Best of Forum IV
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Inspiral Carpets - She Comes in the Fall
Hien pisze o uratowaniu sobie jesieni taką muzyką, rok temu (co ciekawe, nie wspominał mi o tym wykonawcy wtedy, albo jak zwykle mam gwóźdź w mózgu), a tak się składa, że ja taką jesienią, jak ta, co teraz jest za oknem (przynajmniej w Warszawie, ponuro i pochmurno, ciemnawo i zimnawo), to uwielbiam się zanurzać w post punku. A ten numer brzmi mocno post punkowo. Ma świetny refren, niesamowitą energię w gitarach, te marszowe werble są wprost fantastyczne. Na dodatek Tom Hingley ma - tutaj przynajmniej - głos bardzo podobny do Joego Strummera z The Clash, a ja The Clash polubiłem głównie ze względu na głos Strummera (choć wciąż trochę gardzę Should I Stay, ile można zarzynać ten kawałek). Naprawdę kawałek fajnego grania. Jeszcze jak wjeżdżają te lekko porcelanowe wiosła na sam koniec... W ogóle to nie brzmi rokiem 1990. Albo właśnie brzmi, tak uber wczesny post punk revival bez revivalu i bez post punku, ale jest świetnie. Dobry przekaz leci, Hien zapodał złoto. No, ale Brytole, plus Manchester, to się nie mogło źle skończyć.
The Rapture - It Takes Time to Be a Man
Murzyn trochę przypadkiem trafia we mnie czymś, co miało być z jego strony po prostu refleksyjnym wspomnieniem muzycznym sprzed, bagatela, już 7 lat. Jak ten czas leci... Jest to o tyle ciekawe, iż - uwaga, typowa devowa autowiwisekcja - sam często popadałem w tego typu stany, a tak naprawdę to niespecjalnie często, albowiem jakieś 3 razy, z czego teraz jest trzeci. No dobra, trochę czwarty, ale trochę nie. Jak w gimbazjum/liceum będąc zamęczałem się myśleniem, że NA PEWNO nigdy nie będę z nikim w żadnym związku i w ogóle mogę mieć najwyżej kumpli, bo nawet romanse mi się zdarzać nie będą, tak właściwie w związkach/relacjach/romansach byłem ostatnie 15 lat (z czego 5 lat po tamtych smutnych stulejarskich deklaracjach wylądowałem, na krótko bo krótko ale jednak, w relacji z dwiema laskami jednocześnie lol). Oczywiście teraz vibe mam dość podobny, tzn. smuteczkowanie i ogólna rezygnacja, niemniej jednak nie tak dawno temu zakończyłem romans, który pojawił się u mnie niemal zaraz po tym, jak rozstałem się z poprzednią długoletnią partnerką (co akurat przypadło na start tej bestki MK I lol). Wtedy zaczynam się raczej zastanawiać, czy nie większym problemem jest trafienie na właściwą osobę, albowiem jak się żyje w dużym mieście i robi dużo rzeczy, to ludzie znajdywać się będą prędzej czy później. Po co o tym wszystkim piszę? Albowiem ten numer Murzyna do mnie mocno trafił, choć dopiero za jakimś trzecim odsłuchem, i jeszcze przysłuchałem się wspomnianemu przez Murzyna wersowi i wtedy już w ogóle poszło. Fajny kawałek, lekko bujający, ale niespecjalnie chce się do niego tańczyć - raczej trochę smuteczkować, ale tak bez jakiejś potężnej koturnowości, po prostu siedzieć melancholijnie w fotelu, jarać se fajeczkę i dowalać sobie myślami, jak to przyjaciele i bliscy znajomi są szczęśliwi w swoich związkach, a Tobie ciepło w kark od oddechu zbliżającego się bezwzględnego końca młodości... Murzyn wywołał we mnie feelsy, a miała to być po prostu kolejna fajna nuta. Tak się nie robi, nie w taką aurę...
The Prodigy - Serial Thrilla
Wuja zapodał Prodigy z albumu, który jest bodaj jedynym albumem Prodigy, jaki przesłuchałem w całości, i właściwie wyłącznie ze względu na jego okładkę, bo była WIECIE ŚMIESZNA HEHE KRAB. Ale właściwie już jej w ogóle nie pamiętam. Było to w jakimś 2007 roku, chyba pod koniec, coś takiego w każdym razie. Mój mózg musiał zaliczyć srogi reset od tamtego czasu, albowiem nie pamiętam tego kawałka tak samo jak i reszty płyty. Poza tym, że niektóre zagrania kojarzą mi się z soundtrackiem do lekko już zapomnianej - a wybitnej w mojej opinii - ścigałki Re-Volt. Flint (RIP) ma generalnie fantastyczny sposób nawijki (bo nawijka w tym konkretnym numerze nie jest jakaś doskonała czy coś, trochę mi przelatuje przez uszy), ale wiąże się to u mnie z właściwie jedną rzeczą - wrażliwością na ten cudowny akcent, któy podbije każdą muzykę z Wysp. I tak podbił to The Prodigy, które nie jest niczym wyróżniającym się, ani niczym specjalnie konkretnym, ot, takie tam elektroniczne granie z pazurem, bardzo soundtrackowe właśnie, ale fajne. Buja, przebija się, Wuja pokazuje jakąś taką swoją ostrzejszą twarz, kto wie, może odnalazłby się świetnie na jakimś rejwie, ale akurat w Orzyszu nie organizują? Fajna nuta mimo wszystko.
Better Person - Na Zawsze
Hmm, muszę przyznać, że za pierwszym odsłuchem chciałem to zhejtować, i to konkretnie, ale z każdym kolejnym trochę się te proporcje odwracały, i teraz hejtuję tylko trochę. O tyle pozycja chybiona, że dużo lepiej weszłaby mi jakimś wrześniowym, ale jeszcze ciepłym i bezchmurnym wieczorem, a ten wrzesień akurat taki, kurde, był. To pianino najpierw mnie drażniło - w sumie z podobnych powodów, co i Hiena - ale po jakimś czasie kupiłem jego magię. Po prostu potrzeba w głowie przyporządkować takiej muzyce właściwy kontekst, a tutaj inspira ejtisami jest potężna. Nawet głos, czy po prostu maniera wokalna Byczkowskiego, zalatuje bardzo polskimi latami 80. To mógłby śpiewać... no, może nie Krzysztof Krawczyk, ale Połomski już bez problemu. Do numeru widzę nawet wideo (tzn. wyobrażam je sobie), gdzie jest taka specyficzna, ciepła i lekko ziarnista taśma, kto zresztą widział Zabij mnie, glino (a tutaj chyba wszyscy, może poza Murzynem), to wie, o co mi chodzi. Niezmasakrowane jeszcze termoizolacją we wszystkich kolorach tęczy wieżowce z szarej wielkiej płyty w oddali, gdzie na pierwszym planie jakieś łąki i drzewa, ludzie w jasnych, długich płaszczach i szerokich spodniach, ulicą przemyka duży fiat, na pętli stoi Ikarus 280. Nieco bliżej, może przed kamerą, powoli tańczy dziewczę w długich i obowiązkowo kręconych włosach przewiązanych zieloną chustką w białe, wielkie grochy. Za rok PRL się de facto rozleci. Klimat RAMowy totalnie. Dobry numer, choć może momentami nieco nazbyt ckliwy, ale przyjemny i troszkę melancholijny. No tak, bo teraz bardzo tego potrzebowałem...
Piasek - Jeszcze Bliżej
Muszę przyznać, że uwielbiam miętowe wrzutki, bo gość potrafi zaskoczyć czymś srogim zupełnie znienacka, a ja Piaska totalnie wliczam w to zestawienie. Kurde, trochę mam tej nostlagii wyciągniętej z głębin duszy mojej, co to mnie pcha w stronę najntisów, jeszcze ten odjechany sax (and violins, a nie, to nie tu), generalnie faktycznie Piasek being Piasek, czy to nie jest w sumie jego najbardziej znany numer? Poza Budzikom Śmierć może, ale faktycznie, gdyby Seba wrzucił TO, to raz, że kolejkę wygrałby bezapelacyjnie, to jeszcze bym się autentycznie jarał (bo i jako dzieciak lubiłem ten kawałek, i w sumie lubię go nadal). A ten tutaj... nie wiem, trochę nazbyt... Piaskowy jak dla mnie, za dużo (za mało?) Piaska w Piasku, albo piasku w Piasku, trudno mi orzec, po prostu... muszę się skonfrontować z sytuacją, w której NIE CZUJĘ nostalgii aż tak bardzo, chociaż przecież pamiętam hype na ten numer, pamiętam nawet jakieś wideo, w ogóle sporo pamiętam, a jednak mnie nie złapało. No nie wiem, NIE WIEM. Nic z tego tym razem nie będzie. Tak mi się wydaje przynajmniej. W sensie fajna wycieczka w przeszłość, ale nie idzie za nią wielki ładunek emocji, jak to ja z reguły mam. Ot, hicior sprzed lat, kiedy Piasek był jeszcze jednym z kuzynów Złotopolskich. I'll pass.
Hien pisze o uratowaniu sobie jesieni taką muzyką, rok temu (co ciekawe, nie wspominał mi o tym wykonawcy wtedy, albo jak zwykle mam gwóźdź w mózgu), a tak się składa, że ja taką jesienią, jak ta, co teraz jest za oknem (przynajmniej w Warszawie, ponuro i pochmurno, ciemnawo i zimnawo), to uwielbiam się zanurzać w post punku. A ten numer brzmi mocno post punkowo. Ma świetny refren, niesamowitą energię w gitarach, te marszowe werble są wprost fantastyczne. Na dodatek Tom Hingley ma - tutaj przynajmniej - głos bardzo podobny do Joego Strummera z The Clash, a ja The Clash polubiłem głównie ze względu na głos Strummera (choć wciąż trochę gardzę Should I Stay, ile można zarzynać ten kawałek). Naprawdę kawałek fajnego grania. Jeszcze jak wjeżdżają te lekko porcelanowe wiosła na sam koniec... W ogóle to nie brzmi rokiem 1990. Albo właśnie brzmi, tak uber wczesny post punk revival bez revivalu i bez post punku, ale jest świetnie. Dobry przekaz leci, Hien zapodał złoto. No, ale Brytole, plus Manchester, to się nie mogło źle skończyć.
The Rapture - It Takes Time to Be a Man
Murzyn trochę przypadkiem trafia we mnie czymś, co miało być z jego strony po prostu refleksyjnym wspomnieniem muzycznym sprzed, bagatela, już 7 lat. Jak ten czas leci... Jest to o tyle ciekawe, iż - uwaga, typowa devowa autowiwisekcja - sam często popadałem w tego typu stany, a tak naprawdę to niespecjalnie często, albowiem jakieś 3 razy, z czego teraz jest trzeci. No dobra, trochę czwarty, ale trochę nie. Jak w gimbazjum/liceum będąc zamęczałem się myśleniem, że NA PEWNO nigdy nie będę z nikim w żadnym związku i w ogóle mogę mieć najwyżej kumpli, bo nawet romanse mi się zdarzać nie będą, tak właściwie w związkach/relacjach/romansach byłem ostatnie 15 lat (z czego 5 lat po tamtych smutnych stulejarskich deklaracjach wylądowałem, na krótko bo krótko ale jednak, w relacji z dwiema laskami jednocześnie lol). Oczywiście teraz vibe mam dość podobny, tzn. smuteczkowanie i ogólna rezygnacja, niemniej jednak nie tak dawno temu zakończyłem romans, który pojawił się u mnie niemal zaraz po tym, jak rozstałem się z poprzednią długoletnią partnerką (co akurat przypadło na start tej bestki MK I lol). Wtedy zaczynam się raczej zastanawiać, czy nie większym problemem jest trafienie na właściwą osobę, albowiem jak się żyje w dużym mieście i robi dużo rzeczy, to ludzie znajdywać się będą prędzej czy później. Po co o tym wszystkim piszę? Albowiem ten numer Murzyna do mnie mocno trafił, choć dopiero za jakimś trzecim odsłuchem, i jeszcze przysłuchałem się wspomnianemu przez Murzyna wersowi i wtedy już w ogóle poszło. Fajny kawałek, lekko bujający, ale niespecjalnie chce się do niego tańczyć - raczej trochę smuteczkować, ale tak bez jakiejś potężnej koturnowości, po prostu siedzieć melancholijnie w fotelu, jarać se fajeczkę i dowalać sobie myślami, jak to przyjaciele i bliscy znajomi są szczęśliwi w swoich związkach, a Tobie ciepło w kark od oddechu zbliżającego się bezwzględnego końca młodości... Murzyn wywołał we mnie feelsy, a miała to być po prostu kolejna fajna nuta. Tak się nie robi, nie w taką aurę...
The Prodigy - Serial Thrilla
Wuja zapodał Prodigy z albumu, który jest bodaj jedynym albumem Prodigy, jaki przesłuchałem w całości, i właściwie wyłącznie ze względu na jego okładkę, bo była WIECIE ŚMIESZNA HEHE KRAB. Ale właściwie już jej w ogóle nie pamiętam. Było to w jakimś 2007 roku, chyba pod koniec, coś takiego w każdym razie. Mój mózg musiał zaliczyć srogi reset od tamtego czasu, albowiem nie pamiętam tego kawałka tak samo jak i reszty płyty. Poza tym, że niektóre zagrania kojarzą mi się z soundtrackiem do lekko już zapomnianej - a wybitnej w mojej opinii - ścigałki Re-Volt. Flint (RIP) ma generalnie fantastyczny sposób nawijki (bo nawijka w tym konkretnym numerze nie jest jakaś doskonała czy coś, trochę mi przelatuje przez uszy), ale wiąże się to u mnie z właściwie jedną rzeczą - wrażliwością na ten cudowny akcent, któy podbije każdą muzykę z Wysp. I tak podbił to The Prodigy, które nie jest niczym wyróżniającym się, ani niczym specjalnie konkretnym, ot, takie tam elektroniczne granie z pazurem, bardzo soundtrackowe właśnie, ale fajne. Buja, przebija się, Wuja pokazuje jakąś taką swoją ostrzejszą twarz, kto wie, może odnalazłby się świetnie na jakimś rejwie, ale akurat w Orzyszu nie organizują? Fajna nuta mimo wszystko.
Better Person - Na Zawsze
Hmm, muszę przyznać, że za pierwszym odsłuchem chciałem to zhejtować, i to konkretnie, ale z każdym kolejnym trochę się te proporcje odwracały, i teraz hejtuję tylko trochę. O tyle pozycja chybiona, że dużo lepiej weszłaby mi jakimś wrześniowym, ale jeszcze ciepłym i bezchmurnym wieczorem, a ten wrzesień akurat taki, kurde, był. To pianino najpierw mnie drażniło - w sumie z podobnych powodów, co i Hiena - ale po jakimś czasie kupiłem jego magię. Po prostu potrzeba w głowie przyporządkować takiej muzyce właściwy kontekst, a tutaj inspira ejtisami jest potężna. Nawet głos, czy po prostu maniera wokalna Byczkowskiego, zalatuje bardzo polskimi latami 80. To mógłby śpiewać... no, może nie Krzysztof Krawczyk, ale Połomski już bez problemu. Do numeru widzę nawet wideo (tzn. wyobrażam je sobie), gdzie jest taka specyficzna, ciepła i lekko ziarnista taśma, kto zresztą widział Zabij mnie, glino (a tutaj chyba wszyscy, może poza Murzynem), to wie, o co mi chodzi. Niezmasakrowane jeszcze termoizolacją we wszystkich kolorach tęczy wieżowce z szarej wielkiej płyty w oddali, gdzie na pierwszym planie jakieś łąki i drzewa, ludzie w jasnych, długich płaszczach i szerokich spodniach, ulicą przemyka duży fiat, na pętli stoi Ikarus 280. Nieco bliżej, może przed kamerą, powoli tańczy dziewczę w długich i obowiązkowo kręconych włosach przewiązanych zieloną chustką w białe, wielkie grochy. Za rok PRL się de facto rozleci. Klimat RAMowy totalnie. Dobry numer, choć może momentami nieco nazbyt ckliwy, ale przyjemny i troszkę melancholijny. No tak, bo teraz bardzo tego potrzebowałem...
Piasek - Jeszcze Bliżej
Muszę przyznać, że uwielbiam miętowe wrzutki, bo gość potrafi zaskoczyć czymś srogim zupełnie znienacka, a ja Piaska totalnie wliczam w to zestawienie. Kurde, trochę mam tej nostlagii wyciągniętej z głębin duszy mojej, co to mnie pcha w stronę najntisów, jeszcze ten odjechany sax (and violins, a nie, to nie tu), generalnie faktycznie Piasek being Piasek, czy to nie jest w sumie jego najbardziej znany numer? Poza Budzikom Śmierć może, ale faktycznie, gdyby Seba wrzucił TO, to raz, że kolejkę wygrałby bezapelacyjnie, to jeszcze bym się autentycznie jarał (bo i jako dzieciak lubiłem ten kawałek, i w sumie lubię go nadal). A ten tutaj... nie wiem, trochę nazbyt... Piaskowy jak dla mnie, za dużo (za mało?) Piaska w Piasku, albo piasku w Piasku, trudno mi orzec, po prostu... muszę się skonfrontować z sytuacją, w której NIE CZUJĘ nostalgii aż tak bardzo, chociaż przecież pamiętam hype na ten numer, pamiętam nawet jakieś wideo, w ogóle sporo pamiętam, a jednak mnie nie złapało. No nie wiem, NIE WIEM. Nic z tego tym razem nie będzie. Tak mi się wydaje przynajmniej. W sensie fajna wycieczka w przeszłość, ale nie idzie za nią wielki ładunek emocji, jak to ja z reguły mam. Ot, hicior sprzed lat, kiedy Piasek był jeszcze jednym z kuzynów Złotopolskich. I'll pass.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
China Crisis - Because My Heart
Na pewno jest dużo lepiej niż na wcześniej słuchanym przez nas albumie. Co prawda nadal nie zachwyca mnie to może od strony czysto kompozytorskiej, ale przynajmniej dobrze brzmi i ma fajny klimat. A to już coś. Bardzo jesienną aurę ma ten utwór. Te klimaty country mi cholernie odpowiadają. Fajny początek na pianinie, a potem wchodzą ładne gitary. Wokal bardzo spoko. Naprawdę podoba mi się klimat w Because My Heart. Taki bardzo optymistyczny, przyjemny, idealny do słuchania w pogodne dni. Co prawda dzisiaj za oknem pochmurnie, ale słuchając tego mam wrażenie, że spaceruję sobie w piękny słoneczny, ale chłodny jesienny dzień po jakichś łąkach i lasach.
Inspiral Carpets – She Comes in the Fall
Ludziska rzucają tutaj różnymi określeniami odnośnie tej wrzutki, ale ja się tam nie znam. Nie wiem co to za gatunek muzyki. Wiem tylko, że brzmi to mocno brytolsko i równie mocno mi się nie podoba. Właściwie mógłbym powtórzyć wszystko to, co pisał Murzyn, ale jeszcze przed aktualizacją, bo jak mi się od początku nie podobało, tak dalej się nie podoba. Ani melodia, ani organy, ani wokal, ani nic. Chociaż nie – werbel jest akurat spoko. Jeżeli ten utwór umilił Hienowi jakiś gorszy okres w życiu, to super. Ale ja jestem raczej zatwardziałym antyfanem takiej muzyki i nic na to nie poradzę. Za dużo hałasu i natarczywych dźwięków. Oczywiście nawet ostra sieczka może być dobra, ale akurat nie w tym przypadku.
The Rapture - It Takes Time To Be A Man
Murzyn opisuje tę wrzutę jako rzecz sentymentalną i ja to rozumiem doskonale. Chociaż takich stanów uczuciowych jak on nie miałem od naprawdę bardzo dawna. Oczywiście pamiętam te młodzieńcze i nieudane miłostki z lat szkolnych, ale w życiu dorosłym się dosyć szybko ustatkowałem. Mając zaledwie 22 lata poznałem moją żonę i jestem z nią do dziś. Więc jeżeli wrzucam utwory dla mnie sentymentalne, to raczej z innych powodów niż kolega Jacek. Ale każda sentymentalna muzyczna podróż jest na wagę złota. Tym bardziej, że to całkiem dobry utwór. Co prawda na początku było tak sobie, ale kolejne odsłuchy zrobiły swoje. Dobrą melodię tu mamy i dobry wokal. Podoba mi się ta zapętlona zagrywka na pianinie przeplatana gitarą. Bardzo fajny klimat się tu wykreował.
Better Person - Na zawsze
Ja podobnie jak moi dwaj poprzednicy miałem zamiar początkowo mocno zjechać ten numer. Cholernie mi to nie podeszło. Ale kolejne odsłuchy jednak złagodziły moje nastawienie. Trochę dziwna sprawa z tym utworem. Na papierze to powinno być coś dla mnie. Jest całkiem ładna melodia, jest melancholijnie, ckliwie, czyli tak jak lubię. Ale coś mi tu jednak nie do końca pasuje. W sumie zgadzam się z tezą, że brzmi to trochę weselnie. Dźwięk klawiszy też nie do końca taki, jakiego bym oczekiwał. Wokal niespecjalny. Czyli utwór niby ładny, z potencjałem, ale z paroma elementami, które psują odbiór. No cóż i tak jest nieźle w porównaniu do moich początkowych odczuć. Może jeszcze z czasem urośnie.
Piasek - Jeszcze bliżej
Kolejny utwór, który uratował komuś słabszy moment w życiu. I fajnie, za to plus. Kto jak kto, ale ja akurat doskonale wiem też jak to jest, jak się dostaje fazy na jakiś utwór. Mogę go wtedy zapętlić i słuchać bez końca. Samego Piaska jako człowieka lubię. Był przez parę sezonów w The Voice of Poland i pokazał się od dobrej strony. Pamiętam też jego parę utworów wykonywanych z Chojnackim czy w ramach Mafii. Nawet jeden sam biorę pod uwagę w tej bestce. Pasuje mi nawet jego głos. Ale jego solowe projekty mnie jednak nie grzeją ani trochę. Szczególnie takie jak Jeszcze bliżej. Niby jest tanecznie, przebojowo, melodyjnie, ale kompletnie mnie to nie chwyta. Nie wadzi mi oczywiście, ale i nie chwyta. Ani trochę. I w żadnym momencie nie chwytało.
Podsumowując bardzo średnia ta kolejka. Zwlekałem z nią mocno, bo samo słuchanie szło mi niezwykle mozolnie, miałem ochotę prawie wszystkie wrzutki ostro zjechać, więc chciałem dać im trochę czasu. I się w sumie opłaciło, bo niektóre mniej lub więcej jednak zyskały. Z wyjątkiem Piaska, który jak mnie nie ruszał, tak dalej nie rusza i Inspirującego dywany, który w stosunku do pierwszych odsłuchów nawet jeszcze stracił.
Na pewno jest dużo lepiej niż na wcześniej słuchanym przez nas albumie. Co prawda nadal nie zachwyca mnie to może od strony czysto kompozytorskiej, ale przynajmniej dobrze brzmi i ma fajny klimat. A to już coś. Bardzo jesienną aurę ma ten utwór. Te klimaty country mi cholernie odpowiadają. Fajny początek na pianinie, a potem wchodzą ładne gitary. Wokal bardzo spoko. Naprawdę podoba mi się klimat w Because My Heart. Taki bardzo optymistyczny, przyjemny, idealny do słuchania w pogodne dni. Co prawda dzisiaj za oknem pochmurnie, ale słuchając tego mam wrażenie, że spaceruję sobie w piękny słoneczny, ale chłodny jesienny dzień po jakichś łąkach i lasach.
Inspiral Carpets – She Comes in the Fall
Ludziska rzucają tutaj różnymi określeniami odnośnie tej wrzutki, ale ja się tam nie znam. Nie wiem co to za gatunek muzyki. Wiem tylko, że brzmi to mocno brytolsko i równie mocno mi się nie podoba. Właściwie mógłbym powtórzyć wszystko to, co pisał Murzyn, ale jeszcze przed aktualizacją, bo jak mi się od początku nie podobało, tak dalej się nie podoba. Ani melodia, ani organy, ani wokal, ani nic. Chociaż nie – werbel jest akurat spoko. Jeżeli ten utwór umilił Hienowi jakiś gorszy okres w życiu, to super. Ale ja jestem raczej zatwardziałym antyfanem takiej muzyki i nic na to nie poradzę. Za dużo hałasu i natarczywych dźwięków. Oczywiście nawet ostra sieczka może być dobra, ale akurat nie w tym przypadku.
The Rapture - It Takes Time To Be A Man
Murzyn opisuje tę wrzutę jako rzecz sentymentalną i ja to rozumiem doskonale. Chociaż takich stanów uczuciowych jak on nie miałem od naprawdę bardzo dawna. Oczywiście pamiętam te młodzieńcze i nieudane miłostki z lat szkolnych, ale w życiu dorosłym się dosyć szybko ustatkowałem. Mając zaledwie 22 lata poznałem moją żonę i jestem z nią do dziś. Więc jeżeli wrzucam utwory dla mnie sentymentalne, to raczej z innych powodów niż kolega Jacek. Ale każda sentymentalna muzyczna podróż jest na wagę złota. Tym bardziej, że to całkiem dobry utwór. Co prawda na początku było tak sobie, ale kolejne odsłuchy zrobiły swoje. Dobrą melodię tu mamy i dobry wokal. Podoba mi się ta zapętlona zagrywka na pianinie przeplatana gitarą. Bardzo fajny klimat się tu wykreował.
Better Person - Na zawsze
Ja podobnie jak moi dwaj poprzednicy miałem zamiar początkowo mocno zjechać ten numer. Cholernie mi to nie podeszło. Ale kolejne odsłuchy jednak złagodziły moje nastawienie. Trochę dziwna sprawa z tym utworem. Na papierze to powinno być coś dla mnie. Jest całkiem ładna melodia, jest melancholijnie, ckliwie, czyli tak jak lubię. Ale coś mi tu jednak nie do końca pasuje. W sumie zgadzam się z tezą, że brzmi to trochę weselnie. Dźwięk klawiszy też nie do końca taki, jakiego bym oczekiwał. Wokal niespecjalny. Czyli utwór niby ładny, z potencjałem, ale z paroma elementami, które psują odbiór. No cóż i tak jest nieźle w porównaniu do moich początkowych odczuć. Może jeszcze z czasem urośnie.
Piasek - Jeszcze bliżej
Kolejny utwór, który uratował komuś słabszy moment w życiu. I fajnie, za to plus. Kto jak kto, ale ja akurat doskonale wiem też jak to jest, jak się dostaje fazy na jakiś utwór. Mogę go wtedy zapętlić i słuchać bez końca. Samego Piaska jako człowieka lubię. Był przez parę sezonów w The Voice of Poland i pokazał się od dobrej strony. Pamiętam też jego parę utworów wykonywanych z Chojnackim czy w ramach Mafii. Nawet jeden sam biorę pod uwagę w tej bestce. Pasuje mi nawet jego głos. Ale jego solowe projekty mnie jednak nie grzeją ani trochę. Szczególnie takie jak Jeszcze bliżej. Niby jest tanecznie, przebojowo, melodyjnie, ale kompletnie mnie to nie chwyta. Nie wadzi mi oczywiście, ale i nie chwyta. Ani trochę. I w żadnym momencie nie chwytało.
Podsumowując bardzo średnia ta kolejka. Zwlekałem z nią mocno, bo samo słuchanie szło mi niezwykle mozolnie, miałem ochotę prawie wszystkie wrzutki ostro zjechać, więc chciałem dać im trochę czasu. I się w sumie opłaciło, bo niektóre mniej lub więcej jednak zyskały. Z wyjątkiem Piaska, który jak mnie nie ruszał, tak dalej nie rusza i Inspirującego dywany, który w stosunku do pierwszych odsłuchów nawet jeszcze stracił.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dobra, to ten... Tak se widzę, że generalnie odbiór jest cieplejszy niż zakładałem, tzn. ktokolwiek kupił tę propozycję. Odnoszę wrażenie, że paru z was robiło niezłe fikoły, by nie napisać bezpośrednio, że ten kawałek jest raczej taki se, czego bynajmniej nie wypominam, bo sam często to robię, gdy piszecie o rzeczach ważnych czy po prostu wyskakujecie z czymś losowym na pohybel. Pozwolę sobie zacząć pierwszą kolejkę W WOLNEJ POLSCE
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Chciałem zacząć od suchara nawiązującego do tego, że od wczoraj jesteśmy wolnymi polakami, wróciła demokracja i takie tam jajca, ale jeszcze póki co nie podano wyników ze wszystkich lokali, a przypadek Słowacji sugeruje, by nie otwierać szampana na niedźwiedziu, więc nie wiadomo. A poza tym to tak naprawdę to ja nie chciałem tego zrobić, ale z jakichś przyczyn uznałem, że rozpoczęcie tej rekomendacji w ten sposób będzie błyskotliwe i zgrabne.
Nie wiem czy tak było, pewnie nie, ale na pewno nie było to tak dobre, jak kawałek, który wam zapodaję. Na pewno mniej ciekawy, niż moja osobista historia kryjąca się za jego poznaniem. Była to późna wiosna roku 2015, ja szperałem po płytach ocenianych i scrobblowanych przez kolegów. Tak, to był jeszcze schyłek tej epoki, w której moi znajomi używali last.fm, generalnie to był schyłek pewnej epoki, bo to było w okolicach wyborów prezydenckich, w których uczestniczyłem, do czego się przyznaję, jednocześnie wymijająca się zasłaniając swoją ówczesną głupotą na wypadek pytań na kogo wówczas głosowałem.
W każdym razie płytę, na której się wylansowany tutaj przebój znajduje wyhaczyłem u kogoś, u kogo bym się nie spodziewał takich rzeczy znaleźć, i chyba sam ten fakt mnie zainteresował na tyle, by po nią sięgniąć, zwłaszcza, że po szybkim researchu się dowiedziałem, że ów osobnik ją mocno propsuje. Nie będę też ukrywać, że nie zaciekawiła mnie okładka, to jest po prostu chciałem usłyszeć album synthpopowy nagrany przez dwie gothki, bo chyba żadnego takiego nie znałem i byłem ciekaw jak taka muzyka może brzmieć. Okazało się, że w gruncie rzeczy dość podobnie do tego, jak sobie to wyobrażałem, ale nie odnajduję tego wadą, bo brzmi to po prostu dobrze.
Lubię w ejtisach to, że często pod płaszczykiem przystępnego grania i chwytliwych melodyjek, kryje się coś więcej - jakaś tajemnica, mrok, czy inny PODSKÓRNY NIEPOKÓJ, o którym pisałem bardzo często. Nie raz i nie dwa dotyczy to spraw "społecznych", co dla mnie w ogóle jest jeszcze bardziej interesujące, i tak ponoć jest w tym przypadku, bo rzekomo jest to kawałek o strachu przed wojną atomową (dowiedziałem się o tym w sumie dopiero teraz, ale z tego co widzę, to wokalistka wyjawiła ten fakt dość późno, bo jesienią 15 roku w jednym z wywiadów). Tutaj mamy wręcz sztandarowy przykład czegoś takiego. Nie muszę chyba pisać, że to dobra piosenka, bo ZŁEJ TO BYM WAM RACZEJ NIE WRZUCAŁ.
Welp - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=S7ZNn8VrnBI
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Chciałem zacząć od suchara nawiązującego do tego, że od wczoraj jesteśmy wolnymi polakami, wróciła demokracja i takie tam jajca, ale jeszcze póki co nie podano wyników ze wszystkich lokali, a przypadek Słowacji sugeruje, by nie otwierać szampana na niedźwiedziu, więc nie wiadomo. A poza tym to tak naprawdę to ja nie chciałem tego zrobić, ale z jakichś przyczyn uznałem, że rozpoczęcie tej rekomendacji w ten sposób będzie błyskotliwe i zgrabne.
Nie wiem czy tak było, pewnie nie, ale na pewno nie było to tak dobre, jak kawałek, który wam zapodaję. Na pewno mniej ciekawy, niż moja osobista historia kryjąca się za jego poznaniem. Była to późna wiosna roku 2015, ja szperałem po płytach ocenianych i scrobblowanych przez kolegów. Tak, to był jeszcze schyłek tej epoki, w której moi znajomi używali last.fm, generalnie to był schyłek pewnej epoki, bo to było w okolicach wyborów prezydenckich, w których uczestniczyłem, do czego się przyznaję, jednocześnie wymijająca się zasłaniając swoją ówczesną głupotą na wypadek pytań na kogo wówczas głosowałem.
W każdym razie płytę, na której się wylansowany tutaj przebój znajduje wyhaczyłem u kogoś, u kogo bym się nie spodziewał takich rzeczy znaleźć, i chyba sam ten fakt mnie zainteresował na tyle, by po nią sięgniąć, zwłaszcza, że po szybkim researchu się dowiedziałem, że ów osobnik ją mocno propsuje. Nie będę też ukrywać, że nie zaciekawiła mnie okładka, to jest po prostu chciałem usłyszeć album synthpopowy nagrany przez dwie gothki, bo chyba żadnego takiego nie znałem i byłem ciekaw jak taka muzyka może brzmieć. Okazało się, że w gruncie rzeczy dość podobnie do tego, jak sobie to wyobrażałem, ale nie odnajduję tego wadą, bo brzmi to po prostu dobrze.
Lubię w ejtisach to, że często pod płaszczykiem przystępnego grania i chwytliwych melodyjek, kryje się coś więcej - jakaś tajemnica, mrok, czy inny PODSKÓRNY NIEPOKÓJ, o którym pisałem bardzo często. Nie raz i nie dwa dotyczy to spraw "społecznych", co dla mnie w ogóle jest jeszcze bardziej interesujące, i tak ponoć jest w tym przypadku, bo rzekomo jest to kawałek o strachu przed wojną atomową (dowiedziałem się o tym w sumie dopiero teraz, ale z tego co widzę, to wokalistka wyjawiła ten fakt dość późno, bo jesienią 15 roku w jednym z wywiadów). Tutaj mamy wręcz sztandarowy przykład czegoś takiego. Nie muszę chyba pisać, że to dobra piosenka, bo ZŁEJ TO BYM WAM RACZEJ NIE WRZUCAŁ.
Welp - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=S7ZNn8VrnBI
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wrzucając Inspiral Carpets wiedziałem, że wrzucam coś dobrego i nastawiłem się na prejz i ten prejz wleciał, z czego rad jestem. Dla równowagi, tym razem utwór, którego odbioru nie próbuję nawet zgadywać.
The Manhattan Transfer – Four Brothers
Na moje gusta muzyczne składa się, między innymi to, co przejąłem w jakiś sposób od rodziców. Wiele z tego dojrzewało w mojej głowie (i uszach) latami zanim się na dobre przebiło, no ale chyba rzadko się zdarza, żeby zespoły swingowe były pierwszym wyborem dziecka dorastającego w 90sach. The Manhattan Transfer to jedna z grup wokalnych, których fanką jest moja mama, odkąd pamiętam. Takie grupy rządzą się trochę innymi prawami niż większość zespołów, które omawiamy w ramach tej zabawy, z oczywistych względów nacisk pada tu przede wszystkim na eksponowanie wokali, ale też w sposób, którego próżno szukać gdzieś indziej. Wrócę do tego tematu, tymczasem trochę obligatoryjnej wikipedii: przedstawiam utwór z drugiej płyty zespołu, na której wystąpili w składzie Tim Hauser, Laurel Masse, Alan Paul i Janis Siegel. Nie jest to skład uważany za klasyczny, ale to raczej nie robi wam różnicy. „Four Brothers” to ulubiony ich utwór mojej mamy i ja też ulegam jego urokom, z kilku powodów, ale przede wszystkim właśnie ze względu na te słynne wokale. Całość zaczyna się od zbiorowego śpiewu, natomiast potem następuje segment, w którym każde z czwórki śpiewaków ma swoją zwrotkę, która płynnie przechodzi w kolejną. Nie jestem z tych, którzy w dużym stopniu dają się omamić technicznym aspektom wykonywanej muzyki, ale myślę, że tutaj nadzwyczajne umiejętności i talent wykonawców spotykają się idealnie w połowie drogi z wydźwiękiem emocjonalnym, pewnym unikalnym urokiem i szaleństwem. W tle dosyć dziarska swingująca orkiestra. Widziałem The Manhattan Transfer na żywo 13 lat temu i był to wieczór do zapamiętania.
Z tego co zauważyłem, Porcupine Tree Koledzy współbestkowicze raczej nie słuchają tego typu muzyki, dlatego liczę, że potraktujecie to jako przygodę, a nie coś, co z góry, bez słowa walniecie w kąt, bo „to nie wasza bańka”. Mnie takie klimaty zawsze bardzo ujmowały, jeżeli miałbym wskazać jakiś totalny comfort zone muzyczny, który sprawia, że się wyciszam, uspokajam, itd., to byłoby właśnie to. Z tego kawałka bije jakieś takie naiwne ciepło i dobro. Czasami tak trzeba podchodzić do życia, bo inaczej byśmy wszyscy powariowali.
https://youtu.be/GK9ad5MOeeo
The Manhattan Transfer – Four Brothers
Na moje gusta muzyczne składa się, między innymi to, co przejąłem w jakiś sposób od rodziców. Wiele z tego dojrzewało w mojej głowie (i uszach) latami zanim się na dobre przebiło, no ale chyba rzadko się zdarza, żeby zespoły swingowe były pierwszym wyborem dziecka dorastającego w 90sach. The Manhattan Transfer to jedna z grup wokalnych, których fanką jest moja mama, odkąd pamiętam. Takie grupy rządzą się trochę innymi prawami niż większość zespołów, które omawiamy w ramach tej zabawy, z oczywistych względów nacisk pada tu przede wszystkim na eksponowanie wokali, ale też w sposób, którego próżno szukać gdzieś indziej. Wrócę do tego tematu, tymczasem trochę obligatoryjnej wikipedii: przedstawiam utwór z drugiej płyty zespołu, na której wystąpili w składzie Tim Hauser, Laurel Masse, Alan Paul i Janis Siegel. Nie jest to skład uważany za klasyczny, ale to raczej nie robi wam różnicy. „Four Brothers” to ulubiony ich utwór mojej mamy i ja też ulegam jego urokom, z kilku powodów, ale przede wszystkim właśnie ze względu na te słynne wokale. Całość zaczyna się od zbiorowego śpiewu, natomiast potem następuje segment, w którym każde z czwórki śpiewaków ma swoją zwrotkę, która płynnie przechodzi w kolejną. Nie jestem z tych, którzy w dużym stopniu dają się omamić technicznym aspektom wykonywanej muzyki, ale myślę, że tutaj nadzwyczajne umiejętności i talent wykonawców spotykają się idealnie w połowie drogi z wydźwiękiem emocjonalnym, pewnym unikalnym urokiem i szaleństwem. W tle dosyć dziarska swingująca orkiestra. Widziałem The Manhattan Transfer na żywo 13 lat temu i był to wieczór do zapamiętania.
Z tego co zauważyłem, Porcupine Tree Koledzy współbestkowicze raczej nie słuchają tego typu muzyki, dlatego liczę, że potraktujecie to jako przygodę, a nie coś, co z góry, bez słowa walniecie w kąt, bo „to nie wasza bańka”. Mnie takie klimaty zawsze bardzo ujmowały, jeżeli miałbym wskazać jakiś totalny comfort zone muzyczny, który sprawia, że się wyciszam, uspokajam, itd., to byłoby właśnie to. Z tego kawałka bije jakieś takie naiwne ciepło i dobro. Czasami tak trzeba podchodzić do życia, bo inaczej byśmy wszyscy powariowali.
https://youtu.be/GK9ad5MOeeo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Daab - Podzielono świat
(1987)
Ta wrzutka miała wlecieć jako trzecia w ramach mojego reggae tryptyku końcem lata ale odłożyłem ją wtedy, myślę że nie będzie lepszej okazji już jak puścić ją właśnie teraz. Mentos zaczął kolejkę od tematów wyborczych i dla mnie to jest właśnie wrzutka jedyna taka którą mam związaną wspomnieniami właśnie z wyborami.
Zacznę jednak od tego że dla mnie Daab nigdy nie był zespołem jednego przeboju a właśnie dwóch bo żyłem w przekonaniu że "Podzielono świat" był przebojem tej grupy nie mniejszym niż "Ogrodu serce", znane mi długo jako "W moim ogrodzie". Ten drugi tytuł owego przeboju nie wziął się znikąd, nie chodzi wcale o to że był to po prostu fragment tekstu który każdy kojarzył ale o fakt że taki tytuł nosił on na albumie "To co najlepsze z dziesięciu lat (1983-93)", kompilacji Daab którą miałem ściągniętą na kompie i która stanowiła część folderu z muzyką dla mojej mamy. Składanka ta - o czym nie miałem pojęcia - nie składała się po prostu z największych przebojów grupy ale były one dodatkowo odświeżone, nagrane na nowo co miało tchnąć świeżość w owe kawałki. Tak poznałem właśnie "W moim ogrodzie" i "Podzielono świat" i znałem je w tej formie do całkiem niedawna kiedy Daab zapodał nasz kolega Musiał, zacząłem słuchać jego wrzuty oraz znanej mi wersji ze składaka i wyszło skąd różnica w tytułach. Wtedy pomyślałem że mogę wrzucić "Podzielono świat" i okazało się że oryginalna wersja jest z 1987 roku i brzmi inaczej niż znałem ten numer.
Wróćmy jednak do wersji '93 najpierw bo z nią związane są wspomnienia wyborcze, a mianowicie tyczy się to wyborów prezydenckich z 2020 roku w których nie będę ukrywał - nie wygrał mój ówczesny faworyt a porażka była niewielka, wszak chodziło o 2%. Następnego dnia na "wyborczym kacu" miałem poczucie że ten podział społeczeństwa na dwie Polski osiągnął wówczas swoje apogeum i w głowie zagrały mi słowa tej piosenki właśnie. Był to dla mnie jednocześnie soundtrack do porażki wyborczej jak i tego poczucia że my Polacy ponieśliśmy porażkę jako społeczeństwo ogółem.
Teraz po 3 latach ten utwór powraca do mnie niejako z dwóch powodów, raz że zwyczajnie dotarliśmy w bestce do momentu kiedy sobie o nim przypomniałem i mógłbym śmiało go wrzucić a dwa - kolejne wybory, tym razem mające dla mnie osobiście lepszy posmak. Tym razem jednak zasłuchuję się już w oryginalnej wersji z lat 80., początkowo trudno było mi się na nią przestawić ale ma swoje walory, brzmi bardziej basowo, dubowo, a ja mam słabość do takiego ejtisowego reggae grania. W ówczesnym wcieleniu Daab wokalne obowiązki wziął na siebie Andrzej Krzywy znany lepiej później z kariery z DeMono. Bonusowo dla ciekawskich dorzucę tę wersję '93 która jest powolniejsza, lżejsza, ma może ładniejsze i żywsze dęciaki ale ma też swoje mankamenty jak mega krindżowe zaśpiewy poźniejszego wokalisty (JAAŁŁŁ!). Ogólnie wersja '93 mocno śmierdzi 90sowym polskim pop-reggae niczym jakiś Houk czy coś xD.
Fajnie jest wrócić do takiego numeru i móc go wreszcie sobie odczarować nadając mu pozytywny wydźwięk nucąc sobie pod nosem "Nie zgodzę nigdy się na taki stan, rzeczy bieg"... :-)
Moja wrzuta, czyli wersja 1987:
https://youtu.be/43aC7ftjbKU?si=DCZxjQ48tB4Dag22
Bonusowo wersja 1993:
https://youtu.be/9IpMmMFuU8w?si=vFDvk1Uq2YdXoRN1
(1987)
Ta wrzutka miała wlecieć jako trzecia w ramach mojego reggae tryptyku końcem lata ale odłożyłem ją wtedy, myślę że nie będzie lepszej okazji już jak puścić ją właśnie teraz. Mentos zaczął kolejkę od tematów wyborczych i dla mnie to jest właśnie wrzutka jedyna taka którą mam związaną wspomnieniami właśnie z wyborami.
Zacznę jednak od tego że dla mnie Daab nigdy nie był zespołem jednego przeboju a właśnie dwóch bo żyłem w przekonaniu że "Podzielono świat" był przebojem tej grupy nie mniejszym niż "Ogrodu serce", znane mi długo jako "W moim ogrodzie". Ten drugi tytuł owego przeboju nie wziął się znikąd, nie chodzi wcale o to że był to po prostu fragment tekstu który każdy kojarzył ale o fakt że taki tytuł nosił on na albumie "To co najlepsze z dziesięciu lat (1983-93)", kompilacji Daab którą miałem ściągniętą na kompie i która stanowiła część folderu z muzyką dla mojej mamy. Składanka ta - o czym nie miałem pojęcia - nie składała się po prostu z największych przebojów grupy ale były one dodatkowo odświeżone, nagrane na nowo co miało tchnąć świeżość w owe kawałki. Tak poznałem właśnie "W moim ogrodzie" i "Podzielono świat" i znałem je w tej formie do całkiem niedawna kiedy Daab zapodał nasz kolega Musiał, zacząłem słuchać jego wrzuty oraz znanej mi wersji ze składaka i wyszło skąd różnica w tytułach. Wtedy pomyślałem że mogę wrzucić "Podzielono świat" i okazało się że oryginalna wersja jest z 1987 roku i brzmi inaczej niż znałem ten numer.
Wróćmy jednak do wersji '93 najpierw bo z nią związane są wspomnienia wyborcze, a mianowicie tyczy się to wyborów prezydenckich z 2020 roku w których nie będę ukrywał - nie wygrał mój ówczesny faworyt a porażka była niewielka, wszak chodziło o 2%. Następnego dnia na "wyborczym kacu" miałem poczucie że ten podział społeczeństwa na dwie Polski osiągnął wówczas swoje apogeum i w głowie zagrały mi słowa tej piosenki właśnie. Był to dla mnie jednocześnie soundtrack do porażki wyborczej jak i tego poczucia że my Polacy ponieśliśmy porażkę jako społeczeństwo ogółem.
Teraz po 3 latach ten utwór powraca do mnie niejako z dwóch powodów, raz że zwyczajnie dotarliśmy w bestce do momentu kiedy sobie o nim przypomniałem i mógłbym śmiało go wrzucić a dwa - kolejne wybory, tym razem mające dla mnie osobiście lepszy posmak. Tym razem jednak zasłuchuję się już w oryginalnej wersji z lat 80., początkowo trudno było mi się na nią przestawić ale ma swoje walory, brzmi bardziej basowo, dubowo, a ja mam słabość do takiego ejtisowego reggae grania. W ówczesnym wcieleniu Daab wokalne obowiązki wziął na siebie Andrzej Krzywy znany lepiej później z kariery z DeMono. Bonusowo dla ciekawskich dorzucę tę wersję '93 która jest powolniejsza, lżejsza, ma może ładniejsze i żywsze dęciaki ale ma też swoje mankamenty jak mega krindżowe zaśpiewy poźniejszego wokalisty (JAAŁŁŁ!). Ogólnie wersja '93 mocno śmierdzi 90sowym polskim pop-reggae niczym jakiś Houk czy coś xD.
Fajnie jest wrócić do takiego numeru i móc go wreszcie sobie odczarować nadając mu pozytywny wydźwięk nucąc sobie pod nosem "Nie zgodzę nigdy się na taki stan, rzeczy bieg"... :-)
Moja wrzuta, czyli wersja 1987:
https://youtu.be/43aC7ftjbKU?si=DCZxjQ48tB4Dag22
Bonusowo wersja 1993:
https://youtu.be/9IpMmMFuU8w?si=vFDvk1Uq2YdXoRN1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Concrete Blonde – Caroline (1990)
Wracam, Psze Państwa Forumostwa, w ten jakże piękny dzień wyborczy (a przynajmniej wtedy piszę te słowa), do roku 2012. Akurat nie było wtedy żadnych wyborów, od niemal 12 miesięcy znów rządziło PO, premierem był Cesarz Europy (o czym nikt wtedy jeszcze nie wiedział), niby nie było kryzysu i wszyscy byli bogaci, ale roboty, nawet tej najgorszej, to ja w Warszawie znaleźć nie mogłem xD Tzn. w październiku, kiedy już tam mieszkałem od paru tygodni. Wrzesień 2012 był, podobnie jak w tym roku, bardzo ciepły i słoneczny, takie przedłużenie wakacji (w sam raz na Wild Nothing). Ale październik? Generalnie tak, jak za oknem do tej pory - ponuro i pochmurno, często padało i jakoś tak czuło się nadchodzącą jesień, a raczej zimę, która miała zaraz dać wszystkim w mordę (i, co ciekawe, dała, albowiem przynajmniej w Warszawie była śnieżna i mroźna jak diabli). To był dziwny okres w moim życiu, mówię, dopiero od niedawna na obczyźnie, nie za wiele pieniędzy w portfelu, mało znajomych ludzi na miejscu, bezrobocie, i jeszcze ta jesień. Co prawda wiele się miało wkrótce zmienić - o czym ni hui nie wiedziałem, ot, choćby już znałem laskę, która wkrótce będzie moją dziewczyną - ale wtedy o tym nie myślałem nawet. Różne czynniki spowodowały, że co jakiś czas musiałem się pojawić w Łodzi. Miałem wóz, ale celem oszczędzania na wszystkim, na czym się dało (poza różowymi papierosami), jeździłem w tę i we w tę przede wszystkim pociągiem. I tak pamiętam, to był chyba nawet 15. października, jak stoję przy uchylonym oknie wagonu 120A (wtedy jeszcze dało się tam uchylać okna), gapię się w ruiny zabudowań przemysłowych ustawionych wzdłuż LK1 na odcinku Grodzisk - Pruszków w stronę Warszawy (północna strona torów, większość tych budynków stoi do dziś), i zanurzyłem się w niesamowitym wprost klimacie. Nie wiem, czy rozumiecie do końca o co mi chodzi, jesień, zapadający zmrok, fabryczne pozostałości, jakieś magazyny, gdzieś cuchnie wilgocią i dymem z okolicznych kominów, pojedyncze lampy rtęciowe wystają z fasad rozsypujących się budynków, stoicie pośrodku i np. jaracie szluga, no generalnie taki urok poradzieckiej postapokalipsy. I taka muzyka. Chwyciło mnie to wtedy tak bardzo, że głowa mała, do dziś pamiętam to stanie w wagonie, ba! nawet to, jak byłem ubrany lol. Wracałem ze swojej macierzystej uczelni, na słuchawkach głównie hipsterska elektronika, nawet chciałem coś tutaj walnąć, ale jednak nie. Jednak to było... ważniejsze.
Concrete Blonde, bo tak może słowo o zespole, to było trio z Kaliforni, któremu przewodziła Johnette Napolitano, laska o dość specyficznej aparycji i potężnym głosie, którego mam wrażenie niespecjalnie używała tak bardzo, jak mogła. W sensie... ten głos się przebija, nawet w tym numerze, ale za mało mieli utworów, w których mogłaby się tą siłą pochwalić. Johnette Napolitano założyła Concrete Blonde w 1983 roku z jednym ziomeczkiem z tym, że wtedy nie nazywali się jeszcze Concrete Blonde - tę nazwę zaproponował im Michael Stipe, frontman REM, albowiem CB trafiło do wytwórni IRS, która wydawała wówczas REM (ale też np. Stana Ridgwaya). W ogóle to jest ciekawa sprawa, albowiem dobrym przyjacielem Napolitano był drugi lider Wall of Voodoo (po Ridgwayu), tj. Andy Prieboy, z którym Napolitano śpiewa jego największy hit, czyli Tomorrow Wendy (oboje pojawiają się też w wideo). Concrete Blonde nagrało potem swoją wersję Tomorrow Wendy tylko z Napolitano na wokalu (Prieboy walił tam w klawisze; generalnie udzielał się muzycznie na niemal każdej płycie CB), ale nie była aż tak dobra jak wersja Prieboya. A w ogóle pałkerem na całej płycie Bloodletting z 1990 roku, z której to płyty jest wrzucone przeze mnie Caroline, jest Paul Thompson z Roxy Music. Także dość eklektyczna grupa... Zastanawiałem się, czy zamiast Caroline nie wrzucić innego ich numeru, Heal It Up (które radziło sobie na chartach nieco lepiej niż Caroline), a który to numer też bardzo lubię, ale też wydaje mi się być lepszym showcasem możliwości wokalnych Napolitano. Jednak postawiłem na totalną nostalgię. A jak ich poznałem? Przez Prieboya właśnie, wiosną tamtego samego roku odkryłem solową twórczość drugiego gościa od Wall of Voodoo (Ridgwaya już znałem jakiś czas przecież), i okazała się być naprawdę super. Tomorrow Wendy kupiło mnie z miejsca, a potem byłem ciekaw, co to za panna z nim tam śpiewa, no i się dowiedziałem. CB to takie typowe amerykańskie granie gitarowe przełomu lat 80. i 90. z okolic pustyni Mojave, albo właśnie takich kalifornijskich zapadlisk. Trochę rocka, ale trochę ejtisów też w tym czuć, może nie nadaje się to ani do Twin Peaks, ani do blockbusterów z Harrisonem Fordem, ale z Tomem Selleckiem już jak najbardziej. Albo poważniejsza teenage drama z przesłaniem. Albo przejażdżka pociągiem do zimnej i obcej Warszawy w połowie października 2012 z oczyma wlepionymi w przelatujące za uchylonym oknem budynki...
https://www.youtube.com/watch?v=5ktFDB2uCpY
Wracam, Psze Państwa Forumostwa, w ten jakże piękny dzień wyborczy (a przynajmniej wtedy piszę te słowa), do roku 2012. Akurat nie było wtedy żadnych wyborów, od niemal 12 miesięcy znów rządziło PO, premierem był Cesarz Europy (o czym nikt wtedy jeszcze nie wiedział), niby nie było kryzysu i wszyscy byli bogaci, ale roboty, nawet tej najgorszej, to ja w Warszawie znaleźć nie mogłem xD Tzn. w październiku, kiedy już tam mieszkałem od paru tygodni. Wrzesień 2012 był, podobnie jak w tym roku, bardzo ciepły i słoneczny, takie przedłużenie wakacji (w sam raz na Wild Nothing). Ale październik? Generalnie tak, jak za oknem do tej pory - ponuro i pochmurno, często padało i jakoś tak czuło się nadchodzącą jesień, a raczej zimę, która miała zaraz dać wszystkim w mordę (i, co ciekawe, dała, albowiem przynajmniej w Warszawie była śnieżna i mroźna jak diabli). To był dziwny okres w moim życiu, mówię, dopiero od niedawna na obczyźnie, nie za wiele pieniędzy w portfelu, mało znajomych ludzi na miejscu, bezrobocie, i jeszcze ta jesień. Co prawda wiele się miało wkrótce zmienić - o czym ni hui nie wiedziałem, ot, choćby już znałem laskę, która wkrótce będzie moją dziewczyną - ale wtedy o tym nie myślałem nawet. Różne czynniki spowodowały, że co jakiś czas musiałem się pojawić w Łodzi. Miałem wóz, ale celem oszczędzania na wszystkim, na czym się dało (poza różowymi papierosami), jeździłem w tę i we w tę przede wszystkim pociągiem. I tak pamiętam, to był chyba nawet 15. października, jak stoję przy uchylonym oknie wagonu 120A (wtedy jeszcze dało się tam uchylać okna), gapię się w ruiny zabudowań przemysłowych ustawionych wzdłuż LK1 na odcinku Grodzisk - Pruszków w stronę Warszawy (północna strona torów, większość tych budynków stoi do dziś), i zanurzyłem się w niesamowitym wprost klimacie. Nie wiem, czy rozumiecie do końca o co mi chodzi, jesień, zapadający zmrok, fabryczne pozostałości, jakieś magazyny, gdzieś cuchnie wilgocią i dymem z okolicznych kominów, pojedyncze lampy rtęciowe wystają z fasad rozsypujących się budynków, stoicie pośrodku i np. jaracie szluga, no generalnie taki urok poradzieckiej postapokalipsy. I taka muzyka. Chwyciło mnie to wtedy tak bardzo, że głowa mała, do dziś pamiętam to stanie w wagonie, ba! nawet to, jak byłem ubrany lol. Wracałem ze swojej macierzystej uczelni, na słuchawkach głównie hipsterska elektronika, nawet chciałem coś tutaj walnąć, ale jednak nie. Jednak to było... ważniejsze.
Concrete Blonde, bo tak może słowo o zespole, to było trio z Kaliforni, któremu przewodziła Johnette Napolitano, laska o dość specyficznej aparycji i potężnym głosie, którego mam wrażenie niespecjalnie używała tak bardzo, jak mogła. W sensie... ten głos się przebija, nawet w tym numerze, ale za mało mieli utworów, w których mogłaby się tą siłą pochwalić. Johnette Napolitano założyła Concrete Blonde w 1983 roku z jednym ziomeczkiem z tym, że wtedy nie nazywali się jeszcze Concrete Blonde - tę nazwę zaproponował im Michael Stipe, frontman REM, albowiem CB trafiło do wytwórni IRS, która wydawała wówczas REM (ale też np. Stana Ridgwaya). W ogóle to jest ciekawa sprawa, albowiem dobrym przyjacielem Napolitano był drugi lider Wall of Voodoo (po Ridgwayu), tj. Andy Prieboy, z którym Napolitano śpiewa jego największy hit, czyli Tomorrow Wendy (oboje pojawiają się też w wideo). Concrete Blonde nagrało potem swoją wersję Tomorrow Wendy tylko z Napolitano na wokalu (Prieboy walił tam w klawisze; generalnie udzielał się muzycznie na niemal każdej płycie CB), ale nie była aż tak dobra jak wersja Prieboya. A w ogóle pałkerem na całej płycie Bloodletting z 1990 roku, z której to płyty jest wrzucone przeze mnie Caroline, jest Paul Thompson z Roxy Music. Także dość eklektyczna grupa... Zastanawiałem się, czy zamiast Caroline nie wrzucić innego ich numeru, Heal It Up (które radziło sobie na chartach nieco lepiej niż Caroline), a który to numer też bardzo lubię, ale też wydaje mi się być lepszym showcasem możliwości wokalnych Napolitano. Jednak postawiłem na totalną nostalgię. A jak ich poznałem? Przez Prieboya właśnie, wiosną tamtego samego roku odkryłem solową twórczość drugiego gościa od Wall of Voodoo (Ridgwaya już znałem jakiś czas przecież), i okazała się być naprawdę super. Tomorrow Wendy kupiło mnie z miejsca, a potem byłem ciekaw, co to za panna z nim tam śpiewa, no i się dowiedziałem. CB to takie typowe amerykańskie granie gitarowe przełomu lat 80. i 90. z okolic pustyni Mojave, albo właśnie takich kalifornijskich zapadlisk. Trochę rocka, ale trochę ejtisów też w tym czuć, może nie nadaje się to ani do Twin Peaks, ani do blockbusterów z Harrisonem Fordem, ale z Tomem Selleckiem już jak najbardziej. Albo poważniejsza teenage drama z przesłaniem. Albo przejażdżka pociągiem do zimnej i obcej Warszawy w połowie października 2012 z oczyma wlepionymi w przelatujące za uchylonym oknem budynki...
https://www.youtube.com/watch?v=5ktFDB2uCpY
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Za rok jak już będziemy jechać duble postaram się rzucić czymś co właśnie dla mnie pachnie wilgocią i miejskim smogiem i będzie się wiązało chyba nawet z pewnym miejscem w stolicy w którym o ile kojarzę też mieszkałeś.devotional pisze:17 paź 2023 08:48Nie wiem, czy rozumiecie do końca o co mi chodzi, jesień, zapadający zmrok, fabryczne pozostałości, jakieś magazyny, gdzieś cuchnie wilgocią i dymem z okolicznych kominów, pojedyncze lampy rtęciowe wystają z fasad rozsypujących się budynków, stoicie pośrodku i np. jaracie szluga, no generalnie taki urok poradzieckiej postapokalipsy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Varius Manx - Harfa
Proszę państwa z prawdziwą przyjemnością przedstawiam Wam utwór łódzkiego zespołu Various Manx pt. Harfa. Z zespołem VM to jest tak, ze znam go od początku właściwie jego istnienia i mam do niego stosunek dosyć wybiórczy. Lubię czwarty album Elf z Anitą Lipnicką oraz album Eli, z którego pochodzi utwór Harfa. Pozostałe albumy są mi raczej obojętne z wyjątkiem pojedynczych utworów. A za co lubię te dwa akurat albumy? 1995r. to mój pierwszy rok pobytu w Orzyszu. Wtedy też wyszedł album Elf, który osiągnął dużą popularność, bo zawierał naprawdę sporo wartościowych i kultowych wręcz do dziś utworów. Mam z tą muzyką związane bardzo wiele nostalgicznych wspomnień.
Album Eli lubię z kilku powodów. Po pierwsze bardzo odpowiada mi niezwykle balladowy i łagodny charakter płyty. Drugim powodem jest wokalistka udzielająca się na Eli. Various Manx znany jest z żonglowania wokalistkami. Jedne były lepsze, drugie gorsze. Pewnie dla fanów zespołu na zawsze najlepszą pozostanie Lipnicka. Ja jednak zakochałem się w głosie Anny Józefiny Lubienieckiej. Pamiętam jak w 2011r. jechałem IVECO na nocne strzelanie. Było już ciemno a z głośników radia popłynął utwór Jednym ruchem serca. Słyszałem to pierwszy raz, a byłem po prostu zauroczony zarówno samym utworem jak też niesamowitym wokalem. Przyznaję, że miałem ciary. Nazajutrz oczywiście obczaiłem, kto tam w ogóle w VM teraz śpiewa oraz posłuchałem innych utworów z albumu Eli. Okazało się, że dobrych utworów jest znacznie więcej, a w szczególności zmysłami mymi zawładnął utwór Harfa. Piosenka ma jak dla mnie oszałamiająco piękną melodię, która za każdym razem chwyta mnie za serce. Równie piękna jest aranżacja. Anna Józefina oczywiście czaruje głosem, do tego fenomenalne chórki i dobry tekst. Druga połowa utworu to z kolei instrumentalna coda.
Jestem przekonany, że Harfa to jeden z najpiękniejszych polskich utworów jakie słyszałem.
https://www.youtube.com/watch?v=-D-Y94Xz-Gw
Proszę państwa z prawdziwą przyjemnością przedstawiam Wam utwór łódzkiego zespołu Various Manx pt. Harfa. Z zespołem VM to jest tak, ze znam go od początku właściwie jego istnienia i mam do niego stosunek dosyć wybiórczy. Lubię czwarty album Elf z Anitą Lipnicką oraz album Eli, z którego pochodzi utwór Harfa. Pozostałe albumy są mi raczej obojętne z wyjątkiem pojedynczych utworów. A za co lubię te dwa akurat albumy? 1995r. to mój pierwszy rok pobytu w Orzyszu. Wtedy też wyszedł album Elf, który osiągnął dużą popularność, bo zawierał naprawdę sporo wartościowych i kultowych wręcz do dziś utworów. Mam z tą muzyką związane bardzo wiele nostalgicznych wspomnień.
Album Eli lubię z kilku powodów. Po pierwsze bardzo odpowiada mi niezwykle balladowy i łagodny charakter płyty. Drugim powodem jest wokalistka udzielająca się na Eli. Various Manx znany jest z żonglowania wokalistkami. Jedne były lepsze, drugie gorsze. Pewnie dla fanów zespołu na zawsze najlepszą pozostanie Lipnicka. Ja jednak zakochałem się w głosie Anny Józefiny Lubienieckiej. Pamiętam jak w 2011r. jechałem IVECO na nocne strzelanie. Było już ciemno a z głośników radia popłynął utwór Jednym ruchem serca. Słyszałem to pierwszy raz, a byłem po prostu zauroczony zarówno samym utworem jak też niesamowitym wokalem. Przyznaję, że miałem ciary. Nazajutrz oczywiście obczaiłem, kto tam w ogóle w VM teraz śpiewa oraz posłuchałem innych utworów z albumu Eli. Okazało się, że dobrych utworów jest znacznie więcej, a w szczególności zmysłami mymi zawładnął utwór Harfa. Piosenka ma jak dla mnie oszałamiająco piękną melodię, która za każdym razem chwyta mnie za serce. Równie piękna jest aranżacja. Anna Józefina oczywiście czaruje głosem, do tego fenomenalne chórki i dobry tekst. Druga połowa utworu to z kolei instrumentalna coda.
Jestem przekonany, że Harfa to jeden z najpiękniejszych polskich utworów jakie słyszałem.
https://www.youtube.com/watch?v=-D-Y94Xz-Gw
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
skoro BP gra weselnie to pewnie kolejny kandydat przygrywa gospel
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity (2003)
Stąd do wieczności. Od ponad dwóch lat tonę w świecie ambientu. Łapię się na tym, że w sumie to takiej muzyce poświęcam najwięcej czasu. Nie tracę kontaktu z nowinkami. Nie jest tak, że przestałem szukać kolejnych totalnie nowych odkryć. Wydaje mi się jednak, że młodzieńczy pęd w stronę klasycznej elektroniki - ilustracyjnej, nastrojowej, często też radykalnie minimalistycznej - musiał się skończyć zwrotem w stronę minimalizmu, muzyki medytacyjnej, silnie uduchowionej lub świeckich, ale równie oszczędnych stojących dronów. Dorobiłem się obecnie wielu płyt, które wprowadzają mnie w specyficzny trans. Uspokajają, bardzo gwałtownie popychają w sen. Poszukiwania na pałę już za mną, wiem mniej więcej czego się spodziewać na podstawie fragmentów kolejnych poznawanych produkcji i projektów. Kontakt z Wiese to całkiem logiczna konsekwencja gruntownego poznania dyskografii Popol Vuh, bo w tym zespole przez jakiś czas się udzielał. Jego solowa dyskografia jest potężna, ale niech was to nie zwiedzie. Wprawne ucho wyłapie subtelne różnice, ale przez dziesiątki lat skomponował całe dni równie nastrojowej, tajemniczej, onirycznej muzyki. Niby na pierwszy kontakt zawsze dość podobnej, jednak po pewnym czasie za każdym razem trafiającej pod kopułę zupełnie inaczej. Nawet na tym gruncie zdarzały się kleksy, choć ostatecznie nie przebiłem się przez tak wiele propozycji. Generalnie myślę, że to musiał być bardzo ciekawy człowiek. Zmarł w 2009 roku.
Nie chcę przegadać tematu. Horrendalna dyskografia Wiese, a ja wybieram utwór właściwie gościnny na płycie będącej efektem kolaboracji dwóch innych twórców - Oophoi i Tau Ceti. Tło należy do nich, ale w tym przypadku robotę robi mistrzowskie panowanie nad niepozornym i zaskakującym instrumentem. Wiese w tym przypadku ogranicza się do tybetańskiej misy dźwiękowej. Nazwa jak nazwa - wsłuchacie się (mam nadzieję w jak najlepszych warunkach - cisza, spokój, raczej noc i izolacja niż wielkomiejski szum za dnia), a zrozumiecie cały ambaras. Dla mnie osobiście to jeden z najpiękniejszych dronów w ogóle. Pomyśleć, że jeszcze rok temu kompletnie nie znałem człowieka... Chamber of Eternity to regularna towarzyszka wielu nocy i jestem dziwnie spokojny o to, że to się długo nie zmieni. Nie chcę się rozpisywać o innych wrzutkach, jednocześnie wybieram coś świeżego, wciąż branego na tapet, a przy tym naprawdę ważnego. Trzeba sobie pozwolić na mały rytuał, choćby najdrobniejszy. Albo po prostu moment wyciszenia, ale takiego na serio.
https://www.youtube.com/watch?v=dDEnzAcoJjI
PS Ostatnio zaangażowałem się w małe projekty muzyczne do filmów... mimo różnych zastosowań naturalnie sięgam po taką stylistykę. Czuję się w niej pewnie, jak mało co ostatnio oddaje mojego ducha, artystyczną potrzebę w skali mikro. O ile wobec ludzi bywam kontaktowy, otwarty jak nigdy dotąd, tak w zaciszu domowym regularnie znajduję czas na seanse wyciszenia.
PS2 Może powinienem uwzględnić trzech wykonawców, ale podoba mi się to, jak sprawa jak rozwiązana chociażby na Spotify. Odcisk KW na tej płycie jest zbyt wyraźny, by robić więcej zamieszania.
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity (2003)
Stąd do wieczności. Od ponad dwóch lat tonę w świecie ambientu. Łapię się na tym, że w sumie to takiej muzyce poświęcam najwięcej czasu. Nie tracę kontaktu z nowinkami. Nie jest tak, że przestałem szukać kolejnych totalnie nowych odkryć. Wydaje mi się jednak, że młodzieńczy pęd w stronę klasycznej elektroniki - ilustracyjnej, nastrojowej, często też radykalnie minimalistycznej - musiał się skończyć zwrotem w stronę minimalizmu, muzyki medytacyjnej, silnie uduchowionej lub świeckich, ale równie oszczędnych stojących dronów. Dorobiłem się obecnie wielu płyt, które wprowadzają mnie w specyficzny trans. Uspokajają, bardzo gwałtownie popychają w sen. Poszukiwania na pałę już za mną, wiem mniej więcej czego się spodziewać na podstawie fragmentów kolejnych poznawanych produkcji i projektów. Kontakt z Wiese to całkiem logiczna konsekwencja gruntownego poznania dyskografii Popol Vuh, bo w tym zespole przez jakiś czas się udzielał. Jego solowa dyskografia jest potężna, ale niech was to nie zwiedzie. Wprawne ucho wyłapie subtelne różnice, ale przez dziesiątki lat skomponował całe dni równie nastrojowej, tajemniczej, onirycznej muzyki. Niby na pierwszy kontakt zawsze dość podobnej, jednak po pewnym czasie za każdym razem trafiającej pod kopułę zupełnie inaczej. Nawet na tym gruncie zdarzały się kleksy, choć ostatecznie nie przebiłem się przez tak wiele propozycji. Generalnie myślę, że to musiał być bardzo ciekawy człowiek. Zmarł w 2009 roku.
Nie chcę przegadać tematu. Horrendalna dyskografia Wiese, a ja wybieram utwór właściwie gościnny na płycie będącej efektem kolaboracji dwóch innych twórców - Oophoi i Tau Ceti. Tło należy do nich, ale w tym przypadku robotę robi mistrzowskie panowanie nad niepozornym i zaskakującym instrumentem. Wiese w tym przypadku ogranicza się do tybetańskiej misy dźwiękowej. Nazwa jak nazwa - wsłuchacie się (mam nadzieję w jak najlepszych warunkach - cisza, spokój, raczej noc i izolacja niż wielkomiejski szum za dnia), a zrozumiecie cały ambaras. Dla mnie osobiście to jeden z najpiękniejszych dronów w ogóle. Pomyśleć, że jeszcze rok temu kompletnie nie znałem człowieka... Chamber of Eternity to regularna towarzyszka wielu nocy i jestem dziwnie spokojny o to, że to się długo nie zmieni. Nie chcę się rozpisywać o innych wrzutkach, jednocześnie wybieram coś świeżego, wciąż branego na tapet, a przy tym naprawdę ważnego. Trzeba sobie pozwolić na mały rytuał, choćby najdrobniejszy. Albo po prostu moment wyciszenia, ale takiego na serio.
https://www.youtube.com/watch?v=dDEnzAcoJjI
PS Ostatnio zaangażowałem się w małe projekty muzyczne do filmów... mimo różnych zastosowań naturalnie sięgam po taką stylistykę. Czuję się w niej pewnie, jak mało co ostatnio oddaje mojego ducha, artystyczną potrzebę w skali mikro. O ile wobec ludzi bywam kontaktowy, otwarty jak nigdy dotąd, tak w zaciszu domowym regularnie znajduję czas na seanse wyciszenia.
PS2 Może powinienem uwzględnić trzech wykonawców, ale podoba mi się to, jak sprawa jak rozwiązana chociażby na Spotify. Odcisk KW na tej płycie jest zbyt wyraźny, by robić więcej zamieszania.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z miłym zaskoczeniem wjeżdżam jako pierwszy, chyba domyślam się dlaczego
Strawberry Switchblade Since Yesterday
Oczywiście, że w poniedziałek obudziliśmy się w wolnej POlsce. Pozwoliłem sobie wczoraj na uczelni pożartować z tego hasła w dobrym towarzystwie. Pierwsze emocje puściły, można spokojnie wrócić do lewicowo-kanapowego narzekania na liberalizm zasrany zapierdziany. Wymienię każdego Giertycha na kolejną Wichę czy potężną teatrolożkę. Seba lubi Papa Dance i po paru odsłuchach nie jestem zdziwiony, że tego typu projekt siadł mu okuratnie. Przyjemne synthpopowe granie z dość dokokszonym automatem i jednocześnie całkiem delikatnymi wokalami. Odnoszę wrażenie, jak gdyby ten kawałek był na liście rezerwowej rzeczy do umieszczenia w GTA Vice City. Jest tu pewna tajemnica, ale poza tym nie szukałbym jakichś większych kontekstów czy zaangażowania społecznego na temat. Po latach i w POlsce wielu artystom udziela się potrzeba uatrakcyjnienia klasycznego repertuaru - że niby taki antysystemowy czy proroczy. Może i tak, to nie są kwestie do jednoznacznego określenia, ale w wielu wypadkach ignoruję takie refleksje. Okładka też niczego sobie, dodatkowo generuje to specyficzne wrażenie czegoś mroczniejszego. Elegancki kawałek.
PS W 2015 roku z perspektywy bycia w gimnazjum zagłosowałbym na jakiegoś prawicowego kretyna, no ale na szczęście dzieci nie głosują. Gdybym miał wybierać z obecną świadomością to postawiłbym krzyżyk obok Palikota.
The Manhattan Transfer Four Brothers
W wielu miejscach upuściłem już parę linijek nt wpływu rodziców na moje gusta muzyczne. Śmiało mogę powiedzieć, że większość propozycji przyjąłem negatywnie. Z drugiej strony... mimo wszystko za ich sprawą bliskie mojego serduszku są takie zespoły jak Depeche Mode czy Republika. Uroki doświadczania ludzi przechodzących różne zakręty życiowe, codzienność w zmienności. Zespołów swignowych nie słuchali. Dżezu skoncentrowanego na wokalistach również. Nie znam się, dlatego będę polegał na dość głupim porównaniu. Trochę to odbieram na zasadzie utworu rodem z musicalu. Wokalna gonitwa i nie aż tak inwazyjni instrumentaliści w tle. Ja generalnie nie lubię za dużo wokalu. Teatr muzyczny czy opery raczej mnie nudzą i przytłaczają. Bardzo często po wszystkim jestem przebodźcowany, a wolałbym... nieważne. Znalazłem zrozumienie u jednej z doktorantek na uczelni, która tak jak ja podziela bezgraniczną miłość do teatru, a jednocześnie nie kupuje opery, traktując ją jako zbyt przerysowaną, kampową, itepe. Four Brothers przypomina żywcem wyrwany fragment z całego show, widowiska, koncertu opierającego się na takich żywych, ekspresyjnych opowiastkach. Na technikę wokalną praktycznie nigdy nie zwracam uwagi, o czym jeszcze dam znać w tej kolejce. Kawałek nie drażni, ale nie umiem się pozbyć pewnego dystansu. Nie żeby naruszał mój comfort zone muzyczny, choć lekko męczy bułkę, no jednak odrobinę przytłacza tymi seriami wokaliz. Zero oddechu. W takiej sytuacji nie wyłapuję żadnej lekkości, oddechu. Kawałek ma pozytywny vibe, ale co za dużo to niezdrowo.
Daab Podzielono świat
W wyborach w 2020 roku zagłosowałem jak zagłosowałem, choć moje serduszko pod koniec kampanii skradł przyszły senator z ramienia Unii Pracy, swoją drogą wybrany w jednym z dolnośląskich okręgów. Beka, że przez pewien czas wybory kopertowe były poważnie brane pod uwagę. Ostatecznie ewoluowały w mem, choć ktoś wreszcie powinien wziąć za to odpowiedzialność. Podobnie jak za próbę zatopienia Kidawy-Błońskiej, ale w tym przypadku ktoś się w pewnym momencie jeszcze ogarnął. W tamtym czasie otwierałem umysł na to, że mimo wszystko panująca wówczas władza nie w każdym przypadku była totalnie destrukcyjna dla społeczeństwa. Trzymam się tego zdania do teraz. Jednocześnie nie mogę przymykać oczu na antyludzkie podejście do bardzo bliskich mi środowisk. Kultura, nauka i niehetero przestrzenie mogą przez chwilę odetchnąć. Mimo wszystkich różnic jakie występują między mną a wielbicielami dominującego nurtu w nadchodzącym wielokolorowym rządzie trudno nie odbierać tej zmiany pozytywnie. No, przynajmniej do pierwszych dyskusyjnych zmian prawnych lub decyzji obsadowych.
Nie znałem tego kawałka do tej pory. To, że Krzywy gardłuje tutaj trochę zaskoczyło, choć za drugim razem udało się wyłapać charakterystyczne momenty. Całość dość monotonna. W połączeniu z całkiem dosłownym i niespecjalnie wyszukanym tekstem potrafi się nieznośnie dłużyć. Bierny upór sklecony w taki niby bojowy, a jednocześnie trochę naiwny, poetycki, studencki sposób. Znowu jak Sztywny Pal Azji, ale bez dodatkowej warstwy potężnych metafor. Krzywy śpiewający o oddawaniu życia za czysto humanistyczne wartości... pewnie mógł to robić na serio, PÓKI miał NA TO CZAS. Lubię trochę inną energię w tego typu bojowych przekazach. Pod tym względem jest tu pościelowo. Późniejsza wersja ma znacznie fajniejszy aranż, bas przyjemnie głaszcze uszy, charakterystyczny rytm lepiej wciąga. Wokal trochę bardziej odpustowy, pod tym względem Krzywy wciąga kolesia nosem. Taak, podstawowy problem to przede wszystkim tekst. Może w innym języku dałbym się nabrać samemu nastrojowi?
Concrete Blonde Caroline
Caroline knows how fragile we are. Tym razem jednak bez małpki. W 2012 roku Tusk raczej uchodził za Słońce Peru. Niby zielona wyspa, ale znacznie trudniej było się po niej poruszać koleją. Wtedy w ogóle raczej rzadko kiedy wybywałem poza Wałbrzych. Rysowana przez Adriana przestrzeń wtedy jeszcze mocno charakteryzowała lokalny krajobraz. Oczywiście z pewnymi różnicami, ale jednak w porównaniu z dziś bloków i ruin stało o wiele, wiele więcej. Bonanzą jechałem raz, pamiętam to doskonale. To było dawniej niż w 2012 roku, bo podróż do Wrocka trwała ponad dwie godziny. Stan techniczny infrastruktury oraz taboru pozostawiał wiele do życzenia. Wtedy jeszcze bałem się kolei, a w szczególności nocnych pociągów. Nie lubię ich do teraz - wciąż nie tylko za to, że nie da się w nich dobrze pospać. Moje rodzinne strony żyją trochę innym rytmem, w opisywanych okolicznościach na pewno sięgnąłbym po inny repertuar nawet w epoce.
Kurczę, brzmi to tak podobnie do wielu różnych rockowych projektów, a jednocześnie na swój sposób się wyróżnia. Tutaj to lekkie rozciągnięcie mi nie przeszkadza. Dla mnie ma energię soundtracku pod wieczorową przejażdżkę przy niezbyt oświetlonej drodze. Mniejsza czy powrót z daleka tak po prostu czy sytuacja niedługo po jakimś nieprzyjemnym doświadczeniu. Wytwarza wokół siebie aurę tajemnicy, czegoś niewypowiedzianego, tkwiącego po prostu w powietrzu. Na tyle uprzykrza życie, że trzeba to rozchodzić albo przetrawić gdzieś poza, obok wszystkiego. Nic specjalnie nie wyróżnia się specjalnie, całość brzmi naprawdę w porządku. Wokal na plus. Vibe robi robotę.
Varius Manx Harfa
Varius Manx i nie ma choćby zdania o dość kuriozalnym pomyśle występu jako support dla Depeche Mode? Uważam to za uchybienie. Z jednej strony sam potraktowałbym to jako ponury żart, z drugiej... lubię Piosenkę księżycową i Tokyo, w pewnych okolicznościach zdarza mi się wracać. Na tyle różne muzycznie światy, że może jednak miło to traktować tylko w kategoriach anegdotycznych. Zgadzam się z Wujasem - Varius Manx to przede wszystkim przedmiotowe podejście do wokalistek. Nie powinno mnie to specjalnie obchodzić, bo ja i tak raz na ruski rok słucham tylko kawałków z czasów Lipnickiej, no ale coś jest na rzeczy. Zaczynali jako progresywni rockersi, a potem Janson zamienił to w kopalnię kiczu za przyzwoleniem reszty towarzystwa, bywa i tak. Przebiłem się przez Emu i poza dobrze znanymi rzeczami nic nie przypadło mi do gustu. Może jak mi zapłacą to sprawdzę coś więcej na dystansie całej płyty. Niby to dość świeża propozycja, ale bez lektury opisu dalej myślałbym, że to coś rodem z najtisów. Pop rockowy kawałek z ambicjami, miejscami wręcz brzmi jak taki pościelowy trip hop. Szkoda, że na JuTube jest w dość średniej jakości, to też sprzyjało wrażeniu słuchania czegoś znacznie starszego. Na ostatni odsłuch pobrałem sobie Harfę z Ch****a i brzmi znacznie lepiej. Początkowo wydawało mi się, że tych śmieci jest więcej, a to właśnie tylko kwestia jakości. Pod względem produkcji trochę przypomina Enigmę - podbijają to dodatkowe wokale, generalnie druga część z poucinanymi głosami sprzyja temu skojarzeniu. Brzmi też jak coś rodem z Metamorfoz Żara, tyle że bez całej masy cyfrowych dodatków. Szkoda, że nad tym idzie tak niecharakterna i wycyzelowana Lubieniecka. Co z tego, że technicznie bez zarzutu, skoro pani wyśpiewuje kompletne głupoty, a przy tym nie brzmi zbyt wyróżniająco. Kolejowe tramwaje? O cię bracie, kto to pisał? Koniec końców jestem pozytywnie zaskoczony, ja bym mógł tego słuchać z uznaniem... no gdyby nie główna bohaterka. Soczyste jest to elektroniczne outro. Nie mają na tej płycie jakichś kawałków bez wokali? Zmarnowany potencjał. Zobaczymy po czasie czy jednak te głupoty nie będą już tak drażnić, jest na to szansa.
Na równi z przodu Dwie Gothki i Konkretna Blondyna, ale honorowe serduszko i znaczek jakości Teraz Smoku dla instrumentala Harfy.
Strawberry Switchblade Since Yesterday
Oczywiście, że w poniedziałek obudziliśmy się w wolnej POlsce. Pozwoliłem sobie wczoraj na uczelni pożartować z tego hasła w dobrym towarzystwie. Pierwsze emocje puściły, można spokojnie wrócić do lewicowo-kanapowego narzekania na liberalizm zasrany zapierdziany. Wymienię każdego Giertycha na kolejną Wichę czy potężną teatrolożkę. Seba lubi Papa Dance i po paru odsłuchach nie jestem zdziwiony, że tego typu projekt siadł mu okuratnie. Przyjemne synthpopowe granie z dość dokokszonym automatem i jednocześnie całkiem delikatnymi wokalami. Odnoszę wrażenie, jak gdyby ten kawałek był na liście rezerwowej rzeczy do umieszczenia w GTA Vice City. Jest tu pewna tajemnica, ale poza tym nie szukałbym jakichś większych kontekstów czy zaangażowania społecznego na temat. Po latach i w POlsce wielu artystom udziela się potrzeba uatrakcyjnienia klasycznego repertuaru - że niby taki antysystemowy czy proroczy. Może i tak, to nie są kwestie do jednoznacznego określenia, ale w wielu wypadkach ignoruję takie refleksje. Okładka też niczego sobie, dodatkowo generuje to specyficzne wrażenie czegoś mroczniejszego. Elegancki kawałek.
PS W 2015 roku z perspektywy bycia w gimnazjum zagłosowałbym na jakiegoś prawicowego kretyna, no ale na szczęście dzieci nie głosują. Gdybym miał wybierać z obecną świadomością to postawiłbym krzyżyk obok Palikota.
The Manhattan Transfer Four Brothers
W wielu miejscach upuściłem już parę linijek nt wpływu rodziców na moje gusta muzyczne. Śmiało mogę powiedzieć, że większość propozycji przyjąłem negatywnie. Z drugiej strony... mimo wszystko za ich sprawą bliskie mojego serduszku są takie zespoły jak Depeche Mode czy Republika. Uroki doświadczania ludzi przechodzących różne zakręty życiowe, codzienność w zmienności. Zespołów swignowych nie słuchali. Dżezu skoncentrowanego na wokalistach również. Nie znam się, dlatego będę polegał na dość głupim porównaniu. Trochę to odbieram na zasadzie utworu rodem z musicalu. Wokalna gonitwa i nie aż tak inwazyjni instrumentaliści w tle. Ja generalnie nie lubię za dużo wokalu. Teatr muzyczny czy opery raczej mnie nudzą i przytłaczają. Bardzo często po wszystkim jestem przebodźcowany, a wolałbym... nieważne. Znalazłem zrozumienie u jednej z doktorantek na uczelni, która tak jak ja podziela bezgraniczną miłość do teatru, a jednocześnie nie kupuje opery, traktując ją jako zbyt przerysowaną, kampową, itepe. Four Brothers przypomina żywcem wyrwany fragment z całego show, widowiska, koncertu opierającego się na takich żywych, ekspresyjnych opowiastkach. Na technikę wokalną praktycznie nigdy nie zwracam uwagi, o czym jeszcze dam znać w tej kolejce. Kawałek nie drażni, ale nie umiem się pozbyć pewnego dystansu. Nie żeby naruszał mój comfort zone muzyczny, choć lekko męczy bułkę, no jednak odrobinę przytłacza tymi seriami wokaliz. Zero oddechu. W takiej sytuacji nie wyłapuję żadnej lekkości, oddechu. Kawałek ma pozytywny vibe, ale co za dużo to niezdrowo.
Daab Podzielono świat
W wyborach w 2020 roku zagłosowałem jak zagłosowałem, choć moje serduszko pod koniec kampanii skradł przyszły senator z ramienia Unii Pracy, swoją drogą wybrany w jednym z dolnośląskich okręgów. Beka, że przez pewien czas wybory kopertowe były poważnie brane pod uwagę. Ostatecznie ewoluowały w mem, choć ktoś wreszcie powinien wziąć za to odpowiedzialność. Podobnie jak za próbę zatopienia Kidawy-Błońskiej, ale w tym przypadku ktoś się w pewnym momencie jeszcze ogarnął. W tamtym czasie otwierałem umysł na to, że mimo wszystko panująca wówczas władza nie w każdym przypadku była totalnie destrukcyjna dla społeczeństwa. Trzymam się tego zdania do teraz. Jednocześnie nie mogę przymykać oczu na antyludzkie podejście do bardzo bliskich mi środowisk. Kultura, nauka i niehetero przestrzenie mogą przez chwilę odetchnąć. Mimo wszystkich różnic jakie występują między mną a wielbicielami dominującego nurtu w nadchodzącym wielokolorowym rządzie trudno nie odbierać tej zmiany pozytywnie. No, przynajmniej do pierwszych dyskusyjnych zmian prawnych lub decyzji obsadowych.
Nie znałem tego kawałka do tej pory. To, że Krzywy gardłuje tutaj trochę zaskoczyło, choć za drugim razem udało się wyłapać charakterystyczne momenty. Całość dość monotonna. W połączeniu z całkiem dosłownym i niespecjalnie wyszukanym tekstem potrafi się nieznośnie dłużyć. Bierny upór sklecony w taki niby bojowy, a jednocześnie trochę naiwny, poetycki, studencki sposób. Znowu jak Sztywny Pal Azji, ale bez dodatkowej warstwy potężnych metafor. Krzywy śpiewający o oddawaniu życia za czysto humanistyczne wartości... pewnie mógł to robić na serio, PÓKI miał NA TO CZAS. Lubię trochę inną energię w tego typu bojowych przekazach. Pod tym względem jest tu pościelowo. Późniejsza wersja ma znacznie fajniejszy aranż, bas przyjemnie głaszcze uszy, charakterystyczny rytm lepiej wciąga. Wokal trochę bardziej odpustowy, pod tym względem Krzywy wciąga kolesia nosem. Taak, podstawowy problem to przede wszystkim tekst. Może w innym języku dałbym się nabrać samemu nastrojowi?
Concrete Blonde Caroline
Caroline knows how fragile we are. Tym razem jednak bez małpki. W 2012 roku Tusk raczej uchodził za Słońce Peru. Niby zielona wyspa, ale znacznie trudniej było się po niej poruszać koleją. Wtedy w ogóle raczej rzadko kiedy wybywałem poza Wałbrzych. Rysowana przez Adriana przestrzeń wtedy jeszcze mocno charakteryzowała lokalny krajobraz. Oczywiście z pewnymi różnicami, ale jednak w porównaniu z dziś bloków i ruin stało o wiele, wiele więcej. Bonanzą jechałem raz, pamiętam to doskonale. To było dawniej niż w 2012 roku, bo podróż do Wrocka trwała ponad dwie godziny. Stan techniczny infrastruktury oraz taboru pozostawiał wiele do życzenia. Wtedy jeszcze bałem się kolei, a w szczególności nocnych pociągów. Nie lubię ich do teraz - wciąż nie tylko za to, że nie da się w nich dobrze pospać. Moje rodzinne strony żyją trochę innym rytmem, w opisywanych okolicznościach na pewno sięgnąłbym po inny repertuar nawet w epoce.
Kurczę, brzmi to tak podobnie do wielu różnych rockowych projektów, a jednocześnie na swój sposób się wyróżnia. Tutaj to lekkie rozciągnięcie mi nie przeszkadza. Dla mnie ma energię soundtracku pod wieczorową przejażdżkę przy niezbyt oświetlonej drodze. Mniejsza czy powrót z daleka tak po prostu czy sytuacja niedługo po jakimś nieprzyjemnym doświadczeniu. Wytwarza wokół siebie aurę tajemnicy, czegoś niewypowiedzianego, tkwiącego po prostu w powietrzu. Na tyle uprzykrza życie, że trzeba to rozchodzić albo przetrawić gdzieś poza, obok wszystkiego. Nic specjalnie nie wyróżnia się specjalnie, całość brzmi naprawdę w porządku. Wokal na plus. Vibe robi robotę.
Varius Manx Harfa
Varius Manx i nie ma choćby zdania o dość kuriozalnym pomyśle występu jako support dla Depeche Mode? Uważam to za uchybienie. Z jednej strony sam potraktowałbym to jako ponury żart, z drugiej... lubię Piosenkę księżycową i Tokyo, w pewnych okolicznościach zdarza mi się wracać. Na tyle różne muzycznie światy, że może jednak miło to traktować tylko w kategoriach anegdotycznych. Zgadzam się z Wujasem - Varius Manx to przede wszystkim przedmiotowe podejście do wokalistek. Nie powinno mnie to specjalnie obchodzić, bo ja i tak raz na ruski rok słucham tylko kawałków z czasów Lipnickiej, no ale coś jest na rzeczy. Zaczynali jako progresywni rockersi, a potem Janson zamienił to w kopalnię kiczu za przyzwoleniem reszty towarzystwa, bywa i tak. Przebiłem się przez Emu i poza dobrze znanymi rzeczami nic nie przypadło mi do gustu. Może jak mi zapłacą to sprawdzę coś więcej na dystansie całej płyty. Niby to dość świeża propozycja, ale bez lektury opisu dalej myślałbym, że to coś rodem z najtisów. Pop rockowy kawałek z ambicjami, miejscami wręcz brzmi jak taki pościelowy trip hop. Szkoda, że na JuTube jest w dość średniej jakości, to też sprzyjało wrażeniu słuchania czegoś znacznie starszego. Na ostatni odsłuch pobrałem sobie Harfę z Ch****a i brzmi znacznie lepiej. Początkowo wydawało mi się, że tych śmieci jest więcej, a to właśnie tylko kwestia jakości. Pod względem produkcji trochę przypomina Enigmę - podbijają to dodatkowe wokale, generalnie druga część z poucinanymi głosami sprzyja temu skojarzeniu. Brzmi też jak coś rodem z Metamorfoz Żara, tyle że bez całej masy cyfrowych dodatków. Szkoda, że nad tym idzie tak niecharakterna i wycyzelowana Lubieniecka. Co z tego, że technicznie bez zarzutu, skoro pani wyśpiewuje kompletne głupoty, a przy tym nie brzmi zbyt wyróżniająco. Kolejowe tramwaje? O cię bracie, kto to pisał? Koniec końców jestem pozytywnie zaskoczony, ja bym mógł tego słuchać z uznaniem... no gdyby nie główna bohaterka. Soczyste jest to elektroniczne outro. Nie mają na tej płycie jakichś kawałków bez wokali? Zmarnowany potencjał. Zobaczymy po czasie czy jednak te głupoty nie będą już tak drażnić, jest na to szansa.
Na równi z przodu Dwie Gothki i Konkretna Blondyna, ale honorowe serduszko i znaczek jakości Teraz Smoku dla instrumentala Harfy.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Manhattan Transfer - Four Brothers
Hien faktycznie zaskoczył nieco tą wrzutką która na naszą bestkę jest w sumie taka jedyna w swoim rodzaju. No ok, można było mieć na uwadze jego sentyment do takiego retro grania po wrzutce Sinatry w albumach, tu jednak jest o wiele bardziej żywo, swingująco i kolorowo. Kojarzy mi się to z kabaretem, wodewilem ale też... starymi kreskówkami. Numer brzmi nieco jak taka czołówka bajki (ogólnie Hanna Barbera mi po głowie krąży, jacyś swingujący Jetsonowie xD) tudzież animowana (koniecznie) czołówka jakiegoś filmu czy serialu jak Pomoc domowa (pol. Niania Frania) albo Różowa Pantera, taka stara szkoła kreski, rozumiecie (edit: jeszcze przychodzi mi do głowy inne skojarzenie - kino gangsterskie typu Chłopcy Z Ferajny albo Kasyno). Lekkie jazzowe swingujące brzmienie i świetne wokale grające pierwsze skrzypce. Zwróciłem uwagę że wokal "drugiego brata" czyli pierwszego z męskich wokali ma chrypkę nieco w stylu Roda Stewarta. Podoba mi się operowanie słowem - specyficzne rytmiczne akcentowanie tu i ówdzie wyrazów, to dobry przykład zastosowania wokalu jako instrumentu wiodącego. Amerykańsko do bólu, z klasą, doskonałym aranżem i wykonaniem, zasadniczo złoto ALE zobaczymy jak czas zweryfikuje tę wrzutę, słuchałem jej z przyjemnością lecz nie wiem jaki będzie miała replay value. Z tej wrzuty bije klimat takiej ultimate feel good music, jest to strefa komfortu i pięknie to wchodzi zwłaszcza siedząc w domku kiedy deszcz za oknem.
Concrete Blonde - Caroline
Tu mamy z kolei 90sowy alt rock podszyty bluesem, mam słabość chyba do takich numerów z rytmiczną miarową linią basu. Na basie zresztą z tego co czytam grała sama Johnette Napolitano (w ogóle nie pytajcie dlaczego bo nie wiem ale imię Johnette wydaje mi się być zajebiście... sexy xD ). Numer jest prosty ale skuteczny w tym co robi. Wokalistka wcale nie musi się wydzierać by człowiek czuł że jest moc w tym głosie. Na wszelki wypadek osłuchałem też ten drugi numer wspomniany przez deva, był spoko ale jak dla mnie słusznie postawił na Caroline, świetny wybór. Fajne solo na gitarze, blues spalony słońcem wtedy po całości czuć. Choć może stosunkowo niewiele mam tym razem do napisania podsumuję stwierdzeniem że również złoto i że to ulubiona wrzutka tej kolejki.
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Bałem się nieco że to będzie kolejny ambientowy klocek który będzie po prostu rzetelny jak oceniałem chyba większość tych nowszych smoczych ambientów, tymczasem jednak mamy coś nowego w tym temacie - tybetańska misę. Faktiko pozostali Panowie robią tu raptem tło a całość roboty robi Wiese. Brzmienie owo zdaję się znać, tudzież coś zbliżonego gdyż nieopodal szkoły muzycznej w naszym mieście znajduje się park w którym są różne instrumenty, znajdują się tam też takie dzwonki o takim przyjemnym brzmieniu choć nie pamiętam czy mają aż tak piękny pogłos jak tybetańska misa Wiese (ok sprawdziłem teraz co to właściwie było i to w parku to jest bell tree). Pisząc po Czezowemu stwierdziłbym że w sumie ten numer to takie 13 minut tego samego, brzmi to raczej jak luźne plamy dźwiękowe wywołane przez Wiese tą misą jednakowoż jest to naprawdę przyjemne w odsłuchu a druga sprawa to fakt że misa przestaje grać po 10 minutach i do końca zostajemy już z ambientowym tłem pozostałych gości które dopiero trochę wybrzmiewa. Nie ukrywam, numer tworzy niezwykły, unikalny klimat, podoba mi się, dodałem go sobie nawet na moją playlistę ambientową i zasadniczo znów napiszę że jest to złoto ALE nie wiem kiedy znów po niego sięgnę - pewnie najszybciej w sytuacji gdy będę chciał uśpić dzieciaka, ja po prostu naprawdę rzadko sięgam po takie rzeczy.
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Faktycznie muzyka pop ery atomowej bywała bardzo specyficzna, z jednej strony różowe pastelowe brzmienia krzyżowały się z tekstami o szaroburej rzeczywistości, recesji czy właśnie walce światowych mocarstw. Myślę że dla mnie najlepszym przykładem takiego skrajnego skrzyżowania radosnego brzmienia i apokaliptycznej liryki jest utwór Vamos A La Playa grupy Righeira (nie miałem pojęcia o czym jest dopóki mój brat nie zwrócił mi uwagi na tłumaczenie tekstu). Strawberry Switchblade nie uderza tak bezpośrednio w ten atomowy background ale dzięki temu numer ma bardziej uniwersalny wydźwięk. Tylko że poza tym kawałek wydaje mi się być taki sobie o, ni mierzi ni zachwyca, brzmi kliszowo ejtisowo jak wiele innych takich projektów z dziewczynami na wokalu o ktorych świat potem szybko zapomniał, cukierkowa produkcja i równie słodki damski głos, ta muza brzmi dokładnie tak jak wygląda okładka do niej, może paradoksalnie lepiej gdyby ten liryczny mrok był bardziej podkreślony i brzmiałoby to jak coś więcej niźli nie wiem - enta kopia wczesnej Madonny, jednakowoż mniej chwytliwa.
Varius Manx - Harfa
Dragon trochę przetarł szlak więc nie będę miał oporów by przyznać że faktycznie lirycznie numer jest nieco grafomański czy infantylny, ALE tak to bywa z polską muzyką że po prostu łatwiej to człowiek wyłapuje od razu, moja Goya też nie była idealna pod tym względem. Wokalnie tu początkowo mógłbym się nawet nabrać że to Kasia Stankiewicz śpiewa, widać że zespół nie podejmował ryzyka sięgając po kolejne wokalistki żeby to brzmiało jednak jakoś jak oni. W muzyce mamy senny aranż podkreślany przez delikatnie orientalne motywy, jakieś dzwonki (nawet jeden potem trochę mi się kojarzył z tą misą tybetańską), flet czy pewien instrument strunowy pobrzmiewający azjatycko. Ten kawałek też jest taki sobie dla mnie, rozumiem dlaczego wujek go lubi, przypomina mi to jakieś inne jego wrzuty z lekko egzotycznymi motywami (była pani śpiewająca po francusku zdaje się z lekko arabskimi motywami w muzyce), mnie ten numer trochę nudzi, trochę usypia nie wzbudzając wielkich emocji niestety. Nie jest to złe i nie jest to meh, zwyczajnie w tej kolejce konkurencja była naprawdę duża, podejrzewam że na tle słabszych numerów może i by błyszczało.
Bardzo dobra kolejka ogółem bo z jednej strony prejzuję aż trzy wrzuty tym razem a z drugiej zobaczymy ile z nich będzie walczyć potem o miejsce w podsumowaniu.
Hien faktycznie zaskoczył nieco tą wrzutką która na naszą bestkę jest w sumie taka jedyna w swoim rodzaju. No ok, można było mieć na uwadze jego sentyment do takiego retro grania po wrzutce Sinatry w albumach, tu jednak jest o wiele bardziej żywo, swingująco i kolorowo. Kojarzy mi się to z kabaretem, wodewilem ale też... starymi kreskówkami. Numer brzmi nieco jak taka czołówka bajki (ogólnie Hanna Barbera mi po głowie krąży, jacyś swingujący Jetsonowie xD) tudzież animowana (koniecznie) czołówka jakiegoś filmu czy serialu jak Pomoc domowa (pol. Niania Frania) albo Różowa Pantera, taka stara szkoła kreski, rozumiecie (edit: jeszcze przychodzi mi do głowy inne skojarzenie - kino gangsterskie typu Chłopcy Z Ferajny albo Kasyno). Lekkie jazzowe swingujące brzmienie i świetne wokale grające pierwsze skrzypce. Zwróciłem uwagę że wokal "drugiego brata" czyli pierwszego z męskich wokali ma chrypkę nieco w stylu Roda Stewarta. Podoba mi się operowanie słowem - specyficzne rytmiczne akcentowanie tu i ówdzie wyrazów, to dobry przykład zastosowania wokalu jako instrumentu wiodącego. Amerykańsko do bólu, z klasą, doskonałym aranżem i wykonaniem, zasadniczo złoto ALE zobaczymy jak czas zweryfikuje tę wrzutę, słuchałem jej z przyjemnością lecz nie wiem jaki będzie miała replay value. Z tej wrzuty bije klimat takiej ultimate feel good music, jest to strefa komfortu i pięknie to wchodzi zwłaszcza siedząc w domku kiedy deszcz za oknem.
Concrete Blonde - Caroline
Tu mamy z kolei 90sowy alt rock podszyty bluesem, mam słabość chyba do takich numerów z rytmiczną miarową linią basu. Na basie zresztą z tego co czytam grała sama Johnette Napolitano (w ogóle nie pytajcie dlaczego bo nie wiem ale imię Johnette wydaje mi się być zajebiście... sexy xD ). Numer jest prosty ale skuteczny w tym co robi. Wokalistka wcale nie musi się wydzierać by człowiek czuł że jest moc w tym głosie. Na wszelki wypadek osłuchałem też ten drugi numer wspomniany przez deva, był spoko ale jak dla mnie słusznie postawił na Caroline, świetny wybór. Fajne solo na gitarze, blues spalony słońcem wtedy po całości czuć. Choć może stosunkowo niewiele mam tym razem do napisania podsumuję stwierdzeniem że również złoto i że to ulubiona wrzutka tej kolejki.
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Bałem się nieco że to będzie kolejny ambientowy klocek który będzie po prostu rzetelny jak oceniałem chyba większość tych nowszych smoczych ambientów, tymczasem jednak mamy coś nowego w tym temacie - tybetańska misę. Faktiko pozostali Panowie robią tu raptem tło a całość roboty robi Wiese. Brzmienie owo zdaję się znać, tudzież coś zbliżonego gdyż nieopodal szkoły muzycznej w naszym mieście znajduje się park w którym są różne instrumenty, znajdują się tam też takie dzwonki o takim przyjemnym brzmieniu choć nie pamiętam czy mają aż tak piękny pogłos jak tybetańska misa Wiese (ok sprawdziłem teraz co to właściwie było i to w parku to jest bell tree). Pisząc po Czezowemu stwierdziłbym że w sumie ten numer to takie 13 minut tego samego, brzmi to raczej jak luźne plamy dźwiękowe wywołane przez Wiese tą misą jednakowoż jest to naprawdę przyjemne w odsłuchu a druga sprawa to fakt że misa przestaje grać po 10 minutach i do końca zostajemy już z ambientowym tłem pozostałych gości które dopiero trochę wybrzmiewa. Nie ukrywam, numer tworzy niezwykły, unikalny klimat, podoba mi się, dodałem go sobie nawet na moją playlistę ambientową i zasadniczo znów napiszę że jest to złoto ALE nie wiem kiedy znów po niego sięgnę - pewnie najszybciej w sytuacji gdy będę chciał uśpić dzieciaka, ja po prostu naprawdę rzadko sięgam po takie rzeczy.
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Faktycznie muzyka pop ery atomowej bywała bardzo specyficzna, z jednej strony różowe pastelowe brzmienia krzyżowały się z tekstami o szaroburej rzeczywistości, recesji czy właśnie walce światowych mocarstw. Myślę że dla mnie najlepszym przykładem takiego skrajnego skrzyżowania radosnego brzmienia i apokaliptycznej liryki jest utwór Vamos A La Playa grupy Righeira (nie miałem pojęcia o czym jest dopóki mój brat nie zwrócił mi uwagi na tłumaczenie tekstu). Strawberry Switchblade nie uderza tak bezpośrednio w ten atomowy background ale dzięki temu numer ma bardziej uniwersalny wydźwięk. Tylko że poza tym kawałek wydaje mi się być taki sobie o, ni mierzi ni zachwyca, brzmi kliszowo ejtisowo jak wiele innych takich projektów z dziewczynami na wokalu o ktorych świat potem szybko zapomniał, cukierkowa produkcja i równie słodki damski głos, ta muza brzmi dokładnie tak jak wygląda okładka do niej, może paradoksalnie lepiej gdyby ten liryczny mrok był bardziej podkreślony i brzmiałoby to jak coś więcej niźli nie wiem - enta kopia wczesnej Madonny, jednakowoż mniej chwytliwa.
Varius Manx - Harfa
Dragon trochę przetarł szlak więc nie będę miał oporów by przyznać że faktycznie lirycznie numer jest nieco grafomański czy infantylny, ALE tak to bywa z polską muzyką że po prostu łatwiej to człowiek wyłapuje od razu, moja Goya też nie była idealna pod tym względem. Wokalnie tu początkowo mógłbym się nawet nabrać że to Kasia Stankiewicz śpiewa, widać że zespół nie podejmował ryzyka sięgając po kolejne wokalistki żeby to brzmiało jednak jakoś jak oni. W muzyce mamy senny aranż podkreślany przez delikatnie orientalne motywy, jakieś dzwonki (nawet jeden potem trochę mi się kojarzył z tą misą tybetańską), flet czy pewien instrument strunowy pobrzmiewający azjatycko. Ten kawałek też jest taki sobie dla mnie, rozumiem dlaczego wujek go lubi, przypomina mi to jakieś inne jego wrzuty z lekko egzotycznymi motywami (była pani śpiewająca po francusku zdaje się z lekko arabskimi motywami w muzyce), mnie ten numer trochę nudzi, trochę usypia nie wzbudzając wielkich emocji niestety. Nie jest to złe i nie jest to meh, zwyczajnie w tej kolejce konkurencja była naprawdę duża, podejrzewam że na tle słabszych numerów może i by błyszczało.
Bardzo dobra kolejka ogółem bo z jednej strony prejzuję aż trzy wrzuty tym razem a z drugiej zobaczymy ile z nich będzie walczyć potem o miejsce w podsumowaniu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Dziwne, ale to jest ostatnia rzecz, której bym się spodziewał po synth popie granym przez dwie gotki. Może i dobrze, bo to jak sobie wyobrażam taki synth-pop, byłoby czymś raczej wujowym, natomiast kawałek wrzucony przez Mentosa jest fajny. Dobre popowe hooki, dobre wokale, nie tak znowu tandetny podkład, taki w sam raz, trochę jak u Madonny. Powiem więcej, jak na 85 rok, to momentami brzmi to dużo bardziej 90sowo, czy po prostu do przodu. Jest coś creepy w utworach traktujących o creepy sprawach w tak cukierkowej formie, ale to jest zaleta. Nigdy nie słyszałem o tym duecie, jest to coś, co by mogło w odpowiedniej sytuacji mi się mocno wkręcić. Może to nanana w tle w jakimś momencie zaczyna męczyć, ale nie psujmy tego dobrego obrazu narzekaniem na szczegóły, jest spoko.
Daab - Podzielono świat
Rege jesienią, no ok. Wchodzi zadziwiająco bezproblemowo. Mam wrażenie, że wyczerpałem pomysły na pisanie o takim reggae przy letnich wrzutach Murzyna i musiałbym tu zrobić kopiuj wklej, ale z drugiej strony, zaczynam powoli słyszeć różnice między reggae, a reggae. Fajny jackowy background w tle, rzeczywiście pasowało to idealnie, ciekawe czy Daab porządnie na tym zarobili hehe. Aż szkoda, że nie powstała wersja 2020. W każdym razie, numer jest spoko. Krzywy daje radę, gitary również, typowo reggaeowa rytmika o dziwo nie wydaje się tak wtórna jak powinna, tekst też przyzwoity. Póki co, jest pewien limit emocjonalny w tym jak działa na mnie reggae i raczej nie wykrzesam z siebie tutaj więcej niż taki lekki prejz, kiwnięcie głową z aprobatą i wyciągnięcie kciuka, ale maniakiem raczej nie będę, chociaż materiał na growing jest i czas pokaże, itd. W każdym razie, powroty przewiduję, więc kto wie. Wersja 93 rzeczywiście słabsza.
Concrete Blonde – Caroline
Kaaarolinkaaa jest przejęta, z matką zwiedza klasztor święty... (jak Dev tego nie pamięta, to padnę). Musiałex dowala czymś innym. Ten kawałek przypomina mi trochę wrzucanych przeze mnie wiosną The Tribe. Gitary tu są fajne, produkcja fajnie uwypukla walory tych rytmicznych i tych bardziej teksturowych (z braku słowa), sekcja rytmiczna prowadzi kawałek motorycznie, co w tym wypadku wypada bardzo dobrze. Wokal tez jest spoko. Może i jest monotonnie, ale IMO to jest tu zaleta. Lubię takie szorstkie pociągi na sztywnych torach, działają jak hipnoza i jak się porządnie wkręcić, to jest naprawdę dobrze, a poza tym atmosfera wytwarzana przez ten utwór również jest świetna. Zespół znałem do tej pory tylko z nazwy, myślałem (ponownie) że to coś młodszego, a tu guzik. Ile ja się nauczę dzięki tej bestce, to podejrzewam, że bym się inaczej nie nauczył. Do tego kolejny świetny utwór do słuchania.
Varius Manx - Harfa
Wujek, naczelny hejter polskiej muzyki, wrzuca setką polską piosenkę. Lubię Varius Manx, ale znam raczej tylko przeboje, więc fajnie jest usłyszeć jakiś deep (chyba) cut. No i jest to bardzo udana wrzuta. Szkoda tylko, że jakość taka słaba, bo tu się przebija z tego dużo dobrego, ale na szczęście soulseek dostarczył mp3 w dobrej jakości. Ciekawa produkcja, dobre gitary, fajne efekty w tle, jakieś niemal ambientowe zagrywki. Nie spodziewałem się takiego czegoś po Varius Manx, no ale właśnie, co ja tak naprawdę wiem o Varius Manx? Mam tu do czynienia z naprawdę ciekawą muzyką. Końcówka brzmi niemal jak coś z „Returning Jesus” no-man. Chyba czas będzie w końcu przesłuchać jakiś pełny album zespołu (w sumie chyba już kiedyś słuchałem, ale nie tej płyty). Bardzo udana wrzutka Wujka, łącząca wiele jego światów (tak, polską muzykę zaliczam już do „gęby” Wujka).
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Dragon wrócił do wrzut, które lubię u niego najbardziej i prezentuje absolutnie fenomenalny ambient. O takiej muzyce trudno się pisze, bo nie ma praktycznie żadnej formy, to tak jakby opisywać płynący potok, najłatwiej powiedzieć, że fajnie szumi. Dla mnie „The Chamber of Eternity” w dziwny sposób działa nostalgicznie, przenosi mnie w czasie do dzieciństwa, kiedy przesiadywałem przed kompem w swoim pokoju, w ciemnościach i w coś tam sobie grałem, czy coś innego robiłem. Nie wiem, dla mnie ten numer to jest soundtrack „przeszłości”, czegoś co istnieje już tylko w zamazanych, bezkształtnych wspomnieniach. Ta muzyka idealnie oddaje ten nastój. Sorry, że gadam jakbym się naćpał, ale chyba tylko tak da się o ambiencie pisać. Doskonała wrzuta, a płyta już zassana na dysk i chyba dzisiaj po nią sięgnę.
Panowie, gratulacje, doskonała kolejka, wszystko mi się bardzo podobało, nie będę rzucał miejscami, bo u mnie wszyscy zajmujecie pierwsze.
Dziwne, ale to jest ostatnia rzecz, której bym się spodziewał po synth popie granym przez dwie gotki. Może i dobrze, bo to jak sobie wyobrażam taki synth-pop, byłoby czymś raczej wujowym, natomiast kawałek wrzucony przez Mentosa jest fajny. Dobre popowe hooki, dobre wokale, nie tak znowu tandetny podkład, taki w sam raz, trochę jak u Madonny. Powiem więcej, jak na 85 rok, to momentami brzmi to dużo bardziej 90sowo, czy po prostu do przodu. Jest coś creepy w utworach traktujących o creepy sprawach w tak cukierkowej formie, ale to jest zaleta. Nigdy nie słyszałem o tym duecie, jest to coś, co by mogło w odpowiedniej sytuacji mi się mocno wkręcić. Może to nanana w tle w jakimś momencie zaczyna męczyć, ale nie psujmy tego dobrego obrazu narzekaniem na szczegóły, jest spoko.
Daab - Podzielono świat
Rege jesienią, no ok. Wchodzi zadziwiająco bezproblemowo. Mam wrażenie, że wyczerpałem pomysły na pisanie o takim reggae przy letnich wrzutach Murzyna i musiałbym tu zrobić kopiuj wklej, ale z drugiej strony, zaczynam powoli słyszeć różnice między reggae, a reggae. Fajny jackowy background w tle, rzeczywiście pasowało to idealnie, ciekawe czy Daab porządnie na tym zarobili hehe. Aż szkoda, że nie powstała wersja 2020. W każdym razie, numer jest spoko. Krzywy daje radę, gitary również, typowo reggaeowa rytmika o dziwo nie wydaje się tak wtórna jak powinna, tekst też przyzwoity. Póki co, jest pewien limit emocjonalny w tym jak działa na mnie reggae i raczej nie wykrzesam z siebie tutaj więcej niż taki lekki prejz, kiwnięcie głową z aprobatą i wyciągnięcie kciuka, ale maniakiem raczej nie będę, chociaż materiał na growing jest i czas pokaże, itd. W każdym razie, powroty przewiduję, więc kto wie. Wersja 93 rzeczywiście słabsza.
Concrete Blonde – Caroline
Kaaarolinkaaa jest przejęta, z matką zwiedza klasztor święty... (jak Dev tego nie pamięta, to padnę). Musiałex dowala czymś innym. Ten kawałek przypomina mi trochę wrzucanych przeze mnie wiosną The Tribe. Gitary tu są fajne, produkcja fajnie uwypukla walory tych rytmicznych i tych bardziej teksturowych (z braku słowa), sekcja rytmiczna prowadzi kawałek motorycznie, co w tym wypadku wypada bardzo dobrze. Wokal tez jest spoko. Może i jest monotonnie, ale IMO to jest tu zaleta. Lubię takie szorstkie pociągi na sztywnych torach, działają jak hipnoza i jak się porządnie wkręcić, to jest naprawdę dobrze, a poza tym atmosfera wytwarzana przez ten utwór również jest świetna. Zespół znałem do tej pory tylko z nazwy, myślałem (ponownie) że to coś młodszego, a tu guzik. Ile ja się nauczę dzięki tej bestce, to podejrzewam, że bym się inaczej nie nauczył. Do tego kolejny świetny utwór do słuchania.
Varius Manx - Harfa
Wujek, naczelny hejter polskiej muzyki, wrzuca setką polską piosenkę. Lubię Varius Manx, ale znam raczej tylko przeboje, więc fajnie jest usłyszeć jakiś deep (chyba) cut. No i jest to bardzo udana wrzuta. Szkoda tylko, że jakość taka słaba, bo tu się przebija z tego dużo dobrego, ale na szczęście soulseek dostarczył mp3 w dobrej jakości. Ciekawa produkcja, dobre gitary, fajne efekty w tle, jakieś niemal ambientowe zagrywki. Nie spodziewałem się takiego czegoś po Varius Manx, no ale właśnie, co ja tak naprawdę wiem o Varius Manx? Mam tu do czynienia z naprawdę ciekawą muzyką. Końcówka brzmi niemal jak coś z „Returning Jesus” no-man. Chyba czas będzie w końcu przesłuchać jakiś pełny album zespołu (w sumie chyba już kiedyś słuchałem, ale nie tej płyty). Bardzo udana wrzutka Wujka, łącząca wiele jego światów (tak, polską muzykę zaliczam już do „gęby” Wujka).
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Dragon wrócił do wrzut, które lubię u niego najbardziej i prezentuje absolutnie fenomenalny ambient. O takiej muzyce trudno się pisze, bo nie ma praktycznie żadnej formy, to tak jakby opisywać płynący potok, najłatwiej powiedzieć, że fajnie szumi. Dla mnie „The Chamber of Eternity” w dziwny sposób działa nostalgicznie, przenosi mnie w czasie do dzieciństwa, kiedy przesiadywałem przed kompem w swoim pokoju, w ciemnościach i w coś tam sobie grałem, czy coś innego robiłem. Nie wiem, dla mnie ten numer to jest soundtrack „przeszłości”, czegoś co istnieje już tylko w zamazanych, bezkształtnych wspomnieniach. Ta muzyka idealnie oddaje ten nastój. Sorry, że gadam jakbym się naćpał, ale chyba tylko tak da się o ambiencie pisać. Doskonała wrzuta, a płyta już zassana na dysk i chyba dzisiaj po nią sięgnę.
Panowie, gratulacje, doskonała kolejka, wszystko mi się bardzo podobało, nie będę rzucał miejscami, bo u mnie wszyscy zajmujecie pierwsze.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Hien, zainfekowany czy nie, to jednak się zna. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Panowie, co jest? Umawialiśmy się na 5-7 dni, mija 7 dzień, trzy osoby wiszą, ani be, ani me, bierzecie udział, czy nie?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Człowieku ja ledwo przetrwałem ten weekend xd dzisiaj wlatuje
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja dzisiaj będę, czyli się zmieszczę w ramach czasowych. 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dziś wjadą obydwa zestawienia recek.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Absolutnie nic się nie stało, poczekamy 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dragon klasycznie niepytany o zdanie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn