Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 lip 2023 00:45

The Notorious B.I.G. Life After Death

Zaczęło się od pandemicznej gali Rock & Roll Hall of Fame. Potem pojedyncza wrzutka od Mudżyna, a teraz solidna kobyła. Trochę kręciłem głową, gdy dostrzegłem długość całości, no ale dobra, sam lubię wiele tak długich produkcji, choć chyba żadna nie jest przedstawicielką hip-hopu. Poniżej przeróbka z wrażeń pisanych podczas ostatniego odsłuchu i puenta.

Na dzień dobry miłe przełamanie czwartej ściany i innych takich. Patent z przypomnieniem poprzedniej płyty rodem z serialu - całkiem efektowne wprowadzenie, być może nawet śmieszne, ale ten pomysł sam w sobie mi się podoba. Mam potrzebę małego wytłumaczenia się przed faktem, choć ostatecznie nie będzie tak źle! W przypadku tak długiej płyty i stosunkowo małej ilości czasu na sensowne zapoznanie, tekst quasi recenzji będzie szczególnie dobrym świadectwem trwającego procesu poznawania rzeczy. Gdybym miał pisać numer po numerze, to potrzebowałbym jeszcze z dwóch tygodni co najmniej. Ambienty, klasyczne elektroniki i nowsze elektroniki mam znacznie mocniej osłuchane, wysoko stawiam próg tolerancji, a nisko próg przejścia. Znacznie więcej oczywistych punktów odniesienia, zawsze łatwiej wytyczyć plan późniejszych podróży. Tutaj jest ponad dwadzieścia kawałków dość słusznej długości. Słuchanie całości na raz było dla mnie dziwnym pomysłem od początku. Potem jeszcze coś o tym bąknę. Znacznie wygodniej było trzymać się podziału na płyty. Zresztą produkcja bardzo wygodnie pozwala zastosować ten zabieg. Niewiele jest podobnie dobrze i subtelnie przemyślanych momentów. Momenty zaczynają się dopiero na początku Hypnotize. Charakterystyczny dźwięk tam idzie. Kojarzy mi się z jakimś serialem. Ta niby gitarowa zagrywka była śmiesznie wykorzystany w jednej przeróbce na YT, przez co przy tym kawałku do tej pory nie znika uśmiech z twarzy, o czymkolwiek by nie był... ale chórki (tak nazwę te damskie wokalizy) za to bardzo dobre. Generalnie raczej na tej płycie podobają mi się momenty styku hip-hopu i r&b. Kick in the Door. Kurczę blaszka, intro ze sfrustrowanym raperem w programie interaktywnym trochę za długie. Śmiechowe patenty raczej trochę bezbeckie dla mnie, mały szczególik. Pierwsze konkretne przyłożenie bitem, wreszcie nie tak przesadzony, z charakterną pętlą, wysamplowanym skądinąd urywkiem. Biggie go pysznie zjada, jest wreszcie coś, z czym chętnie zostanę. Ciupciać Będę Cię Tej Nocy... niezależnie czym był i jest R. Kelly, ten numer ma przyjemnie pościelowy erotyczny vibe. Linijka tego przemocowca chędożonego pojawia się trochę za często, końcówka lekko nudzi, ale na złość wkręca się pod czaszkę. W Last Day podoba mi się refrenisko, poza tym tak średnio bym powiedział. Nie wiem, goście trochę nie dojeżdżają poziomem nawijki, w pierwszej lidze na polskim podwórku bywa bardzo podobnie i zdecydowanie za często... What's Beef przez te smyki brzmi trochę tanio, ale perka, a przede wszystkim sam Biggie robi bardzo dobrą robotę. Tutaj od samego początku zainteresował mnie temat, bardzo dobry wykładzik na temat konfliktów środowiskowych... refren po prostu super. I Got Story To Tell znowu robi robotę oszczędnością na bicie, prosty patent odpowiadania z różnej perspektywy, ale po prostu w tym przypadku za Biggim się płynie, z jego ziomkami też. Ładna jest też ta gitarka, kolejny wyraźnie lepszy moment!

Pierwsza część sprawia znacznie lepsze wrażenie. Następna próbowała mnie momentami zniechęcić do dalszego słuchania, ale to tylko pozory, na szczęście poza jednym, dwoma wyraźnymi kleksami jest dalej w czym wybierać. Notorious Thugs jak przebudzenie następnego dnia po solidnej bibie. Żwawa nawijka, generalnie bije stąd wrażenie spędzania czasu z dobrymi ziomkami, który nie sprzedadzą się pod jakimkolwiek pretekstem. Kolejne formalne wprowadzenie, ale ciekawsze niż na pierwszej płycie. Jak rzadko gdzie indziej na całej Life After Death szanuję bardziej rozbudowany, rozpasany bicior. Potem lecimy na małym autopilocie i to też lekko zniechęcało. Miss U wydaje się bardziej oklepane. Choć zawiera w sobie trochę uroku, to jednak lepsze realizacje słychać było kilkanaście minut wcześniej. Nie wiem czemu, ale podkłady jak w Going Back to Cali przypominają idealny wzorzec dla numerów z filmów, gdzie np. Will Smith gra jakiegoś bad boysa czy coś. Ładne, klimatyczne, do filmu będzie idealne, ale poza tym nie kręci mnie zbytnio. Miło rozpoznać Pana Premiera w 10 Crack. Ascetyczny klimacik zbudowany na melodyjce, skreczach i punktowym basie zjada większość produkcji. Playa Hater wyraźnie przesadzony, kompletna pomyłka. Nasty Boy na szczęście zaraz potem przywraca dobry poziom. Znowu panie ułatwiają robotę. Te hedonistyczne tracki siadają mi bez większego problemu. Sky's the Limit ma urzekające intro, a potem wjeżdża znowu bardziej niskotonowy bit, refren robi wrażenie. Temat zwraca moją uwagę, są tu przytaczane poważniejsze rozliczenia, powroty do przeszłości. No ciekawie podane te autobiograficzne pochody. Tytułowa mantra jak fajna klamra, kołysze i też podana w mocno filmowym refrenie. Miałem się poważnie zrażać, bo wcześniej jest wyraźnie słabiej, ale kolejny bit zaczyna się znakomicie, mocno chilloutowo. Trochę jak w pornosie, ale to bardzo często oznacza coś bardzo dobrego w przypadku numerów hip-hopowych. Jest pewien projekt, który zrobił to idealnie. Robi się po raz kolejny poważniej, ale jednocześnie uskutecznia się oszczędne tło i starczy - nawet goście całkiem znośnie wypadają w The World Is Filled. Gdyby istniało coś takiego jak bondowski rap, to My Downfall pasowałby idealnie. Jak pogłówkuję, to idzie wyłapać większe różnice, ale z drugiej strony w wielu przypadkach nie ma większego znaczenia, w którym miejscu wypada dany kawałek. Czy tam aby nie idzie mellotron w tle? Specyficznym brudem przykryte smyki coś mi śmierdzą właśnie tym brzmieniem. Long Kiss Goodnight robi za małe przeciąganie liny. Trochę trzeba poczekać na właściwe zakończenie. W obliczu późniejszych wydarzeń zakończenie płyty jest mocarne. Ładna klamra w połączeniu z Somebody Gotta Die, ale po tej długiej opowieści robi większe wrażenie, choć ten śpiewany refren znowu... no dobra, poza nim jest kozak.

Co mi przeszkadza? Przeciągnięcie płyty. Jest parę wyraźnych zapychaczy. Numery czasem są za długie. Brakuje mi jednocześnie spójności i większej różnorodności. Tego pierwszego ze względu na różne biciory pod numery dość podobne schematycznie do siebie. Tego drugiego właśnie ze względu na brak jakichś wyraźniejszych wstępów, skitów, momentów oddechu. Nie wszystko tak dobrze się sprawdza, szczególnie na początku drugiej płyty. Śpiewane linijki też w większości raczej na nie. Reszta naprawdę w porządku. Słuchałem parę razy, ale raz płyta po płycie... no i to był stracony czas. Już nie umiem zapoznawać się z tak długimi płytami bez jakiejkolwiek przerwy, bo inaczej naprawdę niewiele pamiętam, a jak wiadomo nie lubię słuchania dla samego słuchania. Szczególnie w tym temacie głupio tak podejść do pisania recenzji xD Całość aż tak mnie nie rzuciła na kolana, by wracać od deski do deski, ale do torby podróżnej zabrałbym co nieco. Wyżej widać którym numerom dałem najwięcej ciepła. Jeśli o czymś nie wspomniałem, to albo jest po prostu ok, choć bez serduszka (pierwsza część) albo trochę średnia (druga).
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 lip 2023 21:42

The Notorious B.I.G. - Life After Death

Urgh, Murzyn zapodał śpiewajacego Murzyna, jak to mawiał klasyk, i tym samym przywalił formą, która mnie... zeżarła mocno. Ciężko mi tutaj pisać tak wprost, siadło czy nie, bo do tej pory, po trzech odsłuchach tej kobyły sam do końca nie wiem. Tzn. wahadło wychyla się w stronę "siadło", ale nie wiem, czy jest to spowodwane bezpośrednio faktem tego, iż słucham czarnego rapu. Nigdy nie "wajbowałem" do takiej muzyki, to nie jest mój background, blablabla, tysiąc rzeczy, o których pisałem tysiąc razy, jeszcze o ile z lokalnym, polskim rapem człowiek może się trochę identyfikować, to jednak w tym wypadku mamy coś innego - rap gangsterski, który z gett pochodzi i do gett wraca, a taki smutny białas z bądź co bądź zamożnego europejskiego kraju huia może wiedzieć o backgroundzie powstawania takich dzieł, o ich charakterze, płynącym przekazie i tym podobne. A jednak jestem sobie, słuchaczem, odbiorcą i muszę się zastanawiać. Z góry skazałem takie podejście na porażkę, choćby z tego prostego powodu, że - wiem, znów się powtarzam - to NIGDY NIE BYŁA moja muzyka. Więc staram się podejść inaczej, w sposób jednocześnie mniej techniczny (chyba najlepsze tutaj słowo) niż ten, który zaproponował Hien. Inaczej feelsowy niż ten, który zaproponował Jacek w opisie wrzuty. Generalnie ciężko mi jest jednocześnie to stricte techniczne rozłożenie całości na czynniki pierwsze odstawić na bok. Jeśli nie jestem docelowym odbiorcą przekazu, to będę się jarał muzą. No to może właśnie do tego się odniosę i daruję sobie ten pretensjonalny wstęp.

Album otwiera się w nieco śmieszny, ale jednak przemyślany sposób. Nawet, jeśli to trochę kliszowe, to jednak fajne, mnie się podoba. Potem nadjeżdża ciężar, który wskazuje mi na opening bardziej o charakterze "previously, on Prison Break", niż jakieś lekkie, para-sitcomowe wejście. A ten ciężar to oczywiście pierwszy numer właściwy, który spodobał mi się od pierwszego odsłuchu. Somebody's Gotta Die ma wszystko, co dobry otwieracz musi mieć, w dodatku doskonale współgra i z tytułem i ogólnym charakterem płyty. Jest dość ciężko od samego startu i, o ile oczywiście daje to jakiś glimpse na kierunek, w którym będzie podążać cała reszta, to mamy do czynienia z ładnym przełamaniem tego klimatu poprzez Hypnotize, które jest strasznie bujające, refren śpiewany przez jakąś babę w środku wkręca się strasznie (nie mogę wywalić potem z głowy "bigibigibigi, kenćjusiii"), dobre tempo, właściwie materiał na hit, co tu dużo mówić (nie weryfikowałem, boję się tego lore lol). Kick in the Door ma dziwaczny wstęp, potem z kolei robi się momentami tak, jakby bit robiło kolabo Cate Brooks-Ian Hodgson z Moon Wiring Club. Niepokojące tło przypomina bardzo jakieś A New Face on an Old Friend od tego ostatniego, właściwie jako instrumental mogłoby spokojnie wlecieć na Leporine Pleasure Gardens, czy inne lekko psychodeliczne dzieło Hodgsona. No ale na wierzchu jest Niggy (EDIT: przysięgam, zobaczyłem tę literówkę dopiero po publikacji), numer brzmi trochę tak, jakby był przynajmniej częściowo nagrywany dla beki. Strasznie podoba mi się sposób, w jaki wypowiadany jest tytuł w refrenie. Obok otwieracza i Hypnotize mamy kolejny... wait, czy ja właśnie określam streakiem numery, które mi się tutaj podobają? To może następny? Fuck You Tonight jest... bekowe dla mnie. Nastrój numeru, jeszcze z R. Kellym na wokalu (niech mu kraty stalowymi będą) sugeruje pościelowe (jak to napisał smoku), słodkie i radiowe guano, ale jednocześnie to nonszalanckie wyśpiewywanie "fuckin youuu toniiight" sprawia, że nie jestem w stanie traktować tego kawałka poważnie. To brzmi trochę tak, jakby ekipa producencka wlepiła w Octatracka najbardziej tani w brzmieniu loop i poprosiła, żeby Biggy zrobił pastisz love songu, a kto będzie się lepiej nadawał do tego typu "love songów" jak R. Kelly? BRING THAT ASS TO MEEE. Autentycznie kisnę. I'm laughing my ass of tonight, no ale niech będzie. Last Day wyrywa mnie z tego stanu, i znów wprowadza klimat zdecydowanie bardziej poważny, bardziej "czarny". The Lox... kto to jest do cholery? Ahh, trio hiphopowe, które, jak się okazuje, stoi przynajmniej częściowo za numerami, które dobrze znam. No, jak mówiłem, to kompletnie nie mój świat. Tylko Notoriousa tutaj jakoś mało, albo takiego wrażenia nabrałem przy każdym z odsłuchów (swoją drogą, ten głos jest nie do podrobienia, distinct af). To jest takie coś, co mogłoby się znaleźć na soundtracku do San Andreas, gdyby tylko akcja San Andreas nie toczyła się wcześniej od premiery. Refren, refren znów robi robotę, są takie numery w rapie, że mogą być niczym szczególnym generalnie, ale ten jeden wers, a najczęściej refren, zrobią z nich hity. Robi się fade out i następnie "kochamy ciasto", znów jakieś dyskusje, jakieś wrzaski, a potem wchodzi jeden z najfajniejszych bitów na całym albumie. Jest i funky, i nawet trochę... nowofalowo (nie umiem tego wytłumaczyć). Młody Jay-Z nawet mnie nie drażni (generalnie Jay-Z mnie drażni), elektroniczne zagrywki dają fajny popowy felling, chórek w refrenie jest fantastyczny, no miodzio totalne. Oczywiście trzeba być sprowadzonym odpowiednio prędko na ziemię, nadchodzi, a raczej wraca, ciężar pachnący Brooklynem (jakbym wiedział, jak pachnie Brooklyn), smyki w refrenie i sam refren są najlepsze, reszta... no nie mój klimat mimo wszystko. Bardzo filmowy kawałek swoją drogą, tak w opór wręcz. Czy do tego powstało wideo? Bo w głowie stworzyłem sobie absolutnie świetne xD Interludium następujące po brzmi tak, jakby Biggy po prostu bawił się automatem perkusyjnym i miał coś szybko zaimprowizować do mikrofonu. Co mogę powiedzieć, udało mu się. Zwłaszcza ten bit, klejony ewidentnie w 2-3 minuty jest absolutnie super. A potem znów wjeżdża FUNK. Za tytułem wskazującym na mood "suffering from success" kryje się kawał naprawdę fajnej muzyki, za to otwierający ją wokal brzmi wyjątkowo płasko, jednowymiarowo, sflaczale. Ale znów nadchodzą chórkowe babki i po raz kolejny mam jakieś takie, nie wiem, radio vibes, inna sprawa, że mam przemożne wrażenie, iż gdzieś już ten numer słyszałem xD Albo ten bit przynajmniej, nie umiem tego umiejscowić w pamięci. Ale fajne to jest, słucham i słucham i słucham i wracam do vibe'u, jaki złapałem na początku płyty. To jest chyba (obok jeszcze jednego, ale o tym później) kawałek, który mi najmniej pasuje do charakteru albumu xD (ale też ja patrzę teraz bardzo z wierzchu). No dobra, I Love the Dough też nie do końca mi się w tym mieści, może źle patrzę po prostu. I znów powrót do zachowywania równowagi, robi się wolniej, ciężej, mocniej, NiBBas Bleed powraca jednak z lekkim nowofalowym sznytem, jaki odnajduję w bicie. Na wokalu B.I.G., a mółgłby to spokojnie być Simon LeBon (mówię poważnie, spróbujcie to sobie wyobrazić). Tak, to też jeden z lepszych dla mnie numerów na albumie. A potem coś bardzo nieoczywistego - I Got a Story to Tell z początku wydawało mi się nieciekawe, ale za trzecim razem bardzo kliknęło pianino w tle i odkryłem przez nie pewną... "głębię" tego numeru, jakiej przy pierwszych dwóch odsłuchach nie złapałem. Jeszcze potem jak wchodzi gitara to już w ogóle jest miodnie. Jest bardzo czilowo, myślę, że lepszego zakończenia pierwszego krążka nie dało się wymyśleć. Ta muza mogłaby płynąć i płynąć.

No i płyniemy i szybko dopływamy do brzegów CD2, a tam "równoważnik" Somebody's Gotta Die z odpowiednią, najntisową dawką melancholii w brzmieniu. Autentycznie, to mi tak bardzo trąci bardziej (bardzo bardziej lol) jakimś 1999 rokiem i numerem z klipem OBOWIĄZKOWO posiadającym segmenty generowane przy pomocy tanich efektów komputerowych (wiecie dobrze, o co mi chodzi), że głowa mała. Na pewno by często latał po MTV, w Polsce także na Vivie (w sensie wszędzie indziej też, ale TVP raczej by tego w żadnym paśmie nie puściło, CHOCIAŻ...). Tylko ten motyw klawiszowy bięgnący przez większość numeru razem z bitem trochę po czasie denerwuje (ale tylko trochę). Miss U wpuszcza zupełnie inną melancholię, tym razem mocno emocjonalną, faktycznie, dlaczego tu nie ma R. Kelly'ego? Tzn. z pewnych powodów pewnie lepiej, ale numer jest aż skrojony pod niego. Ten słodko-pierdzący refren, sam podkład, który znów pachnie jak coś, co mogło powstać wyłącznie w latach 90., i... mimo całej swojej serowości, a może właśnie dzięki niej, bardzo mi się podoba. Właściwy klimat, taki "Biggy z ludzką twarzą", czarny rap będący rzeczą, którą bym się zachwycił nawet w swoich najbardziej antyrapowych czasach. No i wjeżdża Another, kawałek, którego bicik ZNÓW wali mi po mordzie "njułejwem", może nieco niszowym i obskjurowym, ale bardzo w moim stylu. Ale podobnie jak przy Fuck You Tonight nie jestem w stanie zerwać uśmiechu z mordy, sposób, w jaki "śpiewany" jest refren, to prawdopodobnie najbardziej słodkie fałszowanie, z jakim miałem do czynienia. Lil' Kim robi bardzo dobry feat, dodaje pazura do numeru w kontraście do nieco rozlanego Biggy'ego, który, jak napisał Kuba, brzmi tak, jakby było pite tuż przed nagrywaniem. Złazimy na ziemię, nie zapominamy o backgroundzie i wpada Going Back to Cali. Smoku pisze o filmie, gdzie Will Smith gra złodupca, ja tam z jakiegoś powodu wepchnąłbym ten numer na OST do Wild Wild West xD Nie pytajcie, proszę. Bardzo podoba mi się bit, bardzo podoba mi się świetnie wyrecytowany refren, Biggy w ogóle znów zrobił się nieco agresywniejszy sam w tym numerze z wokalem. W ogóle póki co drugi krążek u mnie wygrywa xD (tzn. tak już będzie do końca generalnie). Strasznie bym się pobujał do tego kawałka na mieście, ale biorąc pod uwagę sposób, w jaki się ubieram, ktoś mógłby pęknąć ze śmiechu, gdyby zerwał mi nagle z uszu słuchawki i sam je sobie wcisnął. Może nawet bardziej, jakby złapał mnie na słuchaniu Ten Crack Commandments, które na początku też trochę odrzucałem, dopóki nie wkręciła mi się muza (bardziej niż wokal). Acz muszę przyznać, że trochę przez tytuł był to pierwszy numer na albumie, do którego od razu sprawdziłem tekst. Sam pomysł jest absolutnie genialny, totalnie mnie ten kawałek pożarł. Na ten moment nie jestem w stanie powiedzieć, co bardziej xD Playa Hater faktycznie jedzie Hayesem, Biggy w charakterze lekko soulowego wokalisty całkiem daje radę, muzyka jest kompletnie odjazdowa w porównaniu do całej reszty, generalnie wepchnąć tu inny głos (nawet kobiecy, totalnie bym słyszał Geike Arnaert z Hooverphonic) i mamy utwór na RAM cafe, mówię śmiertelnie poważnie. Pobrzmiewające tu i ówdzie trąbki biorą mnie bez ostrzeżenia, zrobiło się barowo i smuteczkowo. Ten vibe, o którym już gdzieś pisałem, samotne siedzenie w barze nad szklanką koniaku, późny i deszczowy wieczór jakimś szarym listopadem, główny bohater wraz z odchodzeniem muzyki odchodzi w ciemną noc, olewa aplauz dla gwiazdy wieczoru, niedbale zapala ostatniego szluga, uciekł mu ostatni tramwaj. Gdyby taki film miał sequel w minimalnie innym stylu, to mogłaby go otwierać kolejna produkcja, scena obowiązkowo w jakimś niemal-burdelu. Nawet lekko serowe zagranie z odpowiednio wypowiadanym "u nasty boyyy" przez, a jakże, zmysłowe panie dobrze pasuje i nie wprowadza atmosfery taniości. Bardzo dobry kawałek, ale NIE AŻ TAK, jak to, co wjeżdża jako kolejne - Sky's the Limit jest absolutnie fenomenalne. Bit znów daje mi w głowie połączenie lekko generikowych ejtisów z Cate Brooks w pewnych swoich inkarnacjach (co ja z nią mam do cholery), wokal płynie, refren przy pomocy kolesi ze 112 nadaje pięknej melodyjności wokalowi i doskonale współgra z muzyką. Oczywiście też muszę wspomnieć o wieczornym powrocie z parkingu pod blok Murzyna, na ulicach garstka aut, niemal zero ludzi (poza dwiema małolatami, które ewidentnie znalazły się po Złej Stronie Miasta<TM>), gorący letni wieczór i majaczące w oddali wysokie bloki. Tak się składa, że byłem wówczas kierowcą (zazwyczaj jestem trololo) i jako kierowca generalnie bardzo lubię słuchać muzyki, czy jadę akurat sam, czy z kimś (a z Hienem zawsze nawalamy srogie ilości muzy) i pozwalam się jej nieco nieść. Powiem tyle, wycieczka po Bełchatowie nigdy nie sprawiała aż takiej przyjemności (a byłem tam parę razy). To nie tylko jest highlight na całym albumie dla mnie, to jest kawałek, który na pewno zostanie ze mną na sporo, sporo dłużej. Będę się nim jarał. Już to robię. Do niego samego wracałem chyba z 10 razy. Ma jeden, ale jednak zasadniczy minus - choć krążek (drugi) się jeszcze nie skończył, to wszystko co po nim słuchane sekwencyjnie mi... blednie w uszach (w oczach? W czymś na pewno). The World Is Filled brzmi mi trochę jak... filler. To powinno być albo na pierwszej płycie albo być przed Sky's the Limit, autentycznie. Aż nie może mi przyjść nic sensownego do głowy do napisania o tym kawałku, może poza tym, że wkręcił mi się tekst, bo parę linijek bardzo dobrze do mnie trafia. My Downfall faktycznie trąci trip-hopem w bardzo klimatyczny sposób, muzyka "wraca" (dla mnie) na odpowiedni poziom na sam koniec, znów robi się lekko feelsowo, zwłaszcza, jak sobie człowiek uświadomi, do jakiego końca zmierzamy (i co przecież spotkało autora). Próbuję złapać oddech, ale ani Long Kiss Goodnight (z fenomenalnym loopem perkusyjnym, który pachnie nieco industrialowo), ani tym bardziej You're Nobody (które stanowi dla mnie naturalną klamrę z Somebody's Gotta Die) nie pozwalają mi odetchnąć. Ten lekko pijany refren wprowadza klimat jakiegoś, nie wiem, pogodzenia się z tym, że musi się stać dokładnie tak, jak przewiduje to tytuł (i jak się przecież stało z Biggym). No co mogę powiedzieć, dojechałem do końca i czuję się poruszony, to chyba sporo?

Na pewno sporo dla mnie jak na takiego wykonawcę, który, no, nie leży w moim bezpośrednim kręgu bezpośrednich zainteresować. Nie powiem, było tu sporo momentów zaskakujących (wtedy zawsze zadaję sobie pytanie, ile jeszcze innej dobrej muzyki olałem nie "płacąc uwagi" wykonawcy czy albumowi tylko dlatego, że czegoś niespecjalnie lubię z definicji, no bo np. RAP, a zwłaszcza ten czarny, a tu się okazuje...), sporo zaskakujących tak naprawdę konkretnie i mocno. No, Sky's the Limit to chyba najbardziej wyraźny element tej układanki i mojego wyróżnienia (Laur Konsumenta, Bełchatów '23), ale też setting tamtej podróży bardzo mi pomógł w odbiorze. Co jeszcze mogę dodać... Będę, kurde, wracał. Nie tak często, jak do swoich klasyków, ale jest tutaj naprawdę dużo numerów, które zasłużyły na pełne docenienie i ja będę je doceniał, i trzymają poziom tak w ogóle, i są w stanie trafić do kogoś takiego, jak ja, kto może i ma dość szerokie horyzonty muzyczne, ale jednak od typowo czarnego rapu się raczej trzymał z daleka (może powinienem był się urodzić w Bełchatowie lol). No i Biggy trafił, ale, ALE... jednocześnie muszę dodać, i to będzie moja klamra w tej recenzji, że mam z tyłu głowy ten "przełącznik", albo blokadę, coś, co mi jednak daje zupełnie inny materiał do przemyśleń - to jest fajna wizyta, ciekawa i inspirująca, ale jednak nie w moim świecie. Nie będę w stanie tego połknąć w całości tak, jak to pewnie powinno zostać połknięte. Może to taki vibe bogatszego białego typa z przedmieść, co nawet przed swoimi czarnoskórymi korpokolegami (też z bogatych domów) musi ukrywać, że słucha takiej muzyki, bo choć oni wolą Guns'n'Roses, to jednak w konfrontacji z sytuacją, w której "biały słucha czarnego" mogą dojść delikatnie do wniosku, że tenże "biały" wkracza nie na swój teren. Ale swój typ już mam. Tego mi nie zabiorą.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 lip 2023 23:16

BIGIBIGIBIGIKENĆJUSI
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2023 08:49

Odniosę się ale dla ułatwienia sobie zadania zrobię to w takiej dziwnej formie - moje wtrącenia kolorem dokładam do cytatu:
Dragon pisze:
16 lip 2023 00:45
Momenty zaczynają się dopiero na początku Hypnotize. Charakterystyczny dźwięk tam idzie. Kojarzy mi się z jakimś serialem.

kurde coś w tym jest faktycznie, chyba jakieś lata 90. ale co? czemu po głowie mi chodzi Słoneczny Patrol, NIE WIEM

Kick in the Door. Kurczę blaszka, intro ze sfrustrowanym raperem w programie interaktywnym trochę za długie.

może tak, choć bardziej ostatnio miałem problem z intro do Sky's The Limit ale to może z uwagi na fakt że czas gonił, kończyła się wieczorna wyprawa po Bełchatowie i chciałem by wjechał już tamten bicik

I żeby dev przyznał że to dobre jest hehe

A sfrustrowany raper chyba jeszcze powróci w swoim czasie


Last Day podoba mi się refrenisko, poza tym tak średnio bym powiedział. Nie wiem, goście trochę nie dojeżdżają poziomem nawijki, w pierwszej lidze na polskim podwórku bywa bardzo podobnie i zdecydowanie za często...


wszystko się zgadza, The Lox jakby nie było to byli nadal świeżaki wówczas, to było rok przed ich debiutancką płytą, wcześniej może 1 singiel nagrali, ALE to swoją drogą było fajne w Biggiem że dawał trampolinę nowym raperom


What's Beef przez te smyki brzmi trochę tanio, ale perka, a przede wszystkim sam Biggie robi bardzo dobrą robotę. Tutaj od samego początku zainteresował mnie temat, bardzo dobry wykładzik na temat konfliktów środowiskowych... refren po prostu super.

on myślę zasadniczo odnosi się do tego jak traktowano ten konflikt z Tupakiem, dla Biga to nie był żaden beef tak naprawdę, zresztą najlepiej też podkreślają to potem linijki z Notorious Thugs (so called beef with you know who). Ten refren określa czym byłby dla niego prawdziwy beef

Playa Hater wyraźnie przesadzony, kompletna pomyłka.

trochę dystansu Panie :p

W obliczu późniejszych wydarzeń zakończenie płyty jest mocarne. Ładna klamra w połączeniu z Somebody Gotta Die, ale po tej długiej opowieści robi większe wrażenie

też bardzo lubię tę klamerkę, niby album to spory misz masz ale jednak to trzyma go w kupie nieco

Jeśli o czymś nie wspomniałem, to albo jest po prostu ok, choć bez serduszka (pierwsza część) albo trochę średnia (druga).

ja z kolei zawsze uważałem drugi krążek za lepszy
I mała uwaga na koniec, po co było tak apelować o dłuższy czas na tę reckę jak i tak wjechała tak prędko? Hehe :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lip 2023 10:01

Żeby mieć z dupy xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2023 10:48

Same here, moje wtrącenia kolorkiem, szlaczkiem i podkreśleniem:
devotional pisze:
16 lip 2023 21:42
Album otwiera się w nieco śmieszny, ale jednak przemyślany sposób. Nawet, jeśli to trochę kliszowe, to jednak fajne, mnie się podoba.

widzę to może być częsty przytyk/nieprzytyk w reckach tej płyty i w sumie to się zgadzam, z jednej trochę cringe a z drugiej nawet fajne, może zestarzało się słabo ale myślę że wtedy było to na swój sposób świeże podejście do tematu otwarcia albumu

Hypnotize, które jest strasznie bujające, refren śpiewany przez jakąś babę w środku wkręca się strasznie (nie mogę wywalić potem z głowy "bigibigibigi, kenćjusiii"),

that hook you like is going to come back in style, ciekawe co wtedy rzekniesz

Kick in the Door...
...na wierzchu jest Niggy (EDIT: przysięgam, zobaczyłem tę literówkę dopiero po publikacji), numer brzmi trochę tak, jakby był przynajmniej częściowo nagrywany dla beki.

ani trochę

my nine milly make the white shake, thats why my money never funny

Ale propsy za wymyślenie NIGGY XD


Fuck You Tonight jest... bekowe dla mnie. Nastrój numeru, jeszcze z R. Kellym na wokalu (niech mu kraty stalowymi będą) sugeruje pościelowe (jak to napisał smoku), słodkie i radiowe guano, ale jednocześnie to nonszalanckie wyśpiewywanie "fuckin youuu toniiight" sprawia, że nie jestem w stanie traktować tego kawałka poważnie. To brzmi trochę tak, jakby ekipa producencka wlepiła w Octatracka najbardziej tani w brzmieniu loop i poprosiła, żeby Biggy zrobił pastisz love songu, a kto będzie się lepiej nadawał do tego typu "love songów" jak R. Kelly? BRING THAT ASS TO MEEE. Autentycznie kisnę. I'm laughing my ass of tonight, no ale niech będzie.


w wuj prawidłowo, bo jak nie kisnąć z tłustego bezczelnego NIGGY który może jest paskudą ale ma kasę wiec wie że i tak tej nocy pochędoży xD R. Kelly wisienką na tym cherry poppin torcie xD



Robi się fade out i następnie "kochamy ciasto", znów jakieś dyskusje, jakieś wrzaski, a potem wchodzi jeden z najfajniejszych bitów na całym albumie. Jest i funky, i nawet trochę... nowofalowo (nie umiem tego wytłumaczyć).

kisnę trochę, tzn. doceniam humor

Ale btw dodam że dough to rzecz jasna kasa, hajs, sos itd.

Z nowofalowości też trochę kisnę ale każdy ma prawo do swoich skojarzeń


Interludium następujące po brzmi tak, jakby Biggy po prostu bawił się automatem perkusyjnym i miał coś szybko zaimprowizować do mikrofonu. Co mogę powiedzieć, udało mu się. Zwłaszcza ten bit, klejony ewidentnie w 2-3 minuty jest absolutnie super.

bit jest ejtisowy, wysamplowany z pierwszego ever utworu gangsta rapowego tak w ogóle



A potem znów wjeżdża FUNK. Za tytułem wskazującym na mood "suffering from success" kryje się kawał naprawdę fajnej muzyki, za to otwierający ją wokal brzmi wyjątkowo płasko, jednowymiarowo, sflaczale. Ale znów nadchodzą chórkowe babki i po raz kolejny mam jakieś takie, nie wiem, radio vibes, inna sprawa, że mam przemożne wrażenie, iż gdzieś już ten numer słyszałem xD Albo ten bit przynajmniej, nie umiem tego umiejscowić w pamięci.

Diana Ross - I'm Coming Out, raczej dość znane w popkulturze

I Got a Story to Tell z początku wydawało mi się nieciekawe, ale za trzecim razem bardzo kliknęło pianino w tle i odkryłem przez nie pewną... "głębię" tego numeru, jakiej przy pierwszych dwóch odsłuchach nie złapałem. Jeszcze potem jak wchodzi gitara to już w ogóle jest miodnie. Jest bardzo czilowo, myślę, że lepszego zakończenia pierwszego krążka nie dało się wymyśleć. Ta muza mogłaby płynąć i płynąć.

zabawne ja też po jakimś czasie wyczaiłem dopiero to electric piano

Another, kawałek, którego bicik ZNÓW wali mi po mordzie "njułejwem", może nieco niszowym i obskjurowym, ale bardzo w moim stylu. Ale podobnie jak przy Fuck You Tonight nie jestem w stanie zerwać uśmiechu z mordy, sposób, w jaki "śpiewany" jest refren, to prawdopodobnie najbardziej słodkie fałszowanie, z jakim miałem do czynienia.

yes indeed, Big sporo śpiewa na tym albumie w sumie i jest to takie fałszowanie ale jeszcze w granicach tolerancji IMO, niejako do genezy takich zabiegów w rapie jeszcze się odniosę

Playa Hater faktycznie jedzie Hayesem, Biggy w charakterze lekko soulowego wokalisty całkiem daje radę, muzyka jest kompletnie odjazdowa w porównaniu do całej reszty, generalnie wepchnąć tu inny głos (nawet kobiecy, totalnie bym słyszał Geike Arnaert z Hooverphonic) i mamy utwór na RAM cafe, mówię śmiertelnie poważnie. Pobrzmiewające tu i ówdzie trąbki biorą mnie bez ostrzeżenia, zrobiło się barowo i smuteczkowo.

Tu akurat - że tak powiem - leci sobie Delfonics, pozwolę sobie przy okazji

https://youtu.be/HYgox5YyD-w


Sky's the Limit jest absolutnie fenomenalne. Będę się nim jarał. Już to robię. Do niego samego wracałem chyba z 10 razy. Ma jeden, ale jednak zasadniczy minus - choć krążek (drugi) się jeszcze nie skończył, to wszystko co po nim słuchane sekwencyjnie mi... blednie w uszach

interesting, dla mnie chyba od zawsze ten tercet Sky's The Limit-The World Is Filled-My Downfall to highlight plytyt

No co mogę powiedzieć, dojechałem do końca i czuję się poruszony, to chyba sporo?

No i Biggy trafił, ale, ALE... jednocześnie muszę dodać, i to będzie moja klamra w tej recenzji, że mam z tyłu głowy ten "przełącznik", albo blokadę, coś, co mi jednak daje zupełnie inny materiał do przemyśleń - to jest fajna wizyta, ciekawa i inspirująca, ale jednak nie w moim świecie. Nie będę w stanie tego połknąć w całości tak, jak to pewnie powinno zostać połknięte.

Biggie rzekłby w tym momencie IT'S ALL GOOD BEJBE BEJBE
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2023 11:14

The Notorious B.I.G. - Life After Death

Jedno będzie pewne po tej kolejce - Murzyn nie ma już nigdy prawa narzekać u kogokolwiek na długość albumu. No bo jak się samemu wrzyca prawie dwugodzinnego kolosa, to sami wiecie. :D Tymbardziej, że to hip-hop. A 2h h-h to naprawdę nie przelewki.
Nazwę The Notorious B.I.G.oczywiście znałem,może nawet kiedyś w tv coś słyszałem, ale oczywiście jeżeli nawet słyszałem, to przeleciało przez uszy niezauważone jak każdy inny hip-hop. Bo nigdy tego gatunku nie słuchałem. Uważałem go za potwornie nudny. No ale czasy się zmieniają, Murzyn pięknie nas tutaj edukuje w temacie, więc i ja zacząłem dostrzegać potencjał w tym gatunku. Zgadzam się z przedmówcami, że każda hip-hopowa płyta od strippeda była inna. I każda mi się podobała. Więc kiedy przeczytałem w opisie jaki status miał w USA Biggie, to powiem szczerze, że podchodziłem do tego albumu ze sporymi nadziejami i oczekiwaniami.
Przesłuchałem dwa razy na głośnikach i szczerze mówiąc poczułem spore rozczarowanie. A dlaczego? Oczywiście spowodowane to było błędnymi założeniami już od początku. Jeżeli Biggie był nazywany królem rapu, to oczekiwałem najbardziej klasycznego i czarnego rapu, jaki można sobie wyobrazić. Coś dobrego, choć jednocześnie monotonnego, pokroju choćby Gang Starr. Tymczasem dostałem coś kompletnie melodyjnego, przebojowego, czasami wręcz radiowego. Czyli w sumie powinienem być zadowolony, a jednak nie byłem. Pytanie dlaczego? Było kilka utworów, które z miejsca mi się spodobały, ale było też wiele takich, które uważałem za jakąś nudę nie przystającą królowi Nowego Yorku. Chodzi mi o te wszystkie utwory z featami na wokalu. R Kelly i Biggie razem w jakimś właściwie rnb numerze? Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
Następnie przyszła pora na posłuchanie na słuchawkach. Trochę się tego obawiałem. Skoro z głośników nie zrobiło to na mnie odpowiedniego wrażenia jako trochę taka muzyka tła (słuchałem w pracy pracując na kompie), to czy będę potrafił słuchać tego w słuchawkach i zachować odpowiednie skupienie? I to na dystansie prawie 2h?
Postanowiłem iść za radą Murzyna i słuchać po 12 utworów. Więcej – postanowiłem najpierw wziąć się porządnie tylko za pierwszą część tego podwójnego albumu, żeby szybciej zapoznać się z pierwszymi 12-toma utworami. Obawiałem się, że słuchając całości na raz zleje mi się to wszystko zbytnio. To w końcu aż 24 utwory. Ostatnim tak dużym albumem jaki słuchałem był KEYS od Alicii Keys. I nawet tam czasami nie jest mi łatwo wytrwać na pełnym dystansie, choć Alicię bardzo przecież lubię.
Powiem tak – już pierwszy odsłuch w słuchawkach otworzył mnie na tę muzykę. Miałem ułatwione zadanie co prawda, bo w pierwszej części albumu były prawie wszystkie utwory, które od początku mi się podobały. Ale zacząłem się też zaprzyjaźniać z tymi utworami, które wydawały mi się nijakie.
Początek albumu jest potwornie mocny. Intro tworzy świetne wprowadzenie. Pianino, odgłosy syren, jakiejś maszyny podtrzymującej życie, jakichś okrzyków, smyczki w tle – jest klimatycznie i bardzo filmowo. Jeszcze bardziej filmowo jest w Somebody’s Gotta Die. Uwielbiam takie filmowe klimaty w muzyce (stąd moja ogromna sympatia do Liquid, który z miejsca mi się skojarzył z SGD). Te wszystkie samplowane odgłosy są fantastyczne (ładowanie nabojów, przeładowywanie broni, tłuczenie w drzwi, odgłosy strzałów, krzyki, płacz dziecka – to wszystko przy akompaniamencie smyków). Nawet bez znajomości tekstu można sobie na ich podstawie stworzyć historię tego utworu. Fantastyczny bit do tego. Ale bomba i tak wybuchnie dopiero za chwilę. Hypnotize to mój absolutny faworyt z albumu. Coś wspaniałego. Ten kosmicznie dobry bit wali w ryj z pełną mocą. Dawno nie słyszałem tak dobrego utworu w konwencji h-h. Intro do Kick In The Door wcale nie jest za długie. Ja lubię takie zabiegi, to samo robiła Alicia Keys na HERE. Ponownie niesamowicie dobry bit. Bardzo dobrze i ciekawie brzmiące dźwięki. Super dzwonki. Te pierwsze 3, a nawet z inro 4 utwory, to jakiś kosmiczny poziom. I ta część albumu zachwycała mnie od samego początku.
I teraz przechodzimy do pierwszego utworu, który wywoływał u mnie kontrowersje. Bo Fuck You Tonight to właściwie utwór rnb z wplecioną nawijką Biggiego. Nie jest to może taki poziom, jak w poprzednich utworach, ale przekonałem się i do tego numeru. Refren się wkręcił w moją głowę i nawet ten R. Kelly nie przeszkadza. Za chwilę znowu mocna rzecz, czyli Last Day. Ten podkład ma coś niesamowicie niepokojącego w brzmieniu. Smyczkowe zagrywki są świetne. Refren świetny. Niezwykle klimatyczna rzecz.
Przy I Love The Dough od razu słychać, że palce maczał tu Jay-Z. To jego charakterystyczne brzmienie. Utwór jest dobry, choć na początku mi się nie podobał. No ale przegryzł się podobnie jak Fuck You Tonight. What’s Beef? To kolejny mocarz. Znowu niepokojący podkład. Znowu świetne smyki. Fajnie pogrywa perka. No Money No Problems wrzucam do worka z napisem – nie podobało mi się, ale mi przeszło. Kolejny utwór bardziej rnb niż „twardy” rap. I te wszystkie utwory w sumie polubiłem, choć oczywiście do poziomu np. Hypnotize nawet się nie zbliżają.
Niggas Bleed z kolei zaliczam do grupy bangerów, które robią na mnie największe wrażenie. Znowu bardzo dobry podkład, świetnie rapujący Biggie. Znowu jest filmowo (zsamplowane odgłosy, smyki). Co więcej trzeba?
I Got a Story To Tell jest całkiem w porządku. Ciekawy luzacki bit dobrze czasami robi. Notorious Thugs ląduje w worku z napisem „ulubione”. Świetny bit, niski wyrazisty bas, świetne klawisze no i rap na najwyższym poziomie. Lubię tak szybko wyrzucane z siebie słowa. Jest niesamowicie rytmicznie i bujająco. Niesamowicie dobrze.
Miss U ląduje do worka razem z R.Kellym i Jay-Z. Czyli jest ok i tylko tyle w sumie. Trochę ciekawiej się robi znowu przy okazji Another. Fajny bit i damski rap. Biggie rzeczywiście brzmi jakby był podpity albo śpiewał na totalnej wyjebce. Jest bardzo melodyjnie podobnie jak w Going Back To Cali.
Ten Track Commands to już bardziej klasyczny hip-hop i bardziej też mi się podoba. Bardzo dobry bit. Fajnie brzmi to drapanie płyty (zapomniałem jak to się fachowo nazywa).
Playa Hater to utwór, który mnie na początku niesamowicie irytował. A szczególnie śpiew w refrenie. No ale tu też mi przeszło. Mało tego – teraz to jeden z moich ulubieńców. Warstwa dźwiękowa jest po prostu przepiękna. I to co mnie drażniło, teraz jest atutem, czyli to, jak Biggie śpiewa Pleejjaa. I ten kobiecy głos w chórkach jest uroczy. Hien wspomniał, że zalatuje mu to Hayesem i coś w tym jest.
Nasty Boy to niezwykle przebojowy numer. Super bit, fajne trzaski, klawiszowe zagrywki. Refren z damskim wokalem wrzyna się głęboko do świadomości. Super rzecz.
Wraz z rozpoczęciem Sky’s the Limit mam wrażenie, że słucham intra do jednego z albumów ponownie Alicii Keys. Bardzo podobne. Bardzo dobry utwór. Spokojny, przyjemny, klasowy. Nie dziwię się, że był na singlu. The World Is Filled nie obniża poziomu. Fajny bas i perkusja. Z czymś mi się ten bit kojarzy. Super melodia, super klimat.
No i ostatnie trzy utwory to ponownie jakiś kosmos. My Downfall ma świetne intro. Ta zagrywka w tle brzmi nieprzeciętnie. Damskie zaśpiewy rewelacyjne. Ten utwór ponownie kojarzy mi się z czymś innym i to nie z jednym. Mam wrażenie, że niejeden wykonawca inspirował się tym albumem.
Potem im dalej, tym lepiej. Long Kiss Goodnight to znów niepokojąco brzmiący utwór. Lubię takie podkłady bardzo. To wplatane zręcznie pianino robi robotę. Fajny refren śpiewany przez Biggiego z wsamplowanymi głosami innych. You’re Nobody (Til Somebody Kills You) to najlepsze zakończenie z możliwych. Poziom znowu zostaje wywindowany kosmicznie. Po Hypnotize to dla mnie drugi najlepszy utwór. Właściwie to lubię chyba te dwa utwory na równi. Coś pięknego. Warstwa dźwiękowa po prostu powoduje opad szczęki. Zarówno rap jak i śpiew w refrenie robi niesamowite wrażenie. Ta delikatna melodyjka w tle, która pogrywa przez cały utwór ma taki jakiś nieuchwytny, piękny, egzotyczny klimat jakby żywcem wyjęty gdzieś z dalekiego Tybetu.
Cudowne zakończenie fantastycznego albumu. Krótko podsumuję moje wywody. Utwory z tego albumu dzielę na dwie grupy. W pierwszej są utwory lżejsze, bardziej melodyjne, z gościnnymi występami. Jest ich mniej i lubię je, choć zdecydowanie bardziej preferuję drugą grupę utworów, która prezentuje mroczniejszy klimat, ale też i niesamowicie wysoki poziom. Mimo początkowych trudności zaprzyjaźniłem się z tym kolosem niesamowicie. Album jest tak dobry, że długość nie stanowi najmniejszego problemu. Mogłoby być jeszcze ze 12 utworów i gdyby tylko prezentowały podobny poziom, słuchałbym ciągiem bez żadnego ale. Bo to kawał znakomitej muzyki. Jestem szczerze zaszokowany, że hiphopowy album może być tak przystępny, wręcz przebojowy, melodyjny, a jednocześnie utwory trzymają tak wysoki poziom jakościowy. Hip-hop zespołu Gang Starr był bardzo monotonny, oldskulowy (choć oczywiście też bardzo dobry). Nas i A Tribe Called Quest dużo bardziej przebojowi. Jeszcze bardziej bujałem się do albumu Genesis Busty Rhymesa. Ale Biggie wszystkich ich pobił. Bo jego hip-hop jest jeszcze bardziej przystępny. I tylko szkoda, że nie doczekał nawet premiery swojego albumu. To mnie przeraża, jak sobie pomyślę, że gość w wieku 25 lat robiący tak zawrotną karierę każdego dnia drży o swoje życie spodziewając się najgorszego. Boi się o własne życie, jednocześnie zaostrzając konflikty z innymi raperami poprzez swoje teksty. Nie wiem, czy szacunek na mieście wart jest kulki w brzuch w wieku dwudziestu paru lat. Ten gość mógł przecież nagrać jeszcze tyle dobrej muzyki.
Na koniec jeszcze jedno - Biggie to był wybitny raper. Uwielbiam jego niepowtarzalny głos.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lip 2023 11:47

Dołączę do obrońców PLEEEEJAAA HEJTAAA. To jest jeden z tych kawałków, który pokazuje Biggiego jako wokalistę i wykonawcę wszechstronnego i pomysłowego, a do tego z niesamowitym wyczuciem chwytliwych hooków.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2023 12:20

Oczywiście zazdroszczę autorowi tej wrzutki, że mógł się spotkać z innymi forumowiczami i w ich towarzystwie posłuchać "swojego" albumu.
To jest dopiero wyczyn.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2023 13:28

shodan pisze:
17 lip 2023 11:14
The Notorious B.I.G. - Life After Death


Początek albumu jest potwornie mocny. Intro tworzy świetne wprowadzenie. Pianino, odgłosy syren, jakiejś maszyny podtrzymującej życie, jakichś okrzyków, smyczki w tle – jest klimatycznie i bardzo filmowo. Jeszcze bardziej filmowo jest w Somebody’s Gotta Die. Uwielbiam takie filmowe klimaty w muzyce (stąd moja ogromna sympatia do Liquid, który z miejsca mi się skojarzył z SGD). Te wszystkie samplowane odgłosy są fantastyczne (ładowanie nabojów, przeładowywanie broni, tłuczenie w drzwi, odgłosy strzałów, krzyki, płacz dziecka – to wszystko przy akompaniamencie smyków). Nawet bez znajomości tekstu można sobie na ich podstawie stworzyć historię tego utworu. Fantastyczny bit do tego.

tu powiem bez ściemy, czułem że te filmowe klimaty Wujkowi podejdą :)

Przy I Love The Dough od razu słychać, że palce maczał tu Jay-Z. To jego charakterystyczne brzmienie.

i n t e r e s u j ą c e

Wujas jaki znawca widzę. A nie przyszło Ci do głowy że może to on czerpał styl od Biggiego? Zasadniczo to wszystko jak już wspominałem i tak sprowadza się do Puff Daddy'ego i jego pociągania za sznurki podejrzewam.


Ten Track Commands to już bardziej klasyczny hip-hop i bardziej też mi się podoba. Bardzo dobry bit. Fajnie brzmi to drapanie płyty (zapomniałem jak to się fachowo nazywa).

owszem DJ Premier - jak to on - zgrabnie skreczuje w tymże numerze

Long Kiss Goodnight to znów niepokojąco brzmiący utwór.

niewykluczone że to numer który kosztował go życie, do końca sam nie rozumiem czemu to weszło na album, niby jego ziomki twierdzą że to nie tyczyło się Tupaka ale są tu wersy nawiązujące do niego w tak oczywisty sposób że trudno odebrać to inaczej. Biggie nawinął wersy z tego numeru podczas jednego wywiadu w radio gdy był już w Los Angeles - gdzie potem zginął. Kawałek możliwe że został nagrany jeszcze nim Tupaka zastrzelili, ale nawet jeśli to potem wyszło tak jakby dissował zmarłego rapera, w dodatku w radio na jego własnymi terenie, nie dziwię się że murzyny się zeźliły, albo Biggie miał jaja albo NIE PRZEMYŚLAŁ tego ruchu, heh
Anyway

Super recka, rzuciłem kolosem i dostałem dość konkretne recki póki co, szanuję że się przyłożyliście

Ale spoko na końcu i tak mentos dorzuci swoje NIE WIEM :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2023 13:39

stripped pisze:
17 lip 2023 13:28
Wujas jaki znawca widzę. A nie przyszło Ci do głowy że może to on czerpał styl od Biggiego?
Wiesz ja nie wiem kto czerpał od kogo, bo mało się znam. Ale w tym utworze słychać brzmienia, które przewijały się i w innych utworach Jay-Z. Takich brzmień nie ma w innych utworach albumu Life After Death. Dlatego pomyślałem, że to coś autorskiego od niego.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2023 13:48

Nie, raczej nie, on tu jedynie nawinął gościnnie zwrotę o ile wiem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 18 lip 2023 23:34

The Notorious B.I.G. - Life After Death

W pierwszej chwili, jak zobaczyłem długość tego albumu, to się przeraziłem, bo dwugodzinne płyty są trudne do wchłonięcia naraz nawet, jeśli estetyka jest przyjazna. A tu mamy gatunek raczej mi odległy, choć przyznać muszę, że z upływem czasu coraz bardziej się do niego przekonuję i nawet potrafię sobie sam go włączyć. O samym muzyku co nieco słyszałem, ale nie była to szczególnie bliska mi postać. Nie znałem tła, na jakim doszło do tragedii, bo za taką trzeba uznać śmierć tych ludzi w brutalnych okolicznościach. Cóż, goście byli mafiozami nie tylko na scenie i w studiu. Dosyć szybko jednak album mi wszedł, przyznać muszę, że ma znakomity flow. Sam początek dość jednoznacznie wskazuje na wydarzenia, które stały się tłem tamtych dni. Mamy występującego rapera i odgłosy awantury. Rozpaczliwie krzyczącego gościa i odgłosy zbrodni. Karetkę i pianino brzmiące jak początek filmu o życiu człowieka nakładającego się na płytę. Wspomnienie zmarłego. Dźwięki rodem ze szpitala czy dokumentu budują odpowiedni nastrój, napięcie, intro rzeczywiście znakomite.

Piszę o albumie gościa z kręgów, które są mi obce, nie miałem chyba nigdy potrzeby identyfikowania się z nizinami, raczej miałem nadzieję na pójście wyżej, a ten gość startował z zupełnie innej pozycji. Nie do końca umiem wczuć się w tę grozę, choć te ponure ulice, klimaty małej wojny są słyszalne na albumie już od Somebody's Gotta Die. Pojawia się kwestia oddzielenia twórcy od dzieła, kiedy tu słychać, że dzieło było jego życiem. Ale i bez kontekstu tego się dobrze słucha, bo, jak już napisałem wcześniej, flow jest świetny. Gość ma świetną nawijkę, odgłosy ulicy w tle dobrze tu pasują, bit jest konkretny, masa ozdobników, smaczków, przypomina pożywną zupę (lub bigos, gulasz, leczo), która starcza za jedyne danie. Tłuczone szkło, strzały, płacz dziecka, silnik pojazdu, pełno tego typu rzeczy tu jest. Hypnotize to świetna nawijka, tytuł tu znakomicie pasuje, sam wokal wciąga, żeńskie wokale są doskonałe, te to dopiero hipnotycznie brzmią, niskie, wciągające... Można by to zapętlić. Bit mocarny, jak z dziwnego tańca nawet nie umiem sobie wyobrazić, gdzie.
Kick in the Door zaczyna się wywiadem, wchodzi w jakieś klubowe dymy, prawda jest taka, że tu jest słuchania na tygodnie, żeby wszystko wyłapać. Ale dobra, bo ta płyta ma 2 godziny, a ja się rozpisuję już przy czwartej ścieżce. Bit mocny, jakby bramkarz tłumaczył coś gościowi malinowemu w klubie, że ma go tam więcej nie być. Jest ostro, bit jest ostry.
Fuck You Tonight z udziałem kolejnego łobuza z artystycznego światka. W sumie to tam głównie są łobuzy. Trochę przypomina mi się Hey Lover przy tym wokalach na początku. Jak chillówa w klubie, impreza przygasła, goście siedzą i zbierają siły. Albo gorzej, bo w czterech ścianach. Coś w tym jest zblazowanego, nabiera nieprzyjemnego wydźwięku jeszcze przy tych chillowych dźwiękach. I jeszcze sposób wyśpiewania tytułu, jakby gość robił coś normalnego. Cóż, okazało się, że to norma (dla niego). Jakieś to mało rapowe w sumie, z czym innym mi się kojarzy, z rnb, nie wiem. Ciężkie klimaty. Last Day zaczyna się nieco dramatycznie, nawijka z tym tytułem wbija się szybko do głowy, to jeden z najbardziej chwytliwych tutaj momentów. Mocne te smyczki, jak z jakiegoś dramatu lub kryminału i ta ciężka, deszczowa aura bez deszczu. I Love The Dough brzmi dziwnie, nietypowo, jak nie te klimaty, a raczej, jakby ktoś przeniósł tu klimaty z lat 80. Vibe jakiegoś filmu z tamtych lat, jakiegoś baru przydrożnego szybkiej obsługi, klubu, bit mocarny, jak jakieś disco/funk/czort wie co, ale dobre, porywa. Aż se muszę posłuchać bez pisania przy tym i myślenia o pisaniu. Bardzo popowe klimaty.
Cała płyta, a po wejściu What's Beef jeszcze bardziej, sprawia wrażenie, jakby się działa na ulicy/przy ulicy/gdzieś w drodze, czyli na drodze życia. Nieco ciężkie, niepokojące, momentami jak przyczynek do awantury. Brzmi to agresywnie, poważnie, ale bez napinki, jakby sytuacja rzeczywiście wymagała takiej postawy, całość wychodzi bardzo naturalnie (o ile sztuka w ogóle może być naturalna). Potem wchodzą klimaty jak z jakiegoś serialu młodzieżowego, coś zupełnie z innej beczki, a potem duszne, ciężkie (znowu!) klimaty z Niggas Bleed, znowu bardzo filmowe, te elektroniczne ozdobniki w tle są bardzo mocne, smyczki filmowe, nawijka tworzy niemal klaustrofobiczną aurę, w której piętrzą się problemy. Płynnie przechodzi w I Got A Story To Tell z całkiem łagodnym, niby melodyjnym tłem, bardzo luźne to, łagodne, płynne, dobre. Kończy się pierwsza płyta. Uffff!

Zaczynamy drugą płytę od mocnego pianina w tle i "bigibigibigibigi", które mocno wchodzi to głowy, cały ten zaśpiew wchodzi. Potem nawijka tak bardzo się zmienia, że zapominam początku. Świetny vibe, doskonały podkład. Dialog na początku Miss U przypomina mi fragmenty filmów w teledyskach. Klimat lżejszy, bardziej filmowy, uczuciowy, tytuł pasuje, kawałek nieco dramatyczny, a nieco pod spotkanie, spokojny, nieco melancholijny kawałek. Another znów przyspiesza, mocny, siekany bit, potem wchodzi agresywny rap tej babki, przy której i facet wydaje się całkiem spokojniejszy. Długa płyta, a nie czuć monotonii, może to kwestia małego obeznania, ale rytmika wyraźnie się zmienia, różnych ozdobników i stylów w tle jest dużo, nie jest to taki rapowy rap. O, mamy kolejny ozdobnik, telefon w Going Back to Cali. Wracamy do agresywnego rapu, a w tle coś... nie wiem, funkowego? Disco? Jest przez to całkiem luźno. Nawijka zmieniła styl, jest ostro, ale już nie tak brutalnie jak na początku. Jest w tym coś z filmu ulicy. Ten Crack Commandments ma podkład trochę jak z jakiejś starej gry z elektronicznymi melodyjkami, fajny klimacik. Tak, klimaty growe, dawno już w coś w tym stylu nie grałem. Playa Hater to chyba już było... w naszych wrzutkach, prawda? Nie było? Hayes? Ale klimacik znajomy czuć w żeńskich wokalach, bit spokojny, choć ciężki, jakieś dęciaki w tle, klimaty soulowe, robi się bardziej uczuciowo, tęskno, świetny refren i w ogóle jeden z najmocniejszych punktów albumu.
Nasty Boy zaczyna się od rozmowy... przez telefon, w taxi? Coś się pali w ogniu. Wchodzi spokojny bit. Spoko kawałek, naprawdę nie wiem, co powiedzieć, jest po prostu dobrze. Sky's The Limit zaczyna się dramatycznie, filmowo, matka mówi coś do dziecka, nocne klimaty, bardzo spokojne, takie domowe, rzekłbym, a potem wchodzi fajny, chwytliwy refren, dobrze jest. The World Is Filled... jest trochę zmęczony, jest ok, ale to barwy, które już widzieliśmy w tym filmie, ot, jedna scena więcej. My Downfall zaczyna się bardzo wulgarnie, kawałek jak scena z filmu, kiedy zaczyna się zbliżać koniec (przed rozwiązaniem). Cały czas widzę w tle albo ulicę, albo bary, jadłodajnie (w typie fastfoodów), albo drogę i auta, albo spory. Nie licząc scen miłosnych. Przyjemne brzmienie sugerujące koniec, fajny żeński wokal, w ogóle - nie napisałem jeszcze chyba, ale całość ma fajne, świeże brzmienie i dużo przestrzeni dla różnych efektów i wrażeń. Long Kiss Goodnight to znów całkiem chwytliwy kawałek z tym zaśpiewem, bit nieco klubowy, a nieco jak z ekipy kumpli, aura z powodu rapu wciąż ciężka, tło sugeruje, że finał nadchodzi i że pięknie nie będzie. Brzmi, jakby tam coś jeszcze było w tle, jakieś używki, nie wiem.

You're Nobody (Til Somebody Kills You) ma charakter znowu nieco filmowy, przychodzi koniec tej historii i koniec życia autora. Mocarna rzecz, gość zginął, kiedy ewidentnie był w pełni sił twórczych, to jest coś, co trudno zrozumieć, jak się stamtąd, jak się w tym nie jest. Album długi, ale bardzo dobry, rzadko tylko nuży (co chyba nieuniknione przy dwugodzinnych produkcjach, dziw bierze, że tak rzadko). Dużo dzieje się w tle, gość miał odpowiednio drapieżną do takiej muzyki barwę głosu, masa ozdobników w tle, styli w rodzaju disco czy soulu czy klimatów filmowych czy z lat 80. sprawia, że płyta jest bardzo różnorodna. Chętnie do niej wrócę już po bestce. W sumie nie ukrywałem, że to nie moje klimaty, ale chyba załapałem, że i do świata raperów drzwi się przede mną uchyliły. I chyba taki będzie wniosek końcowy. Obie płyty różne, pokazujące różne twarze tego człowieka. Panie, spoczywaj pan w pokoju, bo dałeś kawał intrygującej muzy światu, należy ci się ten spokój.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lip 2023 07:59

No muszę powiedzieć że im dalej w las tym mniej rozumiem z tych naszych bestek, wydawało mi się że to że wuja chwalił rap to już była rewolucja ale że Melczet - ten sam który przy pierwszych wylgaryzmach zwykł od razu używać emotki ;( tak weźmie ten album na klatę i w dodatku pochwali to bym w najśmielszych snach nie przypuszczał :o

Jeśli pokładałem jakieś nadzieje w odbiorze tej płyty to właśnie to że przy jej długości a zarazem różnorodności każdy znajdzie w niej coś dla siebie, póki co odbiór przerósł oczekiwania już kilkakrotnie. Ale to dobrze tylko świadczy o tej wrzucie, że dałem IMO naprawdę dobry album i tak on zostaje odebrany. Podoba mi się najbardziej to kiedy wchodzi z recką ten nowy - dla mnie - nieznany przedtem pewny siebie Melczet i jasno kawę na ławę pisze że coś jest spoko a coś do kitu, nie pisze horoskopów a przez całą reckę nawet nie rzucił ani jednej emotki. To jest wprost przerażające :D recenzja spokojna, opanowana jak to mafiozowe flow Biggiego na tej płycie hehe. Fajnie jest pokazać Wam kawałek innego świata i nawet jeśli nie czujecie się w nim komfortowo to potraficie coś w tym docenić. Ja to w pełni rozumiem, sam też momentami nie do końca komfortowo się czuję słuchając tych gangsterskich opowieści ale po prostu wciągają mnie jak dobry film chwilami. Ogółem cieszę się, bałem się że przygniecie wszystkich ten materiał a wspinacie się Panowie na wyżyny w swoich recenzjach.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 lip 2023 12:25

Melki bez płaczącej emotki = shit got real
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 lip 2023 07:42

Tu też myślę styka już, mentos kończ Waść, jutro chcę puścić Sylviana, skoro reszta dała radę to i Ty powinieneś
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 lip 2023 03:06

Mogę dostać jeszcze dzień czy aż tak wam zależy na Sylvianie?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 lip 2023 03:09

Mi tam rybka, jeszcze dzień nie zaszkodzi
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 lip 2023 05:57

mintaj pisze:
21 lip 2023 03:06
Mogę dostać jeszcze dzień czy aż tak wam zależy na Sylvianie?
Oby to czekanie było tego warte :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 lip 2023 10:02

Sylvek to cierpliwy człowiek.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn