Best of Forum IV
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pavement - You Are The Light
No Hien powraca niczym syn marnotrawny na swoje poletko, tą gitarową strefę komfortu i rzuca numerem który śmierdzi (bo indie rockowcy nie pachną xD) munlupem na kilometr. Mieliśmy w zeszłym roku Drapera śpiewający o tym że nie ma pomysłu na kawałek, teraz jak słyszę mamy numer którego tekst dowolnie zmieniał się niejednokrotnie, z tego względu z dystansem podchodzę do zwrotek uznając że kluczowy i stały jest tu refren. Dla mnie to taki numer w sytuacji gdzie bohater ma mega ch.jowy dzień w robocie, wszystko wokół idzie źle, wali się i pali i on zje*any po tym dniu wraca do domu do ukochanej kobiety która jest jego oazą spokoju i jak woda święcona zmywa z niego syf minionego dnia. Lekki, rozlazły indie rockowy aranż, taki trochę od niechcenia, z takim luzem w sobie, podoba mi się. Bardzo fajny jest ten kwasowy mostek i to że tak to ujmę telepiące się echo w pewnym momencie, taki dubowy efekt który słyszałem chyba jedynie w Bela Lugosi's Dead przedtem. Te ostrzejsze fragmenty na końcu tak fifty-fifty mi siedzą, przester na gitarze fajny z jednej strony, te takie kaskadowe zejścia wokalne w dół mniej mi podchodzą. Wrzutka OK.
Poets of the Fall - The Happy Song
O ile w przypadku wujkowej wrzuty z zeszłej kolejki wcale nie sprowadzałem numeru do growego kawałka tak tu odwrotnie, to mi śmierdzi grą wideo z daleka. Ten numer jest taki no... głupawy na swój sposób, specyficzny i sprawia że no nie potrafię go chyba słuchać nieironicznie heh. Pasowałoby mi to do jakiegoś Max Payne albo Postal, tam różni psychole bywali też. W grze na pewno się sprawdza, poza nią nie umiem sobie wyobrazić powodu dla którego sięgnąłby mi po ten kawałek, jest taki bekowy ale to nie całkiem mój typ humorku. Śmieszniejsze że z drugiej strony przy odsłuchach trafiła mi się zabawna sytuacja z nim gdyż w weekend pokazywałem młodemu różne moje ulubione gry z dzieciństwa i graliśmy w Dizzy'ego (taka prosta przygodowa gierka w której kierujesz jajkiem), i akurat gdy lecialo Happy Song młody zawołał "CHCIAŁBYM POGRAĆ W JAJKO", tak więc refren Happy Song ad hoc zyskał nowy tekst xD śmiechom nie było końca jak mawiał klasyk...
Bonus Fruit - Nineteen
Dragon obiecywał postapokaliptyczny vapor, to pierwsze się zgadza ale kawałka jakoś nie powiązałbym z vaporwave prawdę mówiąc. Na początku niepokojące syreny tudzież wycie samolotowych silników, potem alarm wyrywający z transu i czekam tylko jak usłyszę system TAWS wołający PULL UP!, potem atmosfera ostyga w smutnym piano i zastanawiam się czy to jest jakiś ilustracyjny numer do kolejnej miesięcznicy smoleńskiej czy co to kurka jest. Gdy wchodzą te jakby gitary i znów w tle ten lament syren się wzmaga trochę mam skojarzenia z pewnym numerem Myslovitz lol. Brzmi ten numer również mocno soundtrackowo i myślę że w zestawieniu ze smutnymi obrazami z jakiejś gry wchodziłoby lepiej. To outro z tym takim jakby szumem radyjka jakiegoś w tle i tym psycho okrzykiem co jakiś czas jest najsłabsze dla mnie tu, to mi przypomina trochę to Lebensgefahr czy jak to szło, ten udawany psychiatryk co to nie był jak psychiatryk, jakby miało straszyć a mnie bardziej bawi lub zniechęca. Przedziwny jest to kawałek i tu też nie wyobrażam sobie na razie w jakich okolicznościach miałbym do niego wracać, sam z siebie nie mam ochoty chyba przygniatać się taką atmosferą po prostu, z odpowiednim obrazem to mogłoby być naprawdę smacznie zastosowane.
Sarah Connor - From Sarah With Love
Myślałem że nie wiem co to ale po refrenie załapałem. Niesamowicie kliszowa ballada jadąca na patentach mocno z lat 90. jeszcze, mega tanie zabiegi które może wuja wzruszają a mnie mierżą. Takie numery są odwrotnością Pepsi Max czy Coca Coli Zero - tu mamy "maksimum cukru, zero smaku". W ogóle przy odsłuchach poczułem że coś mi ten kawałek mocno przypomina i chyba coś jest na rzeczy że w głowie zacząłem nucić Un-Break My Heart którego to przeboju Toni Braxton nigdy nie znosiłem, ale dzięki tej przypominajce wróciłem i poczułem że w porównaniu jest jednak lepszy, te patenty są tam z grubsza te same ale jednak z lepszym wyczuciem, wokal Braxton też lepiej się broni moim zdaniem. Tym samym Murzynka wygrywa u mnie ten pojedynek i dostaje zaocznie wyróżnienie, Niemka pozostaje w kategorii słabszej naśladowczyni.
Black Sabbath - Changes
Kolejka tak sobie lichutko leci, leci i wtedy wpada mentos taki ODMIENIONY.
A myślałem że będę pierwszy z wrzutką Black Sabbath, ale nic, będzie czas. Ozzyego lubię, nawet solo trochę też w kategorii takiego guilty pleasure, czasem sobie sięgnę jak i po Danzig. Zawsze lubiłem jego wokal, BS coś tam znam i lubię lub szanuję, tego nie znałem i fajnie że Seba zaskoczył takim wcieleniem tej grupy. Ładna PIOSENKA po prostu, aranż ładny na piano i - jak się okazuje - Mellotron, ten tak osławiony przez Dragona a który to instrument ja dopiero powoli poznaję przez te Wasze wrzutki. Brzmienie melotronu jest takie chłodne że to brzmi trochę zimno jak wnętrze kaplicy. Utwór ładny, smutny, na pewno bardziej mógłby mnie wzruszyć aniżeli Sarah Connor hehe. Po prostu kawał dobrej muzyki i zgrabnie wyselekcjonowana wrzutka jak na zespół z takim stażem.
Po naprawdę doskonałej kolejce Hellołinowej ta wygląda przy niej raczej mizernie, na podium kolejno Black Sabbath, Pavement i Toni Braxton xd
No Hien powraca niczym syn marnotrawny na swoje poletko, tą gitarową strefę komfortu i rzuca numerem który śmierdzi (bo indie rockowcy nie pachną xD) munlupem na kilometr. Mieliśmy w zeszłym roku Drapera śpiewający o tym że nie ma pomysłu na kawałek, teraz jak słyszę mamy numer którego tekst dowolnie zmieniał się niejednokrotnie, z tego względu z dystansem podchodzę do zwrotek uznając że kluczowy i stały jest tu refren. Dla mnie to taki numer w sytuacji gdzie bohater ma mega ch.jowy dzień w robocie, wszystko wokół idzie źle, wali się i pali i on zje*any po tym dniu wraca do domu do ukochanej kobiety która jest jego oazą spokoju i jak woda święcona zmywa z niego syf minionego dnia. Lekki, rozlazły indie rockowy aranż, taki trochę od niechcenia, z takim luzem w sobie, podoba mi się. Bardzo fajny jest ten kwasowy mostek i to że tak to ujmę telepiące się echo w pewnym momencie, taki dubowy efekt który słyszałem chyba jedynie w Bela Lugosi's Dead przedtem. Te ostrzejsze fragmenty na końcu tak fifty-fifty mi siedzą, przester na gitarze fajny z jednej strony, te takie kaskadowe zejścia wokalne w dół mniej mi podchodzą. Wrzutka OK.
Poets of the Fall - The Happy Song
O ile w przypadku wujkowej wrzuty z zeszłej kolejki wcale nie sprowadzałem numeru do growego kawałka tak tu odwrotnie, to mi śmierdzi grą wideo z daleka. Ten numer jest taki no... głupawy na swój sposób, specyficzny i sprawia że no nie potrafię go chyba słuchać nieironicznie heh. Pasowałoby mi to do jakiegoś Max Payne albo Postal, tam różni psychole bywali też. W grze na pewno się sprawdza, poza nią nie umiem sobie wyobrazić powodu dla którego sięgnąłby mi po ten kawałek, jest taki bekowy ale to nie całkiem mój typ humorku. Śmieszniejsze że z drugiej strony przy odsłuchach trafiła mi się zabawna sytuacja z nim gdyż w weekend pokazywałem młodemu różne moje ulubione gry z dzieciństwa i graliśmy w Dizzy'ego (taka prosta przygodowa gierka w której kierujesz jajkiem), i akurat gdy lecialo Happy Song młody zawołał "CHCIAŁBYM POGRAĆ W JAJKO", tak więc refren Happy Song ad hoc zyskał nowy tekst xD śmiechom nie było końca jak mawiał klasyk...
Bonus Fruit - Nineteen
Dragon obiecywał postapokaliptyczny vapor, to pierwsze się zgadza ale kawałka jakoś nie powiązałbym z vaporwave prawdę mówiąc. Na początku niepokojące syreny tudzież wycie samolotowych silników, potem alarm wyrywający z transu i czekam tylko jak usłyszę system TAWS wołający PULL UP!, potem atmosfera ostyga w smutnym piano i zastanawiam się czy to jest jakiś ilustracyjny numer do kolejnej miesięcznicy smoleńskiej czy co to kurka jest. Gdy wchodzą te jakby gitary i znów w tle ten lament syren się wzmaga trochę mam skojarzenia z pewnym numerem Myslovitz lol. Brzmi ten numer również mocno soundtrackowo i myślę że w zestawieniu ze smutnymi obrazami z jakiejś gry wchodziłoby lepiej. To outro z tym takim jakby szumem radyjka jakiegoś w tle i tym psycho okrzykiem co jakiś czas jest najsłabsze dla mnie tu, to mi przypomina trochę to Lebensgefahr czy jak to szło, ten udawany psychiatryk co to nie był jak psychiatryk, jakby miało straszyć a mnie bardziej bawi lub zniechęca. Przedziwny jest to kawałek i tu też nie wyobrażam sobie na razie w jakich okolicznościach miałbym do niego wracać, sam z siebie nie mam ochoty chyba przygniatać się taką atmosferą po prostu, z odpowiednim obrazem to mogłoby być naprawdę smacznie zastosowane.
Sarah Connor - From Sarah With Love
Myślałem że nie wiem co to ale po refrenie załapałem. Niesamowicie kliszowa ballada jadąca na patentach mocno z lat 90. jeszcze, mega tanie zabiegi które może wuja wzruszają a mnie mierżą. Takie numery są odwrotnością Pepsi Max czy Coca Coli Zero - tu mamy "maksimum cukru, zero smaku". W ogóle przy odsłuchach poczułem że coś mi ten kawałek mocno przypomina i chyba coś jest na rzeczy że w głowie zacząłem nucić Un-Break My Heart którego to przeboju Toni Braxton nigdy nie znosiłem, ale dzięki tej przypominajce wróciłem i poczułem że w porównaniu jest jednak lepszy, te patenty są tam z grubsza te same ale jednak z lepszym wyczuciem, wokal Braxton też lepiej się broni moim zdaniem. Tym samym Murzynka wygrywa u mnie ten pojedynek i dostaje zaocznie wyróżnienie, Niemka pozostaje w kategorii słabszej naśladowczyni.
Black Sabbath - Changes
Kolejka tak sobie lichutko leci, leci i wtedy wpada mentos taki ODMIENIONY.
A myślałem że będę pierwszy z wrzutką Black Sabbath, ale nic, będzie czas. Ozzyego lubię, nawet solo trochę też w kategorii takiego guilty pleasure, czasem sobie sięgnę jak i po Danzig. Zawsze lubiłem jego wokal, BS coś tam znam i lubię lub szanuję, tego nie znałem i fajnie że Seba zaskoczył takim wcieleniem tej grupy. Ładna PIOSENKA po prostu, aranż ładny na piano i - jak się okazuje - Mellotron, ten tak osławiony przez Dragona a który to instrument ja dopiero powoli poznaję przez te Wasze wrzutki. Brzmienie melotronu jest takie chłodne że to brzmi trochę zimno jak wnętrze kaplicy. Utwór ładny, smutny, na pewno bardziej mógłby mnie wzruszyć aniżeli Sarah Connor hehe. Po prostu kawał dobrej muzyki i zgrabnie wyselekcjonowana wrzutka jak na zespół z takim stażem.
Po naprawdę doskonałej kolejce Hellołinowej ta wygląda przy niej raczej mizernie, na podium kolejno Black Sabbath, Pavement i Toni Braxton xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To Diagnose Lebensgefahr widzę prawdziwie TRAUMATYCZNE, że dalej wpływa na odbiór rzeczy xd
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dinamite - SE SE SC
Murzyn mi stękał w zeszłym tygodniu, że nie ma nic dobrego na Halloween i co. I miał, ale wrzucił po Halloween. No, ale ok, wytłumaczył się (niejako) z tego. Bardzo mi się ta produkcja kojarzy z drugim albumem King Krula, mocna psychodelia, intensywne korzystanie z efektu styranej taśmy, fajna budowa całości. Są momenty WTF, ale w pozytywnym tego słowa (tych słów?) znaczeniu. Trochę, ale tylko trochę, vibe kojarzy mi się z zeszłorocznym „Suicidal Thoughts”, tylko tam było dużo przestrzeni, a tu jest gęsto. Niemniej, atmosfera obudzenia się w środku nocy, w ciemnym pokoju jest podobna. Jest w tym też coś z „Dummy”, ale w wydaniu bardziej współczesnym. Muza na deszczowy, a wręcz mglisty wieczór, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Jestem zaintrygowany tym wykonawcą i myślę, że sięgnę po album. Duża okejka!
Fall of the Poets - The Happy Song
Kurde, z braku czasu odkładam przesłuchania płyt późniejszych niż „Signs of Life”, ale chyba dobrze robię lol. Tamten nickelbeckowy debiut Poetów nadal uwielbiam, świetna płyta od początku do końca. „The Happy Song” w ogóle nie przypomina tamtego zespołu. Już sam początek (koooz rylliii ameee sajkooo) ściska mi jaja z cringu, ale potem wcale nie jest lepiej. A tak się ucieszyłem jak zobaczyłem, że Musiał wrzuca Poets of the Fall… prostytutka, czy to jest naprawdę ten sam zespół? Jak się można było tak spodlić? XDDDD Mam nadzieje, że to jest jakiś one-off, a reszta tych płyt brzmi jak PotF, które zdążyłem bardzo polubić. Otworzyłem link, zaatakowała mnie już koszmarna okładka, a potem ten numer. W zasadzie najbardziej pozytywne w tej wrzucie jest, że po raz kolejny ostatnio przypomniano mi o tym, że muszę zagrać w Anala Wake’a. O grze słyszałem same dobre rzeczy, na jesień będzie jak znalazł, a często lata w promocjach. Jeśli chodzi o „The Happy Song”, no nie mogę dać okejki. Może to moje oczekiwania względem PotF zabiły u mnie ten numer, ale kompletnie izolując go od kontekstu „Signs of Life”, też nie mam się za co tu złapać. Podkład niby ok, te efekty psychodeliczne też, produkcja rzetelna. Ale jak tylko wchodzą te wokale, to mam ochotę coś rozwalić. Tak same te wstawki jak zripowane ze starej ruskiej gry. Starałem się, naprawdę.
Bonus Fiut - Nineteen
Podobnie jak Murzyn, w ogóle nie słyszę tutaj vaporwave’u, ale może zwyczajnie się nie znam. Podoba mi się ten segment z pianinem, może i generyczny, ale i tak mi się podoba, samo brzmienie tutaj robi robotę. Potem wchodzi ten ostrzejszy fragment, i przez chwilę daję się nabrać, że numer pójdzie w stronę post-rocka, ale nie. Znowu wykolejenie i wraca pianino… po czym sytuacja się powtarza. Fajne jest to spowolnienie i wejście w rejony ambientowe, które płynnie przechodzą w urywek innej muzyki. Po opisie Dragona spodziewałem się czegoś innego, ale jak czytam jeszcze raz, to nawet nie wiem czemu spodziewałem się czegoś innego. Nie wiem, czemu w ogóle się czegoś spodziewałem, chociaż z początku mehnąłem jak zobaczyłem, że vapor. A tu taki vapor nievapor IMO. W przeciwieństwie do Murzyna, widzę miejsce dla tego kawałka w przyszłych playlistach, może nawet bym album sprawdził. Ogólnie jest to spoko.
Sarah Conner – From Sarah Conner With Love Conner
No niestety, kolejka jest w kratkę. Znam „From Sarah With Love” oczywiście, mam wrażenie, że każdy to zna, przynajmniej każdy z jakiegoś tam pokolenia. Rzecz w tym, że ja nigdy za tym kawałkiem nie przepadałem. Jest ckliwy w sposób, który nawet dla mnie jest mdły. Do tego opakowany strasznie kliszowymi zabiegami, które sugerują, że numer został wręcz tasmowo wyprodukowany przez ludzi, którzy podeszli do sprawy bez emocji. A emocje tutaj są, zwłaszcza w wokalu, słychać że Sarah Connor (trochę beka z tego imienia i nazwiska, chylę ku niemce czapkę za jajcarskie dobranie ksywy) to jest prawdziwa osoba, a nie jakiś sztuczny wytwór, że to jej piosenka, itd. Ale zrobiono to w taki sposób, że jakiekolwiek emocje tam były, to zostały zatarte. Nie będę tego hejtował na 100%, bo jednak mam jakiś sentyment do tego utworu i słyszę jakiś talent Sary Konor, który się momentami przebija, no ale jednak nie mogę być na tak.
Black Sabbath - Chchchanges
Kilku rzeczy się po Sebie M. nie spodziewałem. Po pierwsze, ballady, po drugie, ballady zespołu mało znanego z ballad, po trzecie, w sumie trochę Black Szabas. Ja ten zespół lubię, mam ulubioną płytę, mam ulubiony utwór, który tu kiedyś wleci, to się wtedy szerzej wypowiem na temat moich stosunków z Szabasami, natomiast w kwestii „Changes” to generalnie propsuję. Dziwnie się słucha tak rdzennie-amerykańsko-brzmiącego BS, a wokal Ozzy’ego pasuje do ballad jak ja do kalendarza pin-up, ale nie potrafię nie docenić tego kawałka, bo jest dobry, a ja mam słabość do tych dziadów.
Są tu czasy zamknięte w utworze, np. to coś co chyba jest lub nie jest mellotronem, i produkcja pianina. To jest dla mnie większy vapor niż numer Dragona. Zabawne, że w międzyczasie doszło do tylu ZMIAN. Ja generalnie również jestem obserwatorem zjawiska znanego jako zmiany, zarówno u siebie, jak i innych, i często popadam nad tym w zadumę, co te zmiany powodowało, i w których momentach miałem na to jakiś wpływ. To jest sentyment, który do mnie trafia, więc nawet Ozzy piejący na temat ZMIAN, mi podchodzi bardziej. Mam nadzieję, że ta seria o ZMIANACH faktycznie wjedzie.
Kurde, o ile na heloim udało nam się (i to raczej przypadkiem) stworzyć spójną i ciekawa kolejkę, przynajmniej atmosferą, tak tutaj każdy pojechał równo w swoją stronę. Najbardziej mi weszły otwarcie i zamknięcie, czyli Murzyn i Mentos. Trochę z tyłu czai się Dragon, ale generalnie też mieści się na podium. Sytuacja z Poetami jest taka jak w sytuacji kiedy spotykasz się z bardzo dawno niewidzianym kolegą, który był fajny, a okazuje się, że już nie jest fajny, a wręcz nie możesz go znieść. Z Sarą jest tak jak w sytuacji kiedy spotykasz się z bardzo dawno niewidzianą koleżanką, ale przez przypadek, na jakimś zjeździe klasowym, czy coś, i okazuje się, że nadal nie macie sobie za bardzo nic do powiedzenia.
Murzyn mi stękał w zeszłym tygodniu, że nie ma nic dobrego na Halloween i co. I miał, ale wrzucił po Halloween. No, ale ok, wytłumaczył się (niejako) z tego. Bardzo mi się ta produkcja kojarzy z drugim albumem King Krula, mocna psychodelia, intensywne korzystanie z efektu styranej taśmy, fajna budowa całości. Są momenty WTF, ale w pozytywnym tego słowa (tych słów?) znaczeniu. Trochę, ale tylko trochę, vibe kojarzy mi się z zeszłorocznym „Suicidal Thoughts”, tylko tam było dużo przestrzeni, a tu jest gęsto. Niemniej, atmosfera obudzenia się w środku nocy, w ciemnym pokoju jest podobna. Jest w tym też coś z „Dummy”, ale w wydaniu bardziej współczesnym. Muza na deszczowy, a wręcz mglisty wieczór, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Jestem zaintrygowany tym wykonawcą i myślę, że sięgnę po album. Duża okejka!
Fall of the Poets - The Happy Song
Kurde, z braku czasu odkładam przesłuchania płyt późniejszych niż „Signs of Life”, ale chyba dobrze robię lol. Tamten nickelbeckowy debiut Poetów nadal uwielbiam, świetna płyta od początku do końca. „The Happy Song” w ogóle nie przypomina tamtego zespołu. Już sam początek (koooz rylliii ameee sajkooo) ściska mi jaja z cringu, ale potem wcale nie jest lepiej. A tak się ucieszyłem jak zobaczyłem, że Musiał wrzuca Poets of the Fall… prostytutka, czy to jest naprawdę ten sam zespół? Jak się można było tak spodlić? XDDDD Mam nadzieje, że to jest jakiś one-off, a reszta tych płyt brzmi jak PotF, które zdążyłem bardzo polubić. Otworzyłem link, zaatakowała mnie już koszmarna okładka, a potem ten numer. W zasadzie najbardziej pozytywne w tej wrzucie jest, że po raz kolejny ostatnio przypomniano mi o tym, że muszę zagrać w Anala Wake’a. O grze słyszałem same dobre rzeczy, na jesień będzie jak znalazł, a często lata w promocjach. Jeśli chodzi o „The Happy Song”, no nie mogę dać okejki. Może to moje oczekiwania względem PotF zabiły u mnie ten numer, ale kompletnie izolując go od kontekstu „Signs of Life”, też nie mam się za co tu złapać. Podkład niby ok, te efekty psychodeliczne też, produkcja rzetelna. Ale jak tylko wchodzą te wokale, to mam ochotę coś rozwalić. Tak same te wstawki jak zripowane ze starej ruskiej gry. Starałem się, naprawdę.
Bonus Fiut - Nineteen
Podobnie jak Murzyn, w ogóle nie słyszę tutaj vaporwave’u, ale może zwyczajnie się nie znam. Podoba mi się ten segment z pianinem, może i generyczny, ale i tak mi się podoba, samo brzmienie tutaj robi robotę. Potem wchodzi ten ostrzejszy fragment, i przez chwilę daję się nabrać, że numer pójdzie w stronę post-rocka, ale nie. Znowu wykolejenie i wraca pianino… po czym sytuacja się powtarza. Fajne jest to spowolnienie i wejście w rejony ambientowe, które płynnie przechodzą w urywek innej muzyki. Po opisie Dragona spodziewałem się czegoś innego, ale jak czytam jeszcze raz, to nawet nie wiem czemu spodziewałem się czegoś innego. Nie wiem, czemu w ogóle się czegoś spodziewałem, chociaż z początku mehnąłem jak zobaczyłem, że vapor. A tu taki vapor nievapor IMO. W przeciwieństwie do Murzyna, widzę miejsce dla tego kawałka w przyszłych playlistach, może nawet bym album sprawdził. Ogólnie jest to spoko.
Sarah Conner – From Sarah Conner With Love Conner
No niestety, kolejka jest w kratkę. Znam „From Sarah With Love” oczywiście, mam wrażenie, że każdy to zna, przynajmniej każdy z jakiegoś tam pokolenia. Rzecz w tym, że ja nigdy za tym kawałkiem nie przepadałem. Jest ckliwy w sposób, który nawet dla mnie jest mdły. Do tego opakowany strasznie kliszowymi zabiegami, które sugerują, że numer został wręcz tasmowo wyprodukowany przez ludzi, którzy podeszli do sprawy bez emocji. A emocje tutaj są, zwłaszcza w wokalu, słychać że Sarah Connor (trochę beka z tego imienia i nazwiska, chylę ku niemce czapkę za jajcarskie dobranie ksywy) to jest prawdziwa osoba, a nie jakiś sztuczny wytwór, że to jej piosenka, itd. Ale zrobiono to w taki sposób, że jakiekolwiek emocje tam były, to zostały zatarte. Nie będę tego hejtował na 100%, bo jednak mam jakiś sentyment do tego utworu i słyszę jakiś talent Sary Konor, który się momentami przebija, no ale jednak nie mogę być na tak.
Black Sabbath - Chchchanges
Kilku rzeczy się po Sebie M. nie spodziewałem. Po pierwsze, ballady, po drugie, ballady zespołu mało znanego z ballad, po trzecie, w sumie trochę Black Szabas. Ja ten zespół lubię, mam ulubioną płytę, mam ulubiony utwór, który tu kiedyś wleci, to się wtedy szerzej wypowiem na temat moich stosunków z Szabasami, natomiast w kwestii „Changes” to generalnie propsuję. Dziwnie się słucha tak rdzennie-amerykańsko-brzmiącego BS, a wokal Ozzy’ego pasuje do ballad jak ja do kalendarza pin-up, ale nie potrafię nie docenić tego kawałka, bo jest dobry, a ja mam słabość do tych dziadów.
Są tu czasy zamknięte w utworze, np. to coś co chyba jest lub nie jest mellotronem, i produkcja pianina. To jest dla mnie większy vapor niż numer Dragona. Zabawne, że w międzyczasie doszło do tylu ZMIAN. Ja generalnie również jestem obserwatorem zjawiska znanego jako zmiany, zarówno u siebie, jak i innych, i często popadam nad tym w zadumę, co te zmiany powodowało, i w których momentach miałem na to jakiś wpływ. To jest sentyment, który do mnie trafia, więc nawet Ozzy piejący na temat ZMIAN, mi podchodzi bardziej. Mam nadzieję, że ta seria o ZMIANACH faktycznie wjedzie.
Kurde, o ile na heloim udało nam się (i to raczej przypadkiem) stworzyć spójną i ciekawa kolejkę, przynajmniej atmosferą, tak tutaj każdy pojechał równo w swoją stronę. Najbardziej mi weszły otwarcie i zamknięcie, czyli Murzyn i Mentos. Trochę z tyłu czai się Dragon, ale generalnie też mieści się na podium. Sytuacja z Poetami jest taka jak w sytuacji kiedy spotykasz się z bardzo dawno niewidzianym kolegą, który był fajny, a okazuje się, że już nie jest fajny, a wręcz nie możesz go znieść. Z Sarą jest tak jak w sytuacji kiedy spotykasz się z bardzo dawno niewidzianą koleżanką, ale przez przypadek, na jakimś zjeździe klasowym, czy coś, i okazuje się, że nadal nie macie sobie za bardzo nic do powiedzenia.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lol dopiero zauważyłem że Wujek o tym wspominał w opisieshodan pisze:03 lis 2023 13:05Nic odkrywczego, bo wcześniej już choćby Toni Braxton nagrywała w podobnym tonie, ale mi to nie przeszkadza.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ktoś tu jeszcze żyje?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ruda małpo ja jeszcze żyje, jak to mawia klasyk
Dimlite SE SE SC
Szczerze mówiąc, drażnią mnie lekko te podpowiadane kawałki pod konkretną porę roku, święta i inne takie. W ramach naturalnej hipokryzji dodam, że w niewielkiej dawce sam siebie tak traktuję, ale sprowadza się to do 3-4 numerów puszczanych w specjalnych momentach roku. Co do GTA, jak się zatrzymałem na San Andreas, tak do tej pory dalej nie ruszyłem. Tylko trochę liznąłem radiowy soundtrack do czwórki. Piątka to kompletnie obca ziemia, a tu już pojawiają się zapowiedzi kolejnej części... wybiórczy fan ze mnie, kto by pomyślał. Co o samym kawałku? Zupełnie mnie to nie dziwi, że pochodzi z selekty Flying Lotusa. Ni to hip-hop, ni to kanciasta elektronika, ni to lekki urban kawałek z jazzowym zacięciem. Stosunkowo krótki, ale i tak zaskakująco skomplikowany. To IMO cecha charakterystyczna produkcji FlyLo. Z tego względu wracam tylko do pojedynczych rzeczy, płyt nie tykałem już latami. Na dłuższą metę męczy efekciarstwem, zabiegiami trochę wytrącający słuchacza z pionu i ogólnie przesadą. Po klimatycznym początku liczyłem, że później wjedzie bardziej popowa estetyka, może nawet wokalizy w stylu Thoma Yorka, a tu dupa, senne smęty jak do dubowego zamulacza. Pojawiająca się czasami rąbanka rytmiczna trochę krawędziowa, psuje klimacik, jest zbędna. Poza niektórymi fragmentami neutralny szacunek, bo może i wysmażono solidną strawę, tyle że przy bliższym kontakcie ciężkostrawną. Te klawisze trochę spooky, reszta średnio straszna. Raczej efekciarskie niż nastrojowe, ale to nie IDM, by bawić się w łamigłówki.
Pavement You Are a Light
Jesień 2022... nie pamiętam już za wiele xD Poza teatrem, całkiem dostatnim życiem we Wrocku, początkiem studiów magisterskich na polonistyce, z której w czerwcu zrezygnowałem nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Dobry czas, przynajmniej z perspektywy roku. W takich rytmach na pewno się nie zasłuchiwałem, ale staram się przyjąć punkt widzenia Hiena. Jest w tym kawałku jakaś bardzo dziwna, bliżej niezidentyfikowana energia. Trochę zblazowania, nieobecności, a jednocześnie podskórnego optymizmu podlanego kwasem. Znowu całkiem krótki, choć nieźle rozbudowany numer. Konkretna kompozycja, ma w sobie coś eskapistycznego (!), brudnego. Ten typ, gdzie niby wszystko płynie całkiem lekko, ale mam podskórne wrażenie słuchania dokładnie przemyślanej propozycji. Do instrumentalnego mostka w połowie jest całkiem dobrze. Użyta tutaj elektronika brzmi całkiem staroszkolnie. Bogato, mimo że to jakieś same kosmiczne efekty. Końcowy jazgot psuje moje wrażenie, na pewno w tej chwili dzięki niemu mam do tego dystans. Po zakończeniu nie wiem, jak się za to zabrać. Miesza w głowie, a to IMO jakaś zaleta. W tym momencie nie znajduję sensownego zastosowania w przyszłości, może na etapie podsumowania tej części bestki będę miał konkretną receptę. Na razie potężne NIE WIEM, ale elektronika i gitarki w serduszku, reszta niezbyt wyróżniająca.
Poets of the Fall The Happy Song
Już po pierwszych taktach wiedziałem, że się nie polubimy. Gracz ze mnie żaden, ale o Alanie Łejku słyszałem. Tak, na pewno powstał. To byłoby na tyle. Rok temu dość mocno obszedłem się z Signs of Life. Od tamtej pory nie wracałem, ale kolejna propozycja deva skłoniła mnie, by sięgnąć przynajmniej do wyróżnionego wtedy Illusion & Dream. Nawet jeśli brzmią dość płytko i rodem z gry komputerowej sprzed 20 lat, to i tak lepiej niż w grotesce rodem z płyt żenująco prześmiewczych polskich zespołów rockowych/metalowych. Delikatnie powiem, że raczej nie zachęca do rozgrywki. O matulu, no to jest od początku do końca złe. Słabiutki wokal, czasami brzmiący dość srakogennie, miejscami dość manierycznie albo z wyraźnie słyszalnym akcentem, co drażni. Ktoś też przesadził z efektami. Niby mrocznie, ale nawet nie w eurowizyjnym stylu, takie Maneskiny zjadają ich na śniadanie. Może i powtórzeń jest stanowczo za dużo, za to całkiem generyczne przygrywanie w tle wcale tak bardzo nie odstaje poziomem. Wysoki stopień losowości w solówce gitarowej. Na domiar złego tak Wesolutki Utwór zamyka płytę. Niezbyt udany dowcipas. Nie wiem, co najwyżej robiłby robotę jako minutowy zapychacz do filmu. Nie przypadł mi do gustu...
Sarah Connor From Sarah With Love
Nawet ja dobrze wiem, co to jest. Musiałem poczekać mniej więcej do refrenu. Nie pamiętam tylko czy to zasługa kasetowych kompilacji czy generalnie tendencji układających list puszczanych piosenek w radiach w lat 00'. Może i klisza na kliszy, ale szanuję za odpowiednio średnią jakość nagrania dostępnego na YT i w streamingach - albo to po prostu kwestia specyficznego efektu/dźwięków otoczenia w tle nałożonych na całość. Od razu odblokowały się głęboko zakopane wspomnienia. Stary magnetofon znajdujący się na parapecie w kuchni, który w ostatnich latach żywota był ochlapany białą farbą, zupełnie nie wiem dlaczego. Kawałek brzmi tak, jakby żywcem leciał z podobnie zmęczonego życiem sprzętu. Przyjemne wrażenie. Całkiem kiczowate, ale w dawce do przeżycia bez konsekwencji zdrowotnych. Najwięcej oporów miałem przy okazji tych cyfrowych synthów wjeżdżających w refrenach i jeszcze później w różnych momentach, jednak po czasie się poddałem. Końcówka płaczliwa w opór, nie wiem czy to na tyle potężna kompozycja, by tak długo męczyć bułę, ale słuchana bez większej uwagi jest w porządku. Mogłoby zginąć w tłumie podobnych treści bez czegoś więcej niż przyzwoity, trochę oszczędny bit ze skromnymi przeszkadzajkami. Egzaltacja Wuja na temat wokali urocza. Z czasem budzi coraz większy uśmiech na twarzy. Na szczęście jest to lepsze od wielu dziwnych wyborów shodanowych w czwartym sezonie serialu Bestka.
Black Sabbath Changes
Podzielam odczucia Seby. Sam słucham Black Sabbath tylko w najbardziej klasycznym składzie. Może dobrze poznałem tylko cztery płyty, w tym ostatnią Trzynastkę, ale był moment, gdy naprawdę często chodzili na słuchawkach... o czym być może jeszcze w przyszłości napiszę, jeśli uznam, że też powinni reprezentować mój best of. Reszta to faktycznie mech i ciekawostki, nawet Heaven & Hell jakoś nie byłem w stanie słuchać. Co innego taki debiucik, od razu wjeżdża utwór tytułowy i nie masz żadnych wątpliwości. Jest potężnie, mrocznie, po prostu odpowiednio brzmiące misterium. Jeden z niewielu zespołów z kategorii klasyków, który nigdy nie kojarzył mi się jakoś szczególnie mocno z dziaderstwem i przekombinowaniem. Ich ostatnia płyta jest piękna przez wyraźny stopień odtwór... inspiracji klasykami z początków lat 70', gdy trzeba mogliby tak brzmieć zawsze i zawsze to byłaby solidna muzyka. Zaskoczyło mnie to, że panowie przede mną wspominali o mellotronie. Do tej pory w kontekście BS brzmiałoby to jak totalna abstrakcja, a tu proszę! Kurczę, szkoda tylko, że został użyty w nie najlepszej piosence. Niby mamy lekki eksperyment w porównaniu do poprzednich płyt. Z drugiej strony poza całkiem powtarzalnymi frazami na moim ukochanym instrumencie całość brzmi zaskakująco... banalnie, wręcz dość barowo, obskurnie. Chóry klawiszowe sprawiają, że momentami brzmi to jak King Crimson, ale zaraz potem wjeżdża Ozzy i robi się dziwnie. Barowe odczucia mam do samego końca. Jego wokal to poważna wartość, ale w zderzeniu z banałem tekstu jest zbyt bizarnie. Znowu niezbyt mroczna to opowieść, taki urok kolejki. Mam do nich dużo sympatii, więc uznam to za zaskakującą ciekawostkę, do której mogę od wielkiego dzwonu wracać. Raczej nic poza tym. Jak już robić ballady poruszające coś więcej w człowieku to... coming soon, hihi.
Zmiany są fajne, mają w sobie uzdrawiający, oczyszczający charakter. Poza tym zawsze lepiej zmienić niż trwać w czymś ostatecznie destrukcyjnym. Zmiany od Black Sabbath może nie są aż tak fajne, ale mimo to fajnie było się z nimi zderzyć. Koniec końców ascetyczny charakter kawałka aż tak nie drażni, jest to znacznie przyjemniej poprowadzone niż w innych propozycjach kolejki.
Dlatego na pewno z przodu BS i o dziwo Sara Konon, potem Dimlite i Pavement. Poeci do najbliższego urzędu pracy po jakieś uczciwe zajęcie!
Dimlite SE SE SC
Szczerze mówiąc, drażnią mnie lekko te podpowiadane kawałki pod konkretną porę roku, święta i inne takie. W ramach naturalnej hipokryzji dodam, że w niewielkiej dawce sam siebie tak traktuję, ale sprowadza się to do 3-4 numerów puszczanych w specjalnych momentach roku. Co do GTA, jak się zatrzymałem na San Andreas, tak do tej pory dalej nie ruszyłem. Tylko trochę liznąłem radiowy soundtrack do czwórki. Piątka to kompletnie obca ziemia, a tu już pojawiają się zapowiedzi kolejnej części... wybiórczy fan ze mnie, kto by pomyślał. Co o samym kawałku? Zupełnie mnie to nie dziwi, że pochodzi z selekty Flying Lotusa. Ni to hip-hop, ni to kanciasta elektronika, ni to lekki urban kawałek z jazzowym zacięciem. Stosunkowo krótki, ale i tak zaskakująco skomplikowany. To IMO cecha charakterystyczna produkcji FlyLo. Z tego względu wracam tylko do pojedynczych rzeczy, płyt nie tykałem już latami. Na dłuższą metę męczy efekciarstwem, zabiegiami trochę wytrącający słuchacza z pionu i ogólnie przesadą. Po klimatycznym początku liczyłem, że później wjedzie bardziej popowa estetyka, może nawet wokalizy w stylu Thoma Yorka, a tu dupa, senne smęty jak do dubowego zamulacza. Pojawiająca się czasami rąbanka rytmiczna trochę krawędziowa, psuje klimacik, jest zbędna. Poza niektórymi fragmentami neutralny szacunek, bo może i wysmażono solidną strawę, tyle że przy bliższym kontakcie ciężkostrawną. Te klawisze trochę spooky, reszta średnio straszna. Raczej efekciarskie niż nastrojowe, ale to nie IDM, by bawić się w łamigłówki.
Pavement You Are a Light
Jesień 2022... nie pamiętam już za wiele xD Poza teatrem, całkiem dostatnim życiem we Wrocku, początkiem studiów magisterskich na polonistyce, z której w czerwcu zrezygnowałem nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Dobry czas, przynajmniej z perspektywy roku. W takich rytmach na pewno się nie zasłuchiwałem, ale staram się przyjąć punkt widzenia Hiena. Jest w tym kawałku jakaś bardzo dziwna, bliżej niezidentyfikowana energia. Trochę zblazowania, nieobecności, a jednocześnie podskórnego optymizmu podlanego kwasem. Znowu całkiem krótki, choć nieźle rozbudowany numer. Konkretna kompozycja, ma w sobie coś eskapistycznego (!), brudnego. Ten typ, gdzie niby wszystko płynie całkiem lekko, ale mam podskórne wrażenie słuchania dokładnie przemyślanej propozycji. Do instrumentalnego mostka w połowie jest całkiem dobrze. Użyta tutaj elektronika brzmi całkiem staroszkolnie. Bogato, mimo że to jakieś same kosmiczne efekty. Końcowy jazgot psuje moje wrażenie, na pewno w tej chwili dzięki niemu mam do tego dystans. Po zakończeniu nie wiem, jak się za to zabrać. Miesza w głowie, a to IMO jakaś zaleta. W tym momencie nie znajduję sensownego zastosowania w przyszłości, może na etapie podsumowania tej części bestki będę miał konkretną receptę. Na razie potężne NIE WIEM, ale elektronika i gitarki w serduszku, reszta niezbyt wyróżniająca.
Poets of the Fall The Happy Song
Już po pierwszych taktach wiedziałem, że się nie polubimy. Gracz ze mnie żaden, ale o Alanie Łejku słyszałem. Tak, na pewno powstał. To byłoby na tyle. Rok temu dość mocno obszedłem się z Signs of Life. Od tamtej pory nie wracałem, ale kolejna propozycja deva skłoniła mnie, by sięgnąć przynajmniej do wyróżnionego wtedy Illusion & Dream. Nawet jeśli brzmią dość płytko i rodem z gry komputerowej sprzed 20 lat, to i tak lepiej niż w grotesce rodem z płyt żenująco prześmiewczych polskich zespołów rockowych/metalowych. Delikatnie powiem, że raczej nie zachęca do rozgrywki. O matulu, no to jest od początku do końca złe. Słabiutki wokal, czasami brzmiący dość srakogennie, miejscami dość manierycznie albo z wyraźnie słyszalnym akcentem, co drażni. Ktoś też przesadził z efektami. Niby mrocznie, ale nawet nie w eurowizyjnym stylu, takie Maneskiny zjadają ich na śniadanie. Może i powtórzeń jest stanowczo za dużo, za to całkiem generyczne przygrywanie w tle wcale tak bardzo nie odstaje poziomem. Wysoki stopień losowości w solówce gitarowej. Na domiar złego tak Wesolutki Utwór zamyka płytę. Niezbyt udany dowcipas. Nie wiem, co najwyżej robiłby robotę jako minutowy zapychacz do filmu. Nie przypadł mi do gustu...
Sarah Connor From Sarah With Love
Nawet ja dobrze wiem, co to jest. Musiałem poczekać mniej więcej do refrenu. Nie pamiętam tylko czy to zasługa kasetowych kompilacji czy generalnie tendencji układających list puszczanych piosenek w radiach w lat 00'. Może i klisza na kliszy, ale szanuję za odpowiednio średnią jakość nagrania dostępnego na YT i w streamingach - albo to po prostu kwestia specyficznego efektu/dźwięków otoczenia w tle nałożonych na całość. Od razu odblokowały się głęboko zakopane wspomnienia. Stary magnetofon znajdujący się na parapecie w kuchni, który w ostatnich latach żywota był ochlapany białą farbą, zupełnie nie wiem dlaczego. Kawałek brzmi tak, jakby żywcem leciał z podobnie zmęczonego życiem sprzętu. Przyjemne wrażenie. Całkiem kiczowate, ale w dawce do przeżycia bez konsekwencji zdrowotnych. Najwięcej oporów miałem przy okazji tych cyfrowych synthów wjeżdżających w refrenach i jeszcze później w różnych momentach, jednak po czasie się poddałem. Końcówka płaczliwa w opór, nie wiem czy to na tyle potężna kompozycja, by tak długo męczyć bułę, ale słuchana bez większej uwagi jest w porządku. Mogłoby zginąć w tłumie podobnych treści bez czegoś więcej niż przyzwoity, trochę oszczędny bit ze skromnymi przeszkadzajkami. Egzaltacja Wuja na temat wokali urocza. Z czasem budzi coraz większy uśmiech na twarzy. Na szczęście jest to lepsze od wielu dziwnych wyborów shodanowych w czwartym sezonie serialu Bestka.
Black Sabbath Changes
Podzielam odczucia Seby. Sam słucham Black Sabbath tylko w najbardziej klasycznym składzie. Może dobrze poznałem tylko cztery płyty, w tym ostatnią Trzynastkę, ale był moment, gdy naprawdę często chodzili na słuchawkach... o czym być może jeszcze w przyszłości napiszę, jeśli uznam, że też powinni reprezentować mój best of. Reszta to faktycznie mech i ciekawostki, nawet Heaven & Hell jakoś nie byłem w stanie słuchać. Co innego taki debiucik, od razu wjeżdża utwór tytułowy i nie masz żadnych wątpliwości. Jest potężnie, mrocznie, po prostu odpowiednio brzmiące misterium. Jeden z niewielu zespołów z kategorii klasyków, który nigdy nie kojarzył mi się jakoś szczególnie mocno z dziaderstwem i przekombinowaniem. Ich ostatnia płyta jest piękna przez wyraźny stopień odtwór... inspiracji klasykami z początków lat 70', gdy trzeba mogliby tak brzmieć zawsze i zawsze to byłaby solidna muzyka. Zaskoczyło mnie to, że panowie przede mną wspominali o mellotronie. Do tej pory w kontekście BS brzmiałoby to jak totalna abstrakcja, a tu proszę! Kurczę, szkoda tylko, że został użyty w nie najlepszej piosence. Niby mamy lekki eksperyment w porównaniu do poprzednich płyt. Z drugiej strony poza całkiem powtarzalnymi frazami na moim ukochanym instrumencie całość brzmi zaskakująco... banalnie, wręcz dość barowo, obskurnie. Chóry klawiszowe sprawiają, że momentami brzmi to jak King Crimson, ale zaraz potem wjeżdża Ozzy i robi się dziwnie. Barowe odczucia mam do samego końca. Jego wokal to poważna wartość, ale w zderzeniu z banałem tekstu jest zbyt bizarnie. Znowu niezbyt mroczna to opowieść, taki urok kolejki. Mam do nich dużo sympatii, więc uznam to za zaskakującą ciekawostkę, do której mogę od wielkiego dzwonu wracać. Raczej nic poza tym. Jak już robić ballady poruszające coś więcej w człowieku to... coming soon, hihi.
Zmiany są fajne, mają w sobie uzdrawiający, oczyszczający charakter. Poza tym zawsze lepiej zmienić niż trwać w czymś ostatecznie destrukcyjnym. Zmiany od Black Sabbath może nie są aż tak fajne, ale mimo to fajnie było się z nimi zderzyć. Koniec końców ascetyczny charakter kawałka aż tak nie drażni, jest to znacznie przyjemniej poprowadzone niż w innych propozycjach kolejki.
Dlatego na pewno z przodu BS i o dziwo Sara Konon, potem Dimlite i Pavement. Poeci do najbliższego urzędu pracy po jakieś uczciwe zajęcie!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Właśnie wczoraj jak zobaczyłem zapowiedź to śmiałem się że nowe wrzutki już mi się pichcąDragon pisze:09 lis 2023 00:44Co do GTA, jak się zatrzymałem na San Andreas, tak do tej pory dalej nie ruszyłem. Tylko trochę liznąłem radiowy soundtrack do czwórki. Piątka to kompletnie obca ziemia, a tu już pojawiają się zapowiedzi kolejnej części...
P.S.
niemniej odkąd przeszli z 3D w HD to OSTy stały się inne, mniej treściwe a z drugiej strony w różne dziwne przygody zabierają słuchacza
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z 3d w HD? Xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Łojezu, dobrze, że wysiadłem na przystanku Vice City.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dimlite - SE SE SC
W przypadku kilku utworów tej kolejki miałem zdanie wyrobione właściwie już po pierwszych przesłuchaniu. To jest natomiast utwór z gatunku tych, co to człowiek posłucha i właściwie nie wie, czy mu się podoba, czy nie. Potem musi wracać jeszcze wielokrotnie, żeby utwór zrozumieć. I w sumie ja takie nieoczywiste wrzutki najbardziej lubię. Czasami coś, co nie od razu wchodzi, co wydaje się dziwne, ale jednak z jakiegoś powodu interesujące potrafi z czasem chwycić i przytrzymać. Podczas gdy do tego czasu traci się zainteresowanie utworami z kolejki, które szybko weszły, ale nie miały argumentów, żeby podziałać dłużej niż kilka odsłuchów.
Dobry jest ten utwór. Ciekawie skonstruowany. Dragon pisze o efekciarstwie i przesadzie. Może tak trochę jest. Może gdyby utwór był poprowadzony w bardziej klimatyczny sposób, to byłoby jeszcze lepiej. Ale i tak jest spoko. Bardzo dobry początek. Te chwiejne klawisze są fajne. Chórki też. Tak sobie myślę, czy ta perkusja nie jest trochę nadmiernie przekombinowana. Może oszczędniej byłoby z korzyścią. W tle sporo ciekawego się dzieje. Wokalnie jest dobrze. Chyba jakiś efekt jest nałożony na ten wokal, ale pasuje to tutaj. Jedyne co mi trochę wadzi, to ten brzęczący syntezator w końcówce. Ale ogólnie bardzo dobry ten utwór. W miarę odsłuchów coraz lepszy. Klimacik idealny na listopad.
Pavement – You Are a Light
Tutaj początkowo miałem chyba największe wątpliwości z całej kolejki. Bo to utwór ani jakoś bardzo dobry, ani tym bardziej zły. Chyba po prostu ok. Takie solidne szkolne 4. Może nawet z plusem. Utwór dosyć mocno w stylu Hiena. Myślę, że w ciemno bezbłędnie bym trafił, kto jest autorem tej wrzutki. Po kilku przesłuchaniach melodia robi się całkiem rozpoznawalna. Podoba mi się środkowa instrumentalna część. Też pozytywnie odbieram te „telepiące się echo”. Gitary fajne – zarówno te łagodne jak i ostrzejsze. Dobry jest również ostrzejszy wokal w końcówce. Świsty w outro trochę od czapy.
W sumie pisząc ten tekst posłuchałem piosenkę jeszcze 2 razy i za każdym razem robi korzystniejsze wrażenie.
Poets of the Fall - The Happy Song
Jak to ludzie różnie potrafią odbierać te same rzeczy. Nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać. Ci, którzy chwalili wrzutkę albumową Poetów, teraz lamentują na potęgę. Ja tamten album zjechałem równo jako coś kompletnie nudnego i nieinteresującego. Dlatego tutaj też spodziewałem się klapy. Tymczasem jest dużo lepiej niż na tamtym mdłym albumie. Nie jest idealnie, ale na pewno dużo ciekawiej. Wokalnie tak sobie. Jakoś ten gość pod tym względem do mnie nie przemawia. Szczególnie w samej końcówce. Ale brzmienie jest spoko. Wreszcie gitary chodzą jak trzeba. Jest w tymś jakaś energia i sens. Ta zagryweczka na początku powtarzająca się jeszcze potem parę razy jest bardzo fajna. Ostatnio oglądałem film Alan Wake (w grę nie grałem). Film jest całkiem mroczny i myślę, że ten utwór dobrze pasuje do takich klimatów.
Czy będę do tego wracał, to nie wiem, bo to nie jest jakaś muzyka z kręgu moich zainteresowań jednak. Ale w porównaniu do albumu Signs of Life jest to przynajmniej jakieś. Wokal bardzo średni, ale dobre brzmienie, dobre gitary. Czyli raczej wychodzi na plus.
Bonus Fruit - Nineteen
Podobnie jak przedmówcy nie powiedziałbym, że to vaporwave. No ale ja też się nie znam zbytnio na tym gatunku. W każdym razie mam nadzieję, że Dragon ma jeszcze w zanadrzu dużo takiej muzyki, bo mi to pasuje. Jest naprawdę klimatycznie. Już początek na tych jakby trąbkach wprowadza w gęstą atmosferę. Trochę z klimatu wybija dźwięk alarmu. Już myślałem, że zacznie się jakaś młócka. Ale na szczęście się za chwilę uspokaja i wchodzi ładny fragment na pianinie z niepokojącym podkładem w tle. Ten podkład nawet kojarzy mi się z alienowymi soundtrackami. Potem znów klimat się zmienia. Dołącza bit, robi się bogaciej. I znowu pianinkowe zwolnienie. I znowu bit, który bardzo dobrze brzmi. Lubię takie zmiany tempa. Zgadzam się z Murzynem, że końcówka jest najsłabszym fragmentem, chociaż nie jakimś złym. Ale generalnie utwór bardzo dobry. Z rodzaju tych, co to zachęcają do sprawdzenia całego albumu. Dobre na tę porę roku.
Black Sabbath - Changes
Tego zespołu się bałem bardziej niż Poetów. Pamiętam, że w szkole (zarówno podstawowej jak i technikum) w klasie miałem spore grono metali. I zawsze jak ich odwiedzałem w domu (bo niektórzy to spoko koledzy byli), to męczyli bułę z tymi szarpidrutami. Ja metalu nie znosiłem i nie lubię do dziś. Na szczęście Changes to nie jest typowa metalowa młócka, a ballada. Daleko mi do zachwycania się hard rockowymi balladami, ale to dużo lepsze, niż darcie mordy do dźwięku szalejących pił tarczowych. Jedno co mi w tym utworze nie pasuje mocno, to oczywiście wokal. Ozzy skrzypi jak stare nienaoliwione drzwi. Ale o dziwo sam utwór, to całkiem ładna kompozycja. I w ładnej aranżacji. Ten mellotron jest piękny. Zawsze lubiłem ten instrument, choć przed bestkami nawet nie wiedziałem, że tak się nazywa. Mellotron potrafi kreować w utworze muzycznym najpiękniejsze tło z możliwych. Do tego jest pianino. Już takie zestawienie wróży sukces. No i kurczę podoba mi się ten utwór. Szkoda, że ten wokal kompletnie tu nie pasuje, bo mogło być jeszcze lepiej. Nigdy bym się nie spodziewał, że będę w sumie chwalił BS. A już w ogóle nie spodziewałbym się BS bez rzężących gitar.
Całkiem dobra kolejka panowie.
W przypadku kilku utworów tej kolejki miałem zdanie wyrobione właściwie już po pierwszych przesłuchaniu. To jest natomiast utwór z gatunku tych, co to człowiek posłucha i właściwie nie wie, czy mu się podoba, czy nie. Potem musi wracać jeszcze wielokrotnie, żeby utwór zrozumieć. I w sumie ja takie nieoczywiste wrzutki najbardziej lubię. Czasami coś, co nie od razu wchodzi, co wydaje się dziwne, ale jednak z jakiegoś powodu interesujące potrafi z czasem chwycić i przytrzymać. Podczas gdy do tego czasu traci się zainteresowanie utworami z kolejki, które szybko weszły, ale nie miały argumentów, żeby podziałać dłużej niż kilka odsłuchów.
Dobry jest ten utwór. Ciekawie skonstruowany. Dragon pisze o efekciarstwie i przesadzie. Może tak trochę jest. Może gdyby utwór był poprowadzony w bardziej klimatyczny sposób, to byłoby jeszcze lepiej. Ale i tak jest spoko. Bardzo dobry początek. Te chwiejne klawisze są fajne. Chórki też. Tak sobie myślę, czy ta perkusja nie jest trochę nadmiernie przekombinowana. Może oszczędniej byłoby z korzyścią. W tle sporo ciekawego się dzieje. Wokalnie jest dobrze. Chyba jakiś efekt jest nałożony na ten wokal, ale pasuje to tutaj. Jedyne co mi trochę wadzi, to ten brzęczący syntezator w końcówce. Ale ogólnie bardzo dobry ten utwór. W miarę odsłuchów coraz lepszy. Klimacik idealny na listopad.
Pavement – You Are a Light
Tutaj początkowo miałem chyba największe wątpliwości z całej kolejki. Bo to utwór ani jakoś bardzo dobry, ani tym bardziej zły. Chyba po prostu ok. Takie solidne szkolne 4. Może nawet z plusem. Utwór dosyć mocno w stylu Hiena. Myślę, że w ciemno bezbłędnie bym trafił, kto jest autorem tej wrzutki. Po kilku przesłuchaniach melodia robi się całkiem rozpoznawalna. Podoba mi się środkowa instrumentalna część. Też pozytywnie odbieram te „telepiące się echo”. Gitary fajne – zarówno te łagodne jak i ostrzejsze. Dobry jest również ostrzejszy wokal w końcówce. Świsty w outro trochę od czapy.
W sumie pisząc ten tekst posłuchałem piosenkę jeszcze 2 razy i za każdym razem robi korzystniejsze wrażenie.
Poets of the Fall - The Happy Song
Jak to ludzie różnie potrafią odbierać te same rzeczy. Nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać. Ci, którzy chwalili wrzutkę albumową Poetów, teraz lamentują na potęgę. Ja tamten album zjechałem równo jako coś kompletnie nudnego i nieinteresującego. Dlatego tutaj też spodziewałem się klapy. Tymczasem jest dużo lepiej niż na tamtym mdłym albumie. Nie jest idealnie, ale na pewno dużo ciekawiej. Wokalnie tak sobie. Jakoś ten gość pod tym względem do mnie nie przemawia. Szczególnie w samej końcówce. Ale brzmienie jest spoko. Wreszcie gitary chodzą jak trzeba. Jest w tymś jakaś energia i sens. Ta zagryweczka na początku powtarzająca się jeszcze potem parę razy jest bardzo fajna. Ostatnio oglądałem film Alan Wake (w grę nie grałem). Film jest całkiem mroczny i myślę, że ten utwór dobrze pasuje do takich klimatów.
Czy będę do tego wracał, to nie wiem, bo to nie jest jakaś muzyka z kręgu moich zainteresowań jednak. Ale w porównaniu do albumu Signs of Life jest to przynajmniej jakieś. Wokal bardzo średni, ale dobre brzmienie, dobre gitary. Czyli raczej wychodzi na plus.
Bonus Fruit - Nineteen
Podobnie jak przedmówcy nie powiedziałbym, że to vaporwave. No ale ja też się nie znam zbytnio na tym gatunku. W każdym razie mam nadzieję, że Dragon ma jeszcze w zanadrzu dużo takiej muzyki, bo mi to pasuje. Jest naprawdę klimatycznie. Już początek na tych jakby trąbkach wprowadza w gęstą atmosferę. Trochę z klimatu wybija dźwięk alarmu. Już myślałem, że zacznie się jakaś młócka. Ale na szczęście się za chwilę uspokaja i wchodzi ładny fragment na pianinie z niepokojącym podkładem w tle. Ten podkład nawet kojarzy mi się z alienowymi soundtrackami. Potem znów klimat się zmienia. Dołącza bit, robi się bogaciej. I znowu pianinkowe zwolnienie. I znowu bit, który bardzo dobrze brzmi. Lubię takie zmiany tempa. Zgadzam się z Murzynem, że końcówka jest najsłabszym fragmentem, chociaż nie jakimś złym. Ale generalnie utwór bardzo dobry. Z rodzaju tych, co to zachęcają do sprawdzenia całego albumu. Dobre na tę porę roku.
Black Sabbath - Changes
Tego zespołu się bałem bardziej niż Poetów. Pamiętam, że w szkole (zarówno podstawowej jak i technikum) w klasie miałem spore grono metali. I zawsze jak ich odwiedzałem w domu (bo niektórzy to spoko koledzy byli), to męczyli bułę z tymi szarpidrutami. Ja metalu nie znosiłem i nie lubię do dziś. Na szczęście Changes to nie jest typowa metalowa młócka, a ballada. Daleko mi do zachwycania się hard rockowymi balladami, ale to dużo lepsze, niż darcie mordy do dźwięku szalejących pił tarczowych. Jedno co mi w tym utworze nie pasuje mocno, to oczywiście wokal. Ozzy skrzypi jak stare nienaoliwione drzwi. Ale o dziwo sam utwór, to całkiem ładna kompozycja. I w ładnej aranżacji. Ten mellotron jest piękny. Zawsze lubiłem ten instrument, choć przed bestkami nawet nie wiedziałem, że tak się nazywa. Mellotron potrafi kreować w utworze muzycznym najpiękniejsze tło z możliwych. Do tego jest pianino. Już takie zestawienie wróży sukces. No i kurczę podoba mi się ten utwór. Szkoda, że ten wokal kompletnie tu nie pasuje, bo mogło być jeszcze lepiej. Nigdy bym się nie spodziewał, że będę w sumie chwalił BS. A już w ogóle nie spodziewałbym się BS bez rzężących gitar.
Całkiem dobra kolejka panowie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie przypominam sobie żeby ktokolwiek chwalił album Poets of the Fall oprócz mnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Tak też było. Tylko Hien. A jeśli o Happy Song chodzi, to może ja mam po prostu osobisty stosunek do tego kawałka, ale nie każdy musi to łapać, rozumiem ofc. Jednocześnie uspokajam Kubę, że tylko ten numer tak brzmi, tzn. cała reszta ich dyskografii jest bardzo podobna brzmieniowo do debiutu xD A w ogóle to w ciul polecam Wam Alana Wake'a (mam podejrzenia, że Hienowi i Wujowi spodobałby się najbardziej), akurat się remaster ukazał niedawno, oryginał można za grosze na Steamie dorwać a graficznie też nie da się mu czegokolwiek zarzucić. Nie jest to ekstremalnie długa gra, za to bardzo fajna.
Dimlite - SE SE SC
Hmm, muszę przyznać, ciekawa propozycja. Słuchałem kilka razy i za każdym kolejnym razem wkręcała się coraz bardziej. Jest to kwaśne, gęste, nieco schizowe, ciekawe, że w ogóle nie pamiętam tego wykonawcy z GTA V, ale może nie zwracałem uwagi, ja słuchałem głównie talk shows, bo te są kompletnie odjechane. Lekko narkotyczne muszę przyznać, w sam raz pod trochę więcej zielonego albo kolorowe tabletki. Albo samotne włóczenie się po mieście na lekkim gongu. Faktycznie całość ma taki spooky klimat, szkoda tylko, że co tego słucham, to jest przynajmniej widno (a teraz w ogóle świeci słońce). Spróbuję dziś wieczorem, akurat wybieram się do lasu, może okoliczne domy będą pompować w powietrze benzoalfapiren, to wjedzie na pełnej. Ciekawa propozycja i w jakiś sposób zachęca do zapoznania się z całym albumem. Jest bardzo niewykluczone, że tak też zrobię. W ogóle jaki tekst fajny ma ten numer, naprawdę zassam tę płytę xD
Pavement - You Are a Light
Hien MÓGŁ mi wspominać o tym zespole, biorąc pod uwagę fakt, że uratował mu jesień, ale nie mogę sobie przypomnieć. Czy puszczał mi coś w samochodzie? Możliwe, ale nie pamiętam. Może to było rok temu? Też nie pamiętam xD Początek przypomina mi naturalnie wejście do The National Antek Radiogłowych, reszta brzmi jak mariaż Pixies z Meat Puppets, czyli jest dobrze (albo prawie dobrze, bo nie trawię Pixies), ale wokalista ma naprawdę dobry głos i świetnie mu idzie wyśpiewywanie tego swojego nonsensu. Przyjemna muzyka (werbel brzmi doskonale), fajne, czilowe gitary, momentami lekko niepokojące, czyli taki niezamierzony (chyba) spooky efekt, jeszcze w pewnym momencie te parę przeszkadzajek elektronicznych, generalnie taka kontynuacja poprzedniego klimatu, ale w trochę inny sposób. Jest listopadowo w tej kolejce kurde, ale tak dobrze listopadowo, podoba mi się w hui. Dobra nuta, Hien zna się na rzeczy, ale to już generalnie chyba wiemy? I fajna okładka btw
Bonus Fruit - Nineteen
Widzę, że jak Spooktober przeszedł gdzieś bokiem (poza, powiedzmy, Halloween i wrzutami tematycznymi, ale też tylko trochę), za to listopad atakuje jakimś horrendalnym wprost mrokiem i grobowym klimatem (AKURAT JEST PROSTYTUTKA SŁONECZNIE W WARSZAWIE CO ZA BEZSENS GDZIE SĄ MGŁY I CIEMNOŚĆ) we wrzutkach PT Forumowiczów, Dragon na ten moment dokłada do pieca najbardziej. A może wcale nie? Jednak właśnie tak. Początek mroczny, potem robi się creepy a la niektóre eksperymenty (chyba znów używam tego porównania) Throbbing Gristle, potem nadchodzi niby trochę spokoju, ale wcale nie. Może jestem jednowymiarowy dziś, ale to również brzmi jak niezły soundtrack do uprawiania miłości pod wpływem substancji różnych. Albo... i to będzie nieco zaskakujące (albo w ogóle), coś, co mogłoby się znaleźć na OST do najlepszego remake'u ostatnich 12 lat, jakim jest Black Mesa. Totalnie bym to gdzieś słyszał (może minus te pianinowe wstawki, choć niekoniecznie). Klimat jest, nie sposób tego pomylić z inną porą roku jak tą obecną, jest dragonowy feeling, jest mrok, jest Crunchips, jest impreza. Daję okejkę.
Sarah Connor Chronicles - From Russia With Love
Kurde, byłem ciekaw, czy ktoś kiedyś sięgnie po aż takie archeo. Tzn. nie zrozumiejmy się źle, Islands od Karmazynowego Króla może być jeszcze bardziej archeo z punktu widzenia czasu, ale KC to jest klasyka, a Sarah Connor to dla mnie duchologia na pełnej. Bo pamiętam doskonale, jak ten numer królował na listach przebojów (i trochę innego pościelowego badziewia od niej), obok takich tuzów jak Toni Braxton właśnie, Sylver, Vanessy Carlton czy Avril Lavigne. Słuchało się na dyskotekach szkolnych i miało nadzieję, że poleci zanim ta fajna dziewczyna z klasy równoległej pójdzie do domu, to zdążę ją poprosić o taniec WOLNY OCZYWIŚCIE. No, co mogę powiedzieć, basically poza tym czynnikiem nostalgicznym to niespecjalnie do mnie trafia, nigdy chyba jakoś mocno nie przepadałem za tym numerem, nie zmienia się to teraz, taki rzut w przeszłość, listopad 2002, chodzę do pierwszej gimnazjum, nie pamiętam, co robię, ale niedługo będę grał w pierwszą Mafię. Z boomboxa rodziców leci Zetka i właśnie ten kawałek. Fajnie, bo pewnie już zaczyna padać pierwszy śnieg, święta idą. 21 lat później przeraża mnie to, że ludzie urodzeni 21 lat temu mają teraz 21 lat. I to, że Sarah Connor ciągle nagrywa. Btw, miałem kiedyś kumpelę, która wyglądała niemal tak samo jak ona. Ciekawe, co się z nią stało...
Black Sabbath - Changes
Beka, bo o ile znam wartość Black Sabbath i jak bardzo ten band był ważny dla gatunku, to poza Paranoid (świetnie scoverowanym swego czasu przez Andy'ego Prieboya z moich poprzednich dwóch wrzut) nie znam chyba absolutnie nic. Podobnie zresztą solowego Ozzy'ego znam tylko z kawałka Dreamer, bo swego czasu gęsto go puszczano na MTV Classic (ale to było naprawdę dawno temu). Bałem się gitarowego napieprzania, na które nie mam dziś ochoty (powiedział typ, co wrzucił The Happy Song...), ale dostałem naprawdę fantastyczną balladę, która eksponuje kapitalne możliwości Ozzy'ego, dobry tekst, świetną współpracę pianina i smyków, refren mnie chwyta za serce, naprawdę piękna piosenka. Mam w sobie coś z dziada, a Black Sabbath to dziś już totalnie dziaderski zespół, ale w ogóle mi to nie przeszkadza, bo to Klasyk przez duże K, chyba powinienem posłuchać czegoś jeszcze i przestać być muzycznym profanem. Mentos potrafi wybrać perełkę z rzeczy nieoczywistych i znów mu to wyszło. Jest w pytę, dziękuję <3
Dimlite - SE SE SC
Hmm, muszę przyznać, ciekawa propozycja. Słuchałem kilka razy i za każdym kolejnym razem wkręcała się coraz bardziej. Jest to kwaśne, gęste, nieco schizowe, ciekawe, że w ogóle nie pamiętam tego wykonawcy z GTA V, ale może nie zwracałem uwagi, ja słuchałem głównie talk shows, bo te są kompletnie odjechane. Lekko narkotyczne muszę przyznać, w sam raz pod trochę więcej zielonego albo kolorowe tabletki. Albo samotne włóczenie się po mieście na lekkim gongu. Faktycznie całość ma taki spooky klimat, szkoda tylko, że co tego słucham, to jest przynajmniej widno (a teraz w ogóle świeci słońce). Spróbuję dziś wieczorem, akurat wybieram się do lasu, może okoliczne domy będą pompować w powietrze benzoalfapiren, to wjedzie na pełnej. Ciekawa propozycja i w jakiś sposób zachęca do zapoznania się z całym albumem. Jest bardzo niewykluczone, że tak też zrobię. W ogóle jaki tekst fajny ma ten numer, naprawdę zassam tę płytę xD
Pavement - You Are a Light
Hien MÓGŁ mi wspominać o tym zespole, biorąc pod uwagę fakt, że uratował mu jesień, ale nie mogę sobie przypomnieć. Czy puszczał mi coś w samochodzie? Możliwe, ale nie pamiętam. Może to było rok temu? Też nie pamiętam xD Początek przypomina mi naturalnie wejście do The National Antek Radiogłowych, reszta brzmi jak mariaż Pixies z Meat Puppets, czyli jest dobrze (albo prawie dobrze, bo nie trawię Pixies), ale wokalista ma naprawdę dobry głos i świetnie mu idzie wyśpiewywanie tego swojego nonsensu. Przyjemna muzyka (werbel brzmi doskonale), fajne, czilowe gitary, momentami lekko niepokojące, czyli taki niezamierzony (chyba) spooky efekt, jeszcze w pewnym momencie te parę przeszkadzajek elektronicznych, generalnie taka kontynuacja poprzedniego klimatu, ale w trochę inny sposób. Jest listopadowo w tej kolejce kurde, ale tak dobrze listopadowo, podoba mi się w hui. Dobra nuta, Hien zna się na rzeczy, ale to już generalnie chyba wiemy? I fajna okładka btw
Bonus Fruit - Nineteen
Widzę, że jak Spooktober przeszedł gdzieś bokiem (poza, powiedzmy, Halloween i wrzutami tematycznymi, ale też tylko trochę), za to listopad atakuje jakimś horrendalnym wprost mrokiem i grobowym klimatem (AKURAT JEST PROSTYTUTKA SŁONECZNIE W WARSZAWIE CO ZA BEZSENS GDZIE SĄ MGŁY I CIEMNOŚĆ) we wrzutkach PT Forumowiczów, Dragon na ten moment dokłada do pieca najbardziej. A może wcale nie? Jednak właśnie tak. Początek mroczny, potem robi się creepy a la niektóre eksperymenty (chyba znów używam tego porównania) Throbbing Gristle, potem nadchodzi niby trochę spokoju, ale wcale nie. Może jestem jednowymiarowy dziś, ale to również brzmi jak niezły soundtrack do uprawiania miłości pod wpływem substancji różnych. Albo... i to będzie nieco zaskakujące (albo w ogóle), coś, co mogłoby się znaleźć na OST do najlepszego remake'u ostatnich 12 lat, jakim jest Black Mesa. Totalnie bym to gdzieś słyszał (może minus te pianinowe wstawki, choć niekoniecznie). Klimat jest, nie sposób tego pomylić z inną porą roku jak tą obecną, jest dragonowy feeling, jest mrok, jest Crunchips, jest impreza. Daję okejkę.
Sarah Connor Chronicles - From Russia With Love
Kurde, byłem ciekaw, czy ktoś kiedyś sięgnie po aż takie archeo. Tzn. nie zrozumiejmy się źle, Islands od Karmazynowego Króla może być jeszcze bardziej archeo z punktu widzenia czasu, ale KC to jest klasyka, a Sarah Connor to dla mnie duchologia na pełnej. Bo pamiętam doskonale, jak ten numer królował na listach przebojów (i trochę innego pościelowego badziewia od niej), obok takich tuzów jak Toni Braxton właśnie, Sylver, Vanessy Carlton czy Avril Lavigne. Słuchało się na dyskotekach szkolnych i miało nadzieję, że poleci zanim ta fajna dziewczyna z klasy równoległej pójdzie do domu, to zdążę ją poprosić o taniec WOLNY OCZYWIŚCIE. No, co mogę powiedzieć, basically poza tym czynnikiem nostalgicznym to niespecjalnie do mnie trafia, nigdy chyba jakoś mocno nie przepadałem za tym numerem, nie zmienia się to teraz, taki rzut w przeszłość, listopad 2002, chodzę do pierwszej gimnazjum, nie pamiętam, co robię, ale niedługo będę grał w pierwszą Mafię. Z boomboxa rodziców leci Zetka i właśnie ten kawałek. Fajnie, bo pewnie już zaczyna padać pierwszy śnieg, święta idą. 21 lat później przeraża mnie to, że ludzie urodzeni 21 lat temu mają teraz 21 lat. I to, że Sarah Connor ciągle nagrywa. Btw, miałem kiedyś kumpelę, która wyglądała niemal tak samo jak ona. Ciekawe, co się z nią stało...
Black Sabbath - Changes
Beka, bo o ile znam wartość Black Sabbath i jak bardzo ten band był ważny dla gatunku, to poza Paranoid (świetnie scoverowanym swego czasu przez Andy'ego Prieboya z moich poprzednich dwóch wrzut) nie znam chyba absolutnie nic. Podobnie zresztą solowego Ozzy'ego znam tylko z kawałka Dreamer, bo swego czasu gęsto go puszczano na MTV Classic (ale to było naprawdę dawno temu). Bałem się gitarowego napieprzania, na które nie mam dziś ochoty (powiedział typ, co wrzucił The Happy Song...), ale dostałem naprawdę fantastyczną balladę, która eksponuje kapitalne możliwości Ozzy'ego, dobry tekst, świetną współpracę pianina i smyków, refren mnie chwyta za serce, naprawdę piękna piosenka. Mam w sobie coś z dziada, a Black Sabbath to dziś już totalnie dziaderski zespół, ale w ogóle mi to nie przeszkadza, bo to Klasyk przez duże K, chyba powinienem posłuchać czegoś jeszcze i przestać być muzycznym profanem. Mentos potrafi wybrać perełkę z rzeczy nieoczywistych i znów mu to wyszło. Jest w pytę, dziękuję <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i to jest news dnia, dziękujędevotional pisze:09 lis 2023 13:13Jednocześnie uspokajam Kubę, że tylko ten numer tak brzmi, tzn. cała reszta ich dyskografii jest bardzo podobna brzmieniowo do debiutu xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A myślałem że to że wszyscy chwalą elektroniczne przeszkadzajki których w kawałku Pavement nie ma hyhy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No właśnie też mnie to zastanawia, bo tam poza krótkim outrem z dema Malkmusa, nie ma żadnej elektroniki.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja tam nic o elektronice nie pisałem na ten przykład.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pardon Wodzu, solidnie się ZAGALOPOWAŁEM tym razem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To trochę jak z tymi tłumami chwalącymi Signs of Life
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dimlite - SE SE SC
Szczerze mówiąc, ja zawsze lubiłem listopad, ale to pewnie z racji tego, że jestem urodzony w tym miesiącu i jakoś tak zawsze połowa listopada zaczynała ten spoko okres w roku, kiedy to coraz bardziej zaczynało się czuć zbliżające święta i startował ten maraton uroczystości, reklam Coca-Coli w TV oraz - najważniejsze - prezentów. No, można byłoby zaryzykować tezę, że ten miesiąc jest przejebany, ponieważ dał na świat mnie, ale nie zrobię tego, bo ileż można. Ni cholery nie kojarzę tego z piątego GTA, bo ja w sumie to tam słuchałem głównie Non Stop FM, radia Flying Lotusa słuchałem od czasu do czasu i bez większego zaangażowania. A kurde, to co kolega Jaca wrzucił jest kozackie. Skojarzenie z Lavender Town może trochę banalne, ale cały czas mam wrażenie, jakbym słuchał właśnie jakiegoś triphopowego aranżu. Trochę to spooky, trochę melancholijne i odnoszę wrażenie, że to kolejne z tych połączeń, co to niby powinny się gryźć, a do siebie pasują. Bardzo interesująca wrzuta.
Pavement - You Are A Light
Chciałem zacząć od jakiejś smutnej gadki, że znowu munlup wrzuca te swoje smęty, no ale nie zacząłem. Już nawet nie chodzi o to, że ile można, po prostu pewnie bym pisząc te słowa zmierzał do konkluzji pokroju, że takie tam nawet fajne smęcenie, ale przecież to byłoby niesprawiedliwe. Znaczy jest to spoko smęcenie, ale jednak zbyt slackerskie i momentami nawet zaryzykowałbym tezę, że nieco kwaśne, czyli jest to zdecydowanie rzecz, którą mintaje i węgorze lubią i szanują. Czyli w sumie coś dla mnie. Ja po ten Pavement muszę w swoim czasie sięgnąć, bo znam praktycznie tyle co nic - kolega Porcysiak ze studiów podrzucił mi Croocked Rain, Croocked Rain i mi się to podobało nawet, ale wieki nie słuchałem i nic z tego nie pamiętam, a wrzuta Munlupa jest kolejnym kamyczkiem do ogródka mojej ignoracji muzycznej. Mimo wszystko, daję dyletanckiego PROPSA.
Poets of the Fall - The Happy Song
W Alana Wake'a jedynkę grałem jakoś latem 2017 - klimat był spoko, nawet jeśli momentami inspiracje pewnym serialem z początku lat 90 były zbyt mocno wyczuwalne, fabuła typu UJDZIE (wszak to gra video, nie mam od tego gatunku dużych oczekiwań na tym polu) i gameplay nawet niezły, ale po pewnym czasie jednak zbyt monotonny. Giera typu nawet niezła, jeśli dobrze pamiętam, to jakoś tak wyszło, że w tamtym momencie się przeprowadzałem i to było powodem, dla którego jej nie skończyłem. Poetów pamiętam z bestki albumowej, gdzie ani mnie nie porwali, ani nie wkurwili, ale nie było szans na to, bym do tego kiedykolwiek później wracał, pamiętam też ich z Max Payne'a dwójki, ale tego kawałka co to tam był, tożem nigdy nie lubił. Generalnie trochę mnie dziwi fascynacja Musiała tym zespołem, ale się nie czepiam, ale jako fan Papa Dance nie wypominam ani się nie czepiam. Nie będę ukrywać, że ten kawałek był raczej słaby, to jest jedna z tych rzeczy, którą można uważać za MOCNĄ, MROCZNA i W OGÓLE jak się jest w liceum, słucha Marylina Mansona oraz orientuje w zespołach lansowanych w Antyradio. Sory, ale to ma vibe memów o ŻYCIU W SPOŁECZEŃSTWIE, ja wysiadam. W pewnych okolicznościach przyrody można się zasłaniać sentymentem, ale u mnie takich nie ma, więc sory Winetou. Na pocieszenie tylko napiszę, że nie było to tak złe jak myślałem, że będzie, ale to kwestia tego, że opisy reszty nastawiły mnie na coś strasznie gorszego.
Bonus Fruit - Nineteen
Dołączam się do chóru niesłyszących tu vaporu, ale to też nie jest gałąź elektroniki, którą eksplorowałem jakoś mocno intensywnie. Ze względu na dużo zmian nastroju, i w ogóle, oraz dlatego, że mam taki kaprys klasyfikuję ten kawałek jako rock progresywny i nic mi nie zrobicie.
Stan lekkiego, przyjemneego otępienia w półśnie znany jest mi bardzo dobrze, faktycznie czytanie głupot w necie pod takowy było swego czasu jedną z moich ulubionych rozrywek, tak samo jak słuchanie przy tym jakiegoś skrajnie randomowego staffu. Czy NINETEEN by mi pasowało jako soundtrack do tej czynności? Niby tak, ale nie do końca. Ten dźwięk budzika to zabieg, który niby mogę zrozumieć, ale którego nie kupuję, przykuwa uwagę w banalny sposób i drażni. Pomijając ten fragment, reszta jest już spoko. Są fragmenty, które mi się z czymś kojarzą, ale nie wiem, czy rzucanie jakimiś konkretnymi nazwami ma sens - jak już to może Advisory Circle, które Musiał wrzucał ze sto lat temu, ale to też nie do końca to, bo jednak tam użyto bardziej oczywistych środków do budowania dziwnej atmosfery. Intrygujące na pewno, niezłe też, ale nie mam bladego pojęcia czy przertwa to u mnie próbę czasu. Na ten moment zakładam, że tak.
Sarah Connor - From Sarah With Love
Wuja wrzuca kolejny przebój z radia, co to każdy go zna ze słyszenia, ale nie każdy wie, kto go wykonuje. Czasem sobie myślę, że dzięki tej zabawie bym mógł nieźle zadać szyku w jakimś Jaka to melodia?, ale odkąd nie prowadzi tego Robert Janowski (trivia: znam typa, który też się nazywa Robert Janowski, tak samo jak kiedyś znałem innego Adriana Musiała - nie wiem co macie zrobić z tymi faktami), to chyba gra niewarta świeczki. Dziwna sprawa, ale kojarzy mi się to z jakimś wydarzeniem w moim życiu, które mogło być istotne, ale totalnie o nim zapomniałem. Albo może sobie to wkręcam, bo mogłem to słyszeć w jakimś radiu czy innym serialu.
Generalnie to ten... kawałek typu ani zły, ani dobry, w sumie nawet całkiem przyjemnie się tego słucha, nawet jeśli momentami trąci kliszą i banałem. Niby nie pasuje mi do vibe'u kolejki, bo jednak reszta wrzucała bardziej "halloweenowe" rzeczy, ale tbh ani mi to wadzi, ani ja nie mam bardzo prawa tego wypominać ze swoim Changes. Trochę bawi mnie to, że laska nagrała kawałek o takim tytule, bo to tak jakbym nwm napisał książkę pod tytułem Z DEDYKACJĄ OD SEBY. xd Generalnie lekko unoszę kciuk w górę i nie wrzucam nawiązania do Terminatora.
Ten no, całkiem solidne rzeczy wrzucaliśta. Spooky ambienty najciekawsze, Pavement najbardziej zachęcające do sprawdzenia czegoś więcej, Sarah Connor najlepsza balladka, a Poeci upadku... damn... Zespół na P odpada, cokolwiek związanego z jakością muzyki także... Niech będzie że to najlepszy fiński kawałek, który znalazł się w grze studia Remedy w tej kolejce, o. I chyba każdy zadowolony. A jak nie to trudno, reklamacji nie przyjmuję.
Szczerze mówiąc, ja zawsze lubiłem listopad, ale to pewnie z racji tego, że jestem urodzony w tym miesiącu i jakoś tak zawsze połowa listopada zaczynała ten spoko okres w roku, kiedy to coraz bardziej zaczynało się czuć zbliżające święta i startował ten maraton uroczystości, reklam Coca-Coli w TV oraz - najważniejsze - prezentów. No, można byłoby zaryzykować tezę, że ten miesiąc jest przejebany, ponieważ dał na świat mnie, ale nie zrobię tego, bo ileż można. Ni cholery nie kojarzę tego z piątego GTA, bo ja w sumie to tam słuchałem głównie Non Stop FM, radia Flying Lotusa słuchałem od czasu do czasu i bez większego zaangażowania. A kurde, to co kolega Jaca wrzucił jest kozackie. Skojarzenie z Lavender Town może trochę banalne, ale cały czas mam wrażenie, jakbym słuchał właśnie jakiegoś triphopowego aranżu. Trochę to spooky, trochę melancholijne i odnoszę wrażenie, że to kolejne z tych połączeń, co to niby powinny się gryźć, a do siebie pasują. Bardzo interesująca wrzuta.
Pavement - You Are A Light
Chciałem zacząć od jakiejś smutnej gadki, że znowu munlup wrzuca te swoje smęty, no ale nie zacząłem. Już nawet nie chodzi o to, że ile można, po prostu pewnie bym pisząc te słowa zmierzał do konkluzji pokroju, że takie tam nawet fajne smęcenie, ale przecież to byłoby niesprawiedliwe. Znaczy jest to spoko smęcenie, ale jednak zbyt slackerskie i momentami nawet zaryzykowałbym tezę, że nieco kwaśne, czyli jest to zdecydowanie rzecz, którą mintaje i węgorze lubią i szanują. Czyli w sumie coś dla mnie. Ja po ten Pavement muszę w swoim czasie sięgnąć, bo znam praktycznie tyle co nic - kolega Porcysiak ze studiów podrzucił mi Croocked Rain, Croocked Rain i mi się to podobało nawet, ale wieki nie słuchałem i nic z tego nie pamiętam, a wrzuta Munlupa jest kolejnym kamyczkiem do ogródka mojej ignoracji muzycznej. Mimo wszystko, daję dyletanckiego PROPSA.
Poets of the Fall - The Happy Song
W Alana Wake'a jedynkę grałem jakoś latem 2017 - klimat był spoko, nawet jeśli momentami inspiracje pewnym serialem z początku lat 90 były zbyt mocno wyczuwalne, fabuła typu UJDZIE (wszak to gra video, nie mam od tego gatunku dużych oczekiwań na tym polu) i gameplay nawet niezły, ale po pewnym czasie jednak zbyt monotonny. Giera typu nawet niezła, jeśli dobrze pamiętam, to jakoś tak wyszło, że w tamtym momencie się przeprowadzałem i to było powodem, dla którego jej nie skończyłem. Poetów pamiętam z bestki albumowej, gdzie ani mnie nie porwali, ani nie wkurwili, ale nie było szans na to, bym do tego kiedykolwiek później wracał, pamiętam też ich z Max Payne'a dwójki, ale tego kawałka co to tam był, tożem nigdy nie lubił. Generalnie trochę mnie dziwi fascynacja Musiała tym zespołem, ale się nie czepiam, ale jako fan Papa Dance nie wypominam ani się nie czepiam. Nie będę ukrywać, że ten kawałek był raczej słaby, to jest jedna z tych rzeczy, którą można uważać za MOCNĄ, MROCZNA i W OGÓLE jak się jest w liceum, słucha Marylina Mansona oraz orientuje w zespołach lansowanych w Antyradio. Sory, ale to ma vibe memów o ŻYCIU W SPOŁECZEŃSTWIE, ja wysiadam. W pewnych okolicznościach przyrody można się zasłaniać sentymentem, ale u mnie takich nie ma, więc sory Winetou. Na pocieszenie tylko napiszę, że nie było to tak złe jak myślałem, że będzie, ale to kwestia tego, że opisy reszty nastawiły mnie na coś strasznie gorszego.
Bonus Fruit - Nineteen
Dołączam się do chóru niesłyszących tu vaporu, ale to też nie jest gałąź elektroniki, którą eksplorowałem jakoś mocno intensywnie. Ze względu na dużo zmian nastroju, i w ogóle, oraz dlatego, że mam taki kaprys klasyfikuję ten kawałek jako rock progresywny i nic mi nie zrobicie.
Stan lekkiego, przyjemneego otępienia w półśnie znany jest mi bardzo dobrze, faktycznie czytanie głupot w necie pod takowy było swego czasu jedną z moich ulubionych rozrywek, tak samo jak słuchanie przy tym jakiegoś skrajnie randomowego staffu. Czy NINETEEN by mi pasowało jako soundtrack do tej czynności? Niby tak, ale nie do końca. Ten dźwięk budzika to zabieg, który niby mogę zrozumieć, ale którego nie kupuję, przykuwa uwagę w banalny sposób i drażni. Pomijając ten fragment, reszta jest już spoko. Są fragmenty, które mi się z czymś kojarzą, ale nie wiem, czy rzucanie jakimiś konkretnymi nazwami ma sens - jak już to może Advisory Circle, które Musiał wrzucał ze sto lat temu, ale to też nie do końca to, bo jednak tam użyto bardziej oczywistych środków do budowania dziwnej atmosfery. Intrygujące na pewno, niezłe też, ale nie mam bladego pojęcia czy przertwa to u mnie próbę czasu. Na ten moment zakładam, że tak.
Sarah Connor - From Sarah With Love
Wuja wrzuca kolejny przebój z radia, co to każdy go zna ze słyszenia, ale nie każdy wie, kto go wykonuje. Czasem sobie myślę, że dzięki tej zabawie bym mógł nieźle zadać szyku w jakimś Jaka to melodia?, ale odkąd nie prowadzi tego Robert Janowski (trivia: znam typa, który też się nazywa Robert Janowski, tak samo jak kiedyś znałem innego Adriana Musiała - nie wiem co macie zrobić z tymi faktami), to chyba gra niewarta świeczki. Dziwna sprawa, ale kojarzy mi się to z jakimś wydarzeniem w moim życiu, które mogło być istotne, ale totalnie o nim zapomniałem. Albo może sobie to wkręcam, bo mogłem to słyszeć w jakimś radiu czy innym serialu.
Generalnie to ten... kawałek typu ani zły, ani dobry, w sumie nawet całkiem przyjemnie się tego słucha, nawet jeśli momentami trąci kliszą i banałem. Niby nie pasuje mi do vibe'u kolejki, bo jednak reszta wrzucała bardziej "halloweenowe" rzeczy, ale tbh ani mi to wadzi, ani ja nie mam bardzo prawa tego wypominać ze swoim Changes. Trochę bawi mnie to, że laska nagrała kawałek o takim tytule, bo to tak jakbym nwm napisał książkę pod tytułem Z DEDYKACJĄ OD SEBY. xd Generalnie lekko unoszę kciuk w górę i nie wrzucam nawiązania do Terminatora.
Ten no, całkiem solidne rzeczy wrzucaliśta. Spooky ambienty najciekawsze, Pavement najbardziej zachęcające do sprawdzenia czegoś więcej, Sarah Connor najlepsza balladka, a Poeci upadku... damn... Zespół na P odpada, cokolwiek związanego z jakością muzyki także... Niech będzie że to najlepszy fiński kawałek, który znalazł się w grze studia Remedy w tej kolejce, o. I chyba każdy zadowolony. A jak nie to trudno, reklamacji nie przyjmuję.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA