Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 lip 2023 22:28

The Notorious B.I.G. - Life After Death

Nie dość, że mam coś napisać o albumie hip-hopowym, to jeszcze albumie dwupłytowym. Murzyn jest jak Jezus, tj. w tym przypadku wystawia mnie na najcięższą możliwą próbę. Rzecz jasna - hiperbolizuję i biedaśmieszkuję, po prostu piję do faktu, że mam problem z długimi płytami, być może związany z faktem, że internet mnie zniszczył i mam zaburzenia koncentracji, a być może związany z faktem, że po prostu taka dawka muzyki po prostu jest przytłaczająca i sam do dziś pamiętam, że miałem lekkie problemy, by wchłonąć np. takie Gang Starr rok temu. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Obligatoryjnie w ramach wstępu jedynie napiszę, że Notoriusa do tej pory praktycznie nie słuchałem - pamiętam, że przewinął się w bestce utworowej i nawet sprawdziłem co tam napisałem i widzę, że mehałem i kręciłem nosem.
Ten motyw pisania o potencjalnych czerwonych flagach i czynnikach odrzucających na początku recenzji może i jest oklepany, zwłaszcza w przypadku tych pozytywnych, ale co pocznę. Sami wiecie jak to jest - czasem człowiek sprawdzi coś w złym miejscu i o złej porze, czasem po prostu jakiś konkretny kawałek nie wejdzie, gdy się go nie przesłucha na całym albumie, a czasem po prostu się napisze te recki na odpiździel czy coś. Czy to znaczy, że będę chwalić? Zapraszam do pozostania przy teleodbiornikach, by uzyskać odpowiedź na to pytanie.
Pozwolę sobie zacząć omawianie utworów uwagą, że płytę zaczyna intro, co w sumie to nie zawsze jest standardem vide Big Black i drobną konstatacją, że wstawka W POPRZEDNIM ODCINKU jest w sumie ciekawym pomysłem. Przechodzimy do pierwszego kęsa mięska, którym jest kawałek SOMEBODY'S GOTTA DIE. Nie ukrywam, że jestem już na samym początku kupiony, bo rzecz jest niesamowicie klimatyczna, słuchając tego czuję się jakbym mieszkał na Bronxie i słuchał opowieści o gangsterskich porachunkach oraz był świadkiem jakiejś strzelaniny, bo w sumie co jest lepszego do roboty w takim miejscu? Trochę odnajduję ironicznym, że tak jak kawałek z utworowej sprzed blisko roku zjechałem za nagromadzenie różnych sampli typu dźwięki karetki i inne siusiaki-muje, tak tutaj akurat jest to dla mnie jeden z większych plusów, bo odnoszę wrażenie, że są wklejone zdecydowanie lepiej (opieram się na własnej pamięci, sorry), no i ten no, jak to mawiam - ROBIĄ ROBOTĘ. Może i bez nich nawet bym trochę znowu kręcił nosem, bo szczerze mówiąc przez bit przewija się ten irytujący dźwięk, który wywołuje u mnie kretyńskie skojarzenia i powiedzmy, że potrzebowałem trochę wysiłku, by się ich pozbyć. Ale fajna rzecz, fajna. HYPNOTIZE to potężny banger. Ja się nie dziwię zupełnie temu, że to się stało takim hiciorem, bo to po prostu idealny kandydat na takowy. Funkujący bit, dużo mocnych wersów z nawiązaniami do popkultury i cholera wie czym, no i niesamowicie chwytliwy refren - to jest coś, co nie może nie działać, no i działa, fraza Biggie Biggie rzuciła mi się w uszy już podczas pierwszego, pobieżnego odsłuchu. Szczerze mówiąc ten kawałek brzmi w sumie znajomo, ale bardziej na zasadzie, że gdzieś słyszałem coś brzmiącego bardzo podobnie, ale jako parodia czy coś. Mniejsza z tym.
Z KOPA WE DRZWI zaczyna się od tej wstawki, przez którą poczułem się jakbym włączył jakiś podcast, czy coś - rozumiem koncept, ale jest po prostu za długa. Mniejsza z tym w każdym razie, to jest kawałek, który umieszczam na swojej teleekspresowej półeczce rzeczy po prostu RZETELNYCH, bo niby jest spoko, ale jednak obawiam się, że musiałbym wejść głębiej w uniwersum dissujących się czarnoskórych raperów, bym mógł docenić, zrozumieć nawiązania i to jak Biggie MASAKRUJE wschodnie wybrzeże, czego mu bynajmniej nie odmawiam. FUCK YOU TONIGHT to ponowny wjazd na pole przebojów z list przebojów, ale ciężko by było inaczej, skoro mamy tu feat R. Kellego i w ogóle. Tutaj akurat nie jestem w stanie napisać nic więcej poza tym, że to przyjemna, zmysłowa pościelówa o JEBAŃSKU i po prostu to jest jeden z tych kawałków, które lepiej słuchać, niż o nich pisać. Ja to też kupuję, mi się to podoba i tyle.
LAST DAY to powrót do "osiedlowych" klimatów, kawałek o ludziach co żyli szybko, ale za to umarli młodo czy coś w ten deseń - trochę to przewrotne w kontekście biografii BIGGIEGO, jakby nie patrzeć. Może nie użyję słowa zapychacz, znaczy się na tle tej płyty po prostu nieszczególnie się wyróżnia, ale to raczej świadczy o jej poziomie niż o tym kawałku. Tak samo jak tracklista, wolę płynnie przejść do I LOVE THE DOUGH. Łojezusmaria, jakie to jest fajne. Podoba mi się to jak dopracowany i wyprodukowany jest ten bit, dzieje się tu naprawdę mnóstwo DOBRA plus ten wspaniały refren, przy którym głupio mi było chwalić Hypnotize parę linijek wcześniej, bo sprawia przy tym wrażenie topornego wręcz. To, rzecz jasna, tło do nawijki o tym, że pieniądze szczęścia nie dajo, niby banalnej, ale podanej bez żenady, co też jest imo wyznacznikiem jakiegoś poziomu. Fajna rzecz i dziwię się, że OP jej nie uwzględnił w swojej notce, na jeden z mych faworytów na albumie. WHAT'S BEEF? to kolejna zmiana klimatu (patrząc na obecne temperatury zdecydowanie Biggie antycypował współczesne czasy). Sampel tej perki buduje bardzo specyficzną atmosferę, mam silne skojarzenia z figurą doświadczonego gangstera, który siedzi gdzieś w zadymionej knajpie i opowiada o zasadach, (specyficznie pojmowanej) moralności i cytuje Ojca Chrzestnego. W każdym razie - jest poważnie. Ja tam Biggiemu wierzę w każdym razie.
B.I.G. (Interlude)zdecydowanie to dobry moment, by ulokować dygresję o tym, że mimo tych częstych zmian nie mam wrażenia niespójności, co zdecydowanie dobrze świadczy o tej produkcji tej płyty. Zaraz po nim mamy MO MONEY MO PROBLEMS to kolejny banger, i to taki który musiałem na pewno gdzieś słyszeć, nie ma opcji, by było inaczej. Mógłbym tu przekopiowaćw sumie swój opis I love the dough zamieniając parę detali i by pasowało. Ale nic na to nie poradzę - kolejny świetny kawałek, świetnie wykorzystany sampel Diany Ross i świetny refren, wchodzi mi to jak złe i buja jak pieprzony rezus. Duży znak jakości. Zbliżamy się do końca pierwszej płyty - NIGGAS BLEED to powrót na "bronxowe" rewiry. Jak pewnie zauważyliście, bliżej mi na tej płycie do tych bardziej chwytliwych, popowych wręcz rzeczy, tutaj nie jest inaczej. Tu też nie jestem w stanie stwierdzić, że to jest dobre. I GOT A STORY TO TELL ma fajny bit i za cholerę nie wiem co Murzynowi w nim nie pasiło. Jest raczej prosty, brzmi inaczej niż pozostałe na tej płycie, może trochę nazbyt monotonny i repetytywny, ale mi tam siada. Nie mogę nie napisać storytellingu, więc napiszę, że jest faktycznie świetny. Dobry, solidny zamykacz naprawdę fajnej płyty.

Drugi album otwiera NOTORIOUS THUGS i jest to otwarcie kapitalne, a nawet bym rzekł kapibarne, honorując w ten sposób pamięć o tych pociesznych zwierzątkach. Nie znam żadnych legend o tym utworze, ale może powinienem to nadrobić, bo podoba mi się ta prosta pętelka oparta na pianinku i nawijka tych gości, o których istnieniu też pojęcia do tej pory nie miałem, a których flow mi się podoba. Mocna rzecz i kolejna okejka. Rozczuliła mnie historia związana z MISS U (generalnie to słucham tego albumu z odpalonym Geniusem w drugiej karcie, by nie wyjśc na skrajnego laika i wiedzieć cokolwiek o tych utworach), bo w sumie faktycznie też łatwo byłoby mi uwierzyć w tamtych czasach, że to hołd dla 2paca. Nieco gorzej czuję się z faktem, że takie mity powielają się w dobie NIECO łatwiejszego dostępu do wszelkiej maści informacji i z faktem, że w tekście kilka razy pojawia się wzmianka o tym, komu poświęcony jest ten kawałek. Nie wiem, czy chciałbym tu słyszeć R. Kellego. To nie jest rzecz do której będę raczej cholera wie jak często wracał, niby nie jest to zły kawałek, ale jednocześnie jest w nim ta doza patosu, która wywołuje u mnie wzruszenie ramion. ANOTHER uderza na początku fragmentem przypadkowo zarejestrowanej pyskówki, by później dowalić roastującą się nawzajem parką. Przyznaję, że tutaj chyba wolałbym nie znać tekstu, momentami wywoływał u mnie lekki krindż, ale muzycznie jest całkiem całkiem. Może to przez moją słabość do duetów wokalnych mężczyzna/kobieta, poza tym Biggie tak śmiesznie tu przeciąga, że mi się to kojarzy z czymś pokroju pojedynku bokserskiego między słoniem a agresywnym jamnikiem. Na razie jestem neutralny.
WRACAJĄC DO CALI podoba mi się na poziomie faktu, że to miało być swoiste "wyciągnięcie ręki" do Zachodniego Wybrzeża, zarówno tekstowo, jak i muzycznie - nawet taki laik jak ja słyszy tu różnicę w brzmieniu i jest w stanie dostrzec nawiązanie pod tym kątem. Mocno mi się to kojarzy z California Love, chociaż wiem, że skojarzenie jest totalnie z dupy, bo to sampel z zupełnie innej rzeczy i w ogóle, ale ja naprawdę o hiphopie to wiem tyle co zjem. xD Bije z tego tracka w każdym razie letnią, wakacyjną atmosferą, nie sposób mi go nie polubić. TEN CRACK COMMANDMENTS to niewątpliwie przydatna instrukcja dla każdego dobrego piłkarza oraz pirata komputerowego. Lubię wyliczanki, podoba mi się ten bit i w ogóle przyjemny jest ten kawałek. PLAYA HATER to skręt w strone soulowych klimatów, brzmi jak coś, co mógłby zaśpiewać Chef w jednym z pierwszych odcinków South Parku czy ktoś doń podobny. Wiem, że jestem tu lakoniczny, ale cholera - mi się te rzeczy po prostu podobają, ale nie na tyle, by się nad nimi rozpływać ani też nie czuję się na tyle kompetentny, by je rozkładać na czynniki pierwsze. Myślałem, że będę miał jakieś głębsze rozkminy nt. NASTY BOY, ale w sumie to jednak nie - te kawałki na tle bardzo dobrej całości sprawiają wrażenie wręcz zapychaczy na ten moment, ale zobaczymy - może w przyszłości mnie olśni i będę się śmiał z obecnej głupoty.
SKY'S THE LIMIT może nie wzbija się na poziom niebios, ale to świetny kawałek, może nie od razu hajlajt, ale bardzo mocny moment. Kolejny refren który mocno się wkręca i kolejny tekst, który kupuję - ta płyta tym dla mnie stoi i to jest w sumie bardzo reprezentatywny przykład, który to obrazuje. THE WORLD IS FILLED... to na pewno nie filler. *bum da tss* ja generalnie lubię historie o mrocznych półświatkach pełnych zła, przemocy i wszelkiej maści SKURWYSYŃSTWA czy tam innych miejscach, które należy się strzec. Tutaj znowu dałem się urzec i kupić.
UPADEK z featem DMC to chyba najmocniejsza rzecz na tym albumie, już sam earrape w intrze zrył mi baniak i nawet zaryzykuję tezę, że ten bit jest trochę... spooky (sorry, ale nie znam słowa w języku polskim, które oddawałoby w pełni znaczenie tego terminu). Na tym tle Biggie nawijający o swoim WIELKIEJ zajebistości brzmi groteskowo, ale to jest element konwencji, który kupuje.
Próbowałem się wkręcić w historię związaną z LONG KISS GOODNIGHT, tj. to czy to faktycznie był to diss na 2paca czy nie, ale widzę, że rabini w tym temacie są bardzo podzieleni, więc obawiam się, że nie dostane 25 lat na to, by dociec jak było naprawdę. Trudno. Zamiast tego docenię RZETELNY loop, fajne pianinko w samplu i potraktuję ten kawałek jako swoiste interludium przed finałem. YOU'RE NOBODY (TIL SOMEBODY KILLS YOU) mnie po prostu, kuźwa, wzięło. Mocny finał, jeszcze mocniejszy w kontekście biografii Biggiego. Ciężko mi o tym pisać "szkiełkiem i okiem", bo wychodzę z tego założenia, że takie wydarzenia za bardzo wpływają na odbiór i uniemożliwiają obiektywną ocenę.

No powiem tak - generalnie to mi bardziej siadła płyta jeden niż dwa, całość jest jednak długachna, ale damn... Biggie był WIELKIM artystą i ta płyta też jest WIELKA i w sumie to nawet mam ochotę się w niego jakoś poważniej wkręcić, jak i w cały EAST COST. Może to nawet będzie mieć miejsce, zobaczymy. Na razie chylę copkę i planuję wracać do paru BANGERÓW. BIGGIE znak jakości.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 lip 2023 23:34

Ło, no to naprawdę, jak na mentosisko to MASNO nawet bo nie spodziewałem się choćby z Twojej strony ambitnego podejścia track-by-track a koniec końców to chyba tylko kolega Robert wymiękł i bardziej po łebkach poleciał a spokojnie miał jeszcze czas na dopieszczenie tego, ha. Ogólnikowo bo trochę nie Twoja broszka te rapsy, ja to rozumiem ALE z grubsza Biggie faktycznie jakby żongluje tu dwoma-trzema szablonami na przemian na tej płycie i po prostu jedne są lepsze, drugie słabsze ale zasadniczo wszystkie myślę powyżej średniej choćby. I Love The Dough to jest spoko banger i jeden z ulubieńców też ale idąc tym tropem ponad pół płyty bym zaraz wymienił a te wymienione miały u mnie bardziej konkretne powody by zaistnieć niźli fajny bit znaczy się banger.

Także no szacunek że Ci się chciało tzn że tyle z siebie wydusiłeś hehe i fajno że z grubsza każdy docenił płytę i kończy się to tym że już nie tylko ja tu się znam na rapsach tylko widać wszyscy się poznali :D

Jutro puszczę tego Sylviana dalej, cieszę się ogółem bo nie liczyłem na tak dobry odbiór ale fajnie że Big dostał prejzy i myślę że trochę ten album mógł pozytywnie zaskoczyć względem pojedynczego utwory z bestki, ten album to afirmacja nie tylko śmierci ale i życia tego zdolnego człowieka i dobrze było ukazać Wam ten szerszy obraz.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 lip 2023 23:40

Zastanawiałem się nad pisaniem numer po numerze, ale było parę nudów i uznałem też, że szkoda byłoby się powtarzać trochę
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 lip 2023 23:52

Poniekąd cię rozumiem, bo pod koniec już naprawdę niezłe fikoły sadziłem, by nie odnosić wrażenia, że n-ty raz piszę to samo, ale już jakoś głupio mi było
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 lip 2023 00:06

Żeby każdy dostał taką recenzję od Mentosa to huhu, coś jednak to znaczy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 lip 2023 11:29

Okejos, lecimy dalej zatem.

David Sylvian - Dead Bees on a Cake
Hien pisze:
21 cze 2023 22:27
David Sylvian – Dead Bees on a Cake

Śmiesznie się złożyło, że z wieloma płytami z mojego absolutnego i ścisłego topu, wyskakuję dopiero teraz. Najpierw „Speak”, a teraz „Dead Bees”, płyta dla mnie i w pewnych moich kręgach legendarna oraz jeden z najpiękniejszych momentów w karierze DS-a. Album, który zrobił mi totalne przemeblowanie muzyczne w głowie i stał się soundtrackiem wielu wspaniałych momentów. Swego czasu odrzuciłem nawet ofertę pracy, bo wolałem słuchać tej płyty (długa historia).

Pisałem przy okazji „A Fire in the Forest”, jak poznałem Sylviana, ale przypomnę szybko, że było to przesłuchanie „Blemish” na początku 2010 r. z powodów roztaczanej w moich kręgach legendy tego artysty oraz albumu. Bardzo szybko zakochałem się w muzyce tego faceta oraz w jego głosie, jak również bardzo szybko zacząłem zgłębiać jego dyskografię. Pierwsze przesłuchanie „Dead Bees” to wcale nie był grom z jasnego nieba. Z początku wracałem tylko do „Darkest Dreaming” a reszta jakoś przeleciała mi koło ucha. To jest niejako kontynuacja wątku, który poruszyłem ostatnio, przy którejś recenzji, o tym, że ten sam album lub piosenka potrafią nie zrobić żadnego wrażenia, a jakiś czas potem zrobić piorunujące, w zależności od miliona rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Tamto lato należało do Nine Horses i live dvd „When Poets Dreamed of Angels”.

Nie pamiętam dokładnie, czy to był 2012, czy 2013 rok kiedy „Dead Bees” weszło na pełnej. Zaczęło się od „I Surrender” kiedy wjeżdżałem do miasteczka nad morzem, wieczorem, nagle wszystko było na swoim miejscu z tym utworem. Mam takie swoje dziwne rytuały (zwłaszcza nad morzem), że przed snem lubię słuchać sobie po utworze z jakiejś płyty, i następnego dnia następnym, itd., podobnie rano (tak było z The War on Drugs na przykład). Zacząłem sobie tak słuchać „Dead Bees” i każdy kawałek równał mnie z ziemią w sposób, w który nie sądziłem wcześniej, że byłby w stanie. To był najbardziej satysfakcjonujący i radykalny re-discover albumu w moim dotychczasowym życiu (i dowód na to, że w przypadku Sylviana, podobnie jak z XTC, wszystko prędzej czy później zachwyca). Połączenie „Dead Bees” + morze, okazało się idealne, ale nie mówię tylko o samym morzu, jako morzu, ale też klimacie nadmorskich miasteczek.

Z początku, pisząc tę wrzutkę, postanowiłem opisywać każdy utwór z osobna, ale szybko zaczęła mnie wkurzać moja własna egzaltacja i to, że nie potrafiłem przekazać żadnej interesującej treści w temacie tych piosenek, poza czysto subiektywnym rozpływaniem się. Podświadomie chyba próbowałem wam to tak opisać, żebyście za wszelką cenę „właściwie” odebrali tę płytę, ale to bez sensu. Każdy zrobi to po swojemu, więc nie będę tracił czasu na korygowanie odbioru i napisze ogólniej.

Album jest bardzo gęsty w brzmienia, powiem nawet, że momentami jest to gęstość liczona w Alanach (a to nie jedyny alanowy element). Jednocześnie, „Dead Bees” to bardzo przestrzenna płyta i zawsze fascynowało mnie to, co udało się tutaj Sylvianowi uzyskać. Dużo, a jednak mało, ciepło, a jednak chłodno. Przygrywa wiele przetworzonych gitar, sporo przeszkadzajkowej elektroniki oraz cała gama orientalnego instrumentarium. Sporo numerów jest opartych na loopach, chociaż nie zawsze będzie to tak oczywiste, jak np. w utworach wykonawców hip-hopowych. DS uzyskuje na albumie różne klimaty, bywa tropikalnie, bywa tajemniczo, bywa mrocznie, ale również i romantycznie. Dla mnie „Dead Bees” ma jakąś taką sekwencję wydarzeń. Zaczynamy z „I Surrender”, pod wieczór, w jakimś lokalu, przy drinku, czując w powietrzu zapach morza, a potem ruszamy w podróż. Myślę, że każdemu rozwinie się ona w głowie inaczej. To jest bardzo ‘nocna’ płyta, która łączy w sobie wiele różnych stylów, które w ramach tej godziny z hakiem, łączy doskonały wokal Davida Sylviana.

Poza samym DS-em, pojawiają się jeszcze dwa głosy. Pierwszy, to jego ówczesna żona – Ingrid Chavez. Zanim padnie zarzut, że Sylvian miał kaprys zapraszać żonę, warto wiedzieć, że na tym etapie Ingrid była już znaną i poważaną wokalistką, która miała za sobą, między innymi, bliską współpracę z Princem. Niestety talenty Chavez zostały wykorzystane tu raczej w dziwny sposób, i tu wracam do Alana. Ingrid pojawia się w niektórych utworach i dostarcza spoken word, ale niestety, w formie ‘sex telefonu’ (tyle że chociaż nie opowiada o gwałcie). W kawałku „Praise”, wokalnie udziela się Shree Maa, kobieta, która stała się guru Sylviana kiedy ten zaczął zgłębiać z żoną hinduizm. Kwestia nowo poznanej religii, odgrywa dużą rolę w tekstach na „Dead Bees”, ale pojawiają się też bardziej ogólne i relowe tematy, jak miłość, porzucenie, pragnienie, itd.

Płyta jest długa (70 minut), ale wierzę, że tego nie odczujecie. Całość jest niezwykle spójna, jak na album, który czerpie z tak wielu, tak różnych stylistyk i gatunków. Są momenty naprawdę magiczne, jak moje ulubione „Cafe Europa” (totalnie klimat nocy spędzonej na plaży w blasku księżyca, opis tani, ale zobaczycie), ale też „Talheim”, „Krishna Blue”, „Darkest Dreaming”, „Wanderlust”, czy wspomniane „Praise”. W bardziej konwencjonalnych utworach, też można się zakochać na maksa, np. w pięknej miniaturce „Dobro”, czy skrzypcowym „The Shining of Things”. Dla mnie, nie ma na tym albumie słabych utworów, jest parę rzeczy, które wchodziły mi z oporem, z którymi rożyłem się kilka lat, ale w końcu i one powędrowały do serca.

Ja bym mógł całe eseje pisać o tym, jaka ta płyta jest wspaniała, ile ja w niej słyszę, jakie uczucia we mnie wywołuje, itd., ale im bardziej będę w to brnął, tym bardziej się zniechęcicie i potem będę musiał czytać, jak to Munlup nakręcił bańkę, a nie weszło (tak jak zresztą mnie za pierwszym razem). To jest jedna z moich ultimate płyt na lato, ale nie do smażenia się w słońcu, ale raczej oglądania gwiazd na niebie przy szumie fal (ale bez też).

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... 9c0v4qZfUY

PS. po małym zawrocie głowy spowodowanym zassaniem innej wersji albumu Murzyna (z dodatkowym kawałkiem na CD1) pomyślałem, że w razie czego, dopisze tutaj, że prawilne "Dead Bees" ma niecałe 70 minut i 14 kawałków. W 2018 wyszedł remaster na winylu, który chyba trafił też na streamingi, trwa 84 minuty i ma odrzuty z sesji wmieszane w oryginalną tracklistę (18 kawałków), więc w razie czego, nie słuchajcie tego, słuchajcie wersji krótkiej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 lip 2023 11:09

Panowie ja wiem że ja sam tym razem wyjątkowo zamulam ale już tłumaczyłem nawet Hienowi z czego to u mnie wynika, natomiast nie krępujcie się, wjeżdżajcie z reckami bo i tak już pobiliśmy zdaje się niechlubny rekord tygodnia czasu bez żadnej recki omawianego albumu :(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 29 lip 2023 11:14

Ja też mam powód do zwłoki. Więc daj przykład. :D
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 29 lip 2023 13:07

Też was będę tak w siusiaka robił
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 29 lip 2023 14:25

W niedzielę pewnie wjadę
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 29 lip 2023 14:54

Ja jakoś ten

No nie no, w weekend wjadę wtedy kiedy wjadę
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 29 lip 2023 15:35

Hien pisze:
29 lip 2023 13:07
Też was będę tak w siusiaka robił
Ale ta zwłoka to tylko dla twojego dobra. :)
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 29 lip 2023 17:01

Bez łaski xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 29 lip 2023 19:26

Wolisz sztukanckie recki bez uczciwego podejścia do sprawy? Zapamiętam następnym razem. ;)
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 30 lip 2023 17:08

David Sylvian – Dead Bees on a Cake

Hien ostrzegał, że to album, który może nie wejść. Nawet jemu na początku nie podeszło jak należy. I mnie przy pierwszych odsłuchach kompletnie odrzuciło. Spodobał mi się otwieracz, ale reszta wydawała mi się kompletną nudą. Przebyłem z albumem długą drogę. Trochę zwlekałem z opisem wrażeń, ale świadomie, bo shodan wie, co robi. Shodana już teraz nie trzeba uczyć, jak słuchać muzyki. Gdybym chciał iść na łatwiznę i zrobić opis po 2-3 odłsłuchach, to nie dość, że Hien pewnie nie byłby zbyt zadowolony, to jeszcze ja pozbawiłbym się potencjalnej szansy na poznanie czegoś dobrego. Ten album sprawił mi sporo niespodziewanych problemów. Ale widziałem w nim pewien potencjał, dlatego drążyłem temat. A jakie to były problemy? Po pierwsze nie mogłem dosyć długo przełknąć wokalu. To było dosyć dziwne. Bo zdawałem sobie sprawę, że David momentami potrafi mocno przypominać Tima Bownessa, którego przecież tak uwielbiam. Są też momenty, kiedy do złudzenia przypomina mi znudzony wokal gościa z Camouflage, którego też lubię. A jednak męczył mnie ten głos okrutnie. Jeszcze pierwsze 3-4 utwory było ok, ale im dalej, tym miałem go bardziej dosyć. Teraz mogę powiedzieć, że jednak przezwyciężyłem ten problem. Może po prostu musiałem się odpowiednio długo osłuchać, żeby ten głos jednak polubić. A może te utwory tak mi się na początku mocno nie podobały, że i wokal przy okazji przeszkadzał? Nie wiem, ale teraz już wszystko w tym względzie gra.
Mój drugi główny zarzut względem tej płyty to była jakość kompozycji. Wydawały mi się tak nudne i nijakie, jak to tylko możliwe. Ale i to przezwyciężyłem. Bo owszem, te kompozycje w jakiś sposób są nudne. A już na pewno raczej mało przebojowe, mało melodyjne i mało chwytliwe. Ale to wszystko takie pozory, bo kto jest odpowiednio wytrwały i poświęci odpowiednio dużo czasu na poznanie się z tymi piosenkami, to one wynagrodzą go sowicie. Bo nie w przebojowości tkwi siła tego albumu. Ale do tego dojdziemy.
W każdym razie już teraz mogę z pełną świadomością powiedzieć, że jestem w 100% kupiony. Hien miał rację, że to wyjątkowy album. Na początku może nie kliknąć, może wydawać się nudny i nieciekawy, ale już dawno się połapałem, że często właśnie taka muzyka poznawana w bólach potrafi okazać się wyjątkowa. Często bywa, że coś momentalnie słuchacza uwiedzie i trzyma przez pewien czas, żeby potem po opadnięciu emocji powoli odejść jednak w niepamięć. Dead Bees mnie z początku nie ujęło, wręcz zanudzało na śmierć, ale jednocześnie czułem, że ta muzyka ma potencjał, tylko trzeba spróbować do niej jakoś dotrzeć.
Dead Bees mocno kojarzy mi się ze Speak od no-man. Bo Speak też nie od razu mnie ujęło. Lubiłem no-man już dosyć długo, lubiłem ich niektóre albumy, ale do Speak nie potrafiłem się jakoś przekonać. Nie dawałem mu zresztą zbytnio na to zbyt wielu okazji. Ale jak wreszcie dałem, to kliknęło na całego. Bo to też mało przebojowy album, ale ma inne atuty. Podobne co Dead Bees. A tymi atutami są brzmienie i klimat. Album Sylviana ma naprawdę fantastyczne brzmienie. I to dostrzegłem już dosyć wcześnie. Mimo, że kompozycje wciąż mnie zawodziły i nudziły oraz że zmagałem się z wokalem, to właśnie brzmienie nie pozwalało mi odpuścić tego albumu. To właśnie świetne brzmienie mówiło mi, że jest w tym potencjał. Potem ponownie przeczytałem opis Hiena i skupiłem się na momencie, gdy mówił o chwili, kiedy ten album do niego przemówił. Czyli momencie, kiedy słuchając Dead Bees wjechał do nadmorskiej miejscowości. Od tego momentu słuchając albumu właściwie nie myślę o niczym innym, jak o polskim morzu, o bałtyckich plażach (koniecznie wyludnionych), o klimacie tych nadmorskich miasteczek typu Mielno czy Jurata (wymieniam te, w których byłem i które zawsze wspominam z błogością). I to działa. Słuchanie tej muzyki w takich miejscach to najlepsze, co może się człowiekowi przydarzyć. Ja jedynie w odróżnieniu od Hiena wolałbym słuchać Dead Bees w dzień lub pod wieczór, ale nie w nocy.
Wspominałem już, że pod pewnymi względami ten album kojarzy mi się ze Speak. Ale w ogóle ta muzyka kojarzy mi się z no-man. Uważam, że te dwa projekty muzyczne mają naprawdę sporo wspólnych mianowników. Są często takie momenty, że gdyby zamiast Davida wrzucić wokal Bownessa i wmówić mi, że to nowa płyta no-man, to bym łyknął bez żadnego ale. Podobne patenty, brzmienia, klimat. Bo album Dead Bees ma naprawdę piękny klimat.
I Surrender to chyba najbardziej wyrazista melodia z albumu. Ten utwór właściwie jako pierwszy do mnie przemówił. Brzmienie jest bardzo bogate, przestrzenne, stylowe. Po prostu piękna rzecz. Te gitary niezwykle fajnie brzmią. Mamy tu naprawdę spore instrumentarium. Pięknie brzmiące smyki, trąbki, flet, jakieś cymbały, klawisze. Jakiś basowy syntezator pomrukuje niesamowicie. No można się rozpłynąć. Dobro #1 to już no-man na pełnej. Speakem pachnie na kilometr. Super klimatyczna miniaturka. Midnight Sun to z kolei bluesowe cudeńko. Te oszczędne gitarowe zagrywki mają oszałamiające brzmienie. Do tego piękna gitara akustyczna. Pianino i perkusja oraz gdzieniegdzie poupychane klawisze tylko dopełniają klimatu. Jedna z piękniejszych rzeczy na albumie. Thalhiem też bardzo lubię. Znowu to przestrzenne i stylowe brzmienie. To naprawdę dziwne, że te melodie, które mnie tak niemiłosiernie na początku nudziły, teraz wydają się tak urokliwe.
God Man zdecydowanie zmienia klimat. Ten utwór zajeżdża mi trochę wczesnym Stingiem. Cymbałkowate klawisze zachwycają brzmieniem. Alphabet Angel ma znowu te piękne charakterystycznie brzmiące klawisze. To jeden z tych utworów, które wydają się nie mieć żadnej wyraźnej melodii. Wydaje się, jakby David smęcił coś tam wymyślonego na poczekaniu, w dodatku niezbyt sensownego. A jednak fajnego, bo brzmienie nie pozwala odbierać tego inaczej.
Krishna Blue ma świetne orientalne bębenki. W tle też sporo innego orientalnego brzmienia. Nawet jak na początku nie podobała mi się melodia, to oddziaływał na mnie jednak ten klimat. Słuchając tego utworu mam wrażenie, jakbym siedział w jakiejś zapomnianej przez Boga wiosce w środku jakiegoś buszu. No i gościnny występ żony Davida robi na mnie spore wrażenie. Kobieta ma niezwykle przyjemny głos i wcale mi nie przeszkadza, że właściwie mówi zamiast śpiewać.
Skrzypcowy The Shining of Things to znowu no-manowe klimaty. Ładny oszczędny w brzmieniu utwór.
Cafe Europa to piękna kompozycja brzmiąca iście bajkowo. Jeden z najlepszych momentów na albumie.
Tutaj przerwałem pisanie recenzji, bo miałem ochotę pojechać połazić po lesie. Oczywiście skorzystałem z okazji, żeby posłuchać tam Sylviana. Nie, żeby ten album tego bardzo potrzebował, bo miałem już i tak ugruntowaną opinię o nim. Ale miło się słuchało, bo las to idealne miejsce do takiej nuty. Choć pewnie nad morzem brzmiałaby jeszcze lepiej.
Pollen Path to znów skręcenie w nieco inne klimaty. Jest dosyć hałaśliwie, ale ciekawie. Druga połowa utworu zupełnie inna od pierwszej, spokojniejsza. Ładne spokojne gitary i David brzmiący jak wokalista Camouflage. Kolejny instrumentaly utwór trochę mniej mnie rusza. Brakuje mi wokalu, na który przecież na początku tak kręciłem nosem.
Wanderlust to po prostu kolejna bardzo dobra i stylowa piosenka. Bardzo podoba mi się druga połowa utworu. Za to Praise jest niezłym dziwolągiem. Na początku nieźle mehałem na to. Bo melodia dziwna, a wokal jeszcze dziwniejszy. Po jakiemu ona to w ogóle śpiewa? Ale te dźwięki w tle są bardzo klimatyczne. Na tyle, że się nawet przegryzło z czasem. No i całkiem spoko Darkest Dreaming na koniec. Brzmieniowo to właściwie kontynuacja poprzedniego utworu. Ale z mniej dziwną linią melodyczną i wokalem. Klimatycznie Sylvian kończy ten album. Bardzo udany album, który wcale mi się nie dłuży. Jak słuchałem dziś w lesie, to wręcz poczułem zdziwienie i nawet zawód, że to już koniec. Kolejny album, z którym przebyłem długą i wyboistą drogę. Na początku byłem pełen obaw. Co prawda doceniałem warstwę brzmieniową, ale nie byłem pewien, czy od strony kompozytorskiej i wokalnej zdołam się przebić. Bo ten wokal na dystansie albumu potrafił mnie nieźle znużyć. Ale przezwyciężyłem ten problem. Bo jak się ma za sobą udaną przeprawę z wokalistą Fishmans, to już naprawdę wszystko jest możliwe. A jeżeli chodzi o kompozycje – utwory w większości nie są chwytliwe i zbyt przyjazne przeciętnemu słuchaczowi. No ale jak się już dogłębnie pozna te utwory i poczuje ten klimat, to też przestaje być to problemem. No-man ma na Speak trochę podobnie. Tam też nie ma radiowych przebojów i trudniej się do tej płyty dobić niż do innych. Ale jak już kliknie, to nie ma odwrotu.
Myślę, że Dead Bees on a Cake to jedna z najlepszych płyt od Hiena w tej zabawie. I u mnie też będzie często gościć w playerze jak będę miał ochotę na trochę klasowej i nastrojowej muzyki.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 lip 2023 21:32

David Sylvian - Dead Bees On A Cake

Po pobieżnym zaznajomieniu z Sylvianem z różnych epok i wcieleń w bestce utworowej przyszła pora na poważne zmierzenie się z artystą. Dotychczasowe spotkania owocowały przeważnie zadowoleniem z mej strony, czasem potrzeba było na to nieco czasu ale bez znajomości żadnego albumu miałem poczucie że David Sylvian wielkim artystą jest. Spodziewałem się że wrzutka Hiena może to jedynie ugruntować.


I Surrender brzmieniowo kontynuuje trochę to co ostatnio słyszałem we wrzutce Nine Horses, jest ciepło, przytulnie, wieczorowo. Produkcja jest na najwyższym poziomie, pływające funky gitary, pianino, ciepło brzmiący wibrafon bodajże, całość snująca się na niespiesznym perkusyjnym rytmie, przypomina to trochę trip-hopowe dźwięki Massive Attack. David Sylvian śpiewający swoim przyjemnym, nieco zawodzącym głosem jakiś melancholijny tekst. Najlepsze są te chwile gdy w instrumentalnym duecie grają smyczki i flet, później też ładnie pobrzmiewa trąbka (wróć! czy to nie jest flugelhorn, ten sam który był na Nonsuch? tak mi się wydaje, z tamtej lekcji zapamiętałem że brzmi jak trąbka ale bardziej miękko). Nie byłem przekonany czy taki długi format mi podejdzie ale siadło jak utworowa wrzuta Gillian Welsh. Po tym monstrualnym otwarciu albumu nadchodzi heh Dobro i to numer 1. Ten niejako przerywnik brzmi całkiem jak Nick Drake, albo inaczej - jak no-man coverujące Drake'a, coś co znamy z albumu ((speak)). Po usłyszeniu tego i wyczuciu podobieństwa nikt mi nie powie że Sylvian nigdy nie był żadną inspiracją dla Bownessa. Fajna miniaturka gdzie tak jak u Drake'a ważną rolę gra przestrzeń między dźwiękami. W Midnight Sun autor wjeżdża zajebistym bluesem. Numer porwal mnie od razu tak samo jak otwieracz i już przy pierwszym odsłuchu leciało serducho na laście dla niego. Słuchając go miałem lekkie skojarzenia z pewnym serialem i one umocnią się jeszcze później na albumie. W sumie prosty numer, dość oszczędny w środkach ale skuteczny. Thalheim wita mnie znów pływającymi gitarami i niespiesznym groovem. Mam lekkie wrażenie jakby tego typu numery były swego rodzaju wzorcem dla składanek typu RAM Cafe. Fajne gitary w refrenie i powracający flugelhorn. God Man skręca w dość dziwny, bujający klimat a wibrafon na wstępie z miejsca robi mi klimat... Twin Peaks, takie lynchowskie klimaty miejscami właśnie wyczuwam na tej płycie. God Man to bardzo dziwny utwór ale jednocześnie trzeci już na tej płycie który z miejsca bardzo polubiłem. Świetnie buja, atmosfera jest trochę creepy, to coś skrzypi, to straszy w tle. Potem wchodzi znów numer który przez swą długość - a raczej krótkość - trochę sprowadza się do roli przerywnika. Alphabet Angel to chwila wytchnienia dla słuchacza, pływające klawisze i mięciutko brzmiący synth otulają mnie podczas odsłuchu. Krishna Blue to utwór o którym pamiętam Hien coś wspominał mi na priv już swego czasu, mówił zdaje się o wpływach dalekowschodnich na albumie ale prawdę mówiąc po odsłuchu całości stwierdziłem że stanowią jak dla mnie mało istotny ułamek tego co jest na tym albumie. Numer zasadniczo jest przyjemny i relaksujący z tym brzmieniem dzwoneczków i fletu, podobają mi się również perkusalia w tym utworze. Nie dłuży mi się, klimat dobrze robi. The Shining of Things mi nie leży, zmiana klimatu na takie zamulanie po dość przyjemnej do tej pory muzyczce to nie jest to na co liczyłem, lekki i relaksujący vibe pryska. Cafe Europa kojarzy mi się znów z Thalheim, pływające gitary powróciły i ten ogólny nastrój jakby z RAM Cafe. Jak dla mnie trochę muzak i zapychacz. Nieco kojarzy mi się to z Edgeland od Karla Hyde'a. Nabieram obaw że Sylvianowi kończą się pomysły i jakby w akcie desperacji wchodzi Pollen Path. To jest z kolei skręt jeszcze bardziej jakby w takie cięższe psychodeliczne klimaty które też chyba Lynch uprawiał w muzyce i dopiero teraz mam poczucie że okładka oddaje jakoś zawartość tej płyty. To brzmi trochę jak coś co mogłyby grać przedziwne roboty i inne stwory z gry Machinarium w jakiejś spelunie serwującej olej napędowy. Następny utwór na płycie kontynuuje ten przedziwny soundtrackowy klimat, zwłaszcza kiedy po dwóch minutach wjeżdża na chwilę jakieś dziwne jazz-rockowe jam session. Muzyka mocno działająca na wyobraźnię, całkiem niezły ten instrumental. Z tego dziwacznego świata wyrywa mnie Wanderlust, zapraszając ponownie w ciepłe, kawiarniano-sypialniane klimaty. Ten numer przywraca album na jego najlepszy poziom - ten z początku. Lekko płynie groove, delikatnie można się pobujać albo odpłynąć leniąc się na sofie czy w miękkim fotelu. Najbardziej lubię kiedy reszta instrumentów cichnie, perkusja wychodzi bardziej na pierwszy plan podczas refrenu. Kiedy wchodzi mostek gitara trochę kojarzy mi się z Mansun nawet, a przedtem podczas jednego odsłuchu przyszło mi do głowy że jak w momencie mostku słucham Sylviana to miałem trochę wrażenie jakby to był jakiś numer RHCP, może z One Hot Minute a może z Californication. Myślę sobie że tym bardzo dobrym akcentem płyta mogła by się już kończyć ale zamiast tego otrzymujemy jakby zamknięcie w dwóch aktach. Praise to smuteczkowe kobiece zawodzenie, muzyka tu kojarzy mi się mocno ze ((speak)) no-man. Darkest Dreaming utrzymuje bardzo podobne brzmienie i myślę że jakiegoś laika możnaby nawet wkręcić że to jakiś zaginiony numer no-man ze ((speak)), bardzo podobny vibe mi to robi jak tamten album, widzę jakieś opustoszałe przestrzenie i takie momenty zawieszenia w czasie, melancholijnie ale nie smuteczkowe tyk razem jak dla mnie, po prostu naprawdę dobre. Ok, cofam te słowa że album mogłoby kończyć Wanderlust, Darkest Dreaming dołącza do grona moich faworytów. Dosłuchuję, numer się wycisza, można iść spać.

Dobranoc.










Nooo, muszę powiedzieć że jest dobrze, jest naprawdę nieźle choć nie jest to płyta idealna od A do Z. Jest to płyta specyficzna, inna niż się spodziewałem, trochę nierówna, Sylvian gryzie tu parę klimatów i one nie zawsze na pierwszy rzut ucha pasują do siebie a jednocześnie chyba ostatecznie tworzą na swój sposób spójny i dziwny świat tego muzyka. Płyta jest ciut za długa może i dwa czy trzy numery mógłbym z niej wyciąć aby wchodziła lepiej ale spodziewałem się że ledwie do dwóch - trzech będę chciał wracać a na ten moment NIE WIEM. Czas pokaże czy później będę miał ochotę usiąść do całości, 5 numerów uważam za bardzo dobrych, większość za przynajmniej dobre więc to solidny fundament by próbować jednak słuchać bez skipowania. Fajny wybór IMO, cieszę się że to wleciało i na swój sposób uważam za idealną wrzutę po ((speak)), nie dziwi mnie że Hienowi się podoba, z czasem może jeszcze zyskać.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 30 lip 2023 22:21

stripped pisze:
30 lip 2023 21:32
Płyta jest ciut za długa może
Murzyn Ty miałeś nie jęczeć na takie rzeczy. :P
Widzę, że nie tylko mnie się tu sporo kojarzy ze Speak. Aż sprawdziłem sobie, kiedy wyszedł Dead Bees i okazuje się, że materiał ze Speak jest jednak starszy. Więc może to Sylvian jednak nieco "podpatrywał" Wilsona i Bownessa? Co na to ekspert Hien?
Sprawdziłem jeszcze dorobek Sylviana i okazuje się, że jego dyskografia jest naprawdę przepastna. Ciekawe jaki styl prezentował na wcześniejszych albumach. Trzeba się będzie po prostu przekonać na własną rękę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 lip 2023 22:51

Miałem odpisywać Wujowi, a tu w tym czasie wjechał Murzyn, więc wam obu odpowiem. Pozwolę sobie nie brać konkretnych wypowiedzi w cytaty, bo mi się nie chce.

Wuja, kurde, dzięki, przede wszystkim za nie odpuszczanie. Uprzedzałem wprawdzie, że to album, który może nie wejść od razu, który może wymagać czasu, ale nie czarowałem się, że każdemu wystarczy ten tydzień, czy dwa, żeby faktycznie tę płytę przetrawić. Ogólnie, jestem trochę zaskoczony tym, że tam usilnie szukałeś chwytliwych melodii, itd., bo sam wrzucałeś „Liquid”, album których w/w elementów jeszcze bardziej nie posiada (przynajmniej w tradycyjnym tych słów znaczeniu). Ja uważam, że melodie są, ale bywa, że nie wychodzą na pierwszy plan i trzeba trochę tam pogrzebać. Czytając to, co napisałeś, pod wieloma punktami mógłbym się podpisać. Wprawdzie z wokalem Sylviana nigdy nie miałem żadnego problemu, a płytę uznałem od razu za dobrą, to miałem z początku podobne przemyślenia, choćby to, że album wydaje się nieangażujący, czyli to co Ty odebrałeś jako nudę. Wielu rzeczy na Dead Bees nie zauważałem, po prostu przelatywały mi koło ucha, bo jakby z automatu się na nie zamykałem uważając, że Sylvian momentami zwyczajnie pitoli. Kawałkom pozwala się tutaj rozkręcić i wybrzmieć, ale podczas pierwszych przesłuchań można odnieść wrażenie, że po prostu się wloką. Nie podobało mi się też to, że DS nie potrafi utrzymać jednolitego klimatu. Długo docierałem się z God Man, bo wydawał mi się z dupy, a już kompletnie nie potrafiłem zrozumieć czemu ten numer wyszedł na singlu. Podobny los spotkał Pollen Path, bo sprawiał wrażenie ciężkiego walca przetaczającego się przez raczej delikatną, chillującą płytę. Zawsze lubiłem Shining of Things, ale odnosiłem wrażenie, że to jak jakiś kompletnie oderwany od reszty odrzut z sesji. Dopiero wielokrotne przesłuchania, przez lata, sprawiły, że te fragmenty zaczęły mieć dla mnie sens w tym konkretnym zestawie utworów i w tej chwili nie wyobrażam sobie żeby ich tam nie było.

Jeśli chodzi o pory słuchania, to jedynie sugerowałem wieczorne klimaty, ale każdy to sobie na swój sposób odbierze. Krishna Blue budzie we mnie bliźniacze skojarzenia, ale bardziej z jazdą samochodem, nocą, przez jakieś ledwo oświetlone pustkowie. Praise istnieje też w wersji live z Sylvianem na wokalu

https://www.youtube.com/watch?v=I48d4CXlO3c

i jest ok, ale brakuje mi tego dramatycznego ambientu w tle. Ogniskowa aranżacja na gitarę nie daje tego rozdzierającego efektu (podobnie jak lekko zblazowane wykonanie Sylvka). Podoba mi się określenie Wanderlust jako stylowe, to jest właściwe słowo. Zawsze odbierałem z tego utworu vibe jakiegoś miejsca gdzie przychodzą ładni ubrani, zadbani ludzie, napić się drinka przy dobrej muzyce na żywo (i tu na scenę wychodzi Sylvian, trochę jak w klipie do It’s No Good).

Swoją drogą Wuja, jeśli ci się podoba głos Ingrid Chavez, to przy okazji Dead Bees, ta para nagrywała dema na solówkę Ingrid. Część z tych kawałków trafiła potem na singiel „I Surrender” (cztery utwory), a reszta wyszła jako płyta dopiero po latach. Tutaj możesz sobie posłuchać (najlepiej zabierz ze sobą na urlop):

https://www.youtube.com/watch?v=IKJukIw ... TQnUDTgMgY

To jest ogólnie rzecz biorąc Dead Bees z damskim wokalem i trochę bardziej trip-hopowym vibem.

Murzyn w swojej recenzji brzmi też jak ja, po pierwszym roku obcowania z Dead Bees. Również uważałem, że album lepiej by brzmiał gdyby go odchudzono o kilka numerów z dupy brzmiących w tym towarzystwie, że kilka innych można było skrócić, itd. Pełna akceptacja tego albumu, w takiej formie w jakiej wyszedł, przyszła z czasem i obecnie nie mam problemu z niczym, ale do tego doszedł kontekst życiowy, wspomnienia i przede wszystkim czas, nawet bardziej czas niż ilość przesłuchań.

Zgadzam się z większością waszych skojarzeń, chyba najbardziej zaskoczyło mnie to z RHCP, ale rozumiem co Murzyn ma na myśli i też to słyszę. W kwestii RAM Cafe, to generalnie wiem skad się takie skojarzenia biorą i się z tym zgadzam, ale muza Sylviana jednak bywa zbyt mroczna żeby to w RAM leciało, nawet te oporowo chillowe fragmenty mają w sobie coś niepokojącego.

Obu wam mogę odpowiedzieć, że oczywiście Bowness inspirował się Sylvianem, może bardziej z jego wczesnych solowych płyt (Brilliant Trees, Secrets of the Beehive), ale wszystkie słyszał i wszystkie lubi lub przynajmniej szanuje. Zwłaszcza to słychać na płytach takich jak Speak, Flowermouth, czy Together We’re Stranger i Returning Jesus. Natomiast był czas kiedy Tim i wokalnie mocno inspirował się Sylvianem, ale nie tym wyciszonym, tylko bardziej tym rozwrzeszczanym i sama stylówa Tima może też stanowić pewien szok dla tych, którzy znają go tylko z późniejszych rzeczy. Tu jest dobry tego przykład:

https://www.youtube.com/watch?v=XZjP60tEOjA

Niemniej, raczej na pewno nie działało to w drugą stronę. Sylvian żył w swojej bańce i w latach 90 słuchał bardzo mało muzyki. Zresztą przed 1999 r., materiał ze Speak znali tylko fanatycy, którzy kupili fanklubowe wydanie kasetowe. Jedyny inny link to to, że 3 członków Japan stanowiło skład koncertowy no-man w 1992 r., a Barbieri dołączył potem do Porcupine Tree, ale na tym etapie, Sylvian odciał się już od tych gości (może poza bratem). Ale starczy o Timie.

Z tej i tak długiej płyty, wypadło trochę kawałków, które potem pojawiły się na kompilacji Everything & Nothing (cztery kawałki, w tym dwa z serii „Dobro”) oraz singlach (np. Shadowman). Wrzucam tu jeden z tych utworów, bo kiedyś mój dobry znajomy, fan Sylviana, zwrócił mi uwagę, że tenże kawałek bardzo kojarzy mu się z SOFAD. O ile to oczywiście nie jest SOFAD< to rozumiem to porównanie i ogólnie się z nim zgadzam, tzn. czuć w tym coś z alanowych aranżacji z tego okresu (w Recoil też).

https://www.youtube.com/watch?v=JlfPF2QMq4c

Nie wiem co wy na to powiecie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 30 lip 2023 23:55

Hien pisze:
30 lip 2023 22:51
Ogólnie, jestem trochę zaskoczony tym, że tam usilnie szukałeś chwytliwych melodii, itd., bo sam wrzucałeś „Liquid”, album których w/w elementów jeszcze bardziej nie posiada (przynajmniej w tradycyjnym tych słów znaczeniu).
Może nie chodzi o to, że ja na siłę szukałem chwytliwych melodii. Ale jak one są, to muzyka dużo szybciej dociera do słuchacza. A tak trochę się trzeba pomęczyć, żeby to załapać. Liquid to świetny przykład, bo melodii tam rzeczywiście niewiele, pewnie dlatego tak wiele lat zajęło mi zrozumienie tej płyty. Speak to kolejny przykład. Teraz nie mam już problemu z utworami z Dead Bees (choć zanucić jeszcze i tak nie potrafię niczego z wyjątkiem I Surrender). No ale to działa pod warunkiem, że muzyka broni się brzmieniem. Bo przy mniej wyrazistych melodiach i dodatkowo niespecjalnym brzmieniu tak dobrze się to nie kończy raczej.
Z tym przelatywaniem wielu rzeczy koło uszu to Cię Hien rozumiem. Ja też tak czasami mam, jak słucham sobie czegoś niezobowiązująco. Na wiele rzeczy się nie zwraca uwagi. W bestce trzeba się chcąc nie chcąc skupić i działać ogólnie na zwiększonych obrotach. No bo trzeba się przecież uczciwie wypowiedzieć po paru dniach i to wymusza rzetelne odsłuchy. Do tego mamy już do dyspozycji pewne sugestie samego autora wrzutki. Dlatego ja po około kilkunastu przesłuchaniach albumu jestem chyba już trochę bardziej zaprzyjaźniony w albumem niż Ty na tym samym etapie te 10 lat temu.
A ten Cover Me With Flowers rzeczywiście ma gęste brzmienie niczym u Alana. Świetny utwór w świetnym rytmie.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 31 lip 2023 00:53

David Sylvian Dead Bees on a Cake

Zanim zabrałem się za Sylviana solo na tapet poszedł jedyny longplej Nine Horses. Słuchałem całości kilka miesięcy wcześniej, ale chciałem mieć dobre wprowadzenie pod klimat kolejnej płyty. Snow Borne Sorrow jest niezła. Ma parę dłużyzn, jednak broni się kameralnym klimatem, bardziej oszczędnym zestawem brzmień. Swoje zrobił też podrzucany dawno temu zamykacz. Dead Bees jest trochę starsza. Zakładałem, że będzie dość podobna, a na pewno pozwoli włączyć do list z rzeczami wartymi powrotów kilka kolejnych perełek.

I Surrender na pewno byłoby lepsze, gdyby było krótsze. Jak w pigułce słychać tu główne problemy - przeciągnięcie, bardzo luźny format kompozycji, przegadane fragmenty na wokalu. Dziewięć i pół minuty, przesada. Ciekawe co by było, gdyby CD nie było pierwszym wyborem jeśli chodzi o format wydania. Wolałbym opcję jednego niż dwóch winyli. Widzę, że płytę całkiem niedawno wznowiono na czarnych plackach i wygrała opcja poszerzenia, bonusy zapakowano między numerami w środku. No cóż. Dzięki temu można mieć jeszcze większe wątpliwości względem spójności i porządku panującego na podstawce. Po paru odsłuchach po kilkudziesięciu minutach trudno wyobrazić sobie sensowne zakończenie.

Dobro potrafiłem przegapić w trakcie słuchania. Szybko gaśnie w głowie, nie do zapamiętania. Po segmencie barowym wreszcie zaczyna wjeżdżać coś ciekawego. Thalheim mimo topornej perkusji ma intrygujące brzmienie, wchodzi mydelniczka klawiszowa, nie ma zapychaczy, wszystko pasuje i działa. Druga część za sprawą wokalu znowu przywołuje skojarzenia z jakimś szkicem, swobodnie potraktowanym szkieletem na dzień dobry. Niby jest w tym nutka charakteru, ale mimowolnie się rozchodzi. Mimo wszystko to i tak najlepszy kawałek jak do tej pory. God Man przypomina przeróbkę czegoś, co mogło zgubić się ekipie King Crimson w trakcie prac nad THRAKiem. Lekko dziadziusiowe tempo przy dość wyostrzonym brzmieniu (w porównaniu do reszty) bierze z zaskoczenia. Też szybko się rozpływa, ale wstęp robi robotę, skupia uwagę. Alphabet Angel ma tę przewagę nad Dobrem, że zawiera elegancki pasaż rodem z płyt Thoma Yorka. To dalej za mało, żeby chcieć wracać do tego z rumieńcami na twarzy, nie jest uzupełniony czymś ciekawym. Cicho przygrywające smyki w tle to już przesada. Po pierwszym odsłuchu najbardziej kręciłem nosem na Krishna Blue, bo te etniczne, plemienne brzmienia budzą we mnie często reakcję alergiczną, jakiś kaszel, zaczerwienienia na oczach, łzawienie. Z czasem idzie się osłuchać i nawet kupić ten zabieg. Przywodzi na myśl dalekie wyobrażenia nocnej posiadówki przy ognisku w przestrzeni pośrodku niczego pod gołym niebem. Albo inaczej - nocne pasmo z planszami reklamowymi albo multipip w kablówce w tamtym okresie (a Sylvian wtedy w jakimś radiu puszczonym tak o dla urozmaicenia), dla mnie bardzo pozytywne skojarzenie. Znowu ładny klawisz został użyty, tylko szkoda tej końcówki. Przynajmniej nie dłuży się tak jak I Surrender, jest potencjał do powtórek. Miniaturki mi nie robią w ogóle. Dłuższe propozycje poszerzają muzyczny plan płyty, a te mniejsze raczej zwalniają, zawracają. W takim otoczeniu są wręcz niepotrzebne. Na wysokości Cafe Europa wokale już mocno się zlewają ze sobą, cała nadzieja w urozmaiconych aranżach. Podoba mi się mocno eklektyczny zestaw kosmiczno-etnicznych dźwięków. Aż szkoda, że to nie są bardziej rozbudowane instrumentalne ambientowe kompozycje, Sylvian swoim głosem raczej usypia i irytuje przez większość czasu. W Nine Horses wychodzi to zupełnie inaczej, lepiej. Przyjemny chillout miejscami, który kontynuuje vibe z Krishna Blue. Nie, żeńskie wokale to nie jest w ogóle rozwiązanie xD Generalnie przydałoby się też jeszcze większe odchudzenie partii perkusyjnych, czasami tych ozdobników bywa za dużo, a maksymalizm raczej nie służy temu, co tutaj chce się wytworzyć.

Pollen Path brakuje pierydolnięcia, ale najpierw dysonans poznawczy. Po co w ogóle takie numery tutaj? Bardzo dziwnie się rozwija, wręcz zwija do środka. Źle otępiające. Z czasem numer staje w miejscu, a przy wokalach stojących w miejscu od samego początku potraktowanie "mocniejszych" momentów melisą to mały absurd. Fancy gadżety użyte w aranżu nie są w ogóle potrzebne, ale generalnie ten numer pierwszy kwalifikuje się do wycięcia. All Of My Mother's Names, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Lekko kwasowy początek, bardzo elegancka pętla perkusyjna. Szkoda, że to nie poszło w coś bardziej hipnotycznego, segment z barowym King Crimson wielkie rozczarowanie. Potem znów tribalowo. Ciekawe dodatki, faktycznie trochę jak u Alana. Na subHuman po mistrzowsku robił podobne outro w takim The Killing Ground czy Intruders. Gdyby nie środek wrzucony na pałę byłby faworyt płyty. Właściwie w tym momencie płyta mogłaby się skończyć. Wanderlust to już piąty dłuższy kawałek, a do tego nie wiadomo który z tym barowym dudnieniem. Recykling pomysłów, inaczej tego nie umiem określić. Najbardziej wyrazista perkusja idzie w drugim największym zapychaczu, ehh. Nastrojem przypomina Talk Talk bardzo wyraźnie. Numer w sanskrycie jednocześnie jest tu zupełnie od czapy. Z drugiej strony zawiera rewelacyjne rozbłyski w tle. Wreszcie odpowiednio uszyty aranż, tyle że do kawałka z zupełnie innego świata. W tym kontekście Darkest Dreaming pasuje. W porównaniu z pozostałą dwunastką robi się bardzo dziwnie. To już taka piosenka nokturn pełną gębą. Gdyby wśród gości był Fripp to w ogóle bym się nie zdziwił, potrafił w tamtym czasie wypuszczać baardzo zbliżone dźwięki. Całkiem niezłe, jednak nie umiem pozbyć się poczucia zaskoczenia, że akurat taki finał.

Płyta w całości nuży, trudno nad nią siedzieć ze szkiełkiem i okiem. Ze względu na wokale i pewną różnorodność rozwiązań nie wybrałbym jej jako soundtrack pod spacer, lekturę czy popołudniowe gnicie na łóżku. Mam jednak miejsce w serduszku dla Thalheim, Krishna Blue i Cafe Europa. Wyrwane z otoczenia od razu bardziej pasują. Zbyt wiele momentów rozczarowało. Bardzo toporna perkusja, brakuje tego nie do wymierzenia, czyli wyczucia. Ja bym to słyszał inaczej, a jest jak jest. Mimo wszystko do wspomnianych będę wracał, choć nie za często, ale tak też mam z Nine Horses. Na tyle osobliwa i charakterna muzyka, że potrzebuje określonego nastroju, klimatu dookoła. Bałem się, że ostatni raz będzie oznaczać totalnie odbicie, a jednak coś ze mną zostaje. To dobrze.