Best of Forum III
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No jest spora zamuła, gdy zaczynam pisać te słowa jestem pierwszy po duecie Munlup-Murzyn, także ten. Ale jest lato, są kobiety co są gorące, jakiś tam pucz i w ogóle. Zapomniałem skrobnąć parę słów odniesienia do CC, więc krótko - spodziewałem się ciut bardziej pozytywnie nastawionego MUNLUPA, bo pamiętałem, że był fanbojem, ale chyba go rozumiem, tak samo jak rozumiem wszystkie tejki sugerujące, że ta muzyka średnio się zestarzała. Nie spodziewałem się aż tak negatywnej reakcji kolegi Jacy, bo prawdę powiedziawszy to gdzieś sobie zakodowałem, że on kiedyś tego słuchał i nawet propsował, ale nie wiem skąd to wziąłem. Absolutnie niczego nie spodziewałem się po shodanie, tzn. spodziewałem się każdej reakcji, ale jednak wygrało uwielbienie do śpiewających kobiet, nawet jeśli tutaj małoletnia alternatywka drze ryja.
No i fajno.
Kool & The Gang - Summer Madness
Kolejna wrzuta z soundtracku do GTA nie każe mi już myśleć o tym, że z perspektywy czasu człowiek nie był świadom, że ta kolorowa gra ze stzrelaniem i pościgami była przepełniona świetną muzyką oraz megabajtami mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do popkultury, bo ile można lol. Kool and the Gang znam praktycznie tylko z jednego ich megahitu i może jeszcze czegoś tam, co tam sobie jeszcze słuchałem, ale wiecie jak to często bywa z takimi rzeczami. Różnie. Kurczę, powiem krótko - ta wrzuta mi się podoba. Fajny, klimatyczny, nastrojowy, SEXY instrumental, taki w sumie soundtrackowy, mogłoby sobie to lecieć w tle jakiejś fancy planszy z widokiem na morze wyświetlanej na jednym z odległych kanałów na kablówce, ale przy tym jednocześnie wcale nie brzmi tanio (a ta metafora mogłaby to sugerować). To jest jedna z tych rzeczy, o których zwykłem mawiać FAJNIE BUJA HYHY, i myślę, że niczego adekwatniejszego niż określenie quiet storm po prostu nie wymyślę. Fajne, bierę.
Bon Jovi - Something to Believe in
Whoa, czej. Że jak, że Melczet nie wrzucał tu jeszcze Bon Joviego? Jakim cudem. Pamiętam solowego Jona, jestem świadom wielu absencji, ale jestem w szoku. xD Mój stosunek do tego zespołu pewnie kiedyś opisywałem, ale co mi tam - swego czasu dla mnie coś, czym dla reszty świata nieco później był Nickelback, a od dawna coś co mnie ni grzeje, ni ziębi na jakiejkolwiek płaszczyźnie, a w zasadzie to nawet trochę lubię Livin on the Prayer. Z takimi zespołami, co to się stały memami to prawie zawsze się okazuje, że w sumie to nie są takie złe, jak ludzie o nich mawiają, sęk w tym, że zazwyczaj nie są też jakieś szczególnie dobre. No to jest kolejny przykład, bo prawdę powiedziawszy nie zgrzytałem zębami mocno podczas słuchania tej piosenki, ale nie wywołała we mnie żadnych uczuć, "poważny" tekst o gubieniu wiary też mnie nie kupił. Piosenka jak piosenka, te okrzyki HE HE HE HE w refrenie wieśniackie af, ale rozumiem czasy, chęć bycia Axlem Rosem dla katoli i w ogóle. No za 2 godziny zapomnę, że ten kawałek istniał, najbardziej typowa rockowa piosenka od największego hejtera rocka na tej konfie. Daję NIC.
Kent - Berlin
Nie wiem czy zacząć od klasycznej wzmianki o tym, że Kent to zespół, który widziałem dziesiątki razy na laście Kuby lata temu, ale nie sprawdzałem, bo coś tam, czy napisać coś o lecie 2008. Zacznę od tego drugiego wątku, bo i tak nie będzie okazji, by o nim wspomnieć raczej, a przy okazji był mało ciekawy. To było najnudniejsze lato w dziejach moich wszystkich lat w życiu, w którym nie działo się praktycznie nic ciekawego ani wartego wzmianki - znajomi ze wsi się wykruszali, bo częśc z nich zaczynała się integrować z ludźmi z nowych szkół w Krakowie, a część zapierdalała całymi dniami ze starymi w polu i w sumie to spędziłem je przed komputerem sporadycznie wychodząc tu i ówdzie POKOPAĆ GAŁĘ (imię zobowiązuję), aczkolwiek historia leczenia podpowiada mi, że byłem jeszcze wtedy u dentysty.
Nie będzie więc żadnym zaskoczeniem, jeśli napiszę, że ten kawałek będzie ciekawszy niż ten okres w moim życiu. No nie no, generalnie to jest to - parafrazując klasyka - KAWAŁ DOBREJ ELEKTRONIKI i po prostu dobra piosenka, ale mam takie dziwne przeczucie, że jakbym dobrał się do tej piosenki tak z dekadę temu, to by pewnie była w moim życiowym topie i teraz ja sam bym ją wrzucał, a teraz po prostu uważam tylko za fajną. Ale może i "urośnie", dam jeszcze jakieś szanse. Subtelne tak.
Kelela - Take Me Apart
Fun fact: piszę ten opis na samym końcu, bo jakoś mi ten kawałek umknął i już zadowolony przeklejałem zawartość notatnika z myślą, że odwaliłem kawał przeciętnej roboty, a tu KLOPS. Nie było dziś o pracy i studiach, to chociaż będzie o mojej byłej, którą Dragon jest i o czym każdy wiesz. Tęsknie za naszymi randkami i takimi tam w Wałbrzy... Dobra, przeginam xD
Z perspektywy czasu trochę interesują mnie doświadczenia związane z edukacją w okresie pandemicznym, w sensie to słynne nauczanie zdalne, które całkowicie mnie ominęło, bo nawet jak poszedłem na magisterkę w 2019, to rzuciłem ją dosłownie z dwa tygodnie przed startem pandemii, a lubię sobie wyobrażać jakby takie coś mogło wyglądać w okresie gdy ja chodziłem do takiego gimnazjum czy tam liceum. Okej, dobra, bo piszę o wszystkim, a nie o muzyce - a ta jest bardzo dobra. Też mi się wydawało, że brzmi znajomo i też się okazało, że to nie przypadek, bo jak Arca gra, to wynik już jest. Jest subtelnie, zmysłowo, a przy tym wcale nie banalnie, bo jednocześnie ta kanoniada czy tam sałatka (wybierzcie sobie głupsze porównanie) jest bardzo interesująco zagmatwana, no i jesteśmy w domu, bo jak coś jest dobre i ciekawe, to jest ciekawe i dobre. Znaczek jakości.
Marillion - Incommunicado
Marylion, oj Marylion. Zespół, który znam od ZAWSZE i na temat którego zawsze miałem jasne i zdecydowane zdanie. Okres z Hoghartem odrzucam praktycznie w całości, znam dwie płyty, który były nudne, długie i pretensjonalne, a fandomie nie chce mi się pisać, bo i nawet nie ma o czym. Płyty z RYBĄ na wokalu znam dwie, z czego tej ze słynnym przebojem i dzieckiem na okładce nie znoszę i mam za kiczowatą oraz pretensjonalną, ale za to całkiem lubię FUGAZI, które dla mnie jest po prostu spoko mariażem Genesis z ejtisowymi brzmieniami. Jakiś kawałek z tej płyty to mi jeszcze była Hiena podrzucała na fejsiku gdzieś w okolicach 2011 roku, ale dobrze wiecie kto pisze te recenzję i jaka jest odpowiedź na pytanie czy ją sprawdzałem hehe ;]
Fajna okładka, kojarzy mi się z jakimś b-klasowym filmem kryminalnym, takim w sumie całkiem sprawnie napisanym i rzetelnym, ale takim co jednocześnie jest dziś trochę zapomniany, ale siusiak już wie czemu to się stało. Tak prawdę powiedziawszy to jestem trochę tu skonfudowany, bo miewam tu momenty, w których ten ejtisowy kicz wkurza mnie jak cokolwiek z MISPLACED, ale są tu też momenty autentycznie dobre, podczas których wydaje mi się, że może powinienem w końcu to cholerne Clutching nadrobić, bo może się okaże, że jest równie dobre co Fugazi i np. w kontekście pełnograja ten kawałek jakoś mi się "ułoży".
Naprawdę potrzebuję dużo słów, by napisać TO NIE WIEM, ale no naprawdę nie wiem, każdy kolejny odsłuch to kolejne pytanie i kolejna niepewność, a nie będę wstrzymywał zabawy na pół roku, by mieć w stu procentach KLAROWNĄ opinię, bo chyba jakby też tu nie do końca o to chodzi? Na razie pozostanę tu jeszcze neutralny, niby teraz wkręca mi się Fish powtarzający tytułową frazę, ale jest tu też to cholerne intro brzmiace jak tania gierka na NESA... JESZCZE TU prostytutka WRÓCIMY, Z OLEM!
The Cranberries – Dreams
Jak sobie kiedyś wpadnę na pomysł przesłuchania tej 25 WUJA, to wyłącznie z logo MTV w rogu (przykleję je sobie do oczodołów) - może i się powtarzam, ale znowu dostajemy hicior z lat 90. Ktoś mógłby zakrzyknąć, że przynajmniej nie to cholerne ZOMBIE, ale to nie ja, bo prawdę powiedziawszy lubię ten kawałek i teraz sobie uświadomiłem, że nie słyszałem go od ho ho ho i jeszcze trochę. Ale w sumie nie będę się pluć, bo i tego kawałka nie słyszałem od jakiegoś wczesnego Bieruta, nawet już zdążyłem zapomnieć że to piosenka tego zespołu o tym tytule. Przyznaje, że podobieństwa do Slowdive bym tu nie usłyszał i słuchając tego kawałka ze sto lat, ale no... po prostu jest okej. Kolejna arcypoprawna piosenka, niby człowiek setki razy pisał, że takie są i też potrzebne, ale w summie czasem można byłoby zaskoczyć czymś mocarnym czy coś.
Dość nierówna kolejka, rzeczy mocne i dobre przeplatały się z nie tak dobrymi w proporacjach 50/50, ale kto wie - może potrzebuję osłuchania czy tam obycia, by je docenić, a może po prostu jestem za głupi. Słów na k na tym forum nie używam, ale jakoś tak się złożyło, że ta literka jest patronem tej kolejki, bo w zasadzie wszystko co dobre tutaj miało nazwę zaczynającą się od niej (sory, wuja, KRANBERIS raczej nie przejdzie...). Resztę może kiedyś docenię, a może nie. Nawet nie mogę napisać, że już was nie blokuję lol.
No i fajno.
Kool & The Gang - Summer Madness
Kolejna wrzuta z soundtracku do GTA nie każe mi już myśleć o tym, że z perspektywy czasu człowiek nie był świadom, że ta kolorowa gra ze stzrelaniem i pościgami była przepełniona świetną muzyką oraz megabajtami mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do popkultury, bo ile można lol. Kool and the Gang znam praktycznie tylko z jednego ich megahitu i może jeszcze czegoś tam, co tam sobie jeszcze słuchałem, ale wiecie jak to często bywa z takimi rzeczami. Różnie. Kurczę, powiem krótko - ta wrzuta mi się podoba. Fajny, klimatyczny, nastrojowy, SEXY instrumental, taki w sumie soundtrackowy, mogłoby sobie to lecieć w tle jakiejś fancy planszy z widokiem na morze wyświetlanej na jednym z odległych kanałów na kablówce, ale przy tym jednocześnie wcale nie brzmi tanio (a ta metafora mogłaby to sugerować). To jest jedna z tych rzeczy, o których zwykłem mawiać FAJNIE BUJA HYHY, i myślę, że niczego adekwatniejszego niż określenie quiet storm po prostu nie wymyślę. Fajne, bierę.
Bon Jovi - Something to Believe in
Whoa, czej. Że jak, że Melczet nie wrzucał tu jeszcze Bon Joviego? Jakim cudem. Pamiętam solowego Jona, jestem świadom wielu absencji, ale jestem w szoku. xD Mój stosunek do tego zespołu pewnie kiedyś opisywałem, ale co mi tam - swego czasu dla mnie coś, czym dla reszty świata nieco później był Nickelback, a od dawna coś co mnie ni grzeje, ni ziębi na jakiejkolwiek płaszczyźnie, a w zasadzie to nawet trochę lubię Livin on the Prayer. Z takimi zespołami, co to się stały memami to prawie zawsze się okazuje, że w sumie to nie są takie złe, jak ludzie o nich mawiają, sęk w tym, że zazwyczaj nie są też jakieś szczególnie dobre. No to jest kolejny przykład, bo prawdę powiedziawszy nie zgrzytałem zębami mocno podczas słuchania tej piosenki, ale nie wywołała we mnie żadnych uczuć, "poważny" tekst o gubieniu wiary też mnie nie kupił. Piosenka jak piosenka, te okrzyki HE HE HE HE w refrenie wieśniackie af, ale rozumiem czasy, chęć bycia Axlem Rosem dla katoli i w ogóle. No za 2 godziny zapomnę, że ten kawałek istniał, najbardziej typowa rockowa piosenka od największego hejtera rocka na tej konfie. Daję NIC.
Kent - Berlin
Nie wiem czy zacząć od klasycznej wzmianki o tym, że Kent to zespół, który widziałem dziesiątki razy na laście Kuby lata temu, ale nie sprawdzałem, bo coś tam, czy napisać coś o lecie 2008. Zacznę od tego drugiego wątku, bo i tak nie będzie okazji, by o nim wspomnieć raczej, a przy okazji był mało ciekawy. To było najnudniejsze lato w dziejach moich wszystkich lat w życiu, w którym nie działo się praktycznie nic ciekawego ani wartego wzmianki - znajomi ze wsi się wykruszali, bo częśc z nich zaczynała się integrować z ludźmi z nowych szkół w Krakowie, a część zapierdalała całymi dniami ze starymi w polu i w sumie to spędziłem je przed komputerem sporadycznie wychodząc tu i ówdzie POKOPAĆ GAŁĘ (imię zobowiązuję), aczkolwiek historia leczenia podpowiada mi, że byłem jeszcze wtedy u dentysty.
Nie będzie więc żadnym zaskoczeniem, jeśli napiszę, że ten kawałek będzie ciekawszy niż ten okres w moim życiu. No nie no, generalnie to jest to - parafrazując klasyka - KAWAŁ DOBREJ ELEKTRONIKI i po prostu dobra piosenka, ale mam takie dziwne przeczucie, że jakbym dobrał się do tej piosenki tak z dekadę temu, to by pewnie była w moim życiowym topie i teraz ja sam bym ją wrzucał, a teraz po prostu uważam tylko za fajną. Ale może i "urośnie", dam jeszcze jakieś szanse. Subtelne tak.
Kelela - Take Me Apart
Fun fact: piszę ten opis na samym końcu, bo jakoś mi ten kawałek umknął i już zadowolony przeklejałem zawartość notatnika z myślą, że odwaliłem kawał przeciętnej roboty, a tu KLOPS. Nie było dziś o pracy i studiach, to chociaż będzie o mojej byłej, którą Dragon jest i o czym każdy wiesz. Tęsknie za naszymi randkami i takimi tam w Wałbrzy... Dobra, przeginam xD
Z perspektywy czasu trochę interesują mnie doświadczenia związane z edukacją w okresie pandemicznym, w sensie to słynne nauczanie zdalne, które całkowicie mnie ominęło, bo nawet jak poszedłem na magisterkę w 2019, to rzuciłem ją dosłownie z dwa tygodnie przed startem pandemii, a lubię sobie wyobrażać jakby takie coś mogło wyglądać w okresie gdy ja chodziłem do takiego gimnazjum czy tam liceum. Okej, dobra, bo piszę o wszystkim, a nie o muzyce - a ta jest bardzo dobra. Też mi się wydawało, że brzmi znajomo i też się okazało, że to nie przypadek, bo jak Arca gra, to wynik już jest. Jest subtelnie, zmysłowo, a przy tym wcale nie banalnie, bo jednocześnie ta kanoniada czy tam sałatka (wybierzcie sobie głupsze porównanie) jest bardzo interesująco zagmatwana, no i jesteśmy w domu, bo jak coś jest dobre i ciekawe, to jest ciekawe i dobre. Znaczek jakości.
Marillion - Incommunicado
Marylion, oj Marylion. Zespół, który znam od ZAWSZE i na temat którego zawsze miałem jasne i zdecydowane zdanie. Okres z Hoghartem odrzucam praktycznie w całości, znam dwie płyty, który były nudne, długie i pretensjonalne, a fandomie nie chce mi się pisać, bo i nawet nie ma o czym. Płyty z RYBĄ na wokalu znam dwie, z czego tej ze słynnym przebojem i dzieckiem na okładce nie znoszę i mam za kiczowatą oraz pretensjonalną, ale za to całkiem lubię FUGAZI, które dla mnie jest po prostu spoko mariażem Genesis z ejtisowymi brzmieniami. Jakiś kawałek z tej płyty to mi jeszcze była Hiena podrzucała na fejsiku gdzieś w okolicach 2011 roku, ale dobrze wiecie kto pisze te recenzję i jaka jest odpowiedź na pytanie czy ją sprawdzałem hehe ;]
Fajna okładka, kojarzy mi się z jakimś b-klasowym filmem kryminalnym, takim w sumie całkiem sprawnie napisanym i rzetelnym, ale takim co jednocześnie jest dziś trochę zapomniany, ale siusiak już wie czemu to się stało. Tak prawdę powiedziawszy to jestem trochę tu skonfudowany, bo miewam tu momenty, w których ten ejtisowy kicz wkurza mnie jak cokolwiek z MISPLACED, ale są tu też momenty autentycznie dobre, podczas których wydaje mi się, że może powinienem w końcu to cholerne Clutching nadrobić, bo może się okaże, że jest równie dobre co Fugazi i np. w kontekście pełnograja ten kawałek jakoś mi się "ułoży".
Naprawdę potrzebuję dużo słów, by napisać TO NIE WIEM, ale no naprawdę nie wiem, każdy kolejny odsłuch to kolejne pytanie i kolejna niepewność, a nie będę wstrzymywał zabawy na pół roku, by mieć w stu procentach KLAROWNĄ opinię, bo chyba jakby też tu nie do końca o to chodzi? Na razie pozostanę tu jeszcze neutralny, niby teraz wkręca mi się Fish powtarzający tytułową frazę, ale jest tu też to cholerne intro brzmiace jak tania gierka na NESA... JESZCZE TU prostytutka WRÓCIMY, Z OLEM!
The Cranberries – Dreams
Jak sobie kiedyś wpadnę na pomysł przesłuchania tej 25 WUJA, to wyłącznie z logo MTV w rogu (przykleję je sobie do oczodołów) - może i się powtarzam, ale znowu dostajemy hicior z lat 90. Ktoś mógłby zakrzyknąć, że przynajmniej nie to cholerne ZOMBIE, ale to nie ja, bo prawdę powiedziawszy lubię ten kawałek i teraz sobie uświadomiłem, że nie słyszałem go od ho ho ho i jeszcze trochę. Ale w sumie nie będę się pluć, bo i tego kawałka nie słyszałem od jakiegoś wczesnego Bieruta, nawet już zdążyłem zapomnieć że to piosenka tego zespołu o tym tytule. Przyznaje, że podobieństwa do Slowdive bym tu nie usłyszał i słuchając tego kawałka ze sto lat, ale no... po prostu jest okej. Kolejna arcypoprawna piosenka, niby człowiek setki razy pisał, że takie są i też potrzebne, ale w summie czasem można byłoby zaskoczyć czymś mocarnym czy coś.
Dość nierówna kolejka, rzeczy mocne i dobre przeplatały się z nie tak dobrymi w proporacjach 50/50, ale kto wie - może potrzebuję osłuchania czy tam obycia, by je docenić, a może po prostu jestem za głupi. Słów na k na tym forum nie używam, ale jakoś tak się złożyło, że ta literka jest patronem tej kolejki, bo w zasadzie wszystko co dobre tutaj miało nazwę zaczynającą się od niej (sory, wuja, KRANBERIS raczej nie przejdzie...). Resztę może kiedyś docenię, a może nie. Nawet nie mogę napisać, że już was nie blokuję lol.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Z nim i onTak w ogóle, Mentos, to z kim miałeś do czynienia w pracy? Z Wilsonem czy jego nagraniem? Kto i w jaki sposób był niemiły?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ależ parsknąłem na głos w pracy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kool & The Gang - Summer Madness
Nazwę zespołu znam od zawsze i też miałem jakieś inne wyobrażenie o tym, co grają. Tak że trochę jestem zaskoczony. Ale całkiem miło. Bo utwór jest naprawdę bardzo dobry. Właściwie to mógłbym się podpisać pod wszystkim, co napisał Hien z wyjątkiem skojarzeń z Carpenterem. Mnie się ten synth co prawda też z czymś kojarzy, ale nie mogę sobie przypomnieć z czym. Podoba mi się bas. Zmiana na perkusji w 4-tej minucie zauważalna jak najbardziej. Czy brakuje wokalu? Może nie tyle brakuje, co z nim mogłoby być jeszcze ciekawiej. Brzmienie klawiszy na końcu może najmniej mnie porusza, za wysoko to chwilami podjeżdża, ale to tam szczególik. Generalnie jest super klimat. Kolejna propozycja Murzyna na leniwe i wyluzowane wieczory na balkonie/tarasie. Pełny relaks. Poczekam sobie jeszcze z jedną 25-kę i naprawdę sklecę jakąś Murzynową playlistę na takie okazje.
Bon Jovi - Something to Believe in
Bon Jovi znam oczywiście od wieków i słyszałem wiele utworów, ale nigdy nie odczuwałem potrzeby wgłębiania się w ich dyskografię. To taki rodzaj muzyki, który słucha się całkiem przyjemnie, ale bez przyspieszonego bicia serca. Something to Believe in akurat nie znałem, ale to dobry utwór. Przyjemna melodia, ładne pianino, fajne bębny, nienachalne gitary. Nie ma jakiejś łupanki, jest stylowo i klimatycznie. Wokal spoko, chwilami rzeczywiście w stylu Kerra. Jedynie to “e e e e” rzeczywiście takie jakieś z dupy. Ale jest ok. Dużo lepiej niż w proponowanym kiedyś solowym utworze Johna.
Kent – Berlin
Bój się Boga Hien, wreszcie jesteś! Po kilku kolejkach męczarni z szarpidrutami Hien wreszcie powraca w glorii i chwale z tak niesamowitym hitem, że aż mi kapcie pospadały. Kupiony byłem od pierwszych sekund utworu. To brzmienie jest po prostu porażająco dobre. Hien zachwala intro, ale nie bezpodstawnie, bo robi naprawdę mega wrażenie. Głos wokalisty rewelacyjny. Gitary fantastyczne. Bas buczy jak należy. No i linia melodyczna – majstersztyk. Szczególnie drugie części zwrotek zrywają papę. Są po prostu piękne (1:15 – 1:43 i 2:45 – 3:13). Wtedy też pogrywają proste, ale cudne klawiszowe akordy. Piosenka sobie płynie, a w tle dzieją się super rzeczy. Te buczące syntezatory przypominają mi zresztą jeden album Sundfor.
Bardzo mi się utwór podoba. Bardzo. Mimo sporej konkurencji wygrywa kolejkę bez trudu.
Jeszcze jedna rzecz – zarówno nazwę Kent jak i okładkę znam doskonale od wieków. Ale nie miałem zupełnie pojęcia, co to za muzyka.
Kelela - Take Me Apart
Dragon już kiedyś reklamował tę panią w innym temacie i nawet sprawdzałem parę utworów. Podobało mi się i miałem posłuchać więcej, ale jakoś w natłoku innych rzeczy umknęło mi to (w moim wieku trzeba jednak zapisywać takie rzeczy zamiast polegać na zawodnej pamięci). A szkoda, bo R&B to ja zawsze chętnie posłucham. Szczególnie tak dobre jak Take Me Apart. I wykonywane przez wokalistkę z tak przyjemnym głosem. Produkcja rzeczywiście na wysokim poziomie. Super to brzmi. Wspominaliście o Arce jako producencie i faktycznie chyba to słychać. Uwagę zwraca wyrazisty i głęboki bas. Dobra elektronika. No i po prostu super klimat. Nie ma co tu się więcej rozdrabniać, trzeba posłuchać.
Marillion - Incommunicado
Fanem Marillion nigdy nie byłem. Jeszcze późniejsze utwory z Hogarthem na wokalu są czasami spoko. Ale Marillion z Fishem nie trawię. Za dużo zresztą tego nie słyszałem, ale to co słyszałem mi wystarcza. Nie lubię wokalu Fisha jak diabli. Może i przypomina Collinsa, ale jednak Collins nie jest tak irytujący. Śpiewanie słowa Incommunicado jest koszmarne. Klawisze odwalające jakieś fikołki też są fatalne. Ich staroświeckie brzmienie odrzuca. W ogóle nie lubię utworów w tym stylu. To jest dla mnie coś kompletnie asłuchalnego. Jeszcze zwrotki są w miarę. Ale refreny i reszta niestety nie.
Peter Gabriel - Games Without Frontiers
Gabriela znam z jakichś kilku singli. Jakiś czas temu próbowałem słuchać albumu, z którego pochodził utwór Mercy Street i podobało mi się tak pół na pół. Połowa albumu super, druga połowa mniej ciekawa. Chyba wiec nie jest to wykonawca, który mógłby mnie kupić w pełni, w 100% (choć cholera tam wie, może za mało słuchałem jednak), ale na pewno ma mega dobre momenty. Games Without Frontiers to bardzo dobry utwór. To właśnie jeden z tych utworów Gabriela, które do mnie przemawiają. Jego wokal w zwrotkach wcale mi nie przeszkadza. A w refrenach to już w ogóle jest fajnie. Niezwykle intrygująca ta melodia w ogóle i ciekawie zaaranżowana. Zagrywka w zwrotkach rewelacyjna (nie wiem, czy to klawisze, czy gitara). Świetna perkusja, szczególnie w końcówce. A udziału Kate Bush bym wcale nie wyczaił, gdybyście o tym nie napisali (ona śpiewa po francusku?). Myślałem, że to Gabriel śpiewa falsetem.
No panowie genialna kolejka. Oj dawno takiej nie było.
Nazwę zespołu znam od zawsze i też miałem jakieś inne wyobrażenie o tym, co grają. Tak że trochę jestem zaskoczony. Ale całkiem miło. Bo utwór jest naprawdę bardzo dobry. Właściwie to mógłbym się podpisać pod wszystkim, co napisał Hien z wyjątkiem skojarzeń z Carpenterem. Mnie się ten synth co prawda też z czymś kojarzy, ale nie mogę sobie przypomnieć z czym. Podoba mi się bas. Zmiana na perkusji w 4-tej minucie zauważalna jak najbardziej. Czy brakuje wokalu? Może nie tyle brakuje, co z nim mogłoby być jeszcze ciekawiej. Brzmienie klawiszy na końcu może najmniej mnie porusza, za wysoko to chwilami podjeżdża, ale to tam szczególik. Generalnie jest super klimat. Kolejna propozycja Murzyna na leniwe i wyluzowane wieczory na balkonie/tarasie. Pełny relaks. Poczekam sobie jeszcze z jedną 25-kę i naprawdę sklecę jakąś Murzynową playlistę na takie okazje.
Bon Jovi - Something to Believe in
Bon Jovi znam oczywiście od wieków i słyszałem wiele utworów, ale nigdy nie odczuwałem potrzeby wgłębiania się w ich dyskografię. To taki rodzaj muzyki, który słucha się całkiem przyjemnie, ale bez przyspieszonego bicia serca. Something to Believe in akurat nie znałem, ale to dobry utwór. Przyjemna melodia, ładne pianino, fajne bębny, nienachalne gitary. Nie ma jakiejś łupanki, jest stylowo i klimatycznie. Wokal spoko, chwilami rzeczywiście w stylu Kerra. Jedynie to “e e e e” rzeczywiście takie jakieś z dupy. Ale jest ok. Dużo lepiej niż w proponowanym kiedyś solowym utworze Johna.
Kent – Berlin
Bój się Boga Hien, wreszcie jesteś! Po kilku kolejkach męczarni z szarpidrutami Hien wreszcie powraca w glorii i chwale z tak niesamowitym hitem, że aż mi kapcie pospadały. Kupiony byłem od pierwszych sekund utworu. To brzmienie jest po prostu porażająco dobre. Hien zachwala intro, ale nie bezpodstawnie, bo robi naprawdę mega wrażenie. Głos wokalisty rewelacyjny. Gitary fantastyczne. Bas buczy jak należy. No i linia melodyczna – majstersztyk. Szczególnie drugie części zwrotek zrywają papę. Są po prostu piękne (1:15 – 1:43 i 2:45 – 3:13). Wtedy też pogrywają proste, ale cudne klawiszowe akordy. Piosenka sobie płynie, a w tle dzieją się super rzeczy. Te buczące syntezatory przypominają mi zresztą jeden album Sundfor.
Bardzo mi się utwór podoba. Bardzo. Mimo sporej konkurencji wygrywa kolejkę bez trudu.
Jeszcze jedna rzecz – zarówno nazwę Kent jak i okładkę znam doskonale od wieków. Ale nie miałem zupełnie pojęcia, co to za muzyka.
Kelela - Take Me Apart
Dragon już kiedyś reklamował tę panią w innym temacie i nawet sprawdzałem parę utworów. Podobało mi się i miałem posłuchać więcej, ale jakoś w natłoku innych rzeczy umknęło mi to (w moim wieku trzeba jednak zapisywać takie rzeczy zamiast polegać na zawodnej pamięci). A szkoda, bo R&B to ja zawsze chętnie posłucham. Szczególnie tak dobre jak Take Me Apart. I wykonywane przez wokalistkę z tak przyjemnym głosem. Produkcja rzeczywiście na wysokim poziomie. Super to brzmi. Wspominaliście o Arce jako producencie i faktycznie chyba to słychać. Uwagę zwraca wyrazisty i głęboki bas. Dobra elektronika. No i po prostu super klimat. Nie ma co tu się więcej rozdrabniać, trzeba posłuchać.
Marillion - Incommunicado
Fanem Marillion nigdy nie byłem. Jeszcze późniejsze utwory z Hogarthem na wokalu są czasami spoko. Ale Marillion z Fishem nie trawię. Za dużo zresztą tego nie słyszałem, ale to co słyszałem mi wystarcza. Nie lubię wokalu Fisha jak diabli. Może i przypomina Collinsa, ale jednak Collins nie jest tak irytujący. Śpiewanie słowa Incommunicado jest koszmarne. Klawisze odwalające jakieś fikołki też są fatalne. Ich staroświeckie brzmienie odrzuca. W ogóle nie lubię utworów w tym stylu. To jest dla mnie coś kompletnie asłuchalnego. Jeszcze zwrotki są w miarę. Ale refreny i reszta niestety nie.
Peter Gabriel - Games Without Frontiers
Gabriela znam z jakichś kilku singli. Jakiś czas temu próbowałem słuchać albumu, z którego pochodził utwór Mercy Street i podobało mi się tak pół na pół. Połowa albumu super, druga połowa mniej ciekawa. Chyba wiec nie jest to wykonawca, który mógłby mnie kupić w pełni, w 100% (choć cholera tam wie, może za mało słuchałem jednak), ale na pewno ma mega dobre momenty. Games Without Frontiers to bardzo dobry utwór. To właśnie jeden z tych utworów Gabriela, które do mnie przemawiają. Jego wokal w zwrotkach wcale mi nie przeszkadza. A w refrenach to już w ogóle jest fajnie. Niezwykle intrygująca ta melodia w ogóle i ciekawie zaaranżowana. Zagrywka w zwrotkach rewelacyjna (nie wiem, czy to klawisze, czy gitara). Świetna perkusja, szczególnie w końcówce. A udziału Kate Bush bym wcale nie wyczaił, gdybyście o tym nie napisali (ona śpiewa po francusku?). Myślałem, że to Gabriel śpiewa falsetem.
No panowie genialna kolejka. Oj dawno takiej nie było.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kool & The Gang Summer Madness
Jest szansa na to, że zaskoczy podobnie jak Steve Hillage. Gęściutki materiał, któremu musi pomóc panujący dookoła nastrój. Odpalony w środku nocy w momencie kompletnej czilery chyba kliknął, bo początkowo sprawiał wrażenie przyjemnego, ale jednak muzaka. Kolejny numer, w których syntezatory trochę za bardzo dekoncentrują. W 1974 roku pachniały nowością, wszyscy się jeszcze uczyli, choć niektóry parający tym rzemiosłem wybijali się ponad poprawność. Nie lubię aż takiej imitacji i piszczących rejestrów - szczególnie, gdy tło jest tak dobrze skrojowe. Pościelowe, wyraźnie kojarzy się z nocą. Pasuje pod obrazki z nocnych przejażdżek wielkomiejskich. Nocny patrol na Tele 5 - ktoś, coś? Okejka poszanowania minus piszczałki.
Bon Jovi Something to Believe in
Wiem, wiem, że to muza kierowana niezupełnie w moją stronę, ale sumiennie dałem parę szans na przełamanie. Liryczny, lekko płaczliwy, na szczęście nie tak boleśnie stereotypowo amerykański w brzmieniu rock. Mój pierwszy pozytywny kontakt z zespołem to było Have A Nice Day i nie zapowiada się na podobnie przyjazne doświadczenia kiedykolwiek później. To nawet nie jest tak, że wolę młodsze wytwory, bo poza 2-3 kawałkami nic więcej nie znam. Nigdy nie odczułem wyższej potrzeby zgłębiania ich muzyki na poważnie. Nie kojarzy się z niczym mniej bezpiecznym. Wyłapuję nastrój szerzej zarysowany przez Melkiego, ale sam z siebie się we mnie nie udziela. Nieciekawa ballada. Manieryczny wokal w tym brzmieniowym opakowaniu trochę za szeroki. Normalnie jak przy okazji Alphaville. Jeśli jest o czymś więcej, to traci na poprawnym, lecz nie wybijającym się opakowaniu. Figa z makiem z pasternakiem, happy endu nie będzie.
Kent Berlin
Przez dłuższy czas zastanawiałem się, w jakim języku to idzie i czemu mnie to tak wcurwia xD Hien z wizytą w hipsterskim lokalu, którego częstym gościem mógłby być PT Adrian eM. Nie doświadczyłem tak konkretnie zarysowanej sytuacji, jaką kolega Jakub przemyca, ale ona pomaga przetrawić proponowaną muzyczkę. Pewnie jestem hipokrytą, gdy muszę przyznać, że Hourglass wielbię, a tutaj odnoszę nieprzyjemne wrażenie mieszania elektroniki z gitarowym graniem skręcającym bardziej w rockowe rejony. Syntezatorowe pasaże trochę przypominają mi Soulwax, ale ich muzyczka pracująca w Test Drive Unlimited była w pełni syntetyczna. Tutaj jest tak idealnie pomiędzy, a to niezdecydowanie (mniejsza czy celowe czy nie) mnie nie kręci. Za czasów moich progresyfnych poszukiwań miałem ulubione nagrania ze Skandynawii, ale ta bariera językowa po latach sprawia, że budzą mój bezwarunkowy uśmiech na twarzy. Berlin może być dosłownie o wszystkim. Tylko tło podpowiada jakiś zachód słońca, znowu krajobraz rodem z gry wyścigowej ulokowanej w miejscu, gdzie zawsze jest ciepło i bez opadów. Nawet znając osobisty kontekst jestem zaskoczony.
Marillion Incommunicado
Blisko mi do podejścia Melkiego. Brzmi to jak podkład do kompilacji śmiesznych filmików ze zwierzakami czy innych bardzo zabawnych, zupełnie nieustawionych nagrań domowych puszczanych w Śmiechu warte czy coś. Progersi w pewnym momencie zaczęli zjadać swój ogon (neoprog? do dzisiaj nwm co to jest, czym to miało być) i albo pogrążali się w niekumaniu nowinek albo tonęli w morzu nijakości i bylejakości. Synthy tu idą jak w wiadomo czyim Jump. Kiczowate dzwoneczki dodają jeszcze więcej beki, to musiała być jakaś bliżej niezrozumiała muzyczna zgrywa. Przekombinowana, nieciekawa rąbanka. Cóż zrobić, w tamtym roku taki Bowie też monstrualnie przestrzelił. Zostaję bezpiecznie przy Scripcie... moja znajoma już chyba nie studiuje na MISHu, więc jestem bezpieczny hehe
Peter Gabriel Games Without Frontiers
No mnie do Genesis nigdy nie ciągnęło (chyba że P-Orridge...), ogromna w tym zasługa wielbicieli-recenzentów i fanów, którzy obrzydzili mi tę muzykę salwami pochwał. Nie wytrzymały próby ognia przy kontakcie z Selling England by the Pound X lat temu i od tamtej pory mam ten zespół kompletnie w dupie. Nie powinienem jednak wypinać się na całe uniwersum wokół, bo solowy Collins, a przede wszystkim główny bohater tej wrzutki Seby (przynajmniej w perspektywie bestki) zawsze dojeżdża. Trochę śmieszy mnie obecność Kate Bush tutaj, bo albo jeszcze pod nią śpiewa PB albo ona robi w sposób za bardzo przypominający tego dżentelmena. Dopiero lektura opisu mentosowego uzmysłowiła mi, że ona tam faktycznie jest xD Specyficzne kombinacje z perkusją, efekty rurzne też tu pracują, ale wszystko działa na bardzo efektowny mostek i soczyście brzmiący refren. Głębszy kontekst (na razie) mnie nie interesuje, podoba mi się gra ze skojarzeniem z piosenką dla dzieci, ot prozaiczną wyliczanką. Wyczuwalna jest też otoczka wojskowa, marszowa, a to podane w pośredni sposób podskórnie kupuję. Kiedyś posprawdzam wreszcie te jego płyty w całości, obiecuję, relacja z tego performansu dla członków Dragon Fan Clubu.
Cranberries Dreams
Radiowiec pospolity aż za bardzo. Kurczę, wolałbym Zombie, bo do niego wracam jeszcze sam z siebie, a tu były lekkie zgrzyty zębiczne. Ja już kiedyś na pewno pisałem, że o rzeczach traktowanych jak powietrze pisze się bardzo trudno... a co dopiero próbować to racjonalnie ocenić. Nigdy nie wzbudzało większego zainteresowania. Rockowy, dość ekspresyjny numer. Tu jeszcze są podobni do wielu zespołów lubianych przez moich dalekich internetowych znajomych muzbawkowych, z dwojga złego wolę już to przegięte, doomerskie brzmienie z przytaczanego kawałka. Arcypoprawna piosenka reprezentująca rock środka (fajne to określenie takie PUBLICYSTYCZNE), która przez zasłuchanie raczej już nigdy nie zaskoczy.
Jest szansa na to, że zaskoczy podobnie jak Steve Hillage. Gęściutki materiał, któremu musi pomóc panujący dookoła nastrój. Odpalony w środku nocy w momencie kompletnej czilery chyba kliknął, bo początkowo sprawiał wrażenie przyjemnego, ale jednak muzaka. Kolejny numer, w których syntezatory trochę za bardzo dekoncentrują. W 1974 roku pachniały nowością, wszyscy się jeszcze uczyli, choć niektóry parający tym rzemiosłem wybijali się ponad poprawność. Nie lubię aż takiej imitacji i piszczących rejestrów - szczególnie, gdy tło jest tak dobrze skrojowe. Pościelowe, wyraźnie kojarzy się z nocą. Pasuje pod obrazki z nocnych przejażdżek wielkomiejskich. Nocny patrol na Tele 5 - ktoś, coś? Okejka poszanowania minus piszczałki.
Bon Jovi Something to Believe in
Wiem, wiem, że to muza kierowana niezupełnie w moją stronę, ale sumiennie dałem parę szans na przełamanie. Liryczny, lekko płaczliwy, na szczęście nie tak boleśnie stereotypowo amerykański w brzmieniu rock. Mój pierwszy pozytywny kontakt z zespołem to było Have A Nice Day i nie zapowiada się na podobnie przyjazne doświadczenia kiedykolwiek później. To nawet nie jest tak, że wolę młodsze wytwory, bo poza 2-3 kawałkami nic więcej nie znam. Nigdy nie odczułem wyższej potrzeby zgłębiania ich muzyki na poważnie. Nie kojarzy się z niczym mniej bezpiecznym. Wyłapuję nastrój szerzej zarysowany przez Melkiego, ale sam z siebie się we mnie nie udziela. Nieciekawa ballada. Manieryczny wokal w tym brzmieniowym opakowaniu trochę za szeroki. Normalnie jak przy okazji Alphaville. Jeśli jest o czymś więcej, to traci na poprawnym, lecz nie wybijającym się opakowaniu. Figa z makiem z pasternakiem, happy endu nie będzie.
Kent Berlin
Przez dłuższy czas zastanawiałem się, w jakim języku to idzie i czemu mnie to tak wcurwia xD Hien z wizytą w hipsterskim lokalu, którego częstym gościem mógłby być PT Adrian eM. Nie doświadczyłem tak konkretnie zarysowanej sytuacji, jaką kolega Jakub przemyca, ale ona pomaga przetrawić proponowaną muzyczkę. Pewnie jestem hipokrytą, gdy muszę przyznać, że Hourglass wielbię, a tutaj odnoszę nieprzyjemne wrażenie mieszania elektroniki z gitarowym graniem skręcającym bardziej w rockowe rejony. Syntezatorowe pasaże trochę przypominają mi Soulwax, ale ich muzyczka pracująca w Test Drive Unlimited była w pełni syntetyczna. Tutaj jest tak idealnie pomiędzy, a to niezdecydowanie (mniejsza czy celowe czy nie) mnie nie kręci. Za czasów moich progresyfnych poszukiwań miałem ulubione nagrania ze Skandynawii, ale ta bariera językowa po latach sprawia, że budzą mój bezwarunkowy uśmiech na twarzy. Berlin może być dosłownie o wszystkim. Tylko tło podpowiada jakiś zachód słońca, znowu krajobraz rodem z gry wyścigowej ulokowanej w miejscu, gdzie zawsze jest ciepło i bez opadów. Nawet znając osobisty kontekst jestem zaskoczony.
Marillion Incommunicado
Blisko mi do podejścia Melkiego. Brzmi to jak podkład do kompilacji śmiesznych filmików ze zwierzakami czy innych bardzo zabawnych, zupełnie nieustawionych nagrań domowych puszczanych w Śmiechu warte czy coś. Progersi w pewnym momencie zaczęli zjadać swój ogon (neoprog? do dzisiaj nwm co to jest, czym to miało być) i albo pogrążali się w niekumaniu nowinek albo tonęli w morzu nijakości i bylejakości. Synthy tu idą jak w wiadomo czyim Jump. Kiczowate dzwoneczki dodają jeszcze więcej beki, to musiała być jakaś bliżej niezrozumiała muzyczna zgrywa. Przekombinowana, nieciekawa rąbanka. Cóż zrobić, w tamtym roku taki Bowie też monstrualnie przestrzelił. Zostaję bezpiecznie przy Scripcie... moja znajoma już chyba nie studiuje na MISHu, więc jestem bezpieczny hehe
Peter Gabriel Games Without Frontiers
No mnie do Genesis nigdy nie ciągnęło (chyba że P-Orridge...), ogromna w tym zasługa wielbicieli-recenzentów i fanów, którzy obrzydzili mi tę muzykę salwami pochwał. Nie wytrzymały próby ognia przy kontakcie z Selling England by the Pound X lat temu i od tamtej pory mam ten zespół kompletnie w dupie. Nie powinienem jednak wypinać się na całe uniwersum wokół, bo solowy Collins, a przede wszystkim główny bohater tej wrzutki Seby (przynajmniej w perspektywie bestki) zawsze dojeżdża. Trochę śmieszy mnie obecność Kate Bush tutaj, bo albo jeszcze pod nią śpiewa PB albo ona robi w sposób za bardzo przypominający tego dżentelmena. Dopiero lektura opisu mentosowego uzmysłowiła mi, że ona tam faktycznie jest xD Specyficzne kombinacje z perkusją, efekty rurzne też tu pracują, ale wszystko działa na bardzo efektowny mostek i soczyście brzmiący refren. Głębszy kontekst (na razie) mnie nie interesuje, podoba mi się gra ze skojarzeniem z piosenką dla dzieci, ot prozaiczną wyliczanką. Wyczuwalna jest też otoczka wojskowa, marszowa, a to podane w pośredni sposób podskórnie kupuję. Kiedyś posprawdzam wreszcie te jego płyty w całości, obiecuję, relacja z tego performansu dla członków Dragon Fan Clubu.
Cranberries Dreams
Radiowiec pospolity aż za bardzo. Kurczę, wolałbym Zombie, bo do niego wracam jeszcze sam z siebie, a tu były lekkie zgrzyty zębiczne. Ja już kiedyś na pewno pisałem, że o rzeczach traktowanych jak powietrze pisze się bardzo trudno... a co dopiero próbować to racjonalnie ocenić. Nigdy nie wzbudzało większego zainteresowania. Rockowy, dość ekspresyjny numer. Tu jeszcze są podobni do wielu zespołów lubianych przez moich dalekich internetowych znajomych muzbawkowych, z dwojga złego wolę już to przegięte, doomerskie brzmienie z przytaczanego kawałka. Arcypoprawna piosenka reprezentująca rock środka (fajne to określenie takie PUBLICYSTYCZNE), która przez zasłuchanie raczej już nigdy nie zaskoczy.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kool & the Gang - Summer Madness
Jesus F. Christ, Murzyński nieco przypadkiem odkrywa przede mną kartę, o której istnieniu zapomniałem. Po prostu wchodzi do pokoju, podnosi ją z podłogi (nie zauważyłem, jak spadła) i kładzie koszulką do dołu a ja wiem już wszystko. Ten "piszczący" motyw z glissando chodził mi po głowie od lat, a ja nie mogłem sobie za huia przypomnieć, skąd go znam. Beka tym większa, że nie pamiętam tego numeru z Vice City, tzn. może trochę przez mgłę xD Jaka stacja mogła go nadawać... no tak, Fever 105, rzadko słuchałem, choć disco gdzieś zawsze leżało w moim klimacie muzycznym. No, co mogę powiedzieć, Golas pięknie zapodał, jego opis właściwie wyczerpuje temat. Jest super, jest lato (choć za oknem w tej chwili leje i jest ciemno), zapuszczę ten kawałek nie raz nie dwa. Kool i jego Gang znałem jak dotąd chyba tylko z przeruchanego w radio w latach 90. Cherish the Love no i oczywiście Celebration, ale teraz widzę - a raczej słyszę - że jak zawsze mało się znam i warto, bym poznał się bardziej. Dziękuję za bardzo letnią wrzutę <3
Bon Jovi - Something to Believe In
Przede wszystkim beka z openingu (ale też tego, co dzieje się później), albowiem ten brzmi tak, jakby Bon Jovi trochę nieudolnie a trochę dla beki coverował Don't You (Forget About Me) Simple Minds. Właściwie łapię się na tym, że po każdym "eh-eh-eh-eh" czekam na "uuuuuuuuh-ooooooooh", nie mogę podejść zbyt poważnie do tej piosenki z tegoż powodu xD No dobra, bardziej serio. Bon Joviego znam głównie z power-pop-rockowych kawałków, jakie stacje radiowe eksploatują do granic możliwości. Ten utwór się nie zaliczał do wyżej wymienionego zestawu, więc właściwie tym lepiej dla wrzucającego - nie jestem negatywnie nastawiony od samego początku, no, może poza faktem, że jest to Bon Jovi, którego niespecjalnie lubię xD Nie będę się jednak biasował - dobry numer jest, jak na tego typu muzykę. No, minus te zaśpiewy a'la Jim Kerr, to cała reszta jest spoko. Nie włączyłbym raczej sam, nie wiem, jak bym zareagował, gdyby poleciało w radio, może bym zostawił? Może tak, ale mówię serio, nie wynudziłem się ani nic. Ot, najntisy w pigułce, ale takiej odświeżającej, więc przełykam ze smakiem.
Kent - Berlin
Ciekawa sprawa, Hien opowiadał mi dziesiątki razy o tamtym lecie 2008 (my się poznaliśmy rok później), ale nie przypominam sobie za cholerę, by kiedykolwiek padła nazwa tej grupy albo tego numeru, jestem też na 90% przekonany, że Berlin słyszę po raz pierwszy w życiu (czyli musiało nie być tzw. seansu samochodowego). Utwór przyjemny bardzo, swojego czasu słuchałem podobnych rzeczy, ale w sporym rozproszeniu (tzn. np. w 2005, a potem dopiero w 2011 etc.). Lubię połączenie takiej elektroniki z gitarami, dla mnie to ciągle elektronika, ale zawsze fajniej brzmi, jak się jeszcze bije po drutach (np. Kindest Lines tak robili, albo Diako Diakoff). Opening jak opening, nie powoduje u mnie spazmów, ale cała piosenka wchodzi super, bardziej mi się końcówka podoba, gdzie wokalista coś tam zaśpiewuje długo wybrzmiewając, gitara łączy się z "wspomożoną" perką, i potem nagle trach i utwór się kończy. Klimatyczne, lepiej pasuje pod aurę za oknem niż wrzutka murzynowa xD Podoba mi się, czuję się zachęcony do zapoznania się z resztą ich twórczości, no, na pewno z tym, co wspomniał imć Hien.
Kelela - Take Me Apart
Na dzień dobry okładka, która wyjątkowo pachnie najntisami, albo ja sobie to wmawiam xD Głos wokalistki też brzmi jak coś, co mogło być nagrane w, nie wiem, 1999 roku, jednocześnie muzyka zdradza coś bardzo świeżego (i jednocześnie wcale nie, bo może to tak naprawdę... kurde, jak oni się nazywali, nie mogę sobie przypomnieć a mi piosenka gra w głowie, no do cholery xD). Użyte zabiegi produkcyjne faktycznie rozbijają trochę ten utwór, ale z korzyścią dla niego. Kick nie jest potrzebny, są świetne klawisze w tle, różne przeszkadzajki a'la Nedry na ten przykład, jakieś takie para-dubstepowe rozwiązania, na lato chyba faktycznie jak znalazł. I to tak z przytupem na lato, oto Grimes od Miętusa ma godną osobę (piosenkę) partnerską, a ja mam 2 kawałki na takie letnio-wakacyjne okoliczności i czuję, że będą grane często. Hien zapodaje wiadrem wody (Kent na deszczowy letni dzień jak znalazł, obowiązkowo chłodny i spędzony w stalowo-szklanym mieście), Smoku natychmiast nadbiega z miniaturowym piecem martenowskim, żeby temperatura znów skoczyła do tych 40 PRZYNAJMNIEJ stopni. Wraz z nim nadchodzi harem nieprzyzwoicie pięknych ludzi w nieprzyzwoicie skąpych strojach. Poza tym słoneczko, woda etc., wieczorem, już po wszystkim będzie można zapuścić Summer Madness. Bardzo dobra rzecz.
Peter Gabriel - Games Without Frontiers
Wstyd się trochę przyznać, ale nigdy nie siadłem mocno w Gabriela solo, właściwie znam tylko kilka numerów na krzyż, wliczając w to powyższy. Z tym, że nie słyszałem go tak dawno, że dosłownie zapomniałem, jak on leci i w pewnej chwili się zorientowałem, że pomyliłem go z jeszcze innym xD Będę cheesy, ale oczywiście uwielbiam Sledgehammera - i to wcale nie za wideo, które swoją drogą jest oczywiście super, a za refren, który mnie zawsze kładzie na ziemię. Poza tym Steam to fantastyczny kawałek. No i Biko, świetnie scoverowane przez Simple Minds (ale oryginał ma odjazdowy klimat). Jeśli o tę piosenką chodzi to przede wszystkim wiedziałem - chyba jeszcze przed przesłuchaniem - że jest ona bardzo polityczna i od tamtej pory nie jestem w stanie odnaleźć jakiegokolwiek innego motywu w tekście. Muzyka brzmi momentami trochę naiwnie, ale to mi się w tej garstce numerów Gabrysia, które znam, bardzo podoba - muzyka bywa wręcz odjazdowa, często do pewnego stopnia minimalistyczna, ale powagi jej to nie ujmuje (wręcz przeciwnie, ładnie ją podkreśla przez kontrast). Chyba - obok Dragona i Hiena - najczęściej odpalany przeze mnie numer tej kolejki, zwłaszcza na tle dość idiotycznych wydarzeń na Wschodzie w miniony weekend xD IF LOOKS COULD KILL THEY PROBABLY WILL, bodaj najbardziej charakterystyczna linijka, no i ta twarz Petera na okładce, w sam raz na czytanie o, dajmy na to, hiszpańskiej wojnie domowej. Mentos dostarcza content Mentos+ a nawet nie jestem subskrybentem.
The Cranberries - Dreams
Shodan potrafi czasem walnąć w łeb czymś tak superoczywistym, trochę jak Melczet od czasu do czasu, ale zawsze trafia (no, prawie zawsze) w dziesiątkę. Żurawiny znam, ale też umówmy się, kto ich nie zna. Można nie słuchać jakoś szczególnie (ja tak miałem z np. No Doubt), ale i tak się ich utwory zna, bo były hiciorami, bo Dolores O'Riordian (głos tyleż niepokojący co piękny, zresztą, RIP), bo - nawet, jeśli robiło się mrocznie i wrzaskliwie - to było mocno radio-friendly. Dreams znam, w ogóle Cranberries mi się mocno z najntisami kojarzą i przełomem wieków, więc mam kolejną wycieczkę w przeszłość. Nie będę wieszał na Shodanie psów, że mógł wrzucić coś bardziej obskjurowego, albowiem ten utwór słyszę w radio stosunkowo regularnie, i nawet nie muszę radia odpalać - czy to na stacji benzynowej, czy to w galerii handlowej, albo gdziekolwiek indziej, ostatnio u taryfiarza w Uberze xD Taki to utwór, co prześladuje. Ale nie męczy, to spory plus, powiedziałbym wręcz, że największa zaleta (Ale Żurawinom wiele wybaczam, nawet Zombie nikt mi nie jest w stanie zaruchać). Fajnie, że w tej formie podanej, tzn. poza radio, jestem w stanie usłyszeć i docenić dość odjazdowe outro, które pachnie trochę Marksem a trochę Recoil xD Dobrze jest, jest dobrze, Wuja ładnie zamyka kolejkę. Senkju.
Jesus F. Christ, Murzyński nieco przypadkiem odkrywa przede mną kartę, o której istnieniu zapomniałem. Po prostu wchodzi do pokoju, podnosi ją z podłogi (nie zauważyłem, jak spadła) i kładzie koszulką do dołu a ja wiem już wszystko. Ten "piszczący" motyw z glissando chodził mi po głowie od lat, a ja nie mogłem sobie za huia przypomnieć, skąd go znam. Beka tym większa, że nie pamiętam tego numeru z Vice City, tzn. może trochę przez mgłę xD Jaka stacja mogła go nadawać... no tak, Fever 105, rzadko słuchałem, choć disco gdzieś zawsze leżało w moim klimacie muzycznym. No, co mogę powiedzieć, Golas pięknie zapodał, jego opis właściwie wyczerpuje temat. Jest super, jest lato (choć za oknem w tej chwili leje i jest ciemno), zapuszczę ten kawałek nie raz nie dwa. Kool i jego Gang znałem jak dotąd chyba tylko z przeruchanego w radio w latach 90. Cherish the Love no i oczywiście Celebration, ale teraz widzę - a raczej słyszę - że jak zawsze mało się znam i warto, bym poznał się bardziej. Dziękuję za bardzo letnią wrzutę <3
Bon Jovi - Something to Believe In
Przede wszystkim beka z openingu (ale też tego, co dzieje się później), albowiem ten brzmi tak, jakby Bon Jovi trochę nieudolnie a trochę dla beki coverował Don't You (Forget About Me) Simple Minds. Właściwie łapię się na tym, że po każdym "eh-eh-eh-eh" czekam na "uuuuuuuuh-ooooooooh", nie mogę podejść zbyt poważnie do tej piosenki z tegoż powodu xD No dobra, bardziej serio. Bon Joviego znam głównie z power-pop-rockowych kawałków, jakie stacje radiowe eksploatują do granic możliwości. Ten utwór się nie zaliczał do wyżej wymienionego zestawu, więc właściwie tym lepiej dla wrzucającego - nie jestem negatywnie nastawiony od samego początku, no, może poza faktem, że jest to Bon Jovi, którego niespecjalnie lubię xD Nie będę się jednak biasował - dobry numer jest, jak na tego typu muzykę. No, minus te zaśpiewy a'la Jim Kerr, to cała reszta jest spoko. Nie włączyłbym raczej sam, nie wiem, jak bym zareagował, gdyby poleciało w radio, może bym zostawił? Może tak, ale mówię serio, nie wynudziłem się ani nic. Ot, najntisy w pigułce, ale takiej odświeżającej, więc przełykam ze smakiem.
Kent - Berlin
Ciekawa sprawa, Hien opowiadał mi dziesiątki razy o tamtym lecie 2008 (my się poznaliśmy rok później), ale nie przypominam sobie za cholerę, by kiedykolwiek padła nazwa tej grupy albo tego numeru, jestem też na 90% przekonany, że Berlin słyszę po raz pierwszy w życiu (czyli musiało nie być tzw. seansu samochodowego). Utwór przyjemny bardzo, swojego czasu słuchałem podobnych rzeczy, ale w sporym rozproszeniu (tzn. np. w 2005, a potem dopiero w 2011 etc.). Lubię połączenie takiej elektroniki z gitarami, dla mnie to ciągle elektronika, ale zawsze fajniej brzmi, jak się jeszcze bije po drutach (np. Kindest Lines tak robili, albo Diako Diakoff). Opening jak opening, nie powoduje u mnie spazmów, ale cała piosenka wchodzi super, bardziej mi się końcówka podoba, gdzie wokalista coś tam zaśpiewuje długo wybrzmiewając, gitara łączy się z "wspomożoną" perką, i potem nagle trach i utwór się kończy. Klimatyczne, lepiej pasuje pod aurę za oknem niż wrzutka murzynowa xD Podoba mi się, czuję się zachęcony do zapoznania się z resztą ich twórczości, no, na pewno z tym, co wspomniał imć Hien.
Kelela - Take Me Apart
Na dzień dobry okładka, która wyjątkowo pachnie najntisami, albo ja sobie to wmawiam xD Głos wokalistki też brzmi jak coś, co mogło być nagrane w, nie wiem, 1999 roku, jednocześnie muzyka zdradza coś bardzo świeżego (i jednocześnie wcale nie, bo może to tak naprawdę... kurde, jak oni się nazywali, nie mogę sobie przypomnieć a mi piosenka gra w głowie, no do cholery xD). Użyte zabiegi produkcyjne faktycznie rozbijają trochę ten utwór, ale z korzyścią dla niego. Kick nie jest potrzebny, są świetne klawisze w tle, różne przeszkadzajki a'la Nedry na ten przykład, jakieś takie para-dubstepowe rozwiązania, na lato chyba faktycznie jak znalazł. I to tak z przytupem na lato, oto Grimes od Miętusa ma godną osobę (piosenkę) partnerską, a ja mam 2 kawałki na takie letnio-wakacyjne okoliczności i czuję, że będą grane często. Hien zapodaje wiadrem wody (Kent na deszczowy letni dzień jak znalazł, obowiązkowo chłodny i spędzony w stalowo-szklanym mieście), Smoku natychmiast nadbiega z miniaturowym piecem martenowskim, żeby temperatura znów skoczyła do tych 40 PRZYNAJMNIEJ stopni. Wraz z nim nadchodzi harem nieprzyzwoicie pięknych ludzi w nieprzyzwoicie skąpych strojach. Poza tym słoneczko, woda etc., wieczorem, już po wszystkim będzie można zapuścić Summer Madness. Bardzo dobra rzecz.
Peter Gabriel - Games Without Frontiers
Wstyd się trochę przyznać, ale nigdy nie siadłem mocno w Gabriela solo, właściwie znam tylko kilka numerów na krzyż, wliczając w to powyższy. Z tym, że nie słyszałem go tak dawno, że dosłownie zapomniałem, jak on leci i w pewnej chwili się zorientowałem, że pomyliłem go z jeszcze innym xD Będę cheesy, ale oczywiście uwielbiam Sledgehammera - i to wcale nie za wideo, które swoją drogą jest oczywiście super, a za refren, który mnie zawsze kładzie na ziemię. Poza tym Steam to fantastyczny kawałek. No i Biko, świetnie scoverowane przez Simple Minds (ale oryginał ma odjazdowy klimat). Jeśli o tę piosenką chodzi to przede wszystkim wiedziałem - chyba jeszcze przed przesłuchaniem - że jest ona bardzo polityczna i od tamtej pory nie jestem w stanie odnaleźć jakiegokolwiek innego motywu w tekście. Muzyka brzmi momentami trochę naiwnie, ale to mi się w tej garstce numerów Gabrysia, które znam, bardzo podoba - muzyka bywa wręcz odjazdowa, często do pewnego stopnia minimalistyczna, ale powagi jej to nie ujmuje (wręcz przeciwnie, ładnie ją podkreśla przez kontrast). Chyba - obok Dragona i Hiena - najczęściej odpalany przeze mnie numer tej kolejki, zwłaszcza na tle dość idiotycznych wydarzeń na Wschodzie w miniony weekend xD IF LOOKS COULD KILL THEY PROBABLY WILL, bodaj najbardziej charakterystyczna linijka, no i ta twarz Petera na okładce, w sam raz na czytanie o, dajmy na to, hiszpańskiej wojnie domowej. Mentos dostarcza content Mentos+ a nawet nie jestem subskrybentem.
The Cranberries - Dreams
Shodan potrafi czasem walnąć w łeb czymś tak superoczywistym, trochę jak Melczet od czasu do czasu, ale zawsze trafia (no, prawie zawsze) w dziesiątkę. Żurawiny znam, ale też umówmy się, kto ich nie zna. Można nie słuchać jakoś szczególnie (ja tak miałem z np. No Doubt), ale i tak się ich utwory zna, bo były hiciorami, bo Dolores O'Riordian (głos tyleż niepokojący co piękny, zresztą, RIP), bo - nawet, jeśli robiło się mrocznie i wrzaskliwie - to było mocno radio-friendly. Dreams znam, w ogóle Cranberries mi się mocno z najntisami kojarzą i przełomem wieków, więc mam kolejną wycieczkę w przeszłość. Nie będę wieszał na Shodanie psów, że mógł wrzucić coś bardziej obskjurowego, albowiem ten utwór słyszę w radio stosunkowo regularnie, i nawet nie muszę radia odpalać - czy to na stacji benzynowej, czy to w galerii handlowej, albo gdziekolwiek indziej, ostatnio u taryfiarza w Uberze xD Taki to utwór, co prześladuje. Ale nie męczy, to spory plus, powiedziałbym wręcz, że największa zaleta (Ale Żurawinom wiele wybaczam, nawet Zombie nikt mi nie jest w stanie zaruchać). Fajnie, że w tej formie podanej, tzn. poza radio, jestem w stanie usłyszeć i docenić dość odjazdowe outro, które pachnie trochę Marksem a trochę Recoil xD Dobrze jest, jest dobrze, Wuja ładnie zamyka kolejkę. Senkju.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zuper i ekstra. Z mojej strony małe podsumowanko: miałem świadomość, że wrzucam bezpieczny numer i wszystkim się raczej spodoba (Dragon wyjątkowo konserwatywnie do tego podszedł jak na lewaka, no ale siusiak), wolę jednak trochę bardziej ryzykowne sytuacje, no ale to nie ważne, bo to bestka życia, a nie gra w Ryzyko. W każdym razie fajnie znowu poczytać jakieś pozytywne opinie na temat wrzucanej muzyki, mimo wszystko xD
A teraz, mały apelik (ja wiem, że one zazwyczaj przelatują koło uszu, ale próbować można), co byśmy się z najbliższą wrzutką uwinęli może w miarę prędko (tak do niedzieli, żeby w poniedziałek najpóźniej ruszyć z następną kolejką?). Niestety kolega Adrian znowu mnie lekko zasabotował (tym razem niechcący, chociaż siusiak go wie) i z tego powodu muszę pewien numer nadprogramowo wcisnąć teraz (a miał być pod koniec sierpnia), co mi rozwala cały letni plan wrzutek, więc wiecie xD Udawajcie chociaż, że się postaracie streszczać, będzie mi miło xD
Bomb the Bass – Tidal Wave
Miałem tę wrzutkę trzymać na koniec lata, kiedy pasowałaby najlepiej, ale wleciał Musiał (z „Clear”), który chyba lubi mi raz na jakiś czas mącić. Wiem, że w takiej sytuacji trzeba wrzucać numer jak najszybciej, bo inaczej pójdzie z dymem na długo (już to przerobiłem z New Order), zatem wrzucam, zamiast na zamknięcie, to na otwarcie lata.
Bomb the Bass to zespół, który chwaliłem na tym forum wielokrotnie (jak i samego Tima Simenona), a udzielający się w bestce samplowej, mogli nawet posłuchać jednej propozycji. Album BTB prawie wleciał w lutym, ale niestety zrobiło się bardzo ciasno i nie starczyło miejsca, więc będzie musiała ta płyta poczekać do następnego roku. Na szczęście utwór nie musi.
Z każdego albumu Bomb the Bass mógłbym wrzucić jakiś kawałek i tego nie żałować, ale jest jeden taki, który jest mi trochę bliższy niż inne. „Tidal Wave” to utwór z płyty „Clear”, która sama w sobie była przełomowym momentem w dyskografii BTB i najbardziej inspirowanym hip-hopem albumem. Wrzucam jeden z bardziej konwencjonalnych kawałków, bez rapu i z damskim głosem. Mocno 90sowe klimaty. Na wokalu aktorka Minnie Driver (którą ubóstwiam), w książeczce podpisana jako River. Jak na kogoś kto sam nie śpiewał i nie pisał piosenek jako takich, Tim niesamowicie się wyrobił jako twórca tego typu utworów, i to na długo zanim zaczął produkować innych. Kawałek ma w sobie takie tony nostalgicznego vibe’u, że popadam w grubą zadumę za każdym razem kiedy go słucham, a robię to często. Pomimo, że „Tidal Wave” poznałem dopiero kilkanaście lat temu, przenosi mnie on do wspomnień z dzieciństwa i Polski z lat 90-tych. Nie ma szans, że go wtedy gdzieś słyszałem, to nie był singiel, a nawet single raczej nie latały w polskim eterze (jak mi ktoś powie, że słyszał „Bug Powder Dust” w polskim radiu, czy widział w tv, to walnę fikoła do tyłu).
Nie mam tutaj jednej, konkretnej sytuacji życiowej związanej z tym utworem, raczej jakiś stan ducha, w który wpadam kiedy „Tidal Wave” leci, który łączy się z wieloma momentami z mojego dotychczasowego, prawie 4-dekadowego życia.
https://youtu.be/isgzgEvTKRo
A teraz, mały apelik (ja wiem, że one zazwyczaj przelatują koło uszu, ale próbować można), co byśmy się z najbliższą wrzutką uwinęli może w miarę prędko (tak do niedzieli, żeby w poniedziałek najpóźniej ruszyć z następną kolejką?). Niestety kolega Adrian znowu mnie lekko zasabotował (tym razem niechcący, chociaż siusiak go wie) i z tego powodu muszę pewien numer nadprogramowo wcisnąć teraz (a miał być pod koniec sierpnia), co mi rozwala cały letni plan wrzutek, więc wiecie xD Udawajcie chociaż, że się postaracie streszczać, będzie mi miło xD
Bomb the Bass – Tidal Wave
Miałem tę wrzutkę trzymać na koniec lata, kiedy pasowałaby najlepiej, ale wleciał Musiał (z „Clear”), który chyba lubi mi raz na jakiś czas mącić. Wiem, że w takiej sytuacji trzeba wrzucać numer jak najszybciej, bo inaczej pójdzie z dymem na długo (już to przerobiłem z New Order), zatem wrzucam, zamiast na zamknięcie, to na otwarcie lata.
Bomb the Bass to zespół, który chwaliłem na tym forum wielokrotnie (jak i samego Tima Simenona), a udzielający się w bestce samplowej, mogli nawet posłuchać jednej propozycji. Album BTB prawie wleciał w lutym, ale niestety zrobiło się bardzo ciasno i nie starczyło miejsca, więc będzie musiała ta płyta poczekać do następnego roku. Na szczęście utwór nie musi.
Z każdego albumu Bomb the Bass mógłbym wrzucić jakiś kawałek i tego nie żałować, ale jest jeden taki, który jest mi trochę bliższy niż inne. „Tidal Wave” to utwór z płyty „Clear”, która sama w sobie była przełomowym momentem w dyskografii BTB i najbardziej inspirowanym hip-hopem albumem. Wrzucam jeden z bardziej konwencjonalnych kawałków, bez rapu i z damskim głosem. Mocno 90sowe klimaty. Na wokalu aktorka Minnie Driver (którą ubóstwiam), w książeczce podpisana jako River. Jak na kogoś kto sam nie śpiewał i nie pisał piosenek jako takich, Tim niesamowicie się wyrobił jako twórca tego typu utworów, i to na długo zanim zaczął produkować innych. Kawałek ma w sobie takie tony nostalgicznego vibe’u, że popadam w grubą zadumę za każdym razem kiedy go słucham, a robię to często. Pomimo, że „Tidal Wave” poznałem dopiero kilkanaście lat temu, przenosi mnie on do wspomnień z dzieciństwa i Polski z lat 90-tych. Nie ma szans, że go wtedy gdzieś słyszałem, to nie był singiel, a nawet single raczej nie latały w polskim eterze (jak mi ktoś powie, że słyszał „Bug Powder Dust” w polskim radiu, czy widział w tv, to walnę fikoła do tyłu).
Nie mam tutaj jednej, konkretnej sytuacji życiowej związanej z tym utworem, raczej jakiś stan ducha, w który wpadam kiedy „Tidal Wave” leci, który łączy się z wieloma momentami z mojego dotychczasowego, prawie 4-dekadowego życia.
https://youtu.be/isgzgEvTKRo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Heh musiałbym wpierw takie rzeczy od The Cranberries znać.devotional pisze:27 cze 2023 08:17Nie będę wieszał na Shodanie psów, że mógł wrzucić coś bardziej obskjurowego
No niezmiennie podziwiam, że masz wszystko rozpisane i zaplanowane na jakieś 238 kolejek do przodu. Ja nawet jeszcze nie wiem, co w tej kolejce wrzucę. Ale zaraz coś wymyślę.Hien pisze:27 cze 2023 09:40i z tego powodu muszę pewien numer nadprogramowo wcisnąć teraz (a miał być pod koniec sierpnia), co mi rozwala cały letni plan wrzutek
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Na razie mam rozplanowane lato. Lubię mieć jakiś pomysł na dany okres, jakiś ciąg, połączone ze sobą historię, czy rzeczy ze zbliżonej ery, lub po prostu jakiś fajnie brzmiący w playliście zestaw. Nie lubię wymyślać na poczekaniu, lubię się trochę zastanowić nad tym co wrzucam, i czym mam coś ciekawego do napisania, dlatego piszę te wrzuty z wyprzedzeniem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ancien Régime - Eternity Road (2017)
No dobrze, skoro tak ciśniemy, to niech będzie. Oto utwór, który towarzyszył mi calutką wiosnę 2017, a potem także wielokrotnie odpalałem go w 2018, później przede wszystkim w ubiegłym, w tym zresztą też... Ot, taki typowy "musiałowy smuteczkowiec", zresztą, primo - tytuł, secundo - to cover nieco zapomnianej już grupy zimnofalowej Lowlife, która chyba nigdy nie wybiła się na jakąś wielką popularność i raczej już tego nie zrobi, wszak jej frontman, Craig Lorentson nie żyje. Powiem przewrotnie, że jest to dla mnie jedna z tych sytuacji, gdzie cover jest lepszy od oryginału, i to sporo lepszy (podobnie wrzucane przeze mnie do albumowej Blacklist walnęło swego czasu fantastyczny cover innej zaginionej w mrokach historii grupy cold wave, a więc Asylum Party). Oryginału przed usłyszeniem coveru nie znałem, nazwę Lowlife co prawda już tak, ale i tak bardziej kojarzyłem ją z trzecim albumem New Order (lol), nie korciło mnie posłuchać niczego, co gdzieś mi tam ktoś serwował albo wyskakiwało na YouTube. Bogiem a prawdą to poza Eternity Road w ich wykonaniu znam może ze 2 numery, w sensie niczego innego nie słuchałem. Za to jeśli chodzi o Ancien Régime, no, tu sprawa ma się inaczej. Poznałem ich przypadkiem w trakcie swojego Drugiego Hipsterskiego Wzmożenia<TM> w muzyce, tj. na przełomie lutego i marca 2012. A jak na nich wpadłem? Przez wytwórnię Wierd Records. To ona dostarczyła mi w pierwszej kolejności Xeno & Oaklander i Martial Canterel (czyli pół Xeno & Oaklander), potem zaś Led Er Est no i właśnie... na Led Er Est miałem wręcz małą fazę, szukając ich obskjurów trafiłem na dzielone EP, gdzie strona A należała do nich, a strona B do nieznanego za bardzo poza Rzymem i przyległościami innego wannabe-zimnofalowego zespoliku o nazwie, właśnie, Ancien Régime. Albowiem AR pochodzą z Rzymu, zimna fala jakoś się mało z Włochami kojarzy (chyba, że weźmiemy pod uwagę okładkę Closer od Joy Division, no i wtedy jeszcze nie znałem Soviet Soviet, najsłynniejszego bodaj włoskiego towaru eksportowego jeśli po post-punk chodzi), a tutaj taka niespodzianka. Pamiętam, jak daaawno temu (czyli jakoś wiosną 2012) puszczałem Hienowi AR (nie było wtedy oficjalnie wydanego nic poza tą stroną B tego EP, całe 4 piosenki) i stwierdził, że brzmią jak ktoś, kto bardzo chce kopiować Joy Division ale nie ma na to pomysłu. Potem trochę zmienił zdanie, jak rok później (tj. w 2013) w końcu ukazał się ich pierwszy (i jedyny) longplay. A potem pograli rok po Włoszech i się... rozwiązali xD Zaskoczył mnie ten ruch trochę, no bo dopiero zdobywali popularność, przestali grać do automatu perkusyjnego a ogarnęli sobie uzdolnionego pałkera, a tu całkiem oficjalny komunikat na ich już totalnie martwym FB, że arrivederci i hui.
Pamiętam dobrze, ile energii kosztowało mnie położenie łap na ich debiucie. Właściwie to ten ukazał się już jesienią 2012, ale tylko na winylu i tylko we Włoszech, przez co nie szło tego dorwać w necie aż do premiery wersji CD w marcu 2013, a i tak na Soulseeku krążek wypłynął dopiero jesienią 2013, więc trochę mi to zajęło xD Do tego czasu musiałem się zadowolić tą stroną B i całymi 4-ma piosenkami, oraz wideo z jednym z dwóch singli z albumu (album nosi tytuł The Position btw, fajna rzecz to jest), czyli Negative (drugi singiel wideo nie dostał, a szkoda, bo jest super). Gdy się do The Position dorwałem to nie chciałem długo puścić. Czekałem na coś więcej, a tutaj, no właśnie, już wiecie sami co. Tym większym zaskoczeniem dla mnie było zobaczyć nagle jedną wrzutkę na ich FB, że wracają na chwilę z tym właśnie coverem, który dedykują raz, że wcześniej wspomnianemu frontmanowi Lowlife, Lorentsonowi, a dwa, że chyba jakiemuś krewnemu frontmana AR, którym był Valerio Bulla (AR to generalnie czterech chłopaczków było). Odpaliłem, posłuchałem, obejrzałem (bo jest też teledysk i tylko w takiej wersji znajdziemy ten utwór na YT, więc musicie mi wybaczyć), zachwyciło mnie to. Moment był wprost doskonały, bo akurat rozstałem się z ówczesną partnerką (to był początek kwietnia), jakby dosłownie tydzień, dwa wcześniej (po jakimś czasie się zeszliśmy ale tylko na kilka miesięcy i znów walnęło), a tutaj dostaję w łapy nie tylko nowe DM, ale też nowe Alphaville (Strange Attractor to naprawdę udany krążek), a w końcu taka miła niespodzianka... Bo ja oczywiście lubię i zimną falę i lubię Stary Reżim, Bulla ma solidnie głęboki głos (aż nazbyt momentami, ale pasuje to jakoś do ich muzy), bębny napier*alają, bas pulsuje, gitary puszczone przez ładne efekty, tak, wiem, takich zespołów jest pewnie setka, jednakowoż mocno dla mnie na ich korzyść działa fakt, że są z miejsca, które się mało kojarzy z taką muzyką (albo się mało znam, Nosound poznałem sporo później, zresztą przez Hiena). To trochę tak, jakby słuchać death metalu z Kenii albo punku z Persji. Zapewne takie zespoły istnieją, ale akurat nie znam xD Za to Ancien Régime jak najbardziej. Posłuchajcie sobie więc melancholijnych pasaży na klawiszu, ataku padów, nastrojowej pół-porcelanowej gitary w tle, wyszło nieślubne dziecko Curtisa ze Smithem podlane sosem z Siouxie & the Banshees. Nic, czego byście już nie słyszeli ze sto razy, ale odgrzewany kotlet wciąż strawny (no i podany na nowej zastawie). Jak potrzebuję posmutać (a ostatnio często potrzebuję posmutać), to ten numer jest jak znalazł. A tak zupełnie przy okazji polecam wszystko inne od AR, dużo tego nie ma xD I już raczej nie będzie...
https://www.youtube.com/watch?v=nQfRBaVRbpo
No dobrze, skoro tak ciśniemy, to niech będzie. Oto utwór, który towarzyszył mi calutką wiosnę 2017, a potem także wielokrotnie odpalałem go w 2018, później przede wszystkim w ubiegłym, w tym zresztą też... Ot, taki typowy "musiałowy smuteczkowiec", zresztą, primo - tytuł, secundo - to cover nieco zapomnianej już grupy zimnofalowej Lowlife, która chyba nigdy nie wybiła się na jakąś wielką popularność i raczej już tego nie zrobi, wszak jej frontman, Craig Lorentson nie żyje. Powiem przewrotnie, że jest to dla mnie jedna z tych sytuacji, gdzie cover jest lepszy od oryginału, i to sporo lepszy (podobnie wrzucane przeze mnie do albumowej Blacklist walnęło swego czasu fantastyczny cover innej zaginionej w mrokach historii grupy cold wave, a więc Asylum Party). Oryginału przed usłyszeniem coveru nie znałem, nazwę Lowlife co prawda już tak, ale i tak bardziej kojarzyłem ją z trzecim albumem New Order (lol), nie korciło mnie posłuchać niczego, co gdzieś mi tam ktoś serwował albo wyskakiwało na YouTube. Bogiem a prawdą to poza Eternity Road w ich wykonaniu znam może ze 2 numery, w sensie niczego innego nie słuchałem. Za to jeśli chodzi o Ancien Régime, no, tu sprawa ma się inaczej. Poznałem ich przypadkiem w trakcie swojego Drugiego Hipsterskiego Wzmożenia<TM> w muzyce, tj. na przełomie lutego i marca 2012. A jak na nich wpadłem? Przez wytwórnię Wierd Records. To ona dostarczyła mi w pierwszej kolejności Xeno & Oaklander i Martial Canterel (czyli pół Xeno & Oaklander), potem zaś Led Er Est no i właśnie... na Led Er Est miałem wręcz małą fazę, szukając ich obskjurów trafiłem na dzielone EP, gdzie strona A należała do nich, a strona B do nieznanego za bardzo poza Rzymem i przyległościami innego wannabe-zimnofalowego zespoliku o nazwie, właśnie, Ancien Régime. Albowiem AR pochodzą z Rzymu, zimna fala jakoś się mało z Włochami kojarzy (chyba, że weźmiemy pod uwagę okładkę Closer od Joy Division, no i wtedy jeszcze nie znałem Soviet Soviet, najsłynniejszego bodaj włoskiego towaru eksportowego jeśli po post-punk chodzi), a tutaj taka niespodzianka. Pamiętam, jak daaawno temu (czyli jakoś wiosną 2012) puszczałem Hienowi AR (nie było wtedy oficjalnie wydanego nic poza tą stroną B tego EP, całe 4 piosenki) i stwierdził, że brzmią jak ktoś, kto bardzo chce kopiować Joy Division ale nie ma na to pomysłu. Potem trochę zmienił zdanie, jak rok później (tj. w 2013) w końcu ukazał się ich pierwszy (i jedyny) longplay. A potem pograli rok po Włoszech i się... rozwiązali xD Zaskoczył mnie ten ruch trochę, no bo dopiero zdobywali popularność, przestali grać do automatu perkusyjnego a ogarnęli sobie uzdolnionego pałkera, a tu całkiem oficjalny komunikat na ich już totalnie martwym FB, że arrivederci i hui.
Pamiętam dobrze, ile energii kosztowało mnie położenie łap na ich debiucie. Właściwie to ten ukazał się już jesienią 2012, ale tylko na winylu i tylko we Włoszech, przez co nie szło tego dorwać w necie aż do premiery wersji CD w marcu 2013, a i tak na Soulseeku krążek wypłynął dopiero jesienią 2013, więc trochę mi to zajęło xD Do tego czasu musiałem się zadowolić tą stroną B i całymi 4-ma piosenkami, oraz wideo z jednym z dwóch singli z albumu (album nosi tytuł The Position btw, fajna rzecz to jest), czyli Negative (drugi singiel wideo nie dostał, a szkoda, bo jest super). Gdy się do The Position dorwałem to nie chciałem długo puścić. Czekałem na coś więcej, a tutaj, no właśnie, już wiecie sami co. Tym większym zaskoczeniem dla mnie było zobaczyć nagle jedną wrzutkę na ich FB, że wracają na chwilę z tym właśnie coverem, który dedykują raz, że wcześniej wspomnianemu frontmanowi Lowlife, Lorentsonowi, a dwa, że chyba jakiemuś krewnemu frontmana AR, którym był Valerio Bulla (AR to generalnie czterech chłopaczków było). Odpaliłem, posłuchałem, obejrzałem (bo jest też teledysk i tylko w takiej wersji znajdziemy ten utwór na YT, więc musicie mi wybaczyć), zachwyciło mnie to. Moment był wprost doskonały, bo akurat rozstałem się z ówczesną partnerką (to był początek kwietnia), jakby dosłownie tydzień, dwa wcześniej (po jakimś czasie się zeszliśmy ale tylko na kilka miesięcy i znów walnęło), a tutaj dostaję w łapy nie tylko nowe DM, ale też nowe Alphaville (Strange Attractor to naprawdę udany krążek), a w końcu taka miła niespodzianka... Bo ja oczywiście lubię i zimną falę i lubię Stary Reżim, Bulla ma solidnie głęboki głos (aż nazbyt momentami, ale pasuje to jakoś do ich muzy), bębny napier*alają, bas pulsuje, gitary puszczone przez ładne efekty, tak, wiem, takich zespołów jest pewnie setka, jednakowoż mocno dla mnie na ich korzyść działa fakt, że są z miejsca, które się mało kojarzy z taką muzyką (albo się mało znam, Nosound poznałem sporo później, zresztą przez Hiena). To trochę tak, jakby słuchać death metalu z Kenii albo punku z Persji. Zapewne takie zespoły istnieją, ale akurat nie znam xD Za to Ancien Régime jak najbardziej. Posłuchajcie sobie więc melancholijnych pasaży na klawiszu, ataku padów, nastrojowej pół-porcelanowej gitary w tle, wyszło nieślubne dziecko Curtisa ze Smithem podlane sosem z Siouxie & the Banshees. Nic, czego byście już nie słyszeli ze sto razy, ale odgrzewany kotlet wciąż strawny (no i podany na nowej zastawie). Jak potrzebuję posmutać (a ostatnio często potrzebuję posmutać), to ten numer jest jak znalazł. A tak zupełnie przy okazji polecam wszystko inne od AR, dużo tego nie ma xD I już raczej nie będzie...
https://www.youtube.com/watch?v=nQfRBaVRbpo
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Justin Timberlake - Cry Me A River
Z lat 90’ przenosimy się do roku 2002. Młody shodan, a nawet już trochę starszy bezwzględnie lekceważył wykonawców pochodzących z boysbandów. Wyjątkiem był Williams, no ale to Williams. Wielokrotnie słyszałem przeróżne single Timbelike’a w tv i zlewałem je z góry perlistym moczem pawiana. Pewnie było tak też z singlami z albumu od Hiena, który w bestce mnie tak niedawno zachwycił. No ale kiedyś się nie znałem i tyle. Mimo niechęci do Justina jednak w 2002r. zachwyciłem się jego singlem Cry Me a River. Usłyszałem w tv i poczułem się znokautowany. Sam utwór powstał już w 1953r. Piosenka napisana została dla Elli Fitzgerlad, która miała wykonać ją w filmie Pete Kelly’s Blues z 1955 roku. Jednak z pewnych przyczyn do tego nie doszło. Utwór ukazał się dopiero w 1961r. na albumie wokalistki. Piosenka był w ostatnim półwieczu wielokrotnie coverowany przez różnych wykonawców. Z ciekawości słuchałem zarówno oryginalnego wykonu Elli, jak i Bjork czy Barbary Streisand, ale w życiu bym nie powiedział, że to ta sama piosenka, którą wykonał Timberlike. Justin z Timbalandem kompletnie przemeblowali utwór. Bo właśnie nasz stary dobry znajomy Timbaland jest producentem Cry Me a River, co zresztą słychać z daleka. Utwór jest jak dla mnie genialnie zaaranżowany. Już intro z tymi zaśpiewami i szumem deszczu wywołuje u mnie ciary. Potem wchodzi rewelacyjna klawiszowa zagrywka, która ciągnie się przez cały numer. Charakterny bas, smyczki i wybitny głos Justina. Te jego wysokie falsety, którymi kiedyś gardziłem teraz mnie powalają na kolana. Nawet Timbo ma swoje wersy do zaśpiewania.
Na koniec jeszcze fantastyczne outro z powtarzaną frazą Cry Me a River i wyhamowaniem utworu.
Utwór w ogóle opowiada historię gościa, który został zdradzony i opuszczony przez ukochaną dla kogoś innego. Jest to właściwie w całości wywód do owej dziewczyny, że go zraniła, opuściła. Że słyszał od ludzi, co zrobiła. I choć teraz bardzo chce do niego wrócić, to mosty zostały dawno spalone. Podobno utwór odnosi się bezpośrednio do byłego związku Justina i Britney Spears.
Ja takiej sytuacji właściwie sam nie przeżyłem. Raz dziewczyna prawie 30 lat temu zostawiła mnie dla swojego byłego chłopaka, ale nie czułem tego, co gość w utworze Timberlike’a. Właściwie to się z tego szczerze ucieszyłem, bo byłem w tym związku tylko z przyzwyczajenia nie mając jakoś odwagi samemu odejść. Starałem się oczywiście to ukryć jak mi dziewczyna zakomunikowała o rozstaniu, ale raczej nie wyglądałem na zmartwionego, co nie uszło jej uwadze.
Utwór Cry Me a River był właściwie jednym z pierwszych, które zapisałem na swojej liście po ogłoszeniu bestki utworowej. Obowiązkowa pozycja, która musiała się tu znaleźć.
https://www.youtube.com/watch?v=B5_vsBWVxdk
Z lat 90’ przenosimy się do roku 2002. Młody shodan, a nawet już trochę starszy bezwzględnie lekceważył wykonawców pochodzących z boysbandów. Wyjątkiem był Williams, no ale to Williams. Wielokrotnie słyszałem przeróżne single Timbelike’a w tv i zlewałem je z góry perlistym moczem pawiana. Pewnie było tak też z singlami z albumu od Hiena, który w bestce mnie tak niedawno zachwycił. No ale kiedyś się nie znałem i tyle. Mimo niechęci do Justina jednak w 2002r. zachwyciłem się jego singlem Cry Me a River. Usłyszałem w tv i poczułem się znokautowany. Sam utwór powstał już w 1953r. Piosenka napisana została dla Elli Fitzgerlad, która miała wykonać ją w filmie Pete Kelly’s Blues z 1955 roku. Jednak z pewnych przyczyn do tego nie doszło. Utwór ukazał się dopiero w 1961r. na albumie wokalistki. Piosenka był w ostatnim półwieczu wielokrotnie coverowany przez różnych wykonawców. Z ciekawości słuchałem zarówno oryginalnego wykonu Elli, jak i Bjork czy Barbary Streisand, ale w życiu bym nie powiedział, że to ta sama piosenka, którą wykonał Timberlike. Justin z Timbalandem kompletnie przemeblowali utwór. Bo właśnie nasz stary dobry znajomy Timbaland jest producentem Cry Me a River, co zresztą słychać z daleka. Utwór jest jak dla mnie genialnie zaaranżowany. Już intro z tymi zaśpiewami i szumem deszczu wywołuje u mnie ciary. Potem wchodzi rewelacyjna klawiszowa zagrywka, która ciągnie się przez cały numer. Charakterny bas, smyczki i wybitny głos Justina. Te jego wysokie falsety, którymi kiedyś gardziłem teraz mnie powalają na kolana. Nawet Timbo ma swoje wersy do zaśpiewania.
Na koniec jeszcze fantastyczne outro z powtarzaną frazą Cry Me a River i wyhamowaniem utworu.
Utwór w ogóle opowiada historię gościa, który został zdradzony i opuszczony przez ukochaną dla kogoś innego. Jest to właściwie w całości wywód do owej dziewczyny, że go zraniła, opuściła. Że słyszał od ludzi, co zrobiła. I choć teraz bardzo chce do niego wrócić, to mosty zostały dawno spalone. Podobno utwór odnosi się bezpośrednio do byłego związku Justina i Britney Spears.
Ja takiej sytuacji właściwie sam nie przeżyłem. Raz dziewczyna prawie 30 lat temu zostawiła mnie dla swojego byłego chłopaka, ale nie czułem tego, co gość w utworze Timberlike’a. Właściwie to się z tego szczerze ucieszyłem, bo byłem w tym związku tylko z przyzwyczajenia nie mając jakoś odwagi samemu odejść. Starałem się oczywiście to ukryć jak mi dziewczyna zakomunikowała o rozstaniu, ale raczej nie wyglądałem na zmartwionego, co nie uszło jej uwadze.
Utwór Cry Me a River był właściwie jednym z pierwszych, które zapisałem na swojej liście po ogłoszeniu bestki utworowej. Obowiązkowa pozycja, która musiała się tu znaleźć.
https://www.youtube.com/watch?v=B5_vsBWVxdk
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The LOX - Ryde or Die, Bitch (feat. Timbaland & Eve)
(2000)
Trochę niedopatrzeniem a trochę skandalem jest fakt że ja - Murzyn zrodzony z bangeru (vide Break Ya Neck znane Wam z klipów) - do tej pory nie rzucałem wcale rapowymi przebojami, zwłaszcza że przecież ten okres mojej pierwszej świadomej fascynacji tym gatunkiem przypadał na czas jego intensywnego rozkwitu w głównym nurcie w mediach. Czas to nadrobić, będzie tu jeszcze na pewno w swoim czasie sporo hicików z lat zerowych choć wielu z nich możecie nie kojarzyć bo będzie to może nie tyle pierwsza liga mainstreamu ile pierwsza liga ówczesnej rap sceny.
Zaczynam od The LOX, grupy rapowej z Nowego Jorku, która zaczynała karierę w wytwórni Bad Boy Records należącej do Puff Daddy'ego (napotkacie ich na wrzucanym przeze mnie albumie Biggiego) zanim poszli w swoją stronę uznając że nie pasuje im narzucany przez wytwórnię gładki radio-friendly image. Grupę tworzy trzech raperów - Jadakiss, Styles P oraz Sheek Louch. Singiel "Ryde Or Die, Bitch" wyszedł co prawda w '99 roku ale album ukazał się na początku 2000 roku i cuchnie latami zerowymi na kilometr, za produkcję kawałka odpowiedzialny jest Timbaland, udziela się on też w refrenie towarzysząc raperce Eve. Bicik zawiera przyjemny gitarowy loop który brzmi nieco latino, ja w każdym razie od razu widzę przy tym señority w kolorowych spódniczkach tańczące salsę w jakiejś spelunie na granicy z Meksykiem heh. Do tego miejscami parę klawiszowych wstawek, pod koniec numeru robi się nawet ciut kwaśno. Podoba mi się też Timbalandowe gwizdanie na początku kawałka. O czym jest ten kawałek? Ano o kobietach, ale nie byle jakich tylko o takich na dobre i na złe bo tak można tłumaczyć ten zwrot "ryde or die" a że panowie mają ten swój uliczny styl życia to i ich kobiety muszą być równie twarde i tą perspektywę podkreśla w refrenie Eve jako taka właśnie "ryde or die bitch".
Rzucam tym kawałkiem nie tylko dlatego że to taki summer jam trochę ale również dlatego że i moje wspomnienia z nim są też wakacyjne. Album z którego pochodzi ten numer był jednym z pierwszych pirackich cedeków z kolekcji mojego brata do których dorwałem się latem 2004 roku kiedy on wyjechał na Wyspy Brytyjskie by zarobić a ja - po raz pierwszy w życiu miałem naprawdę swój własny pokój. Słuchałem wówczas tej płyty i pamiętam nawet jak wspominałem o tym bratu w korespondencji mailowej (nie miałem jeszcze telefonu komórkowego, zresztą rozmowy zagraniczne też były drogie więc on dzwonił sporadycznie a częściej wymienialiśmy maile). Sam album z którego pochodzi moja wrzutka jest w sumie spoko, ot rzetelny z paroma perełkami (w tym 1 kawałek na bicie DJ Premiera), nawet miałem inny numer wrzucać ale stwierdziłem że zamiast lirycznej szermierki postawię tym razem na coś lżejszego co może chętniej włączycie ponownie.
https://youtu.be/MBJgegimHDs
(2000)
Trochę niedopatrzeniem a trochę skandalem jest fakt że ja - Murzyn zrodzony z bangeru (vide Break Ya Neck znane Wam z klipów) - do tej pory nie rzucałem wcale rapowymi przebojami, zwłaszcza że przecież ten okres mojej pierwszej świadomej fascynacji tym gatunkiem przypadał na czas jego intensywnego rozkwitu w głównym nurcie w mediach. Czas to nadrobić, będzie tu jeszcze na pewno w swoim czasie sporo hicików z lat zerowych choć wielu z nich możecie nie kojarzyć bo będzie to może nie tyle pierwsza liga mainstreamu ile pierwsza liga ówczesnej rap sceny.
Zaczynam od The LOX, grupy rapowej z Nowego Jorku, która zaczynała karierę w wytwórni Bad Boy Records należącej do Puff Daddy'ego (napotkacie ich na wrzucanym przeze mnie albumie Biggiego) zanim poszli w swoją stronę uznając że nie pasuje im narzucany przez wytwórnię gładki radio-friendly image. Grupę tworzy trzech raperów - Jadakiss, Styles P oraz Sheek Louch. Singiel "Ryde Or Die, Bitch" wyszedł co prawda w '99 roku ale album ukazał się na początku 2000 roku i cuchnie latami zerowymi na kilometr, za produkcję kawałka odpowiedzialny jest Timbaland, udziela się on też w refrenie towarzysząc raperce Eve. Bicik zawiera przyjemny gitarowy loop który brzmi nieco latino, ja w każdym razie od razu widzę przy tym señority w kolorowych spódniczkach tańczące salsę w jakiejś spelunie na granicy z Meksykiem heh. Do tego miejscami parę klawiszowych wstawek, pod koniec numeru robi się nawet ciut kwaśno. Podoba mi się też Timbalandowe gwizdanie na początku kawałka. O czym jest ten kawałek? Ano o kobietach, ale nie byle jakich tylko o takich na dobre i na złe bo tak można tłumaczyć ten zwrot "ryde or die" a że panowie mają ten swój uliczny styl życia to i ich kobiety muszą być równie twarde i tą perspektywę podkreśla w refrenie Eve jako taka właśnie "ryde or die bitch".
Rzucam tym kawałkiem nie tylko dlatego że to taki summer jam trochę ale również dlatego że i moje wspomnienia z nim są też wakacyjne. Album z którego pochodzi ten numer był jednym z pierwszych pirackich cedeków z kolekcji mojego brata do których dorwałem się latem 2004 roku kiedy on wyjechał na Wyspy Brytyjskie by zarobić a ja - po raz pierwszy w życiu miałem naprawdę swój własny pokój. Słuchałem wówczas tej płyty i pamiętam nawet jak wspominałem o tym bratu w korespondencji mailowej (nie miałem jeszcze telefonu komórkowego, zresztą rozmowy zagraniczne też były drogie więc on dzwonił sporadycznie a częściej wymienialiśmy maile). Sam album z którego pochodzi moja wrzutka jest w sumie spoko, ot rzetelny z paroma perełkami (w tym 1 kawałek na bicie DJ Premiera), nawet miałem inny numer wrzucać ale stwierdziłem że zamiast lirycznej szermierki postawię tym razem na coś lżejszego co może chętniej włączycie ponownie.
https://youtu.be/MBJgegimHDs
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Skąd Ty to wziąłeś? To dwa różne utworyshodan pisze:27 cze 2023 11:00Sam utwór powstał już w 1953r. Piosenka napisana została dla Elli Fitzgerlad, która miała wykonać ją w filmie Pete Kelly’s Blues z 1955 roku. Jednak z pewnych przyczyn do tego nie doszło. Utwór ukazał się dopiero w 1961r. na albumie wokalistki. Piosenka był w ostatnim półwieczu wielokrotnie coverowany przez różnych wykonawców. Z ciekawości słuchałem zarówno oryginalnego wykonu Elli, jak i Bjork czy Barbary Streisand, ale w życiu bym nie powiedział, że to ta sama piosenka, którą wykonał Timberlike. Justin z Timbalandem kompletnie przemeblowali utwór.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
https://pl.wikipedia.org/wiki/Cry_Me_a_River
Tam w sumie nazwane to jest nie cover, a wersja. Więc może masz trochę racji.
Tam w sumie nazwane to jest nie cover, a wersja. Więc może masz trochę racji.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Oj Wujas, Wujas, widzisz jak to jest, bawisz się w Sierockiego, kopiujesz Wikipedię aż się o nią wyłożyłeś bo ktoś zamieścił bzdurę 
A wystarczyło sprawdzić Cry Me A River na Wiki, choćby angielskiej bo polskiej strony nie ma ten numer JT i jest jak byk że
A wystarczyło sprawdzić Cry Me A River na Wiki, choćby angielskiej bo polskiej strony nie ma ten numer JT i jest jak byk że
To jest całkiem nowy numer autorstwa JT, Scotta Storcha i Timbalanda.Cry Me a River" is a song by American singer-songwriter Justin Timberlake for his debut solo album, Justified (2002). It was written by Scott Storch with producer Timbaland and was inspired by Timberlake's former relationship with singer Britney Spears
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja, Ty ostatnio bawisz się w to przeklejanie Wikipedii, kto kiedy co nagrał, kiedy wydał, kiedy umarł i kiedy się urodził, no i teraz się to na Tobie zemsciło. My w sumie naprawdę nie potrzebujemy tego info, to nie Teleexpress xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tru. Taka sucha faktografia - zwłaszcza klepana prosto z neta jak praca domowa na odpierdziel - to nie jest interesująca zawartość, pisz z serducha i z głowy to co uznajesz za istotne przy danym numerze i to wystarczy. Jak Musiał wjeżdża ze swoim Wiki-słowotokiem w opisach to dla mnie serio jest to zbędne męczenie gałek ocznych i nieraz zwyczajnie pomijam całe akapity xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja wychodzę z założenia, że trivia musi być ciekawa, a suche fakty ktoś sobie doczyta jeśli się zainteresuje sam. Dev balansuje na linie, często te jego info ma charakter takiego niechlujnego wysrywu dat, nazwisk i miejsc, ALE wiem, że on to wszystko pisze z głowy, jara go to, taką ma potrzebę i tyle. U Wujka ten Sierocki to jest nowość.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Myślę, że jest to wynikiem tego, że wrzucałem ostatnio utwory wykonawców, których na co dzień nie słucham albo do niedawna nie słuchałem z wyjątkiem tych pojedynczych utworów. Nie mam też z nimi związanych żadnych osobistych przeżyć, więc chociaż jakieś krótkie info chciałem napisać o samym utworze.
No ale bratki niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie korzysta z Wikipedii.
No ale bratki niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie korzysta z Wikipedii.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
<jeb> hehe
Ja też wrzuty piszę z głowy ALE nie ukrywam wracając do tych moich kawałków nim je wrzucę zdarza mi się coś doczytać i odkryć tuż przed wrzuceniem i wtedy najwyżej uzupełniam jeśli uznaję że info jest ciekawe.
Anyway zastanawiam się nadal gdzie reszta tych śpiewających Pań które widujemy nadal na laście bo wyczuwam tu głębsze związki niż z Cranberries czy JT (aczkolwiek na muzę nie narzekam, kilka fajnych powrotów i odkryć się trafiło z tego przecież)
Ja też wrzuty piszę z głowy ALE nie ukrywam wracając do tych moich kawałków nim je wrzucę zdarza mi się coś doczytać i odkryć tuż przed wrzuceniem i wtedy najwyżej uzupełniam jeśli uznaję że info jest ciekawe.
Anyway zastanawiam się nadal gdzie reszta tych śpiewających Pań które widujemy nadal na laście bo wyczuwam tu głębsze związki niż z Cranberries czy JT (aczkolwiek na muzę nie narzekam, kilka fajnych powrotów i odkryć się trafiło z tego przecież)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup