Best of Forum IV
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czekamy na Deva do jutra max
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak ktoś ma wrzute, to zapraszam, nie będziemy czekać w nieskończoność kiedy "wlecę dziś" trwa 48h.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wielbicieli okładki do Subterranea ostrzegam, że jeszcze wrócimy do takich samoróbek, ale nie tym razem-
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona (1996)
Panowie odpoczęli, to teraz mogą ruszyć na mały spacer. No i co z tego, że szlak prowadzi obok lodowców, a temperatura panująca dookoła wyraźnie poniżej zera? Być może w ten sposób będzie łatwiej przyswoić aurę nieuchronnie nadchodzącej zimy. Po latach już wiem, że zdecydowanie bardziej wolę cieplejsze klimaty. Jedyna zaleta tego ponurego i mroźnego gówna na zewnątrz to inspiracja tkwiąca potencjalnie w krajobrazie roztaczającym się w wielu miejscach świata. Oczywiście pogoda bywa kapryśna, z czasem coraz bardziej. W muzyce też można odnaleźć różne oblicza zimy. To tutaj jest jak dla mnie całkiem przystępne, być może kolejny raz uda mi się zainteresować parę osób na tyle, by dać szansę całej płycie. Pewnie nie zawsze tak będzie. Zapraszam do kolejnego kontaktu z poważnymi graczami na rynku.
Oba projekty wyrastają z zainteresowania rodzącą się muzyką techno na przełomie ejtisów i najtisów. Z czasem towarzystwo uciekło w różne strony ambientowego świata. Biosphere, czyli Geir Jenssen, na początku swojej przygody muzycznej bywał bardziej rytmiczny niż klimatyczny. Od połowy lat 90' wyraźnie skręcił w stronę soundtracków, płyt z wyraźnymi koncepcjami tematycznymi. Mój wieloletni znajomy od grupek muzycznych traktuje go jako jeden z artystycznych autorytetów. Trochę to słychać w jego muzyce, choć obecnie bardziej zgłębia tajniki dubu. Cofając się przynajmniej te pięć lat, przypominam sobie wiele poważnych rozkmin nt. Biosphere. Swoją drogą zawsze myślałem, że i on zaczynał w Warpie. Nic bardziej mylnego. Może z czasem trudno o podobnie udane i przełomowe propozycje, ale poza pojedynczymi klopsami Jenssen nigdy nie obniżył wyraźnie lotów. HIA to już rzecz bardziej niszowa. Nie wiem, jak tam przebiegała historia w składzie. Podobno w latach świetności to było trio. Już od samego początku robili interesujące ambient techno. Z czasem dorobili się współprac z takimi postaciami jak Pete Namlook czy Biosphere właśnie. W zeszłym roku podobno coś wyszło. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że czas na muzykę skrojoną w ten konkretny sposób i z charakterystycznym brzmieniem już minął. Nowszych rzeczy od takiego The Orb na pełnym dystansie już nie sprawdzam, bo sensowny recykling pomysłów i treści w pewnym momencie się kończy, zostaje tylko nieprzyjemne odczucie obcowania z czymś niby nowym, ale jednak strasznie odtwórczym. Tego nie lubię. Całe szczęście, że do tej współpracy doszło w odpowiednim czasie.
Corona to przedostatni utwór z ich pierwszej wspólnej płyty, Polar Sequences. Podobno to są same koncertówki, ale IMO czysto umownie. Nie wiem, co zagrali rok wcześniej na jednym z niszowych festiwali w Norwegii. Znalezienie bootlega jest pewnie praktycznie niemożliwe. Nie usłyszycie tutaj żadnych dźwięków z przestrzeni, w której wystąpili. To w pełni studyjna robota. Materiał gęsto podszyty samplami. Chodzi o sugestywny muzyczny obraz terenów z okolic koła podbiegunowego. Sporo dźwięków otoczenia, ciekawie wykorzystanych rozmów, fragmentów wypowiedzi (prędzej od naukowców, podróżników, pasjonatów geografii? podstawcie sobie co chcecie, śpiewu tutaj nie ma). Niektóre dźwięki wręcz przypominają jakieś zjawiska zachodzące w przyrodzie. Panowie spokojnie wprowadzają w klimat obserwowania jednego z nich. Po prostu patrzymy i już. Ulegamy aurze panującej dookoła. Pogaduszki milkną, wchodzą pady, charakterystyczne dla HIA pętle perkusyjne. Mała muzyczna bryła gotowa. Trzeba trochę oddać pola wyobraźni. Jakbym miał tak daleko wybiegać... brzmi jak soundtrack pod poruszające się lodowce. Może się kruszą, na pewno ulega zmianie ich kształt. Oczywiście ruchu praktycznie nie widać, ale przy dłuższym wpatrywaniu się pewnie można odnieść wrażenie, że przesunęły się choćby o centymetr. Jestem ciekawy, co wam przyjdzie do głowy.
O ile Wiese to odkrycie zeszłego roku, tak Biosphere i HIA poznałem na początku mojej przygody z nową elektroniką. Już pod koniec gimnazjum miałem dobrze osłuchane wiele płyt. Pewnie w przyszłości jeszcze do tego wrócę.
https://www.youtube.com/watch?v=1_vw7GP6BSI
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona (1996)
Panowie odpoczęli, to teraz mogą ruszyć na mały spacer. No i co z tego, że szlak prowadzi obok lodowców, a temperatura panująca dookoła wyraźnie poniżej zera? Być może w ten sposób będzie łatwiej przyswoić aurę nieuchronnie nadchodzącej zimy. Po latach już wiem, że zdecydowanie bardziej wolę cieplejsze klimaty. Jedyna zaleta tego ponurego i mroźnego gówna na zewnątrz to inspiracja tkwiąca potencjalnie w krajobrazie roztaczającym się w wielu miejscach świata. Oczywiście pogoda bywa kapryśna, z czasem coraz bardziej. W muzyce też można odnaleźć różne oblicza zimy. To tutaj jest jak dla mnie całkiem przystępne, być może kolejny raz uda mi się zainteresować parę osób na tyle, by dać szansę całej płycie. Pewnie nie zawsze tak będzie. Zapraszam do kolejnego kontaktu z poważnymi graczami na rynku.
Oba projekty wyrastają z zainteresowania rodzącą się muzyką techno na przełomie ejtisów i najtisów. Z czasem towarzystwo uciekło w różne strony ambientowego świata. Biosphere, czyli Geir Jenssen, na początku swojej przygody muzycznej bywał bardziej rytmiczny niż klimatyczny. Od połowy lat 90' wyraźnie skręcił w stronę soundtracków, płyt z wyraźnymi koncepcjami tematycznymi. Mój wieloletni znajomy od grupek muzycznych traktuje go jako jeden z artystycznych autorytetów. Trochę to słychać w jego muzyce, choć obecnie bardziej zgłębia tajniki dubu. Cofając się przynajmniej te pięć lat, przypominam sobie wiele poważnych rozkmin nt. Biosphere. Swoją drogą zawsze myślałem, że i on zaczynał w Warpie. Nic bardziej mylnego. Może z czasem trudno o podobnie udane i przełomowe propozycje, ale poza pojedynczymi klopsami Jenssen nigdy nie obniżył wyraźnie lotów. HIA to już rzecz bardziej niszowa. Nie wiem, jak tam przebiegała historia w składzie. Podobno w latach świetności to było trio. Już od samego początku robili interesujące ambient techno. Z czasem dorobili się współprac z takimi postaciami jak Pete Namlook czy Biosphere właśnie. W zeszłym roku podobno coś wyszło. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że czas na muzykę skrojoną w ten konkretny sposób i z charakterystycznym brzmieniem już minął. Nowszych rzeczy od takiego The Orb na pełnym dystansie już nie sprawdzam, bo sensowny recykling pomysłów i treści w pewnym momencie się kończy, zostaje tylko nieprzyjemne odczucie obcowania z czymś niby nowym, ale jednak strasznie odtwórczym. Tego nie lubię. Całe szczęście, że do tej współpracy doszło w odpowiednim czasie.
Corona to przedostatni utwór z ich pierwszej wspólnej płyty, Polar Sequences. Podobno to są same koncertówki, ale IMO czysto umownie. Nie wiem, co zagrali rok wcześniej na jednym z niszowych festiwali w Norwegii. Znalezienie bootlega jest pewnie praktycznie niemożliwe. Nie usłyszycie tutaj żadnych dźwięków z przestrzeni, w której wystąpili. To w pełni studyjna robota. Materiał gęsto podszyty samplami. Chodzi o sugestywny muzyczny obraz terenów z okolic koła podbiegunowego. Sporo dźwięków otoczenia, ciekawie wykorzystanych rozmów, fragmentów wypowiedzi (prędzej od naukowców, podróżników, pasjonatów geografii? podstawcie sobie co chcecie, śpiewu tutaj nie ma). Niektóre dźwięki wręcz przypominają jakieś zjawiska zachodzące w przyrodzie. Panowie spokojnie wprowadzają w klimat obserwowania jednego z nich. Po prostu patrzymy i już. Ulegamy aurze panującej dookoła. Pogaduszki milkną, wchodzą pady, charakterystyczne dla HIA pętle perkusyjne. Mała muzyczna bryła gotowa. Trzeba trochę oddać pola wyobraźni. Jakbym miał tak daleko wybiegać... brzmi jak soundtrack pod poruszające się lodowce. Może się kruszą, na pewno ulega zmianie ich kształt. Oczywiście ruchu praktycznie nie widać, ale przy dłuższym wpatrywaniu się pewnie można odnieść wrażenie, że przesunęły się choćby o centymetr. Jestem ciekawy, co wam przyjdzie do głowy.
O ile Wiese to odkrycie zeszłego roku, tak Biosphere i HIA poznałem na początku mojej przygody z nową elektroniką. Już pod koniec gimnazjum miałem dobrze osłuchane wiele płyt. Pewnie w przyszłości jeszcze do tego wrócę.
https://www.youtube.com/watch?v=1_vw7GP6BSI
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
GREETINGS, EARTHLINGS
WE HAVE NOW TAKEN OVER YOUR RADIO
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
(1996)
Myślałem ostatnio o tym że na dobrą sprawę to nie wrzucam tu zbyt wielu HICIORÓW, bo nawet jak rzucałem singlami to takimi co to nieraz pierwszy raz w życiu o nich słyszeliście, a kusiło mnie mocno by wreszcie rzucić jakimś bangerem dla odmiany. Rzecz w tym że nic nie przychodziło mi do głowy na dobrą sprawę, druga rzecz to to że kończy się październik i zastanawiałem się też czy miałbym może coś pod zbliżające się Halloween i tu też nic istotnego nie świtało mi w głowie. I nagle ostatnio jak w komiksie - WTEM! - rozmawiałem o czymś z młodym i chyba myślałem o jakiejś bajce którą moglibyśmy obaj obejrzeć i przyszedł mi do głowy Kosmiczny Mecz. I wtedy od razu z miejsca wspomnień czar się uruchomił bo przewodni kawałek z tego filmu animowanego to był jeden z moich ulubionych numerów z dzieciństwa - a tak się składa że chyba do tej pory jeszcze aż tak się nie cofałem we wspomnieniach tu w bestce.
Space Jam oglądałem z klasą w kinie w 1996 roku, pamiętam doskonale że z takich wypadów klasowych do kina jeśli chodzi o bajki to był drugi i ostatni taki wypad jaki odbyłem po seansie Króla Lwa dwa lata wcześniej. A jako że już od najmłodszych lat rap był obecny w moim życiu i moim domu to nic dziwnego w tym że Hit 'em High łyknąłem jak pelikan, to był duży przebój wtedy, nawet czytam sobie na Wiki teraz że o ile film podobno przyjął się tak sobie to soundtrack był hitem i nic w tym dziwnego dla mnie, wiele soundtracków z lat 90. to prawdziwa kopalnia złota a rap wtedy wbijał na salony mocno (czekam tylko kto z Was i kiedy zapoda tu Men In Black xD). Jarałem się tym numerem z Kosmicznego Meczu mocno wtedy i refren hitemhajhitemhajhitemhaj nuciłem chętnie, podobał mi się ten spooky bicik no i rzecz jasna plejada gwiazd rapu, całkiem niezła śmietanka - B-Real (z Cypress Hill), Coolio (kto wtedy nie lubił Coolia), Method Man (z Wu Tang Clan), LL Cool J (przeżywający drugą albo trzecią falę popularności, to jest rok po Hey Lover) i Busta Rhymes który w 1996 debiutował solo z kolei bardzo podobał mi się w klipie ze swoją zwariowaną fryzurą na głowie. Ten numer to jest przyjemny flashback z dzieciństwa i moja strefa komfortu zwyczajnie, a jako że numer w sumie jest nieco spooky uznałem że trochę podepnę to właśnie pod nadchodzące Halloween
Enjoy.
https://youtu.be/o5BxPMu4wLo?si=Sfd0aXtHIbsyhj-J
Jakby komuś mało było nostalgii dorzucam klip w bonusie:
https://youtu.be/UHOCdOPJyuM?si=IS3aGoehuFf2YeqZ
WE HAVE NOW TAKEN OVER YOUR RADIO
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
(1996)
Myślałem ostatnio o tym że na dobrą sprawę to nie wrzucam tu zbyt wielu HICIORÓW, bo nawet jak rzucałem singlami to takimi co to nieraz pierwszy raz w życiu o nich słyszeliście, a kusiło mnie mocno by wreszcie rzucić jakimś bangerem dla odmiany. Rzecz w tym że nic nie przychodziło mi do głowy na dobrą sprawę, druga rzecz to to że kończy się październik i zastanawiałem się też czy miałbym może coś pod zbliżające się Halloween i tu też nic istotnego nie świtało mi w głowie. I nagle ostatnio jak w komiksie - WTEM! - rozmawiałem o czymś z młodym i chyba myślałem o jakiejś bajce którą moglibyśmy obaj obejrzeć i przyszedł mi do głowy Kosmiczny Mecz. I wtedy od razu z miejsca wspomnień czar się uruchomił bo przewodni kawałek z tego filmu animowanego to był jeden z moich ulubionych numerów z dzieciństwa - a tak się składa że chyba do tej pory jeszcze aż tak się nie cofałem we wspomnieniach tu w bestce.
Space Jam oglądałem z klasą w kinie w 1996 roku, pamiętam doskonale że z takich wypadów klasowych do kina jeśli chodzi o bajki to był drugi i ostatni taki wypad jaki odbyłem po seansie Króla Lwa dwa lata wcześniej. A jako że już od najmłodszych lat rap był obecny w moim życiu i moim domu to nic dziwnego w tym że Hit 'em High łyknąłem jak pelikan, to był duży przebój wtedy, nawet czytam sobie na Wiki teraz że o ile film podobno przyjął się tak sobie to soundtrack był hitem i nic w tym dziwnego dla mnie, wiele soundtracków z lat 90. to prawdziwa kopalnia złota a rap wtedy wbijał na salony mocno (czekam tylko kto z Was i kiedy zapoda tu Men In Black xD). Jarałem się tym numerem z Kosmicznego Meczu mocno wtedy i refren hitemhajhitemhajhitemhaj nuciłem chętnie, podobał mi się ten spooky bicik no i rzecz jasna plejada gwiazd rapu, całkiem niezła śmietanka - B-Real (z Cypress Hill), Coolio (kto wtedy nie lubił Coolia), Method Man (z Wu Tang Clan), LL Cool J (przeżywający drugą albo trzecią falę popularności, to jest rok po Hey Lover) i Busta Rhymes który w 1996 debiutował solo z kolei bardzo podobał mi się w klipie ze swoją zwariowaną fryzurą na głowie. Ten numer to jest przyjemny flashback z dzieciństwa i moja strefa komfortu zwyczajnie, a jako że numer w sumie jest nieco spooky uznałem że trochę podepnę to właśnie pod nadchodzące Halloween
Enjoy.
https://youtu.be/o5BxPMu4wLo?si=Sfd0aXtHIbsyhj-J
Jakby komuś mało było nostalgii dorzucam klip w bonusie:
https://youtu.be/UHOCdOPJyuM?si=IS3aGoehuFf2YeqZ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
ZATRZYMAJCIE TEN POCIĄG.
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Śmieszna sprawa, myślałem, że sporo wiem o ejtisach, a nie wiedziałem jak widać, pierwszy raz słyszę ten kawałek, pierwszy raz w ogóle słyszę tę nazwę zespołu, gotki grające synthpop... Where do I sign up? Niestety, po kilku rozproszonych w czasie (bardzo rozproszonych) odsłuchach stwierdzam, że choć numer ten bez wątpienia ma swój urok, wokalistka ma głos cute i UwU i w ogóle, to jednak nie czuję tutaj takiego vibe'u, jakiego potrzebuję. Niby wszystko spoko, ale na dłuższą metę mnie to denerwuje - nie znajduję nic odkrywczego w tej muzyce, wokal w pewnym momencie też zaczyna trochę męczyć, no nie ma tutaj nic takiego typowo "musiałowo-ejtisowego". Ale może jeszcze się z tym uleżę, trudno powiedzieć. Ostatnio mam średni humor, to też może mieć jakiś wpływ. Szkoda, ale nie hejtuję tego jakoś dokumentnie, może wrócę za jakiś czas i wszystko się zmieni.
The Manhattan Transfer - Four Brothers
A tutaj z kolei nazwę słyszałem kilkakrotnie, może nawet od kol. Hiena, tylko nie pamiętam, ale gdzieś musiała mi się rzucać w oczy. Nie powiem jednak, żebym kiedykolwiek cokolwiek od nich słyszał, przynajmniej na pewno nie w sposób świadomy. Na szczęście jest ta bestka, którą ustawicznie kładę, ale fajnych rzeczy można posłuchać, więc się jaram. No, i ten numer faktycznie me zajarał! Taki, nie wiem, wodewilowy jazz, albo rewiowy, ja się na tym kompletnie nie znam, ale posłuchać przyjemna sprawa. Świetnie harmonie wokalne, kawałek jest żywy, sporo się w nim dzieje, cudowna jazzowa perka, wokale męski i żeński kapitalnie ze sobą współpracują. I to pianino... Nie ma się do czego przypieprzyć, naprawdę bardzo dobry utwór, bardzo fajny vibe, klimat jakichś lat 40. lub 50. po jaśniejszej stronie globu. Teraz się zastanawiam, czy Hien kiedykolwiek próbował mi ich sprzedawać, ale nie mogę sobie za nic przypomnieć. RAM-core na pełnej, ale w jakim stylu!
DAAB - Podzielono Świat
I jak zawsze mam do siebie pretensje w związku z tym, że znam zbyt mało polskiej muzyki. Nie mogę sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałem ten utwór, nie wiem, czy utknąłby mi w głowie, czy raczej nie, ale... jest fajny. Podoba mi się gitara na samym początku, czy raczej dwie gitary, przyjemna melodia. Ja generalnie wielkim fanem reggae nie jestem, ale też ten numer nie brzmi aż tak bardzo jak reggae. Jak wejdą bębny, a do nich dołączy sax, to to brzmi trochę jak późniejsze Roxy Music, więc robi się bardzo fajnie (wczesne średnio lubię, ale to późne jest złote). Jeśli chodzi o wokal, nie byłem nigdy miłośnikiem Krzywego ani DeMono i już nie będę, jak go słyszę to słyszę kogoś, kto bardzo chciałby śpiewać, bo ma głos dobry do mówienia, ale postanowił śpiewać. No, technicznie jest poprawnie, nie ma fałszów, ale brzmienie głosu to ten typ ma wyjątkowo denerwujące, takie słodko-pierdzące. Nie przekonuje mnie ani trochę. Jednocześnie muzyka jest w pycioszkę, buja, jest lekko groovy, a, refren jest fajny i Krzywy AŻ TAK w nim nie męczy. To się rzadko zdarza, ale tu się zdarzyło. Fajnie się też urywa na samym końcu. Generalnie, no co, dobre reggae-nie-reggae. Niespecjalnie przejmuję się politycznym przekazem, ale reszta do mnie trafia.
Varius Manx - Harfa
Mało jest takich polskich zespołów, którymi gardzę równie mocno, co Varius Manx. Postać Jansona jest dla mnie okrutnie drażniąca, cokolwiek, czego ten typ nie tknął, zamienił w tak bardzo oporowe radio-friendly gówno, że dosłownie chce mi się płakać, czy ich słyszę. Jedyne, co kolesiowi wyszło - a i tak patrzę na to głównie przez pryzmat nostalgii - to Małe Szczęścia z Badachem, bo jestem sentymentalny i dobrze kojarzę ten numer z dzieciństwem. Jeśli chodzi o całą resztę... No, i wtedy wjeżdża Shodan, cały na biało, i zmusza mnie to słuchania tego szajsu. I wiecie co, kurde, no... to nie jest takie złe xD W sensie, nie jest to to denerwujące Varius Manx z Lipnicką czy Stankiewicz, żadne tam Pocałuj Noc czy inne badziewia, a całkiem przyzwoita ballada, gdzie produkcja nie ssie, wokal Lubienieckiej nie jest taki męczący (tekst za to taki sobie, ale nie będę się przywalał, lepszego nie napiszę), fajne jest to outro z przytłumionymi przeszkadzajkami perkusyjnymi plus gitary. Nie rozumiem tylko, czym są kolejowe tramwaje, ale nie ma to w sumie większego znaczenia. Dobra nuta, zaskakująco, ale może ja po prostu jestem zgwałcony "starym" VM i jego nadmiernie wyrazista ekspozycja w mediach jakieś 20 lat temu z okładem. Wuja fajnie zaskoczył, zupełnie nie jak Wuja Czarzasty (kiedy Lewica w Polsce wreszcie pozbędzie się komuchów...).
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Dość żywą i eklektyczną kolejkę (dopiero teraz zauważam, jak bardzo Caroline nie pasowało do całej reszty, która zresztą nie pasowała do samej siebie) kończy Smoku zapodając odrzut z OST do jakiejś gęstej przygodówki typu The Longest Journey. Jeśli chodzi o nazwę Tau Ceti to rzuciła mi się już ona w oczy kiedyś, ale nie pamiętam okoliczności. Wiese, no to wiadomo, nazwisko się już tutaj przewinęło parę razy, a jeśli chodzi o sam utwór... Ja słyszę Eno. I to słyszę Eno na pełnej, z Kites albo Bell Studies for the Clock of the Long Now. Nieziemsko wprost nastrojowa muzyka, do której chce się tylko leżeć i czilować, najlepiej w samotności. Podoba mi się to, że gdzieś tam w tle zdaje się całość rozkręcać, jakby tam brzmiały jeszcze jakieś inne rzeczy i one narastały, tylko wybrzmieć nie mogą do końca, i tak naprawdę zostajemy w tym lekkim czilu pełnym niepokoju, ale takiego bezpiecznego niepokoju. Dopiero pod koniec pady przejmują kontrolę nad numerem, tło zdaje się zbliżać i wkrótce pożre słuchacza. Miewam taki sen, bardzo rzadko, ale jednak, że jestem sobie w kosmosie na jakiejś stacji badawczej, która kształtem i formą przypomina Gwiazdę Śmierci (ale jest w hui mniejsza). Łażę po niej sam, niemal wszystko opuszczone, i na koniec docieram do odciętej sekcji, gdzie w końcu długiego i zawsze oświetlonego korytarza mieszka obcy, czarna postać niby-troll z mackami i wielkimi, żółtymi oczami. Ja wiem, że to brzmi jak z nędznej fabuły taniej kreskówki dla gówniaków, ale we śnie to straszy jak diabli. Zawsze w tle lecą jakieś dziwne muzyczne zagrania i końcówka TCoE bardzo mi to przypomina. Naprawdę, złoto absolutnie, Dragon wrócił do bycia Dragonem <3
Strawberry Switchblade - Since Yesterday
Śmieszna sprawa, myślałem, że sporo wiem o ejtisach, a nie wiedziałem jak widać, pierwszy raz słyszę ten kawałek, pierwszy raz w ogóle słyszę tę nazwę zespołu, gotki grające synthpop... Where do I sign up? Niestety, po kilku rozproszonych w czasie (bardzo rozproszonych) odsłuchach stwierdzam, że choć numer ten bez wątpienia ma swój urok, wokalistka ma głos cute i UwU i w ogóle, to jednak nie czuję tutaj takiego vibe'u, jakiego potrzebuję. Niby wszystko spoko, ale na dłuższą metę mnie to denerwuje - nie znajduję nic odkrywczego w tej muzyce, wokal w pewnym momencie też zaczyna trochę męczyć, no nie ma tutaj nic takiego typowo "musiałowo-ejtisowego". Ale może jeszcze się z tym uleżę, trudno powiedzieć. Ostatnio mam średni humor, to też może mieć jakiś wpływ. Szkoda, ale nie hejtuję tego jakoś dokumentnie, może wrócę za jakiś czas i wszystko się zmieni.
The Manhattan Transfer - Four Brothers
A tutaj z kolei nazwę słyszałem kilkakrotnie, może nawet od kol. Hiena, tylko nie pamiętam, ale gdzieś musiała mi się rzucać w oczy. Nie powiem jednak, żebym kiedykolwiek cokolwiek od nich słyszał, przynajmniej na pewno nie w sposób świadomy. Na szczęście jest ta bestka, którą ustawicznie kładę, ale fajnych rzeczy można posłuchać, więc się jaram. No, i ten numer faktycznie me zajarał! Taki, nie wiem, wodewilowy jazz, albo rewiowy, ja się na tym kompletnie nie znam, ale posłuchać przyjemna sprawa. Świetnie harmonie wokalne, kawałek jest żywy, sporo się w nim dzieje, cudowna jazzowa perka, wokale męski i żeński kapitalnie ze sobą współpracują. I to pianino... Nie ma się do czego przypieprzyć, naprawdę bardzo dobry utwór, bardzo fajny vibe, klimat jakichś lat 40. lub 50. po jaśniejszej stronie globu. Teraz się zastanawiam, czy Hien kiedykolwiek próbował mi ich sprzedawać, ale nie mogę sobie za nic przypomnieć. RAM-core na pełnej, ale w jakim stylu!
DAAB - Podzielono Świat
I jak zawsze mam do siebie pretensje w związku z tym, że znam zbyt mało polskiej muzyki. Nie mogę sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałem ten utwór, nie wiem, czy utknąłby mi w głowie, czy raczej nie, ale... jest fajny. Podoba mi się gitara na samym początku, czy raczej dwie gitary, przyjemna melodia. Ja generalnie wielkim fanem reggae nie jestem, ale też ten numer nie brzmi aż tak bardzo jak reggae. Jak wejdą bębny, a do nich dołączy sax, to to brzmi trochę jak późniejsze Roxy Music, więc robi się bardzo fajnie (wczesne średnio lubię, ale to późne jest złote). Jeśli chodzi o wokal, nie byłem nigdy miłośnikiem Krzywego ani DeMono i już nie będę, jak go słyszę to słyszę kogoś, kto bardzo chciałby śpiewać, bo ma głos dobry do mówienia, ale postanowił śpiewać. No, technicznie jest poprawnie, nie ma fałszów, ale brzmienie głosu to ten typ ma wyjątkowo denerwujące, takie słodko-pierdzące. Nie przekonuje mnie ani trochę. Jednocześnie muzyka jest w pycioszkę, buja, jest lekko groovy, a, refren jest fajny i Krzywy AŻ TAK w nim nie męczy. To się rzadko zdarza, ale tu się zdarzyło. Fajnie się też urywa na samym końcu. Generalnie, no co, dobre reggae-nie-reggae. Niespecjalnie przejmuję się politycznym przekazem, ale reszta do mnie trafia.
Varius Manx - Harfa
Mało jest takich polskich zespołów, którymi gardzę równie mocno, co Varius Manx. Postać Jansona jest dla mnie okrutnie drażniąca, cokolwiek, czego ten typ nie tknął, zamienił w tak bardzo oporowe radio-friendly gówno, że dosłownie chce mi się płakać, czy ich słyszę. Jedyne, co kolesiowi wyszło - a i tak patrzę na to głównie przez pryzmat nostalgii - to Małe Szczęścia z Badachem, bo jestem sentymentalny i dobrze kojarzę ten numer z dzieciństwem. Jeśli chodzi o całą resztę... No, i wtedy wjeżdża Shodan, cały na biało, i zmusza mnie to słuchania tego szajsu. I wiecie co, kurde, no... to nie jest takie złe xD W sensie, nie jest to to denerwujące Varius Manx z Lipnicką czy Stankiewicz, żadne tam Pocałuj Noc czy inne badziewia, a całkiem przyzwoita ballada, gdzie produkcja nie ssie, wokal Lubienieckiej nie jest taki męczący (tekst za to taki sobie, ale nie będę się przywalał, lepszego nie napiszę), fajne jest to outro z przytłumionymi przeszkadzajkami perkusyjnymi plus gitary. Nie rozumiem tylko, czym są kolejowe tramwaje, ale nie ma to w sumie większego znaczenia. Dobra nuta, zaskakująco, ale może ja po prostu jestem zgwałcony "starym" VM i jego nadmiernie wyrazista ekspozycja w mediach jakieś 20 lat temu z okładem. Wuja fajnie zaskoczył, zupełnie nie jak Wuja Czarzasty (kiedy Lewica w Polsce wreszcie pozbędzie się komuchów...).
Klaus Wiese - The Chamber of Eternity
Dość żywą i eklektyczną kolejkę (dopiero teraz zauważam, jak bardzo Caroline nie pasowało do całej reszty, która zresztą nie pasowała do samej siebie) kończy Smoku zapodając odrzut z OST do jakiejś gęstej przygodówki typu The Longest Journey. Jeśli chodzi o nazwę Tau Ceti to rzuciła mi się już ona w oczy kiedyś, ale nie pamiętam okoliczności. Wiese, no to wiadomo, nazwisko się już tutaj przewinęło parę razy, a jeśli chodzi o sam utwór... Ja słyszę Eno. I to słyszę Eno na pełnej, z Kites albo Bell Studies for the Clock of the Long Now. Nieziemsko wprost nastrojowa muzyka, do której chce się tylko leżeć i czilować, najlepiej w samotności. Podoba mi się to, że gdzieś tam w tle zdaje się całość rozkręcać, jakby tam brzmiały jeszcze jakieś inne rzeczy i one narastały, tylko wybrzmieć nie mogą do końca, i tak naprawdę zostajemy w tym lekkim czilu pełnym niepokoju, ale takiego bezpiecznego niepokoju. Dopiero pod koniec pady przejmują kontrolę nad numerem, tło zdaje się zbliżać i wkrótce pożre słuchacza. Miewam taki sen, bardzo rzadko, ale jednak, że jestem sobie w kosmosie na jakiejś stacji badawczej, która kształtem i formą przypomina Gwiazdę Śmierci (ale jest w hui mniejsza). Łażę po niej sam, niemal wszystko opuszczone, i na koniec docieram do odciętej sekcji, gdzie w końcu długiego i zawsze oświetlonego korytarza mieszka obcy, czarna postać niby-troll z mackami i wielkimi, żółtymi oczami. Ja wiem, że to brzmi jak z nędznej fabuły taniej kreskówki dla gówniaków, ale we śnie to straszy jak diabli. Zawsze w tle lecą jakieś dziwne muzyczne zagrania i końcówka TCoE bardzo mi to przypomina. Naprawdę, złoto absolutnie, Dragon wrócił do bycia Dragonem <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Małe szczęścia to jeden z bardziej przejebanych kawałów ever, nawet nostalgia mi tego nie ratuje
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No i ten, numer.
Andy Prieboy - No Reason (2011)
Było Concrete Blonde i wspominka o Andym Prieboyu, no to czas na Prieboya solo. Andy Prieboy to gość którego odkryłem przez Wall of Voodoo, a więc zespół, który współzakładał i w którym śpiewał Stan Ridgway. Wydali razem EP i 2 płyty, ale potem wszystko się rozsypało i Ridgway opuścił grupę (wraz z nim perkusista Joe Nanini, ale nigdy już później nie współpracowali). Reszta grupy, tj. Chas Gray i bracia Mark i Bruce Moreland chcieli grać dalej jako Wall of Voodoo i tak do grupy ściągnęli Andy'ego Prieboya, który był znanym już w tamtym czasie w LA alternatywnym (mocno) muzykiem o bardzo specyficznym, jakbyśmy dziś powiedzieli hipstersko-queerowym image'u oraz sposobie bycia i ekspresji artystycznej. Choć podobnie jak Ridgway miał muzycznie korzenie mieszane, country-punkowe, Wall of Voodoo pod jego przewodnictwem poszło w grę całkowicie odmienną od oryginalnego line-upu, który był srogo eksperymentalny. Zrobiło się bardziej "typowo", bardziej oczywiście nowofalowo, no cóż, też skończyło się na 2 płytach (i jeszcze albumie live, to w sumie 3), po czym grupa rozpadła się na amen. Prieboy nie zamierzał się jednak żegnać z muzą, on był autorem większości muzyki na tych 2 albumach Wall of Voodoo MKII i sporo mu jej jeszcze zostało. I tak wydał w 1990 debiut solowy (który jest bardzo fajny), a na którym grają zarówno bracia Moreland jak i Johnette Napolitano z mojej poprzedniej wrzutki. Tomorrow Wendy było małym hitem w Stanach back in the day. Potem jest parę koncertów, prace nad nową płytą i nagle hui. Prace przerwane, Prieboy zamienia się w muzyka sesyjnego, ostatecznie kolejny album wydaje w 1995, 5 lat po pierwszym. I natychmiast potem dokonuje zanurzenia i przerzuca się na pisanie musicali, jeden z nich całkiem ładnie się sprzedaje. Prieboy to gość z głową pełną pomysłów i to takich na pełnej, sam o sobie mówi, że jest barokowym rockmanem, niemal każdy jego kawałek mógłby być umieszczony w dowolnym musicalu, jest bardzo rewiowo i tak z przepychem (nawet tam, gdzie nie ma tego przepychu). W końcu Prieboy odkrywa możliwość wydawania muzyki samodzielnie i wraca w 2008 z singlem, który zapowiada jego pierwszy od bardzo wielu lat album. Ciekawe - wg Discogs na tymże singlu (Shine) na jednym z instrumentów udziela się... Stan Ridgway, ale nigdzie indziej nie znalazłem potwierdzenia tej informacji. Po singlu przychodzi album (The Questionable Profits of Pure Novelty), zaś rok później EP, a potem kolejne, i kolejne, a potem tzw. lost album (to, czego nie udało się wydać w 1992), a potem reworki starych rzeczy, kolejne EP, nowe single... Prieboy jest już stary ale wciąż nagrywa, wciąż pisze dobre teksty i komponuje świetną muzykę (wszystkie swoje piosenki pisze na pianinie). Za miesiąc ma się coś nowego ukazać, jestem bardzo ciekaw...
No dobra, tyle notki biograficznej, ale co w tym ja? No, jak to co, Wall of Voodoo, które poznałem pod koniec sierpnia 2007. Szybko zassałem obydwa krążki z Ridgwayem, jak potem poczytałem, że była inna inkarnacja, to postanowiłem i ją poznać. Więc poznałem te z Prieboyem, ale ale ale, choć moja znajomość WoV zaczęła się od przypomnienia sobie hitu Camouflage, to po solowego Ridgwaya nie sięgałem jeszcze półtora roku. Podobnie było z Prieboyem, tutaj zainteresowałem się nim solowo dopiero wiosną 2012 (już o tym wspomniałem przy okazji CB). Chwycił mnie z miejsca głównie ze względu na to, czego tak nie lubi Wuja - teksty. Prieboy, zwłaszcza w swojej późniejszej fazie twórczej pisał (pisze) naprawdę dobre teksty, które się mocno wkręcają, są zabawne, inteligentne, pełne błyskotliwych zagrań. No Reason nie jest inne, choć na tle pozostałej jego twórczości może się to wydawać wybór skrajnie odmienny, albowiem numer jest przepotwornie wprost gorzki. Prieboy śpiewa jak to bardzo nie ma powodu do robienia czegokolwiek, spotykania się z kimkolwiek, najchętniej by po prostu zniknął i przepadł, a powód jest dość wyraźnie podany - osoba, która oszukała, zdradziła, zagrała sobie i poszła, najpewniej kobieta. I tak bywa, co zrobić, ważne, że jest dobra muza pod ręką wtedy. Np. ta od Prieboya, z którą teraz przepotwornie wprost wajbuję i w ogóle rel. Pod każdym w sumie względem w tym tekście, co się rzadko zdarza, ale autentycznie widzę siebie w podmiocie lirycznym w każdym wersie. Prieboy był pod tym względem bardzo życiowy dla mnie, ale poza tym, że to utalentowany muzyk to też całkiem spoko typ - parę lat temu trochę bez przekonania napisałem do niego na FB z pytaniem o tekst do jednego z jego kawałków i - ku mojemu małemu zaskoczeniu - jakiś tydzień później odpisał. Pogadaliśmy sobie na przestrzeni może 2 tygodni, bardzo fajna była to rozmowa, dowiedziałem się paru smaczków o WoV, dostałem 3 teksty w sumie i jeszcze "sprezentował" mi jeden ze swoich numerów (swego czasu nie dało się jego muzyki kupić inaczej, jak przez Amazona). Akurat taka piękna trupia aura za oknem, nic, tylko szukać powodów do braku powodów, żeby wszyscy sobie poszli w cholerę, dali spokój, a najlepiej ta osoba, co to niestety jak już się odezwie to "I will reason until dawn, 'cause once you get me goin' I go on and on, and on, and on and on...". Życzę bardzo udanego seansu muzycznego, choć nie jest on najsłodszy. Ale życie takowe nie jest, więc co uradzić.
https://www.youtube.com/watch?v=DSJhLpTB8_4
Andy Prieboy - No Reason (2011)
Było Concrete Blonde i wspominka o Andym Prieboyu, no to czas na Prieboya solo. Andy Prieboy to gość którego odkryłem przez Wall of Voodoo, a więc zespół, który współzakładał i w którym śpiewał Stan Ridgway. Wydali razem EP i 2 płyty, ale potem wszystko się rozsypało i Ridgway opuścił grupę (wraz z nim perkusista Joe Nanini, ale nigdy już później nie współpracowali). Reszta grupy, tj. Chas Gray i bracia Mark i Bruce Moreland chcieli grać dalej jako Wall of Voodoo i tak do grupy ściągnęli Andy'ego Prieboya, który był znanym już w tamtym czasie w LA alternatywnym (mocno) muzykiem o bardzo specyficznym, jakbyśmy dziś powiedzieli hipstersko-queerowym image'u oraz sposobie bycia i ekspresji artystycznej. Choć podobnie jak Ridgway miał muzycznie korzenie mieszane, country-punkowe, Wall of Voodoo pod jego przewodnictwem poszło w grę całkowicie odmienną od oryginalnego line-upu, który był srogo eksperymentalny. Zrobiło się bardziej "typowo", bardziej oczywiście nowofalowo, no cóż, też skończyło się na 2 płytach (i jeszcze albumie live, to w sumie 3), po czym grupa rozpadła się na amen. Prieboy nie zamierzał się jednak żegnać z muzą, on był autorem większości muzyki na tych 2 albumach Wall of Voodoo MKII i sporo mu jej jeszcze zostało. I tak wydał w 1990 debiut solowy (który jest bardzo fajny), a na którym grają zarówno bracia Moreland jak i Johnette Napolitano z mojej poprzedniej wrzutki. Tomorrow Wendy było małym hitem w Stanach back in the day. Potem jest parę koncertów, prace nad nową płytą i nagle hui. Prace przerwane, Prieboy zamienia się w muzyka sesyjnego, ostatecznie kolejny album wydaje w 1995, 5 lat po pierwszym. I natychmiast potem dokonuje zanurzenia i przerzuca się na pisanie musicali, jeden z nich całkiem ładnie się sprzedaje. Prieboy to gość z głową pełną pomysłów i to takich na pełnej, sam o sobie mówi, że jest barokowym rockmanem, niemal każdy jego kawałek mógłby być umieszczony w dowolnym musicalu, jest bardzo rewiowo i tak z przepychem (nawet tam, gdzie nie ma tego przepychu). W końcu Prieboy odkrywa możliwość wydawania muzyki samodzielnie i wraca w 2008 z singlem, który zapowiada jego pierwszy od bardzo wielu lat album. Ciekawe - wg Discogs na tymże singlu (Shine) na jednym z instrumentów udziela się... Stan Ridgway, ale nigdzie indziej nie znalazłem potwierdzenia tej informacji. Po singlu przychodzi album (The Questionable Profits of Pure Novelty), zaś rok później EP, a potem kolejne, i kolejne, a potem tzw. lost album (to, czego nie udało się wydać w 1992), a potem reworki starych rzeczy, kolejne EP, nowe single... Prieboy jest już stary ale wciąż nagrywa, wciąż pisze dobre teksty i komponuje świetną muzykę (wszystkie swoje piosenki pisze na pianinie). Za miesiąc ma się coś nowego ukazać, jestem bardzo ciekaw...
No dobra, tyle notki biograficznej, ale co w tym ja? No, jak to co, Wall of Voodoo, które poznałem pod koniec sierpnia 2007. Szybko zassałem obydwa krążki z Ridgwayem, jak potem poczytałem, że była inna inkarnacja, to postanowiłem i ją poznać. Więc poznałem te z Prieboyem, ale ale ale, choć moja znajomość WoV zaczęła się od przypomnienia sobie hitu Camouflage, to po solowego Ridgwaya nie sięgałem jeszcze półtora roku. Podobnie było z Prieboyem, tutaj zainteresowałem się nim solowo dopiero wiosną 2012 (już o tym wspomniałem przy okazji CB). Chwycił mnie z miejsca głównie ze względu na to, czego tak nie lubi Wuja - teksty. Prieboy, zwłaszcza w swojej późniejszej fazie twórczej pisał (pisze) naprawdę dobre teksty, które się mocno wkręcają, są zabawne, inteligentne, pełne błyskotliwych zagrań. No Reason nie jest inne, choć na tle pozostałej jego twórczości może się to wydawać wybór skrajnie odmienny, albowiem numer jest przepotwornie wprost gorzki. Prieboy śpiewa jak to bardzo nie ma powodu do robienia czegokolwiek, spotykania się z kimkolwiek, najchętniej by po prostu zniknął i przepadł, a powód jest dość wyraźnie podany - osoba, która oszukała, zdradziła, zagrała sobie i poszła, najpewniej kobieta. I tak bywa, co zrobić, ważne, że jest dobra muza pod ręką wtedy. Np. ta od Prieboya, z którą teraz przepotwornie wprost wajbuję i w ogóle rel. Pod każdym w sumie względem w tym tekście, co się rzadko zdarza, ale autentycznie widzę siebie w podmiocie lirycznym w każdym wersie. Prieboy był pod tym względem bardzo życiowy dla mnie, ale poza tym, że to utalentowany muzyk to też całkiem spoko typ - parę lat temu trochę bez przekonania napisałem do niego na FB z pytaniem o tekst do jednego z jego kawałków i - ku mojemu małemu zaskoczeniu - jakiś tydzień później odpisał. Pogadaliśmy sobie na przestrzeni może 2 tygodni, bardzo fajna była to rozmowa, dowiedziałem się paru smaczków o WoV, dostałem 3 teksty w sumie i jeszcze "sprezentował" mi jeden ze swoich numerów (swego czasu nie dało się jego muzyki kupić inaczej, jak przez Amazona). Akurat taka piękna trupia aura za oknem, nic, tylko szukać powodów do braku powodów, żeby wszyscy sobie poszli w cholerę, dali spokój, a najlepiej ta osoba, co to niestety jak już się odezwie to "I will reason until dawn, 'cause once you get me goin' I go on and on, and on, and on and on...". Życzę bardzo udanego seansu muzycznego, choć nie jest on najsłodszy. Ale życie takowe nie jest, więc co uradzić.
https://www.youtube.com/watch?v=DSJhLpTB8_4
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Małe podsumowanie, bo jednak muszę zaznaczyć mój wielki szok, że TMT zebrało niemal jednogłośny prejz. Myślałem, że to będzie jedna z tych osobistych wrzutek 'na straty', spodziewałem się mniej lub bardziej delikatnych mehniec, jak z Sinatrą w ubiegłym roku, tymczasem to się naprawdę przyjęło, nawet Dragonowskie "nie wiem" traktuję pozytywnie, bo z jego strony spodziewałem się naprawdę srogiego hejtu. Bestka i bestkowicze zaskakują nie pierwszy raz, trzeba robić swoje i tyle. Jako, że następna kolejka jest de facto kolejką halloweenową, to czas na wrzutę, którą w 90% napisałem półtora roku temu, miała wlecieć rok temu, ale w ostatniej chwili wygryzł ją Thymme Jones (nie żałuję).
Peter Murphy – Hollow Hills (Live)
To będzie ciekawa wrzutka od strony formalnej, pod wieloma względami. Koncertowa wersja kawałka Bauhaus, wykonywana przez Petera Murphy solo, na jego trasie Stripped (czyli aranżacje minimal). To jest trochę dziwne, że robię taki miks, zwłaszcza blokując sobie zarówno solowe kawałki Murphy’ego (a nagrał fenomenalne rzeczy) i mój ulubiony kawałek Bauhaus w oryginalne, do tego studyjnym. Decyzja zapadła jednak ze względu na historię związaną z tym kawałkiem, tą wersją, a nawet konkretnym wykonaniem z trasy. Był rok 2016 r., ten o którym pisałem wielokrotnie, rok ciężki. Na szczęście jesienią wszystko zaczęło powoli się uspokajać, to co mogło się skończyć źle lub dobrze, kończyło się dobrze. Łapiąc trochę oddechu po miesiącach stresu, stwierdziliśmy z Devotionalem, że trzeba sobie w końcu sprawić radość. Padła decyzja, że idziemy na łódzki Soundedit, ponieważ tegorocznym laureatem nagrody Człowieka ze złotym uchem (czy o złotym uchu, nie chce mi się sprawdzać) był, między innymi, Brian Eno. Okazja była jedyna w swoim rodzaju. Nie był planowany żaden koncert, ale miała się za to odbyć godzinna rozmowa przy udziale publiczności, którą miał poprowadzić Piotr Metz (nie lubię gościa). Do tego, następnego dnia, miała zostać otwarta instalacja z muzą Eno, a on sam miał się pojawić na jakimś etapie. Dev najbardziej jarał się zobaczeniem Eno, ale moją uwagę przykuło inne wydarzenie, które miało się odbyć tego dnia, w tym samym miejscu (Toya Studios). Koncert Petera Murphy’ego. Dev z początku nie zajarzył o kim mowa, ale jak mu uświadomiłem, że to Peter Murphy z Bauhaus, to sam się pojarał. Dzień zapowiadał się rewelacyjnie. 29 października, stawiliśmy się na Soundedicie. Impreza ogólnie była bardzo spoko. Nie lubię Macieja Werka, ale doceniam, że wystartował z tą imprezą w mieście gdzie w czasach kiedy SE zaczynało, nic się nie działo i nikt nie chciał nic robić (poza istniejącym chyba tylko dwie edycje Pepsi Vena). Było kilku sprzedawców z płytami, można się było napić, kulturka. Rozmowa z Brianem Eno była dosyć drętwa, a pytania Metza idiotyczne, naprawdę niewiele z tego pamiętam poza tym, że siedziałem kilka metrów od Briana Eno i jarałem się tym jak kretyn. Facet jest bardzo inspirujący i wyciągał z tej rozmowy ile mógł, chociaż to Metz powinien się tutaj starać, no nie ważne, bo teraz najlepsze. Po wręczeniu statuetki Brajanowi, miał się odbyć koncert Murphyego (o 20), ale okazało się, że z pewnych powodów zostanie opóźniony, tylko jeszcze nie wiadomo ile. Potem dopiero mój znajomy, który brał udział w organizacji tego festiwalu, zdradził mi co tam się faktycznie działo. Okazało się, że Murphy, który poprzedniego dnia grał koncert w Bochum, poszedł w tango i kiedy reszta zespołu pojechała do Polski, to on gdzieś przepadł. 29 października, o godz. 20, kiedy mieli wchodzić na scenę, odnaleziono go najebanego gdzieś w Niemczech xD
Mad respect dla organizatorów Soundedit, bo się nie zesrali, tylko zdalnie zaaranżowali wpakowanie go w samolot do Warszawy, skąd opłacona taksówka wiozła go do Łodzi. O tym, że leciał samolotem i że czeka na niego taksówka, mówiono chyba nawet publicznie, przepraszając za opóźnienie, ale o tym czemu to się w ogóle dzieje, nikt się nie zająknął xD
Wiedząc, że mamy trochę czasu, udaliśmy się z Devem do pomieszczenia ryneczkowego. Na stoisku z płytami, Muzzy kupił sobie jakiegoś winyla (nie pamiętam co to było, ale on przypomni u siebie), natomiast ja kupiłem sobie „Everything and Nothing” Davida Sylviana, potem okazało się, że z 3 płyt, jednej brakowało, a całość była fejkowo zafoliowana. Kupiliśmy sobie potem po szklance łychy i usiedliśmy na ziemi (bo na tej sali nie było krzeseł) i zaczęliśmy nasze klasyczne pitolenie o życiu. W tle, na drugiej sali, swój sceniczny debiut przeżywała… Daria Zawiałow xD
Nawet na chwilę na to zerknęliśmy, ale potem mehnęliśmy, bo nie mieliśmy pojęcia kto to jest. Na rzecz tego tekstu, sprawdziłem skąd ona się tam wzięła i okazało się, że wygrała konkurs w Radiu Łódź dla młodych artystów, który gwarantował jej występ na SE. W życiu byśmy nie pomyśleli, że kilka lat później to będzie jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek, wtedy kompletnie ją olaliśmy. Nie mówię tego złośliwie, kilka lat temu słuchałem jej albumu i był spoko, single nawet bardzo spoko. Wtedy była dla nas po prostu randomową laską, której się fartnęło. Po niej grało ponoć RAZ DWA TRZY z gościnnym udziałem między innymi Dawida Podsiadło (na jego koncercie byłem z premedytacją chyba rok wcześniej i było zajebiście), ale musieliśmy to olać jeszcze bardziej, bo nawet tego nie pamiętam.
W końcu ogłoszono, że Peter Murphy jest w tej zasranej taksówce i koncert zacznie się chwilę po północy. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni, ale prostytutka, Peter Murphy. Koncert był siedzący, więc zajęliśmy sobie wcześniej miejsca. W końcu na scenę wkroczyło trzech facetów, basista, gitarzysta oraz sam Murphy (dostał chyba jakieś sole trzeźwiące w tej taksie). To była taka trasa, „akustyczna”, ale tak naprawdę chodziło o okrojony skład, bo normalnie wszyscy używali wzmacniaczy i efektów. Sam Peter śpiewał, grał na gitarze i melodice. Koncert był fenomenalny. Zarówno solowe rzeczy jak i piosenki Bauhaus w tych aranżacjach błyszczały. Niestety koło godziny 1, zjeżdżaliśmy już trochę z Devem z krzeseł. Na sali było koszmarnie gorąco, my byliśmy śpiący (siedzenie nie pomagało), byliśmy przykryci kurtkami żeby potem nie stać w szatni, a głowy zaczynały nam opadać. Tak, przysypialiśmy na Murphym (dwóch kawałkach może), ale to naprawdę nie była wina koncertu, tylko godziny, siedzenia, idiotycznej temperatury i dosyć intensywnego dnia za nami. Kiedy wracali na bis, to się trochę ogarnęliśmy i wtedy wyjechali z „Hollow Hills”. Możecie sobie zobaczyć na wideo jak to wyglądało, gitarzysta grał smyczkiem, Murphy intro poleciał na melodice. To wykonanie mnie totalnie rozbudziło i zachwyciło. Tamto wykonanie stało się dla mnie definitywną wersją utworu. Po tym, zespół zagrał oczywisty dla każdego, kto ogarnia trochę Bauhaus, bis – „Bela Lugosi’s Dead” (z automatem perkusyjnym, świetna wersja). Z Toyki wychodziliśmy podhypowani na maksa. Spotkanie z Eno, fajne zakupy, symboliczny szklanka whisky i na koniec występ Petera Murphy’ego, prawie na Halloween.
Następnego dnia, mieliśmy iść na tę instalację Eno, która nazywała się „The Ship” i miała się odbyć w Fabryce Sztuki, miejscu gdzie 8 lat wcześniej byłem na koncercie moich ziomków, którzy pojawią się tu kiedyś w bestce (co ciekawe, Eno właśnie w tej chwili jest w pierwszej od lat trasie koncertowej, właśnie z The Ship). Nadprogramowo, jako anegdotę, napiszę szybko czemu na tę imprezę nie poszliśmy xD Od rana mi chodziło po głowie „Hollow Hills”, ale dzień wcześniej pojawił się w necie nowy singiel Piano Magic - „Exile”. Tak bardzo mi się wkręcił, że nie mogłem przestać go słuchać. Ściemniłem Devowi, że źle się czuję i zostałem w domu słuchając PM. Tak, olałem instalację Briana Eno, bo wolałem słuchać piosenki xD Dev tego nie wie, tzn teraz już wie, sorry Stary xD Inna sprawa, że szczerze włączył mi się wtedy tryb introwertyczny i wolałem zostać w domu, bo byłem zmęczony dniem poprzednim, a do tego cały dzień lało i w ogóle. Tak czy inaczej, „Hallow Hills” był zdecydowanie najmocniejszym uderzeniem Soundedit dla mnie, nawet o tak późnej godzinie (która w sumie pasowało do Murphy’ego bardzo). Jako wrzutę wrzucam Wam link do koncertu z Tel Avivu, który odbył się dzień później i był transmitowany przez radio (jest z tej trasy oficjalne wydawnictwo, ale bez „Hollow Hills”).
https://youtu.be/i4lb-nzw4fc?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
(dziena Murzyn)
Natomiast bonusowo, już to właściwe wykonanie z Łodzi
https://www.youtube.com/watch?v=vf5EiQWIiw8
Peter Murphy – Hollow Hills (Live)
To będzie ciekawa wrzutka od strony formalnej, pod wieloma względami. Koncertowa wersja kawałka Bauhaus, wykonywana przez Petera Murphy solo, na jego trasie Stripped (czyli aranżacje minimal). To jest trochę dziwne, że robię taki miks, zwłaszcza blokując sobie zarówno solowe kawałki Murphy’ego (a nagrał fenomenalne rzeczy) i mój ulubiony kawałek Bauhaus w oryginalne, do tego studyjnym. Decyzja zapadła jednak ze względu na historię związaną z tym kawałkiem, tą wersją, a nawet konkretnym wykonaniem z trasy. Był rok 2016 r., ten o którym pisałem wielokrotnie, rok ciężki. Na szczęście jesienią wszystko zaczęło powoli się uspokajać, to co mogło się skończyć źle lub dobrze, kończyło się dobrze. Łapiąc trochę oddechu po miesiącach stresu, stwierdziliśmy z Devotionalem, że trzeba sobie w końcu sprawić radość. Padła decyzja, że idziemy na łódzki Soundedit, ponieważ tegorocznym laureatem nagrody Człowieka ze złotym uchem (czy o złotym uchu, nie chce mi się sprawdzać) był, między innymi, Brian Eno. Okazja była jedyna w swoim rodzaju. Nie był planowany żaden koncert, ale miała się za to odbyć godzinna rozmowa przy udziale publiczności, którą miał poprowadzić Piotr Metz (nie lubię gościa). Do tego, następnego dnia, miała zostać otwarta instalacja z muzą Eno, a on sam miał się pojawić na jakimś etapie. Dev najbardziej jarał się zobaczeniem Eno, ale moją uwagę przykuło inne wydarzenie, które miało się odbyć tego dnia, w tym samym miejscu (Toya Studios). Koncert Petera Murphy’ego. Dev z początku nie zajarzył o kim mowa, ale jak mu uświadomiłem, że to Peter Murphy z Bauhaus, to sam się pojarał. Dzień zapowiadał się rewelacyjnie. 29 października, stawiliśmy się na Soundedicie. Impreza ogólnie była bardzo spoko. Nie lubię Macieja Werka, ale doceniam, że wystartował z tą imprezą w mieście gdzie w czasach kiedy SE zaczynało, nic się nie działo i nikt nie chciał nic robić (poza istniejącym chyba tylko dwie edycje Pepsi Vena). Było kilku sprzedawców z płytami, można się było napić, kulturka. Rozmowa z Brianem Eno była dosyć drętwa, a pytania Metza idiotyczne, naprawdę niewiele z tego pamiętam poza tym, że siedziałem kilka metrów od Briana Eno i jarałem się tym jak kretyn. Facet jest bardzo inspirujący i wyciągał z tej rozmowy ile mógł, chociaż to Metz powinien się tutaj starać, no nie ważne, bo teraz najlepsze. Po wręczeniu statuetki Brajanowi, miał się odbyć koncert Murphyego (o 20), ale okazało się, że z pewnych powodów zostanie opóźniony, tylko jeszcze nie wiadomo ile. Potem dopiero mój znajomy, który brał udział w organizacji tego festiwalu, zdradził mi co tam się faktycznie działo. Okazało się, że Murphy, który poprzedniego dnia grał koncert w Bochum, poszedł w tango i kiedy reszta zespołu pojechała do Polski, to on gdzieś przepadł. 29 października, o godz. 20, kiedy mieli wchodzić na scenę, odnaleziono go najebanego gdzieś w Niemczech xD
Mad respect dla organizatorów Soundedit, bo się nie zesrali, tylko zdalnie zaaranżowali wpakowanie go w samolot do Warszawy, skąd opłacona taksówka wiozła go do Łodzi. O tym, że leciał samolotem i że czeka na niego taksówka, mówiono chyba nawet publicznie, przepraszając za opóźnienie, ale o tym czemu to się w ogóle dzieje, nikt się nie zająknął xD
Wiedząc, że mamy trochę czasu, udaliśmy się z Devem do pomieszczenia ryneczkowego. Na stoisku z płytami, Muzzy kupił sobie jakiegoś winyla (nie pamiętam co to było, ale on przypomni u siebie), natomiast ja kupiłem sobie „Everything and Nothing” Davida Sylviana, potem okazało się, że z 3 płyt, jednej brakowało, a całość była fejkowo zafoliowana. Kupiliśmy sobie potem po szklance łychy i usiedliśmy na ziemi (bo na tej sali nie było krzeseł) i zaczęliśmy nasze klasyczne pitolenie o życiu. W tle, na drugiej sali, swój sceniczny debiut przeżywała… Daria Zawiałow xD
Nawet na chwilę na to zerknęliśmy, ale potem mehnęliśmy, bo nie mieliśmy pojęcia kto to jest. Na rzecz tego tekstu, sprawdziłem skąd ona się tam wzięła i okazało się, że wygrała konkurs w Radiu Łódź dla młodych artystów, który gwarantował jej występ na SE. W życiu byśmy nie pomyśleli, że kilka lat później to będzie jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek, wtedy kompletnie ją olaliśmy. Nie mówię tego złośliwie, kilka lat temu słuchałem jej albumu i był spoko, single nawet bardzo spoko. Wtedy była dla nas po prostu randomową laską, której się fartnęło. Po niej grało ponoć RAZ DWA TRZY z gościnnym udziałem między innymi Dawida Podsiadło (na jego koncercie byłem z premedytacją chyba rok wcześniej i było zajebiście), ale musieliśmy to olać jeszcze bardziej, bo nawet tego nie pamiętam.
W końcu ogłoszono, że Peter Murphy jest w tej zasranej taksówce i koncert zacznie się chwilę po północy. Na tym etapie byliśmy już mocno zmęczeni, ale prostytutka, Peter Murphy. Koncert był siedzący, więc zajęliśmy sobie wcześniej miejsca. W końcu na scenę wkroczyło trzech facetów, basista, gitarzysta oraz sam Murphy (dostał chyba jakieś sole trzeźwiące w tej taksie). To była taka trasa, „akustyczna”, ale tak naprawdę chodziło o okrojony skład, bo normalnie wszyscy używali wzmacniaczy i efektów. Sam Peter śpiewał, grał na gitarze i melodice. Koncert był fenomenalny. Zarówno solowe rzeczy jak i piosenki Bauhaus w tych aranżacjach błyszczały. Niestety koło godziny 1, zjeżdżaliśmy już trochę z Devem z krzeseł. Na sali było koszmarnie gorąco, my byliśmy śpiący (siedzenie nie pomagało), byliśmy przykryci kurtkami żeby potem nie stać w szatni, a głowy zaczynały nam opadać. Tak, przysypialiśmy na Murphym (dwóch kawałkach może), ale to naprawdę nie była wina koncertu, tylko godziny, siedzenia, idiotycznej temperatury i dosyć intensywnego dnia za nami. Kiedy wracali na bis, to się trochę ogarnęliśmy i wtedy wyjechali z „Hollow Hills”. Możecie sobie zobaczyć na wideo jak to wyglądało, gitarzysta grał smyczkiem, Murphy intro poleciał na melodice. To wykonanie mnie totalnie rozbudziło i zachwyciło. Tamto wykonanie stało się dla mnie definitywną wersją utworu. Po tym, zespół zagrał oczywisty dla każdego, kto ogarnia trochę Bauhaus, bis – „Bela Lugosi’s Dead” (z automatem perkusyjnym, świetna wersja). Z Toyki wychodziliśmy podhypowani na maksa. Spotkanie z Eno, fajne zakupy, symboliczny szklanka whisky i na koniec występ Petera Murphy’ego, prawie na Halloween.
Następnego dnia, mieliśmy iść na tę instalację Eno, która nazywała się „The Ship” i miała się odbyć w Fabryce Sztuki, miejscu gdzie 8 lat wcześniej byłem na koncercie moich ziomków, którzy pojawią się tu kiedyś w bestce (co ciekawe, Eno właśnie w tej chwili jest w pierwszej od lat trasie koncertowej, właśnie z The Ship). Nadprogramowo, jako anegdotę, napiszę szybko czemu na tę imprezę nie poszliśmy xD Od rana mi chodziło po głowie „Hollow Hills”, ale dzień wcześniej pojawił się w necie nowy singiel Piano Magic - „Exile”. Tak bardzo mi się wkręcił, że nie mogłem przestać go słuchać. Ściemniłem Devowi, że źle się czuję i zostałem w domu słuchając PM. Tak, olałem instalację Briana Eno, bo wolałem słuchać piosenki xD Dev tego nie wie, tzn teraz już wie, sorry Stary xD Inna sprawa, że szczerze włączył mi się wtedy tryb introwertyczny i wolałem zostać w domu, bo byłem zmęczony dniem poprzednim, a do tego cały dzień lało i w ogóle. Tak czy inaczej, „Hallow Hills” był zdecydowanie najmocniejszym uderzeniem Soundedit dla mnie, nawet o tak późnej godzinie (która w sumie pasowało do Murphy’ego bardzo). Jako wrzutę wrzucam Wam link do koncertu z Tel Avivu, który odbył się dzień później i był transmitowany przez radio (jest z tej trasy oficjalne wydawnictwo, ale bez „Hollow Hills”).
https://youtu.be/i4lb-nzw4fc?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
(dziena Murzyn)
Natomiast bonusowo, już to właściwe wykonanie z Łodzi
https://www.youtube.com/watch?v=vf5EiQWIiw8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
Jako, że zbliża się Halloween, to wypadałoby wrzucić coś mrocznego, niepokojącego, a może nawet strasznego. Szukając jakiegoś utworu w tym stylu pomyślałem, że pora wrócić do świata gier komputerowych lub filmów. Bo tam najłatwiej o taki klimat. No i przypomniałem sobie o starusieńkiej grze z 1998r. pt. Blood 2: The Choosen. Była to jedna z trzech pierwszych gier, które znalazły się w moim posiadaniu po kupnie pierwszego w życiu komputera w kwietniu 1998r. Te czasy to była prawdziwa rewolucja w świecie gier komputerowych. Wchodziła nowa technologia 3D i akceleratory graficzne. Coś prawie zupełnie dotychczas graczom nieznanego. Do teraz pamiętam te czasy jako największą podjarkę z gier. Już nigdy potem nie czułem takiej ekscytacji. Bo potem było lepiej, szybciej, ładniej, ale ten pierwszy raz jest zawsze tylko raz.
Blood 2: The Choosen to pierwszoosobowy shooter stworzony przez słynne studio Monolith na równie słynnym silniku graficznym Lithtech 1.0. Nie będę Wam tu opisywał gry, bo to nie ten temat, ale nadmienię tylko, że gra była strzelanką w konwencji horroru. Już sterowana przez nas postać, czyli Caleb to postać niezwykle tajemnicza i mroczna. Sam jego wygląd budził niepokój. A walczył z potężną okultystyczną korporacją Cabalco oraz chmarą przerażających kosmicznych demonów. Akcja zawsze dzieje się właściwie w nocy, zawsze jest strasznie i przerażająco. I świetnie pod ten klimat dostosowana była ścieżka dźwiękowa autorstwa Daniela Bernsteina, Guya Whitmore’a & Matta Allena. Pickman St. Street to mój ulubiony track. Od początku jest tajemniczo i złowieszczo. Zagrywka gitarowa pojawiająca się w 39 sekundzie i potem powielana wielokrotnie jest dla mnie wręcz epicka. Potem wchodzą niepokojące chórki nie z tego świata, a za chwilę utwór nabiera tempa. Wkrótce znowu zwalnia i wycisza się, żeby po 4 minutach rozkręcić się na dobre w formie iście upiornej melodii. Autorzy wykorzystali tu naprawdę niepokojące rodzaje dźwięków, żeby jeszcze bardziej podbić klimat w grze. Gdy chodziło się nocą po mrocznych zaułkach wirtualnego miasta czy stacji metra w towarzystwie takiej muzyki, to nie raz włos się jeżył na głowie.
Oczywiście nie ma sensu traktować tego jak standardową muzykę, której się słucha na co dzień. To jest soundtrack z gry i tak należy to odbierać. Oczywiście jeżeli ktoś nie grał w ten tytuł, jeżeli w ogóle nie pamięta tego klimatu gier komputerowych z końcówki lat 90’, to pewnie trudno mu się będzie wczuć w atmosferę. Ale spróbować nie zaszkodzi.
https://www.youtube.com/watch?v=RyD4r4A ... qo&index=4
Jako, że zbliża się Halloween, to wypadałoby wrzucić coś mrocznego, niepokojącego, a może nawet strasznego. Szukając jakiegoś utworu w tym stylu pomyślałem, że pora wrócić do świata gier komputerowych lub filmów. Bo tam najłatwiej o taki klimat. No i przypomniałem sobie o starusieńkiej grze z 1998r. pt. Blood 2: The Choosen. Była to jedna z trzech pierwszych gier, które znalazły się w moim posiadaniu po kupnie pierwszego w życiu komputera w kwietniu 1998r. Te czasy to była prawdziwa rewolucja w świecie gier komputerowych. Wchodziła nowa technologia 3D i akceleratory graficzne. Coś prawie zupełnie dotychczas graczom nieznanego. Do teraz pamiętam te czasy jako największą podjarkę z gier. Już nigdy potem nie czułem takiej ekscytacji. Bo potem było lepiej, szybciej, ładniej, ale ten pierwszy raz jest zawsze tylko raz.
Blood 2: The Choosen to pierwszoosobowy shooter stworzony przez słynne studio Monolith na równie słynnym silniku graficznym Lithtech 1.0. Nie będę Wam tu opisywał gry, bo to nie ten temat, ale nadmienię tylko, że gra była strzelanką w konwencji horroru. Już sterowana przez nas postać, czyli Caleb to postać niezwykle tajemnicza i mroczna. Sam jego wygląd budził niepokój. A walczył z potężną okultystyczną korporacją Cabalco oraz chmarą przerażających kosmicznych demonów. Akcja zawsze dzieje się właściwie w nocy, zawsze jest strasznie i przerażająco. I świetnie pod ten klimat dostosowana była ścieżka dźwiękowa autorstwa Daniela Bernsteina, Guya Whitmore’a & Matta Allena. Pickman St. Street to mój ulubiony track. Od początku jest tajemniczo i złowieszczo. Zagrywka gitarowa pojawiająca się w 39 sekundzie i potem powielana wielokrotnie jest dla mnie wręcz epicka. Potem wchodzą niepokojące chórki nie z tego świata, a za chwilę utwór nabiera tempa. Wkrótce znowu zwalnia i wycisza się, żeby po 4 minutach rozkręcić się na dobre w formie iście upiornej melodii. Autorzy wykorzystali tu naprawdę niepokojące rodzaje dźwięków, żeby jeszcze bardziej podbić klimat w grze. Gdy chodziło się nocą po mrocznych zaułkach wirtualnego miasta czy stacji metra w towarzystwie takiej muzyki, to nie raz włos się jeżył na głowie.
Oczywiście nie ma sensu traktować tego jak standardową muzykę, której się słucha na co dzień. To jest soundtrack z gry i tak należy to odbierać. Oczywiście jeżeli ktoś nie grał w ten tytuł, jeżeli w ogóle nie pamięta tego klimatu gier komputerowych z końcówki lat 90’, to pewnie trudno mu się będzie wczuć w atmosferę. Ale spróbować nie zaszkodzi.
https://www.youtube.com/watch?v=RyD4r4A ... qo&index=4
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Podzieliliście się opiniami jak - nie przymierzając - PiS dzielił Polskę przez ostatnie 8 lat. Wszelkiej maści krytykantów tym razem nie będę obrzucał obelgami ani w sumie czymkolwiek, tylko dam wam szansę, bo po swojej bańce zauważyłem, że kilku moich znajomych też kręciło nosami po pierwszych odsłuchach i po czasie się przekonało.
Yes - Close to the edge
Jakiś czas temu sobie myślałem (!) i uświadomiłem sobie, że jak na kogoś, kto przez jakiś czas mógł się tytułować sympatykiem rocka progresywnego, to w moich bestkach pojawia się on jakby dość rzadko i prawdę powiedziawszy ostatnim reprezentantem gatunku jakiego pamiętam wrzuconego ze swojej strony, to chyba było Pink Floyd. A ja to Pink Floyd wrzucałem jakoś na samym początku trzeciej edycji i jednocześnie tego roku. Od tamtej pory zdążyłem zmienić fryzurę na mniej głupią, pracę, odkochać się w kumpeli, wpieprzyć się w coś, co przypominało związek i z niego wypierdolić po paru tygodniach, przejść meltdown, ogarnąć się, zmienić pracę i pojechać do Torunia. Normalnie aż chciałoby się napisać, że tych zawirowań i zmiań nastroju to więcej niż w dobrej suicie HEHE.
Yes to jeden z przedstawicieli nieformalnej WIELKIEJ SZÓSTKI, w skład której wchodzą poza nimi wchodzą Pink Floyd, King Crimson, Genesis, Jethro Tull oraz Emerson, Lake and Palmer (uprzedzam żart jakoby to miałaby być w takim razie wielka ósemka, a nie szóstka). Szczerze mówiąc nie wiem kto ustalił, że akurat to ma być szóstka i składająca się z akurat tych zespołów i obawiam się, że po prostu powielam opinię jakiegoś randomowego ziutka, ale już sobie to tak zakodowałem i mam właściwie to gdzieś, bo nie traktuję tego jako jakiejś wyroczni, zaś tych zespołów jako arcytopu widniejącego na muzycznym piedestale, tylko jako grupę najbardziej rozpoznawalnych i charakerystycznych przedstawicieli gatunku. Gdybym miał tę szóstkę gdzieś sklasyfikować, to bym wzmiankowany zespół umieścił w środku stawki. Najprawdopodobniej, gdyż bezczelnie ignorancko przyznam, że nie znam dyskografii w całości ani nawet w połowie, bo jednak zawsze odrzucała mnie jej obfitość i nienajlepsze opinie o albumach wydawanych po latach 80, a prawdę powiedziawszy te albumy z lat 70 to nie porwały mnie tak, bym chciał się porywać na jakieś wynalazki zjechane przez praktycznie wszystkich, włącznie z rodzicami muzyków zespołu. Ale to nie ma znaczenia, bo czego by ten zespół nie nagrywał, tak nagrał Close to the Edge. A to jest, moi mili państwo, rzecz wielka i w zasadzie to jest archetyp progowego grania, sztandarowa wręcz kilkunastominutowa kobyła, składająca się z kilku części, w trakcie których dzieje się wszystko. Tak naprawdę to nie jest tak, że nie jestem świadom tego, że to brzmi strasznie, ale wybitność tego kawałka leży w tym, że unika on większości błędów gatunku, które czynią proga strasznym, więc nie usłyszycie tu strasznych popisów instrumentalnych, zrzynania z klasyki czy pretensjonalnego nadę... no dobra, może w pewnym stopniu to ostatnie, ale ja tam akurat uważam, że tutaj tej cienkiej bariery między kiczem a SZTUKĄ nie przekroczono.
Ciężko po takich wielkich kwantyfikatorach dorzucać parę słów "od siebie", dotyczących mojej osobistej relacji z tym kawałkiem. Usłyszałem go pierwszy raz pacholęciem nastoletnim będąc, jeśli mnie nic nie myli, to było to jakoś latem 2011 roku. Daty wam nie podam, bo to było to lato, które totalnie wręcz przepiwniczyłem, więc nie miałaby ona żadnego znaczenia - w sumie pamiętam tylko to, że to było w niedzielę i panował wtedy potężny upał. Takich faz na tę suitę to było z parę, z jakichś przyczyn najintensywniej pamiętam tę z lata 2020 - nie wiem sam dlaczego, może dlatego, że to był ten śmieszny czas, gdzie niby pandemia trwała, ale jednak ludzie starali się udawać, że jej nie ma, a może dlatego, że wtedy raczej stroniłemżem od klasycznego proga i na tle tego to mi się wkręciło poważniej? NIE WIEM.
Po prostu bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=gka_km9gb5c
Yes - Close to the edge
Jakiś czas temu sobie myślałem (!) i uświadomiłem sobie, że jak na kogoś, kto przez jakiś czas mógł się tytułować sympatykiem rocka progresywnego, to w moich bestkach pojawia się on jakby dość rzadko i prawdę powiedziawszy ostatnim reprezentantem gatunku jakiego pamiętam wrzuconego ze swojej strony, to chyba było Pink Floyd. A ja to Pink Floyd wrzucałem jakoś na samym początku trzeciej edycji i jednocześnie tego roku. Od tamtej pory zdążyłem zmienić fryzurę na mniej głupią, pracę, odkochać się w kumpeli, wpieprzyć się w coś, co przypominało związek i z niego wypierdolić po paru tygodniach, przejść meltdown, ogarnąć się, zmienić pracę i pojechać do Torunia. Normalnie aż chciałoby się napisać, że tych zawirowań i zmiań nastroju to więcej niż w dobrej suicie HEHE.
Yes to jeden z przedstawicieli nieformalnej WIELKIEJ SZÓSTKI, w skład której wchodzą poza nimi wchodzą Pink Floyd, King Crimson, Genesis, Jethro Tull oraz Emerson, Lake and Palmer (uprzedzam żart jakoby to miałaby być w takim razie wielka ósemka, a nie szóstka). Szczerze mówiąc nie wiem kto ustalił, że akurat to ma być szóstka i składająca się z akurat tych zespołów i obawiam się, że po prostu powielam opinię jakiegoś randomowego ziutka, ale już sobie to tak zakodowałem i mam właściwie to gdzieś, bo nie traktuję tego jako jakiejś wyroczni, zaś tych zespołów jako arcytopu widniejącego na muzycznym piedestale, tylko jako grupę najbardziej rozpoznawalnych i charakerystycznych przedstawicieli gatunku. Gdybym miał tę szóstkę gdzieś sklasyfikować, to bym wzmiankowany zespół umieścił w środku stawki. Najprawdopodobniej, gdyż bezczelnie ignorancko przyznam, że nie znam dyskografii w całości ani nawet w połowie, bo jednak zawsze odrzucała mnie jej obfitość i nienajlepsze opinie o albumach wydawanych po latach 80, a prawdę powiedziawszy te albumy z lat 70 to nie porwały mnie tak, bym chciał się porywać na jakieś wynalazki zjechane przez praktycznie wszystkich, włącznie z rodzicami muzyków zespołu. Ale to nie ma znaczenia, bo czego by ten zespół nie nagrywał, tak nagrał Close to the Edge. A to jest, moi mili państwo, rzecz wielka i w zasadzie to jest archetyp progowego grania, sztandarowa wręcz kilkunastominutowa kobyła, składająca się z kilku części, w trakcie których dzieje się wszystko. Tak naprawdę to nie jest tak, że nie jestem świadom tego, że to brzmi strasznie, ale wybitność tego kawałka leży w tym, że unika on większości błędów gatunku, które czynią proga strasznym, więc nie usłyszycie tu strasznych popisów instrumentalnych, zrzynania z klasyki czy pretensjonalnego nadę... no dobra, może w pewnym stopniu to ostatnie, ale ja tam akurat uważam, że tutaj tej cienkiej bariery między kiczem a SZTUKĄ nie przekroczono.
Ciężko po takich wielkich kwantyfikatorach dorzucać parę słów "od siebie", dotyczących mojej osobistej relacji z tym kawałkiem. Usłyszałem go pierwszy raz pacholęciem nastoletnim będąc, jeśli mnie nic nie myli, to było to jakoś latem 2011 roku. Daty wam nie podam, bo to było to lato, które totalnie wręcz przepiwniczyłem, więc nie miałaby ona żadnego znaczenia - w sumie pamiętam tylko to, że to było w niedzielę i panował wtedy potężny upał. Takich faz na tę suitę to było z parę, z jakichś przyczyn najintensywniej pamiętam tę z lata 2020 - nie wiem sam dlaczego, może dlatego, że to był ten śmieszny czas, gdzie niby pandemia trwała, ale jednak ludzie starali się udawać, że jej nie ma, a może dlatego, że wtedy raczej stroniłemżem od klasycznego proga i na tle tego to mi się wkręciło poważniej? NIE WIEM.
Po prostu bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=gka_km9gb5c
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 14. (89.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... RORVQOW2fl
P.S.
Edit: ogarnęliśmy wrzutę Kuby z jego pomocą, zrobiłem upload na YT i już siedzi w kolejce jak należy, enjoy!
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... RORVQOW2fl
P.S.
Edit: ogarnęliśmy wrzutę Kuby z jego pomocą, zrobiłem upload na YT i już siedzi w kolejce jak należy, enjoy!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
<dźwięk skrzypiących drzwi i śmiech wiedźmy z dystansu> otwieram recki halloweenowej
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona
Bajosfer cośtam mi puszczali chłopaki z oh, ale nie pojarałem się, może to był zły moment akurat na to. W każdy razie, ten kawałek jest ogólnie ok, przypomina mi trochę Andreę Parker z płyty „Kiss my arp”. Mimo wszystko, jak na minimal i numer, w którym dzieje się niewiele, to dzieje się aż zbyt dużo. Z drugiej strony, te wszystkie przeszkadzajki zalatuja mi momentami Vangelisem, a to jest akurat fajne. Przedziwny kawałek muzyki, ale dobry. Dragon, trochę nieświadomie jak podejrzewam, wrzucił coś całkiem fajnego na końcówkę spooktoberu i dobry podkład pod Halloween. Nie jest to może z mojej strony poziom podjary, jak przy ostatnim ambiencie (jednak preferuję rzeczy mniej przeładowane) i nie rzucę się poznawać dyskografię Biosphere, ale doceniam i propsuję, a kto wie, może w innym momencie wejdzie bardziej.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
No ok, powiedzmy, że czuję trochę tę spooky atmosferę, chociaż trudno się w to wkręcić myśląc o „Kosmicznym Meczu” hehe. Ehh, kurde. Też byłem na tym w kinie, ale chyba z rodzicami. Pamiętam, że w McDonaldzie były wtedy takie zabawki z filmu, figurki na podstawkach, które można było ze sobą łączyć i one miały kółka i w ogóle wspomnień czar (i 90sów czar). Z filmu to pamiętam „I Believe I Can Fly”, czy „Fly Like an Eagle”, więc szanuję, że Murzyn jakimś deep cutem rzuca (określenia używam tu trochę jako skrótu myślowego). Kompletnie nie pamiętam tej piosenki, samego filmu już jakiś czas też nie oglądałem, dwójki nie ruszyłem mimo że LeBrona lubię, ale jakoś nie zebrałem się na odwagę. Rok temu Murzyn dowalił naprawdę konkretną halloweenową wrzutą ze świata hip-hopu i w tym roku również mogę go z czystym sumieniem pochwalić. Jest to fajny kawałek, buja, ma tę lekko spooky atmosferę przez te dźwięki w tle i ogólny klimat. Skład rzeczywiście marzenie, jak na tamte czasy i to nie tylko na papierze, bo czuć tu jakaś specyficzną chemię i fun płynący z wykonania. Tu nie ma co dyskutować, świetna wrzuta.
Andy Prettyboy - No Reason
Andy’ego Prettyboya poznałem oczywiście przez Deva, bo energicznie sprzedawał mi Wall of Vdoopoo i wszystko co z tym zespołem związane. O ile w Ridgewaya solo się wkręciłem, to w AP nie za bardzo miałem okazję, więc fajnie w końcu mieć tę okazję. Wokalnie, facet przypomina mi tu trochę takiego lajtowego Petera Murphy’ego, więc się ładnie złożyło. Kolejna wrzuta, która przypadkowo (bo Dev chyba nie miał takich zamiarów) idealnie podchodzi w ten przedhalloweenowy tydzień. Jest w tym coś takiego lekko spooky. Aranżacyjnie, przypomina mi to trochę mojego zeszłorocznego Thymmy’ego Jonesa, ale utwór zmierza w nieco innym kierunku, ACZ, wyobrażam sobie jak Prettyboy gra i śpiewa to w jakimś nawiedzonym domu, czy zamku, czy czymś, przebrany za wampira, nie mówcie, że tego nie widzicie. To nie może być mój debiut z solowym AP, bo Musiał Musiał mi coś puszczać kiedyś w aucie, ale pierwszy raz słucham go z jakaś sensowną uwagą i jestem ukontentowany. BOO!
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
Wujek jako jedyny potraktował sprawę poważnie i wrzucił coś naprawdę, w 100% spooky. Chwała mu za to. Nawet ładnie się to komponuje z moim Murphym (przynajmniej początek). Nie do końca się zgodzę w Shodanem, że nie ma sensu traktować tego jako „standardowej” muzyki. Dlaczego? Dla mnie muzyka nie dzieli się na standardową i niestandardową, muzyka to muzyka. Może nie jest to piosenka (i myślę, że bardziej o to Wujowi chodziło), ale muzyka jak najbardziej pełnoprawna i pełnowartościowa. Przecież do pierwszego „Quake’a”, muzykę robiło Nine Inch Nails! Końcówka lat 90-tych, to już nie były czasy kiedy w grach pojawiały się tylko 8bitowe, ledwo polifoniczne piski, co też wyraźnie słychać w numerze zapodanym przez Wujka. To by się spokojnie obroniło na jakiejś kompletnie nie związanej z grami płycie, tak więc zluzuj gumę Wujek. Ten akord na gitarze kojarzy mi się mocno z pewnym innym soundtrackiem z gier, ale też, o czym już wspomniałem, z Bauhaus. Metaliczny bas brzmi kosmicznie! „Blood II” to legendarna gra, w którą grałem jednak bardzo mało, nie mówiąc nawet o przejściu jej. Trochę tego teraz żałuję, ale w tamtych czasach ogarnianie sobie gier to nie była taka prosta sprawa. Kto wie, może czas to nadrobić teraz. Na GOGu można kupić ten tytuł za dwie dyszki. W/w kawałek muzyki zachęca jeszcze bardziej. Świetne połączenie gotyku, industrialu i rocka, zresztą to wtedy była bardzo popularna muzyka, więc nic dziwnego, że tym się twórcy inspirowali. Atmosfera idealna. Rewelacyjna sprawa, fenomenalna wrzutka.
Yes - Close to the Edge
Kolejka miała konkretną atmosferę, ale oczywiście wybija mnie z niej Mentos, tak jak Blablacarem rok temu… a nie prawda. Ten pierwszy gitarowy pasaż jest jak najbardziej spooky, mimo że to jest ogólnie wankerstwo pierwszej klasy. „Close to the Edge” znam już tak długo, że nawet nie pamiętam już jak długo. Pierwszy raz, album pokazał mi ojciec, który jest dużym sympatykiem Yesów. Kojarzyłem już Jona Andersona z płyty z Vangelisem, więc było mi trochę łatwiej się w to wkręcić. W starych czasach kiedy mój ojciec był młodszy ode mnie, był to zespół i płyta, które zdzierały papę z dachu i cieszyły się sporym kultem. Co ciekawe, zespół broni się do dziś, pomimo że generalnie jego brzmienie zestarzała się nieco. Jest w tym kawałku (o ile można tego kolosa nazwać w taki sposób) pewne specyficzne napięcie, gonitwa, kontrolowany chaos i takie muzyczne zwarcie. Album nagrał legendarny skład Yesów, oni byli sami w sobie wtedy jak supergrupa. W ogóle jestem zaskoczony, że Mentos ominął sprawnie największe „hity” albumu czyli „And You and I” i „Siberian Khatru”. Bardzo lubię w tytułowym segment „I Get Up, I Get Down”, muzycznie i wokalnie jest zdecydowanie najciekawszy i najprzyjemniejszy dla mnie. Moment wejścia organów generuje ciary. Swoją drogą, olewanie albumu „Drama” to jednak robienie sobie trochę krzywdy (to a propos wysrywania się na ejtisowych Yesów). Ogólnie popadłem w zadumę, że jako osoba, która swego czasu słuchała tylko progresywnej muzyki i wmuszała ją tu na forum każdemu botowi, to sam jeszcze nie wrzuciłem niczego progresywnego. Niemniej, myślę że ten moment nadchodzi, a jak już puści ta tama, to jeszcze będziecie narzekać, ale co mnie to. A Yesów naturalnie propsuję!
Bardzo elegancka i w odpowiedni sposób spooky kolejeczka Panowie, kłaniam się Wam, bo zrobiliście robotę. Wszystko mi się podoba.
Biosphere & Higher Intelligence Agency - Corona
Bajosfer cośtam mi puszczali chłopaki z oh, ale nie pojarałem się, może to był zły moment akurat na to. W każdy razie, ten kawałek jest ogólnie ok, przypomina mi trochę Andreę Parker z płyty „Kiss my arp”. Mimo wszystko, jak na minimal i numer, w którym dzieje się niewiele, to dzieje się aż zbyt dużo. Z drugiej strony, te wszystkie przeszkadzajki zalatuja mi momentami Vangelisem, a to jest akurat fajne. Przedziwny kawałek muzyki, ale dobry. Dragon, trochę nieświadomie jak podejrzewam, wrzucił coś całkiem fajnego na końcówkę spooktoberu i dobry podkład pod Halloween. Nie jest to może z mojej strony poziom podjary, jak przy ostatnim ambiencie (jednak preferuję rzeczy mniej przeładowane) i nie rzucę się poznawać dyskografię Biosphere, ale doceniam i propsuję, a kto wie, może w innym momencie wejdzie bardziej.
B-Real, Coolio, Method Man, LL Cool J & Busta Rhymes - Hit 'em High (The Monstars' Anthem)
No ok, powiedzmy, że czuję trochę tę spooky atmosferę, chociaż trudno się w to wkręcić myśląc o „Kosmicznym Meczu” hehe. Ehh, kurde. Też byłem na tym w kinie, ale chyba z rodzicami. Pamiętam, że w McDonaldzie były wtedy takie zabawki z filmu, figurki na podstawkach, które można było ze sobą łączyć i one miały kółka i w ogóle wspomnień czar (i 90sów czar). Z filmu to pamiętam „I Believe I Can Fly”, czy „Fly Like an Eagle”, więc szanuję, że Murzyn jakimś deep cutem rzuca (określenia używam tu trochę jako skrótu myślowego). Kompletnie nie pamiętam tej piosenki, samego filmu już jakiś czas też nie oglądałem, dwójki nie ruszyłem mimo że LeBrona lubię, ale jakoś nie zebrałem się na odwagę. Rok temu Murzyn dowalił naprawdę konkretną halloweenową wrzutą ze świata hip-hopu i w tym roku również mogę go z czystym sumieniem pochwalić. Jest to fajny kawałek, buja, ma tę lekko spooky atmosferę przez te dźwięki w tle i ogólny klimat. Skład rzeczywiście marzenie, jak na tamte czasy i to nie tylko na papierze, bo czuć tu jakaś specyficzną chemię i fun płynący z wykonania. Tu nie ma co dyskutować, świetna wrzuta.
Andy Prettyboy - No Reason
Andy’ego Prettyboya poznałem oczywiście przez Deva, bo energicznie sprzedawał mi Wall of Vdoopoo i wszystko co z tym zespołem związane. O ile w Ridgewaya solo się wkręciłem, to w AP nie za bardzo miałem okazję, więc fajnie w końcu mieć tę okazję. Wokalnie, facet przypomina mi tu trochę takiego lajtowego Petera Murphy’ego, więc się ładnie złożyło. Kolejna wrzuta, która przypadkowo (bo Dev chyba nie miał takich zamiarów) idealnie podchodzi w ten przedhalloweenowy tydzień. Jest w tym coś takiego lekko spooky. Aranżacyjnie, przypomina mi to trochę mojego zeszłorocznego Thymmy’ego Jonesa, ale utwór zmierza w nieco innym kierunku, ACZ, wyobrażam sobie jak Prettyboy gra i śpiewa to w jakimś nawiedzonym domu, czy zamku, czy czymś, przebrany za wampira, nie mówcie, że tego nie widzicie. To nie może być mój debiut z solowym AP, bo Musiał Musiał mi coś puszczać kiedyś w aucie, ale pierwszy raz słucham go z jakaś sensowną uwagą i jestem ukontentowany. BOO!
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
Wujek jako jedyny potraktował sprawę poważnie i wrzucił coś naprawdę, w 100% spooky. Chwała mu za to. Nawet ładnie się to komponuje z moim Murphym (przynajmniej początek). Nie do końca się zgodzę w Shodanem, że nie ma sensu traktować tego jako „standardowej” muzyki. Dlaczego? Dla mnie muzyka nie dzieli się na standardową i niestandardową, muzyka to muzyka. Może nie jest to piosenka (i myślę, że bardziej o to Wujowi chodziło), ale muzyka jak najbardziej pełnoprawna i pełnowartościowa. Przecież do pierwszego „Quake’a”, muzykę robiło Nine Inch Nails! Końcówka lat 90-tych, to już nie były czasy kiedy w grach pojawiały się tylko 8bitowe, ledwo polifoniczne piski, co też wyraźnie słychać w numerze zapodanym przez Wujka. To by się spokojnie obroniło na jakiejś kompletnie nie związanej z grami płycie, tak więc zluzuj gumę Wujek. Ten akord na gitarze kojarzy mi się mocno z pewnym innym soundtrackiem z gier, ale też, o czym już wspomniałem, z Bauhaus. Metaliczny bas brzmi kosmicznie! „Blood II” to legendarna gra, w którą grałem jednak bardzo mało, nie mówiąc nawet o przejściu jej. Trochę tego teraz żałuję, ale w tamtych czasach ogarnianie sobie gier to nie była taka prosta sprawa. Kto wie, może czas to nadrobić teraz. Na GOGu można kupić ten tytuł za dwie dyszki. W/w kawałek muzyki zachęca jeszcze bardziej. Świetne połączenie gotyku, industrialu i rocka, zresztą to wtedy była bardzo popularna muzyka, więc nic dziwnego, że tym się twórcy inspirowali. Atmosfera idealna. Rewelacyjna sprawa, fenomenalna wrzutka.
Yes - Close to the Edge
Kolejka miała konkretną atmosferę, ale oczywiście wybija mnie z niej Mentos, tak jak Blablacarem rok temu… a nie prawda. Ten pierwszy gitarowy pasaż jest jak najbardziej spooky, mimo że to jest ogólnie wankerstwo pierwszej klasy. „Close to the Edge” znam już tak długo, że nawet nie pamiętam już jak długo. Pierwszy raz, album pokazał mi ojciec, który jest dużym sympatykiem Yesów. Kojarzyłem już Jona Andersona z płyty z Vangelisem, więc było mi trochę łatwiej się w to wkręcić. W starych czasach kiedy mój ojciec był młodszy ode mnie, był to zespół i płyta, które zdzierały papę z dachu i cieszyły się sporym kultem. Co ciekawe, zespół broni się do dziś, pomimo że generalnie jego brzmienie zestarzała się nieco. Jest w tym kawałku (o ile można tego kolosa nazwać w taki sposób) pewne specyficzne napięcie, gonitwa, kontrolowany chaos i takie muzyczne zwarcie. Album nagrał legendarny skład Yesów, oni byli sami w sobie wtedy jak supergrupa. W ogóle jestem zaskoczony, że Mentos ominął sprawnie największe „hity” albumu czyli „And You and I” i „Siberian Khatru”. Bardzo lubię w tytułowym segment „I Get Up, I Get Down”, muzycznie i wokalnie jest zdecydowanie najciekawszy i najprzyjemniejszy dla mnie. Moment wejścia organów generuje ciary. Swoją drogą, olewanie albumu „Drama” to jednak robienie sobie trochę krzywdy (to a propos wysrywania się na ejtisowych Yesów). Ogólnie popadłem w zadumę, że jako osoba, która swego czasu słuchała tylko progresywnej muzyki i wmuszała ją tu na forum każdemu botowi, to sam jeszcze nie wrzuciłem niczego progresywnego. Niemniej, myślę że ten moment nadchodzi, a jak już puści ta tama, to jeszcze będziecie narzekać, ale co mnie to. A Yesów naturalnie propsuję!
Bardzo elegancka i w odpowiedni sposób spooky kolejeczka Panowie, kłaniam się Wam, bo zrobiliście robotę. Wszystko mi się podoba.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Higher Intelligence Agency & Biosphere - Corona
Dragon napisał o tych lodowcach i przy pierwszym odsłuchu jakoś faktycznie udzieliło mi się to wrażenie że jakoś tam brodzimy w śniegu, jednakże wraz z drugim i kolejnymi odsłuchami śnieg zniknął. Zamiast tego trafiło się o wiele lepsze skojarzenie z miastem skąpanym w deszczu, takim miastem przyszłości, trochę cyberpunkowo się poczułem i przed oczyma ukazała mi się moja ulubiona plansza ze starej gry na PlayStation 2. Chodzi mianowicie o grę Time Splitters 2 (którą na pewno bym wrzucił w bestkę grową kiedyś) i planszę nazwaną NeoTokyo która miała niesamowity klimat i ta wrzuta mi o tym przypomniała. Ogólnie całość z tym reverbem/echem jest taka rozmyta, nierealna, niczym ze snu. Nie potrafię pisać o ambiencie chyba zbytnio ale wiem jedno że brzmi to fenomenalnie i jest nawet lepiej niż w poprzedniej kolejce (gdzie już było złoto), zdecydowanie kandydat do topki tej czwartej bestki u mnie.
Andy Prieboy - No Reason
Musiał nie wiem czy celował pod Halloween akurat może ale nawet jeśli nie to się wpasował idealnie. Taki bardzo teatralny ten numer, mi przypomniał się Kaczmarski wrzucany przez Melkiego trochę ale tu jest o wiele lepiej. Bardzo podoba mi się to jak operuje głosem wokalista ("and ring and ring" i te inne wyciszające pauzy etc.), fajny jest ten fortepianowy z grubsza aranż, ma to trochę spooky klimat i ja słucham a widzę przed oczyma Addamsów albo Edwarda Nożycorękiego, ogółem takie Halloween w wydaniu Burtonowskim, na wesoło. Numer prosty ale naprawdę doskonały, czasem niewiele potrzeba do szczęścia, tu też złoto spokojnie ode mnie.
Peter Murphy - Hollow Hills (Live)
Tu od samego początku wiedziałem że też będzie bardzo dobrze ale uwierała mnie ta wrzuta od strony technicznej toteż tym bardziej cisnąłem Hiena o jak najlepsze źródło by ogarnąć dobry upload do niej, inaczej potencjał mógł zostać zmarnowany, nie chciałoby mi się później kiedyś wracać do koncertu by wyszukać ten numer konkretnie. Gitary straszą rzęrząc od wejścia, klimatu dopełnia melodica która w wydaniu spooky już zawsze będzie przypominać mi Gorillaz, przedtem nie spojrzałbym na ten instrument w taki sposób, nie pomyślał że może budować taki klimat. Bas mocno mi coś przypomina, po dyskusji z Hienem wyszło mi że może nie The Cure a może gdzieś Nirvana, Kuba wspomniał o Something In The Way, coś mi nie pasowało trochę ale to jednak ten numer tylko w wersji Unplugged (w studyjnej Kurt gra inaczej, dopiero teraz to wyłapałem):
https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=QfxieBrJKd0bX-TV
Peter Murphy ma świetny głos i może też akcent, coś ma takiego w sobie że brzmi jak jakiś Drakula co najmniej więc dodaje to uroku w tym kontekście srogo, podoba mi się też mocno drugi wokal robiący za chórek, uwielbiam takie rozwiązania. Ponownie złoto w tej kolejce, nie dziwię się że Kuba ocknął się na koncercie przy takim wejściu.
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
O rany Wujas, aleś Ty mi tera zaimponował. Obawiałem się jakiejś growej nudy, wujas mówi żeby tego nie odbierać jak standardowej muzyki ale ja wcale nie myślę traktować tego jak muzyki tła z gry, nic z tego. Klimat tego jest niesamowity, zarówno te stukania w rury jak i gitara brzmią wyśmienicie, później jeszcze dobijają atmosfery creepy synthy, jest miodzio. Potem industrialowa łupanka się wzmaga, po chwili nadchodzi chwila wyciszenia i wtedy - JEB - dostaję obuchem w łeb, wchodzą jakieś drill & bassy xD to tąpnięcie wyrywa mnie z kapci, jest prze hu hu, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, bardzo fajny jest też dźwięk jakby spadającej stalowej belki. Podobają mi się te industrialowe late 90s synthy, to brzmi jak Prodigy albo trochę coś co depesze robili w okolicach Ultry (Painkiller), ogólnie całość jest niesamowita i już przy pierwszym odsłuchu wprawiła mnie w szczery zachwyt. Złoto jak najbardziej a że wujas ma drobny handicap w postaci totalnego zaskoczenia mnie tym numerem też minimalnie ale wygrywa to rozdanie, nie wiem też czy to nie najlepsza jego wrzuta dotąd
Yes - Close To The Edge
Zacznę może od takiego żartu że my tu sobie gadu gadu o Halloween a mentos o tej porze roku jednak stawia na DZIADY. Tak sobie myślę że jeśli jest jakiś powód dla którego nie darzę miłością progresywnego rocka to pewnie są to właśnie dwudziestominutowe SUITY. Drugą rzeczą jaką bym zapewne wymienił to te różne chaotyczne zmiany tempa i to fristajlowe free-jazzowe granie przy którym czuję się jak na zwariowanym rollercoasterze i nigdy nie wiem czy na następnym zakręcie ten wagonik jednak nie wypadnie z torów. Najchętniej napisałbym że ten numer jednak składa się z powyższych rzeczy, napisał że to nie moja bańka i zamknął temat, ale jednak poczucie obowiązku nie pozwala mi podejść aż tak olewczo do niego. Bo potem przypominam sobie że tak w sumie to z tym takim jak to mówię free-jazzowym grankiem trochę się oswajałem w latach minionych i potrafię docenić go z jakiejś strony i mogę rzec że w sumie to ten wstęp mi się podoba w tej suicie. Chłopaki grają całkiem sprawnie, choć te fragmenty śpiewane mnie nie porywają jak te instrumentalne (chciałem napisać że zgaduje że cz. I podoba mi się bardziej niźli cz. II a tu guzik, okazuje się że druga część wchodzi dopiero gdzieś w połowie tego wokalnego fragmentu). Wyciszająca część trzecia jest całkiem ładna moim zdaniem choć natężenie nieco horrorowych klawiszy pod koniec może zbyt duże, za to otwierające czwartą część popisy klawiszowca są niezłe, trochę szkoda że ostatecznie wracamy do partii śpiewanej potem. Tu znów mam poczucie że w sumie to nie moja bajka/bańka/strefa komfortu i nic mi to nie robi, ale całość wieńczy zgrabny finisz i odpływamy w klawiszowym fade-outro. Co po tym wszystkim mogę rzec, no prog to muza dla ludzi którzy słuchają muzyki z winyla, potem ktoś wymyślił kompakt i dzielenie numerów na liczne ścieżki które można dowolnie skipować by posłuchać tylko tego co nas interesuje i ja pewnie też jakbym mógł bym niektóre wokalne partie przeskoczył albo słuchał tylko wstępu i części 3 tego numeru albo nie wiem, po prostu to interesujące miesza się z tym nijakim tutaj w dość równych proporcjach i nie lubię takich sytuacji bo wtedy rzadko się zdarza że wracam po takie utwory, uznajmy zatem że czas to zweryfikuje a póki co taki wymijający kciuk w bok z mej strony.
Dragon napisał o tych lodowcach i przy pierwszym odsłuchu jakoś faktycznie udzieliło mi się to wrażenie że jakoś tam brodzimy w śniegu, jednakże wraz z drugim i kolejnymi odsłuchami śnieg zniknął. Zamiast tego trafiło się o wiele lepsze skojarzenie z miastem skąpanym w deszczu, takim miastem przyszłości, trochę cyberpunkowo się poczułem i przed oczyma ukazała mi się moja ulubiona plansza ze starej gry na PlayStation 2. Chodzi mianowicie o grę Time Splitters 2 (którą na pewno bym wrzucił w bestkę grową kiedyś) i planszę nazwaną NeoTokyo która miała niesamowity klimat i ta wrzuta mi o tym przypomniała. Ogólnie całość z tym reverbem/echem jest taka rozmyta, nierealna, niczym ze snu. Nie potrafię pisać o ambiencie chyba zbytnio ale wiem jedno że brzmi to fenomenalnie i jest nawet lepiej niż w poprzedniej kolejce (gdzie już było złoto), zdecydowanie kandydat do topki tej czwartej bestki u mnie.
Andy Prieboy - No Reason
Musiał nie wiem czy celował pod Halloween akurat może ale nawet jeśli nie to się wpasował idealnie. Taki bardzo teatralny ten numer, mi przypomniał się Kaczmarski wrzucany przez Melkiego trochę ale tu jest o wiele lepiej. Bardzo podoba mi się to jak operuje głosem wokalista ("and ring and ring" i te inne wyciszające pauzy etc.), fajny jest ten fortepianowy z grubsza aranż, ma to trochę spooky klimat i ja słucham a widzę przed oczyma Addamsów albo Edwarda Nożycorękiego, ogółem takie Halloween w wydaniu Burtonowskim, na wesoło. Numer prosty ale naprawdę doskonały, czasem niewiele potrzeba do szczęścia, tu też złoto spokojnie ode mnie.
Peter Murphy - Hollow Hills (Live)
Tu od samego początku wiedziałem że też będzie bardzo dobrze ale uwierała mnie ta wrzuta od strony technicznej toteż tym bardziej cisnąłem Hiena o jak najlepsze źródło by ogarnąć dobry upload do niej, inaczej potencjał mógł zostać zmarnowany, nie chciałoby mi się później kiedyś wracać do koncertu by wyszukać ten numer konkretnie. Gitary straszą rzęrząc od wejścia, klimatu dopełnia melodica która w wydaniu spooky już zawsze będzie przypominać mi Gorillaz, przedtem nie spojrzałbym na ten instrument w taki sposób, nie pomyślał że może budować taki klimat. Bas mocno mi coś przypomina, po dyskusji z Hienem wyszło mi że może nie The Cure a może gdzieś Nirvana, Kuba wspomniał o Something In The Way, coś mi nie pasowało trochę ale to jednak ten numer tylko w wersji Unplugged (w studyjnej Kurt gra inaczej, dopiero teraz to wyłapałem):
https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=QfxieBrJKd0bX-TV
Peter Murphy ma świetny głos i może też akcent, coś ma takiego w sobie że brzmi jak jakiś Drakula co najmniej więc dodaje to uroku w tym kontekście srogo, podoba mi się też mocno drugi wokal robiący za chórek, uwielbiam takie rozwiązania. Ponownie złoto w tej kolejce, nie dziwię się że Kuba ocknął się na koncercie przy takim wejściu.
Blood 2: The Chosen OST - Pickman St. Street (Daniel Bernstein, Guy Whitmore & Matt Allen)
O rany Wujas, aleś Ty mi tera zaimponował. Obawiałem się jakiejś growej nudy, wujas mówi żeby tego nie odbierać jak standardowej muzyki ale ja wcale nie myślę traktować tego jak muzyki tła z gry, nic z tego. Klimat tego jest niesamowity, zarówno te stukania w rury jak i gitara brzmią wyśmienicie, później jeszcze dobijają atmosfery creepy synthy, jest miodzio. Potem industrialowa łupanka się wzmaga, po chwili nadchodzi chwila wyciszenia i wtedy - JEB - dostaję obuchem w łeb, wchodzą jakieś drill & bassy xD to tąpnięcie wyrywa mnie z kapci, jest prze hu hu, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, bardzo fajny jest też dźwięk jakby spadającej stalowej belki. Podobają mi się te industrialowe late 90s synthy, to brzmi jak Prodigy albo trochę coś co depesze robili w okolicach Ultry (Painkiller), ogólnie całość jest niesamowita i już przy pierwszym odsłuchu wprawiła mnie w szczery zachwyt. Złoto jak najbardziej a że wujas ma drobny handicap w postaci totalnego zaskoczenia mnie tym numerem też minimalnie ale wygrywa to rozdanie, nie wiem też czy to nie najlepsza jego wrzuta dotąd
Yes - Close To The Edge
Zacznę może od takiego żartu że my tu sobie gadu gadu o Halloween a mentos o tej porze roku jednak stawia na DZIADY. Tak sobie myślę że jeśli jest jakiś powód dla którego nie darzę miłością progresywnego rocka to pewnie są to właśnie dwudziestominutowe SUITY. Drugą rzeczą jaką bym zapewne wymienił to te różne chaotyczne zmiany tempa i to fristajlowe free-jazzowe granie przy którym czuję się jak na zwariowanym rollercoasterze i nigdy nie wiem czy na następnym zakręcie ten wagonik jednak nie wypadnie z torów. Najchętniej napisałbym że ten numer jednak składa się z powyższych rzeczy, napisał że to nie moja bańka i zamknął temat, ale jednak poczucie obowiązku nie pozwala mi podejść aż tak olewczo do niego. Bo potem przypominam sobie że tak w sumie to z tym takim jak to mówię free-jazzowym grankiem trochę się oswajałem w latach minionych i potrafię docenić go z jakiejś strony i mogę rzec że w sumie to ten wstęp mi się podoba w tej suicie. Chłopaki grają całkiem sprawnie, choć te fragmenty śpiewane mnie nie porywają jak te instrumentalne (chciałem napisać że zgaduje że cz. I podoba mi się bardziej niźli cz. II a tu guzik, okazuje się że druga część wchodzi dopiero gdzieś w połowie tego wokalnego fragmentu). Wyciszająca część trzecia jest całkiem ładna moim zdaniem choć natężenie nieco horrorowych klawiszy pod koniec może zbyt duże, za to otwierające czwartą część popisy klawiszowca są niezłe, trochę szkoda że ostatecznie wracamy do partii śpiewanej potem. Tu znów mam poczucie że w sumie to nie moja bajka/bańka/strefa komfortu i nic mi to nie robi, ale całość wieńczy zgrabny finisz i odpływamy w klawiszowym fade-outro. Co po tym wszystkim mogę rzec, no prog to muza dla ludzi którzy słuchają muzyki z winyla, potem ktoś wymyślił kompakt i dzielenie numerów na liczne ścieżki które można dowolnie skipować by posłuchać tylko tego co nas interesuje i ja pewnie też jakbym mógł bym niektóre wokalne partie przeskoczył albo słuchał tylko wstępu i części 3 tego numeru albo nie wiem, po prostu to interesujące miesza się z tym nijakim tutaj w dość równych proporcjach i nie lubię takich sytuacji bo wtedy rzadko się zdarza że wracam po takie utwory, uznajmy zatem że czas to zweryfikuje a póki co taki wymijający kciuk w bok z mej strony.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Co jest wiara, wszyscy na Halloween czekają? 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Yesy zabiły chęć szybkiego przejścia przez temat, jutro/pojutrze wlatuję
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Reszta też się Yesami udławiła?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mellotron ułatwia trawienie
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie poganiaj brutalu. To dopiero 4 dzień kolejki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Straszne
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn