Best of Forum IV

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum IV

Post 15 gru 2023 23:31

Kano - Good Youtes Walk Amongst Evil

Nie słyszałem nigdy o gatunku muzycznym grime, ale to jest niezłe. Gość rzeczywiście wypluwa słowa z szybkością Eminema. Coś tam nawet śpiewa w refrenie. Do tego ma naprawdę dobry głos. Początek utworu w ogóle nie wskazuje na to, że to będzie rap. Oprócz samego rapowania podoba mi się warstwa dźwiękowa. Rwany automat perkusyjny, fajnie brzmiące synthy, bas, jakieś klawiszowe zagrywki. Dobrze to wszystko brzmi. Jest bardzo elektronicznie, co mi pasuje. Im więcej słucham, tym jest to lepsze. Jestem zaciekawiony. Nawet sprawdziłem cały album. I może nie jest w całości tak dobry, bo grasują tam te cholerne wiewiórki, ale parę utworów jest naprawdę spoko.

Goblin – Tenebre

Prog-disco – ciekawe określenie. W dodatku horror-brzmienie. Rzeczywiście jest dosyć tanecznie. Spokojnie można by się przy tym pogibać. Niektóre klawisze jakby wyjęte z filmów o wampirach, wilkołakach czy innych paskudztwach. Jako soundtrack do jakiegoś filmu grozy w stylu Argento lub nawet jakiejś horrorzastej gierki platformowej to jest dobre. A do słuchania po prostu w fotelu? Sam nie wiem. Niby jest ok, nawet nóżką postukałem do rytmu. Melodię po paru odsłuchach też podłapałem. Ale nie zaciekawiło mnie to na tyle, żebym się zainteresował bardziej. To chyba nie jest nuta, którą bym potraktował inaczej niż tylko jako ciekawostkę.

The Soft Moon – Crush

No słucham tego i słucham i do mnie nie dociera. Czekam na jakąś najlichszą melodię i jej nie ma. Może ja jestem jakiś niedzisiejszy, ale lubię, jak jest jednak jakaś melodia. Tutaj to wszystko brzmi, jak wstęp do czegoś. Tylko że po tym wstępie nic nie następuje. Wstawka wokalna w ogóle bez sensu. Nie no, dev umi lepiej. Ja oczywiście rozumiem i szanuję wybór, ja wiem, że on słyszy i rozumie z tego dużo więcej. Ja niewiele słyszę. Wstęp nawet niezły, ale to się w nic potem nie rozwija. Mnie taka muzyka w duecie z widokiem ulic dużego miasta chyba by mocno zdołowała. Nie lubię takich gitar, takich klimatów.

Antenne - Here to Go

Dragon na szczęście drugą kolejkę z rzędu litościwy. To jest świetny numer. Od samego początku. Prosta ale dobra melodia. Świetne brzmienie. Ta perka robi robotę. Bas też wtóruje. Tu i ówdzie fajne gitarowe zagrywki. I wokal. Niby laska nie ma jakiegoś szczególnego głosu. Ot wokal jakich miliony. Ale pasuje. Niby przez 7 minut dzieje się wciąż to samo, ale to jest tak dobre, że mogło by trwać i z pół godziny.
Dragon coś wspominał o absurdalnej wersji na Sportify. A ja nie wiem, czy tamta wersja nie jest nawet lepsza. A powiem wręcz, że jest lepsza. W ogóle to nie słyszałem nigdy utworu Portishead na tak dobrym poziomie.

Alice in Chains - Them Bones

No jeżeli co niektórzy do tej chwili nie znali osoby, która by nie lubiła Alice in Chains, to teraz już wiecie, że taką znacie i to nie od dziś. Nie znoszę zespołów tego typu. Chociaż muszę przyznać szczerze, że te 30 lat temu lubiłem Pearl Jam. Nie słuchałem ich wieki, więc nie wiem, co teraz bym o nich powiedział. W każdym razie Them Bones to nie jest nuta dla mnie. Każdy gatunek muzyczny mogę znieść i posłuchać, ale metalu i wszelkich jego odmian, nawet tych łagodniejszych, raczej nie zaakceptuję. Wnerwia mnie tego typu wokal. I takie gitary. Niby brzmią nieźle, a jednak coś mnie w tym wkurza. Jednoznacznie kojarzą mi się ze znienawidzonym gatunkiem muzycznym.
W ogóle to przy okazji tego utworu nieźle widać tę słynną hipokryzję co niektórych. Ale to już temat na inny temat.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 gru 2023 23:41

Książę Zdążę wjechał na czas. Podziękowania dla wszystkich, którzy dołożyli wszelkich starań aby dotrzymać terminu. Po nowym roku już takich żelaznych odcinków nie będzie.

W każdym razie, nie wiedziałem co się tutaj powie o Goblinie w takim wydaniu, bowiem czegoś takiego jeszcze tu nie było (i być może nie będzie). Tym bardziej jestem zadowolony, acz nieco zaskoczony, że nikt nie wypowiedział się negatywnie, a niektórzy wręcz pozytywnie. Dobrze wiedzieć, że Wam słoń na ucho nie nadepnął. Lecimy dalej, z Włoch do Zjednoczonego Królestwa nie jest w końcu tak daleko (o ile odległość mierzymy nutami).

Pink Floyd – Embryo

No, w końcu się dopchałem i ja z moimi Pink Floydami. Mam przyjemność zaprezentować Wam utwór, który w galaktyce tego zespołu, można uznać za deep cut, obskjura, jak zwał, tak zwał. „Embryo”, nagrane w studiu w 1968 r., nigdy nie wyszło na żadnym regularnym albumie Pink Floyd, jedynie na kompilacji „Works”, a wcześniej na samplerze zbierającym dzieła różnych wykonawców. Pierwszy raz dowiedziałem się o istnieniu tego kawałka koło 2010 r., kiedy usłyszałem jego wykonanie na koncercie zespołu Airbag, który zaczynał karierę jako cover band Pink Floyd. Oni zagrali wersję znaną z wczesnych występów PF, która była dwa razy dłuższa, bardziej hałaśliwa oraz zawierała segment z mewią gitarą, który ostatecznie, w całości powędrował do „Echoes”. Od razu mnie ten utwór zafascynował. Te długie wersje (kilka przynajmniej) są dostępne na wydanym parę lat temu boksie PF, w dobrej jakości (w tym z sesji dla BBC, czyli praktycznie studyjne), ale ostatecznie zdecydowałem się na tę oszczędniejsze, bardziej balladowe ujęcie, bo mi się zwyczajnie najbardziej podoba (acz lubię wszystkie wersje).

W w/w studyjnej wersji, główny wokal należy do Gilmoura, Rick Wright gra na organach Farfisa, pianinie i mellotronie, a Waters i Mason w tle na basie i cymbale. Nie ma tu znanych z wykonań na żywo improwizacji i sampli, wszystko sunie sobie jednostajnym, majestatycznym tempem, a delikatny wokal Gilmoura dodaje sennej atmosfery. Cały kawałek jest dosyć psychodeliczny, ale nie w takim stylu, w jakim zespół nagrywał za czasów Syda Barretta, zresztą utwór był kontenderem do inkluzji na „Ummagummie”. Jest tu wszystko, za co lubię Pink Floyd z tego okresu.

Miałem ochotę wrzucić ten kawałek rok temu o podobnej porze, pamiętam jak siedziałem wieczorem w domu, wygodnie w fotelu, słuchałem Pink Floyd i oglądałem mecz Polska – Francja.
Niestety zabrakło wtedy miejsca. W tym roku też prawie zabrakło, ale ostatecznie się udało, dzięki mojemu grudniowemu planowi rozkładu, zatem zapraszam do słuchania! Ja zawsze w grudniu otulam się jakąś dziaderską muzyką, o czym pisałem już chyba zbyt wiele razy, ale taka prawda. Mam miłe wspomnienia sprzed ponad 10 lat, jak zaraz po świętach jechałem sobie długą podróż pociągiem, i czytałem książkę „Prędzej świnie zaczną latać” (serdecznie polecam) i słuchałem „Dark Side” w wersji early. Ehh, to był czasy, a jako że teraz nie ma czasów, to trzeba się jakoś do nich przenieść.

https://youtu.be/mr996-G3_eY
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 gru 2023 02:12

Cieszę się z tak dobrej reakcji. Nie ukrywam, że trochę wątpiłem. Obawiałem się marudzenia na monotonię, a tu proszę, nawet zasugerowany klimat mocno wtopiony we wrzutkę. Obowiązkowo sprawdźcie Like Rain, nie pożałujecie.

Ian Boddy - Box of Secrets (1999)

Mały teaser i kontynuacja klimatycznego zanurzenia. W pierwszej setce musi się zmieścić coś z solowych dyskografii członków kanonicznych dla mnie zespołów. W przypadku Tangerine Dream pewnie jeszcze w przyszłości dam wyraz mojej fascynacji dla pobocznych projektów Froesego i innych. Tym razem wracamy do uniwersum Redshift/ARC, tyle że zamiast pana Marka proponuję drugą połówkę jabłka, czyli Iana Be. Naturalna ciekawość po zachłyśnięciu się muzyką wspomnianych pchnęła mnie dalej w poszukiwania. Bez większego rozeznania i orientacji wybrałem pierwszy tytuł wydany w wytwórni Boddy'ego, DiN. Wystarczyła mi całkiem przyjemna okładka. Rok wydania też wiele mówi. W kwestii berlina, progresywnej elektroniki to czasem naprawdę wystarczający argument za tym, by po coś sięgnąć lub nie. Box of Secrets to naprawdę dobra płyta, poznałem ją jeszcze przed konkretną zajawką na RYM, a już po zorientowaniu się w środowisku słuchaczy tego typu rytmów. Pamiętam, że potem sprawdziłem coś nowszego i byłem wręcz zdegustowany xD Po latach próbuję na nowo. Zaczynał już na początku lat 80', wydając w chałupniczych warunkach wydawnictwa kasetowe. Komponuje i gra do dziś, choć po śmierci Shreeve'a zostają raczej ewentualne występy solowe oraz studyjne współprace organizowane pod własnym nazwiskiem.

Tytułowy BoS to szkatułkowa kompozycja zbudowana z niepozornych elementów. Zaskakująco rytmiczna, bujająca, a jednocześnie melodyjna jak na tak oszczędne, pozornie zachowawcze brzmienia. Początek może się kojarzyć z jakimś ledwo świecącym światłem. Potem ten mikroświat się rozbudza, rozkwita, ewoluuje, by na koniec przyjemnie zgasnąć. Po latach bycia wiernym fanem berlina coraz częściej tęskno mi do sytuacji, w której każdy muzyk lepił z tego, co miał. Na przełomie lat 90' i ZEROWYCH berlinerów nie było zbyt wielu, a jednak można było rozróżnić wiernych kopistów od interesujących poszukiwaczy na nowszą modłę. Oprócz tego zjawiska mieszane. Dziś osiągnięcie brzmienia zbliżonego do TD z lat 70' jest wręcz dziecinnie proste. Wystarczy sprawny laptop, podstawowa zdolność miksowania, dłubania we wtyczkach. Trudno z ręką na sercu wykazać, czy ktoś faktycznie gra na fizycznych modularach czy w fizyczne instrumenty nie włożył ani złotówki. Dawniej różnie z tym bywało i po części dlatego było tak mało podobieństw. Dziś większość nowych rzeczy poraża stopniem odtwórczości. Nie mówię już o zupełnie świeżych, młodszych muzykach, którzy pakują się w statyczne kompozycje oparte na analogowych brzmieniach. Kilkanaście lat po Emeralds, a kilkadziesiąt po Klausie, Mandarynkach, Popol Vuh, itd. czasami brzmią jak ponury żart. Wtedy wracam do rytmów z czasów pomijanych, zapomnianych, a tam wciąż sam znajduję inspiracje do tworzenia - poza czerpaniem radości ze słuchania, w końcu o to też chodzi.

Kolejny zaskakujący nieobecny rozpiski na początku zeszłego roku. Dobrze prostować błędy.

https://www.youtube.com/watch?v=Pq3FstNjtc8
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 gru 2023 08:43

Ladytron - Destroy Everything You Touch (2005)

Był rok 2012, cofam się o jedną cyferkę z tyłu, a więc jest grudzień 2011. Jeśli grudzień 2012 był creepy, to grudzień 2011 był absolutnie straszny, raptem trochę ponad miesiąc wcześniej rozpadła się z hukiem bardzo ważna dla mnie relacja, która z mniejszą lub większą intensywnością funkcjonowała od 2005 roku, a więc tego, w którym ukazała się płyta Witching Hour, z której to płyty pochodzi wrzucany przeze mnie utwór. Tak, wiem, jestem mistrzem zdań wielokrotnie złożonych, które spokojnie mogłyby być rozbite na kilka krótszych, ale po co, niech ludzie poczują się skonfundowani. No ale mniejsza, było wówczas fatalnie, miałem konstant doła, zresztą, wciąż miałem wtedy z ową osobą kontakt, ale ograniczał się on do kłótni, awantur i wzajemnego obrzucania się oskarżeniami. W pionie trzymały mnie - jako tako - studia, majaczące na horyzoncie plany wyprowadzki nad morze (zamiast Warszawy miał być Gdańsk) oraz ekipa ziomeczków z zespołem Azbest na czele. Dosłownie chwilę wcześniej do grupy dołączył imć Hien, zaczęliśmy wtedy srogo współpracować, próby były zawsze pełne pomysłów i fajnych rozwiązań, klarował się wówczas wrzucany tu już przeze mnie w poprzedniej bestce Johnny, ja zapuściłem brodę i wyglądałem jak żul, ułamałem sobie zęba, piękne czasy. Z kol. Hienem spędzałem wtedy zresztą absolutnie absurdalne ilości czasu, to jest trochę szok, że po tym wszystkim, o czym wtedy gadaliśmy, nie zwiał z krzykiem xD Z perspektywy czasu, choć to, co mnie wtedy spotkało, uważam za top swoich życiowych koszmarów, to nie było AŻ TAK fatalnie, w sensie, wylazłem z tego, z początkiem roku 2012 Azbest się rozkręcał, na kompa wleciał mi Skyrim, ale to już trochę inna opowieść, do której wrócę w lutym zapewne. Tymczasem jest grudzień, mój podły nastrój, na zmianę śnieg z deszczem, zimno, ponuro, tylko jeszcze The Soft Moon nie znałem. Za to sprzedano mi Ladytron.

O zespole, na który składa się para Brytyjczyków, Japończyk i Bułgarka, słyszałem wcześniej, ale jakoś mnie nie porywał. Ba! Nie byłem nim zainteresowany nawet po tym, jak kilka miesięcy wcześniej, tj. latem 2011, zasłuchiwałem się w Goldfrapp i WSZĘDZIE było mi sugerowane, że do Ladytronu warto przysiąść. Wiedziałem głównie tyle, że grupa wzięła nazwę od tytułu piosenki Roxy Music (Ladytron właśnie, swoją drogą nie jest to ich najlepszy numer, zdecydowanie), a sporo później dowiedziałem się, że Ladytron to było drugie ważne - obok Sary MacLachlan - dziecko wytwórni Nettwerk, którą założyli kolesie z Moev xD Sam Ladytron powstał w Londynie pod koniec lat 90. i atakował elektropopem od samego początku, robi to nadal i balansując na granicy tych dwóch - że tak to ujmę - gatunków zdecydowanie przechyla się w stronę popu. Pod wpływem kumpeli z uczelni (a mojej późniejszej warszawskiej współlokatorki) zassałem bestkę, która miała premierę w 2010 roku i odpaliłem od początku. A jako pierwsze leciało właśnie Destroy Everything You Touch, które zresztą było - jak się dowiedziałem - ich największym hitem. Zakochałem się od pierwszego wsłuchania, numer jest świetny, energiczny, lekko "mhroczny", jego klimat doskonale pasował mi do mojego ówczesnego, katastrofalnego samopoczucia. Siedziałem na YouTube i raz za razem odpalałem sobie klip, w którym zimy było więcej jak na zewnątrz w tamtym czasie (i właściwie w każdym późnym też). Oczywiście, zapoznawałem się z resztą bestki tak samo, znalazłem tam parę utworów, które do dziś uważam za świetne, ale to Destroy(...) ukradło mi serce na dłużej. Pamiętam, jak sam sprzedawałem wówczas Ladytron Hienowi, ale bez większego sukcesu (choć przywołuję w głowie scenę, gdzie obaj niszczymy się studencką środą w łódzkim, już - wtedy zresztą też - kultowym, pubie Biblioteka pomiędzy świętami, i po kilku głębszych w towarzystwie ogólnego hałasu i chaosu puszczam mu z telefonu Deep Blue). Ladytron górą, tyle na ten temat (oczywiście, przyjmuję zdania odrębne).

No, także co, grudzień znów jest podły, historia trochę zatacza koło (a trochę wcale), ale są rzeczy niezmienne. Wciąż lubię wracać do tego numeru, przede wszystkim w grudniu, wciąż zastanawiam się, dlaczego nie sięgnąłem po to wcześniej (tj. przed grudniem 2011), choć np. Mira Aroyo (ta Bułgarka) miała całkiem fajny feat na Interplay Johna Foxxa i The Maths, no ale słyszeliście już ten kawałek, kiedy wrzucałem ów album. Ladytron zresztą również powróci w albumach. Ale kiedy się to stanie...

https://www.youtube.com/watch?v=qCCW5u1Ys2c
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 gru 2023 19:52

Felipe Gordon - Don't Mess With My Moog
(2018)

Tak sobie pomyślałem że jak na fana muzyki klubowej za jakiego się uważam to dość słabo reprezentowała ona moją bestkę do tej pory, zwyczajnie ze względu na to że rzadko towarzyszyła mi w ważnych chwilach życia lub nie wzbudzała takich emocji po prostu. Ale jako że zbliżamy się nieubłaganie do końca setki i wchodzimy w tryb rekomendacji bardziej powoli mogę zacząć odkrywać kolejne karty przed Wami.

Dzisiaj wrzucam coś co jest owocem moich niezliczonych godzin spędzonych na YouTube w latach 2016-2021 kiedy to szaleńczo ruszyłem w wir poszukiwań nowej muzyki, poznawałem jej na tony, przekopywałem się przez dziesiątki utworów dzień w dzień dość często, zakładałem kolejne stronki na fejsie na których próbowałem cisnąć tą muzę dalej (dojdziemy i do tego wątku w swoim czasie), aż ostatecznie zmęczyłem się tym wszystkim i jakoś na początku 2021 roku zwyczajnie odpuściłem. Niemniej w morzu przeciętności była też masa kawałków co najmniej rzetelnych a kilka rzekłbym nawet bardzo dobrych i będą się tu od czasu do czasu pojawiały. Projektując te listy kawałków do bestki gdzieś w tym wszystkim umknął mi na którymś etapie tenże numer autorstwa niejakiego Felipe Gordona, Wam podejrzewam nieznanego a dla mnie z biegiem czasu to nazwisko stało się synonimem dobrej muzy zwyczajnie obok paru innych wykonawców i gdy wśród moich subskrybowanych kanałów z muzyką house pojawiał się nowy numer od tegoże wiedziałem w ciemno że będzie czego posłuchać. Myślę że dzisiejsza wrzuta będzie całkiem niezłym przykładem interesującej muzyki klubowej na jaką natrafiałem od czasu do czasu, numer ten nie jest myślę takim typowym klubowym housikiem a bardziej z gatunku tych nadających się na home listening acz nie można odmówić mu tąpnięcia. Stopa sunie pewnie, bębny ogólnie mają ciekawy swing w sobie a poza tym jest jazzy, jest funky a chwilami nawet trochę kwaśno. Nie wiem już czy gdzieś to wyczytałem czy sam sobie tak ubzdurałem ale określiłbym ten numer jako taki wonky house. Jest ogólnie dziwnie nieco i to słowo chyba dobrze oddaje tą atmosferę (nie kojarzył bym go jednak mocno z samym wonky czyli gatunkiem muzyki elektronicznej o tej nazwie). Numer jest spoko, trochę buja a trochę prowadzi umysł w jakieś dziwne rejony. Najważniejsze jest myślę to że przynajmniej znów zapraszam Was w miejsce w którym jeszcze nie byliśmy w tej bestce.



https://youtu.be/z-x2SC6_vrs?si=rHGLfXOkNijPjBad
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 gru 2023 19:15

Labrinth - All for us (feat. Zendaya)

Moja znajomość z muzyką tego brytyjskiego muzyka to dosyć świeża sprawa. Znałem go już co prawda od jakichś czterech lat za sprawą wrzucanej tu przeze mnie grupy LSD (Labrinth, Sia i Diplo). Ale dopiero w tym roku zainteresowałem się jego solowymi dokonaniami. Labrinth wydał dotychczas trzy albumy studyjne oraz dwa z muzyką do 1 i 2 części serialu Euphoria. Utwór All for us pochodzi z drugiego albumu Imagination & The Misfit Kid z 2019r. Labrinth wykonuje piosenkę w duecie z aktorką Zendayą. Utwór został też wykorzystany w finałowym odcinku pierwszego sezonu wspomnianego serialu Euphoria, w którym Zendaya gra pierwszoplanową rolę. Aktorka wykonała przerobiony utwór właśnie podczas odcinka. A wersja ta jest lekko zmodyfikowana i wykonuje ją jedynie Zendaya (udział Labrintha marginalny). Ja preferuję wersję z albumu Imagination & The Misfit Kid. Bo czemu miałbym się ekscytować jednym pięknym wokalem, skoro mogę dwoma? No właśnie – w utworze All for us występuje dwoje fantastycznych wg mnie wokalistów. To że Labrinth ma nietuzinkowy wokal wiedziałem od dawna. I naprawdę w All for us to pokazuje. To jeden z absolutnie moich ulubionych męskich głosów. Nie wiedziałem natomiast, że Zendaya ma tak piękny głos. Kojarzyłem ją wcześniej jako aktorkę, ale nie wiedziałem, że śpiewa. I to jak w dodatku. Każde jej otwarcie ust to dla mnie prawdziwa przyjemność. Utwór All for us trwa jedynie nieco ponad 3 minuty. Zaczyna się fajnymi chóralnymi zaśpiewami. Potem wchodzą świetnie brzmiące klawisze. Bas ładnie buczy. Podoba mi się to brzmienie. Podoba mi się fantastyczna linia melodyczna. O wokalu już mówiłem.
All for us to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie utworów w tym roku.

https://www.youtube.com/watch?v=4MCJ3lgFqbg
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 gru 2023 21:35

W sumie żadnych niespodzianek w kwestii odbioru ALICJI Z ŁAŃCUTA nie zauważyłem. Coś jest w słowach munlupa, że to dobry zespół do obczajania w liceum z płyt z przegrywanymi empetrójkami. Ja co prawda poznałem go jakoś niedługo po opuszczeniu murów szkoły i już w czasach, gdy cedeki były przeszłością, ale mentalnie to pewnie byłem jeszcze przed egzaminem gimazjalnym. No i ostatecznie okazało się, że jednak ktoś tego zespołu lubi, ale w sumie to też dobrze, bo nie ufam ludziom, których lubi każdy i siłą rzeczy też byłbym jakiś siakiś podejrzliwy wobec zespołu, który naprawdę lubiłby każdy. No i JEDZIEMY PANOWIE z kolejną kolejeczką.

Metallica - Master of Puppets

Wiecie co chciałbym ujrzeć z okazji setnej (dobra, dla mnie dziewięćdziesiątej dziewiątej xd) kolejki? Podsumowanie wszystkich kolejek pod kątem gatunków muzycznych jakie się tu przewijały. Nie dam sobie nic za to uciąć, ale tak se myślę, że udział metalu byłby marginalny, a trashu (nie mylić z thrasem) - poniżej granicy błędu statystycznego. Ponieważ lubię przełamywać bariery niczym Bob Dylan podpinając gitary elektryczne na koncercie folkowym oraz dostawać za to joby, czas na moją propozycję metalową. Od razu jednak napiszę, że jedną z nielicznych, bo jednak kucem nigdy nie byłem (nigdy nie rósł, tylko się zakręcały) i chyba już na taką rewoltę za późno.
Więc, ten Metallica... ponoć zespół obowiązkowy dla każdego fana tzw. MOCNIEJSZEGO GRANIA. Tak przynajmniej mówili różni mądrzy i mniej mądrzy ludzie, gdy zaczynałem się interesować szeroko pojętą muzyką rockową, a że w tym nieszczęsnym roku 2010 miałem akurat jakiegoś dziwnego zajoba i postanowiłem się w nią wkręcić bez żadnego sensownego wzorca w swoim otoczeniu, to siłą rzeczy musiałem takowe znaleźć w internecie oraz różnego rodzaju mediach typu Teraz Rock czy inne Antyradio. I ten no, oprócz powtarzania tej nazwy (którą i tak znałem, bo jednak umówmy się, że ciężko było jej nie znać), to wszędzie praktycznie słyszałem opinie, że koniecznie trzeba znać cztery pierwsze płyty, a te późniejsze to można sobie raczej odpuścić, bo się na nich skończyli, poszli w komerchę i w ogóle. Ja się z tym nie do końca zgadzam, ale mniejsza z tym.
No w każdym razie ta historia wyglądała tak, że ja te cztery pierwsze albumy pobrałem za pośrednictwem bardzo prestiżowego serwisu Darkwarez. Nie będe ukrywać, że takie to były czasy zanim z buta wjechały Spotifaje i Tidale, a moje dość niskie dochody w postaci kieszonkowiego połączone z faktem mieszkania na wygwizdowie mocno utrudniały legalną konsumpcję kultury. Generalnie to mało co z tych płyt pamiętam, ale mam jakiś sentyment do debiutu, bo słuchany "solo" drażnił mnie i irytował, ale idealnie pasował jako soundtrack do sesji w Quake Live, w którego w tamtym okresie mocno się wkręciłem i prawdę powiedziawszy nie przypominam sobie innej płyty która by mi się wręcz instynktownie kojarzyła tak mocno z innym tekstem kultury. No ale pośród tych czterech albumów był MASTEREK, który - będę z wami szczery - jest jedyną z tych płyt do której po latach chce mi się wracać (aczkolwiek nie ukrywam, że w sumie to mógłbym dać pozostałym kolejną szansę kiedyś tam).
Są na tej płycie rzeczy mocarne, jak np. naprawdę swietny instrumental Orion, który może i wrzucę za szabanaście kolejek, albo i też go nie wrzucę, ale jednak proponuję Państwu tym razem kawałek tytułowy, z racji tego, że jest dla mnie najzwyczajniej w świecie ważniejszy. Niektórzy mogą nie wiedzieć o tym, że okres okołoświąteczny w roku pańskim 2010 był dla mnie katorgą i koszmarem - być może o tym wspominałem, pozwolę jednak sobie zachować dla siebie dlaczego. Jak to często bywa w przepierdolonych okresach w życia, pewną formą eskapizmu oraz wybawieniem dla mnie bywało coś skrajnie losowego i/lub muzyka. No i tak jakoś się złożyło, że w owym czasie na YouTube wisiał dość specyficzny "teledysk" do tego kawałka. Nie był to szczyt sztuki wizualnej, bo po prostu były to plansze z tekstem na tle okładki, ale w trakcie solówek gitarowych autor postanowił umieścić kompilację czerstwych i GŁUPIUTKICH (słowo silly byłoby bardziej adekwatne w sumie) żarcików typu "Przychodzi pies do lekarza, a lekarz na to: Proszę iść do weteryniarza", ale jakoś tak się składało, że to niecodziennie połączenie poprawiało mi mocno humor. Niestety, klipu nie wrzucę, bo w bestce utworowej zostałbym zjedzony za nagranie w 240p, na bestkę teledyskową się jednak nie nadaję, no i najważniejsza kwestia - nie mogę go w żaden sposób odnaleźć (ale chyba się poświęce i spróbuję).
W każdym razie powinno wam wystarczyć to, że te solówki usłyszycie. A są świetne, ja się podpisuję pod wszelkimi peanami na ich cześć oraz wnioskami o umieszczenie na liście najlepszych gitarowych nakurwów. Wszystko mi tu siedzi, nawet tekst, bo tak se teraz myślę, żę w tym nieszczęsnym czasie bycia nastolatkiem mogłem się z nim utożsamiać, ale myślę se, że to raczej coś, co mógłbym poruszyć na ewentualnej terapii, a nie podczas rekomendowania kucmuzy na forum Depeche Mode. xD Dobra, kij z tym. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=E0ozmU9cJDg
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 gru 2023 21:57

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 gru 2023 08:31

Pink Floyd - Embryo

Przeczytałem opis tej wrzutki, posłuchałem jej a następnie wyobraziłem sobie jak to munlup rok do roku grudniową porą kurczy się w sobie, garbi, zapuszcza siwą brodę i wyglądając niczym święty Mikołaj przysypia w bujanym fotelu przy kominku słuchając takiej muzyki :) nie da się ukryć że jest to wybitnie dziadersowe i melancholijne oblicze naszego kolegi który ma duszę sędziwego staruszka uwięzioną w ciele trochę młodszym xd ja z kolei chyba mam duszę młodszą od mego styranego organizmu, zdarza mi się smutać ale zwykle bliżej temu do zachowań emo nastolatka niż dojrzałego papaja, krótko mówiąc po młodzieżowemu - nie reluję jakoś szczególnie z tym kawałkiem. Na początku pomyślałem że jest senny i strasznie nudny, potem że no ok, jest to może ciut unikatowe jak na naszą bestkę tym skromnym brzmieniem, dźwiękami mellotronu który coraz bardziej lubię i tym CYMBAŁEM ale za cholerę nie wiem co w tym wszystkim robią wiewiórki na końcu (a może to były gremliny?). Ten zabieg psuje cały klimat tego utworu IMO. Podobno jest wersja tego numeru bez tych wiewiór, chyba live, czy to prawda, czy warto spróbować?

Ian Boddy - Box of Secrets

Mówiłem niedawno o tym że te nowsze wcielenia szkoły berlińskiej prezentowane przez Dragona nie bardzo mi podchodzą i ponownie przychodzi mi się z takowym mierzyć. Jakby się głębiej nad tym zastanowić to dochodzę do wniosku że tego typu muzyka to raczej nie jest po prostu materiał na taką bestkę, że jeden utwór to często zdecydowanie za mało na zagłębienie się w klimat serwowany przez przedstawicieli tego nurtu, tu rzadko zdarzają się takie pojedyncze złote strzały które możnaby z powodzeniem sprzedać w takim "singlowym" formacie. Box of Secrets - jak na przedstawiciela tego wspomnianego nowszego wcielenia berliner schule - radzi sobie całkiem nieźle, zgrabnie łączy te nastrojowe elektroniczne pasaże z żywszym rytmem, choć pozostawia pewien niedosyt, pozostaje zatem pytanie - czy warto sięgnąć po album, oraz - jeżeli warto - to kiedy pojawi się on w bestce albumowej? ;)

Ladytron - Destroy Everything You Touch

Musiał atakuje żywszym numerem który wyrywa tę kolejkę z marazmu, jednakowoż nie wiem czy podnosi jakkolwiek poziom tej kolejki. Ten wstęp MOCNO z czymś mi się jakby kojarzył ale nim sobie przypomnę to numer na dobre wchodzi z buta. Kawałek brzmi jakoś potwornie generic w moim odbiorze, tak jakbym słyszał już tonę takiego grania ze strony naszego kolegi które jest trochę hipster indie electronic pop a przy tym lekkie i mocno... bezbarwne i nijakie? Wokal też się tu nie wyróżnia ale podejrzewam że tego typu muzyczki tak już mają. Break nawet spoko ale potem dalej lecimy na to samo kopyto. Jeżeli poprzednie pozycje kolejki jakoś zbytnio nie zaskakiwały to ta nie zaskakuje zdecydowanie najmocniej, jakby to było wyplute przez Musiał Hipster Wrzuta Generator.

Labrinth feat. Zendaya - All For Us

Nie no, Wujas to kolejne granice hipokryzji widzę przekracza ostatnio, hejtuje polską muzykę i wrzuca Sarsę, hejtuje wiewióry i wrzuca Labrintha z wiewiórami xD obawiałem się nieco tej wrzutki gdyż nie przepadam za wokalem tego Pana o czym już kiedyś pisałem a poza tym obawiałem się jakiejś nudnej rzewnej ballady, na szczęście tym razem Wujas zaskoczył bo to numer na basowym bicie bardziej w stylu niektórych numerów Billie Eilish, jest bardziej współcześnie zatem i nie zasypiam z nudów. Zendaya okazuje się że ma całkiem niezły wokal, może nie unikatowy ale dobry, taki o RZETELNY. I w sumie co najbardziej wkurza w tym numerze to te wiewióry, które IMO są dużo bardziej wiewiórowate niż tamte chipmunki u Commona, heh. Ale poza tym całkiem spoczko numer.

Metalurgika - Master of Pulpets

Ale się ucieszyłem na tę wrzutkie, ojej, tenże numer był wszak nie tak dawno wykorzystany w Stranger Things i wydawało mi się wtedy że ot spoko klasyczek. Jednakże, powrót do tego numeru w całej jego okazałości trochę zweryfikował mój entuzjazm. Ja tam nic do trashu nie mam, odrobinę raptem coś człek liznął siejąc zniszczenie w Vice City i jestem jak najbardziej skory do poznawania klasyki klasyki, ale ten numer jednak... mi nie siadł? Wkurzający dla mnie jest mocno ten zabieg z tym szarpanym rytmem, solo w środku jakieś takie lipne, rzewne i słabe, numer za długi i jakoś to piłowanie na wiosłach mnie zwyczajnie zmęczyło na tym dystansie. Mówiłem coś niby że Them Bones to był dla mnie taki ot rzetelny numer, ale przy Majstru od Tapet rzekłbym że to był jednak numer genialny w swej prostocie i tam to rżnięcie było mocno w punkt a tu bardziej sztuka dla sztuki. Więc chyba nie bez powodu preferuję grunge od metalu. Metallica póki co pozostaje u mnie w kategorii muzy dla totalnych kuców.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 gru 2023 11:21

Tak się zastanawiam Murzyn o jakich Ty wiewiórach mówisz. Czyżby o te chórki Ci chodzi w środku utworu?
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 gru 2023 11:30

Tak myślałem że Wujas głuchy, jak tylko wchodzi bit masz wyraźnie

ta ta ta ta ta taking it all, taking it all

Od 30 sekundy się przysłuchaj jak śpiewają

Z grubsza powtarzają frazy refrenu za Labrinthem w tym numerze
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 gru 2023 11:35

Ni uja nie słyszę. :o
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 gru 2023 11:45

1:58, 2:01, jak Ty tego nie słyszysz jak one śpiewają refren w tle to ja nie wiem, ogłuchłeś na strzelnicy może :o
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 gru 2023 11:57

Przepraszam, mogę się wtrącić?

Ian Boddy - Box of Secrets

Dragon miał mnie na Redshift. Jeszcze przed włączeniem utworu wiedziałem, że to będzie dobre, no i co, jest dobre. Lektura historii berlinerów fajna, dobrze znam z doświadczenia sytuację, w której kiedy człowiek czuje się zaszczuty nową, ale kompletnie pozbawioną duszy muzyką tworzoną w konwencji, a nie tworzącej konwencję, to wraca do sprawdzonych ojców, matek, dziadków, babć, chrzestnych, itd., muzyki, i ‘przypomina sobie’, że to się niemal w ogóle nie zestarzało, i że istnieje na jakimś nieosiągalnym dla dzieciaków z laptopami, poziomie.

Początek sprawia wrażenie jakby to wyszło bezpośrednio z finału tamtego albumu Oöphoi & Tau Ceti, porównanie może wydawać się z dupy dla znawców, ale IMO atmosfera jest zbliżona. Mnie to się kojarzy z kosmosem, z nieskończonością kosmosu, z dźwiękiem płynącym przez lata świetlne, co oczywiście jest tylko wrażeniem, bo dźwięk w próżni nie istnieje. Krótko mówiąc, trąci to Jarrem. Niektóre klawisze, też zalatują, mówiąc po sportowemu, francuzem, no ale błagam, każdy wykonawca elektroniczny powinien się chociaż w minimalnym stopniu inspirować Żarem. Jak wchodzi mellotron, to już w ogóle poczułem się jakby to było jakieś Oxygene 4, czy Equinoxe 3. Tangerine Dream oczywiście też tu słyszę, ale oprócz porównań, jest też to coś, co najwyraźniej stanowi unikalny styl Iana Boddy’ego. Ujęły mnie te takie wysokie nibydzwoneczki otwierające i zamykające utwór, bo taki sam efekt można uzyskać odpowiednio maltretując ustawienia brzmienia ‘bell’ we Fruity Loopsie i mam takie swoje rzeczy sprzed lat, które ten motyw eksploatują. Człowiek czuje się jak w domu.

Kolejny utwór od Dragona, który przenosi mnie w przeszłość, do czasów kiedy spędzałem wieczory przed kompem, w ciemnym pokoju w mieszkaniu rodziców, za oknem była zima, a ja coś tam sobie nie wiem co robiłem. Przeszłość to taka trochę creepy sfera, chętnie się ją odwiedza, jednocześnie czując lekki niepokój, bo przecież ‘no one lives there anymore’ cytując klasyka.

W każdym razie, napisałbym że solidna wrzuta, ale jeszcze wyjdzie na to, że się wysrywam, a to nie prawda. Kawałek jest doskonały, mam kolejny materiał do obadania w formie płytowej.


Ladytron - Destroy Everything You Touch

Kolejny po Royksopp zespół, którego nie lubię, ale o ile Roysrop nie lubiłem nigdy, tak Ladytron z początku lubiłem, w zasadzie jeden ich utwór, i to właśnie ten wrzucony przez Musiała. Niemniej, to było kiedyś, a dokładnie koło 2007 r. Miałem nawet okazję zagrać go na jednej, jedynej imprezie, na której wystąpiłem jako DJ (ale ściemniałem ostro, bo miałem wszystko wypalone na CD, łącznie z przejściami XDDD). Odpaliłem teraz ten numer pierwszy raz od chyba 10 lat, o ile nie więcej. Od razu dopadły mnie flashbacki, to to był raczej podły rok dla mnie. Pamiętam, że na fali tego singla, sięgnąłem wtedy po album „Witching Hour”, który okazał się niesamowitym wręcz rozczarowaniem. Obecnie, nie jestem w stanie też strawić wokalu w tym kawałku, zresztą już stękałem na tego typu gdakanie i to chyba nawet gdzieś u Deva. No niestety, nie przetrwało to próby czasu, zresztą degradacja mojej sympatii do tej piosenki nastąpiło już kilka Munlupów temu, i wszystkie te Munlupy nie lubiły Ladytron. Panowie Dev i Shodan fundują mi ostatnio bardzo dużo nieprzyjemnych powrotów do kiepskich czasów, oczywiście to jest mój problem, ale jest jak jest. Obiektywizm nie ratuje sytuacji, bo o ile w 2007 r. faktycznie lubiłem i słuchałem dużo „Destroy Everything You Touch”, tak gdybym słuchał tego pierwszy raz obecnie, to raczej od razu bym mehnął. Mam całkiem miłe wspomnienia z innym utworem Ladytron pt.: „Mirage”, w którym Ladytron śpiewają o tym, że należy ciupciać PiS i konfederację. Te wspomnienia oczywiście związane są z Porcupine Tree Kolegą Adrianem. Nie wiem, bardzo liczę na to, że Musiał czyści teraz magazyn z takich utworów, żeby wrócić na święta z czymś na miarę zeszłorocznej Kate Bush. Nie hejtuje, ale to trochę taka sytuacja, że przychodzisz na imprezę do kolegi i on ci przedstawią swoją przyjaciółkę, która okazuje się twoją starą znajomą, z którą się już nie lubisz. Nie jest to kolegi wina, ale atmosfera jest odpowiednio chłodna.

Felipe Gordon - Don't Mess With My Moog

Śmialiśmy się z Murzynem, że pewnie mehnę na jego wrzutę, skoro ja taki leśny dziadek w grudniu jestem i z gaju nie wychodzę. W drugą stronę to faktycznie tak zadziałało, wpieprzyłem się Jackowi na dyskotekę z sennym Pink Floyd i zostałem usunięty przez ochronę. Tymczasem ja odpaliłem Filipa Gordona w swoim boomeskim pokoju z wielkim plakatem Rogera Watersa, z czasów kiedy jeszcze ktokolwiek go lubił, i wcale nie meham. Wręcz przeciwnie, bardzo fajnie mi się kojarzy ten numer z audycją „Klubowe granie”, którą jakieś 20 lat temu, miał w Trójce Sebastian Korsak. Zdarzało mi się jej słuchać, bo była chyba zaraz przed lub zaraz po jakiejś innej audycji, której słuchałem regularnie. Do dziś mam kasety z nagraniami tego programu, sporo dobrego klubowego materiału tam się znalazło. Nie słucham jakoś bardzo często tej muzy, ale jest spoko. Numer Murzyna ma ten taki senny synth w tle, który robi całą robotę. Jest dobrze.

Labrinth - All for us (feat. Zendaya)

Dobre wrażenie zrobiła wstępnie, jeszcze przed słuchaniem, Zendaya wymieniona na feacie, bo ja Zendayę lubię. O Labrinth do tej pory nie słyszałem, Murzyn mnie tylko nastraszył, że to guano jest. Odpaliłem kawałek i generalnie jest ok, ale wokal tego Labrintha to jest po prostu jakiś koszmar. Tego dukania nie da się słuchać, kojarzy mi się z takimi chamskimi mashupami, kiedy do dobrego wykonania dokłada się jakiś kompletnie niepotrzebny feat. I żeby było śmieszniej, tutaj to feat, czyli Zendaya, robi doskonałą robotę, a facet powinien zamknąć się i robić muzykę. Bo muzycznie jest spoko i uwaga, bardzo mi się podoba ten motyw wiewiórkowy, dodaje takiej kwaśnej, fajnej atmosfery. Próbowałem znaleźć wersję z samą Zendayą, ale nie wiem szczerze mówiąc o czym Wuja mówi, każda z YT, którą włączam (w tym bezpośrednio z serialu) ma tego typa na wokalu w tle. Tak więc jestem trochę w kropce, bo jako fan Zendayi, jestem oczywiście zadowolony z jej wykonania i sama piosenka też mi się podoba. Udział wokalny Labrintha to jest jednak kilkutonowa kotwica, przez to zwyczajnie nie będę miał ochoty wracać do tego kawałka, więc jedyny ratunek to jakaś wersja Zendaya solo.

Metallica - Master of Puppets

Śmieszna sprawa, bo ja w ogóle nie odbieram Metalliki jako zespołu metalowego. Nie ma to sensu, wiem, bo to są dziadki metalu, ale z drugiej strony, metal kojarzy mi się zazwyczaj z jakimiś obrzyganymi licealistami pod biedronką, a Metallica taka nigdy nie była (albo ja jej tak nie widziałem). Zespół poznałem w latach 90-tych, kiedy zobaczyłem w 30 ton kawałek „Memory Remains”. To była Meta jaką polubiłem, czyli ta bardziej alt-rockowo-metalowa. Potem dopiero sięgnąłem po oryginalne, trashowe płyty i co… okazało się, że to jest niesamowicie przystępna muzyka, jak na metal. Inna sprawa, że ja chyba mam po prostu soft spot dla metalu z lat 80, wszystko to było takie mniej przerysowane, mniej ukierunkowane na czczenie kozła i palenie kościołów. Ja nigdy koneserem metalu nie byłem, ale amerykański metal lubiłem między innymi właśnie za to, że był taki przystępny. Do Iron Maiden się ostatecznie nie przekonałem, ale do Mety zdarza mi się wracać, a już szczególną sympatią darzę właśnie „Master of Puppets”. Fajne riffy, dobra melodia wokalu, trochę chamski mellow segment w środku (ale jak najbardziej obligatoryjny), i podwójna solówka z lasu, a potem ten pochód z mantrą „master, master”, który robił na mnie za nastolatka spore wrażenie. Całkiem kompleksowa kompozycja, jak na grupę młodych metalowców. Dziwi mnie zdanie Murzyna, że Metallica to coś dla totalnych kuców, bo wydaje mi się właśnie, że to jest jeden z niewielu naprawdę wiarygodnych towarów eksportowych ze świata kuców, dla normalnych ludzi. Ja miałem swój okres kuca, miałem włosy do pasa, koszulkę z kozłem, itd. Kiedy wyszedłem z tego okresu, za mostem zostało wiele zespołów metalowych, jak np. Sepultura, i pierdyliard innych, których nazw nie pomnę, ale akurat Metallica została i teraz też z przyjemnością przesłuchałem sobie „Master of Puppets” i jakoś tak po prostu fajnie mi się zrobiło.

Kolejka fajna, Dragon i Mentos tutaj dzielą tron, ale po równo, bo jednego utworu nie znalem, a drugi znam aż za dobrze. Potem Mudżajto z bełchatowską dyskoteką i Wujek z kawałkiem, który jest ekwiwalentem pięknego i smacznego tortu, na który ktoś w ostatniej chwili napluł. Dev niestety nie ma u mnie łatwo ostatnio, ale on wie, że ja Ladytron nie lubię, więc myślę, że uczuć mu nie zraniłem. Następny przystanek: Święta!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 gru 2023 13:50

stripped pisze:
19 gru 2023 11:45
1:58, 2:01, jak Ty tego nie słyszysz jak one śpiewają refren w tle to ja nie wiem, ogłuchłeś na strzelnicy może :o
Już wiem, o co chodzi. Ja byłem przekonany, że to tak brzmiący klawisz. I szczerze mówiąc nadal tak to odbieram. W życiu nie słyszę tam żadnego tekstu. :roll:
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 gru 2023 15:07

Hien pisze:
19 gru 2023 11:57
Próbowałem znaleźć wersję z samą Zendayą, ale nie wiem szczerze mówiąc o czym Wuja mówi, każda z YT, którą włączam (w tym bezpośrednio z serialu) ma tego typa na wokalu w tle.

https://www.youtube.com/results?search_ ... all+for+us

No jest Labrinth w tle. Pisałem, że ma tam niewielką rolę, robi za chórki, ale w tej wersji całą główną melodię ciągnie jednak Zendaya.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 gru 2023 12:48

Misie pysie, teraz zauważyłem, że jutro startuje świąteczna kolejka (bo kiedy ma wystartować), a tu nic. Dziwne, że kolejka z Metalliką, Pink Floyd, i jakimś elektro Musiała, sprawia tyle problemów. Dawać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 gru 2023 13:57

Ja będę. Właśnie opisuję utwory.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 gru 2023 14:56

Pink Floyd – Embryo

Już dwa albumy Floydów tutaj poznałem i wspominam je całkiem nie najgorzej. Był też utwór Pigs, który wspominam wręcz miło. No i tutaj też jest spoko. Nie wywołuje to może przyspieszonego tętna, ale przyjemnie się słucha. Dobre dziaderstwo nie jest przecież złe. Spokojny i klimatyczny utwór, który w pewnych sytuacjach może smakować nawet jeszcze bardziej. Łagodny wokal dobrze się zgrywa z bardzo spokojną aranżacją. Akustyczna gitara wespół z pianinem i chyba fletem malują bardzo ładny muzyczny pejzaż. Perkusja łagodnie pyka. Basik brzęczy. Do tego ładna melodia. Można się naprawdę przy tym wyluzować, odpłynąć. I nawet te zwierzęce odgłosy na końcu mi nie przeszkadzają. Jest spoko.

Ian Boddy - Box of Secrets

Murzyn napisał ciekawą uwagę – że takie rzeczy nie najlepiej sprzedają się w singlowym formacie naszej bestki. Coś w tym niby jest. Wiem, że sam wiele z instrumentali Dragona chwaliłem, ale potem jak na liście czytam nazwy i tytuły, to często nie potrafię z marszu powiedzieć co jest co. A jak tworzę jakiś podsumowujący top, to też te instrumentale często ucierpią w starciu z przebojmi ze względu na brak tej przebojowości właśnie. Przeciętny słuchacz znacznie częściej sięgnie po wokalny 4-minutowy utwór niż np. 15-minutowy instrumental.
Na Sportify założyłem playlisty z nazwą każdego uczestnika bestek i odsłuchując ponownie utwory od pierwszej kolejki wrzucam te wasze utworu, które mi się podobają, do odpowiednich plejek. Ale Dragon jako jedyny ma dwie playlisty. Jedna nazywa się po prostu „Dragon”, a druga „Ambient”. Bo postanowiłem nie mieszać instrumentali z innymi piosenkami. Nie potrafię zbytnio słuchać tak wymieszanych utworów. Jak mam ochotę na klimatyczne ambientowe instrumentale, to właśnie wtedy odpalę plejkę z nazwą „Ambient”. I utwór Box of Secrets oczywiście też tam obowiązkowo ląduje. Bo to bardzo dobry kawałek muzyki. Najbardziej lubię pierwsze 3 minuty, kiedy jest tak bardzo spokojnie, wręcz sennie. Ale w tle dużo fajnych rzeczy się dzieje. I te dzwoneczki. Słuchając też mam wrażenie, jakbym przemierzał kosmos. Za małą mam wiedzę na temat takiej muzyki, żebym umiał robić jakieś porównania, ale akurat Żara rzeczywiście miejscami słychać. Potem utwór się rozwija. Dalej jest dobrze i ciekawie, choć ja bym wolał, żeby cały utwór brzmiał, jak te pierwsze 3 minuty. Bo potem mimo, że dużo więcej się dzieje, to ten magiczny kosmiczny klimat gdzieś się nieco rozpływa. Co by jednak nie mówić to jest naprawdę bardzo dobra nuta.

Ladytron - Destroy Everything You Touch

Dev nie przestanie mnie zaskakiwać swoją pamięcią do wydarzeń z przeszłości (i zresztą nie tylko on na tym forum). „Jesienią 2007 roku robiłem to i to i byłem w takim a takim nastroju i słuchałem takiej a takiej muzyki, która wywoływała u mnie takie a takie odczucia”. Hien wspominał kiedyś, że Dev wiele szczegółów na temat muzyki i nie tylko wali z głowy na poczekaniu bez żadnego wcześniejszego przygotowania. I właściwie teraz już w to wierzę. Chciałbym mieć taką pamięć.
Co do Ladytron – nie znam tego kompletnie. Niemniej ten utwór podoba mi się. Coś ma w sobie takiego, że dobrze mi się tego słucha. Dobry i energiczny utwór. Padały tu zarzuty, że brzmienie generik, że utwór na jedno kopyto. Ale co mnie to. Każdy z nas wrzucał takie utwory. Ważne, że mnie fajnie buja. Na playlistę od Deva wleci i czasami z głośników poleci. Podoba mi się linia melodyczna i wokal w sumie też pasuje. Jest ok.

Felipe Gordon - Don't Mess With My Moog

Ja ogólnie nie przepadam za muzyką klubową. Nie mówię, że nie lubię w ogóle, bo to już parę razy się naciąłem. Jest muzyka klubowa i muzyka klubowa. Ale zawsze podchodzę do tego gatunku z pewną ostrożnością. Tutaj w sumie nie jest źle. Początkowe minuty są nawet dobre. Automat perkusyjny bardzo fajnie i rytmicznie cyka, stopa też robi robotę. Ciekawy synth się pojawia. Ale jak wchodzi ten piskliwy klawisz, to się robi irytująco. Już coś takiego przerabiałem w utworze Roya Ayersa w drugiej edycji bestki. Tam dobry utwór został zabity przez piskliwy syntezator. Tutaj aż tak wkurzający ten dźwięk nie jest, ale jednak. A szkoda, bo mi to wyraźnie wadzi. W ogóle to takiego typu housik zawsze kojarzy mi się z galeriami handlowymi. Wchodzi się do jakiegoś sklepu odzieżowego, a z głośników cicho sączy się podobna nuta. I to jest fajne, bo robi klimacik. Jako klient bardzo dobrze się z tym czuję. Do wieczornych zasiadek w słuchawkach czy na spacer raczej się dla mnie nie nadaje. To typowa muzyka tła.

Metallica - Master of Puppets

Mentos drugą kolejkę z rzędu wrzuca szarpidrutów, więc raczej się spodziewał, że mego serca nie podbije. Ja wiele niechęci już w tej bestce przełamywałem, wiele lodu stopiłem, wiele uprzedzeń przezwyciężyłem, ale do metalu to mnie nawet czołgiem nie zaciągniecie. I nie ważne, czy to metal mniej czy bardziej przystępny. Czy to mniej czy bardziej znana marka. Metal to metal i już. Oczywiście paradoksalne dźwięk elektrycznej ostrej gitary nawet doceniam. I jak gdzieś jest dobrze wykorzystana w rozsądnych ilościach, to ok. Wilson też w pewnym okresie od tego nie stronił i chociaż nie wszystko mi podchodziło, to pewne rzeczy sobie ceniłem. Ale słuchać albumu, gdzie od A do Z napieprzają elektryki, to porzygać się można. Nawet ten Master of Puppets wystarczył, żeby dać mi popalić. W ogóle to znam ten tytuł i myślałem, że znam też utwór. Ale jak puściłem, to kompletnie jednak nie kojarzyłem tego numeru. Za to mój kolega z pracy, który siedział u mnie w kancelarii i przysypiając słuchał ze mną playlisty z 21-ej kolejki na pierwsze dźwięki MoP aż podskoczył na fotelu z wrażenia. Wszak to stary fan Metallicy jest. Mnie się jego entuzjazm nie udzielił. Jeszcze takiego Enter Sandmana bym przeżył, ale Master of Puppets kompletnie mi się nie podoba. Nawet nie będę tutaj pisał o żadnych szczegółach tego utworu, bo dla mnie to brzmi jak odgłos piły tarczowej. No sorry, metala ze mnie nie zrobicie za Chiny Ludowe. I mam tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy wrzucać metalowego albumu do bestki, bo pogryzę wszystkich sąsiadów.
Nawet w jednej z moich ulubionych gier komputerowych - Quake 2 - zawsze wyłączałem muzykę podczas rozgrywki (jako jedynej), bo nie byłem w stanie znieść rzępolenia na gitarach Reznora. Już wolałem po prostu ciszę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 gru 2023 21:18

Ale Trent nie robił muzy do Quake'a 2, tylko do jedynki xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn