Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Serio jaja sobie robicie Panowie, ja wiem że święto było po drodze ale dwupłytowy album Biggiego pykneliście w 10 dni
shame on you
jutro lecimy z London Grammar chyba bo to widzę stanęło Wam w gardle ostro
shame on you
jutro lecimy z London Grammar chyba bo to widzę stanęło Wam w gardle ostro
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sorry za spóźnienie, nie będę się usprawiedliwiał, ale jeśli Munlup spóźnia się w TYM temacie, to znaczy, że naprawdę był powody.
Cyklon – Be
Kiedy zobaczyłem, że Murzyn wrzuca Commona zamiast jakiejś tajemniczej zajebistej płyty, o której mi wcześniej pisał, to byłem tak neutralnie chętny na to, bo w tamtym momencie nie miałem ochoty na hip-hop. Ale to było chyba 2 miesiące temu, czy coś xD Zasiadłem więc ostatecznie do „Be” z zupełnie innym nastawieniem i oto co z tego wyszło.
Album od razu atakuje mnie kontrabasem, więc jest dobrze, jest jesiennie. Jakieś syntezatory, może i z dupy, ale mnie to połączenie nie razi. Czego nie lubie na płytach hip-hopowych, to właśnie tego, że pojawiają się na nich intra. Ten dopisek (Intro) mnie potwornie cringuje za każdym razem, a jak numer nazywa się po prostu „Intro”, to już w ogóle. Nie wiem po co tutaj ten dopisek, bo jak dla mnie to jest pełnoprawny, normalny numer. OK, mógłby być dłuższy, ale nie można mieć wszystkiego. Początek zachęca.
„The Corner” wjeżdża w moim ulubionym hh stylu: obniżony break-beat, sample z jazzu i powolny, ale dobry rap. Ja generalnie miałem dobre przeczucie w kwestii tego albumu, bo wakacyjna wrzutka Murzyna z Commonem była bardzo dobry. Tutaj póki co jest też naprawdę dobrze, ale zrobi się coraz lepiej, bo na trzeciej pozycji mój ulubiony kawałek z płyty, „GO!”.
Subtelny rhodes w tle, fajne wokale, przyjemny, nienachalny bit w tle. Jest lekko, przestrzennie, a jednocześnie przytulnie, jak oglądanie jesieni zza okna mieszkania, w którym już grzeją. Za tę lekkość lubię właśnie Commona, facet nie jest żadnym cieniasem, ale jednak nie musi się posiłkować pewnymi środkami wyrazu, którymi np. posługiwał się Biggie. I o ile Biggiemu było siłą rzeczy do twarzy z tym, Common lepiej prezentuje się w takiej lekkiej formie. Urocze skrecze na końcu tylko dodają kolorytu, podobnie jak congasy.
W „Faithful” wchodzą chyba te chipmunk wokale, które się chyba Wujasowi nie podobały. W obecnym amerykańskim hip-hopie to już jest gruba postawa, płyty Kendricka, czy Franka Oceana nie mogłyby się bez tego obyć. Nie mówię, że to się ma wszystkim podobać, ale ewidentnie jest to część kultury hip-hopowej (a nie tylko rave’owej). Dobry, zloopowany motyw na pianinie w tym kawałku, dobry luzacki klimat i naturalnie doskonały rap. I te podciągnięte wokale pasują idealnie, tworzą taką nierealną, lekko disneyowską atmosferę. Podobają mi się też te soulowe, wręcz gospelowe fragmenty.
„Testify” to kolejny z grona moich największych ulubieńców. Świetny bit, fenomenalne zapętlone wokale. Kanye to architekt najwyższej próby, potrafi zrobić sobie taki podkład do rapu, że w zasadzie on już robi całą robotę, a do tego jeszcze sam rap, który wynosi te kawałki jeszcze wyżej. Krótki, ale treściwy utwór.
„Love Is...” wchodzi jeszcze bardziej w rejony nocnego grania, wiecie, rozświetlone neonami ulice, ludzie, itd. Numer jest fajny i melancholijny, chociaż podkład wyjątkowo wydaje mi się mocno generyczny. Mam wrażenie, że wiele razy słyszałem już coś takiego w hip-hopie, nie mówię, że były to te same sample (chociaż równie dobrze by mogły, w końcu to hip-hop), ale vibe jest taki kopiuj/wklej, co stoi trochę w kontrze z tym czego doświadczyłem na tym albumie do tej pory. Ale niech to nikogo nie zwiedzie, kawałek mi się podoba i jest dobry, lekko tylko odstaje. Ja wiem, że tu bit kleił J Dilla, mam tego świadomość i szacun do tego, no ale jest jak jest.
„Chi-City”, znowu jesteśmy w mieście, ale tym razem w dzień. Gęsta, soulowa atmosfera, jakby miał zaraz wejść na wokalu James Brown. Odpowiednia i potrzebna zmiana klimatu po kilku ostatnich, bardziej pościelowych kawałkach. Dobra rzecz.
„The Food”, zastanawia mnie ten dopisek live, to było serio nagrane na żywo? Bo wali studyjną produkcją na 100pro. Czy to chodzi tylko o jakiś rap live. Kurde, nie kumam czasami tego hiphopu. Wersja studyjna studyjna chyyyba podoba mi się trochę bardziej, ale generalnie jest to jeden ze słabszych numerów na tym albumie. „Real People” wjedża znowu na amerkańską paradę. Ten sampl saksu robi robotę. Gdyby nie on, to by tu trochę waliło kapciem, ale nie jest źle. Ten delikatny rhodes w tle, który brzmi jak wibrafon (przy starszych loopach czasami trudno powiedzieć), również dorzuca dobroci.
Z „They Say” nastepuje powrót do klimatów nocnych i neonowych. Taka wizytówka albumu, bym powiedział. Jest zarówno pościelowo, jak i energicznie. Bardzo fajne to przedłużone, instrumentalne outro.
No i mały gigancik „It’s Your World” z totalnie soulowym wstępem, jakby zaraz miały wjechać siostry Przybysz. Ogólnie kawałek jest dobry, chociaż jak dla mnie, płyta mogłaby się już skończyć na „They Say”. Druga część zdecydowanie lepsza od pierwszej, może dlatego, że w pierwszej muzycznie są jednak flaki z olejem. Na szczęście zakończenie jest gęściutkie i po prostu fajne.
Bałem się, że nie będę miał ochoty na hip-hop, ale Murzyn wstrzelił się fartownie w moment kiedy akurat mi ten album doskonale wszedł. Inna sprawa, że to był jednak trochę pewniak.
Generalnie płyta jest bardzo dobra, może momentami robi się monotonnie, ale nadal na wysokim poziomie. Czuć mocno na albumie rękę Kanye, świadczą o tym lekkość bitów i sample. Rap Commona równie lekki i przyjemny, a jednocześnie absolutnie niczego mu nie brakuje. Da się zrobić album hip-hopowy bez syren policji i strzałów? Da się. Szanuję, że Common nie chwyta się klisz i prezentuje po prostu dobrą muzykę, z fachowym doborem sampli i zaangażowanym rapem. Mnie więcej nie trzeba.
Cyklon – Be
Kiedy zobaczyłem, że Murzyn wrzuca Commona zamiast jakiejś tajemniczej zajebistej płyty, o której mi wcześniej pisał, to byłem tak neutralnie chętny na to, bo w tamtym momencie nie miałem ochoty na hip-hop. Ale to było chyba 2 miesiące temu, czy coś xD Zasiadłem więc ostatecznie do „Be” z zupełnie innym nastawieniem i oto co z tego wyszło.
Album od razu atakuje mnie kontrabasem, więc jest dobrze, jest jesiennie. Jakieś syntezatory, może i z dupy, ale mnie to połączenie nie razi. Czego nie lubie na płytach hip-hopowych, to właśnie tego, że pojawiają się na nich intra. Ten dopisek (Intro) mnie potwornie cringuje za każdym razem, a jak numer nazywa się po prostu „Intro”, to już w ogóle. Nie wiem po co tutaj ten dopisek, bo jak dla mnie to jest pełnoprawny, normalny numer. OK, mógłby być dłuższy, ale nie można mieć wszystkiego. Początek zachęca.
„The Corner” wjeżdża w moim ulubionym hh stylu: obniżony break-beat, sample z jazzu i powolny, ale dobry rap. Ja generalnie miałem dobre przeczucie w kwestii tego albumu, bo wakacyjna wrzutka Murzyna z Commonem była bardzo dobry. Tutaj póki co jest też naprawdę dobrze, ale zrobi się coraz lepiej, bo na trzeciej pozycji mój ulubiony kawałek z płyty, „GO!”.
Subtelny rhodes w tle, fajne wokale, przyjemny, nienachalny bit w tle. Jest lekko, przestrzennie, a jednocześnie przytulnie, jak oglądanie jesieni zza okna mieszkania, w którym już grzeją. Za tę lekkość lubię właśnie Commona, facet nie jest żadnym cieniasem, ale jednak nie musi się posiłkować pewnymi środkami wyrazu, którymi np. posługiwał się Biggie. I o ile Biggiemu było siłą rzeczy do twarzy z tym, Common lepiej prezentuje się w takiej lekkiej formie. Urocze skrecze na końcu tylko dodają kolorytu, podobnie jak congasy.
W „Faithful” wchodzą chyba te chipmunk wokale, które się chyba Wujasowi nie podobały. W obecnym amerykańskim hip-hopie to już jest gruba postawa, płyty Kendricka, czy Franka Oceana nie mogłyby się bez tego obyć. Nie mówię, że to się ma wszystkim podobać, ale ewidentnie jest to część kultury hip-hopowej (a nie tylko rave’owej). Dobry, zloopowany motyw na pianinie w tym kawałku, dobry luzacki klimat i naturalnie doskonały rap. I te podciągnięte wokale pasują idealnie, tworzą taką nierealną, lekko disneyowską atmosferę. Podobają mi się też te soulowe, wręcz gospelowe fragmenty.
„Testify” to kolejny z grona moich największych ulubieńców. Świetny bit, fenomenalne zapętlone wokale. Kanye to architekt najwyższej próby, potrafi zrobić sobie taki podkład do rapu, że w zasadzie on już robi całą robotę, a do tego jeszcze sam rap, który wynosi te kawałki jeszcze wyżej. Krótki, ale treściwy utwór.
„Love Is...” wchodzi jeszcze bardziej w rejony nocnego grania, wiecie, rozświetlone neonami ulice, ludzie, itd. Numer jest fajny i melancholijny, chociaż podkład wyjątkowo wydaje mi się mocno generyczny. Mam wrażenie, że wiele razy słyszałem już coś takiego w hip-hopie, nie mówię, że były to te same sample (chociaż równie dobrze by mogły, w końcu to hip-hop), ale vibe jest taki kopiuj/wklej, co stoi trochę w kontrze z tym czego doświadczyłem na tym albumie do tej pory. Ale niech to nikogo nie zwiedzie, kawałek mi się podoba i jest dobry, lekko tylko odstaje. Ja wiem, że tu bit kleił J Dilla, mam tego świadomość i szacun do tego, no ale jest jak jest.
„Chi-City”, znowu jesteśmy w mieście, ale tym razem w dzień. Gęsta, soulowa atmosfera, jakby miał zaraz wejść na wokalu James Brown. Odpowiednia i potrzebna zmiana klimatu po kilku ostatnich, bardziej pościelowych kawałkach. Dobra rzecz.
„The Food”, zastanawia mnie ten dopisek live, to było serio nagrane na żywo? Bo wali studyjną produkcją na 100pro. Czy to chodzi tylko o jakiś rap live. Kurde, nie kumam czasami tego hiphopu. Wersja studyjna studyjna chyyyba podoba mi się trochę bardziej, ale generalnie jest to jeden ze słabszych numerów na tym albumie. „Real People” wjedża znowu na amerkańską paradę. Ten sampl saksu robi robotę. Gdyby nie on, to by tu trochę waliło kapciem, ale nie jest źle. Ten delikatny rhodes w tle, który brzmi jak wibrafon (przy starszych loopach czasami trudno powiedzieć), również dorzuca dobroci.
Z „They Say” nastepuje powrót do klimatów nocnych i neonowych. Taka wizytówka albumu, bym powiedział. Jest zarówno pościelowo, jak i energicznie. Bardzo fajne to przedłużone, instrumentalne outro.
No i mały gigancik „It’s Your World” z totalnie soulowym wstępem, jakby zaraz miały wjechać siostry Przybysz. Ogólnie kawałek jest dobry, chociaż jak dla mnie, płyta mogłaby się już skończyć na „They Say”. Druga część zdecydowanie lepsza od pierwszej, może dlatego, że w pierwszej muzycznie są jednak flaki z olejem. Na szczęście zakończenie jest gęściutkie i po prostu fajne.
Bałem się, że nie będę miał ochoty na hip-hop, ale Murzyn wstrzelił się fartownie w moment kiedy akurat mi ten album doskonale wszedł. Inna sprawa, że to był jednak trochę pewniak.
Generalnie płyta jest bardzo dobra, może momentami robi się monotonnie, ale nadal na wysokim poziomie. Czuć mocno na albumie rękę Kanye, świadczą o tym lekkość bitów i sample. Rap Commona równie lekki i przyjemny, a jednocześnie absolutnie niczego mu nie brakuje. Da się zrobić album hip-hopowy bez syren policji i strzałów? Da się. Szanuję, że Common nie chwyta się klisz i prezentuje po prostu dobrą muzykę, z fachowym doborem sampli i zaangażowanym rapem. Mnie więcej nie trzeba.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Śmiechłem dwukrotnie, raz z tytułu a dwa z tej tajemniczej płyty która mogłaby być jeszcze srogim rozczaro xDHien pisze:07 lis 2023 11:22
Cyklon – Be
Kiedy zobaczyłem, że Murzyn wrzuca Commona zamiast jakiejś tajemniczej zajebistej płyty, o której mi wcześniej pisał
Wjedzie, nie wiem kiedy ale wjedzie.
No rap live a co, wiadomo że DJ puszcza płytę a Murzyny rapujo, za dużo sobie obiecywałeś hyh, tu masz wideo:
„The Food”, zastanawia mnie ten dopisek live, to było serio nagrane na żywo? Bo wali studyjną produkcją na 100pro. Czy to chodzi tylko o jakiś rap live.
https://youtu.be/aFgv3TmvbBE?si=FyEfh7qT1p4Q2fNv
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Common - Be
To nie będzie raczej długa recenzja, albowiem ostatnio funkcjonuję na skraju wyczerpania fizycznego, ale będzie szczerze. Uderzę w wysokie C od samego początku - Murzyn zapodał naprawdę kawał fajnej muzyki, i choć wiem, że to jest coś skrajnie odmiennego od King Crimson Dragona, to jednak gdy rap nie jest zupełnie z mojej bajki (choć tak naprawdę, również, a może przede wszystkim dzięki tej bestce czuję, że robi się odwrotnie xD), to Murzyńskie propozycje z reguły są naprawdę dobre. I nie jest inaczej tym razem. Be to album obrzydliwie wprost czilowy, spokojny i luźny, niemal od początku do końca.
Atakuje spokojem (jak to w ogóle brzmi lol), już intro, które przecież się w pewnym momencie rozpędza, nie było w stanie mi tegoż spokoju zaburzyć jak tylko usłyszałem wejściowy basik (swoją drogą, jestem niemal w 100% przekonany, że już słyszałem tę melodię i zwyczajnie nie potrafię sobie tego w żaden sposób przypomnieć, smuteczek). Chwilę potem nadchodzi The Corner, gdzie właściwie osią kawałka jest tekst (dość gorzki zresztą), zaś bit po prostu robi za jakieś tam tło, niby niespecjalnie angażuje, ale kiedy przez kilka chwil wybrzmiewa bas czy też te dziwne sample z delikatnym chórkiem to bardzo przyjemnie ten numer podkreśla. Tutaj już czuję się zaangażowany, ale Go! kradnie mnie na amen - już to całkiem luźno wypowiadane zsamplowane "gooo", które z jakiegoś powodu kojarzy mi się z robieniem sobie jaj z różnych tekstów piosenek wraz z Hienem, leciutki bit, jeszcze lżejszy klawisz w tle, głos Commona jest tak fenomenalnie uspokajający, że właściwie ten numer mógłby się znaleźć na RAM cafe trololo. Właściwie o tym, że mamy do czynienia z hip hopem przypominają głównie skrecze pod koniec. Zaraz po tym cudownie rozkosznym seansie wjeżdża Faithful, które doskonale pasuje do jakiegoś leniwego piątkowego/sobotniego popołudnia spędzonego z gibonem w dłoni, może późniejsze lato, jakieś słońce wkrada się do pokoju, ktoś siedzi lekko zjarany w fotelu i nie martwi się absolutnie niczym, wszystko ma gdzieś, albo po prostu wszystko jest w porządku (obydwa stany są teraz dla mnie wymarzone). I tekst jest jeszcze wholesome, a sama muzyka mnie totalnie rozkłada na łopatki. No, West znał się ewidentnie na rzeczy (a potem przestał, ale ja też nie miałem wielkiej ochoty poznawać się na nim), końcówkę to aż mam ochotę sam podśpiewywać. To już nie jest Radio RAM vibes, to JEST Radio RAM. Testify trochę mnie wybija z tego klimatu, ale też zsamplowany i nieco dziwacznie (ale fajnie) pocięty damski wokal w tle robi robotę i nadaje lekko psychodelicznego sznytu temu numerowi. Common zrobił się agresywniejszy (ale i warstwa liryczna taka jest), still, bardzo to pasuje. Refren mi się bardzo spodobał. Love Is... wraca w czilowe klimaty i nagle doznałem olśnienia, właściwie ten krążek doskonale by mi się słuchało w jakimś modernistycznym amerykańskim domu pośrodku lasu wczesnośrodkową jesienią, że drzewa już kolorowe, ale wciąż jest słonecznie i stosunkowo ciepło. Po prostu zamykam oczy i to widzę xD Dużo jest w ogóle jesieni w tej płycie, ale nie takiej, jak ta, co teraz za oknem. Kolejny naprawdę świetny kawałek. Chi-City wjeżdża z bardziej funkowym i, nie wiem, klasycznym (?) klimatem, może zasługa bitu, dęciaków w tle i zastosowanych efektów, ale szczerze, o ile jeszcze parę lat temu coś takiego by mnie męczyło, to dziś w hui propsuję. Common znów atakuje głosem nieco ostrzej, ale bardzo dobrze to współgra z muzą. Fajnie, że tutaj nawet przy bardziej gangsterskich klimatach nie ma typowo gangsterskich klisz dla takiej muzyki. Propsuję po stokroć i się jaram, bardzo kurdebele dobre to jest. Na moment wracam do miasta, a potem wjeżdża The Food, czy to jest faktycznie na żywo? Bo brzmi trochę jak pewna "wersja" Burzy Nad Miastem, którą zrobiłem z Bartinim 15 lat temu xD albo jak nagrany występ od Jimmy'ego Falona czy coś w tym stylu (teraz czytam, że to z show Davida Chappelle, niespecjalnie się pomyliłem). Tutaj przeżywam pierwsze (ale tbh jedyne solidne) rozczarowanie, i to też tylko trochę, bo numer mnie jakoś nie porywa, chociaż - trzeba mu to oddać - ma bardzo fajną muzę, te klawisze w tle wkręciły mi się przeogromnie. Real People brzmi jak kontynuacja z tego samego występu, a raczej brzmiało by w ten sposób, gdyby nie zauważalna poprawa jakości dźwięku xD Znó jest groovy i funky i w ogóle jakoś tak soulowo, zajeżdża latami 70-ymi aż miło, wracamy na kolejną kompilację od RAMowców. Serio, ta płyta jest tak lajtowa, że aż trudno uwierzyć, że coś takiego mogło generalnie powstać, w sensie, ja chyba czarny rap kojarzyłem z innymi klimatami i za mało go znam xD Chociaż Murzyn robił już podejścia z Commonem, ba! pamiętam przecież Bełchatów, ale no tutaj jest wprost doskonale. RP to jeden z moich ulubionych numerów na płycie. They Say trochę powtarza klimat pierwszego numeru (nie licząc intra), gdzie tekst dominuje nad resztą warstwy muzycznej, ale robi to jakoś hmm przyjemniej? Refren na pewno jest wyróżnikiem (wyróżniaczem, no, wyróżnia się), fajnie, że przy nim się nieco "zagęszcza" muzyka. Kawałek jest tak bardzo "przytulny", że właściwie sam kojarzy się z jednym wielkim kocem, pod którym mógłbym się położyć w dokładnie tej chwili (a słucham teraz całości po raz czwarty; właściwie, już rozumiem, czemu jestem dziś tak senny xD ale to nie kwestia tego, że ta płyta jest nudna, czy coś - wprost przeciwnie). It's Your World stanowi bardzo fajne zamknięcie płyty, na moment znów zabiera na spacer ulicami miasta, ale choć znów jest mariaż sekcji dętej z soulowo wyśpiewywanym refrenem (i generalnie soulowymi zaśpiewami), to się to nie nudzi. Fajna druga część w postaci recytacji pod grające w tle pianino (które zresztą gra pięknie). Serio, jest... jest świetnie. Kapitalny krążek.
No, także słowem podsumowania, może kilkoma, Jacek dostarczył świetną pozycję na w sumie może bardziej jakieś lato, tzn. taką końcówkę, co to wieczory jesień już zapowiadają, ale wciąż jest ciepło. Z drugiej strony jest tak klimatycznie, że ta płyta naprawdę działa jak koc, który można na siebie zarzucić. Common ma zarówno świetne teksty jak i, cóż, West w roli producenta też wypadł bardzo dobrze, brzmieniowo jest doskonale. Zasysam sobie ten krążek i będę wracał, zwłaszcza, jak się burze uspokoją. Coś w sam raz pomiędzy ambientem a wyraźniejszym graniem. Ot, chill. Czego chcieć więcej?
To nie będzie raczej długa recenzja, albowiem ostatnio funkcjonuję na skraju wyczerpania fizycznego, ale będzie szczerze. Uderzę w wysokie C od samego początku - Murzyn zapodał naprawdę kawał fajnej muzyki, i choć wiem, że to jest coś skrajnie odmiennego od King Crimson Dragona, to jednak gdy rap nie jest zupełnie z mojej bajki (choć tak naprawdę, również, a może przede wszystkim dzięki tej bestce czuję, że robi się odwrotnie xD), to Murzyńskie propozycje z reguły są naprawdę dobre. I nie jest inaczej tym razem. Be to album obrzydliwie wprost czilowy, spokojny i luźny, niemal od początku do końca.
Atakuje spokojem (jak to w ogóle brzmi lol), już intro, które przecież się w pewnym momencie rozpędza, nie było w stanie mi tegoż spokoju zaburzyć jak tylko usłyszałem wejściowy basik (swoją drogą, jestem niemal w 100% przekonany, że już słyszałem tę melodię i zwyczajnie nie potrafię sobie tego w żaden sposób przypomnieć, smuteczek). Chwilę potem nadchodzi The Corner, gdzie właściwie osią kawałka jest tekst (dość gorzki zresztą), zaś bit po prostu robi za jakieś tam tło, niby niespecjalnie angażuje, ale kiedy przez kilka chwil wybrzmiewa bas czy też te dziwne sample z delikatnym chórkiem to bardzo przyjemnie ten numer podkreśla. Tutaj już czuję się zaangażowany, ale Go! kradnie mnie na amen - już to całkiem luźno wypowiadane zsamplowane "gooo", które z jakiegoś powodu kojarzy mi się z robieniem sobie jaj z różnych tekstów piosenek wraz z Hienem, leciutki bit, jeszcze lżejszy klawisz w tle, głos Commona jest tak fenomenalnie uspokajający, że właściwie ten numer mógłby się znaleźć na RAM cafe trololo. Właściwie o tym, że mamy do czynienia z hip hopem przypominają głównie skrecze pod koniec. Zaraz po tym cudownie rozkosznym seansie wjeżdża Faithful, które doskonale pasuje do jakiegoś leniwego piątkowego/sobotniego popołudnia spędzonego z gibonem w dłoni, może późniejsze lato, jakieś słońce wkrada się do pokoju, ktoś siedzi lekko zjarany w fotelu i nie martwi się absolutnie niczym, wszystko ma gdzieś, albo po prostu wszystko jest w porządku (obydwa stany są teraz dla mnie wymarzone). I tekst jest jeszcze wholesome, a sama muzyka mnie totalnie rozkłada na łopatki. No, West znał się ewidentnie na rzeczy (a potem przestał, ale ja też nie miałem wielkiej ochoty poznawać się na nim), końcówkę to aż mam ochotę sam podśpiewywać. To już nie jest Radio RAM vibes, to JEST Radio RAM. Testify trochę mnie wybija z tego klimatu, ale też zsamplowany i nieco dziwacznie (ale fajnie) pocięty damski wokal w tle robi robotę i nadaje lekko psychodelicznego sznytu temu numerowi. Common zrobił się agresywniejszy (ale i warstwa liryczna taka jest), still, bardzo to pasuje. Refren mi się bardzo spodobał. Love Is... wraca w czilowe klimaty i nagle doznałem olśnienia, właściwie ten krążek doskonale by mi się słuchało w jakimś modernistycznym amerykańskim domu pośrodku lasu wczesnośrodkową jesienią, że drzewa już kolorowe, ale wciąż jest słonecznie i stosunkowo ciepło. Po prostu zamykam oczy i to widzę xD Dużo jest w ogóle jesieni w tej płycie, ale nie takiej, jak ta, co teraz za oknem. Kolejny naprawdę świetny kawałek. Chi-City wjeżdża z bardziej funkowym i, nie wiem, klasycznym (?) klimatem, może zasługa bitu, dęciaków w tle i zastosowanych efektów, ale szczerze, o ile jeszcze parę lat temu coś takiego by mnie męczyło, to dziś w hui propsuję. Common znów atakuje głosem nieco ostrzej, ale bardzo dobrze to współgra z muzą. Fajnie, że tutaj nawet przy bardziej gangsterskich klimatach nie ma typowo gangsterskich klisz dla takiej muzyki. Propsuję po stokroć i się jaram, bardzo kurdebele dobre to jest. Na moment wracam do miasta, a potem wjeżdża The Food, czy to jest faktycznie na żywo? Bo brzmi trochę jak pewna "wersja" Burzy Nad Miastem, którą zrobiłem z Bartinim 15 lat temu xD albo jak nagrany występ od Jimmy'ego Falona czy coś w tym stylu (teraz czytam, że to z show Davida Chappelle, niespecjalnie się pomyliłem). Tutaj przeżywam pierwsze (ale tbh jedyne solidne) rozczarowanie, i to też tylko trochę, bo numer mnie jakoś nie porywa, chociaż - trzeba mu to oddać - ma bardzo fajną muzę, te klawisze w tle wkręciły mi się przeogromnie. Real People brzmi jak kontynuacja z tego samego występu, a raczej brzmiało by w ten sposób, gdyby nie zauważalna poprawa jakości dźwięku xD Znó jest groovy i funky i w ogóle jakoś tak soulowo, zajeżdża latami 70-ymi aż miło, wracamy na kolejną kompilację od RAMowców. Serio, ta płyta jest tak lajtowa, że aż trudno uwierzyć, że coś takiego mogło generalnie powstać, w sensie, ja chyba czarny rap kojarzyłem z innymi klimatami i za mało go znam xD Chociaż Murzyn robił już podejścia z Commonem, ba! pamiętam przecież Bełchatów, ale no tutaj jest wprost doskonale. RP to jeden z moich ulubionych numerów na płycie. They Say trochę powtarza klimat pierwszego numeru (nie licząc intra), gdzie tekst dominuje nad resztą warstwy muzycznej, ale robi to jakoś hmm przyjemniej? Refren na pewno jest wyróżnikiem (wyróżniaczem, no, wyróżnia się), fajnie, że przy nim się nieco "zagęszcza" muzyka. Kawałek jest tak bardzo "przytulny", że właściwie sam kojarzy się z jednym wielkim kocem, pod którym mógłbym się położyć w dokładnie tej chwili (a słucham teraz całości po raz czwarty; właściwie, już rozumiem, czemu jestem dziś tak senny xD ale to nie kwestia tego, że ta płyta jest nudna, czy coś - wprost przeciwnie). It's Your World stanowi bardzo fajne zamknięcie płyty, na moment znów zabiera na spacer ulicami miasta, ale choć znów jest mariaż sekcji dętej z soulowo wyśpiewywanym refrenem (i generalnie soulowymi zaśpiewami), to się to nie nudzi. Fajna druga część w postaci recytacji pod grające w tle pianino (które zresztą gra pięknie). Serio, jest... jest świetnie. Kapitalny krążek.
No, także słowem podsumowania, może kilkoma, Jacek dostarczył świetną pozycję na w sumie może bardziej jakieś lato, tzn. taką końcówkę, co to wieczory jesień już zapowiadają, ale wciąż jest ciepło. Z drugiej strony jest tak klimatycznie, że ta płyta naprawdę działa jak koc, który można na siebie zarzucić. Common ma zarówno świetne teksty jak i, cóż, West w roli producenta też wypadł bardzo dobrze, brzmieniowo jest doskonale. Zasysam sobie ten krążek i będę wracał, zwłaszcza, jak się burze uspokoją. Coś w sam raz pomiędzy ambientem a wyraźniejszym graniem. Ot, chill. Czego chcieć więcej?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Grazie!
To jeszcze tylko Seba i Melczet, Panowie liczę na Wasz rigcz.
To jeszcze tylko Seba i Melczet, Panowie liczę na Wasz rigcz.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Odsłuch trwa, pisanie trwa.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Wjeżdzam
Common - Be
Nie wiem na ile to siara, a na ile nie, ale wyskoczę z tym od razu - zanim nie zabrałem się za odsłuch tej płyty, o Commonie nie miałem prawie żadnego pojęcia. Tymczasem szybko sobie sprawdziłem na Wikipedii kto zacz i okazuje się, że to jedna z tych osób, która zajmuje się właściwie wszystkim - być może jako rasowy piwniczak i zamulacz podświadomie unikam takich ludzi, a być może po prostu się okazało, że tak wyszło, bo wszakże każdy tu wie, że nie siedzę w hiphopie i byłbym w tej materii totalnym jaroszem, gdyby nie ta zabawa. W międzyczasie się też okazało, że przewijał się w innych bestkach, co totalnie wyleciało mi z głowy. xD Naturalnie znam nazwisko Kanye West, bo ciężko o nim jednak nie usłyszeć nie słysząc pod kamieniem, ale nie mam zamiaru sie rozpisywać o jego współczesnej personie, bo raz że po co, a dwa - że piszę wszakże o albumie, który powstał w czasach, gdy był jeszcze młodym, zdolnym człowiekiem, przed którym stała świetlana przyszłość czy coś.
Zastanawiam się ile złotych na koncie byście mieli, gdybym miał tak przelewać każdemu złotówkę za płytę, którą uważam za RZETELNĄ tudzież POPRAWNĄ. Pewnikiem dużo, a z odsetkami za zwłokę to więcej, ale nic nie poradzę na to, że w moim osobistym mniemamiu takich płyt jest najwięcej. I nie wiem czy cokolwiek na to poradzę, bo też nie wiem czy to jakikolwiek problem, ale to jest kolejna z takich płyt. Ogólnie słuchało mi się tego całkiem dobrze, ogólnie to pewnie za jakiś czas do niej mogę wrócić bez żadnego uszczerbku na czymkolwiek (bo jednak trochę mocno ją zakatowałem, chcąc coś sensownego napisać) i nawet jeśli po bliższym zapoznaniu się znalazłem parę rzeczy, których mógłbym się doczepić, to jednak - kolejny raz - cieszę się z banalnego faktu poszerzenia swoich wąziutkich horyzontów.
W tym miejscu chciałem rozkładać tę płytę na tzw. czynniki pierwsze, jak to z reguły wszyscy robimy, ale przyznaję, że miałem z tym nielichy problem. Powód był dość lakoniczny, tj. po prostu wszystko mi się podobało mniej-więcej w tym samym stopniu i nawet gdy próbowałem sobie przysiąść do tej płyty i o każdym z nich coś napisać, to kończyło się na konkluzji, że to jest fajne i dobre, ale też nie byłem w stanie "dostrzec" w żadnym z nich czegoś konkretnego, co mógłbym pochwalić, czego mógłbym się uczepić i skomplementować. Wymienianie zaś drobiazgów, które mi się nie spodobały lub przy których mehałem też mijało się z celem, bo jednak, na swój sposób, lubię ten album. Cenię jego brzmienie, tutaj faktycznie udało się wykreować specyficzny muzyczny MIKROKLIMAT. Brzmienie jest gęste, charakterystyczne, skojarzenie z ATCQ faktycznie celne, tj. też ta płyta ma dużo specyficznego luzu, by nie rzec swagu, może to nie jest aż tak wysoki poziom, co tam (muszę w końcu wrócić do tej płyty), ale jako soundtrack do leżenia i czilowania jak najbardziej daje radę.
Intro niebędącę intrem rozczula mnie wstawką rodem z ośmiobitowej konsoli - jest tak totalnie od czapy, że nie mogę tego nie kochać. Kontrabas też mi się podoba i jak tego słucham, to czuję się jakbym był w domu i w ogóle jest fajnie. CORNER to samo mięsko lub samo gęste, jak kto woli - solidny, mięsisty i wyrazisty hip-hop, taki o który nic nie robiłem i rzecz bardzo fajna, tak samo jak następne GO! - może i faktycznie ciepły singielek dla babeczek, ale jeśli tak jest, to ja jestem babeczką i kupuję to w pełni.
Generalnie jednak w kwestii singli na tym albumie jestem podzielony, bo FAITHFUL mnie nie kręci - za dużo tu irytujących podwyższonych wokali oraz przetworzonych dźwięków - ja wiem, że to Kanye i rok 2005, ale dla mnie to się nie zestarzało najlepiej. I szkoda też, że ten chórek wiewiórek w refrenach psuje mi TESTIFY, bo odnoszę wrażenie, że bez niego byłaby to rzecz lepsza. Nie wiecie więc nawet z jaką ulgą przyjąłem LOVE IS..., na którym żadnej tego typu irytującej przeszkadzajki nie było. Bardzo solidny kawałek, tak po prostu.
CHI-CHITY to taki kawałek, co to przelatuje podczas odsłuchów. Może i nieco niezasłużenie, bo jest niezły, ale najwyraźniej życie jest niesprawiedliwe. Pisząc te słowa wróciłem kolejny raz do THE FOOD i też nie kumam czemu tu jest dopisek LIVE, ale średnio mnie to obchodzi, bo ta wersja jest dobra i to jest kolejny spoko banger. Nie wiem czy mogę chcieć czegokolwiek więcej, podejrzewam częste powroty, bo rzecz jak najbardziej z potencjałem na takowe. Słuchając REAL MUSIC czuję się jakbym oglądał jakąś starą amerykańską telewizję - jako sentymentalny powrót na Statek Miłości czy tam element składowy płyty rzecz całkiem spoko. THEY SAY to takie dziwne, specyficzne cuś, ma ten klimat o którym pisałem nieco wyżej. IT'S YOUR WORLD to całkiem zgrabne i przyjemne zakończenie tej płyty, aczkolwiek zdecydowanie wywaliłbym drugą część, bo przeciągniętą, męcząca i ja nie kupuję takich zabiegów z dzieciakami.
Summa summarum, bawiłem się całkiem nieźle i szczerze mówiąc, to gdy pisałem te słowa i przesłuchiwałem sobie tę płytę w tle, jakoś nabrałem do niej sympatii. Nie jest to płyta idealna, nie jest to też na pewno płyta mojego życia i są tu momenty takie se, ale w ostatecznym rozrachunku przegrywają z pozytywną energią skondensowaną na tych 42 minutach i 36 sekundach muzyki. I dobrze.
Common - Be
Nie wiem na ile to siara, a na ile nie, ale wyskoczę z tym od razu - zanim nie zabrałem się za odsłuch tej płyty, o Commonie nie miałem prawie żadnego pojęcia. Tymczasem szybko sobie sprawdziłem na Wikipedii kto zacz i okazuje się, że to jedna z tych osób, która zajmuje się właściwie wszystkim - być może jako rasowy piwniczak i zamulacz podświadomie unikam takich ludzi, a być może po prostu się okazało, że tak wyszło, bo wszakże każdy tu wie, że nie siedzę w hiphopie i byłbym w tej materii totalnym jaroszem, gdyby nie ta zabawa. W międzyczasie się też okazało, że przewijał się w innych bestkach, co totalnie wyleciało mi z głowy. xD Naturalnie znam nazwisko Kanye West, bo ciężko o nim jednak nie usłyszeć nie słysząc pod kamieniem, ale nie mam zamiaru sie rozpisywać o jego współczesnej personie, bo raz że po co, a dwa - że piszę wszakże o albumie, który powstał w czasach, gdy był jeszcze młodym, zdolnym człowiekiem, przed którym stała świetlana przyszłość czy coś.
Zastanawiam się ile złotych na koncie byście mieli, gdybym miał tak przelewać każdemu złotówkę za płytę, którą uważam za RZETELNĄ tudzież POPRAWNĄ. Pewnikiem dużo, a z odsetkami za zwłokę to więcej, ale nic nie poradzę na to, że w moim osobistym mniemamiu takich płyt jest najwięcej. I nie wiem czy cokolwiek na to poradzę, bo też nie wiem czy to jakikolwiek problem, ale to jest kolejna z takich płyt. Ogólnie słuchało mi się tego całkiem dobrze, ogólnie to pewnie za jakiś czas do niej mogę wrócić bez żadnego uszczerbku na czymkolwiek (bo jednak trochę mocno ją zakatowałem, chcąc coś sensownego napisać) i nawet jeśli po bliższym zapoznaniu się znalazłem parę rzeczy, których mógłbym się doczepić, to jednak - kolejny raz - cieszę się z banalnego faktu poszerzenia swoich wąziutkich horyzontów.
W tym miejscu chciałem rozkładać tę płytę na tzw. czynniki pierwsze, jak to z reguły wszyscy robimy, ale przyznaję, że miałem z tym nielichy problem. Powód był dość lakoniczny, tj. po prostu wszystko mi się podobało mniej-więcej w tym samym stopniu i nawet gdy próbowałem sobie przysiąść do tej płyty i o każdym z nich coś napisać, to kończyło się na konkluzji, że to jest fajne i dobre, ale też nie byłem w stanie "dostrzec" w żadnym z nich czegoś konkretnego, co mógłbym pochwalić, czego mógłbym się uczepić i skomplementować. Wymienianie zaś drobiazgów, które mi się nie spodobały lub przy których mehałem też mijało się z celem, bo jednak, na swój sposób, lubię ten album. Cenię jego brzmienie, tutaj faktycznie udało się wykreować specyficzny muzyczny MIKROKLIMAT. Brzmienie jest gęste, charakterystyczne, skojarzenie z ATCQ faktycznie celne, tj. też ta płyta ma dużo specyficznego luzu, by nie rzec swagu, może to nie jest aż tak wysoki poziom, co tam (muszę w końcu wrócić do tej płyty), ale jako soundtrack do leżenia i czilowania jak najbardziej daje radę.
Intro niebędącę intrem rozczula mnie wstawką rodem z ośmiobitowej konsoli - jest tak totalnie od czapy, że nie mogę tego nie kochać. Kontrabas też mi się podoba i jak tego słucham, to czuję się jakbym był w domu i w ogóle jest fajnie. CORNER to samo mięsko lub samo gęste, jak kto woli - solidny, mięsisty i wyrazisty hip-hop, taki o który nic nie robiłem i rzecz bardzo fajna, tak samo jak następne GO! - może i faktycznie ciepły singielek dla babeczek, ale jeśli tak jest, to ja jestem babeczką i kupuję to w pełni.
Generalnie jednak w kwestii singli na tym albumie jestem podzielony, bo FAITHFUL mnie nie kręci - za dużo tu irytujących podwyższonych wokali oraz przetworzonych dźwięków - ja wiem, że to Kanye i rok 2005, ale dla mnie to się nie zestarzało najlepiej. I szkoda też, że ten chórek wiewiórek w refrenach psuje mi TESTIFY, bo odnoszę wrażenie, że bez niego byłaby to rzecz lepsza. Nie wiecie więc nawet z jaką ulgą przyjąłem LOVE IS..., na którym żadnej tego typu irytującej przeszkadzajki nie było. Bardzo solidny kawałek, tak po prostu.
CHI-CHITY to taki kawałek, co to przelatuje podczas odsłuchów. Może i nieco niezasłużenie, bo jest niezły, ale najwyraźniej życie jest niesprawiedliwe. Pisząc te słowa wróciłem kolejny raz do THE FOOD i też nie kumam czemu tu jest dopisek LIVE, ale średnio mnie to obchodzi, bo ta wersja jest dobra i to jest kolejny spoko banger. Nie wiem czy mogę chcieć czegokolwiek więcej, podejrzewam częste powroty, bo rzecz jak najbardziej z potencjałem na takowe. Słuchając REAL MUSIC czuję się jakbym oglądał jakąś starą amerykańską telewizję - jako sentymentalny powrót na Statek Miłości czy tam element składowy płyty rzecz całkiem spoko. THEY SAY to takie dziwne, specyficzne cuś, ma ten klimat o którym pisałem nieco wyżej. IT'S YOUR WORLD to całkiem zgrabne i przyjemne zakończenie tej płyty, aczkolwiek zdecydowanie wywaliłbym drugą część, bo przeciągniętą, męcząca i ja nie kupuję takich zabiegów z dzieciakami.
Summa summarum, bawiłem się całkiem nieźle i szczerze mówiąc, to gdy pisałem te słowa i przesłuchiwałem sobie tę płytę w tle, jakoś nabrałem do niej sympatii. Nie jest to płyta idealna, nie jest to też na pewno płyta mojego życia i są tu momenty takie se, ale w ostatecznym rozrachunku przegrywają z pozytywną energią skondensowaną na tych 42 minutach i 36 sekundach muzyki. I dobrze.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Common - Be
Przystępuję do opisywania płyty w najgorszym chyba nastawieniu do opisywania płyt (serio, pierwsze cztery odsłuchy robiłem w ciągu trzech pierwszych dni po wjechaniu kolejki i niewiele zapamiętałem, odbiór emocjonalny był niemal zerowy, a przy kolejnych nie było wiele lepiej), więc to będzie eksperyment: czy da się sensownie opisać płytę nie potrafiąc jej sensownie przesłuchać.
Intro na kontrabasie jest bardzo fajne, nastrojowe, pojawiają się syntezatory, przywołuje to klimat starych gierek, lat 90. i 00., Ameryki, pojawia się wokal, dobre, zachęcające do całości albumu intro. Już tu w zasadzie mogę zaspojlerować, że cały album ma bardzo dobry flow, rozbujany, rozwinięty rytmicznie, bez specjalnie sztywnych struktur, dzięki czemu dobrze się go słucha. The Corner, czyli to, co Malkolit lubi, czyli tłusty bit, bujający rytm zatłoczonej ulicy, dużej imprezy, wysokie dźwięki (prawie jak You Move), świetny flow. Generalnie nie do końca rozumiem, co się dzieje w tym kawałku, ale jest znakomity nawet jak na tę porę i ten stan. A potem wchodzi kolejny świetny kawałek, czyli Go! z wysokimi głosami akcentującymi tytuł, mogącymi działać drażniąco (dużo tego!), pobudzająco, odświeżająco, dobrze idzie naprzód, a w tle lekko jazzujące dźwięki na keyboardach.
Faithful zaczyna się od bardzo wysokich, młodzieńczych wokali, dobrych w tle, kiepskich na pierwszym planie, w sumie jestem za, bo to zawsze ciekawe, kiedy ktoś myśli inaczej niż ja, ale nie zawsze fajne. Ale w tym przypadku dodaje to piosence sporo luzu, w ogóle dodatkowe głosy są tutaj bardzo dobre, jak jazzowo-soulowe wcześniejsze wrzuty Strippeda. Flow wokalny zachowany, w tle pojawiają się instrumenty dęte, które dodają egzotycznego kolorytu, trochę przypomniał mi się Bananowy song czy jakieś inne egzotyczne tercety i tego typu klimaty, ale na miejscu, a nie stylizacje. Testify zawiera bardziej dynamiczne, mocniejsze żeńskie wokale, fajnie brzmiącą perkusję, dobrą nawijkę, intensywnie powtarzaną frazę, jakby pani i pan się przekrzykiwali w zażartej dyskusji. Fajne są te bębenki w tle, takie surowe.
Love Is... jest bardziej delikatne, może trochę szorstkie ze względu na głos, lekko, delikatnie, na moment wyciszenia na imprezie klubowej, tak mi się to kojarzy. Brak momentów, jest nastrój, robi się nieco romantycznie, miękko, sympatycznie. Chi-Chi City i wracamy na ulicę, robi się bardziej bigbandowo, jazzowo, wokalnie trzyma się świetnie od samego początku. Fajne brzmienie, dęciaki, na tle samego bitu gość też wypada dobrze, bo i perkusja jest różnorodna. Wchodzi The Food, głosy znakomicie ze sobą współgrają, klawisze, jak to Shodan napisał, nawiązują do klimatów zachodu, rytm trzyma się dobrze, kawałek nieźle buja i bez przerwy przechodzi w Real People z wyrazistymi dęciakami, intensywną nawijką i saksem.
They Say to kolejny podbity jazzowo-soulowym klimatem kawałek, świetnie wypadają klawisze, świetnie wypadają momenty z wyśpiewywanym tytułem, dobra nawijka, no, jest dobrze. Liczę na to, że w lepszej formie, bo ta obecna jest denna jak mało co, przegryzie się ten album, bo jest bardzo dobry, trudno mi nawet wskazać jakiś słabszy punkt, wszystko jest co najmniej dobre. Nie psuje tego wrażenia długi, dwuczęściowy kawałek It's Your World, brawo, Mudżyn, za tę wrzutkę, czas spać.
Przystępuję do opisywania płyty w najgorszym chyba nastawieniu do opisywania płyt (serio, pierwsze cztery odsłuchy robiłem w ciągu trzech pierwszych dni po wjechaniu kolejki i niewiele zapamiętałem, odbiór emocjonalny był niemal zerowy, a przy kolejnych nie było wiele lepiej), więc to będzie eksperyment: czy da się sensownie opisać płytę nie potrafiąc jej sensownie przesłuchać.
Intro na kontrabasie jest bardzo fajne, nastrojowe, pojawiają się syntezatory, przywołuje to klimat starych gierek, lat 90. i 00., Ameryki, pojawia się wokal, dobre, zachęcające do całości albumu intro. Już tu w zasadzie mogę zaspojlerować, że cały album ma bardzo dobry flow, rozbujany, rozwinięty rytmicznie, bez specjalnie sztywnych struktur, dzięki czemu dobrze się go słucha. The Corner, czyli to, co Malkolit lubi, czyli tłusty bit, bujający rytm zatłoczonej ulicy, dużej imprezy, wysokie dźwięki (prawie jak You Move), świetny flow. Generalnie nie do końca rozumiem, co się dzieje w tym kawałku, ale jest znakomity nawet jak na tę porę i ten stan. A potem wchodzi kolejny świetny kawałek, czyli Go! z wysokimi głosami akcentującymi tytuł, mogącymi działać drażniąco (dużo tego!), pobudzająco, odświeżająco, dobrze idzie naprzód, a w tle lekko jazzujące dźwięki na keyboardach.
Faithful zaczyna się od bardzo wysokich, młodzieńczych wokali, dobrych w tle, kiepskich na pierwszym planie, w sumie jestem za, bo to zawsze ciekawe, kiedy ktoś myśli inaczej niż ja, ale nie zawsze fajne. Ale w tym przypadku dodaje to piosence sporo luzu, w ogóle dodatkowe głosy są tutaj bardzo dobre, jak jazzowo-soulowe wcześniejsze wrzuty Strippeda. Flow wokalny zachowany, w tle pojawiają się instrumenty dęte, które dodają egzotycznego kolorytu, trochę przypomniał mi się Bananowy song czy jakieś inne egzotyczne tercety i tego typu klimaty, ale na miejscu, a nie stylizacje. Testify zawiera bardziej dynamiczne, mocniejsze żeńskie wokale, fajnie brzmiącą perkusję, dobrą nawijkę, intensywnie powtarzaną frazę, jakby pani i pan się przekrzykiwali w zażartej dyskusji. Fajne są te bębenki w tle, takie surowe.
Love Is... jest bardziej delikatne, może trochę szorstkie ze względu na głos, lekko, delikatnie, na moment wyciszenia na imprezie klubowej, tak mi się to kojarzy. Brak momentów, jest nastrój, robi się nieco romantycznie, miękko, sympatycznie. Chi-Chi City i wracamy na ulicę, robi się bardziej bigbandowo, jazzowo, wokalnie trzyma się świetnie od samego początku. Fajne brzmienie, dęciaki, na tle samego bitu gość też wypada dobrze, bo i perkusja jest różnorodna. Wchodzi The Food, głosy znakomicie ze sobą współgrają, klawisze, jak to Shodan napisał, nawiązują do klimatów zachodu, rytm trzyma się dobrze, kawałek nieźle buja i bez przerwy przechodzi w Real People z wyrazistymi dęciakami, intensywną nawijką i saksem.
They Say to kolejny podbity jazzowo-soulowym klimatem kawałek, świetnie wypadają klawisze, świetnie wypadają momenty z wyśpiewywanym tytułem, dobra nawijka, no, jest dobrze. Liczę na to, że w lepszej formie, bo ta obecna jest denna jak mało co, przegryzie się ten album, bo jest bardzo dobry, trudno mi nawet wskazać jakiś słabszy punkt, wszystko jest co najmniej dobre. Nie psuje tego wrażenia długi, dwuczęściowy kawałek It's Your World, brawo, Mudżyn, za tę wrzutkę, czas spać.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dziękuję że jednak daliście radę dopiąć tę kolejkę last minute w jakimś ostatecznie akceptowalnym terminie...
Co tu dużo mówić, chyba usłyszałem z grubsza to czego mogłem się spodziewać i z większością padających tu opinii się zgadzam - Be to dobry album ogólnie, spójny, trochę pewniaczek, easy money ale z drugiej strony też nie wywołujący raczej wielkich emocji jak Biggie i stojący też ciut niżej od niego czy wrzucanego tu A Tribe Called Quest. Przyjemna płyta, można posłuchać, można otulić się nią jak kocem, jest neonowa (dla mnie może bardziej sodowa hehe), zaskoczyły mnie jedynie niegatywne opinie nt. chipmunkowych sampli i gdzieniegdzie wzmianki o tym jakoby The Food było najsłabsze (szok, dla mnie buja mocno). Idę pomyśleć czym Was uraczyć na zimę a póki co otwieram kolejkę dla Californian Soil grupy London Grammar
Co tu dużo mówić, chyba usłyszałem z grubsza to czego mogłem się spodziewać i z większością padających tu opinii się zgadzam - Be to dobry album ogólnie, spójny, trochę pewniaczek, easy money ale z drugiej strony też nie wywołujący raczej wielkich emocji jak Biggie i stojący też ciut niżej od niego czy wrzucanego tu A Tribe Called Quest. Przyjemna płyta, można posłuchać, można otulić się nią jak kocem, jest neonowa (dla mnie może bardziej sodowa hehe), zaskoczyły mnie jedynie niegatywne opinie nt. chipmunkowych sampli i gdzieniegdzie wzmianki o tym jakoby The Food było najsłabsze (szok, dla mnie buja mocno). Idę pomyśleć czym Was uraczyć na zimę a póki co otwieram kolejkę dla Californian Soil grupy London Grammar
shodan pisze:15 wrz 2023 22:16London Grammar - Californian Soil
Pociągniemy dalej temat London Grammar. Bo mam do zaprezentowania jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi w albumach zostały w moim mniemaniu.
To brytyjskie trio w składzie Hannah Reid, Dot Major i Dan Rothman ma na koncie jak już pisałem 3 albumy wydawane od 2013 roku w czteroletnich odstępach. Last podpowiada, że poznałem ich w 2019r. A dokładnie pierwszy album If You Wait. Bardzo spodobał mi się utwór Hey Now i jeszcze ze dwa inne utwory. W ogóle uznałem tę muzykę za całkiem fajną, nie na tyle jednak, żeby się porządnie wkręcić czy sprawdzać inne albumy. Miałem jeszcze wtedy jedno „ale” do zespołu, a mianowicie nie byłem przekonany do głosu Hannah. Szczególnie do jej niskich rejestrów. Teraz tego kompletnie nie jarzę, bo uważam, że to jeden z najlepszych damskich wokali, jakie znam. No ale widocznie z niektórymi rzeczami trzeba się po prostu odpowiednio osłuchać (pamiętacie jak było z Fishmans i moją awersją do wokalisty?).
W ogóle byłem wtedy nie wiedzieć czemu przekonany, ze oni mają wydaną tylko tę jedną płytę. Drugi longplay zupełnie mi umknął. No ale też zbytnio nie dociekałem. Album If You Wait przesłuchałem w sumie kilka razy i tak jakoś zapomniałem o nim, od czasu do czasu powracając tylko do koncertowego Hey Now na YT. Ponownie przypomniałem sobie mocniej o zespole, gdy ukazał się ich trzeci album Californian Soil. Pamiętam, że przesłuchałem go ze 2-3 razy na YT Music, znowu uznałem za niezły kawałek muzyki do dokładniejszego przebadania w późniejszym czasie. Więc odłożyłem to na bliżej nieokreślone później. To wciąż nie był chyba czas na tę muzykę. A ten czas nadszedł w obecnym roku. Już to wielokrotnie tutaj pisaliście, że na niektórą muzykę często musi być odpowiedni czas i miejsce. Widocznie wtedy jeszcze nie byłem w pełni na LG gotowy. Nie można niczego jednak przekreślać. Coś co nas kiedyś nie chwyciło w pełni lub zainteresowało w zbyt małym stopniu może chwycić nieoczekiwanie, gdy najmniej się tego spodziewamy. Po prostu w którejś tam kolejce bestki przypomniałem sobie o tym, że mam na liście życzeń do wrzucenia utwór Hey Now. Z tej okazji włączyłem go sobie do posłuchania w wersji live. I o ile zawsze go lubiłem, to wtedy mnie wręcz najzwyczajniej oczarował. Oczarowała mnie również Hannah. Nagle zrozumiałem, jak nieprzeciętna to wokalistka. Szybko przesłuchałem cały album, który bez ostrzeżenia wydał mi się tak bardzo dobry! Jak mogłem tego wcześniej nie słyszeć! Błyskawicznie przypomniałem sobie o Californian Soil, który ściągnąłem z neta szybciej, niż biegał Usain Bold (jak i drugi album, o którym się dopiero dowiedziałem z Wikipedii). Włączyłem Californian Soil, posłuchałem rzetelnie i z miejsca przepadłem. Ten album właściwie nie schodził z moich słuchawek. I właściwie od lipca wciąż nie schodzi. Nagle z pełną mocą usłyszałem to wszystko, czego właściwie nie słyszałem przy pierwszym podejściu do albumu. Niesamowitą wręcz klasę kompozycji. I to wszystkich bez wyjątku. Wspaniałe brzmienie, wspaniały wokal Hannah. Jej potencjał i ogromne możliwości. Wydaje mi się, że London Grammar wypracowali sobie fajne brzmienie. Niezwykle pogodne, przyjemne i stojące na bardzo dobrym poziomie. Gitara jest wciąż obecna, chociaż ani na moment nie wychodzi na pierwszy plan. Wszystko jest wyważone i smakowite. A Hannah potrafi śpiewać w każdej tonacji. Don Major bardzo dużo gra na pianinie, co jest dla mnie mega zaletą. Ta trójka ma do tego naprawdę talent do pisania świetnych piosenek. Trzeba tylko pozwolić się im zadomowić w naszej świadomości. Poznać je na tyle, żeby rozróżniać, potrafić może nawet zanucić.
Jak pisałem podoba mi się każdy utwór, od iście baśniowego Intro i tytułowego cudnego Californian soil począwszy. Ta płyta jest wg mnie pełna takiego bardzo klasowego, zwiewnego i przyjemnego brzmienia. Sporo ballad ale i parę żywszych rytmicznych utworów. Najbardziej jaram się utworami Californian soil, Lose your head, Call your friends czy singlowymi, przebojowymi I niesamowitymi Lord it's a feeling oraz How does it feel.
Może kogoś dziwić, że wrzucam do bestki album w sumie dosyć dla mnie świeży (choć znany mi jednak jednocześnie od 2 lat). I w dodatku nazywam go jednym z najlepszych rzeczy, jakie mam. Ale uwierzcie mi, że w takich przypadkach to się po prostu wie. Jeszcze nigdy się nie pomyliłem w takiej sytuacji. Bo kiedy jakaś muzyka przekroczy w mojej hierarchii pewien próg, to już odwrotu nie ma. Jestem kupiony w 100% tym brzmieniem, tymi kompozycjami, tym wokalem. I równie dobrze każdą z trzech płyt London Grammar mógłbym tutaj zamieścić bez obawy, bo każda jest świetna. A ja szczególnie cenię sobie wykonawców, którzy nie zaliczają dołów, tylko potrafią utrzymać wysoki poziom na przestrzeni lat. London Grammar szturmem wdarł się do czołówki moich ulubieńców muzycznych i nie sądzę, żeby z niej wypadł. Za mocno mnie to jara. Bo to jest shodan-core w 100%.
Już z niecierpliwością czekam na ich czwarty album.
Trochę się jeszcze łamałem, czy to teraz wrzucać. Trochę późno już. To taka dosyć letnia płyta, idealna na obecną porę roku, czyli przełom lata i jesieni. Choć wciąż bardziej lato za oknem. Obawiam się, że zanim nadejdzie kolej na ten album może być już np. brzydko i deszczowo. No ale nie mam cierpliwości kisić tego przez następny rok.
https://www.youtube.com/watch?v=NesrOrR ... Fe&index=1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
London Grammar Californian Soil
I już po londyńskiej gramatyce. Przed kolejką rzuciłem dość kwaśną uwagę na temat wrzutki shodana. Nie da się ukryć, że ten numer zapodany solo to bardziej pasuje do płyt jako zapychacz niż reprezentatywny przedstawiciel czegokolwiek gdziekolwiek. Zespół dostaje jednak drugą szansę dzięki uprzejmości Wujasa, więc lecimy. Liczyłem na minimalne zaskoczenie i po kilku odsłuchach przyszło. Może nie jestem w spazmach z zachwytu, ale przynajmniej dostaliśmy kolejną luźną, całkiem bezpieczną płytkę. Po czasie można w niej odnaleźć coś więcej. Generalnie warto się wsłuchać, pójść trochę na przekór kolejnej wokalnej rekomendacji. Mimo wszystko zaskakuje fakt rzucania tego typu płyt w bestkach - o czym jeszcze napiszę poniżej.
Nie znam się na wokalach. Nie kończyłem wokalistyki, nie wykładam z emisji głosu. Dla mnie pani Hannan niespecjalnie się wyróżnia. Owszem, za sprawą kolegów z zespołu dostaje mnóstwo okazji do wyjścia na pierwszy plan, ale nie dałem się przekonać, że drzemie w niej jakiś ogromny potencjał czy charyzma. Brzmi nieźle w niektórych refrenach, nic poza tym. Może byłoby ciekawiej rzucić jej wyzwanie i zaproponować dłuższą, bardziej eksperymentalną formę. W konwencji krótkich popowych pościelowych piosenek mnie to nie przekonuje. Szczególnie, gdy tekst nie ma większego znaczenia, a prędzej zwraca uwagę nonsensem i głupotą. Albo te momenty schodzenia w niższe rejestry, gdy wychodzi taka mamrocząca żaba z wyraźnym brytolskim akcentem. Już w Rooting For You brzmiało słabo, a tu jest kilka utworów, gdzie idzie tego całkiem sporo. Po pierwszych odsłuchach byłem wręcz przytłoczony przewagą wokalu nad całą resztą. Nawet w intro coś tam z siebie wydobywa. Choć to jedyny moment, gdzie instrumental ma znaczenie, to i tak śpiewy psują wrażenie.
Na początku wyróżniłem tylko jeden kawałek, Lose Your Head. Spodobał mi się refren i bardzo ciekawe klawisze. Lubię wrażenia wyrastania utworu niby z niczego. Chłodna, ale wyraźnie słyszalna perka jest tu przyjemnym wyróżnikiem. Syntezatorowa końcówka to jeden z ciekawszych fragmentów. Na dystansie całej płyty nie ma jakichś wyraźnie mocniejszych akcentów. Wszystko od początku do końca jest mniej lub bardziej pościelowe, nieinwazyjne. Prędzej nadaje się do słuchania w tle niż do uważnego, aktywnego odsłuchu. Paradoksalnie początek wcale tego nie zapowiada aż tak bardzo. Tytułowy kawałek zaskakuje wręcz lekko trip hopową pętlą. W alternatywnej rzeczywistości to London Grammar odpowiada za główny motyw Dr House'a czy innego serialowego hitu o jakiejś konkretnej społeczności czy toksycznym bohaterze, którego losy mimo wszystko ciekawią widza. Missing kontynuuje dobrą passę. Moim zdaniem to produkcja broni płytę przed zapomnieniem i większą zjebką. Przynajmniej pierwsze trzy piosenki robią dobre wrażenie. Potem dobre bywają tylko fragmenty i to raczej te jakkolwiek dynamiczne niż nudne, nijakie ballady. Po Lose Your Head poziom spada, czasem do poziomu muzyczki rodem z reklam biznesów fotowoltaicznych na YT (gitarki w How Does It Feel czy Call Your Friends to już prawie jak royalty free music dostępne do bezpłatnego użytku). Gdyby nie zmienność aranży i mimo wszystko ogrywanie tematu na trochę różne sposoby, byłaby tragedia. Wspominane Call Your Friends łączy oklepane brzmienia z czymś bardziej ilustracyjnym, atmosferycznym. Poza tym refren znowu buja, milutko. Im bliżej końca, tym więcej nijakiego zapychania miejsca, choć to i tak tylko 45 minut muzyki! Ostatni błysk świeżej myśli to I Need the Night. Znowu w tym lekko baśniowym, całkiem chłodnym, marzycielskim klimacie pojawia się życie, przyjemny refren, a ja znowu jestem lekko wytrącony z innego zajęcia, bo po jakimś czasie muzyka przypomina o sobie. To całkiem dobre uczucie. Szkoda, że finał jest jeden z bardziej od czapy zakończeń płyt, jakie poznałem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy przynajmniej. Wjeżdża najwięcej żaby na wokalu, dziwny tekst o Ameryce. Do tego tutaj chyba dodatkowo pani Hannan jest jeszcze głośniejsza od dźwięków w tle, dziwne. Ani patos, ani jakaś sensowna opowieść na zakończenie. Z drugiej strony to nie jest płyta konceptualna, ale miło byłoby poznać sensowną klamrę. Przez to jeszcze bardziej odbieram Californian Soil jako muzyczkę do puszczenia w tle. Bez opowieści, bez ciekawych rozwiązań na dystansie całej płyty. Ekipa dwoi się i troi, a i tak czasem ulega pokusie zrobienia czegoś kompletnie nijakiego.
W takiej muzyce nie ma nic złego. Przypominam sobie posiadówki w przyjaciółką na wrocławskim Biskupinie. Czasami naszym nocnym rozmowom towarzyszy muzyka puszczana w tle. Gospodyni preferuje podobne klimaty, może nawet jeszcze bardziej dreamowe, trochę emo? Na pewno bywają równie angażujące jak LG na Californian Soil, choć czasem zdarzy się, że tło zainteresuje mnie na tyle, by potem poszukać dalej i znaleźć coś, co zostaje na słuchawkach na dłużej. Nie wiem, jak byłoby w tym przypadku. Dzięki Wujasowi dostaliśmy szansę pełnoprawnego kontaktu. Już aż tak nie meham, bo zestaw od tytułowego do Lose Your Head zachowuję w pamięci. Nawet jeśli reszta to mniejszy lub większy muzak, to jednak przy bliższym poznaniu znieczula, usypia, wzbrania od poważniejszego hejtowania. Tak to najczęściej jest z tymi propozycjami płyt ze śpiewającymi paniami. Czasem coś zostaje na dłużej, czasem zapominam o słuchanej płycie do miesiąca po recenzji. Tutaj na szczęście były momenty.
I już po londyńskiej gramatyce. Przed kolejką rzuciłem dość kwaśną uwagę na temat wrzutki shodana. Nie da się ukryć, że ten numer zapodany solo to bardziej pasuje do płyt jako zapychacz niż reprezentatywny przedstawiciel czegokolwiek gdziekolwiek. Zespół dostaje jednak drugą szansę dzięki uprzejmości Wujasa, więc lecimy. Liczyłem na minimalne zaskoczenie i po kilku odsłuchach przyszło. Może nie jestem w spazmach z zachwytu, ale przynajmniej dostaliśmy kolejną luźną, całkiem bezpieczną płytkę. Po czasie można w niej odnaleźć coś więcej. Generalnie warto się wsłuchać, pójść trochę na przekór kolejnej wokalnej rekomendacji. Mimo wszystko zaskakuje fakt rzucania tego typu płyt w bestkach - o czym jeszcze napiszę poniżej.
Nie znam się na wokalach. Nie kończyłem wokalistyki, nie wykładam z emisji głosu. Dla mnie pani Hannan niespecjalnie się wyróżnia. Owszem, za sprawą kolegów z zespołu dostaje mnóstwo okazji do wyjścia na pierwszy plan, ale nie dałem się przekonać, że drzemie w niej jakiś ogromny potencjał czy charyzma. Brzmi nieźle w niektórych refrenach, nic poza tym. Może byłoby ciekawiej rzucić jej wyzwanie i zaproponować dłuższą, bardziej eksperymentalną formę. W konwencji krótkich popowych pościelowych piosenek mnie to nie przekonuje. Szczególnie, gdy tekst nie ma większego znaczenia, a prędzej zwraca uwagę nonsensem i głupotą. Albo te momenty schodzenia w niższe rejestry, gdy wychodzi taka mamrocząca żaba z wyraźnym brytolskim akcentem. Już w Rooting For You brzmiało słabo, a tu jest kilka utworów, gdzie idzie tego całkiem sporo. Po pierwszych odsłuchach byłem wręcz przytłoczony przewagą wokalu nad całą resztą. Nawet w intro coś tam z siebie wydobywa. Choć to jedyny moment, gdzie instrumental ma znaczenie, to i tak śpiewy psują wrażenie.
Na początku wyróżniłem tylko jeden kawałek, Lose Your Head. Spodobał mi się refren i bardzo ciekawe klawisze. Lubię wrażenia wyrastania utworu niby z niczego. Chłodna, ale wyraźnie słyszalna perka jest tu przyjemnym wyróżnikiem. Syntezatorowa końcówka to jeden z ciekawszych fragmentów. Na dystansie całej płyty nie ma jakichś wyraźnie mocniejszych akcentów. Wszystko od początku do końca jest mniej lub bardziej pościelowe, nieinwazyjne. Prędzej nadaje się do słuchania w tle niż do uważnego, aktywnego odsłuchu. Paradoksalnie początek wcale tego nie zapowiada aż tak bardzo. Tytułowy kawałek zaskakuje wręcz lekko trip hopową pętlą. W alternatywnej rzeczywistości to London Grammar odpowiada za główny motyw Dr House'a czy innego serialowego hitu o jakiejś konkretnej społeczności czy toksycznym bohaterze, którego losy mimo wszystko ciekawią widza. Missing kontynuuje dobrą passę. Moim zdaniem to produkcja broni płytę przed zapomnieniem i większą zjebką. Przynajmniej pierwsze trzy piosenki robią dobre wrażenie. Potem dobre bywają tylko fragmenty i to raczej te jakkolwiek dynamiczne niż nudne, nijakie ballady. Po Lose Your Head poziom spada, czasem do poziomu muzyczki rodem z reklam biznesów fotowoltaicznych na YT (gitarki w How Does It Feel czy Call Your Friends to już prawie jak royalty free music dostępne do bezpłatnego użytku). Gdyby nie zmienność aranży i mimo wszystko ogrywanie tematu na trochę różne sposoby, byłaby tragedia. Wspominane Call Your Friends łączy oklepane brzmienia z czymś bardziej ilustracyjnym, atmosferycznym. Poza tym refren znowu buja, milutko. Im bliżej końca, tym więcej nijakiego zapychania miejsca, choć to i tak tylko 45 minut muzyki! Ostatni błysk świeżej myśli to I Need the Night. Znowu w tym lekko baśniowym, całkiem chłodnym, marzycielskim klimacie pojawia się życie, przyjemny refren, a ja znowu jestem lekko wytrącony z innego zajęcia, bo po jakimś czasie muzyka przypomina o sobie. To całkiem dobre uczucie. Szkoda, że finał jest jeden z bardziej od czapy zakończeń płyt, jakie poznałem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy przynajmniej. Wjeżdża najwięcej żaby na wokalu, dziwny tekst o Ameryce. Do tego tutaj chyba dodatkowo pani Hannan jest jeszcze głośniejsza od dźwięków w tle, dziwne. Ani patos, ani jakaś sensowna opowieść na zakończenie. Z drugiej strony to nie jest płyta konceptualna, ale miło byłoby poznać sensowną klamrę. Przez to jeszcze bardziej odbieram Californian Soil jako muzyczkę do puszczenia w tle. Bez opowieści, bez ciekawych rozwiązań na dystansie całej płyty. Ekipa dwoi się i troi, a i tak czasem ulega pokusie zrobienia czegoś kompletnie nijakiego.
W takiej muzyce nie ma nic złego. Przypominam sobie posiadówki w przyjaciółką na wrocławskim Biskupinie. Czasami naszym nocnym rozmowom towarzyszy muzyka puszczana w tle. Gospodyni preferuje podobne klimaty, może nawet jeszcze bardziej dreamowe, trochę emo? Na pewno bywają równie angażujące jak LG na Californian Soil, choć czasem zdarzy się, że tło zainteresuje mnie na tyle, by potem poszukać dalej i znaleźć coś, co zostaje na słuchawkach na dłużej. Nie wiem, jak byłoby w tym przypadku. Dzięki Wujasowi dostaliśmy szansę pełnoprawnego kontaktu. Już aż tak nie meham, bo zestaw od tytułowego do Lose Your Head zachowuję w pamięci. Nawet jeśli reszta to mniejszy lub większy muzak, to jednak przy bliższym poznaniu znieczula, usypia, wzbrania od poważniejszego hejtowania. Tak to najczęściej jest z tymi propozycjami płyt ze śpiewającymi paniami. Czasem coś zostaje na dłużej, czasem zapominam o słuchanej płycie do miesiąca po recenzji. Tutaj na szczęście były momenty.
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
London Grammar - Californian Soil
Wracamy do London Grammar na dłuższym dystansie, wrzutka utworowa Wuja była całkiem spoko, była to smaczna przystawka przed głównym daniem. Shodan pisze że to może być ostatni tak dobry album z jego wrzutek, nie wiedziałem czy odebrać to jako zachętę czy może odwrotnie - groźbę, na dobrą sprawę z jego wrzutek poza może Pet Shop Boys nic mnie jeszcze jakoś szczerze nie porwało na dystansie albumu. Niemniej nastawiłem się pozytywnie i zasiadłem do odsłuchów, najpierw zrobiłem ze 3 odsłuchy już parę tygodni temu ale trochę to zmierzało do nikąd więc odłożyłem, wróciłem do albumu teraz i zobaczmy co z tego wyniknęło.
Płytę otwiera Intro, instrumentalna miniatura o bogatym filmowym brzmieniu, damski wokal w duecie ze smyczkami tworzą tu piękny klimat. Nie rozumiem tylko po co na końcu te niewyraźne wokale, zabieg jakiś taki bez sensu. Następnie bardzo dobre właściwe otwarcie albumu w postaci tytułowego utworu. Mi ten kawałek jakoś daje vibe trochę taki jak Teardrop grupy Massive Attack, ta dudniąca stopa, trochę te gitary a trochę coś w manierze wokalnej tu wyczuwam podobnego. Mamy zatem taki trip-pop że tak to ujmę, i znów bardzo ładne smyczki. Podoba mi się też ten zabieg z tym brzdąknięciem gitary i pauzą. Missing to numer z jednej strony niby prosty i przystępny a z drugiej jakoś się od niego odbiłem i sprawił że miałem potem problem z dalszymi kawałkami już. Pomimo wielu odsłuchów nawet nie potrafię powiedzieć co mi w nim wadzi, zrobiony jest poprawnie ale po prostu jakoś nie robi mi. Dalsze utwory chwytać zaczęły nieco dopiero niedawno kiedy wrocilem do płyty po dłuższej przerwie. Lose Your Head ma fajny refren i vibe Florence + The Machine. Lekki, zwiewny numer o zakochiwaniu się, całość brzmi dla mnie jak numer sprzed 10 lat kiedy mógłbym sięgać po takie rzeczy przeżywając pewne relacje. Spoko synthy pod koniec, dla mnie mocno wiosenny numer. Kolejny Lord It's a Feeling jeszcze bardziej opiera się na takim "epickim" refrenie i lekkich synthach. Jednocześnie w obu utworach mam poczucie że poza zgrabnym refrenem brak tu czegoś więcej. Kawałki mocno opierają się o wokal i jakieś fajne brzmienia, pod względem kompozycji czy melodii instrumentalnych są dość nijakie. How Does It Feel ma jeszcze bardziej podkręcony potencjał radio-friendly, jakiś żywszy bicik itd. ale znów tylko chwytliwy refren zostaje w głowie, wokal i jakiś jeden synth wybijający się nad resztę nieznacznie. Wchodzi Baby It's You i z tym synthem na wstępie ja znowu mam flashbacki z lat 2013-14, oni zdaje się wtedy debiutowali, zastanawiam się zatem czy przez lata cokolwiek rozwinęli brzmienie, w sumie Rooting For You było o wiele lepsze i ciekawsze, tam było mięso, tu jakaś wege dieta pop, lekko i generic do bólu się robi. All My Love to w sumie ballada na podobnym patencie co Rooting For You, z oszczędnym aranżem ale mi kompletnie nie zapadła w pamięć. Kiedy odpaliłem po tej dwutugodniowej przerwie Talking pomyślałem sobie że o, to mi się kojarzy z jakimś fajnym numerem i wyszło mi że... z Talking właśnie xD dopiero jak wszedł bas w refrenie załapałem że numer jednak musiał chwycić wcześniej i uciekło mi to z pamięci. W końcu prosty numer, proste i dobre melodie jak dla mnie, fortepian i bas robią robotę. Bardzo mi działa na wyobraźnię jakoś, mam skojarzenia ze Skandynawią gdy tego słucham i filmowy vibe wyczuwam, to mogłoby lecieć w jakimś segmencie pełnym napięcia i wyczekiwania, nie wiem czemu widzę przy tym kobietę czekającą w napięciu na męża-wikinga aż wróci z wyprawy xD w każdym razie najlepszy numer LG do tej pory, szczerze mi podszedł i chętnie wracałem. I Need The Night to bardzo fajny powrót do żywszego tempa po dwóch balladach i w sumie też jeden z najlepszych numerów na albumie, trochę więcej mięsa znowu, tylko te zabiegi z puszczanymi od tyłu wokalami nieco dziwne i zbędne, jakby ktoś losowo rzucał pomysły aranżując to. Moim zdaniem byłoby to bardzo dobre zakończenie albumu ale dostajemy na koniec jeszcze Amerykę. To z kolei dla mnie dziwny zabieg przy układaniu tracklisty takie mieszanie klimatami i tempem na finiszu, ten numer mi nie siadł i uważam go za zbędny.
Przyznaję że liczyłem że ta recenzja będzie jednak nieco bardziej przychylna, płyty tej w gruncie rzeczy słucha się przecież dość lekko i nawet przyjemnie momentami, myślę że rekordowa jak na mnie ilość odsłuchów (8 a nawet więcej w przypadku wielu utworów) ukazuje że nie piszę tej recenzji pochopnie. Problem pojawił się dopiero z czasem bo o ile utwory - głównie refreny - wpadają w ucho o tyle większość kawałków jedzie na podobnym patencie i rozebrane z ozdobników aranżacyjnych są po prostu średnie. Siłą tej płyty (i całego LG podejrzewam) jest oczywiście wokal Hannah Reid, on przede wszystkim przykuwa uwagę i bierze na siebie większość ciężaru, muzyka zaś melodiami czy kompozycjami nie zapada w pamięć poza pojedynczymi synthowymi ozdobnikami lub smyczkami. Podejrzewam że dlatego tak podeszło mi Rooting For You które jeszcze bardziej stawiało akcent na ten wokal, z melodii tak to utkwiły mi w pamięci: tytułowy utwór, Talking oraz I Need The Night. 3 utwory z 12, spoko Intro i kilka refrenów, nie jest to zbyt wiele by udźwignąć album, jest on może lekki i przystępny ale zarazem dość miałki w moim odczuciu i nie sądzę bym miał ochotę po niego sięgać w przyszłości. Powyższe 3 numery zachowuję sobie na później.
Wracamy do London Grammar na dłuższym dystansie, wrzutka utworowa Wuja była całkiem spoko, była to smaczna przystawka przed głównym daniem. Shodan pisze że to może być ostatni tak dobry album z jego wrzutek, nie wiedziałem czy odebrać to jako zachętę czy może odwrotnie - groźbę, na dobrą sprawę z jego wrzutek poza może Pet Shop Boys nic mnie jeszcze jakoś szczerze nie porwało na dystansie albumu. Niemniej nastawiłem się pozytywnie i zasiadłem do odsłuchów, najpierw zrobiłem ze 3 odsłuchy już parę tygodni temu ale trochę to zmierzało do nikąd więc odłożyłem, wróciłem do albumu teraz i zobaczmy co z tego wyniknęło.
Płytę otwiera Intro, instrumentalna miniatura o bogatym filmowym brzmieniu, damski wokal w duecie ze smyczkami tworzą tu piękny klimat. Nie rozumiem tylko po co na końcu te niewyraźne wokale, zabieg jakiś taki bez sensu. Następnie bardzo dobre właściwe otwarcie albumu w postaci tytułowego utworu. Mi ten kawałek jakoś daje vibe trochę taki jak Teardrop grupy Massive Attack, ta dudniąca stopa, trochę te gitary a trochę coś w manierze wokalnej tu wyczuwam podobnego. Mamy zatem taki trip-pop że tak to ujmę, i znów bardzo ładne smyczki. Podoba mi się też ten zabieg z tym brzdąknięciem gitary i pauzą. Missing to numer z jednej strony niby prosty i przystępny a z drugiej jakoś się od niego odbiłem i sprawił że miałem potem problem z dalszymi kawałkami już. Pomimo wielu odsłuchów nawet nie potrafię powiedzieć co mi w nim wadzi, zrobiony jest poprawnie ale po prostu jakoś nie robi mi. Dalsze utwory chwytać zaczęły nieco dopiero niedawno kiedy wrocilem do płyty po dłuższej przerwie. Lose Your Head ma fajny refren i vibe Florence + The Machine. Lekki, zwiewny numer o zakochiwaniu się, całość brzmi dla mnie jak numer sprzed 10 lat kiedy mógłbym sięgać po takie rzeczy przeżywając pewne relacje. Spoko synthy pod koniec, dla mnie mocno wiosenny numer. Kolejny Lord It's a Feeling jeszcze bardziej opiera się na takim "epickim" refrenie i lekkich synthach. Jednocześnie w obu utworach mam poczucie że poza zgrabnym refrenem brak tu czegoś więcej. Kawałki mocno opierają się o wokal i jakieś fajne brzmienia, pod względem kompozycji czy melodii instrumentalnych są dość nijakie. How Does It Feel ma jeszcze bardziej podkręcony potencjał radio-friendly, jakiś żywszy bicik itd. ale znów tylko chwytliwy refren zostaje w głowie, wokal i jakiś jeden synth wybijający się nad resztę nieznacznie. Wchodzi Baby It's You i z tym synthem na wstępie ja znowu mam flashbacki z lat 2013-14, oni zdaje się wtedy debiutowali, zastanawiam się zatem czy przez lata cokolwiek rozwinęli brzmienie, w sumie Rooting For You było o wiele lepsze i ciekawsze, tam było mięso, tu jakaś wege dieta pop, lekko i generic do bólu się robi. All My Love to w sumie ballada na podobnym patencie co Rooting For You, z oszczędnym aranżem ale mi kompletnie nie zapadła w pamięć. Kiedy odpaliłem po tej dwutugodniowej przerwie Talking pomyślałem sobie że o, to mi się kojarzy z jakimś fajnym numerem i wyszło mi że... z Talking właśnie xD dopiero jak wszedł bas w refrenie załapałem że numer jednak musiał chwycić wcześniej i uciekło mi to z pamięci. W końcu prosty numer, proste i dobre melodie jak dla mnie, fortepian i bas robią robotę. Bardzo mi działa na wyobraźnię jakoś, mam skojarzenia ze Skandynawią gdy tego słucham i filmowy vibe wyczuwam, to mogłoby lecieć w jakimś segmencie pełnym napięcia i wyczekiwania, nie wiem czemu widzę przy tym kobietę czekającą w napięciu na męża-wikinga aż wróci z wyprawy xD w każdym razie najlepszy numer LG do tej pory, szczerze mi podszedł i chętnie wracałem. I Need The Night to bardzo fajny powrót do żywszego tempa po dwóch balladach i w sumie też jeden z najlepszych numerów na albumie, trochę więcej mięsa znowu, tylko te zabiegi z puszczanymi od tyłu wokalami nieco dziwne i zbędne, jakby ktoś losowo rzucał pomysły aranżując to. Moim zdaniem byłoby to bardzo dobre zakończenie albumu ale dostajemy na koniec jeszcze Amerykę. To z kolei dla mnie dziwny zabieg przy układaniu tracklisty takie mieszanie klimatami i tempem na finiszu, ten numer mi nie siadł i uważam go za zbędny.
Przyznaję że liczyłem że ta recenzja będzie jednak nieco bardziej przychylna, płyty tej w gruncie rzeczy słucha się przecież dość lekko i nawet przyjemnie momentami, myślę że rekordowa jak na mnie ilość odsłuchów (8 a nawet więcej w przypadku wielu utworów) ukazuje że nie piszę tej recenzji pochopnie. Problem pojawił się dopiero z czasem bo o ile utwory - głównie refreny - wpadają w ucho o tyle większość kawałków jedzie na podobnym patencie i rozebrane z ozdobników aranżacyjnych są po prostu średnie. Siłą tej płyty (i całego LG podejrzewam) jest oczywiście wokal Hannah Reid, on przede wszystkim przykuwa uwagę i bierze na siebie większość ciężaru, muzyka zaś melodiami czy kompozycjami nie zapada w pamięć poza pojedynczymi synthowymi ozdobnikami lub smyczkami. Podejrzewam że dlatego tak podeszło mi Rooting For You które jeszcze bardziej stawiało akcent na ten wokal, z melodii tak to utkwiły mi w pamięci: tytułowy utwór, Talking oraz I Need The Night. 3 utwory z 12, spoko Intro i kilka refrenów, nie jest to zbyt wiele by udźwignąć album, jest on może lekki i przystępny ale zarazem dość miałki w moim odczuciu i nie sądzę bym miał ochotę po niego sięgać w przyszłości. Powyższe 3 numery zachowuję sobie na później.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
London Grammar - Californian Soil
Światowo się zrobiło, tutaj Londyn, tam Kalifornia... Przyznaję, że aż musiałem wrócić do poprzedniej wrzuty Wuja z nimi w roli głównej, albowiem zapomniałem, co tam pisałem i jakie wrażenie na mnie tamten kawałek w ogóle zrobił. Tak już jest, że czas bardzo sprawnie weryfikuje to, czy dany kawałek naprawdę mi podszedł, czy też nie. Tak, jak bezwzględnym zwycięzcą chyba całej bestki od jej początków zimą 2022 stało się dla mnie Art of Noise, tak o London Grammar zapewne prędko zapomnę. Nie chcę być też źle zrozumiany, albowiem nie jest to z gruntu zła muzyka. Ale mając z nią teraz tyle do czynienia, tj. przez tę płytkę, to wchodzi mi wszystko trochę za bardzo (i niebezpiecznie) w rejony, które lekko męczą. Całość jest potwornie wprost soundtrackowa, ale muzyka brzmi jak napisana do jakiegoś tureckiego melodramatu. Wszystko jest tutaj... za bardzo, jest oczywiste i brzmieniowo bewzględne, że tak to ujmę. Zagrywki produkcyjne trącą taką koturnowością a la Recoil, tyle tylko, że do Recoil mam jakiś tam sentyment, a tutaj, no, nie bardzo. Jeśli mógłbym to do czegoś przyrównać, to najbliżej w mojej głowie (i uszach) jest Hooverphonic z czasów Noemie Wolfs, wyjątkowy downtime w historii tego zespołu (na szczęście wróciła już Geike Arnaert i jest git majonez). No dobra, ale może tak o poszczególnych trackach czy coś?
No więc najpierw Intro (przez duże I), które wprost straszy xD Wejście na płytę brzmi niby muzyka z menu do Wiedźmina 3, albo jakiegoś innego cRPG, albo jakiegoś, nie wiem, dodatku do piątej odsłony Settlersów. Jeszcze bym to jakoś powiedzmy wybronił, ale jak weszło to przetworzone wokalne paskudztwo pod koniec, to zachciało mi się płakać. Na szczęście sytuacja się poprawia, gdy wjeżdża numer tytułowy - Californian Soil ma MIMO WSZYSTKO fajną oprawę muzyczną, zaś Hannah Reid ładnie wpasowuje się swoim głębokim (to chyba najlepsze określenie) wokalem w tę właśnie oprawę. Szkoda tylko, że momentami brzmi jakby okrutnie fałszowała (nie ma zbyt wielu takich momentów, ale parę wyłapałem i mnie wyjątkowo wnerwiły). W ogóle jak ten kawałek startuje, to brzmi jak ta wersja Teardrop od Massive Attack, której użyto w openingu do Doktora House'a. Właściwie nie rozumiem, czemu album nie mógł się zacząć właśnie od tej piosenki, tylko zdecydowano się na Witcher-themed intro na kiju, które skutecznie psuje odbiór całości. Do czego się można przychrzanić? Well, po czterech odsłuchach miałem tego numeru dosyć xD Głównie ze względu na jednak nazbyt specyficzny wokal Reid, plus te parafilmowe zabiegi mnie najzwyczajniej męczą na dłuższą metę. Jeszcze trochę takich smyczków w stylu dowolnego Jamesa Bonda i przysięgam, że zrobię komuś krzywdę. Missing nie poprawia mojego nastroju, najfajniejsza muzycznie jest druga część utworu, i to, co Hannah robi wokalnie po 2:20. Trąci nieco składanką bardziej fancy numerów puszczanych wieczorami w Chili Zet. Najfajniejszy jest refren, i to głównie ze względu na tekst, cała reszta, kurde, dlaczego cała ta płyta mogłaby być tłem dla jednego odcinka jakiegoś obyczajowego serialu o lesbijkach xD Na lepsze tory wracam przy pomocy Lose Your Head, ale niestety i tam nie brakuje niepotrzebnych (z mojego punktu widzenia) zabiegów, opartych głównie o powtarzanie fragmentów tekstu tam, gdzie nie trzeba ich powtarzać, bo rujnuje to cały efekt. Refren mnie jednakowoż wgniata w fotel, jest doskonale sparowany z muzyką w tle. Właściwie gdyby Wuja wrzucił ten kawałek do bestki utworowej, to z lekkim przygryzieniem polików byłby niemal murowany zwycięzca kolejki. Klawisze na końcu przypominają mi trochę późne Blue Foundation, nieco tanie rozwiązanie (nawet nie czuję, kiedy rymuję), ale wciąż daje radę, moja cheesy natura zostaje zaspokojona. Zorientowałem się również, że numer ów nie tylko był singlem, ale dostał nawet wideoklip - postanowiłem go więc obejrzeć.
I trochę pożałowałem, jest tani jak mefedron z warszawskiego Targówka, rzekłbym wręcz, że to jest ziszczenie pewnej wizji dotyczącej tego, jak miała wyglądać okładka do Speak & Spell, tylko zamiast łabędzia jest Hannah Reid. Swoją drogą, przy okazji Rooting for You wspomniałem, że laska ma mocno androgeniczny głos. Well, wygląd jeszcze bardziej xD Nie przeszkadza mi to ofc (dlaczego miałoby lol), ale mniej więcej tak wyobrażałem sobie wokalistkę w tym "ansamblu". Dobra, jedziemy dalej, nadchodzi Lord It's a Feeling, i znów dostajemy w mordę jakąś inkarnacją Hansa Zimmera w ciele podrzędnego aranżera z piwnic Hollywood. Jednocześnie będę kłamał, jeśli będę mówił, że w tej muzyce nie ma dla mnie nic pociągającego - bo jest, i nie potrafię tego do końca wytłumaczyć. Nie jest to ani RAM-core, ani nic puszczanego w przerywnikach między programami stacji radiowych, których słucham, nie słyszę tego w lokalach, nawet tych bardziej fancy (może za rzadko bywam w takowych, idk), raczej coś, co wrzucane jest to dość randomowo (ale jednak wg pewnego klucza) posklejanych playlist z Jutube, gdzie podobne kawałki lecą zbite w jeden klocek przy akompaniamencie wideo w 4K ukazującego deck z basenem w jakimś eleganckim kurorcie, na jednym z leżaków obowiązkowo opala się laska o aparycji modelki. Na pewno wiecie, co mam na myśli. Sam bym tego nie odpalił, ale potem jak już poleci, to okazuje się, że wcale nie taki diabeł straszny, wręcz przyjemnie łaskocze tymi swoimi płomykami. Ale nie można być nań eksponowanym zbyt długo, bo człowiekowi chce się trochę rzygać. Właściwie największy problem, jaki mam z tym albumem jest taki, iż właściwie wszystko na nim brzmi more or less tak samo. Znajdę ze 2, 3 może NAPRAWDĘ wyróżniające się kawałki, a reszta tak sobie płynie, że przy tych 4 zaliczonych przeze mnie odsłuchach musiałem wracać do poszczególnych utworów nim naprawdę znalazłem w nich coś, co przykuło moją uwagę jak należy. I tak Lord It's a Feeling (które ma tylko trochę krindżowy tekst) przechodzi w kolejną manifestację smutku i melancholii w postaci How Does It Feel, niemniej jednak gdy wbija refren, to już naprawdę mam soczyste vibe'y "odcinka" playlistowego pt. Mega Hits 2021 The Best Of Vocal Deep House And Independent Pop Summer Music Mix Ibiza Nostalgia Summer Vibes<TM>. Jesus, it hurts.
Nie robi się ani trochę lepiej, gdy wjeżdża Baby It's You, o którym czytam, że było pierwszym utworem promującym Californian Soil, jaki grupa wypuściła do szerokiej publiczności. Co mamy? House'owy (wykrakałem) bicik w stylu jakiegoś lżejszego Dawida z Getta, wnerwiający elektroniczny dźwięk w tle, pianino, pady, tona pogłosów i Hannah Reid, która próbuje tu brzmieć trochę jak Sia (albo to po prostu w moich uszach). Niestety, sposób w jaki wyśpiewuje AND NOTHING ELSE MATTERS (Hetfield jest gdzieś blisko) wprost MROZI, jak to się dziś mówi. Ciarki przechodzą po plecach, niestety, nie te przyjemne. Jeśli coś jest tutaj moim antyfaworytem, to zdecydowanie to cholerstwo.Call Your Friends zaczyna się w inny, ale jednak podobny sposób, który na tym etapie wyprowadza mnie już z równowagi. Niemniej jednak pod warstwą gorzkiego proszku ukryto nieco słodyczy, i znów urzeka mnie refren i sposób, w jaki Reid go wyśpiewuje. Niestety, tekst znów mnie odpycha, tzn. brzmi jakoś tak, nie wiem, krindżowo, sprawdzam na wiki i widzę, że Reid ma tyle samo lat co ja, a mając 16 lat pisałem lepsze momentami, srsly (chwalić się jednak nie będę, głównie dlatego, że większość pogubiłem lol). Nie pomagają również Dominic Major i Dan Rothman odpowiedzialni za muzykę, albowiem dokwaszają wszystko tym filmowym klimatem ile wlezie i na tym etapie płyty naprawdę największą ochotę to mam ją wyłączyć. All My Love nieco zmienia klimat, znów zrobiło się wiedźmińsko, i o ile chwilami głos Reid ociera się dla mnie o delikatne fałsze, to nie sposób jej - w mojej opinii - odmówić wkładania w to wszystko emocji, choć w większości są one wyjątkowo pretensjonalne. Klimat smuteczkującej ballady chyba miała podkreślać ta country-like gitara na koniec, ale dla mnie niestety za bardzo brzmi motywem z jednej z plansz Raymana 2. NO NIC NIE PORADZĘ, taki tam ciąg skojarzeniowy. Talking kontynuuje ten motyw, pianino, gitara, Reid, i znów, trochę byle co dopóki nie wjedzie refren, nie wiem, albo laska ma do nich talent, albo ma pomysły na wokal, albo zwyczajnie lepiej ją tam muzyka prowadzi, albo tych dwóch kolesi lepiej to wszystko aranżuje pod w sumie najważniejszy element każdego utworu, refreny wygrywają na tym krążku (w większości). Skutecznie też "maskują" nadmierną filmowość orkiestry w tle, w ogóle to oni wydali tylko 3 płyty, jestem nieco ciekaw, jak brzmią te poprzednie (Rooting for You traktuję tylko jako taki tam jeden element, niewiele mi powie, CHYBA).
No dobra, oto nadchodzi kolejny kawałek, którym jest I Need the Night i prawdę mówiąc, to obok Lose Your Head jest to jeden z moich absolutnych faworytów z Californian Soil. LYH jednak wygrywa, ale w I Need the Night wyjątkowo jak na to wydawnictwo działają zarówno refreny (surprise, surprise), jak i zwrotki, tj. wokalnie, Reid brzmi bardzo przyjemnie, twardo, ale po prostu dobrze. Ma dziewucha głos, co tu dużo mówić, ale też tbh na ten moment uważam, że biorąc pod uwagę jej manierę śpiewu, to nie będzie pasowała tak do innego rodzaju muzyki. Byle tylko nikt nie wpadł na pomysł ściągania jej kiedyś do Hooverphonic, bo inaczej nie da się uwolnić od ducha polsatowskiego Badaboum (naprawdę lubię Calliera i Geertsa, ale za każdym razem jak słyszę ten kawałek widzę mordę Gąsowskiego i mi się wszystkiego odechciewa). No, dotarliśmy do końca I guess? Została America, jak spojrzę jeszcze na tytuł tego numeru tym bardziej boli, że ktoś zdecydował się na to obrzydliwe intro o tytule Intro, które pachnie wannabe Jethro Tullem zmieszanym z zapodawanym w utworowej wcześniej Who'll Come With Me? Well, no fuckin' one. A mogła być taka piękna klamra właśnie, tu Californian Soil, tam America, jakiś zamysł by w tym był. Jako zamknięcie daje radę nawet, choć nie wstawiłbym tego do 5 moich ulubionych numerów z tego albumu. Momentami Reid brzmi nieco zbyt nisko jak dla mnie (w dwóch momentach tak wyśpiewuje AMEEERICAAA, że dla moich uszu to jest bardziej OOOMEEERIKOOOH, i przypomina tym samym to, co kol. Hien nazywa u mnie bekaniem do mikrofonu na pijackim karaoke). No cóż, nie można mieć wszystkiego.
No, to jakie wnioski? NIE WIEM XD Z jednej strony denerwuje mnie ta płyta, z drugiej zostawiła z przynajmniej trzema numerami, do których będę chętnie - ale od czasu do czasu - wracał. To może być taki rodzaj związku, jaki mam z popularnym ekstremalnie jakieś 10 lat temu islandzkim zespołem Of Monsters and Men. Mają parę dobrych utworów, nawet te najbardziej popularne potrafią być naprawdę udane i lubię je ponucić od czasu do czasu, ale cały ten ich sos hipsterskiej pretensjonalności sprawia, że w końcu będę rzygał (i z reguły tak właśnie jest). No, u góry napisałem, że o London Grammar zapewne prędko zapomnę, i Bogiem a prawdą to jak przyrównać to do moich pozostałych powrotów, to zapewne tak właśnie będzie. Ale zachowam dla siebie chociaż Lose Your Head i I Need the Night. Ale też będę musiał sobie to dawkować, jednak stężenie filmowości i patosu w tej muzyce jest trochę zbyt duże jak na mój - bądź co bądź - dość minimalistyczny gust (nawet z Recoil najbardziej lubię Hydrology). Daję takie 4 z minusem, ale to też przede wszystkim dlatego, że ta muzyka doskonale pasuje mi do dość obrzydliwej aury, jaka ostatnio panuje za oknem. I czasem Reid potrafi wywołać wzrusz. Ehh.
<sigh>
EDIT: Żeby nie uciekać w zużyte klisze najpierw postanowiłem napisać swoją reckę, a dopiero potem przeczytać te Dragona i Murzyna. I właściwie nie dość, że z obydwoma mogę się zgodzić, to jeszcze Robert użył porównań, których mi brakowało w głowie - to jest muzyka do reklam, może nie fotowoltaiki, ale jakiejś droższej bielizny, albo coś. Zresztą, aż nie dowierzam, by tak nie było, szybki risercz i BINGO, jeden z ich numerów z pierwszego albumu był użyty do reklamy perfum... Perfumy, bielizna, drogie auta, muzyka do puszczania w tle w foyer drogich i luksusowych apartamentowców. Względnie u wietnamskiej kosmetyczki, bo nie potrafi przestawić playlisty na YT.
Światowo się zrobiło, tutaj Londyn, tam Kalifornia... Przyznaję, że aż musiałem wrócić do poprzedniej wrzuty Wuja z nimi w roli głównej, albowiem zapomniałem, co tam pisałem i jakie wrażenie na mnie tamten kawałek w ogóle zrobił. Tak już jest, że czas bardzo sprawnie weryfikuje to, czy dany kawałek naprawdę mi podszedł, czy też nie. Tak, jak bezwzględnym zwycięzcą chyba całej bestki od jej początków zimą 2022 stało się dla mnie Art of Noise, tak o London Grammar zapewne prędko zapomnę. Nie chcę być też źle zrozumiany, albowiem nie jest to z gruntu zła muzyka. Ale mając z nią teraz tyle do czynienia, tj. przez tę płytkę, to wchodzi mi wszystko trochę za bardzo (i niebezpiecznie) w rejony, które lekko męczą. Całość jest potwornie wprost soundtrackowa, ale muzyka brzmi jak napisana do jakiegoś tureckiego melodramatu. Wszystko jest tutaj... za bardzo, jest oczywiste i brzmieniowo bewzględne, że tak to ujmę. Zagrywki produkcyjne trącą taką koturnowością a la Recoil, tyle tylko, że do Recoil mam jakiś tam sentyment, a tutaj, no, nie bardzo. Jeśli mógłbym to do czegoś przyrównać, to najbliżej w mojej głowie (i uszach) jest Hooverphonic z czasów Noemie Wolfs, wyjątkowy downtime w historii tego zespołu (na szczęście wróciła już Geike Arnaert i jest git majonez). No dobra, ale może tak o poszczególnych trackach czy coś?
No więc najpierw Intro (przez duże I), które wprost straszy xD Wejście na płytę brzmi niby muzyka z menu do Wiedźmina 3, albo jakiegoś innego cRPG, albo jakiegoś, nie wiem, dodatku do piątej odsłony Settlersów. Jeszcze bym to jakoś powiedzmy wybronił, ale jak weszło to przetworzone wokalne paskudztwo pod koniec, to zachciało mi się płakać. Na szczęście sytuacja się poprawia, gdy wjeżdża numer tytułowy - Californian Soil ma MIMO WSZYSTKO fajną oprawę muzyczną, zaś Hannah Reid ładnie wpasowuje się swoim głębokim (to chyba najlepsze określenie) wokalem w tę właśnie oprawę. Szkoda tylko, że momentami brzmi jakby okrutnie fałszowała (nie ma zbyt wielu takich momentów, ale parę wyłapałem i mnie wyjątkowo wnerwiły). W ogóle jak ten kawałek startuje, to brzmi jak ta wersja Teardrop od Massive Attack, której użyto w openingu do Doktora House'a. Właściwie nie rozumiem, czemu album nie mógł się zacząć właśnie od tej piosenki, tylko zdecydowano się na Witcher-themed intro na kiju, które skutecznie psuje odbiór całości. Do czego się można przychrzanić? Well, po czterech odsłuchach miałem tego numeru dosyć xD Głównie ze względu na jednak nazbyt specyficzny wokal Reid, plus te parafilmowe zabiegi mnie najzwyczajniej męczą na dłuższą metę. Jeszcze trochę takich smyczków w stylu dowolnego Jamesa Bonda i przysięgam, że zrobię komuś krzywdę. Missing nie poprawia mojego nastroju, najfajniejsza muzycznie jest druga część utworu, i to, co Hannah robi wokalnie po 2:20. Trąci nieco składanką bardziej fancy numerów puszczanych wieczorami w Chili Zet. Najfajniejszy jest refren, i to głównie ze względu na tekst, cała reszta, kurde, dlaczego cała ta płyta mogłaby być tłem dla jednego odcinka jakiegoś obyczajowego serialu o lesbijkach xD Na lepsze tory wracam przy pomocy Lose Your Head, ale niestety i tam nie brakuje niepotrzebnych (z mojego punktu widzenia) zabiegów, opartych głównie o powtarzanie fragmentów tekstu tam, gdzie nie trzeba ich powtarzać, bo rujnuje to cały efekt. Refren mnie jednakowoż wgniata w fotel, jest doskonale sparowany z muzyką w tle. Właściwie gdyby Wuja wrzucił ten kawałek do bestki utworowej, to z lekkim przygryzieniem polików byłby niemal murowany zwycięzca kolejki. Klawisze na końcu przypominają mi trochę późne Blue Foundation, nieco tanie rozwiązanie (nawet nie czuję, kiedy rymuję), ale wciąż daje radę, moja cheesy natura zostaje zaspokojona. Zorientowałem się również, że numer ów nie tylko był singlem, ale dostał nawet wideoklip - postanowiłem go więc obejrzeć.
I trochę pożałowałem, jest tani jak mefedron z warszawskiego Targówka, rzekłbym wręcz, że to jest ziszczenie pewnej wizji dotyczącej tego, jak miała wyglądać okładka do Speak & Spell, tylko zamiast łabędzia jest Hannah Reid. Swoją drogą, przy okazji Rooting for You wspomniałem, że laska ma mocno androgeniczny głos. Well, wygląd jeszcze bardziej xD Nie przeszkadza mi to ofc (dlaczego miałoby lol), ale mniej więcej tak wyobrażałem sobie wokalistkę w tym "ansamblu". Dobra, jedziemy dalej, nadchodzi Lord It's a Feeling, i znów dostajemy w mordę jakąś inkarnacją Hansa Zimmera w ciele podrzędnego aranżera z piwnic Hollywood. Jednocześnie będę kłamał, jeśli będę mówił, że w tej muzyce nie ma dla mnie nic pociągającego - bo jest, i nie potrafię tego do końca wytłumaczyć. Nie jest to ani RAM-core, ani nic puszczanego w przerywnikach między programami stacji radiowych, których słucham, nie słyszę tego w lokalach, nawet tych bardziej fancy (może za rzadko bywam w takowych, idk), raczej coś, co wrzucane jest to dość randomowo (ale jednak wg pewnego klucza) posklejanych playlist z Jutube, gdzie podobne kawałki lecą zbite w jeden klocek przy akompaniamencie wideo w 4K ukazującego deck z basenem w jakimś eleganckim kurorcie, na jednym z leżaków obowiązkowo opala się laska o aparycji modelki. Na pewno wiecie, co mam na myśli. Sam bym tego nie odpalił, ale potem jak już poleci, to okazuje się, że wcale nie taki diabeł straszny, wręcz przyjemnie łaskocze tymi swoimi płomykami. Ale nie można być nań eksponowanym zbyt długo, bo człowiekowi chce się trochę rzygać. Właściwie największy problem, jaki mam z tym albumem jest taki, iż właściwie wszystko na nim brzmi more or less tak samo. Znajdę ze 2, 3 może NAPRAWDĘ wyróżniające się kawałki, a reszta tak sobie płynie, że przy tych 4 zaliczonych przeze mnie odsłuchach musiałem wracać do poszczególnych utworów nim naprawdę znalazłem w nich coś, co przykuło moją uwagę jak należy. I tak Lord It's a Feeling (które ma tylko trochę krindżowy tekst) przechodzi w kolejną manifestację smutku i melancholii w postaci How Does It Feel, niemniej jednak gdy wbija refren, to już naprawdę mam soczyste vibe'y "odcinka" playlistowego pt. Mega Hits 2021 The Best Of Vocal Deep House And Independent Pop Summer Music Mix Ibiza Nostalgia Summer Vibes<TM>. Jesus, it hurts.
Nie robi się ani trochę lepiej, gdy wjeżdża Baby It's You, o którym czytam, że było pierwszym utworem promującym Californian Soil, jaki grupa wypuściła do szerokiej publiczności. Co mamy? House'owy (wykrakałem) bicik w stylu jakiegoś lżejszego Dawida z Getta, wnerwiający elektroniczny dźwięk w tle, pianino, pady, tona pogłosów i Hannah Reid, która próbuje tu brzmieć trochę jak Sia (albo to po prostu w moich uszach). Niestety, sposób w jaki wyśpiewuje AND NOTHING ELSE MATTERS (Hetfield jest gdzieś blisko) wprost MROZI, jak to się dziś mówi. Ciarki przechodzą po plecach, niestety, nie te przyjemne. Jeśli coś jest tutaj moim antyfaworytem, to zdecydowanie to cholerstwo.Call Your Friends zaczyna się w inny, ale jednak podobny sposób, który na tym etapie wyprowadza mnie już z równowagi. Niemniej jednak pod warstwą gorzkiego proszku ukryto nieco słodyczy, i znów urzeka mnie refren i sposób, w jaki Reid go wyśpiewuje. Niestety, tekst znów mnie odpycha, tzn. brzmi jakoś tak, nie wiem, krindżowo, sprawdzam na wiki i widzę, że Reid ma tyle samo lat co ja, a mając 16 lat pisałem lepsze momentami, srsly (chwalić się jednak nie będę, głównie dlatego, że większość pogubiłem lol). Nie pomagają również Dominic Major i Dan Rothman odpowiedzialni za muzykę, albowiem dokwaszają wszystko tym filmowym klimatem ile wlezie i na tym etapie płyty naprawdę największą ochotę to mam ją wyłączyć. All My Love nieco zmienia klimat, znów zrobiło się wiedźmińsko, i o ile chwilami głos Reid ociera się dla mnie o delikatne fałsze, to nie sposób jej - w mojej opinii - odmówić wkładania w to wszystko emocji, choć w większości są one wyjątkowo pretensjonalne. Klimat smuteczkującej ballady chyba miała podkreślać ta country-like gitara na koniec, ale dla mnie niestety za bardzo brzmi motywem z jednej z plansz Raymana 2. NO NIC NIE PORADZĘ, taki tam ciąg skojarzeniowy. Talking kontynuuje ten motyw, pianino, gitara, Reid, i znów, trochę byle co dopóki nie wjedzie refren, nie wiem, albo laska ma do nich talent, albo ma pomysły na wokal, albo zwyczajnie lepiej ją tam muzyka prowadzi, albo tych dwóch kolesi lepiej to wszystko aranżuje pod w sumie najważniejszy element każdego utworu, refreny wygrywają na tym krążku (w większości). Skutecznie też "maskują" nadmierną filmowość orkiestry w tle, w ogóle to oni wydali tylko 3 płyty, jestem nieco ciekaw, jak brzmią te poprzednie (Rooting for You traktuję tylko jako taki tam jeden element, niewiele mi powie, CHYBA).
No dobra, oto nadchodzi kolejny kawałek, którym jest I Need the Night i prawdę mówiąc, to obok Lose Your Head jest to jeden z moich absolutnych faworytów z Californian Soil. LYH jednak wygrywa, ale w I Need the Night wyjątkowo jak na to wydawnictwo działają zarówno refreny (surprise, surprise), jak i zwrotki, tj. wokalnie, Reid brzmi bardzo przyjemnie, twardo, ale po prostu dobrze. Ma dziewucha głos, co tu dużo mówić, ale też tbh na ten moment uważam, że biorąc pod uwagę jej manierę śpiewu, to nie będzie pasowała tak do innego rodzaju muzyki. Byle tylko nikt nie wpadł na pomysł ściągania jej kiedyś do Hooverphonic, bo inaczej nie da się uwolnić od ducha polsatowskiego Badaboum (naprawdę lubię Calliera i Geertsa, ale za każdym razem jak słyszę ten kawałek widzę mordę Gąsowskiego i mi się wszystkiego odechciewa). No, dotarliśmy do końca I guess? Została America, jak spojrzę jeszcze na tytuł tego numeru tym bardziej boli, że ktoś zdecydował się na to obrzydliwe intro o tytule Intro, które pachnie wannabe Jethro Tullem zmieszanym z zapodawanym w utworowej wcześniej Who'll Come With Me? Well, no fuckin' one. A mogła być taka piękna klamra właśnie, tu Californian Soil, tam America, jakiś zamysł by w tym był. Jako zamknięcie daje radę nawet, choć nie wstawiłbym tego do 5 moich ulubionych numerów z tego albumu. Momentami Reid brzmi nieco zbyt nisko jak dla mnie (w dwóch momentach tak wyśpiewuje AMEEERICAAA, że dla moich uszu to jest bardziej OOOMEEERIKOOOH, i przypomina tym samym to, co kol. Hien nazywa u mnie bekaniem do mikrofonu na pijackim karaoke). No cóż, nie można mieć wszystkiego.
No, to jakie wnioski? NIE WIEM XD Z jednej strony denerwuje mnie ta płyta, z drugiej zostawiła z przynajmniej trzema numerami, do których będę chętnie - ale od czasu do czasu - wracał. To może być taki rodzaj związku, jaki mam z popularnym ekstremalnie jakieś 10 lat temu islandzkim zespołem Of Monsters and Men. Mają parę dobrych utworów, nawet te najbardziej popularne potrafią być naprawdę udane i lubię je ponucić od czasu do czasu, ale cały ten ich sos hipsterskiej pretensjonalności sprawia, że w końcu będę rzygał (i z reguły tak właśnie jest). No, u góry napisałem, że o London Grammar zapewne prędko zapomnę, i Bogiem a prawdą to jak przyrównać to do moich pozostałych powrotów, to zapewne tak właśnie będzie. Ale zachowam dla siebie chociaż Lose Your Head i I Need the Night. Ale też będę musiał sobie to dawkować, jednak stężenie filmowości i patosu w tej muzyce jest trochę zbyt duże jak na mój - bądź co bądź - dość minimalistyczny gust (nawet z Recoil najbardziej lubię Hydrology). Daję takie 4 z minusem, ale to też przede wszystkim dlatego, że ta muzyka doskonale pasuje mi do dość obrzydliwej aury, jaka ostatnio panuje za oknem. I czasem Reid potrafi wywołać wzrusz. Ehh.
<sigh>
EDIT: Żeby nie uciekać w zużyte klisze najpierw postanowiłem napisać swoją reckę, a dopiero potem przeczytać te Dragona i Murzyna. I właściwie nie dość, że z obydwoma mogę się zgodzić, to jeszcze Robert użył porównań, których mi brakowało w głowie - to jest muzyka do reklam, może nie fotowoltaiki, ale jakiejś droższej bielizny, albo coś. Zresztą, aż nie dowierzam, by tak nie było, szybki risercz i BINGO, jeden z ich numerów z pierwszego albumu był użyty do reklamy perfum... Perfumy, bielizna, drogie auta, muzyka do puszczania w tle w foyer drogich i luksusowych apartamentowców. Względnie u wietnamskiej kosmetyczki, bo nie potrafi przestawić playlisty na YT.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
ramion?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Również, tak się składa.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tydzień za nami, jest szansa że zmieścimy się tym razem w mniej niż 2 tygodnie...?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jest
London Grammar – Californian Soil
Wuja zarzuca śpiewającą Panią w sytuacji zespołowej, „Rooting for You” mi się podobało, więc byłem nastawiony pozytywnie. Albumy to jednak inna sprawa niż pojedyncze utwory i tu niestety London Grammar się wykłada. Mówiąc krótko, fatalny album z naprawdę dobry utworami. Jak to jest? Tak to, że to kolejna składanka, ale bardziej niż ‘best of’, to ‘co było pod ręką of’. Pierwsze przesłuchanie to była męczarnia, bo każdy utwór brzmiał mi tak samo. Pomyślałem, że to może być po prostu brak osłuchania. Niestety za drugim i trzecim razem było to samo. Wszystko się zlewało, miałem wrażenie, że lwia część utworów to wariacja na temat tych samych akordów, tych samych melodii, tych samych klimatów. Stwierdziłem, że w takim wypadku, należy zastosować pewien eksperymentalny zabieg, który w przeszłości pozwalał mi lepiej zrozumieć i dotrzeć się z muzyką. Rozbiłem ten album. Co jakiś czas w ciągu dnia, włączałem sobie losowy utwór z „Californian Soil”, żeby zobaczyć jakie wrażenie robią te kawałki osobno. No i czary mary, robiły znacznie lepsze. Zanim przejdę do utworów, wrażenia ogólne.
Hannah Reid ma wokal balansujący gdzieś między Florence, a Birdy. Dobry wokal, z którego jednak nie wyciska wszystkiego, albo inaczej – wyciska prawie tylko technicznie. Przy recenzji China Crisis chwaliłem Gary’ego Daly za doskonałe melodie wokalu w piosenkach. Z Reid sytuacja jest odwrotna, są takie kawałki w których melodie są naprawdę tak genericowe lub słabe, że nie sposób tego zapamiętać. Głównie z tego powodu, słuchanie albumu kończy się tym, że wszystko zlewa się w jedno. Nie ma się za co złapać, ale są wyjątki i będę o nich wspominał. Muzycznie, jest to taki dziwny mix trip-hopu, elektroniki i gitar, w sumie chyba najprościej nazwać to po prostu popem. Pomysły na płycie są ok, czasami bardziej niż ok, ale generalnie nie jest to nic wybitnego. Ostatnia rzecz to to, że Wujek po raz kolejny wrzuca letniaczkowy album na jakaś chłodną porę, ale już się zdążyłem do tego przyzwyczaić. Niemniej, na pewno miało to tez wpływ na odbiór. Dodam jeszcze, że ze względu na problem z dotarciem się z tym albumem, nie czytałem w/w recenzji żeby się w żadnym wypadku niczym nie sugerować. Ew. dodatkowe uwagi dopiszę.
„Intro” heh. Pisałem ostatnio, że cringują mnie wszelkiej maści intra na płytach hip-hopowych, ale tak naprawdę cringują mnie generalnie na wszystkich płytach, a już zwłaszcza te, które mają tytuł „INTRO”. To już można było to jakoś fajnie nazwać, a nie zostawiać w taki sposób, błagam. Niestety intro pod tytułem „Intro” jest takie jakie się spodziewałem, kompletnie zbędne. Nie dzieje się tu nic ciekawego, a nawet gorzej, bo orkiestrowe, heh, INTRO, sugeruje zupełnie inny album. To by mógł być jeden z tych hidden tracków, których było pełno na początku 00sów, tych które są jako utwór 0 i trzeba na odtwarzaczu przewinąć je do tyłu od pierwszego kawałka, żeby usłyszeć. Album tak naprawdę zaczyna się od „Californian Soil”.
Tytułowy utwór to takie „Teardop” w domu i to na kiju. Nie da się odusłyszeć tego skojarzenia. Jako faktyczne otwarcie albumu, numer robi połowę robotę. Dobrze przedstawia zespół z brzmienia i z atmosfery generowanej na płycie, ale również ze wszystkimi jego wadami. Wokal przynudza, muzycznie mamy do czynienia z takim recyklingiem pomysłów innych zespołów, że to niemal elevator music na tym etapie. Brzmienie jako takie jest przyjemne, ale czemu miałbym słuchać tego, skoro mogę sobie np. włączyć zeszłoroczną wrzutę Wujka, czyli Birdy. Wokalnie, obie panie mają ze sobą trochę wspólnego, ale jeśli chodzi o piosenki, ich aranżację, itd., to Birdy stoi tak wiele poziomów wyżej, że zrobiło by się z tego Burj Khalifa. Ostatecznie, „California Soil” jako utwór nie oczarował mnie ani jako opener, ani jako osobny kawałek. Jest ok, ale tylko ok i to bez emocji za bardzo. Czy to się zmieni? Ja nie znaju.
„Missing” robi o wiele lepsze wrażenie, zwłaszcza kiedy słuchałem go w odosobnieniu od reszty materiału. Niby podobny numer do poprzedniego, niby znowu udawanie „Teardeop”, a jednak lepiej. Fajna przeszkadzajki pojawiają się w tle, jest jakiś flow. Melodie może szału nie robią, ale i tak jest lepiej.
„Lose Your Head” to jeden z niewielu, a może nawet jedyny utwór, który jakoś zapada w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, głównie ze względu na charakterystyczny refren. Melodii może w nim nie ma, ale jest rozpoznawalna rytmika, która wkręca się w ucho. Ogólnie spoko.
„Lord it’s a Feeling” zaczyna się jak „No Part of Me” Stevena Wilsona. Cały kawałek może nie jest tak dobry, ale na pewno jeden z lepszych na płycie. Hannah ciągnie specyficzną mantrę, która jest nawet nawet. Druga połowa utworu zdecydowanie lepsza od pierwszej, bardziej podoba mi się orkiestra, niż raczej tania elektronika z początku. Podczas przesłuchań całości, numer kompletnie przepada, dopiero kiedy zacząłem go słuchać osobno, to go doceniłem.
„How Does It Feel” to jeden tych kawałków, który ma refren do zapamiętania. Muzyczne tło dosyć generyczne, ale jest ok, potrafię sobie wyobrazić sytuacje, w których mogłoby to lepiej wejść i to nawet nie koniecznie letnią porą, ale teraz, w listopadzie. Mam nawet takie wspomnienie związane z podróżą pociągiem, do którego kilka kawałków z tej płyty by całkiem fajnie pasowało. Jest więc już czego się złapać bardziej. Oczywiście najlepiej numer działa osobno, ale to już taki wspólny mianownik (paradoksalnie) kawałków z tej płyty. Po kilku bardzo podobnych utworach, ten po prostu nie miał w sobie żadnej mocy.
„Baby It’s You” to jeden z najlepszych utworów na płycie. W końcu coś co wyróżnia się od reszty i nie tonie w morzu jednojakowości. Jest energiczniej, muzyka jest fajna i tworzy fajny klimat, ale co najważniejsze, jest tut naprawdę dobry wokal i są jakieś zapamiętywalne melodie. Osobno kawałek zrobił jeszcze lepsze wrażenie, to był dobry wybór na singla.
„Call Your Friends” zaczyna się trochę jak autoplagiat „Lose Your Head”, ale potem wchodzi ten motyw na klawiszu lub gitarze (trudno powiedzieć, bo wszystko tu brzmi równie plastikowo), klimat się zmienia, no i proszę państwa, mamy to, kolejny naprawdę dobry utwór na tej płycie, nawet Hannah bardziej się postarała, chociaż nadal trudno zapamiętać jej wokal w inny sposób niż, że był. Też by mi to baaardzo pasowało do jakiejś podróży pociągiem na południe Polski.
„All My Love” zaczyna się jak kolejny identyczny numer z płyty, dopiero kiedy go sobie wyizolowałem, to odkryłem w nim coś innego. Początek na rhodesie zapowiada kolejna zjebkę z Massive Attack, ale potem to się inaczej rozwija. Podoba mi się ten lekki przester na wokalu, robi to efekt. Strasznie dużo reverbu, zresztą cały album jest reverb-heavy, powiem nawet, że 80s-reverb-heavy. Trochę ten kawałek przypomina coś, co by mógł nagrać Thom Yorke i nawet zaśpiewać w ten sposób (tylko swoim skrzeczącym głosem). Podoba mi się wejście gitary i ten „winylowy” szum w tle, fajny klimat, luźny numer, może kompozycja o oryginalności równiej zeru, ale słucha się ok.
„Talking” zaczyna się interesująco, tak jakby zmierzało to w innym kierunku niż reszta albumu. Niestety to tylko zmyłka, bo z każdą sekundą robi się tak samo genericowo, jak w niektórych wcześniejszych kawałkach. Hannah R. jedzie na tym samym sprawdzonym schemacie. Druga połowa kawałka zdecydowanie lepsza od pierwszej (ponownie), zaczyna się w końcu dziać coś ciekawego, ale to już tylko końcówka i utwór się kończy. W towarzystwie reszty totalnie zginął, po kilku przesłuchaniach nie pamiętałem o jego istnieniu.
„I Need the Night” cierpi na pewna charakterystyczną cechę tej płyty. Brzmienie jest bardzo spoko. Gitara brzmi bardzo 90sowo, bit też jest spoko, lekki i fajny. Klimat też spoko. Co nie jest spoko to kompozycja, który jest po prostu słaba. To jest bardzo średni numer, który dobrze brzmi. Lepsze to niż nic, no ale jednak.
„America” trąci Birdy na kilometr i to najlepiej o nim świadczy. Dobrze brzmiąca gitara, fajny minimalistyczny klimat, w końcu jakieś wnętrze utworu, a nie tylko ładnie opakowana wydmuszka. Jak tytuł sugeruje, robi się mocno amerykańsko, ja takie brzmienia lubię. Bardzo dobre zakończenie… słabej płyty.
Niesamowicie się męczyłem z „Californian Soil”, dawno już tak nie miałem, chyba od czasów „Liquid”. Wiedziałem jednak, że coś się w tym kryje, tylko muszę znaleźć sposób żeby się do tego dobić. Na szczęście się udało. Detalicznie, jest to kolekcja całkiem niezłych piosenek, niektórych nawet bardzo dobrych. London Grammar potrafią tworzyć atmosferę architekturą swojego brzmienia, czasami niczego więcej nie udaje im się stworzyć dobrego niż atmosferę, ale dla mnie atmosfera jest chyba jednak wyżej niż piosenkopistarstwo. Zależy od wykonawcy, ale LG potrafią się w większości przypadków obronić klimatem, nie dostarczając szczególnie dobrych piosenek. To jest tez jakiś atut. Ostatecznie mogę powiedzieć, że planuję wracać do piosenek z tej płyty, możliwe nawet, że do wszystkich, ale nie w formie całej płyty. Zdarzało mi się słuchać kompilacji, które brzmiały ciekawiej jako albumy, niż „Californian Soil”. Jest to więc takie pół na pół.
London Grammar – Californian Soil
Wuja zarzuca śpiewającą Panią w sytuacji zespołowej, „Rooting for You” mi się podobało, więc byłem nastawiony pozytywnie. Albumy to jednak inna sprawa niż pojedyncze utwory i tu niestety London Grammar się wykłada. Mówiąc krótko, fatalny album z naprawdę dobry utworami. Jak to jest? Tak to, że to kolejna składanka, ale bardziej niż ‘best of’, to ‘co było pod ręką of’. Pierwsze przesłuchanie to była męczarnia, bo każdy utwór brzmiał mi tak samo. Pomyślałem, że to może być po prostu brak osłuchania. Niestety za drugim i trzecim razem było to samo. Wszystko się zlewało, miałem wrażenie, że lwia część utworów to wariacja na temat tych samych akordów, tych samych melodii, tych samych klimatów. Stwierdziłem, że w takim wypadku, należy zastosować pewien eksperymentalny zabieg, który w przeszłości pozwalał mi lepiej zrozumieć i dotrzeć się z muzyką. Rozbiłem ten album. Co jakiś czas w ciągu dnia, włączałem sobie losowy utwór z „Californian Soil”, żeby zobaczyć jakie wrażenie robią te kawałki osobno. No i czary mary, robiły znacznie lepsze. Zanim przejdę do utworów, wrażenia ogólne.
Hannah Reid ma wokal balansujący gdzieś między Florence, a Birdy. Dobry wokal, z którego jednak nie wyciska wszystkiego, albo inaczej – wyciska prawie tylko technicznie. Przy recenzji China Crisis chwaliłem Gary’ego Daly za doskonałe melodie wokalu w piosenkach. Z Reid sytuacja jest odwrotna, są takie kawałki w których melodie są naprawdę tak genericowe lub słabe, że nie sposób tego zapamiętać. Głównie z tego powodu, słuchanie albumu kończy się tym, że wszystko zlewa się w jedno. Nie ma się za co złapać, ale są wyjątki i będę o nich wspominał. Muzycznie, jest to taki dziwny mix trip-hopu, elektroniki i gitar, w sumie chyba najprościej nazwać to po prostu popem. Pomysły na płycie są ok, czasami bardziej niż ok, ale generalnie nie jest to nic wybitnego. Ostatnia rzecz to to, że Wujek po raz kolejny wrzuca letniaczkowy album na jakaś chłodną porę, ale już się zdążyłem do tego przyzwyczaić. Niemniej, na pewno miało to tez wpływ na odbiór. Dodam jeszcze, że ze względu na problem z dotarciem się z tym albumem, nie czytałem w/w recenzji żeby się w żadnym wypadku niczym nie sugerować. Ew. dodatkowe uwagi dopiszę.
„Intro” heh. Pisałem ostatnio, że cringują mnie wszelkiej maści intra na płytach hip-hopowych, ale tak naprawdę cringują mnie generalnie na wszystkich płytach, a już zwłaszcza te, które mają tytuł „INTRO”. To już można było to jakoś fajnie nazwać, a nie zostawiać w taki sposób, błagam. Niestety intro pod tytułem „Intro” jest takie jakie się spodziewałem, kompletnie zbędne. Nie dzieje się tu nic ciekawego, a nawet gorzej, bo orkiestrowe, heh, INTRO, sugeruje zupełnie inny album. To by mógł być jeden z tych hidden tracków, których było pełno na początku 00sów, tych które są jako utwór 0 i trzeba na odtwarzaczu przewinąć je do tyłu od pierwszego kawałka, żeby usłyszeć. Album tak naprawdę zaczyna się od „Californian Soil”.
Tytułowy utwór to takie „Teardop” w domu i to na kiju. Nie da się odusłyszeć tego skojarzenia. Jako faktyczne otwarcie albumu, numer robi połowę robotę. Dobrze przedstawia zespół z brzmienia i z atmosfery generowanej na płycie, ale również ze wszystkimi jego wadami. Wokal przynudza, muzycznie mamy do czynienia z takim recyklingiem pomysłów innych zespołów, że to niemal elevator music na tym etapie. Brzmienie jako takie jest przyjemne, ale czemu miałbym słuchać tego, skoro mogę sobie np. włączyć zeszłoroczną wrzutę Wujka, czyli Birdy. Wokalnie, obie panie mają ze sobą trochę wspólnego, ale jeśli chodzi o piosenki, ich aranżację, itd., to Birdy stoi tak wiele poziomów wyżej, że zrobiło by się z tego Burj Khalifa. Ostatecznie, „California Soil” jako utwór nie oczarował mnie ani jako opener, ani jako osobny kawałek. Jest ok, ale tylko ok i to bez emocji za bardzo. Czy to się zmieni? Ja nie znaju.
„Missing” robi o wiele lepsze wrażenie, zwłaszcza kiedy słuchałem go w odosobnieniu od reszty materiału. Niby podobny numer do poprzedniego, niby znowu udawanie „Teardeop”, a jednak lepiej. Fajna przeszkadzajki pojawiają się w tle, jest jakiś flow. Melodie może szału nie robią, ale i tak jest lepiej.
„Lose Your Head” to jeden z niewielu, a może nawet jedyny utwór, który jakoś zapada w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, głównie ze względu na charakterystyczny refren. Melodii może w nim nie ma, ale jest rozpoznawalna rytmika, która wkręca się w ucho. Ogólnie spoko.
„Lord it’s a Feeling” zaczyna się jak „No Part of Me” Stevena Wilsona. Cały kawałek może nie jest tak dobry, ale na pewno jeden z lepszych na płycie. Hannah ciągnie specyficzną mantrę, która jest nawet nawet. Druga połowa utworu zdecydowanie lepsza od pierwszej, bardziej podoba mi się orkiestra, niż raczej tania elektronika z początku. Podczas przesłuchań całości, numer kompletnie przepada, dopiero kiedy zacząłem go słuchać osobno, to go doceniłem.
„How Does It Feel” to jeden tych kawałków, który ma refren do zapamiętania. Muzyczne tło dosyć generyczne, ale jest ok, potrafię sobie wyobrazić sytuacje, w których mogłoby to lepiej wejść i to nawet nie koniecznie letnią porą, ale teraz, w listopadzie. Mam nawet takie wspomnienie związane z podróżą pociągiem, do którego kilka kawałków z tej płyty by całkiem fajnie pasowało. Jest więc już czego się złapać bardziej. Oczywiście najlepiej numer działa osobno, ale to już taki wspólny mianownik (paradoksalnie) kawałków z tej płyty. Po kilku bardzo podobnych utworach, ten po prostu nie miał w sobie żadnej mocy.
„Baby It’s You” to jeden z najlepszych utworów na płycie. W końcu coś co wyróżnia się od reszty i nie tonie w morzu jednojakowości. Jest energiczniej, muzyka jest fajna i tworzy fajny klimat, ale co najważniejsze, jest tut naprawdę dobry wokal i są jakieś zapamiętywalne melodie. Osobno kawałek zrobił jeszcze lepsze wrażenie, to był dobry wybór na singla.
„Call Your Friends” zaczyna się trochę jak autoplagiat „Lose Your Head”, ale potem wchodzi ten motyw na klawiszu lub gitarze (trudno powiedzieć, bo wszystko tu brzmi równie plastikowo), klimat się zmienia, no i proszę państwa, mamy to, kolejny naprawdę dobry utwór na tej płycie, nawet Hannah bardziej się postarała, chociaż nadal trudno zapamiętać jej wokal w inny sposób niż, że był. Też by mi to baaardzo pasowało do jakiejś podróży pociągiem na południe Polski.
„All My Love” zaczyna się jak kolejny identyczny numer z płyty, dopiero kiedy go sobie wyizolowałem, to odkryłem w nim coś innego. Początek na rhodesie zapowiada kolejna zjebkę z Massive Attack, ale potem to się inaczej rozwija. Podoba mi się ten lekki przester na wokalu, robi to efekt. Strasznie dużo reverbu, zresztą cały album jest reverb-heavy, powiem nawet, że 80s-reverb-heavy. Trochę ten kawałek przypomina coś, co by mógł nagrać Thom Yorke i nawet zaśpiewać w ten sposób (tylko swoim skrzeczącym głosem). Podoba mi się wejście gitary i ten „winylowy” szum w tle, fajny klimat, luźny numer, może kompozycja o oryginalności równiej zeru, ale słucha się ok.
„Talking” zaczyna się interesująco, tak jakby zmierzało to w innym kierunku niż reszta albumu. Niestety to tylko zmyłka, bo z każdą sekundą robi się tak samo genericowo, jak w niektórych wcześniejszych kawałkach. Hannah R. jedzie na tym samym sprawdzonym schemacie. Druga połowa kawałka zdecydowanie lepsza od pierwszej (ponownie), zaczyna się w końcu dziać coś ciekawego, ale to już tylko końcówka i utwór się kończy. W towarzystwie reszty totalnie zginął, po kilku przesłuchaniach nie pamiętałem o jego istnieniu.
„I Need the Night” cierpi na pewna charakterystyczną cechę tej płyty. Brzmienie jest bardzo spoko. Gitara brzmi bardzo 90sowo, bit też jest spoko, lekki i fajny. Klimat też spoko. Co nie jest spoko to kompozycja, który jest po prostu słaba. To jest bardzo średni numer, który dobrze brzmi. Lepsze to niż nic, no ale jednak.
„America” trąci Birdy na kilometr i to najlepiej o nim świadczy. Dobrze brzmiąca gitara, fajny minimalistyczny klimat, w końcu jakieś wnętrze utworu, a nie tylko ładnie opakowana wydmuszka. Jak tytuł sugeruje, robi się mocno amerykańsko, ja takie brzmienia lubię. Bardzo dobre zakończenie… słabej płyty.
Niesamowicie się męczyłem z „Californian Soil”, dawno już tak nie miałem, chyba od czasów „Liquid”. Wiedziałem jednak, że coś się w tym kryje, tylko muszę znaleźć sposób żeby się do tego dobić. Na szczęście się udało. Detalicznie, jest to kolekcja całkiem niezłych piosenek, niektórych nawet bardzo dobrych. London Grammar potrafią tworzyć atmosferę architekturą swojego brzmienia, czasami niczego więcej nie udaje im się stworzyć dobrego niż atmosferę, ale dla mnie atmosfera jest chyba jednak wyżej niż piosenkopistarstwo. Zależy od wykonawcy, ale LG potrafią się w większości przypadków obronić klimatem, nie dostarczając szczególnie dobrych piosenek. To jest tez jakiś atut. Ostatecznie mogę powiedzieć, że planuję wracać do piosenek z tej płyty, możliwe nawet, że do wszystkich, ale nie w formie całej płyty. Zdarzało mi się słuchać kompilacji, które brzmiały ciekawiej jako albumy, niż „Californian Soil”. Jest to więc takie pół na pół.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie kończcie ten album
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mieliśmy właśnie zaczynać mój ulbum lol xD no, nie, sądziłem że Mansun stanie się plytą świąteczną, ale taka wola ludu
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie to już w porę roku ciężko wycelować coraz bardziej xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup