Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 31 lip 2023 07:47

Kurde, na tak profesorskie zaoranie takiej płyty, to trochę nie wiem jak odpowiedzieć i odnieść się do jakichś błysków w tle i porównań do King Crimson xD Mogę najwyżej pokierować do singla I Surrender, gdzie znajduje się krótszy single edit, tylko niestety nie ma go na yt, więc trochę siusiak :/
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 sie 2023 08:05

No Panowie, dawać wbijać z tymi recenzjami, bez przegięć pałki, jeśli ja będąc w tyle nadrobiłem raz dwa to i Wy możecie, yes you can
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sie 2023 08:13

Z mojego doświadczenia powiedziem, że argument "jeśli ja mogłem" nie działa, bo jeszcze trzeba chcieć xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 sie 2023 12:44

Biggiego pyknęliście w 12 dni, Sylvian stoi już tyle samo i nadal brak POŁOWY recek - MELKIEGO, MUSIAŁA I MENTOSA, normalnie trzech króli...

to już są jaja
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 11:09

David Sylvian - Dead Bees on a Cake

Bywa w tej bestce, że ktoś zarzuci czymś słabym, wiadomo że w tym gronie musi się zdarzyć, że ktoś zapoda jakieś gówno, np. Electric Light Orchestra, czy Recoil, ale powiem szczerze, że do tej pory nie było tu tak kurewskiej spierdoliny, jak ten album wrzucony przez Munlupa. Kim w ogóle jest David Sylvian? Z tego co wiem, to jakiś stary dziad, który obecnie zajmuje się wrzucaniem średniej jakości fot na Instagrama, jakieś creepshoty dup, jakieś foty z barów, itd. Jak jeszcze zajmował się muzyką, to nagrywał jakieś tłuczenie garów w opuszczonej szkole na jakiejś wyspie, kto tego w ogóle k€rwa słucha? No, ale odpalam ten album, no bo w końcu nie ma wyjścia, tak się tu umówiliśmy, musiałem raz chociaż to włączyć zeby się zescrobblowało, no chyba, że jestem Devotionalem, to wtedy wyłączam scrobbling, żeby się nie wydało, że słuchałem raz na ostatnią chwilę, bo by była siara. Od początku ten album ssie. Jakieś kurrwa iSurrender, co to niby jest? 10 minut? W kółko jeden loop, jakiś stary wypierd smęci, że się zakochał? Jakieś instrumenty z dupy, ludzie o co chodzi, co was boli. Potem chyba coś było jeszcze ale trwało minutę i nawet nie wiem, w kiblu byłem, nie chciało mi się cofać, bo chcę jak najszybciej mieć z dupy ten album. Midnit Sun, jakiś blus, jezu co za dziaderstwo, jakieś ty tyryry tyryry NIE WIEM, to nie jest moja BAŃKA, tego nie było na RYMie, tego nie grali na OFFIE, ja o tym nie jestem w stanie pisać, ani o tym rozmawiać. Talhien, nie wiem, muza z porno, ja oficjalnie porno nie oglądam, a to co robię w wolnym czasie, to nie jest wasza sprawa. Gad Men, jakieś podrabianie Kink Rimson, muza do sklepów terrarystycznych, taka wiecie, dla JASZCZÓRÓW< jak Lizard Kink rimson, wiecie, do czegoś przynajniej mogę się odnieść. Alfabet Angel, nie wiem, jakiś smęt, nawet nie wiem jak leciało, ale nie będę przecież drugi raz słuchał. Krishna Blue skipnąłem, pamiętam te pochody tych ludzi w piżamach śpiewających „HAREE HAREE HAREE KRISZNA”, jak ma słuchać jakiegoś dziadowatego coveru, który trwa 10 minut, to ja to pierdoIe. Shining things, jakieś skrzypce, smęty znowu i to w dodatku z dupy. Cafe Europa, sory wole LATTE, hehe, jestem śmieszny jak nakurwione depeszki pot sceną na narodowym. Kolejny smęt i jakaś babka czyta biblie, bez sesnu. Pollen Path, nie pamiętam, trudno, jak Munlup chciał opisy, to mógł po prostu wrzucić lepszy album. Szczerze to tu poszedłem kupe i jak wróciłem, to się okazało, że jakaś złą wersję ściągnąłem co się kończy na Wonderwall, ale na tym etapie już mam i tak opinię wyrobioną. Płyta jest do dupy. Nawet gdyby trwała 15 minut, to by śmierdziała niemytym chójem, ten cały Sylvian nie umie śpiewać, nie umie pisać, nie umie grać, jedyne co umie to mnie prostytutka wkurzać. Długo się zbierałem z tą recenzją, ale musiałem poczekać, aż mi ciśnienie spadnie, bo inaczej jeszcze bym pierdonął na zawał od tego gówna. Jestem za tym, żeby Munlup więcej już nie brał udział w tej grze, bo jego propozycje są coraz gorsze. Kiedyś tu był dobre albumy np. Violator, to to była dobra muzyka, a teraz jakiś wymysły, jakiś gówna wchodzą. Dno.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 sie 2023 11:15

amalgamat ;(

Czy mam uznać że ta recka wyczerpuje temat? ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 11:16

Tak, przechodzimy do Clear. Tych pozostałych i tak mi się juz nie chce czytać;0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 03 sie 2023 11:23

Dziękujemy za rzetelną i wyczerpującą ręcenzję.😀
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 11:24

da się? da się xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 11:36

Swoja drogą, Wuja się pewnie nie ucieszy, ale zaplanowane na następną kolejkę Radiohead nie wleci w tym roku. Bo w tym roku, po skończeniu tej kolejki, zmieścimy jeszcze po jednym albumie od każdego, a głęboka jesień to już nie czas na tęcze i inne. Tak to jest jak proste albumy zajmują prawie 3 tygodnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 sie 2023 11:42

Zbytnio panowie filozofujecie nad tym, tu nie Porcys. Posłuchać, napisać co jest spoko a co nie i tyle. Musiał dopiero zaczął słuchać (o ile w ogóle zaczął) i zapowiedział się na sobotę dopiero więc no w niedzielę puszczę Clear ale wystarczy tych opóźnień, na następny album daję tydzień i trzymajmy się jakiegoś sensownego tempa...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 11:54

Jakościowa recenzja Deva się szykuje.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 03 sie 2023 11:58

Ech tylę już wyczekuję na to Radiohead.
Clear sobie obcykam na urlopie i po przyjeździe pacnę opis. W utworach już chyba nie będę wrzucał, żeby nie blokować.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 sie 2023 12:12

Eeee spokojnie, następne wrzucanie utworów to pewnie dopiero jak wrócisz z urlopu będzie w tym tempie ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 12:12

Zobaczymy jak to się będzie układało Wuja, bo ewidentnie to nie Twój urlop będzie wydłużał kolejki.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 03 sie 2023 13:44

David Sylvian - Dead Bees on a Cake

Słowem wstępu wiem kim jest David Sylvian i znam zespół Japan. W zasadzie wiele więcej nie jestem w stanie na ten temat napisać, chociaż może i powinienem, bo wyżej wymieniony zespół to jest jeden z tych zespołów, co to powinienem mieć je jeśli nie w swoim prywatnym topie, nie mówiąc już o tym, że koleś nagrywał z Frippem, a jak ktoś nagrywa z Frippem to w przeważającej większości kłaniam się mu po pas i mówię dzień dobry na klatce schodowej. Myślę, że to się może u mnie zmienić, bo od dłuższego czasu jestem znacznie mniej skory do odkrywania nowej muzyki, a zamiast tego wolę wyciągać perły z lamusa, które albo z jakichś przyczyn przez lata pomijałem, albo poznawałem bardzo pobieżnie i po łebkach - vide Radiogłowi czy Piotr Gabriel.
Czas pokaże, czy przesłuchanie płyty Sylviana pomoże mi w przekonaniu się do muzyki Sylviana - na pewno był to jeden z logiczniejszych kroków podjętych w tym celu. O dziwo, racjonalne tutaj okazało się nawet odsłuchanie tej płyty za pośrednictwem jednego z serwisów streamingów, bo wersja, której słuchałem była praktycznie identyczna, co oryginalne wydanie tego albumu z 1999 roku (znajdował się tam tylko jeden dodatkowy kawałek, którego pozwolę sobie szerzej nie omawiać). Uzbrojony więc w tak racjonalne podejście i logiczne rozumowanie zabrałem się do odsłuchów tej płyty. Na ten moment mogę powiedzieć, że o ile z JAPAN to siusiak wie, tak ten album na pewno nie znięchecił mnie do dalszych poszukiwań.
Płytę otwiera utwór pt. I Surrender i w sumie już od tego momentu jesteśmy w domu. To jest taki maksymalny munlup w rozumie, munlup w munlupie oraz hien-core na pełnej i fakt, że album wrzucił tutaj ten konkretny op, a nie ktokolwiek inny szokuje mnie praktycznie tak samo jak to, że dzisiaj jest czwartek, a jutro będzie piątek. Słuchając tej płyty robiłem sobie notatki (lol) i zanotowałem sobie, że ten kawałek to praktycznie no-man w domu - wokal podobny Bownessa, podobne brzmienie i coś, co nazywam VIBE'M. Może co najwyżej nie słyszałbym u Stefana tych dęciaków. W każdym razie moje skojarzenia są na tyle intensywne, że nawet mam to samo zdanie, co o większości płyt No-Man czyli, że generalnie to jest przyjemna muzyka, którą szczerze doceniam i naprawdę lubię - sami możecie sobie dopowiedzieć, czy to aż tyle, czy tylko tyle. Lub nie.
Pominę #Dobro 1, gdyż traktuję ten kawałek jako przerywnik, ew. próbę nieszablonowego podejścia do intro poprzez ulokowanie go jako drugiej pozycji na trackliście. Midnight Sun jest na RYMie, tak samo jak cały ten album, więc nie rozumiem o co chodzi. Tutaj sobie zanotowałem, że całość mi brzmi jak soundtrack do noirowego filmu o zmęczonym życiem kowboju. Być może to skojarzenie jest zbyt abstrakcyjne i bez sensu, a ja się nie znam na muzyce - wcale tego nie wykluczam. Rzecz typu nawet, nawet.
Ciekawszy jest dla mnie kolejny utwór na trackliście - Thalheim. Jeden z moich faworytów na tym albumie, rzecz śliczna i wzruszająca. Ja jestem w gruncie rzeczy nostalgiczny i sentymentalny człowiek, teraz może i mniej, bo jednak nostalgia to pułapka, ale swego czasu nie potrafiłem się nie rozczulić za starymi, dobrymi czasami podczas głupiej wizyty w domu rodzinnym. Ten utwór to właśnie coś, co brzmi jak soundtrack do tego typu wizyty, do powrotu do małego miasteczka, w którym spędziło się kupę czasu kilkanaście lat temu i do miejsc, które kiedyś tętniły życiem i w których przeżywało się ważne chwile. Znowu dęciaki pomagają tutaj budować fajny klimat i tutaj duży props z mojej strony, bo ja jestem prostytutka na takie rzeczy.
Trochę chcę zdissować God Man, a trochę nie chcę - chociażby po to, że odnoszę wrażenie, iż często w moich reckach przewija się motyw słabego kawałka umieszczonego po hajlajcie danej płyty, a nie lubię się powtarzać. Mój problem z tym utworem jest z grubsza taki, że słyszę, że jest spoko, ale po prostu ni cholery mi tu nie pasuje. Dla mnie ten kawałek jest mocno angstowy, a mi takie klimaty zupełnie tutaj nie pasują, zrestą odnoszę wrażenie, że Sylvianowi też. Pewnie bardziej bym docenił, gdybym usłyszał to wyrwane z kontekstu. Zanotowałem, że momentami brzmi to jak odrzut z 1.Outside, ale jak tak teraz tego słucham, to w sumie sam się zastanawiam o co mi chodziło lol.
Alphabet Angel to w sumie dość ciekawa propozycja, chociaż też nie umiem do końca potraktować jej jako kompletnej propozycji - z drugiej strony skit czy przerywnik to to też nie jest. Na początku spływało, później doceniłem ten stan "podskórnego niepokoju", trochę taki klimatyczny miszmasz Boards of Canada z Twin Peaks. Powinna wyjść z tego maksymalna DUCHOLOGIA, ale właśnie nie - bardziej niepokój, losowość oraz apokalipsa pod płaszczykiem względnej normalności. Zaintrygowało mnie to, niestety, w przeciwieństwie do następnej propozycji na trackliście, którą w moim wydaniu było Krishna Blue. Nie czuję tego kawałka, tak najzwyczajniej w świecie, orientalne klimaty częściej mnie nużą i nudzą, niż interesują, a tu trwa to bite 8 minut i po paru odsłuchach ni cholery nic nie pamiętam. Słyszę, że OBIEKTYWNIE to niby nie jest jakieś złe ani tragiczne, nawet mimo faktu, że nie podoba mi się ten kobiey wokal, ale wciskałem to w siebie parę razy i bez żadnych szczególnych emocji. Nie będę tego pomijać przy ewentualnych powrotach do całości, ale też nie będę słuchać tego sam z siebie.
The Shining of Things to kolejna pozycja, na którą sobie POJOJCZĘ. Po wyróżnieniu jej przez OPa mogłem się nastawić za bardzo na cholera wie co, ale prawda jest taka, że też chcę się tu zakochać, a nie umiem. Za dużo tu patosu i zbyt rzewne, sorry, próbuję tu dopatrzeć się czegoś ciekawego, intrygującego, ale za każdym razem słyszę trzy minuty zawodzenia pod Janka Muzykanta grającego na skrzypeczkach i za każdym razem grubo się odbijam.
Zaraz pewnie ktoś tu się powyzłośliwia, sugerując mi, że ja generalnie to nie lubię muzyki czy coś, więc by nie było - Cafe Europa jest spoko. Niby w swoich notatkach nie zostawiłem zbyt wielu pozytywów, dosłownie pisząc tylko o tym, że fajne i nic poza tym, ale prawda jest taka, że w tym kawałku COŚ jest i nie bez kozery wracałem do niego najczęściej, bo o ile to COŚ słyszę i czuję, to nie za bardzo widzę, albo raczej nie umiem tego ubrać w słowa. Trochę jak w przypadku Thalheim, ale tylko trochę bo to jednak trochę inny klimat i inny vibe.
Pollen Path to dziwny kawałek, nie umiem go oceniać w kategoriach dobry/zły (brzydki). Zalatuje mi mocno jakimś coverbandem King Crimson, ew. odrzutem z którejś z późniejszych płyt tego zespołu, chociaż to instrumentalne przejście trąci nieco słynnym fragmentem Moonchild. Którego nie lubię. Mniejsza z tym, wolę się skupić na kolejnym kawałku. ALL OF MY MOTHERS NAMES jest kozackie, na tyle kozackie, że aż zapisałem tytuł Capsem. Potraktujmy to jako nieformalny znak jakości czy coś. Nie sądziłem, że potrzebowałem na tej płycie 6 minut czystego fusion, ale jak widać potrzebowałem. Bierę tu wszystko - od psychodelicznego wstępu, po ten wjazd gitar i fragment mocnego łojenia, po tę nieco niepokojącą końcówkę. Mocne zaskoczenie i mocna rzecz.
Wanderlust trochę mi się kojarzy ze smoothjazzową wersją Evidence Faith No More (jeśli tutaj zakręcicie oczami i worami, to tylko napomknę, że miałem bardziej abstrakcyjne skojarzenia w notatkach...). Nie chodzi mi tu nawet o podobieństwa na poziomie kompozycji, bardziej ogólnego klimatu, takiej WYJEBKI, że wiecie - pali się szluga w okularach przeciwsłonecznych w zadymionym lokalu w środku nocy. Na początku chciałem to krytykować, z czasem doceniłem. Mam tylko nadzieję, że Kydryński tego nigdy nie puszczał w żadnej swojej audycji, bo jednak w tym przypadku byłaby to siara.
O dwóch ostatnich utworkach króciutko, bo tutaj naprawdę nie mam zbyt wiele ciekawego do napisania. Nie będę prejzować utworu Praise - nie kupuję tego motywu z deklamacją hinduskiej modlitwy pod jakiś ambient. Zrzucam to na karb swojego totalnego nieuduchowienia i po prostu go pomijam. Darkest Dreaming za to jest tutejszym odpowiednikiem Goodnight Lovers - uroczym zamykaczem i kołysanką na dobranoc. Pasuje mi tutaj, bo też uważam, że to dobra płyta na późny wieczór/noc i ten kawałek w sam raz pasuje do ułożenia się do snu pod koniec jej odsłuchiwania o tej porze.
Trochę pochwaliłem, trochę pojojczałem. W ogólnym rozrachunku lokuję tę płytę w kategorii RZETELNYCH SIÓDEMEK, czyli płyt, które są spoko i mają dobre momenty, ale trochę im brakuje do tego, by trafiły do mojego osobistego życiowego kanonu. Ostatecznie jednak minusy nie przesłaniają plusów, a i o to też chodzi. Dobra płyta na dobry sen i zdrowe trawienie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 03 sie 2023 14:47

David Sylvian - Dead Bees on a Cake

Jak zwykle nie umiem zacząć pisać (o płycie, o czymkolwiek), zawsze to odsuwam w czasie, a potem się okazuje, że samo pisanie nie wygląda tak źle. Tym bardziej, że Sylvian nie jest taki zły. Czytałem o nim już dawno, ale raczej nie zgłębiałem jego twórczości. Po pierwszych odsłuchach pomyślałem, że płyta kojarzy mi się z wczesnym Porcupine Tree i no-man. Jak rozmawialiśmy przedwczoraj z Shodanem, to zastanawialiśmy się, czy to przypadek, czy oni wszyscy inspirowali się sobą nawzajem, czy któryś był bezwstydnym łobuzem i podkradał kolegom pomysły. Brzmi to w każdym razie jak muzyka z lat 90. (i jest z lat 90.), bardzo spokojna, tocząca się wolno, a sam Sylvian ma przyjemny, kojący (w dużo większych dawkach brzmi to nieco usypiająco) głos dobrze komponujący się z muzyką, do której śpiewa.

I Surrender, otwierający płytę, to długa piosenka, z której po pierwszych odsłuchach zapamiętałem głównie leniwe tempo, wielokrotnie wyśpiewywaną frazę tytułową i dużo ciekawych dźwięków na dalszym planie. Mamy delikatną gitarę, delikatny basik, przestrzenne brzmienie. Od razu przypomina się no-man z początków działalności (tj. przed Flowermouth), głos rzeczywiście kojarzy się mocno z Timem Bownessem. Aura jest bardzo melancholijna, w takie deszczowe lato ciepła muzyka, niepozbawiona dobrej energii nieźle wchodzi. W tle pojawiają się keyboardy, smyczki, aura przypominać zaczyna jakiś Speak czy inne Days In The Trees. Ładne są te solówki na trąbce w tle, takie miłe urozmaicenie długiego kawałka, zastanawiam się tylko, czy on rzeczywiście musi być tak długi. To nawet trudno ciąć. Po udanym wstępie Dobro #1 przelatuje niemal bezwiednie (przypuszczam, że to dlatego, że ma podobne brzmienie i jeszcze wolniejsze tempo w stosunku do I Surrender, mózg nie wyczuwa dużej różnicy). Dlatego trzeba więcej się wsłuchać. Delikatna gitara, klawisze, miniaturka jak żywcem wyjęta z no-man, nie przymierzając taki Riverrun się przypomina. A została nagrana później od Speak.
A potem Midnight Sun. Początek przypomina mi piosenki Marka Knopflera, po czym wchodzi specyficzny wokal Sylviana. Fajne, czyste brzmienie (to by było coś, promocja muzyki z tak brzmiącą gitarą, bez jakichś metalowych wpływów), wolny rytm, klimatyczne, gitarowe zagrywki: niby kojarzy się z Ameryką, ale na jakieś rodeo itp. trochę wolne. Bardziej jako opowieść gościa snującego wieczorem swoją opowieść w jakimś ogródku piwnym (dopiero co spotkałem takiego gościa na Mazurach). Midnight Sun to bardziej "sun" niż "midnight", ciepła, słoneczna aura, fajna rytmika. W Thalheim uderza (dosłownie) mocniejszy, wyrazistszy bit, kawałek zyskuje na energii. Fajne zagrywki gitarowe, melancholijny śpiew Sylviana, jakimś problemem może być swoista magmowatość płyty (czyli: jak wejdzie, to super, bo wszystko wejdzie, ale jak nie wejdzie, to trzeba zupełnie odłożyć na jakiś czas). Pojawia się w tle trębacz, dodaje innej melancholii: melancholii człowieka na tle leniwego otoczenia. Wszystkie te utwory żyją raczej klimatem niż charakterystycznymi zagrywkami.
God Man kojarzy mi się z już wymienianymi, ale i kimś jeszcze, tylko nie umiem go nazwać. Aura się zmienia, staje się żywsza, przypomina jakichś bluesmanów, rockmanów rozumianych bardziej konwencjonalnie, Sylvian śpiewa nisko. Fajne, cymbałowo-wibrafonowo brzmienia dodają trochę takiej atmosfery domu strachów, trochę jakiegoś Scooby Doo, gdzie jakiś ponury lokaj straszy, a potem zostajemy z samym domem, kiedy duchy się pochowały lub wyniosły. Ciekawa sprawa. Potem krótki Alphabet Angel, znów bardziej melancholijny utwór z wychodzącymi na pierwszy plan keyboardami, znów aura melancholijna, jakieś bezludne pustkowia, deszczowa pogoda, cisza, jakieś rozległe krajobrazy, kończy się szybko i zostawia z wrażeniem niepokojącym. Krishna Blue zaczyna się znów od brzmień perkusyjnych, w tle przygrywa coś rzeczywiście jakiegoś wschodniego, nie wiem, indyjskiego? Na pierwszym planie jednak typowy Sylvian. Chociaż nie, potem nabiera barwy takiego ni to lokalnego grajka, ni to barda (jakoś nie przepadam za tym słowem). Następnie, na tle tych bębenków i orientalnych klimatów zjawia się damski głos (żony) i brzmi bardzo tajemniczo, trochę jak z filmu przygodowego lub obyczajowego, podoba mi się. I wraca mąż i dalej snuje swoją opowieść, świetne są te bębenki czy co to tam jest. Wszystko to kojarzy mi się mocno z gęstą roślinnością, jakby domem na skraju lasu czy jakichś zarośli, z których słychać głosy.
The Shining Of Things, naszpikowane smyczkami, znów diametralnie zmienia klimat. Trochę to ni w pięć, ni w dziewięć, spójność się gubi. Ciężki kawałek. W Cafe Europa wraca klimat wcześniejszych nagrań, takiego Midnight Sun czy Thalheim, delikatny, melancholijny kawałek, wolne brzdąkanie, delikatnie brzmią bębenki. Mam wrażenie, że to już było, nie wiem, przyjemnie się tego słucha, ale mam nadzieję, że zmiany aury i kolejnego powrotu nie będzie, bo to już za dużo na jedną płytę. Pollen Path i znów mamy wyrazistszy rytm, znów mamy niski, melancholijny głos Sylviana. Potem rytm się gubi, numer nabiera oszczędnego wymiaru, nie wiem, zgrzyta mi to. All Of My Mother's Name to znów kawałek niepokojący, pełen dziwnych dźwięków w tle jak z jakiegoś dramatu przeradzającego się w thriller, dziwne to jest przypomina ścieżkę dźwiękową do jakiejś przygodówki, niezła rzecz, ale czuć już, że album jest za długi.
Wanderlust. Znów pogodny, choć nieco melancholijny kawałek nawiązujący do brzmień, które już były przy okazji takiego Thalheim. Myślę, że może być problemem słuchanie tej płyty w innych okolicznościach niż dużo czasu, pogodny nastrój i pogodna aura dookoła (i, najlepiej, bez współsłuchaczy, bo wątpię, żeby im 5 takich kwadransów odpowiadało). Po piątej minucie nabiera walorów filmowych. Mamy jeszcze dwa utwory: Praise z bardzo ładnym żeńskim wokalem, nieco tu niepasującym (coś jak końcówka Roots To Branches Jethro Tull, gdzie wchodzą klimaty barowe), ale w samym wokalu można się zasłuchać i Darkest Dreaming z bardzo wolnym tempem, pogodną aurą, która stopniowo się wycisza i spokojnym głosem.

Myślę, że to bardzo dobry album w klimacie, który mi bardzo odpowiada, kiedy trafi na odpowiedni nastrój. Aczkolwiek trochę za długi, można by coś tam i ówdzie uciąć. Przypomina mi to z jednej strony no-man, z drugiej trochę klimaty knopflerowskie, z trzeciej pojawiają się motywy orientalne. Dobrze się to ze sobą klei, jak sądzę, i była to przygoda w przytulnej atmosferze z czymś, co w sumie jest mi bliskie, ale rzadko jest czas, by się w tym nastroju zatopić. Może faktycznie właśnie teraz jest najlepszy moment. Gratki, Hien.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sie 2023 14:59

Super. Rozumiem, że w ciągu 24h wjedzie Dev?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 05 sie 2023 16:53

Wjeżdża Dev.

David Sylvian - Dead Bees on a Cake

No no, pamiętam, jak już parę ładnych lat temu (czy to nie było 2018? Chyba nie rok wcześniej?) kol. Hien zapodał mi Blemish od Sylviana (w minionej utworowej mieliście okazję zapoznać się z pochodzącym zeń A Fire in the Forest, świetny kawał muzyki) podobnie ostrzegając, że nie będzie to do końca płyta łatwa, Sylvian solo po latach 80. jest specyficzny, ale nie powinienem się zniechęcać, albowiem wszystko będzie super, on jest pewien (tzn. Hien). I wiecie co? I miał skurczybyk rację, Blemish weszło niby nóż w masło, była wtedy dobra aura, taka jesień, ale jeszcze bardzo wczesna, a może późne lato, ale padało, Blemish ma taki wczesnojesienny charakter, za to Dead Bees on a Cake... późnoletni. Zdecydowanie. Problem polega na tym, że pogody dobrej do słuchania tego krążka nie miałem. Jak wybierałem się w góry nie tak dawno temu, pytałem kol. Hiena, czy warto, abym zabrał ten album ze sobą. Powiedział, że nie jest do końca przekonany, a ja go posłuchałem, i teraz nie wiem, czy dobrze zrobiłem xD Tzn. faktycznie moja głowa generuje inny "naturalny" setting do tej płyty, ale tam było dość słonecznie, dość... górzyście (LOL), ale przede wszystkim leśno i odizolowanie (dosłownie, środek sezonu i nie widziałem na szlakach niemal nikogo). Ostatecznie jeśli już czegoś słuchałem, to był to OST ze Skyrima (da się być bardziej cheesy? Zapraszam do sparingów), także mówię, jak wrócę do Łodzi/Warszawy/gdzie ja tam bym był akurat. No ale wtedy starczyło mi sił i środków na tylko jeden odsłuch, mało. No to może, myślę sobie, wezmę go na Litwę, albowiem wybierałem się kilka dni później na weekend do Wilna. Wziąłem, owszem, za to sposobności na odsłuch nie było właściwie w ogóle. Więc ostatecznie stanęło na Zgierzu. Ale no, utknąłem w chałupie, a ten krążek się prosi, żeby go odpalać poza domem, w naturze, gdzieś, sam nie wiem, a może... morze? Może powinienem był zabrać coś aż tak emocjonującego mnie tam, gdzie moje emocje zawsze są? Cóż, planuję 2-3 dni we wrześniu, więc już chyba mam soundtrack... No ale dość i osobistych przeżyciach bez muzyki, wszak to ona jest najważniejsza, więc przysiadam raz jeszcze i chwytam pióro w dłoń.

Przede wszystkim, lubię Sylviana. Nie znam go może jakoś na wylot, jestem typowo letnim (huehue) fanem, ale jednocześnie nie będę się tego wstydził, albowiem rzeczy, które poznałem, są bardzo "niehitowe" w klasycznym tego słowa rozumieniu. Słuchałem jego pierwszej płyty solo (kiedy jeszcze myślałem, że to będą mocne ejtisy, bo akurat w takowe byłem wówczas wkręcony), spodobała mi się po jakimś tam czasie, polubiłem Japan (choć głównie 2 ostatnie albumy), Blemish mnie wessało grubo do środka, a teraz dostaję w łeb TYM. I to dosłownie, dostałem, i czuję się oszołomiony. Dlaczego ja nie poznałem tego wcześniej? Skojarzenia, które mieli przedmówcy w związku z no-man są jak najbardziej zasadne. W ogóle całość absolutnie nie leży mi w okolicznościach, w jakich ona miała powstawać - ja widzę Sylviana zamkniętego w ciemnym, drewnianym domu gdzieś na północy Europy, może Estonia, może Finlandia, otoczony sprzętem nagrywa wszystkie partie pojedynczo wpieprzając lukrecjowe żelki i popijając cydr. Wszystko tutaj pachnie jakąś taką leśną prowincją, zwłaszcza te fragmenty, gdzie muzyka przypomina coś wręcz arkejdowego (God Man jest świetnym przykładem), może jednak trzeba było tego słuchać w górach xD No, ale jedziemy - I Surrender! Zaczyna się... No właśnie, jak już Mintaj napisał przede mną, płyta powinna się zaczynać albo od tego bez Dobro #1, albo zacząć się od Dobro #1 a potem I Surrender, bo tak to wyszło trochę I Surrender - Zło #1. Ledwo numer się zaczyna mam raz - flashbacki z no-man srogie, i jeszcze wokal Sylviana (który generalnie uwielbiam, czy ja już tego w tej recenzji nie pisałem? Nieważne, powtórzę jeszcze raz - Sylvian jest kozak, w sensie jego głos jest kozak, i to zarówno z czasów bycia glam-rock-kidem jak i na recenzowanym albumie, kiedy jest zachrypnięty, zadrapany i lekko postarzały, ciekawym aż, jak brzmi teraz), ten bicik, gitara, która włóczy się spokojnie i niespiesznie po całym numerze trąci czymś ze stajni Radia RAM, właściwie spokojnie możnaby to wcisnąć na RAM cafe xD Ale to żadna ujma, absolutnie! Numer jest świetny, jako otwieracz wygrywa totalnie, poziom lekko melancholijnego czilu, jaki mi to zapodaje, jest wprost nie do ogarnięcia. To ja powinienem siedzieć w tej drewnianej chacie gdzieś na północy Europy, piszę te słowa gapiąc się w otwarte okno domu rodziców w Zgierzu, przede mną zaciągnięte stalowymi chmurami niebo (o dziwo, nie pada, a powinno, właściwie miało cały dzień), niemal zero wiatru, powietrze płynie tak samo powoli, jak ta piosenka. Szkoda tylko, że zamiast wygodnego fotela mam wyjątkowo niewygodne krzesło. Fantastyczny utwór, właściwie już od pierwszego odsłuchania wiedziałem, że będę przezeń kupiony, nie dało się wręcz inaczej (jeszcze to outro z trąbką, ZŁOTO). Przy pierwszym pierwszym odsłuchaniu miałem też wielką nadzieję, że reszta płyty będzie utrzymana w takim samym klimacie, no, chociaż zbliżonym, albowiem wiadomo, różnie bywa. I co? I się nie pomyliłem. Właściwie mógłbym przeskoczyć Dobro, albowiem, jak już powiedziałem, to jest dla mnie taki podrzucony dalej opener, choć nadal bardzo fajny w brzmieniu, ekstremalnie uspokajający aż. Bardzo przypomina mi opener albumu Peel Away the Ivy od brytyjskiego tria The Pattern Forms (gdzie 1/3 składu stanowi... Cate Brooks, ta laska jest wszędzie). Po nim wchodzi ciężkie Midnight Sun, które spokojnie mogłoby mieć na feacie Nicka Cave'a albo właściwie kogokolwiek z The Bad Seeds. Akurat jak tego słucham zerwał się nieco wiatr, acz sam już nie wiem, czy do tego pasuje mi taka aura, jak za oknem, czy raczej powinien to być okrutny upał gdzieś na skraju lasu (wyobrażam sobie tartak obok, zapach trocin i tym podobne). Numer jest surowy, nieco brudny, zaś niezidentyfikowany dla mnie instrument, który pojawia się np. w 1:17 i potem ciągnie tym specyficznym zestawieniem dwudźwięków następne ponad 20 sekund (i znów nadchodzi ciszej) kojarzy mi się potwornie z dowolnym soundtrackiem do jakiegoś starego polskiego filmu lub serialu (coś z lat 60. lub 70., ale akcja też się toczy w latach 60. lub 70.), to taka aż nazbyt charakterystyczna zagrywka. Bębny wraz z gitarą przypominają mi też (ale co ciekawe, podobnie maniera śpiewu Sylviana w tym konkretnym numerze) nieco zapomniany projekt Tima Friese-Greene'a, gościa odpowiedzialnego za sukcesy Talk Talk, o nazwie Heligoland (polecam mocno self-titled krążek, ale nie tylko). A to bardzo miłe wspomnienia są. Kiedy już wydostaję się z tego ciężaru brzmieniowego wpadam wprost w jezioro melancholii i Thalheim. Ten numer to jest jawna korespondencja muzyczna z pierwszą połową bestki utworowej no. 3 w tym roku, a więc spokojnie, gitarowo, alternatywnie i melancholijnie właśnie. Numer zaprasza do późnowieczornego włóczenia się... gdzieś, po czymś, już bez znaczenia, czy to promenada nad morzem pod koniec lata, gdzie już tylko pojedyncze osoby wyszły na spacer, to z psem, to ze szlugiem, to z własnymi myślami, czy też nieco opuszczona ulica w centrum dużego miasta. Sylvian dostarcza tutaj potężnie, znów aż chcę sam siebie spytać, dlaczego nie poznałem tej płyty wcześniej xD Znalazłbym dla niej wprost i d e a l n e okoliczności odsłuchu, no ale chrzanić to. W połowie utworu dzieją się tak cudowne rzeczy w towarzystwie padów, gitary i trąbki, że aż mam ochotę wyjść z domu (tyle tylko, że chyba właśnie zaczęło padać). To chyba najbardziej skandynawski w brzmieniu (cokolwiek miałoby to znaczyć) numer na Dead Bees on a Cake (a tytuł tylko przypadkowo to podbija). Ostatnie 2 minuty w ogóle wysyłają mnie w srogi niemal trip, acz robi się niebezpiecznie łzawo. God Man dostarcza odtrutkę - groove, którego aż się nie spodziewałem, ale taki też dość niepokojący, ta kalimba w tle (czy też inne cymbałki, nie jestem znawcą przyznać muszę) dodaje piosence klimatu pewnej tajemniczości, a jakby wypiąć wokal, to w ogóle brzmi to dla mnie jak OST z Raymana 2 - i znów, to nie ujma! OST z Raymana 2 jest absolutnie doskonały. No i ten bicik... W ogóle póki co album ma świetne bębny/loopy perkusyjne, szybki rzut okiem na Discogs i... no tak, robi je Steve Jansen, co jakoś nie powinno być zaskakującym. Gość zresztą na pewnym etapie swojej działalności współpracował mocno z Johnem Foxxem, a to już jest znak jakości. No, ale starczy tych przerywników wybijających z nastroju, tak więc wracamy w stronę mniej lub bardziej lekkiej melancholii, napada mnie Alphabet Angel. Tu jest wręcz eterycznie, lekko ambientowo, oszczędnie i minimalistycznie, piękny motyw na klawiszu nad elektronicznym pianinem (zdaje się, że za jedno i drugie odpowiadał ś.p. Ryuichi Sakamoto, więc już z tych kilku snippetów jego twórczości powinienem sobie uzbierać wolę na posłuchanie jego solowej twórczości). Nie jest nam dane długo się tym pozachwycać (tzn. mnie nie jest dane), albowiem oto nadchodzą orientalne motywy z Krishna Blue. Będę szczery - jeśli cokolwiek na tym krążku było choć blisko zmęczenia mnie, to właśnie ten utwór (ale blisko, co nie znaczy, że mnie zmęczył, plus jedno zadrapanie na jednym z elementów doskonałej kolekcji jeszcze nie rujnuje kolekcji, prawda?). No dobra, jest jeszcze jeden, ale o nim później. Przy czym chodzi tylko o jedną rzecz w przypadku Kryszny - jest ODROBINĘ zbyt długa. Albo to jeden z tych bardzo niewielu momentów, gdzie sylvianowy wokal trochę nazbyt się snuje, może zrobiłem się nieco zbyt senny? Trudno powiedzieć. Instrumental mógłbym zapropsować w całości, choćby z tego jednego powodu, że instrumenty perkusyjne w tle brzmią niemal identycznie jak loop w We Cleanse This Space od The Advisory Circle xD A tak poza tym to jest spoko, tylko mam potrzebę pójścia dalej, akurat połowa albumu przy każdym moim odsłuchu mnie lekko usypiała (budzi nieco agresywniejsza gitara po 6-tej minucie). A tutaj nie ma czasu na spanie, trzeba głębiej w las. Wraz z lasem nadchodzi krótkie acz nastrojowe i mocno filmowe The Shining of Things, które brzmi trochę tak, jakby ktoś pożenił Talk Talk z Bonobo, albo z Julią Holter przynajmniej. Po kolejnym ciosie melancholii wjeżdża Electric Cafe Europa, najbardziej RAM-core'owy numer na Dead Bees on a Cake. Klimat tego utworu jest tak bardzo niepodrabialny i jednocześnie łatwy do podrobienia, że to głowa mała. Mam wrażenie, że podobne zagrywki i melodie słyszałem już z setkę razy, jak nie lepiej, a jednocześnie Sylvian sprzedaje mi to jako coś kompletnie nowego i - bez zaskoczenia - udaje mu się to. Teraz naprawdę czuję/widzę jakieś samotne, mokre od niedawnego deszczu ulice jakiegoś tam miasta, za chwilę zapalą się latarnie (a ja zapalę szluga, oczywiście NIE MOGŁO BRAKNĄĆ TEGO MOTYWU), niespiesznie pokonuję kolejne fragmenty bruku zmierzając znikąd donikąd... Tutaj dobrym tłem byłyby tyły warszawskiej Starówki (co prawda Sylvian wspomina w tekście Londyn, ale ten daleko), względnie zapomniane fragmenty południowych dzielnic Łodzi. Klimat udziela mi się nieziemsko, głos eksżony Sylviana pasuje fantastycznie (czego nie do końca da się powiedzieć o Krysznie), mógłbym lekką ręką zasypiać do tego kawałka. Jest świetny, fantastyczny, doskonały, nastrojowy jak diabli, płyta niby faktycznie długa, a w ogóle mnie nie męczy, nie nuży (tzn. poprzez swoją długość, bo żeby męczyła tak ogólnie, to musiałaby być do dupy, a jest świetna, z tym, że nie brakuje dobrych płyt które tracą przez zbyt wykręconą długość), co więcej - miałem jej słuchać teraz 5 raz, a słucham 6 xD (albowiem do każdej recki słucham raz jeszcze, żeby odświeżyć sobie uwagi i tym podobne, przemyślenia, może coś nowego wyłapię w ostatniej chwili). Dosłownie nie mogę się oderwać, jeśli ta aura za oknem się utrzyma, to mam już swojego kandydata na płytę miesiąca. Z tym, że zapowiada się dość melancholijny i ponury miesiąc xD Na wszelki wypadek nadchodzi tzw. PIERDOLNIĘCIE w postaci Pollen Path, które mocno wytrąca z pół-letniego snu, w jaki pakowały nas poprzednie numery. Zrobiło się ożywczo i ciekawie, w okolicach 1:50 robi się jeszcze a la Belbury Poly, wciąż gdzieś tam pobrzmiewają lekko orientalizujące gitary, Sylvian ewidentnie lubuje się w tych klimatach (przypominam ich sobie trochę także na Blemish, myślę, że trzeba będzie odświeżyć i tę płytę), ja dzięki niemu też. Gdyby było mało, to All of My Mother's Names skutecznie przypomni, gdzie się znajdujemy. To jest kawałek, który najbardziej pachnie mi soundtrackiem do jakiejś gry, czy to RPG czy generalnie czegoś fantasy (nawet, jeśli znów arkejdowo i hui), wszystkie te dziwne dźwięki towarzyszące perce na samym wejściu na moment zabierają mnie z lasu północnej Europy a wsadzają na pokład samolotu, który zabiera mnie... no właśnie, dokąd? Z jakiegoś powodu mam w głowie Birmę czy coś w tym stylu xD Ale nie trwa to długo, bo potem robi się jazzowo, ale wciąż dziwacznie, wciąż hałaśliwie, przeszkadzajkowo, totalnie moje klimaty. Jest niepokojąco jak diabli, gitary nie pomagają w skupieniu, właściwie jak to możliwe, że nie odpowiada za nie Robert Fripp? Ale po chwili znów jestem rzucony w niepokojący spokój, właściwie to, co na pewno mogę powiedzieć o tej pozycji to to, że jest jedną z najbardziej udanych na Dead Bees, jest najbardziej soundtrackowa tak w ogóle, najbardziej... wiele rzeczy. Trochę jak Mintaj napisał - totalne fusion wszystkiego ze wszystkim, eksperymenty a la John Leckie na drugiej płycie Simple Minds (która sama jest jednym wielkim eksperymentem), trochę ZNOWU Jima Juppa z Belbury Poly (btw, właśnie wydał nowy album, z tym, że teraz Belbury Poly to pełnoprawny, kilkuosobowy zespół i jestem niemal pewien, że ich muzyka w tej chwili brzmi tak, jak to xD), nieco się zmęczyłem... ale w tym dobrym tego słowa znaczeniu, spokojnie. Przychodzi znów moment uspokojenia w postaci Wanderlustu, takie Smooth Jazz Cafe w stylu Sylviana. Bardzo ładnie pracuje tutaj - obok absolutnie świetnych, raz jeszcze, bębnów - bas, niby niezauważalny, a jednak bardzo wyraźny. Kto gra? Sprawdzam na Discogs... John Giblin xD Niestety, też już ś.p., a wspomniałem, że gość był przez parę lat członkiem Simple Minds (napisał dla nich jeden z najlepszych numerów na Street Fighting Years btw) i już tam bardzo mi się jego gra podobała. Czy słyszałem go gdzieś później? Bardzo możliwe, ale pewnie tego nie zauważyłem, tak to bywa z muzykami sesyjnymi, kiedy się nie sprawdza dokładnie creditsów. Sylvian daje mi odetchnąć, patrzę, ile to już płyty minęło i znów - nie zauważam tego, że to już leci i leci i to drugi raz z rzędu, jest super, będzie jeszcze więcej (znaczy Sylviana, bo już teraz mam ochotę na dalszą eksplorację jego dyskografii). Wanderlust z jednej strony urzeka oszczędnością brzmień, z drugiej zaś tyle się tutaj dzieje, że nie sposób się nie zasłuchać. Może delikatnie kekłem przy powtarzanym na końcu "wonderful, wonderful", albowiem w głowie za każdym razem dodawałem "life". Cóż, Blacka też tu i ówdzie słyszałem na tym krążku... Praise po raz kolejny wpycha mnie w orientalny setting, ale równie dobrze mógłbym stać na jakiejś górze i gapić się w doliny bez jednej osoby wokół, mimo chmur coś tam widać, nastrojowe i ambientowe. Minusy? Jeden, albowiem TAK, to drugi utwór, który mógłby być nieco inny, ale tylko nieco - mianowicie ten zaśpiew w, ja wiem, hindi czy czym tam, trochę za bardzo dominuje nad muzyką (ok, taki był zapewne zamiar), ale spokojnie można było go jakoś w połowie utworu wyjebać po prostu i zostawić same aranżacje Davida. Za największą przyjemnością posłuchałbym samej muzyki, samego tła, albowiem to jest po prostu świetne. Kiedy się kończy wpada Darkest Dreaming i mam poczucie domknięcia... prawie, albowiem naprawdę można było ten początek inaczej ustawić xD No, ja zawsze muszę ponarzekać, wiadomo.

I tak płyta się kończy, jak się zaczęła od dość wyraźnego brzmieniowo (i dość, hmm, klasycznie zaaranżowanego I Surrender), tak kończy się okrutnie ambientowo-dreamowym Darkest Dreaming, które znów przypomina mi o górach (dlaczego ja tego nie posłuchałem na takiej Orlicy czy coś, do teraz nie wiem). Jednocześnie tekst jest już mocno i w oczywisty sposób melancholijno-smuteczkowy, ale umówmy się, Sylvianowi to zawsze ujdzie na sucho, pod taką muzykę możnaby... no dobra, jednak nie możnaby, nie chcecie wiedzieć, co chciałem tu napisać. Ale to jest po prostu dobre. Cała płyta jest dobra, ba! BARDZO dobra, w ogóle nie czułem zmęczenia obcowaniem z nią, wręcz przeciwnie, każdy kolejny odsłuch mocniej chwytał za serce (a teraz jestem po prostu wnerwiony, że siedzę kurde w domu, kiedy ewidentnie powinienem wychodzić z jakiegoś lasu w stronę... morza). No, i tutaj odniosę się do dwóch rzeczy - tego, co napisałem w poprzednim nawiasie i tego, co Hien napisał w swoim opisie - to jest TOTALNIE płyta do słuchania na plaży w rozgwieżdżoną noc, nie będzie w tym nic taniego (może poza - momentami - dziwnymi manierami Ingrid w jej fragmentach, ale też Kuba ostrzegał). Ja prócz morza walnąłbym jeszcze to miasto, ale wieczorem, i jakiś las, też koniecznie blisko zmierzchu. Nie wyobrażam sobie paru numerów stąd nieprzesłuchać w warunkach okołowarszawskich (czyt. starówkowych), byle przy deszczu. Niby pada teraz, ale Zgierzem gwałcił Dead Bees nie będę. Domykam tę recenzję słuchając po raz trzeci - już na sam koniec - samego Darkest Dreaming i muszę przyznać, dawno żaden numer mnie aż tak bardzo nie urzekł swoją nastrojowością. To, co się tutaj dzieje w brzmieniach to jest złoto, a na Discogs czytam, że poza małym samplowankiem wszystko zrobił sam Sylvian. Chylę copkę, jak to mawia Mętos, zachwycam się, album ściągnięty, jutro wleci na telefon, będzie duuużo słuchania. Zdecydowanie musi tak być.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 05 sie 2023 17:19

Ja bym na twoim miejscu przygwałcił tym Zgierzem, bo w okolicach twoich Starych prędzej zobaczysz jakieś gwiazdy, niż gdziekolwiek w Warszawie.
devotional pisze:
05 sie 2023 16:53
Klimat tego utworu jest tak bardzo niepodrabialny i jednocześnie łatwy do podrobienia, że to głowa mała.
Heh, cała prawda o muzyce xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn