczej, ALE spełnia tę samą funkcję, czyli uwydatnia rytmikę. To jest kolaż rzeczy do bujania się i słyszałbym to na jakimś dużym elektronicznym festiwalu, grane dla kilku tysięcy ludzi, na sprzęcie za grubą kasę i jakąś oprawą ze świateł. Jedyne moje doświadczenie tego typu, to Audioriver ponad 10 lat temu, ale potrafię sobie wyobrazić. Przypomina mi się też set minimal techno przygotowany przez Martina, grany przed koncertami Exciter Tour, jakie to robiło wtedy wrażenie! Tak więc, jest to muza do odbierania w klubach lub dużych imprezach, ale w domu też można tego z uznaniem posłuchać. Ok, momentami brzmi potwornie generycznie (hasło klucz tej kolejki) i bez jakiegoś osłuchania w tego typu elektronice, można to uznać za piątą wodę po kisielu, no aleee.. mam dobry humor, daję okejkę.
Znowu mój numer wchodzi KOMPLETNIE z dupy po poprzednikach, ale chyba jestem po prostu skazany na taki niecelowy misplace. Zwłaszcza, że zaraz po mnie wchodzi
Timi Yuro - I Didn't Know What Time It Was
Pierdolcie się, robicie to specjalnie (!!11!!!). Murzyn to w ogóle mi chyba pozazdrościł, bo wrzuca trzecią z rzędu balladę (MURZYN. BALLADĘ.), a teraz faktycznie rzecz, która najbliżej w bestce stoi przy Sinatrze (chociaż to są i tak skojarzenia dalekie). Jednocześnie, to jest wrzutka typowo murzyńska. To nie jest hien-core, to jest murzyn-core, ale w wydaniu, którego Jacek jeszcze nie prezentował, a raczej prezentował, ale w formie baaardzo przetworzonej (np. samplowanej w hip-hopowych kawałkach) lub nowszej i w wydaniu męskim. Na pierwszy rzut ucha, ballada jakich wiele, zwłaszcza z tamtych czasów. Takie same wrażenie można odnieść, kiedy pobieżnie zna się Sinatrę. Głos Timi Yuro rzeczywiście jest jak dzwon, może brakuje mu tego czegoś, co by ją wyróżniła z gąszczu takich wokalistek, ale jest bardzo dobry. Wyróżnikiem może tu być wspomniany przez Murzyna fakt, że Timi jest biała, a śpiewa z mocą czarnej wokalistki. Jacek robi nam się tutaj specjalistą od śpiewających białych pań, które imitują czarne śpiewające panie (a to już gruba podkategoria xD). Nie ma co się nad tym doktoryzować, tu się liczą feelsy. Mam słabość do muzyki z tamtych czasów, mam słabość do tej konkretnej formy, która wprawdzie może się wydawać wąska w środkach wyrazu i samym piosenkopisarstwie też, ale jak to mawiał Bolesław Prus – siusiak z tym. Vibe na takie granie mam bardziej jesienią, ale nie da się ukryć, że mamy w tym roku mocno melancholijną wiosnę i takie rzeczy przechodzą zaskakująco dobrze.
Steven Wilson - Raider II
Wuja się nie pierdoIi. Dawno już nie miałem odwagi przesłuchać „Raidera” w całości, więc robię to teraz po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Na Laście mam 41 scrobbli tego kawałka, do tego dochodzą odsłuchy z cd, które były częste. prostytutka, no Wuja xD Ja nie wiem, czy to jest do ogarnięcia w bestce utworowej. No, ale z drugiej strony, walić to. Shodan dołącza do klubu kobył. Może by to (nawet na pewno) lepiej zadziałało wrzucone jesienią (kiedy album wyszedł, idealna pora na takie granie), ale już koniec marudzenia.
O czym Wuja nie wspomniał, to to, że „Raider II”, lirycznie, opowiada niejako dzień z życia seryjnego mordercy, i to prawdziwego. Dennis Rader, między 74, a 91 rokiem, zamordował 10 osób. Schwytano go dopiero w 2005 r. Ta trivia jest o tyle istotna, że „Raider II” jest dosyć konkretnym konceptem, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i wrażenia muzyczne. To jest dosłownie muzyczna wizualizacja tego, co siedzi w głowie takiego człowieka, jak Rader.
Pamiętam dokładnie kiedy zapowiedziano „Grace for Drowning”, nie dość, że to miał być podwójny album z jazzowymi elementami, to miał się na nim znaleźć ponad 20minutowy kawałek, coś czego Steven jeszcze nie robił (pomijam pełnego „Moonloopa”, który trwa godzinę, ale to improwizacja). Co się od razu rzuca w ucho, i o czym Wilson sam w tamtym czasie wspominał, to to, że „Raider II” jest jednym wielkim hołdem dla „Lizard” King Crimson (nawet trwa tyle samo co utwór tytułowy). Było to ciekawe, zwłaszcza w tamtym czasie, bo jest to taka era KC, do której wyjątkowo mało muzyków przez te lata bezpośrednio nawiązywało. Specyficzne użycie dętych instrumentów podkreśla, jak charakterystyczna była tamta płyta/utwór King Crimson. Tym samym, oficjalnie można powiedzieć, że „Raider II”, to „Lizard” w domu, ale nie ma w tym nic złego.
Kawałek jest olbrzymi. To nie jest tylko 20 minut grania tego samego, to jest monstrum skonstruowane z różnych i różniących się od siebie segmentów, rozwijające się niespiesznie, zawierające dłuższe momenty zastoju, przy których niektórzy tutaj będą wzdychać i jęczeć (nawet wiem którzy). Rock progresywny, proszę państwa.
Nie mam pojęcia, jak bym ten kawałek odebrał, gdybym teraz go usłyszał pierwszy raz. Naprawdę. Wiem natomiast, że po 12 latach (kiedy to minęło..) znajomości tej kobyły, nadal robi ona na mnie wrażenie i mam praktycznie same dobre rzeczy do powiedzenia na jej temat. To był w ogóle naprawdę fenomenalny album Wilsona, zwłaszcza w kontraście z kolejnym, który był kompletną karykatura prog-rocka i czymś co mnie zniechęciło do Stefana na parę lat. Tutaj jeszcze wszystko jest w zdrowych proporcjach, a przede wszystkim z pomysłem i jakimś smakiem. „Raider II” to nie tylko kaprys, to naprawdę działa.
Cichy, klimatyczny wstęp, bardzo ciekawie nagrane pianino (słychać, że Wilson ledwo dotyka klawiszy), potem wybuch z zagrywkami ala „Lizard”. To jest typowy zabieg u Wilsona z lat 2008 – 2013, taka forma jumpscare’u (cicho, chcho i nagle JEB, RIP headphones users). Te chórki brzmią trochę jak z klawisza, ale to prawdziwi ludzie. Fragment od 3:53 przypomina mi trochę segment „Caveman” z części drugiej pierwszych Dzwonów Rurowych (ależ to dziwnie wyszło). Spokojny fragment potem, przypomina mi mocno brytyjską muzykę z lat 70, jakieś elementy jazzu, podszyte lekko folkiem, itd. Piękny fragment. Na instrumentach dętych w tym kawałku (jak i na całej płycie) gra Theo Travis, więc nie byle kto. Potem powrót do wcześniejszych segmentów wokalnych i zaczyna się typowo wankerska gonitwa. Jako fragment większej całości, idzie to w miarę uznać, zwłaszcza, że około 8:56 wchodzi dosyć wyraźne, ale ze smakiem wykonane, nawiązanie do „Lizard”, a dokładnie do części „The Battle of Glass Tears” i podczęści „Last Skirmish” (rock progresywny, proszę państwa). W 9:30 wchodzi jeden z moich ulubionych fragmentów, robi się jazz noir w starym, dobrym stylu. Potem znowu obligatoryjne napierdalanie, aż wchodzi wyróżniony przez Wuja segment po 12 minucie. Tu już królują ambient i drone z drobnymi elementami jazzowymi, kojarzącymi mi się z tym, co Talk Talk robili na „Laughing Stock”. I zgadzam się z Wujem, że jest w tym coś z muzyki zarówno Goldsmitha (do „Alien”) i Hornera (do „Aliens”, te chórki). Potem wraca główny motyw i koło 14:30 powoli wynurza się zakończenie, które rozwija się bez pośpiechu i nabiera mocy, żeby finiszować typowym, rockowym pierdolnięciem. Na szczęście jest jeszcze koda. Powolne, ponure zakończenie z basem w roli głównej, przypomina mi pewne rzeczy nagrywane w swoim czasie przez Mars Voltę. To jest mój ulubiony fragment, kiedyś zasłuchiwałem się mocno w takich, lekko noir, rzeczach.
No, jest to kolos, nie wiem, czy Porcupine Tree koledzy będą w stanie go docenić przy takim zapoznaniu, na jakie sobie pozwalamy w ramach jednej kolejki, można mieć tylko nadzieję, że to będzie grower (pisze tak jakby to moja wrzuta była lol). Zgadzam się z Wujem, że to jest niemal album sam w sobie. Widziałem „Raidera II” na żywo 4 razy, z czego dwa pełne wykonania (w 2011 r.) i dwa skrócone (w 2013 r., do chyba 15 minut). Usłyszeć to grane live, to było całkiem duże przeżycie dla mnie, mimo że w takich warunkach nie wyszło to tak dobrze, jak na płycie.
Jako fan Wilsona, mam przyklejoną na ryj łatkę biasu, ale w przypadku tego utworu, sam jestem zaskoczony, jak bardzo on się u mnie broni po latach. Mogę jedynie podziękować Wujowi, że postanowił wybrać „Raidera II”, bo wróciły do mnie wszystkie związane z nim wspomnienia i generalnie uznaję, że to się niesamowicie dobrze w moich uszach zestarzało i nadal jest tak dobre, jak było. Genialny numer. Pozostaje mi polecić Wujowi pierwowzór tego utworu, czyli kawałek „Lizard” King Crimson, z płyty o tym samym tytule. Również 23 minuty muzyki.
https://www.youtube.com/watch?v=7XjIJi79O80
Enrike Solinis - Makam-I Hüseyni Sakil-I Aga Riza (Mss. D. Cantemir 89)
No, i o takim Melkim śpiewa się piosenki przy ognisku. Albo nawet nie śpiewa, tylko gra takie rzeczy, jak w/w. Niby hiszpan i hiszpańska muzyka, ale mnie to bardziej brzmi jak jakieś Marakesz-core. Hiszpańsko-brzmiącej muzyki za bardzo nie lubię, i może się nie znam, ale to mi zdecydowanie bardziej pachnie Afryką i ja to kupuję. Ostatnio mam większą styczność z tego typu rzeczami i może dlatego mi się od razu spodobała ta propozycja Melkiego. To co się tutaj liczy przede wszystkim to vibe. Takie instrumentalne numery, w takiej konwencji, lubią brzmieć podobnie, w sensie, to mógłby być każdy, trochę jak w bluesie, słyszysz te zagrywki i wiesz, że to może być jeden z 1000000000 wykonawców grających to samo. I pewnie daltego miałem problem żeby się wkręcić w taką muzę, bo który z tych identycznych muzyków, gra te muzykę najlepiej? I tu najbardziej świeci gwiazda naszej bestki, bo dzięki temu, że Melki wrzuca tu to, co wrzuca, to się nie muszę nad tym zastanawiać, nie musiałem dokonywać wyboru, bo ktoś za mnie zdecydował.
Zaczynam trochę bredzić, więc zakończę to mówiąc po prostu, że jestem ukontentowany tą wrzutą, podoba mi się, może nawet płytkę ogarnę. Pomio, że to jest totalnie genericowa (tak, ponownie) rzecz i ja nawet nie lubię Hiszpanii, a Hiszpanów nie cierpię.
Shellac - Prayer to god
O, dawno Mentos nie wrzucał rzeczy, które mnie naprawdę porwały, tzn. był rzeczy przyzwoite, rzetelne, itd., ale nic takiego, od czego by mi serce zabiło. Wiecie pewnie do czego zmierzam. Albo nie wiecie. W każdym razie, nastał tenże moment. To jest mentos-core i myślę, że ostatecznie możemy śmiało powiedzieć, że to jest ta gęba naszego kochanego, byłego ‘gówniarza’ forumowego. Takie rzeczy, Josh H. i goście nagrywali pod szyldem „Desert Sessions”, które są tak legendarne i szanowane, że aż ręce mi drżą kiedy o nich piszę. „Prayer to God” by się załapało. prostytutka, nic nie wiem o tym zespole, ale mam wrażenie, że powinienem znać. Czyli jednak Albini robił coś słuchalnego, melodyjnego, a jednocześnie chamskiego i szorstkiego. Takie Big Black dla ludzi, którzy nie lubią Big Black. Fajna, niechlujna produkcja, która jednocześnie jest na ekstremalnie wysokim poziomie, ciepłe brzmienie i nawet ta arogancka maniera Albieniego tak nie wkurza, bo przynajmniej facet daje coś wartościowego w zamian. Chyba najlepsza wrzuta Mentosa w tej 25tce, zaopatrzę się w album i będę słuchał. I tyle.
Ale pojebana kolejka, każdy się uparł żeby wrzucić coś skrajnie innego. Tyle dobrego, że przynajmniej mój punk nie wypadł z dupy.
Jestem zaskoczony, że mogąc wybrać tylko jeden kawałek Moev, Dev wybrał to. TBH ja nawet nie pamiętałem tego utworu i nie pamiętam, żeby Dev o nim wspominał, ani go puszczał w aucie (a słuchaliśmy przez lata DUUUŻOOOO Moev). Może to jakaś próba zerwania z brzmieniem zespołu, które tutaj nieszczególnie zebrało prejz. W każdym razie, śmieszny jest ten numer. Brzmi jak generyczny kawałek z jakiejś kompilacji electro kupionej w Realu, w koszu z tanimi płytami. Jednocześnie, dzięki takim tanim kompilacjom odkryłem dużo dobrej, elektronicznej muzyki. I to jest właśnie coś takiego. Niepozorne, niewyróżniające się, powielające wiele schematów, ale ostatecznie wpada w ucho i to się liczy. Przyznam się bez bicia, poświęciłem „Ventilation” absolutne minimum uwagi, więc to jest trochę odkopywanie tego albumu na nowo. Jak się zna więcej rzeczy od Moev, to można tu wyróżnić ferrisowe zagrywki i zabiegi, które są dla tego gościa charakterystyczne (a inaczej brzmią genericowo). Wokal Żuli jest spoko, równie genericowy jak użyta elektronika, ale też nie jest to Cal Stephenson, a to już spory plus (chociaż nie ma z czego beki toczyć). Jeżeli mam jakiś itch 90sowej elektroniki, to ten kawałek zaspokoił moje potrzeby, łącznie z piękną wizualizacją, która w 2000 r. byłaby supermodnym i supercool wygaszaczem ekranu. Nadal uważam, że to wybór Deva dziwny i chyba trochę pod publikę, ale kawałek jest dobry, więc z mojej strony okejka leci.
DJ Nigga Fox - Sub Zero
Kiedyśtam Dragon zapodał jakąś bardziej egzotyczną elektronikę, tzn. bardziej egzotyczną z pochodzenia, niż z brzmienia, i srogo zmehałem tamtą wrzutę. Teraz Smoku ponownie zaprasza za dalszą granicę. W klubie to by faktycznie mogło zabrzmieć wybitnie, tymczasem w domu… no, w domu też jest spoko xD Dużo fajnych rzeczy się dzieje w tym kawałku, każdy element brzmi inaczej, ALE spełnia tę samą funkcję, czyli uwydatnia rytmikę. To jest kolaż rzeczy do bujania się i słyszałbym to na jakimś dużym elektronicznym festiwalu, grane dla kilku tysięcy ludzi, na sprzęcie za grubą kasę i jakąś oprawą ze świateł. Jedyne moje doświadczenie tego typu, to Audioriver ponad 10 lat temu, ale potrafię sobie wyobrazić. Przypomina mi się też set minimal techno przygotowany przez Martina, grany przed koncertami Exciter Tour, jakie to robiło wtedy wrażenie! Tak więc, jest to muza do odbierania w klubach lub dużych imprezach, ale w domu też można tego z uznaniem posłuchać. Ok, momentami brzmi potwornie generycznie (hasło klucz tej kolejki) i bez jakiegoś osłuchania w tego typu elektronice, można to uznać za piątą wodę po kisielu, no aleee.. mam dobry humor, daję okejkę.
Znowu mój numer wchodzi KOMPLETNIE z dupy po poprzednikach, ale chyba jestem po prostu skazany na taki niecelowy misplace. Zwłaszcza, że zaraz po mnie wchodzi
Timi Yuro - I Didn't Know What Time It Was
Pierdolcie się, robicie to specjalnie (!!11!!!). Murzyn to w ogóle mi chyba pozazdrościł, bo wrzuca trzecią z rzędu balladę (MURZYN. BALLADĘ.), a teraz faktycznie rzecz, która najbliżej w bestce stoi przy Sinatrze (chociaż to są i tak skojarzenia dalekie). Jednocześnie, to jest wrzutka typowo murzyńska. To nie jest hien-core, to jest murzyn-core, ale w wydaniu, którego Jacek jeszcze nie prezentował, a raczej prezentował, ale w formie baaardzo przetworzonej (np. samplowanej w hip-hopowych kawałkach) lub nowszej i w wydaniu męskim. Na pierwszy rzut ucha, ballada jakich wiele, zwłaszcza z tamtych czasów. Takie same wrażenie można odnieść, kiedy pobieżnie zna się Sinatrę. Głos Timi Yuro rzeczywiście jest jak dzwon, może brakuje mu tego czegoś, co by ją wyróżniła z gąszczu takich wokalistek, ale jest bardzo dobry. Wyróżnikiem może tu być wspomniany przez Murzyna fakt, że Timi jest biała, a śpiewa z mocą czarnej wokalistki. Jacek robi nam się tutaj specjalistą od śpiewających białych pań, które imitują czarne śpiewające panie (a to już gruba podkategoria xD). Nie ma co się nad tym doktoryzować, tu się liczą feelsy. Mam słabość do muzyki z tamtych czasów, mam słabość do tej konkretnej formy, która wprawdzie może się wydawać wąska w środkach wyrazu i samym piosenkopisarstwie też, ale jak to mawiał Bolesław Prus – siusiak z tym. Vibe na takie granie mam bardziej jesienią, ale nie da się ukryć, że mamy w tym roku mocno melancholijną wiosnę i takie rzeczy przechodzą zaskakująco dobrze.
Steven Wilson - Raider II
Wuja się nie pierdoIi. Dawno już nie miałem odwagi przesłuchać „Raidera” w całości, więc robię to teraz po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Na Laście mam 41 scrobbli tego kawałka, do tego dochodzą odsłuchy z cd, które były częste. prostytutka, no Wuja xD Ja nie wiem, czy to jest do ogarnięcia w bestce utworowej. No, ale z drugiej strony, walić to. Shodan dołącza do klubu kobył. Może by to (nawet na pewno) lepiej zadziałało wrzucone jesienią (kiedy album wyszedł, idealna pora na takie granie), ale już koniec marudzenia.
O czym Wuja nie wspomniał, to to, że „Raider II”, lirycznie, opowiada niejako dzień z życia seryjnego mordercy, i to prawdziwego. Dennis Rader, między 74, a 91 rokiem, zamordował 10 osób. Schwytano go dopiero w 2005 r. Ta trivia jest o tyle istotna, że „Raider II” jest dosyć konkretnym konceptem, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i wrażenia muzyczne. To jest dosłownie muzyczna wizualizacja tego, co siedzi w głowie takiego człowieka, jak Rader.
Pamiętam dokładnie kiedy zapowiedziano „Grace for Drowning”, nie dość, że to miał być podwójny album z jazzowymi elementami, to miał się na nim znaleźć ponad 20minutowy kawałek, coś czego Steven jeszcze nie robił (pomijam pełnego „Moonloopa”, który trwa godzinę, ale to improwizacja). Co się od razu rzuca w ucho, i o czym Wilson sam w tamtym czasie wspominał, to to, że „Raider II” jest jednym wielkim hołdem dla „Lizard” King Crimson (nawet trwa tyle samo co utwór tytułowy). Było to ciekawe, zwłaszcza w tamtym czasie, bo jest to taka era KC, do której wyjątkowo mało muzyków przez te lata bezpośrednio nawiązywało. Specyficzne użycie dętych instrumentów podkreśla, jak charakterystyczna była tamta płyta/utwór King Crimson. Tym samym, oficjalnie można powiedzieć, że „Raider II”, to „Lizard” w domu, ale nie ma w tym nic złego.
Kawałek jest olbrzymi. To nie jest tylko 20 minut grania tego samego, to jest monstrum skonstruowane z różnych i różniących się od siebie segmentów, rozwijające się niespiesznie, zawierające dłuższe momenty zastoju, przy których niektórzy tutaj będą wzdychać i jęczeć (nawet wiem którzy). Rock progresywny, proszę państwa.
Nie mam pojęcia, jak bym ten kawałek odebrał, gdybym teraz go usłyszał pierwszy raz. Naprawdę. Wiem natomiast, że po 12 latach (kiedy to minęło..) znajomości tej kobyły, nadal robi ona na mnie wrażenie i mam praktycznie same dobre rzeczy do powiedzenia na jej temat. To był w ogóle naprawdę fenomenalny album Wilsona, zwłaszcza w kontraście z kolejnym, który był kompletną karykatura prog-rocka i czymś co mnie zniechęciło do Stefana na parę lat. Tutaj jeszcze wszystko jest w zdrowych proporcjach, a przede wszystkim z pomysłem i jakimś smakiem. „Raider II” to nie tylko kaprys, to naprawdę działa.
Cichy, klimatyczny wstęp, bardzo ciekawie nagrane pianino (słychać, że Wilson ledwo dotyka klawiszy), potem wybuch z zagrywkami ala „Lizard”. To jest typowy zabieg u Wilsona z lat 2008 – 2013, taka forma jumpscare’u (cicho, chcho i nagle JEB, RIP headphones users). Te chórki brzmią trochę jak z klawisza, ale to prawdziwi ludzie. Fragment od 3:53 przypomina mi trochę segment „Caveman” z części drugiej pierwszych Dzwonów Rurowych (ależ to dziwnie wyszło). Spokojny fragment potem, przypomina mi mocno brytyjską muzykę z lat 70, jakieś elementy jazzu, podszyte lekko folkiem, itd. Piękny fragment. Na instrumentach dętych w tym kawałku (jak i na całej płycie) gra Theo Travis, więc nie byle kto. Potem powrót do wcześniejszych segmentów wokalnych i zaczyna się typowo wankerska gonitwa. Jako fragment większej całości, idzie to w miarę uznać, zwłaszcza, że około 8:56 wchodzi dosyć wyraźne, ale ze smakiem wykonane, nawiązanie do „Lizard”, a dokładnie do części „The Battle of Glass Tears” i podczęści „Last Skirmish” (rock progresywny, proszę państwa). W 9:30 wchodzi jeden z moich ulubionych fragmentów, robi się jazz noir w starym, dobrym stylu. Potem znowu obligatoryjne napierdalanie, aż wchodzi wyróżniony przez Wuja segment po 12 minucie. Tu już królują ambient i drone z drobnymi elementami jazzowymi, kojarzącymi mi się z tym, co Talk Talk robili na „Laughing Stock”. I zgadzam się z Wujem, że jest w tym coś z muzyki zarówno Goldsmitha (do „Alien”) i Hornera (do „Aliens”, te chórki). Potem wraca główny motyw i koło 14:30 powoli wynurza się zakończenie, które rozwija się bez pośpiechu i nabiera mocy, żeby finiszować typowym, rockowym pierdolnięciem. Na szczęście jest jeszcze koda. Powolne, ponure zakończenie z basem w roli głównej, przypomina mi pewne rzeczy nagrywane w swoim czasie przez Mars Voltę. To jest mój ulubiony fragment, kiedyś zasłuchiwałem się mocno w takich, lekko noir, rzeczach.
No, jest to kolos, nie wiem, czy Porcupine Tree koledzy będą w stanie go docenić przy takim zapoznaniu, na jakie sobie pozwalamy w ramach jednej kolejki, można mieć tylko nadzieję, że to będzie grower (pisze tak jakby to moja wrzuta była lol). Zgadzam się z Wujem, że to jest niemal album sam w sobie. Widziałem „Raidera II” na żywo 4 razy, z czego dwa pełne wykonania (w 2011 r.) i dwa skrócone (w 2013 r., do chyba 15 minut). Usłyszeć to grane live, to było całkiem duże przeżycie dla mnie, mimo że w takich warunkach nie wyszło to tak dobrze, jak na płycie.
Jako fan Wilsona, mam przyklejoną na ryj łatkę biasu, ale w przypadku tego utworu, sam jestem zaskoczony, jak bardzo on się u mnie broni po latach. Mogę jedynie podziękować Wujowi, że postanowił wybrać „Raidera II”, bo wróciły do mnie wszystkie związane z nim wspomnienia i generalnie uznaję, że to się niesamowicie dobrze w moich uszach zestarzało i nadal jest tak dobre, jak było. Genialny numer. Pozostaje mi polecić Wujowi pierwowzór tego utworu, czyli kawałek „Lizard” King Crimson, z płyty o tym samym tytule. Również 23 minuty muzyki.
https://www.youtube.com/watch?v=7XjIJi79O80
Enrike Solinis - Makam-I Hüseyni Sakil-I Aga Riza (Mss. D. Cantemir 89)
No, i o takim Melkim śpiewa się piosenki przy ognisku. Albo nawet nie śpiewa, tylko gra takie rzeczy, jak w/w. Niby hiszpan i hiszpańska muzyka, ale mnie to bardziej brzmi jak jakieś Marakesz-core. Hiszpańsko-brzmiącej muzyki za bardzo nie lubię, i może się nie znam, ale to mi zdecydowanie bardziej pachnie Afryką i ja to kupuję. Ostatnio mam większą styczność z tego typu rzeczami i może dlatego mi się od razu spodobała ta propozycja Melkiego. To co się tutaj liczy przede wszystkim to vibe. Takie instrumentalne numery, w takiej konwencji, lubią brzmieć podobnie, w sensie, to mógłby być każdy, trochę jak w bluesie, słyszysz te zagrywki i wiesz, że to może być jeden z 1000000000 wykonawców grających to samo. I pewnie daltego miałem problem żeby się wkręcić w taką muzę, bo który z tych identycznych muzyków, gra te muzykę najlepiej? I tu najbardziej świeci gwiazda naszej bestki, bo dzięki temu, że Melki wrzuca tu to, co wrzuca, to się nie muszę nad tym zastanawiać, nie musiałem dokonywać wyboru, bo ktoś za mnie zdecydował.
Zaczynam trochę bredzić, więc zakończę to mówiąc po prostu, że jestem ukontentowany tą wrzutą, podoba mi się, może nawet płytkę ogarnę. Pomio, że to jest totalnie genericowa (tak, ponownie) rzecz i ja nawet nie lubię Hiszpanii, a Hiszpanów nie cierpię.
Shellac - Prayer to god
O, dawno Mentos nie wrzucał rzeczy, które mnie naprawdę porwały, tzn. był rzeczy przyzwoite, rzetelne, itd., ale nic takiego, od czego by mi serce zabiło. Wiecie pewnie do czego zmierzam. Albo nie wiecie. W każdym razie, nastał tenże moment. To jest mentos-core i myślę, że ostatecznie możemy śmiało powiedzieć, że to jest ta gęba naszego kochanego, byłego ‘gówniarza’ forumowego. Takie rzeczy, Josh H. i goście nagrywali pod szyldem „Desert Sessions”, które są tak legendarne i szanowane, że aż ręce mi drżą kiedy o nich piszę. „Prayer to God” by się załapało. prostytutka, nic nie wiem o tym zespole, ale mam wrażenie, że powinienem znać. Czyli jednak Albini robił coś słuchalnego, melodyjnego, a jednocześnie chamskiego i szorstkiego. Takie Big Black dla ludzi, którzy nie lubią Big Black. Fajna, niechlujna produkcja, która jednocześnie jest na ekstremalnie wysokim poziomie, ciepłe brzmienie i nawet ta arogancka maniera Albieniego tak nie wkurza, bo przynajmniej facet daje coś wartościowego w zamian. Chyba najlepsza wrzuta Mentosa w tej 25tce, zaopatrzę się w album i będę słuchał. I tyle.
Ale pojebana kolejka, każdy się uparł żeby wrzucić coś skrajnie innego. Tyle dobrego, że przynajmniej mój punk nie wypadł z dupy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W związku z tym, że Shodan zamordował tę kolejkę, mała trivia w międzyczasie, czyli podsumowanie indywidualnych czasów trwania muzyki zaproponowanej przez nas:
devotional - 1h 14m 22s (17 utworów)
Dragon - 1h 52m 26s (17 utworów)
Hien - 1h 28m 43s (17 utworów)
Malkolit - 57m 50s (12 utworów)
mintaj - 1h 19m 20s (17 utworów)
shodan - 1h 36m 20s (17 utworów)
stripped - 1h 37m 14s (17 utworów)
póki co zatem wyprzedza wszystkich Dragon (jak zwykle), następnie Murzyn i Wuja - takie jest top3.
A teraz podliczenie od początku zabawy:
devotional - 5h 07m 13s (67 utworów)
Dragon - 7h 49m 42s (67 utworów)
Hien - 5h 17m 30s (67 utworów)
Malkolit - 2h 44m 27s (34 utwory)
mintaj - 5h 33m 26s (67 utworów)
shodan - 5h 35m 12s (67 utworów)
stripped - 5h 36m 02s (67 utworów)
Czez - 1h 14m 20s (18 utworów)
Tutaj top3 jest identyczne.
Łącznie, od początku zabawy, nawaliliśmy: 38h 57m 52s (454 utwory)
devotional - 1h 14m 22s (17 utworów)
Dragon - 1h 52m 26s (17 utworów)
Hien - 1h 28m 43s (17 utworów)
Malkolit - 57m 50s (12 utworów)
mintaj - 1h 19m 20s (17 utworów)
shodan - 1h 36m 20s (17 utworów)
stripped - 1h 37m 14s (17 utworów)
póki co zatem wyprzedza wszystkich Dragon (jak zwykle), następnie Murzyn i Wuja - takie jest top3.
A teraz podliczenie od początku zabawy:
devotional - 5h 07m 13s (67 utworów)
Dragon - 7h 49m 42s (67 utworów)
Hien - 5h 17m 30s (67 utworów)
Malkolit - 2h 44m 27s (34 utwory)
mintaj - 5h 33m 26s (67 utworów)
shodan - 5h 35m 12s (67 utworów)
stripped - 5h 36m 02s (67 utworów)
Czez - 1h 14m 20s (18 utworów)
Tutaj top3 jest identyczne.
Łącznie, od początku zabawy, nawaliliśmy: 38h 57m 52s (454 utwory)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
I weź sobie teraz wszystko przesłuchaj dla przypomnienia. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bez problemu, przecież nikt nie zmusza do słuchania za jednym zamachem. Ja sobie co jakiś czas odpalam wasze kawałki, czasami losowo, czasami wg. osoby, czasami wg. chronologii, itd. 90% to jest przecież bardzo dobra muzyka.
Wuja, tak naprawdę wystarczy zrobić przerwę w słuchaniu "Happier" 24/7 i już masz czas lol xD
Wuja, tak naprawdę wystarczy zrobić przerwę w słuchaniu "Happier" 24/7 i już masz czas lol xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Moev - You Should Have Been Mine
Zabawne bo gdy pierwszy raz odpaliłem ten numer włączyła się jakaś kijowa reklama, czekałem by minęła a to okazało się że to jest klip do tego numeru po prostu xD początkowo chciałem zjechać mocno ten numer, skojarzył mi się z tym takim techno na kiju z lat 90. co to dev kiedyś wrzucał tu, ogólnie produkcja jak zresztą uprzedzał nie jest jakaś wyrafinowana. Z czasem numer uleżał się trochę w uchu, brzmi jak lekki, nieco transowy numer z lat 90. jaki mógliby pewnie nagrać wtedy Deee-Lite chociażby, gitara fajnie uzupełnia ten klimat, nawet przyjemnie się tego słucha ale na kolana nie powala.
DJ Nigga Fox - Sub Zero
Podobnie jak Hien słuchając tego przypominam sobie Teto Preto, wiadomo że jestem fanem takich perkusyjnych sałatek i klubowych brzmień z różnych stron świata. Problem z taką muzyką jest tylko jeden, ona najlepiej funkcjonuje jako część większej całości, jakiegoś setu a trudno o pojedyncze strzały które zostawałyby na dłużej w pamięci. Nie inaczej jest z tym numerem który zbytnio się nie rozwija, do nikąd nie prowadzi by ostatecznie urwać się nagle od czapy, tym samym odczywam niedosyt i rozczarowanie.
Good Charlotte - Waldorf Worldwide
Hien przy okazji tej wrzuty pisał nieco o nostalgii za czymś czego się nigdy nie miało i jestem w stanie podzielać ten feeling słuchając tego numeru, z tego względu że słuchając go aż na chwilę żałuję że w tamtych czasach byłem tylko niezrozumiałym murzynem gibającym głową do Busta Rhymesa a nie nosiłem glanów i nie piłem tanich win z kolegami słuchającymi punka. Tym razem pełnokrwisty pop punk munlup zapodał, śmierdzący na kilometr Ameryką i koledżem i byłby to pewnie świetny podkład do filmu w tych klimatach, lub... jakiegoś family friendly filmu animowanego? Słuchając tego miałem nieodparte wrażenie jakbym słuchał przeboju ze Shreka, najśmieszniejsze że dokładnie tym samym skojarzeniem rzucił mi kolega któremu puściłem ten kawałek więc duch All-Star unosi się w tym numerze ale jest fajnie, lekko, przyjemnie, pozytywnie, najlepiej się tego słuchało zdecydowanie...
...w przeciwieństwie do...
Steven Wilson - Raider II
No tak, okularnik, ciekawe ile jeszcze wrzut z ilu różnych wcieleń tego Pana przyjdzie nam tu poznać. Dotychczasowe zetknięcia nie były tak straszne jak mógłbym przypuszczać ale tu jednak dostajemy w papę progiem pełnej krwi. Numer na dobrą sprawę składa się niejako z trzech różnych segmentów pojawiających się naprzemiennie, jeden to filmowy ambient przywodzący mi na myśl numer z Obcego zapodany przez wujka, drugie to pasaże z fletem tudzież innym dętym instrumentem (nie pamiętam, klarnet, obój?), trzecie to te segmenty idące trochę w klimaty mHoczne, jakieś chórki i inne straszne dźwięki plus obowiązkowe brandzlowanie się na gitarze elektrycznej które budzi we mnie zawsze uśmiech politowania. Przyznam że mi poza tymi solówkami na dętych instrumentach nic tu zbytnio nie podchodzi a to jednak za mało żebym chciał wracać do tego utworu w przyszłości.
Enrike Solinis - Makam...
Melki wrócił na nieco lepsze tory idąc za moją poradą, klimat ten jest z pewnością bardziej interesujący od zawartości Radia Złote Przeboje, niemniej nie jest to jeszcze forma na jaką liczyłem. Pan Enrike serwuje przyjemny arabski folk na gitarę, skrzypce i perkusalia. Vibe to ma mocny ale utwór nie serwuje nic ponadto, kompozycja która sobie trwa i ucina się kiedy człowiek się tego nie spodziewa, to pozostawia niedosyt. Po raz kolejny mam poczucie obcowania z próbką, wycinkiem całości która zapewne nie jest w stanie oddać rozmiaru talentu twórcy. Nie ma to też mocy przyciągania równej radiowym singlom, w takiej muzyce chyba trudno o te złoty strzały o czym już pisałem.
Shellac - Prayer To God
No i na koniec miętus z typowym dla siebie angst-corem. Kwestia facetów którzy skutecznie odciągali kobiety na których człowiekowi w życiu zależało jest mi niestety znana, ba, to w sumie mało powiedziane, sprowadza się u mnie wręcz do istnienia swoistego nemesis, pewnego chujka który stanął mi na drodze do szczęścia nie raz a nawet dwukrotnie i to z różnymi kobietami xD tym samym numer wrzucony przez mentosa doceniam i pewnie byłbym go zakatował rozmyślając przy tym nad zakatowaniem owego osobnika no ale to było jednak szmat czasu temu a ostatecznie życie poukładało się nienajgorzej więc nie chowam urazy, heh. Tymczasem nie umiem się jednakowoż zachwycić tym kawałkiem a to chyba z uwagi na dostateczne już zagęszczęnie angstowych klimatów ze strony mentosa i po dość intensywnym doznaniu jakim było obcowanie z Big Black (Dickiem) nie robi to już takiego wrażenia a nawet nie chce mi się znowu udawać w te rejony muzyki. Także no spoko ale może innym razem a z uwagi na kontekst kawałka najlepiej już nigdy, heh.
To by było na tyle z mojej strony, przyznam że dla mnie to była naprawdę słaba kolejeczka, poprzednie też bywały takie sobie, mam poczucie że bestka powoli się chyba nam wypala. Laur konsumenta zgarnia Hien najsolidniejszą pozycją, w tle majaczy dev, dragon z Melkim zapodali egzotyczne wyprawy które jednak były ekscytujące na poziomie muzaku, wujkowi i mentosowi podziękuję bo albo nie dziś pora na te kawałki albo może nie w tym życiu.
Zabawne bo gdy pierwszy raz odpaliłem ten numer włączyła się jakaś kijowa reklama, czekałem by minęła a to okazało się że to jest klip do tego numeru po prostu xD początkowo chciałem zjechać mocno ten numer, skojarzył mi się z tym takim techno na kiju z lat 90. co to dev kiedyś wrzucał tu, ogólnie produkcja jak zresztą uprzedzał nie jest jakaś wyrafinowana. Z czasem numer uleżał się trochę w uchu, brzmi jak lekki, nieco transowy numer z lat 90. jaki mógliby pewnie nagrać wtedy Deee-Lite chociażby, gitara fajnie uzupełnia ten klimat, nawet przyjemnie się tego słucha ale na kolana nie powala.
DJ Nigga Fox - Sub Zero
Podobnie jak Hien słuchając tego przypominam sobie Teto Preto, wiadomo że jestem fanem takich perkusyjnych sałatek i klubowych brzmień z różnych stron świata. Problem z taką muzyką jest tylko jeden, ona najlepiej funkcjonuje jako część większej całości, jakiegoś setu a trudno o pojedyncze strzały które zostawałyby na dłużej w pamięci. Nie inaczej jest z tym numerem który zbytnio się nie rozwija, do nikąd nie prowadzi by ostatecznie urwać się nagle od czapy, tym samym odczywam niedosyt i rozczarowanie.
Good Charlotte - Waldorf Worldwide
Hien przy okazji tej wrzuty pisał nieco o nostalgii za czymś czego się nigdy nie miało i jestem w stanie podzielać ten feeling słuchając tego numeru, z tego względu że słuchając go aż na chwilę żałuję że w tamtych czasach byłem tylko niezrozumiałym murzynem gibającym głową do Busta Rhymesa a nie nosiłem glanów i nie piłem tanich win z kolegami słuchającymi punka. Tym razem pełnokrwisty pop punk munlup zapodał, śmierdzący na kilometr Ameryką i koledżem i byłby to pewnie świetny podkład do filmu w tych klimatach, lub... jakiegoś family friendly filmu animowanego? Słuchając tego miałem nieodparte wrażenie jakbym słuchał przeboju ze Shreka, najśmieszniejsze że dokładnie tym samym skojarzeniem rzucił mi kolega któremu puściłem ten kawałek więc duch All-Star unosi się w tym numerze ale jest fajnie, lekko, przyjemnie, pozytywnie, najlepiej się tego słuchało zdecydowanie...
...w przeciwieństwie do...
Steven Wilson - Raider II
No tak, okularnik, ciekawe ile jeszcze wrzut z ilu różnych wcieleń tego Pana przyjdzie nam tu poznać. Dotychczasowe zetknięcia nie były tak straszne jak mógłbym przypuszczać ale tu jednak dostajemy w papę progiem pełnej krwi. Numer na dobrą sprawę składa się niejako z trzech różnych segmentów pojawiających się naprzemiennie, jeden to filmowy ambient przywodzący mi na myśl numer z Obcego zapodany przez wujka, drugie to pasaże z fletem tudzież innym dętym instrumentem (nie pamiętam, klarnet, obój?), trzecie to te segmenty idące trochę w klimaty mHoczne, jakieś chórki i inne straszne dźwięki plus obowiązkowe brandzlowanie się na gitarze elektrycznej które budzi we mnie zawsze uśmiech politowania. Przyznam że mi poza tymi solówkami na dętych instrumentach nic tu zbytnio nie podchodzi a to jednak za mało żebym chciał wracać do tego utworu w przyszłości.
Enrike Solinis - Makam...
Melki wrócił na nieco lepsze tory idąc za moją poradą, klimat ten jest z pewnością bardziej interesujący od zawartości Radia Złote Przeboje, niemniej nie jest to jeszcze forma na jaką liczyłem. Pan Enrike serwuje przyjemny arabski folk na gitarę, skrzypce i perkusalia. Vibe to ma mocny ale utwór nie serwuje nic ponadto, kompozycja która sobie trwa i ucina się kiedy człowiek się tego nie spodziewa, to pozostawia niedosyt. Po raz kolejny mam poczucie obcowania z próbką, wycinkiem całości która zapewne nie jest w stanie oddać rozmiaru talentu twórcy. Nie ma to też mocy przyciągania równej radiowym singlom, w takiej muzyce chyba trudno o te złoty strzały o czym już pisałem.
Shellac - Prayer To God
No i na koniec miętus z typowym dla siebie angst-corem. Kwestia facetów którzy skutecznie odciągali kobiety na których człowiekowi w życiu zależało jest mi niestety znana, ba, to w sumie mało powiedziane, sprowadza się u mnie wręcz do istnienia swoistego nemesis, pewnego chujka który stanął mi na drodze do szczęścia nie raz a nawet dwukrotnie i to z różnymi kobietami xD tym samym numer wrzucony przez mentosa doceniam i pewnie byłbym go zakatował rozmyślając przy tym nad zakatowaniem owego osobnika no ale to było jednak szmat czasu temu a ostatecznie życie poukładało się nienajgorzej więc nie chowam urazy, heh. Tymczasem nie umiem się jednakowoż zachwycić tym kawałkiem a to chyba z uwagi na dostateczne już zagęszczęnie angstowych klimatów ze strony mentosa i po dość intensywnym doznaniu jakim było obcowanie z Big Black (Dickiem) nie robi to już takiego wrażenia a nawet nie chce mi się znowu udawać w te rejony muzyki. Także no spoko ale może innym razem a z uwagi na kontekst kawałka najlepiej już nigdy, heh.
To by było na tyle z mojej strony, przyznam że dla mnie to była naprawdę słaba kolejeczka, poprzednie też bywały takie sobie, mam poczucie że bestka powoli się chyba nam wypala. Laur konsumenta zgarnia Hien najsolidniejszą pozycją, w tle majaczy dev, dragon z Melkim zapodali egzotyczne wyprawy które jednak były ekscytujące na poziomie muzaku, wujkowi i mentosowi podziękuję bo albo nie dziś pora na te kawałki albo może nie w tym życiu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Moev Should Have Been Mine
Nie wiem kompletnie co o tym myśleć. Na pewno nie ma już plastikowego surowego mrocznego grania, za to jest plastikowy ciepły rozgardiasz. No cóż, ten szyld oznacza po prostu pewne zamiłowanie do wszechogarniającego muzycznego burdelu. Z jednej strony to oczywiste dansowe wręcz brzmienia, z drugiej na takich patentach jechali panowie z KD i sam Klaus, więc to było dziwne doświadczenie. Wokal przyjemny, ale czasami totalnie zagłuszony przez kwaśne dźwięki. Gitara w takim otoczeniu brzmi trochę losowo, jak konieczny (zbędny) rockerski patent. Ani konkretnej melodii, ani specjalnie zapadającego w pamięci brzmienia. W ogóle numer sprawia wrażenie nagranego jakieś dziesięć lat wcześniej. Meh, whatever.
Good Charlotte WaldorfWorldWide
Słyszę w tym wyraźną inspirację dla Gekonów. Lekkość połączona z zadziornością, punkowy sznycik spotyka przyjemny ska moment. Kojarzy mi się z serialami dla starszych dzieciaków z Disney XD, które te 10 lat temu (powiedzmy) oglądałem często i gęsto. Z tego powodu nie umiem do końca poczuć klimatu, a aż tak amerykańskość mnie nie grzała nigdy. Szerokie jezdnie, skejterzy, jednorodzinne chaty z garażami... no to tutaj pasuje, ale jest mi obce. W Tony Hawki nie grałem, więc kolejne skojarzenie też nie pomoże. Podoba mi się początek z tymi wokalnymi fiki-fiki i nawet jeśli końcówka już męczy, to ostatecznie całość jest okej. Dzięki zabawie w FLu i doskonale skomponowanej klasie w gimnazjum miałem z kim bawić się w muzykę. Ostatecznie zostały z tego szkice, resztki i demówki, może w sumie dobrze, że z planu na zespół nic nie wyszło, ale na pewno COŚ się wtedy rodziło.
Timi Yuro I Didnt Know What Time It Was
Ciekawy opis Mudżyna, z którego pod koniec niespodziewanie wychodzą większe emocje. Różne są metody muzycznego odreagowania. Wiadomo, tego typu twórczość najmocniej klika, gdy zachodzi odpowiednia potrzeba. Bardzo wiele emocji wyrażonych w nieskomplikowany sposób. Zamaszysty, lekko sandałowy aranż i tak usuwa się na drugi plan za potęgą wokalu. Nie dziwię się, że archeolodzy dotarli tutaj w poszukiwaniu interesujących dźwięków. Nigdy nie testowałem takiej muzyki w sytuacjach podbramkowych i raczej nie zanosi się na zmianę pod tym względem, ale łatwo można wejść w ten nastrojowy garnitur. Z soulu wolę późniejsze rzeczy, bardziej sensualne. Nigdy nie ciągnęło mnie w tę epokę muzycznie, więc nie mam nawet jak poudawać konesera. Wrzutka, która pogłębia pewne wrażenia. Dobra do dłuższych posiedzeń ze sobą - ja ostatnio staram się ich unikać.
Steven Wilson Tomb Raider II
Wielki geniusz, erudyta, eseista, intelektualista, cesarz, demiurg, nadczłowiek (ubermensch), tytan, heros. Wkraczamy do królestwa progresyfu z wyraźnym konceptem, inicjowaniem pewnych światów, poważnych opowieści. Parę płyt PT znam, na solówki nigdy nie miałem ochoty. Człowiek nie zna płyty w ogóle, ale naiwnie chce się zorientować, jaka panuje o niej opinia w sieci. Skala walenia konia do Wilsona w recenzjach jest właśnie nie do strawienia, ale szukam, szukam i coś dla siebie wreszcie znalazłem. Mogę się mylić, ale on po prostu robi za dużo rzeczy. Praca nad remasterami, produkcja swojej muzyki, kolejne poboczne projekty... potem jest jak jest. Lubię te linijki o mini albumie. Trochę dłużyzn już w swoim żywocie słyszałem i pewnie takie wrażenie dla wielu może być naturalnie. Dla mnie to porozciągana kompozycja, która pod płaszczykiem kolejnej wyszukanej historii do przedstawienia jest jednym wielkim recyklingiem, odgrzewanym kotletem.
Wilson całymi dniami słuchał odpowiednich płyt King Crimson i VdGG. W utrwalony w latach 70' schemat wrzuca te same brzmienia, często te same melodie (może delikatnie zmienione) oczywiście dla innego tekstu. Kompozycja, która minuta po minucie sprawia, że gdyby sporządzić listę typowych progerskich zabiegów, to można spokojnie z czasem odhaczać kolejne punkty. Atmosferyczne przystanki? Są, najciekawszy ten w środku, około dwunastej minuty. Flet? Jest, pojawia się wyjątkowo od czapy. Melotron? W tym przypadku zrobiono na odwrót i to chór imituje melotron, co mnie zaskoczyło. Rockerska rąbanka z dziwnymi figurami gitarowymi? Jest. Gdyby nie typowa maniera wokalna SW i specyficzne brzmienie dodatkowych pętli plus elektronika to przy ewentualnym zdezorientowaniu w trakcie można się zdziwić jak bardzo podobne to jest do KC. Ostatecznie emo-metalowe granko w pewnym momencie (18. minuta) zdradza autora, no ale cóż. A na pewno słucha się go nieporównywalnie lepiej, gdy nie zna się dokonań King Crimson, Van der Graaf Generator i wykonawców jazzrockowych. W przeciwnym razie od razu wychodzi na jaw, jak bardzo wtórna jest to muzyka, odtwórczo czerpiąca ze swoich inspiracji, z ostatecznym efektem dalece im ustępującym. Utwór, pomyślany jako najważniejszy moment albumu, jest ewidentnym hołdem dla wczesnego King Crimson, czasem wręcz kopiującym motywy lub melodie z konkretnych utworów (wyłapałem podobieństwa do "Cirkus", "Pictures of a City" i "In the Court of the Crimson King"). Po emo rąbance wjeżdża pasaż rodem z Van der Graaf Generator, gdzie saksofon dodatkowo rozgrzewa słuchawki, a my wiemy, że to już właściwie po wszystkim. Niektórych starszych KC skojarzeń nie miałem. Pewne momenty przypominają Power to Believe (rzeźnia na gitarce i motoryczne, nie za szybkie bicia przypominające Mastelotto).
I pomyśleć, że cała płyta trawie prawie półtorej godziny. Nie mam już tolerancji dla rockowych kopistów. Wszystko porozciągane, bez klimatu. Literalne uwspółcześnienie schematu rodem z Lizarda czy Pawn Hearts tylko bez flow, bez świeżości. Po co to, skoro oryginały są znacznie lepsze?
Enrike Solinis Makam-I Huseyni Sakil-I Aga Riza
Melki wraca do edukacji kulturalnej, ale robi to jak zwykle dobrze. Jest w tej muzyce coś przestrzennego. Od razu do głowy przychodzą bliskowschodnie skojarzenia. Dookoła ciepło, pustynnie. Nawet przy dość rozbudowanej partii jest lekko, zwiewnie. Kiedyś próbowałem się mierzyć z całymi płytami wykonawców z nieoczywistych stron świata, ale przekonałem się, że mniejsze dawki to jest to. Odpowiadam: podoba mi się. Sprawia wrażenie urwanego od większej całości, ale mimo to dobrze działa na głowę. Mała muzyczna pocztówka ze świata, który politycznie i społecznie bywa groźny, ale kulturowo i artystycznie zawsze ciekawi, kusi. Perkusyjny sprzęt też mi się podoba. Lubię soundtrack do Twierdzy Krzyżowiec, więc musiało podpasować.
Shellac Prayer To God
Angstowa kawa na ławę. Wiadomo, są te fiku-miku artystyczne rozwiązania pokroju intro czy dobrze wypracowanego brudu w brzmieniu, ale przekaz jest oczywisty i niezbyt pretensjonalny. To wtedy, kiedy jesteś dość wyrozumiałym człowiekiem i zazwyczaj gryziesz się w język. Przychodzi jednak taki moment, w którym dzieją się na tyle absurdalne zdarzenia, zbiegi okoliczności, że musisz jakoś zareagować. To może być naprawdę zmyślny punch. Zachlanie pały do nieprzytomności. Płacz. Wyszukany tekst, w którym ostatecznie jednak upuszczasz czysty gniew też może być. Kiedy odbieram to na spokojnie to może końcówka jest trochę za długa w porównaniu do intro i subtelnego wprowadzenia do puenty wcześniej, ale nie na ten moment taka muzyka jest obliczona. Przeżywałem kiedyś dziwny moment konfrontacji z pewnym chłopcem, z którym chodziła moja przyjaciółka. Powód spotkania prozaiczny, ale w środku gimnazjum przeżywałem to starcie jakbym miał zobaczyć swojego największego wroga. Przy innym ustawieniu planet i dacie urodzenia zamiast BMTH i innej depresyjnej muzyki na moment przed spotkaniem słuchałbym właśnie tego.
Nie wiem kompletnie co o tym myśleć. Na pewno nie ma już plastikowego surowego mrocznego grania, za to jest plastikowy ciepły rozgardiasz. No cóż, ten szyld oznacza po prostu pewne zamiłowanie do wszechogarniającego muzycznego burdelu. Z jednej strony to oczywiste dansowe wręcz brzmienia, z drugiej na takich patentach jechali panowie z KD i sam Klaus, więc to było dziwne doświadczenie. Wokal przyjemny, ale czasami totalnie zagłuszony przez kwaśne dźwięki. Gitara w takim otoczeniu brzmi trochę losowo, jak konieczny (zbędny) rockerski patent. Ani konkretnej melodii, ani specjalnie zapadającego w pamięci brzmienia. W ogóle numer sprawia wrażenie nagranego jakieś dziesięć lat wcześniej. Meh, whatever.
Good Charlotte WaldorfWorldWide
Słyszę w tym wyraźną inspirację dla Gekonów. Lekkość połączona z zadziornością, punkowy sznycik spotyka przyjemny ska moment. Kojarzy mi się z serialami dla starszych dzieciaków z Disney XD, które te 10 lat temu (powiedzmy) oglądałem często i gęsto. Z tego powodu nie umiem do końca poczuć klimatu, a aż tak amerykańskość mnie nie grzała nigdy. Szerokie jezdnie, skejterzy, jednorodzinne chaty z garażami... no to tutaj pasuje, ale jest mi obce. W Tony Hawki nie grałem, więc kolejne skojarzenie też nie pomoże. Podoba mi się początek z tymi wokalnymi fiki-fiki i nawet jeśli końcówka już męczy, to ostatecznie całość jest okej. Dzięki zabawie w FLu i doskonale skomponowanej klasie w gimnazjum miałem z kim bawić się w muzykę. Ostatecznie zostały z tego szkice, resztki i demówki, może w sumie dobrze, że z planu na zespół nic nie wyszło, ale na pewno COŚ się wtedy rodziło.
Timi Yuro I Didnt Know What Time It Was
Ciekawy opis Mudżyna, z którego pod koniec niespodziewanie wychodzą większe emocje. Różne są metody muzycznego odreagowania. Wiadomo, tego typu twórczość najmocniej klika, gdy zachodzi odpowiednia potrzeba. Bardzo wiele emocji wyrażonych w nieskomplikowany sposób. Zamaszysty, lekko sandałowy aranż i tak usuwa się na drugi plan za potęgą wokalu. Nie dziwię się, że archeolodzy dotarli tutaj w poszukiwaniu interesujących dźwięków. Nigdy nie testowałem takiej muzyki w sytuacjach podbramkowych i raczej nie zanosi się na zmianę pod tym względem, ale łatwo można wejść w ten nastrojowy garnitur. Z soulu wolę późniejsze rzeczy, bardziej sensualne. Nigdy nie ciągnęło mnie w tę epokę muzycznie, więc nie mam nawet jak poudawać konesera. Wrzutka, która pogłębia pewne wrażenia. Dobra do dłuższych posiedzeń ze sobą - ja ostatnio staram się ich unikać.
Steven Wilson Tomb Raider II
Wielki geniusz, erudyta, eseista, intelektualista, cesarz, demiurg, nadczłowiek (ubermensch), tytan, heros. Wkraczamy do królestwa progresyfu z wyraźnym konceptem, inicjowaniem pewnych światów, poważnych opowieści. Parę płyt PT znam, na solówki nigdy nie miałem ochoty. Człowiek nie zna płyty w ogóle, ale naiwnie chce się zorientować, jaka panuje o niej opinia w sieci. Skala walenia konia do Wilsona w recenzjach jest właśnie nie do strawienia, ale szukam, szukam i coś dla siebie wreszcie znalazłem. Mogę się mylić, ale on po prostu robi za dużo rzeczy. Praca nad remasterami, produkcja swojej muzyki, kolejne poboczne projekty... potem jest jak jest. Lubię te linijki o mini albumie. Trochę dłużyzn już w swoim żywocie słyszałem i pewnie takie wrażenie dla wielu może być naturalnie. Dla mnie to porozciągana kompozycja, która pod płaszczykiem kolejnej wyszukanej historii do przedstawienia jest jednym wielkim recyklingiem, odgrzewanym kotletem.
Wilson całymi dniami słuchał odpowiednich płyt King Crimson i VdGG. W utrwalony w latach 70' schemat wrzuca te same brzmienia, często te same melodie (może delikatnie zmienione) oczywiście dla innego tekstu. Kompozycja, która minuta po minucie sprawia, że gdyby sporządzić listę typowych progerskich zabiegów, to można spokojnie z czasem odhaczać kolejne punkty. Atmosferyczne przystanki? Są, najciekawszy ten w środku, około dwunastej minuty. Flet? Jest, pojawia się wyjątkowo od czapy. Melotron? W tym przypadku zrobiono na odwrót i to chór imituje melotron, co mnie zaskoczyło. Rockerska rąbanka z dziwnymi figurami gitarowymi? Jest. Gdyby nie typowa maniera wokalna SW i specyficzne brzmienie dodatkowych pętli plus elektronika to przy ewentualnym zdezorientowaniu w trakcie można się zdziwić jak bardzo podobne to jest do KC. Ostatecznie emo-metalowe granko w pewnym momencie (18. minuta) zdradza autora, no ale cóż. A na pewno słucha się go nieporównywalnie lepiej, gdy nie zna się dokonań King Crimson, Van der Graaf Generator i wykonawców jazzrockowych. W przeciwnym razie od razu wychodzi na jaw, jak bardzo wtórna jest to muzyka, odtwórczo czerpiąca ze swoich inspiracji, z ostatecznym efektem dalece im ustępującym. Utwór, pomyślany jako najważniejszy moment albumu, jest ewidentnym hołdem dla wczesnego King Crimson, czasem wręcz kopiującym motywy lub melodie z konkretnych utworów (wyłapałem podobieństwa do "Cirkus", "Pictures of a City" i "In the Court of the Crimson King"). Po emo rąbance wjeżdża pasaż rodem z Van der Graaf Generator, gdzie saksofon dodatkowo rozgrzewa słuchawki, a my wiemy, że to już właściwie po wszystkim. Niektórych starszych KC skojarzeń nie miałem. Pewne momenty przypominają Power to Believe (rzeźnia na gitarce i motoryczne, nie za szybkie bicia przypominające Mastelotto).
I pomyśleć, że cała płyta trawie prawie półtorej godziny. Nie mam już tolerancji dla rockowych kopistów. Wszystko porozciągane, bez klimatu. Literalne uwspółcześnienie schematu rodem z Lizarda czy Pawn Hearts tylko bez flow, bez świeżości. Po co to, skoro oryginały są znacznie lepsze?
Enrike Solinis Makam-I Huseyni Sakil-I Aga Riza
Melki wraca do edukacji kulturalnej, ale robi to jak zwykle dobrze. Jest w tej muzyce coś przestrzennego. Od razu do głowy przychodzą bliskowschodnie skojarzenia. Dookoła ciepło, pustynnie. Nawet przy dość rozbudowanej partii jest lekko, zwiewnie. Kiedyś próbowałem się mierzyć z całymi płytami wykonawców z nieoczywistych stron świata, ale przekonałem się, że mniejsze dawki to jest to. Odpowiadam: podoba mi się. Sprawia wrażenie urwanego od większej całości, ale mimo to dobrze działa na głowę. Mała muzyczna pocztówka ze świata, który politycznie i społecznie bywa groźny, ale kulturowo i artystycznie zawsze ciekawi, kusi. Perkusyjny sprzęt też mi się podoba. Lubię soundtrack do Twierdzy Krzyżowiec, więc musiało podpasować.
Shellac Prayer To God
Angstowa kawa na ławę. Wiadomo, są te fiku-miku artystyczne rozwiązania pokroju intro czy dobrze wypracowanego brudu w brzmieniu, ale przekaz jest oczywisty i niezbyt pretensjonalny. To wtedy, kiedy jesteś dość wyrozumiałym człowiekiem i zazwyczaj gryziesz się w język. Przychodzi jednak taki moment, w którym dzieją się na tyle absurdalne zdarzenia, zbiegi okoliczności, że musisz jakoś zareagować. To może być naprawdę zmyślny punch. Zachlanie pały do nieprzytomności. Płacz. Wyszukany tekst, w którym ostatecznie jednak upuszczasz czysty gniew też może być. Kiedy odbieram to na spokojnie to może końcówka jest trochę za długa w porównaniu do intro i subtelnego wprowadzenia do puenty wcześniej, ale nie na ten moment taka muzyka jest obliczona. Przeżywałem kiedyś dziwny moment konfrontacji z pewnym chłopcem, z którym chodziła moja przyjaciółka. Powód spotkania prozaiczny, ale w środku gimnazjum przeżywałem to starcie jakbym miał zobaczyć swojego największego wroga. Przy innym ustawieniu planet i dacie urodzenia zamiast BMTH i innej depresyjnej muzyki na moment przed spotkaniem słuchałbym właśnie tego.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Tylko gdzie ma prowadzić, gdy organizuje transowe podążanie za rytmem bez specjalnego skomplikowania. Jak chcę sobie wywołać odrobinę klubowego wrażenia w domu, to takie pigułeczki z płyt (albo całe płyty) wystarczają. Trochę szkoda, że koń nie jest słoniem lol
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A to takie rzeczy to ja też robiłem. Z kolegą z gimnazjum mieliśmy projekt pt Mathemathical Brothers (można się śmiać) i robiliśmy razem chamską elektronikę z hitami takimi jak "Stara Gitara", czy "Hardcore Ciuchcia", przy czym głównie każdy robił u siebie i wrzucaliśmy to na "albumy", do których robiłem okładki w paintcie (to był 2002 rok lol). Trudno to jednak porównać z grą na prawdziwych instrumentach, w garażu, itd. Tego mi zawsze brakowało.Dragon pisze:22 maja 2023 16:25Dzięki zabawie w FLu i doskonale skomponowanej klasie w gimnazjum miałem z kim bawić się w muzykę. Ostatecznie zostały z tego szkice, resztki i demówki, może w sumie dobrze, że z planu na zespół nic nie wyszło, ale na pewno COŚ się wtedy rodziło.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Rozumiem, wiem ocb acz nie było to dla mnie na tyle wciągające i hipnotyzujące by wystarczało samo w sobie, trochę filler na egzotycznej playliścieDragon pisze:22 maja 2023 16:29Tylko gdzie ma prowadzić, gdy organizuje transowe podążanie za rytmem bez specjalnego skomplikowania. Jak chcę sobie wywołać odrobinę klubowego wrażenia w domu, to takie pigułeczki z płyt (albo całe płyty) wystarczają. Trochę szkoda, że koń nie jest słoniem lol
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mieliśmy robić z kolegą z klasy zespół o nazwie RooN (koniecznie w ten sposób), w sumie zostały z tego same demówki w FLu, które mam na kompie do dzisiaj. Dawniej było tego więcej - stała strona, były gotowe grafiki, logo, na czymś też mieliśmy grać, bo to miała być hybryda elektroniki z laptopa i żywych brzmień gitarowych. Teksty zginęły na śmietniku.Hien pisze:22 maja 2023 16:45A to takie rzeczy to ja też robiłem. Z kolegą z gimnazjum mieliśmy projekt pt Mathemathical Brothers (można się śmiać) i robiliśmy razem chamską elektronikę z hitami takimi jak "Stara Gitara", czy "Hardcore Ciuchcia", przy czym głównie każdy robił u siebie i wrzucaliśmy to na "albumy", do których robiłem okładki w paintcie (to był 2002 rok lol). Trudno to jednak porównać z grą na prawdziwych instrumentach, w garażu, itd. Tego mi zawsze brakowało.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja to się tylko ciesze, że kiedy "istnieliśmy" jako ten śmieszny projekt, to nie było żadnych majspejsów, itd, bo byśmy się tylko ośmieszyli. Nie o to chodzi, że to było tylko gówno, ale na pewno w naszym przekonaniu to było lepsze niż było, a biorąc pod uwagę brać cierpliwości, którym charakteryzowałem się w tamtym czasie, to na neta wleciałoby pierwsze lepsze coś, co byśmy wypluli. A jak wiadomo, i tak by tego nikt nie słuchał, bo znajomi mają w dupie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn