Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Peter Gabriel - Peter Gabriel 3: Melt
Im dłużej bawię się w to pisanie o muzyce, tym bardziej dociera do mnie, że nie tylko nie mam o niej bladego pojęcia, ale za cholerę nie umiem o niej pisać. Teoretycznie niemal dwa lata poświęcone na cykliczne omawianie randomowych płyt i piosenek z przeróżnych gatunków nagrywanych przez przeróżnych artystów powinny poszerzyć moje horyzonty i otworzyć mi łeb. Włąściwie to może i faktycznie w jakimś stopniu miało miejsce, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak często miewam blokady we łbie, gdy próbuję coś o tych rzeczach napisać, nie mówiąc o tych nielicznych momentach, gdy próbuję z siebie wykrzesać coś niestandardowego.
Taki moment miał miejsce przed chwilą, chciałem bowiem napisać coś nibytobłyskotliwego o tym, że warto sięgać po rzeczy, których się nie lubi i rewidować swoje poglądy na muzykę, ale szybko uświadomiłem sobie, że to jakby trochę tu i tak robimy, a i ktoś tu coś takiego pisał. W każdym razie jednym z beneficjentów takiej postawy u mnie jest Peter Gabriel - artysta, o którym zawsze wiedziałem, że jest wielki, ale dopiero jakoś w tym roku NAPRAWDĘ to do mnie dotarło.
Według RYMa, któremu w tych tematach raczej wierzę, znam ten album z 10 lat. Ni cholery nie pamiętam swojego pierwszego odsłuchu, ta płyta w mojej świadomości przez lata figurowała jako jeden z albumów w dziejach muzyki w zasadzie do tamtego roku. Nie wiem o czym to świadczy, ale się domyślam, a w moich domyślaniach utrzymuje mnie lista płac tej płyty: Kate Bush, Phil Collins, Robert Fripp, Tony Levin. Ja wiem, że nazwiska nie grają, w muzyce zwłaszcza, ale cholera jasna - przecież to jest skład na poziomie Galacticos czy innego Chicago Bulls 96/97.
Niemniej, zamiast się kajać, nad swoją ignorancją, wolę jednak cieszyć się faktem, że do niej DOJRZAŁEM. Kiedyś tam gdzieś tam użyłem w kontekście tej płyty określenia "neurotyczno-ezoteryczno-psychodeliczna" - jak siebie tak teraz czytam, to brzmi to trochę jak slogan, a trochę jak bełkot (czyli jak ja), ale faktem jest, że ma ona specyficzną aurę. To aura właśnie neurotycznych faz, odrzucenia, alienacji, chorób psychicznych i tego całego toksycznego syfu, który się nam gromadzi w głowach i z którym borykamy się żyjąc w tzw. społeczeństwie. Tutaj mi się odruchowo nasunęło skojarzenie z serialem Bojack Horseman, który pewnie wielu z was zna, ale uznałem, że to chyba zbyt odległe powiązanie i zbyt mocny take, ale jeśli chodzi o oddawanie takich klimatów, to to chyba mało które teksty kultury mogą się z nimi równać.
Garść słów o moich faworytach. Games Without Frontiers już słyszeliście - urocza wyliczanka o zawiłościach relacji międzyludzkich. Uwzględniam, bo to jednak był ten trigger, który mnie przekonał do całości. NO SELF CONTROL to chyba mój faworyt, latem tego roku miałem zajawkę na poziomie wręcz munlupowej fascynacji Fishmansami sprzed paru lat - wałkowałem na okrągło. Przejście na perkusji w 1:30 to jedna z najpiękniejszych i najmocniejszych rzeczy jakie znam, tak samo jak wokalizy Kate Bush. Jako ktoś, kto zmagał się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi jakoś tak bardziej się utożsamiam z tym kawałkiem, niż robiłaby to zdrowa jednostka, gdyż uważam, że Gabriel doskonale oddał tutaj stan tej manii, tego pierdolca, kiedy człowiek traci kontrolę nad swoim rozsądkiem i ulega chorej manii. Family Snapshot to rzecz wielka, bo naprawdę łatwo o to, by historię o zamachu opowiadaną z perspektywy zamachowca z wątkiem trudnego dzieciństwa przedstawić tak, by nie brzmiała pretensjonalnie, tanio i ckliwie. Honorable mention dla neurotycznego Intrudera oraz za pomysł wrzucenia instrumentala pod tytułem START na trzecią pozycję na trackliście - BTW czy tylko mi, w jakimś tam stopniu, ale jednak, kojarzy się z Zeldą? Pewnie tak.
Albo i nie. Przekonam się kiedyś tam. Na razie tylko sugeruję wam, byście brali i słuchali tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... S7FrCLxs0V
Im dłużej bawię się w to pisanie o muzyce, tym bardziej dociera do mnie, że nie tylko nie mam o niej bladego pojęcia, ale za cholerę nie umiem o niej pisać. Teoretycznie niemal dwa lata poświęcone na cykliczne omawianie randomowych płyt i piosenek z przeróżnych gatunków nagrywanych przez przeróżnych artystów powinny poszerzyć moje horyzonty i otworzyć mi łeb. Włąściwie to może i faktycznie w jakimś stopniu miało miejsce, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak często miewam blokady we łbie, gdy próbuję coś o tych rzeczach napisać, nie mówiąc o tych nielicznych momentach, gdy próbuję z siebie wykrzesać coś niestandardowego.
Taki moment miał miejsce przed chwilą, chciałem bowiem napisać coś nibytobłyskotliwego o tym, że warto sięgać po rzeczy, których się nie lubi i rewidować swoje poglądy na muzykę, ale szybko uświadomiłem sobie, że to jakby trochę tu i tak robimy, a i ktoś tu coś takiego pisał. W każdym razie jednym z beneficjentów takiej postawy u mnie jest Peter Gabriel - artysta, o którym zawsze wiedziałem, że jest wielki, ale dopiero jakoś w tym roku NAPRAWDĘ to do mnie dotarło.
Według RYMa, któremu w tych tematach raczej wierzę, znam ten album z 10 lat. Ni cholery nie pamiętam swojego pierwszego odsłuchu, ta płyta w mojej świadomości przez lata figurowała jako jeden z albumów w dziejach muzyki w zasadzie do tamtego roku. Nie wiem o czym to świadczy, ale się domyślam, a w moich domyślaniach utrzymuje mnie lista płac tej płyty: Kate Bush, Phil Collins, Robert Fripp, Tony Levin. Ja wiem, że nazwiska nie grają, w muzyce zwłaszcza, ale cholera jasna - przecież to jest skład na poziomie Galacticos czy innego Chicago Bulls 96/97.
Niemniej, zamiast się kajać, nad swoją ignorancją, wolę jednak cieszyć się faktem, że do niej DOJRZAŁEM. Kiedyś tam gdzieś tam użyłem w kontekście tej płyty określenia "neurotyczno-ezoteryczno-psychodeliczna" - jak siebie tak teraz czytam, to brzmi to trochę jak slogan, a trochę jak bełkot (czyli jak ja), ale faktem jest, że ma ona specyficzną aurę. To aura właśnie neurotycznych faz, odrzucenia, alienacji, chorób psychicznych i tego całego toksycznego syfu, który się nam gromadzi w głowach i z którym borykamy się żyjąc w tzw. społeczeństwie. Tutaj mi się odruchowo nasunęło skojarzenie z serialem Bojack Horseman, który pewnie wielu z was zna, ale uznałem, że to chyba zbyt odległe powiązanie i zbyt mocny take, ale jeśli chodzi o oddawanie takich klimatów, to to chyba mało które teksty kultury mogą się z nimi równać.
Garść słów o moich faworytach. Games Without Frontiers już słyszeliście - urocza wyliczanka o zawiłościach relacji międzyludzkich. Uwzględniam, bo to jednak był ten trigger, który mnie przekonał do całości. NO SELF CONTROL to chyba mój faworyt, latem tego roku miałem zajawkę na poziomie wręcz munlupowej fascynacji Fishmansami sprzed paru lat - wałkowałem na okrągło. Przejście na perkusji w 1:30 to jedna z najpiękniejszych i najmocniejszych rzeczy jakie znam, tak samo jak wokalizy Kate Bush. Jako ktoś, kto zmagał się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi jakoś tak bardziej się utożsamiam z tym kawałkiem, niż robiłaby to zdrowa jednostka, gdyż uważam, że Gabriel doskonale oddał tutaj stan tej manii, tego pierdolca, kiedy człowiek traci kontrolę nad swoim rozsądkiem i ulega chorej manii. Family Snapshot to rzecz wielka, bo naprawdę łatwo o to, by historię o zamachu opowiadaną z perspektywy zamachowca z wątkiem trudnego dzieciństwa przedstawić tak, by nie brzmiała pretensjonalnie, tanio i ckliwie. Honorable mention dla neurotycznego Intrudera oraz za pomysł wrzucenia instrumentala pod tytułem START na trzecią pozycję na trackliście - BTW czy tylko mi, w jakimś tam stopniu, ale jednak, kojarzy się z Zeldą? Pewnie tak.
Albo i nie. Przekonam się kiedyś tam. Na razie tylko sugeruję wam, byście brali i słuchali tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... S7FrCLxs0V
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czytam i tak sobie pomyślałem od razu - OHO, pewnie mentos znowu jakąś lipną playlistę dorwał xDmintaj pisze:18 wrz 2023 13:12pomysł wrzucenia instrumentala pod tytułem START na trzecią pozycję na trackliście
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Pozamiatane
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Rok 2011 był dla mnie bardzo ciekawy z różnych względów: po pierwsze, zapisałem się na forum Devotees
. Po drugie, jesienią tamtego roku wybrałem się, za namową mamy, wspólnie z nią na gliwicki festiwal muzyki dawnej i improwizowanej All Improvviso, na koncert pięciorga ludzi, z których najważniejszą postacią była katalońska harfistka i śpiewaczka Arianna Savall, córka słynnego Jordiego i Montserrat Figueras, zmarłej niedługo później (ojciec już wiekowy, ma ponad 80 lat, też miałem okazję go podziwiać na żywo, człowiek po prostu żyje muzyką i jest najbardziej fenomenalną postacią, jaką widziałem), siostra także śpiewającego Ferrana (brat o dość wysokim głosie). Podczas występu zaprezentowano materiał z nowej płyty Peiwoh i muszę przyznać, że żaden odsłuch płyty, którą nabyłem po koncercie, nie może się równać z klasą występu na żywo (a słyszałem Preghierę i później), to nie muzycy elektroniczni. Ta muzyka z odtwarzacza sprawia po prostu wrażenie bardzo płaskiej i to ogólnie cecha albumów z gatunku muzyka świata czy dawna, nie słyszałem czegokolwiek, co brzmiałoby lepiej z krążka niż na żywo (jeśli słyszałem na żywo, a w sumie aż tak dużo tego nie było).
Arianna Savall - Peiwoh
https://www.youtube.com/watch?v=pf7x1fz ... 1FYE9_slLg
Nie będę opisywał każdego utworu ze szczegółami, nie mam zresztą po temu kompetencji. Powiem tylko, że duża część z nich kapitalnie wciąga w swój świat w miarę poznawania. Tytuł nawiązuje do chińskiej legendy o księciu harfistów, Peiwoh, która zaprezentowana jest w książeczce (opowiada o magii sztuki, o sztuce jako świętym akcie, pustce napełnianej dźwiękami, księciu prezentującym cesarzowi Chin bogactwo świata za pomocą instrumentu). Nawiasem mówiąc: albumy wytwórni Alia Vox są bardzo pięknie wydane: grafika, dobrej jakości materiały, wprowadzenie do muzyki, teksty utworów, wszystkie szeroko opisane wraz inspiracjami, to się ceni! Inspiracje z całego świata: Italii, Wschodu, Wysp Brytyjskich.
Płyta zaczyna się od wrzucanej już kiedyś przeze mnie do bestki utworowej Preghiery, czyli modlitwy opartej na słowach św. Franciszka z Asyżu. Wspaniała, majestatyczna pieśń z bogatym instrumentarium - oprócz harf Arianny na albumie pojawiają się skrzypce kapitalnego Norwega Pettera Udlanda Johansena, kontrabas, gitary i różnego rodzaju instrumenty perkusyjne (sposób, w jaki pan Mayoral nadawał rytm kompozycjom podczas koncertu Jordiego Savalla, jego wyczucie, zrozumienie, delikatność czynią go w moim odczuciu najlepszym perkusistą, jakiego w życiu miałem okazję podziwiać). Śpiewa tylko ona (na pierwszym planie, na drugim Johansen i Ferran), głos pana Johansena można podziwiać w innych produkcjach (niski, głęboki, z potężną siłą). Delikatne brzmienie, śpiew to spokojny, to bardzo podniosły, piękne wokalizy, całość bardzo rytmiczna i taneczna. Potem równie cudne El Llenguatge dels Ocells (język ptaków), urocze, delikatne, pieśń o pięknie natury i o Franciszku. Najpiękniejszy, według mnie, moment albumu to utwory 5-7: instrumentalne Suite Celta i Aurora, ta pierwsza o tanecznym rytmie, którego intensywność narasta, w drugiej czuć niemal mistyczną radość, a pomiędzy nimi podniosła, bardzo emocjonalna, ascetyczna Cancion de la Muerte Pequena o wolnym rytmie, najdłuższa na płycie, w której końcowe uderzenia bębenków są jak rytm gasnącego serca. Równie wspaniały, jak Aurora, jest utwór tytułowy. Ważne zawsze były jeszcze dla mnie trzy pieśni: Adoucit La Melodie (fantastyczna, wesoła, taneczna melodia rodem ze świata Środkowego Wschodu, czuć z tej pieśni radość życia), La Musica Callada (tytuł świetnie tu pasuje; tu mamy pieśń miłosną; bardzo podobają mi się elementy rytmiczne i dźwięki przypominające nieco cykanie owadów) i Corazon: Muere O Canta. Większość utworów krótka, bogato inkrustowana różnymi ozdobnikami (jak śpiew ptaków, różne bębenki, na żywo grali np. na bębenku wypełnionym grochem), treściwa. Charakterystyczne uderzenia na początku Animy Nostry nawiązującej do dawnej muzyki chóralnej z oszczędnym akompaniamentem.
Odkrycie tego świata było dla mnie czymś zupełnie odmiennym od wszelkich poszukiwań w muzyce dotąd, aczkolwiek, muszę przyznać, że na odbiór bardzo wpłynęło odczuwanie tych utworów na koncercie (np. Cancion de la Muerte Pequena z końcową wokalizą, całym napięciem budowanym przez środek utworu) i potem jakoś nie potrafiłem się przekonać do wersji płytowych. Ale uczęszczałem na festiwal jeszcze ładnych parę lat i każdy niemal koncert był wielkim przeżyciem (pamiętam, jak dla Arianny i Pettera Johansena olałem mecz Polska-Niemcy, ten słynny, bo wygrany, ale miałem rację). Lubię czasem wrócić do takiej muzyki, w której nie ma narzucającego się bitu, a są piękne, delikatne, długie sekwencje, taneczne rytmy, miękkie lub poważne głosy. Przy takim bogactwie świata przedstawionego ma się potem zupełnie inne spojrzenie na świat i na bardziej współczesne propozycje (choć kompozycje i aranżacje są tutaj świeże). I jest to świat do zdecydowanie samodzielnego odkrywania, bo reklam jego oglądamy raczej niewiele. Ech, móc się w tym głębiej zatopić!
Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tą piękną płytą!
Arianna Savall - Peiwoh
https://www.youtube.com/watch?v=pf7x1fz ... 1FYE9_slLg
Nie będę opisywał każdego utworu ze szczegółami, nie mam zresztą po temu kompetencji. Powiem tylko, że duża część z nich kapitalnie wciąga w swój świat w miarę poznawania. Tytuł nawiązuje do chińskiej legendy o księciu harfistów, Peiwoh, która zaprezentowana jest w książeczce (opowiada o magii sztuki, o sztuce jako świętym akcie, pustce napełnianej dźwiękami, księciu prezentującym cesarzowi Chin bogactwo świata za pomocą instrumentu). Nawiasem mówiąc: albumy wytwórni Alia Vox są bardzo pięknie wydane: grafika, dobrej jakości materiały, wprowadzenie do muzyki, teksty utworów, wszystkie szeroko opisane wraz inspiracjami, to się ceni! Inspiracje z całego świata: Italii, Wschodu, Wysp Brytyjskich.
Płyta zaczyna się od wrzucanej już kiedyś przeze mnie do bestki utworowej Preghiery, czyli modlitwy opartej na słowach św. Franciszka z Asyżu. Wspaniała, majestatyczna pieśń z bogatym instrumentarium - oprócz harf Arianny na albumie pojawiają się skrzypce kapitalnego Norwega Pettera Udlanda Johansena, kontrabas, gitary i różnego rodzaju instrumenty perkusyjne (sposób, w jaki pan Mayoral nadawał rytm kompozycjom podczas koncertu Jordiego Savalla, jego wyczucie, zrozumienie, delikatność czynią go w moim odczuciu najlepszym perkusistą, jakiego w życiu miałem okazję podziwiać). Śpiewa tylko ona (na pierwszym planie, na drugim Johansen i Ferran), głos pana Johansena można podziwiać w innych produkcjach (niski, głęboki, z potężną siłą). Delikatne brzmienie, śpiew to spokojny, to bardzo podniosły, piękne wokalizy, całość bardzo rytmiczna i taneczna. Potem równie cudne El Llenguatge dels Ocells (język ptaków), urocze, delikatne, pieśń o pięknie natury i o Franciszku. Najpiękniejszy, według mnie, moment albumu to utwory 5-7: instrumentalne Suite Celta i Aurora, ta pierwsza o tanecznym rytmie, którego intensywność narasta, w drugiej czuć niemal mistyczną radość, a pomiędzy nimi podniosła, bardzo emocjonalna, ascetyczna Cancion de la Muerte Pequena o wolnym rytmie, najdłuższa na płycie, w której końcowe uderzenia bębenków są jak rytm gasnącego serca. Równie wspaniały, jak Aurora, jest utwór tytułowy. Ważne zawsze były jeszcze dla mnie trzy pieśni: Adoucit La Melodie (fantastyczna, wesoła, taneczna melodia rodem ze świata Środkowego Wschodu, czuć z tej pieśni radość życia), La Musica Callada (tytuł świetnie tu pasuje; tu mamy pieśń miłosną; bardzo podobają mi się elementy rytmiczne i dźwięki przypominające nieco cykanie owadów) i Corazon: Muere O Canta. Większość utworów krótka, bogato inkrustowana różnymi ozdobnikami (jak śpiew ptaków, różne bębenki, na żywo grali np. na bębenku wypełnionym grochem), treściwa. Charakterystyczne uderzenia na początku Animy Nostry nawiązującej do dawnej muzyki chóralnej z oszczędnym akompaniamentem.
Odkrycie tego świata było dla mnie czymś zupełnie odmiennym od wszelkich poszukiwań w muzyce dotąd, aczkolwiek, muszę przyznać, że na odbiór bardzo wpłynęło odczuwanie tych utworów na koncercie (np. Cancion de la Muerte Pequena z końcową wokalizą, całym napięciem budowanym przez środek utworu) i potem jakoś nie potrafiłem się przekonać do wersji płytowych. Ale uczęszczałem na festiwal jeszcze ładnych parę lat i każdy niemal koncert był wielkim przeżyciem (pamiętam, jak dla Arianny i Pettera Johansena olałem mecz Polska-Niemcy, ten słynny, bo wygrany, ale miałem rację). Lubię czasem wrócić do takiej muzyki, w której nie ma narzucającego się bitu, a są piękne, delikatne, długie sekwencje, taneczne rytmy, miękkie lub poważne głosy. Przy takim bogactwie świata przedstawionego ma się potem zupełnie inne spojrzenie na świat i na bardziej współczesne propozycje (choć kompozycje i aranżacje są tutaj świeże). I jest to świat do zdecydowanie samodzielnego odkrywania, bo reklam jego oglądamy raczej niewiele. Ech, móc się w tym głębiej zatopić!
Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tą piękną płytą!
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Melki mnie przekonał, a zapoznam się, zaryzykuję!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Powiedziałbym że nie masz wyjścia 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mansun – Attack of the Grey Lantern
Teaser został dobrze przyjęty w ubiegłym roku, ale nawet gdyby został zmieszany z błotem przez wszystkich, to ten album by się tutaj pojawił. Można powiedzieć, że fanatykiem zespołu stałem się overnight (jeśli za night przyjmiemy jakieś dwa tygodnie). To może się wydawać niektórym zaskakujące, ale to było odkrycie znacznie większe niż Fishmans. Bardzo rzadko, ale zdarza się, że człowiek słyszy zespół i czuje się jak wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczył swoja dziewczynę/żonę, itd., po prostu wiesz, że to jest ten zespół, że to jest to brzmienie, że jest po prostu to mityczne TO.
Wspominałem już o tym przy wrzucie Jedynej Piosenki Miłosnej Mansun, ale streszczę – poznałem ten zespół późną jesienią 2016 r., na fali zachwytu nad kawałkiem Paula Drapera pt. „No Ideas”. Słuchałem tego albumu w nocy, leżąc już w łóżku i nie mogłem zasnąć, bo każdy kolejny kawałek mnie kompletnie zachwycał. Trudno będzie mi pisać o tym albumie, więc ograniczę się do minimum. Czym w ogóle jest „Attack of the Grey Lantern”? Paul nazwał go albumem konceptualnym w połowie. Powód był prozaiczny, w pewnym momencie skończyły się pomysły żeby zrobić z tego spójną opowieść, więc ostatecznie jest to bardzo impresjonistyczna historia, która czasami zakręca w kierunku jakichś konkretnych i związanych sobą wydarzeń. W skrócie – album jest/miał być o typowej angielskiej wiosce gdzie każdy z każdym się do siebie uśmiecha, a potem obrabia dupe, każdy kombinuje i ukrywa jakieś grube sekrety za drzwiami swojego domu. Jeżeli kiedykolwiek oglądaliście jakikolwiek typowo brytyjski serial kryminalny ala Morderstwa w Midsomer, czy adaptację Agathy Christie, to wiecie mniej więcej o co chodzi.
W piosenkach pojawiają się dziwne postacie, ale trudno to połączyć ze sobą z powodów wymienionych wyżej. Jedyny wątek, który faktycznie ma kontynuację i de facto zostaje pociągnięty do końca, to historia rozbierającego się Wikarego i jego córki Mavis, która okazuje się… no właśnie, nie będę zdradzał przecież. Musicie posłuchać płyty.
Podobnie jak w przypadku Sylviana, nie będe opisywał drobiazgowo utworów, bo zesram się tęczą, ale muzycznie, będziecie porywani do różnych światów. Są tu bondowskie zapożyczenia i klimaty, np. w „The Chad Who Loved Me” i „She Makes My Nose Bleed”, jest rock’n’roll w „Stripper Vicar”, epicki flirt z orkiestrą w balladowym finale „Dark Mavis”, jest psychodelia w „Mansun’s Only Love Song”, czy „Disgusting” oraz elektronika w „Taxloss”. Wszystkie chwyty były dozwolone, żaden instrument nie był wykluczony ze studia, ale co najważniejsze, wszystko to nie przyćmiło w żadnym stopniu charakterystycznego brzmienia zespołu. Jest w tej muzyce coś takiego, co brzmi jak Mansun, na czym by nie grali.
„Attack of the Grey Lantern” poprzez połączenie abstrakcyjnej narracji z dosyć kwaśną muzyką, ma nieco bajkowy charakter, jakby to był współczesny „Dziadek do Orzechów” czy coś. Niby zwykli ludzie śpiewający o zwykłych ludziach, ale unosi się nad tym narkotyczna atmosfera.
Pozostaje mi życzyć Wam dobrego odsłuchu i mam nadzieję, że płyty zaklika chociaż w połowie tak, jak to było u mnie.
https://www.youtube.com/watch?v=R1DwkPl ... _HNwAodn2s
W dzisiejszych czasach trudno ukryć takie rzeczy i obecność hidden tracków praktycznie straciła sens, ale szacun, że w playliście nie wydzielono dodatkowego kawałka, tylko zostawiono go w tracku z „Dark Mavis”. Ukryty utwór nazywa się „An Open Letter to Lyrical Trainspotter”.
Teaser został dobrze przyjęty w ubiegłym roku, ale nawet gdyby został zmieszany z błotem przez wszystkich, to ten album by się tutaj pojawił. Można powiedzieć, że fanatykiem zespołu stałem się overnight (jeśli za night przyjmiemy jakieś dwa tygodnie). To może się wydawać niektórym zaskakujące, ale to było odkrycie znacznie większe niż Fishmans. Bardzo rzadko, ale zdarza się, że człowiek słyszy zespół i czuje się jak wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczył swoja dziewczynę/żonę, itd., po prostu wiesz, że to jest ten zespół, że to jest to brzmienie, że jest po prostu to mityczne TO.
Wspominałem już o tym przy wrzucie Jedynej Piosenki Miłosnej Mansun, ale streszczę – poznałem ten zespół późną jesienią 2016 r., na fali zachwytu nad kawałkiem Paula Drapera pt. „No Ideas”. Słuchałem tego albumu w nocy, leżąc już w łóżku i nie mogłem zasnąć, bo każdy kolejny kawałek mnie kompletnie zachwycał. Trudno będzie mi pisać o tym albumie, więc ograniczę się do minimum. Czym w ogóle jest „Attack of the Grey Lantern”? Paul nazwał go albumem konceptualnym w połowie. Powód był prozaiczny, w pewnym momencie skończyły się pomysły żeby zrobić z tego spójną opowieść, więc ostatecznie jest to bardzo impresjonistyczna historia, która czasami zakręca w kierunku jakichś konkretnych i związanych sobą wydarzeń. W skrócie – album jest/miał być o typowej angielskiej wiosce gdzie każdy z każdym się do siebie uśmiecha, a potem obrabia dupe, każdy kombinuje i ukrywa jakieś grube sekrety za drzwiami swojego domu. Jeżeli kiedykolwiek oglądaliście jakikolwiek typowo brytyjski serial kryminalny ala Morderstwa w Midsomer, czy adaptację Agathy Christie, to wiecie mniej więcej o co chodzi.
W piosenkach pojawiają się dziwne postacie, ale trudno to połączyć ze sobą z powodów wymienionych wyżej. Jedyny wątek, który faktycznie ma kontynuację i de facto zostaje pociągnięty do końca, to historia rozbierającego się Wikarego i jego córki Mavis, która okazuje się… no właśnie, nie będę zdradzał przecież. Musicie posłuchać płyty.
Podobnie jak w przypadku Sylviana, nie będe opisywał drobiazgowo utworów, bo zesram się tęczą, ale muzycznie, będziecie porywani do różnych światów. Są tu bondowskie zapożyczenia i klimaty, np. w „The Chad Who Loved Me” i „She Makes My Nose Bleed”, jest rock’n’roll w „Stripper Vicar”, epicki flirt z orkiestrą w balladowym finale „Dark Mavis”, jest psychodelia w „Mansun’s Only Love Song”, czy „Disgusting” oraz elektronika w „Taxloss”. Wszystkie chwyty były dozwolone, żaden instrument nie był wykluczony ze studia, ale co najważniejsze, wszystko to nie przyćmiło w żadnym stopniu charakterystycznego brzmienia zespołu. Jest w tej muzyce coś takiego, co brzmi jak Mansun, na czym by nie grali.
„Attack of the Grey Lantern” poprzez połączenie abstrakcyjnej narracji z dosyć kwaśną muzyką, ma nieco bajkowy charakter, jakby to był współczesny „Dziadek do Orzechów” czy coś. Niby zwykli ludzie śpiewający o zwykłych ludziach, ale unosi się nad tym narkotyczna atmosfera.
Pozostaje mi życzyć Wam dobrego odsłuchu i mam nadzieję, że płyty zaklika chociaż w połowie tak, jak to było u mnie.
https://www.youtube.com/watch?v=R1DwkPl ... _HNwAodn2s
W dzisiejszych czasach trudno ukryć takie rzeczy i obecność hidden tracków praktycznie straciła sens, ale szacun, że w playliście nie wydzielono dodatkowego kawałka, tylko zostawiono go w tracku z „Dark Mavis”. Ukryty utwór nazywa się „An Open Letter to Lyrical Trainspotter”.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Będę podrzucał na bieżąco po każdej kolejce kompletną listę do wglądu z nowymi pozycjami.
Best of Albumy
Kolejka 1.
Nas - Stillmatic (Murzyn)
Leighton Meester - Heartstrings (munlup)
Karl Hyde - Edgeland (dev)
Recoil - subHuman (Dragon)
Depeche Mode - Violator (Czezu)
King Crimson - Discipline (mentos)
Sting - The Soul Cages (wujas)
Kolejka 2.
Papa Dance - Poniżej Krytyki (mentos)
Pezet/Noon - Muzyka Poważna (Murzyn)
Kraftwerk - Computer World (Czezu)
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York (munlup)
Tangerine Dream - Rubycon (Dragon)
no-man - Schoolyard Ghosts (wujas)
Stan Ridgway - Black Diamond (dev)
Kolejka 3.
Philip Glass - Koyaanisqatsi (Murzyn)
Blondie - Eat to the Beat (Melki)
The Advisory Circle - Other Channels (dev)
The Bravery - The Bravery (munlup)
Katie Melua - In Winter (wujas)
GAS - Pop (Dragon)
Grimes - Visions (mentos)
Kolejka 4.
The Cure - Seventeen Seconds (Murzyn)
XTC - Nonsuch (munlup)
Robert Wyatt - Rock Bottom (mentos)
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13 (Dragon)
Pet Shop Boys - Actually (wujas)
John Foxx and the Maths - Interplay (dev)
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways (Melki)
Kolejka 5.
The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury (munlup)
Esprit 空想 - virtua.zip (Dragon)
Gang Starr - Moment of Truth (Murzyn)
Poets of the Fall - Signs of Life (dev)
Susanne Sundfør - Music For People In Trouble (wujas)
Sandra - Paintings in Yellow (Melki)
Kate Bush - Never For Ever (mentos)
Kolejka 6.
Honeyroot - The Sun Will Come (Murzyn)
Fishmans - Uchū Nippon Setagaya (munlup)
Long Fin Killie - Houdini (Dragon)
Birdy - Young Heart (wujas)
Moev - Yeah Whatever (dev)
Pink Floyd - Dark Side of The Moon (mentos)
Kolejka 7.
Pink Floyd - Wish You Were Here (Murzyn)
Alicia Keys - HERE (wujas)
Wild Nothing - Nocturne (dev)
Justin Timberlake – FutureSex/LoveSounds (munlup)
Arca - Arca (Dragon)
My Bloody Valentine - Loveless (mentos)
Kolejka 8.
Boards of Canada - The Campfire Headphase (Dragon)
Frank Sinatra – Only The Lonely (munlup)
Electric Light Orchestra - Discovery (dev)
Fever Ray - Fever Ray (Murzyn)
Taylor Swift – folklore (wujas)
David Bowie - Heroes (mentos)
Kolejka 9.
Lilu - LA (Murzyn)
DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (Dragon)
Simple Minds - Black and White 050505 (dev)
New Order – Technique (wujas)
Nick Drake – Pink Moon (munlup)
Sparks - No. 1 in Heaven (mentos)
Kolejka 10.
Banco da Gaia - Maya (dev)
Kraftwerk - Electric Cafe (Murzyn)
Jean-Michel Jarre - Metamorphoses (munlup)
Massacre - Killing Time (Dragon)
Recoil – Liquid (wujas)
Kult - Tata Kazika (mentos)
Kolejka 11.
Tears for Fears – The Tipping Point (munlup)
A Tribe Called Quest - The Low End Theory (Murzyn)
Blacklist - Midnight of the Century (dev)
Auscultation - L'étreinte imaginaire (Dragon)
Ozric Tentacles - Erpland (Melki)
Billie Eilish - Happier Than Ever (wujas)
Big Black - Songs About Fucking
(mentos)
Kolejka 12.
Alphaville - Afternoons in Utopia (dev)
Jessie Ware - Glasshouse (Murzyn)
no-man – ((speak)) (munlup)
Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (Dragon)
a-ha - East of the Sun, West of the Moon (wujas)
Television - Marquee Moon (mentos)
Jethro Tull - Songs from the Wood (Melki)
Kolejka 13.
Junior Boys - Last Exit (Dragon)
The Notorious B.I.G. - Life After Death (Murzyn)
David Sylvian – Dead Bees on a Cake
(munlup)
Bomb the Bass - Clear (dev)
The Orb - Orbvs Terrarvm (Melki)
U2 – Achtung Baby (wujas)
Coil - The Ape of Naples (mentos)
Kolejka 14.
China Crisis - Diary of a Hollow Horse (dev)
King Crimson - Islands (Dragon)
Common - Be (Murzyn)
London Grammar - Californian Soil (wujas)
Peter Gabriel - Melt (mentos)
Arianna Savall - Peiwoh (Melki)
Attack of the Grey Lantern (munlup)
Best of Albumy
Kolejka 1.
Nas - Stillmatic (Murzyn)
Leighton Meester - Heartstrings (munlup)
Karl Hyde - Edgeland (dev)
Recoil - subHuman (Dragon)
Depeche Mode - Violator (Czezu)
King Crimson - Discipline (mentos)
Sting - The Soul Cages (wujas)
Kolejka 2.
Papa Dance - Poniżej Krytyki (mentos)
Pezet/Noon - Muzyka Poważna (Murzyn)
Kraftwerk - Computer World (Czezu)
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York (munlup)
Tangerine Dream - Rubycon (Dragon)
no-man - Schoolyard Ghosts (wujas)
Stan Ridgway - Black Diamond (dev)
Kolejka 3.
Philip Glass - Koyaanisqatsi (Murzyn)
Blondie - Eat to the Beat (Melki)
The Advisory Circle - Other Channels (dev)
The Bravery - The Bravery (munlup)
Katie Melua - In Winter (wujas)
GAS - Pop (Dragon)
Grimes - Visions (mentos)
Kolejka 4.
The Cure - Seventeen Seconds (Murzyn)
XTC - Nonsuch (munlup)
Robert Wyatt - Rock Bottom (mentos)
Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13 (Dragon)
Pet Shop Boys - Actually (wujas)
John Foxx and the Maths - Interplay (dev)
Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways (Melki)
Kolejka 5.
The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury (munlup)
Esprit 空想 - virtua.zip (Dragon)
Gang Starr - Moment of Truth (Murzyn)
Poets of the Fall - Signs of Life (dev)
Susanne Sundfør - Music For People In Trouble (wujas)
Sandra - Paintings in Yellow (Melki)
Kate Bush - Never For Ever (mentos)
Kolejka 6.
Honeyroot - The Sun Will Come (Murzyn)
Fishmans - Uchū Nippon Setagaya (munlup)
Long Fin Killie - Houdini (Dragon)
Birdy - Young Heart (wujas)
Moev - Yeah Whatever (dev)
Pink Floyd - Dark Side of The Moon (mentos)
Kolejka 7.
Pink Floyd - Wish You Were Here (Murzyn)
Alicia Keys - HERE (wujas)
Wild Nothing - Nocturne (dev)
Justin Timberlake – FutureSex/LoveSounds (munlup)
Arca - Arca (Dragon)
My Bloody Valentine - Loveless (mentos)
Kolejka 8.
Boards of Canada - The Campfire Headphase (Dragon)
Frank Sinatra – Only The Lonely (munlup)
Electric Light Orchestra - Discovery (dev)
Fever Ray - Fever Ray (Murzyn)
Taylor Swift – folklore (wujas)
David Bowie - Heroes (mentos)
Kolejka 9.
Lilu - LA (Murzyn)
DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (Dragon)
Simple Minds - Black and White 050505 (dev)
New Order – Technique (wujas)
Nick Drake – Pink Moon (munlup)
Sparks - No. 1 in Heaven (mentos)
Kolejka 10.
Banco da Gaia - Maya (dev)
Kraftwerk - Electric Cafe (Murzyn)
Jean-Michel Jarre - Metamorphoses (munlup)
Massacre - Killing Time (Dragon)
Recoil – Liquid (wujas)
Kult - Tata Kazika (mentos)
Kolejka 11.
Tears for Fears – The Tipping Point (munlup)
A Tribe Called Quest - The Low End Theory (Murzyn)
Blacklist - Midnight of the Century (dev)
Auscultation - L'étreinte imaginaire (Dragon)
Ozric Tentacles - Erpland (Melki)
Billie Eilish - Happier Than Ever (wujas)
Big Black - Songs About Fucking
(mentos)
Kolejka 12.
Alphaville - Afternoons in Utopia (dev)
Jessie Ware - Glasshouse (Murzyn)
no-man – ((speak)) (munlup)
Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (Dragon)
a-ha - East of the Sun, West of the Moon (wujas)
Television - Marquee Moon (mentos)
Jethro Tull - Songs from the Wood (Melki)
Kolejka 13.
Junior Boys - Last Exit (Dragon)
The Notorious B.I.G. - Life After Death (Murzyn)
David Sylvian – Dead Bees on a Cake
(munlup)
Bomb the Bass - Clear (dev)
The Orb - Orbvs Terrarvm (Melki)
U2 – Achtung Baby (wujas)
Coil - The Ape of Naples (mentos)
Kolejka 14.
China Crisis - Diary of a Hollow Horse (dev)
King Crimson - Islands (Dragon)
Common - Be (Murzyn)
London Grammar - Californian Soil (wujas)
Peter Gabriel - Melt (mentos)
Arianna Savall - Peiwoh (Melki)
Attack of the Grey Lantern (munlup)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra Panowie, kto się z Mansunami ogarnął ten ma przerwę świąteczno-noworoczną i ma ode mnie zielone światło do wrzucania propozycji na następną kolejkę.
Zapraszam do wysyłania zgłoszeń poniżej. Bezczelnie pozwalam sobie otworzyć kolejkę ZIMOWĄ.
3...
2...
1...
GOŁ!
Röyksopp - Melody A.M.
(2001)
Tak jest drogi Jakubie, wrzutkę tę dedykuję Tobie jako że stwierdziłeś (więcej niż raz!) że Röyksopp nie lubisz, zainspirowałeś mnie tym samym do wrzucenia tej płyty teraz. Jako że za cholerę nie byłem w stanie zdecydować się co wrzucić w tej kolejce zimowej tym samym wrzucam album który... nie kojarzy mi się z zimą jakoś szczególnie, heh, prawdę mówiąc wspomnienia moje związane z tym albumem pochodzą z dwóch innych okresów. Pierwszy to jesień 2007 roku kiedy zdaje się dopiero przesłuchiwałem tę płytę pierwszy raz, pamiętam bardzo dokładnie - mam czasem pamięć do pierdół - że Melody A.M. wraz z jednym albumem Gang Starr wgrane były na mój odtwarzacz mp3 kiedy to jesienią roku 2007 po raz pierwszy szedłem odwiedzić w domu pewną moją znajomą - tę samą która obecnie jest moją żoną lol. Drugi to wiosna 2011 kiedy moja mama leżała na ortopedii w szpitalu i chodziłem do niej w odwiedziny, a jako że szpital leży w końcu miasta a mieszkałem w centrum były to zwykle dość długie spacery by zaliczając drogę w obie strony przesłuchać ten album i wtedy mocno mi przypadł do gustu i uznałem go za album wiosenny.
Mniejsza o większość, znaczy się o pory roku, bo jak będziemy tak zawsze celować to i tak nie wcelujemy, każdy ma prawo do własnego odbioru muzyki i swoich skojarzeń. Liczy się muzyka jako taka a ta... jest dobra w moim odczuciu. Debiut Norwegów planowałem wrzucić do bestki od zawsze a jako że z grubsza najważniejsze płyty już poleciały to mogę sobie pozwolić by rzucić tym teraz. Zanim jednak przejdę do opisów czy zachwytów muszę nadmienić że... podobnie jak kolega Jakub właściwie to Röyksopp nie lubię xD tak naprawdę poza ich debiutem nie wkręciłem się w ich muzę, a im nowsze rzeczy tym większa moja pogarda do kierunku jaki obrali, przyznaję że jest to dla mnie niezrozumiałe jak generikowo brzmiącym zespołem się stali. Dlatego chciałbym zaznaczyć że wcale nie zamierzam przekonywać Kuby do zasłuchiwania się w ich dyskografii ale jeśli chce hejtować niech najpierwej zapozna się z czymś co IMO wyszło im nienajgorzej. A było to roku pańskiego 2001., był ich debiut i to całkiem zacny, czerpiący z takich rzeczy jak trip-hop, downtempo czy ogólnie pojęta stylistyka chillout. Początek płyty to znakomita seria 4 takich utworów (co jeden to lepszy od poprzedniego chyba), później w trackliście dwa znakomite, lekkie i bardziej przebojowe single jak Poor Leno i Remind Me (osobiście preferowany właśnie w wersji albumowej). Ten pierwszy nawet planowałem wrzucać do bestki utworowej jako taki teaser ale jednak go nie będzie. Niemniej lubiłem go mocno, był to mój pierwszy kontakt z nimi i jeden z pierwszych takich numerów o żwawym rytmie i smutnym wokalu jakie potem łykałem garściami choćby pod postacią przebojów new wave z GTA Vice City. Poza wspomnianymi wyżej utworami za highlight uważałem zawsze najbardziej tripowy chyba na płycie She's So który dawniej bez wahania wrzuciłbym do bestki utworowej, swego czasu był to mój ulubiony numer na płycie. Wart uznania jest też dla mnie na pewno basowy mostek w Röyksopp's Night Out, przedziwnym instrumentalu nieco ilustrującym być może jakieś szwędanie się po dziwnej okolicy dużego miasta? Najbardziej od czapy z pewnością jest dwuutworowe zakończenie całkiem nieprzystających do siebie kawałków, z których na szczęście ten drugi może funkcjonować za przyjemne, nieco ambientowe outro (kojarzy mi się z SAW2 Aphex Twina).
Ta płyta choć inna od wrzucanych przeze mnie rapsów na pewno wciąż jednak jest dość murzyńska, cały czas pozostajemy wszak w krainie bitów i sampli choć klimat jest bardziej chilloutowo-klubowy tym razem. Mam kilka takich płyt w zanadrzu leżących właśnie gdzieś między chilloutem a wszelkim downtempo czy tripem i ta chyba na dobrą sprawę była pierwszą lub jedną z pierwszych jakie spotkałem na mej życiowej drodze i była istotna w moim rozkochiwaniu się w tego typu graniu. Pierwotnie miały te płyty wlatywać właśnie jakoś w drugiej dyszce ale te plany ulegały zmianom, cieszę się że munlup nieświadomie sprowokował mnie bym mógł jednak przywrócić tę moją drugą dychę na właściwe tory. Cóż, pozostaje mi jedyne powiedzieć odpalajcie i chillujcie, liczę że każdy (kto albumu nie zna zwłaszcza) jednak coś tam wynajdzie dla siebie.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... BBDjKuekVv
Zapraszam do wysyłania zgłoszeń poniżej. Bezczelnie pozwalam sobie otworzyć kolejkę ZIMOWĄ.
3...
2...
1...
GOŁ!
Röyksopp - Melody A.M.
(2001)
Tak jest drogi Jakubie, wrzutkę tę dedykuję Tobie jako że stwierdziłeś (więcej niż raz!) że Röyksopp nie lubisz, zainspirowałeś mnie tym samym do wrzucenia tej płyty teraz. Jako że za cholerę nie byłem w stanie zdecydować się co wrzucić w tej kolejce zimowej tym samym wrzucam album który... nie kojarzy mi się z zimą jakoś szczególnie, heh, prawdę mówiąc wspomnienia moje związane z tym albumem pochodzą z dwóch innych okresów. Pierwszy to jesień 2007 roku kiedy zdaje się dopiero przesłuchiwałem tę płytę pierwszy raz, pamiętam bardzo dokładnie - mam czasem pamięć do pierdół - że Melody A.M. wraz z jednym albumem Gang Starr wgrane były na mój odtwarzacz mp3 kiedy to jesienią roku 2007 po raz pierwszy szedłem odwiedzić w domu pewną moją znajomą - tę samą która obecnie jest moją żoną lol. Drugi to wiosna 2011 kiedy moja mama leżała na ortopedii w szpitalu i chodziłem do niej w odwiedziny, a jako że szpital leży w końcu miasta a mieszkałem w centrum były to zwykle dość długie spacery by zaliczając drogę w obie strony przesłuchać ten album i wtedy mocno mi przypadł do gustu i uznałem go za album wiosenny.
Mniejsza o większość, znaczy się o pory roku, bo jak będziemy tak zawsze celować to i tak nie wcelujemy, każdy ma prawo do własnego odbioru muzyki i swoich skojarzeń. Liczy się muzyka jako taka a ta... jest dobra w moim odczuciu. Debiut Norwegów planowałem wrzucić do bestki od zawsze a jako że z grubsza najważniejsze płyty już poleciały to mogę sobie pozwolić by rzucić tym teraz. Zanim jednak przejdę do opisów czy zachwytów muszę nadmienić że... podobnie jak kolega Jakub właściwie to Röyksopp nie lubię xD tak naprawdę poza ich debiutem nie wkręciłem się w ich muzę, a im nowsze rzeczy tym większa moja pogarda do kierunku jaki obrali, przyznaję że jest to dla mnie niezrozumiałe jak generikowo brzmiącym zespołem się stali. Dlatego chciałbym zaznaczyć że wcale nie zamierzam przekonywać Kuby do zasłuchiwania się w ich dyskografii ale jeśli chce hejtować niech najpierwej zapozna się z czymś co IMO wyszło im nienajgorzej. A było to roku pańskiego 2001., był ich debiut i to całkiem zacny, czerpiący z takich rzeczy jak trip-hop, downtempo czy ogólnie pojęta stylistyka chillout. Początek płyty to znakomita seria 4 takich utworów (co jeden to lepszy od poprzedniego chyba), później w trackliście dwa znakomite, lekkie i bardziej przebojowe single jak Poor Leno i Remind Me (osobiście preferowany właśnie w wersji albumowej). Ten pierwszy nawet planowałem wrzucać do bestki utworowej jako taki teaser ale jednak go nie będzie. Niemniej lubiłem go mocno, był to mój pierwszy kontakt z nimi i jeden z pierwszych takich numerów o żwawym rytmie i smutnym wokalu jakie potem łykałem garściami choćby pod postacią przebojów new wave z GTA Vice City. Poza wspomnianymi wyżej utworami za highlight uważałem zawsze najbardziej tripowy chyba na płycie She's So który dawniej bez wahania wrzuciłbym do bestki utworowej, swego czasu był to mój ulubiony numer na płycie. Wart uznania jest też dla mnie na pewno basowy mostek w Röyksopp's Night Out, przedziwnym instrumentalu nieco ilustrującym być może jakieś szwędanie się po dziwnej okolicy dużego miasta? Najbardziej od czapy z pewnością jest dwuutworowe zakończenie całkiem nieprzystających do siebie kawałków, z których na szczęście ten drugi może funkcjonować za przyjemne, nieco ambientowe outro (kojarzy mi się z SAW2 Aphex Twina).
Ta płyta choć inna od wrzucanych przeze mnie rapsów na pewno wciąż jednak jest dość murzyńska, cały czas pozostajemy wszak w krainie bitów i sampli choć klimat jest bardziej chilloutowo-klubowy tym razem. Mam kilka takich płyt w zanadrzu leżących właśnie gdzieś między chilloutem a wszelkim downtempo czy tripem i ta chyba na dobrą sprawę była pierwszą lub jedną z pierwszych jakie spotkałem na mej życiowej drodze i była istotna w moim rozkochiwaniu się w tego typu graniu. Pierwotnie miały te płyty wlatywać właśnie jakoś w drugiej dyszce ale te plany ulegały zmianom, cieszę się że munlup nieświadomie sprowokował mnie bym mógł jednak przywrócić tę moją drugą dychę na właściwe tory. Cóż, pozostaje mi jedyne powiedzieć odpalajcie i chillujcie, liczę że każdy (kto albumu nie zna zwłaszcza) jednak coś tam wynajdzie dla siebie.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... BBDjKuekVv
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Peter Gabriel - Up
Gabriel po Gabrielu, jak tak można. Przerabialiśmy to już z Pink Floyd, więc czemu nie, zresztą, wyszło przypadkowo, bo i tak planowałem ten album na początek nowego roku. Inna sprawa, że „Up” jest tak bardzo innym albumem od „Melt”, że i samo doświadczenie będzie z innego świata.
O ile Miętowy zaprezentował Petera z czasów docierania się z samym sobą, tak ja wrzucam Petera, który już miał za sobą największe sukcesy, wyrobioną markę solo i olbrzymie doświadczenie. „Up” to album, który powstawał 10 lat i w końcu wyszedł w 2002 r. Zbiegło się to z moja pierwszą poważną fazą na jego muzykę i poważnym poznaniem jego dyskografii (coś jak Seba w tym roku, chociaż nie wiem ile on tego faktycznie przesłuchał). Nie będę przedłużał, to jest moja ulubiona płyta Gabriela, nie ma na niej, IMO oczywiście, słabego utworu. Moje wspomnienia z nim są przeróżne, ale zwłaszcza są to wspomnienia zimowe, z wyjazdów na ferie. Pisałem już o tym przy okazji „Metamorphoses” i to jest kolejna płyta z tej kolekcji kojarzącej mi się z zaśnieżoną trasą z Cyrhli do Zakopanego, lub z Cyrhli do Murzasichla (Musiał będzie wiedział o co chodzi), czy Białki, czy gdzieś. Tatrzańskie lasy są piękne, zwłaszcza w zimie. Wyobraźnie sobie jazdę po zmroku, przez gęsty, iglasty las, zasypany śniegiem. No, ale jak w tym wszystkim stoi Peter G? Ano stoi prosto i z wypiętą piersią.
„Up” to album inny od jego wczesnych płyt. Produkcja jest nowoczesna, brakuje tej pierwotnej ciężkości generowanej przez surowe bębny i jazgotliwe gitary, jest więcej melodii i momentów wyciszenia, opatrzonych ambientem, itd. To jest dojrzały Gabriel, nie tylko muzycznie, bo i lirycznie widać, że to facet po rozwodzie, innych nieudanych związkach, ojciec, itd. Teksty nie są już tak abstrakcyjne, ale bardziej osobiste.
Stylistycznie, Peter wchodzi na tej płycie do różnych rzek, ale mimo to udało mu się stworzyć coś spójnego. Nie chce mi się opisywać tych utworów osobno, bo mam wrażenie, że bym niczego dobrego tym nie uczynił. Każdy jest inny, ale każdy na podobnym, wysokim poziomie. Mój najbardziej ulubiony to „I Grieve”, niby typowa ballada by Gabryś, ale o wyjątkowym ładunku emocjonalnym i pięknej oprawie dźwiękowej. A tak to każdy utwór znaczy dla mnie wszystko (ostatnio najbardziej „My Head Sounds Like That”). IMO to jest ukoronowanie całokształtu kariery Petera Gabriela i jednocześnie, jedna z jego najbardziej wizytówkowych płyt, bo są tu i ładne melodie, i przebojowe refreny, i eksperymenty, i generalnie odnosi się wrażenie, że po 40 latach nagrywania muzyki, Peter znalazł jakiś złoty środek łączący wszystkie jego ciągoty. Ja bym mógł długo pisać o tych piosenkach, o zajebistej elektronice w „Growing Up”, o poruszającym bluesie „Sky Blue, o genialnych kontrastach w „Darkness”, o porażającym feacie Nusrata Fateh Ali Khana w „Signal to Noise”, czy doskonałym finale w postaci miniaturki „The Drop”, ale to by był srogi bełkot. Wolę poczytać, co Wy macie do napisania o tych kawałkach, co by to nie było.
W chwili gdy to piszę, wychodzi akurat nowy album Petera „i/o”, który również mocno polecam, bo jest świetny (Gabriel pobił kolejny rekord, tym razem 21 lat).
https://www.youtube.com/watch?v=r1JPO91 ... Qk&index=2
Gabriel po Gabrielu, jak tak można. Przerabialiśmy to już z Pink Floyd, więc czemu nie, zresztą, wyszło przypadkowo, bo i tak planowałem ten album na początek nowego roku. Inna sprawa, że „Up” jest tak bardzo innym albumem od „Melt”, że i samo doświadczenie będzie z innego świata.
O ile Miętowy zaprezentował Petera z czasów docierania się z samym sobą, tak ja wrzucam Petera, który już miał za sobą największe sukcesy, wyrobioną markę solo i olbrzymie doświadczenie. „Up” to album, który powstawał 10 lat i w końcu wyszedł w 2002 r. Zbiegło się to z moja pierwszą poważną fazą na jego muzykę i poważnym poznaniem jego dyskografii (coś jak Seba w tym roku, chociaż nie wiem ile on tego faktycznie przesłuchał). Nie będę przedłużał, to jest moja ulubiona płyta Gabriela, nie ma na niej, IMO oczywiście, słabego utworu. Moje wspomnienia z nim są przeróżne, ale zwłaszcza są to wspomnienia zimowe, z wyjazdów na ferie. Pisałem już o tym przy okazji „Metamorphoses” i to jest kolejna płyta z tej kolekcji kojarzącej mi się z zaśnieżoną trasą z Cyrhli do Zakopanego, lub z Cyrhli do Murzasichla (Musiał będzie wiedział o co chodzi), czy Białki, czy gdzieś. Tatrzańskie lasy są piękne, zwłaszcza w zimie. Wyobraźnie sobie jazdę po zmroku, przez gęsty, iglasty las, zasypany śniegiem. No, ale jak w tym wszystkim stoi Peter G? Ano stoi prosto i z wypiętą piersią.
„Up” to album inny od jego wczesnych płyt. Produkcja jest nowoczesna, brakuje tej pierwotnej ciężkości generowanej przez surowe bębny i jazgotliwe gitary, jest więcej melodii i momentów wyciszenia, opatrzonych ambientem, itd. To jest dojrzały Gabriel, nie tylko muzycznie, bo i lirycznie widać, że to facet po rozwodzie, innych nieudanych związkach, ojciec, itd. Teksty nie są już tak abstrakcyjne, ale bardziej osobiste.
Stylistycznie, Peter wchodzi na tej płycie do różnych rzek, ale mimo to udało mu się stworzyć coś spójnego. Nie chce mi się opisywać tych utworów osobno, bo mam wrażenie, że bym niczego dobrego tym nie uczynił. Każdy jest inny, ale każdy na podobnym, wysokim poziomie. Mój najbardziej ulubiony to „I Grieve”, niby typowa ballada by Gabryś, ale o wyjątkowym ładunku emocjonalnym i pięknej oprawie dźwiękowej. A tak to każdy utwór znaczy dla mnie wszystko (ostatnio najbardziej „My Head Sounds Like That”). IMO to jest ukoronowanie całokształtu kariery Petera Gabriela i jednocześnie, jedna z jego najbardziej wizytówkowych płyt, bo są tu i ładne melodie, i przebojowe refreny, i eksperymenty, i generalnie odnosi się wrażenie, że po 40 latach nagrywania muzyki, Peter znalazł jakiś złoty środek łączący wszystkie jego ciągoty. Ja bym mógł długo pisać o tych piosenkach, o zajebistej elektronice w „Growing Up”, o poruszającym bluesie „Sky Blue, o genialnych kontrastach w „Darkness”, o porażającym feacie Nusrata Fateh Ali Khana w „Signal to Noise”, czy doskonałym finale w postaci miniaturki „The Drop”, ale to by był srogi bełkot. Wolę poczytać, co Wy macie do napisania o tych kawałkach, co by to nie było.
W chwili gdy to piszę, wychodzi akurat nowy album Petera „i/o”, który również mocno polecam, bo jest świetny (Gabriel pobił kolejny rekord, tym razem 21 lat).
https://www.youtube.com/watch?v=r1JPO91 ... Qk&index=2
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
nadszedł dzień gniewu
Klaus Schulze - Body Love (1977)
Możecie tego nie przetrzymać, ale choć trochę obeznani w kwestii Klausa muszą przyznać, że nie proponuję wcale najtrudniejszej pozycji. Widząc tempo kolejnych kolejek, nie mogę dłużej czekać. Zimowa pora to idealny czas na spotkanie z muzyką Mistrza, który rok temu zmienił kosmiczny adres, niestety. Z pewnością rzucę coś jeszcze w przyszłości, żeby przemycić jak najbardziej smaczków. W tym momencie bardziej od serduszka niż uznaniowo.
Opisując Crystal Lake, całkiem nieźłe oddałem atmosferę czasu pierwszych kontaktów z KS. Najpierw było Moondawn. Pamiętam odsłuchy, gdy jednocześnie obok stanu oszołomienia i zaskoczenia trochę walczyłem ze sobą, by dotrwać do końca. Podobały mi się wykorzystywane brzmienia, w jego muzyce z lat 70' generalnie jest całkiem sporo mistycyzmu, psychodeli. Zapewne nie wszystko grane było przy pełni trzeźwości umysłu, ale Wielkim można wybaczyć. Zanim trafiłem na pierwszą płytę, dzięki której ostatecznie się przełamałem, osiągnąłem nirwanę i zacząłem rozumieć całą jazdę, minęło jeszcze trochę czasu. Wtedy nie było łatwo z wielu powodów. Ten sam czas, środek gimnazjum. Poważny moment przejściowy. Burzliwy, chwilami naprawdę głupawy, ale i niepokojący. Dziwne relacje ze środowiskiem szkolnym. Dalej dość nerwowa atmosfera w domu. Przez pewien czas towarzyszyły mi ciągłe bóle głowy, na które próżno było szukać sensownego, medycznego rozwiązania. Czasem nawet trudno było przejechać z punktu A do punktu B autobusem. Wizyty u psychologów, rozmowy. Swoiste zwiedzanie Wałbrzycha, choć nie było w tym nic z turystyki. Bujanka między Śródmieściem a Piaskową Górą ostatecznie może trochę pomogła w zniknięciu nieznośnej dolegliwości, ale po prostu w najbliższym otoczeniu pośród czterech ścian zapanował spokój. Szczególnie często słuchałem wtedy Klausa i Tangerine Dream. Właściwie nie było dnia bez zapodawania całych stron poszczególnych albumów jedna po drugiej. Mniejsza czy ze szkoły czy z domu. Kluczową rolę odegrała wrzucana Body Love. Niepozorna, a jednocześnie wykorzystana do bardzo niecnych celów.
Uśmiecham się pod nosem, patrząc na półkę z płytami. Jestem z siebie krnąbrnie dumny, gdy mogę z niej wyciągnąć fizycznie wydanie remastera Body Love. Schulze natrzaskał tego tak dużo, że podczas wznawiania jego dyskografii jedna z wytwórni padła. Świetne wydanie - niby CD, ale kartonowe pudełko i obraz płyty przypomina wydanie winylowe. Na właściwą bohaterkę wrzutki składają się trzy utwory. Bonusa już wam odpuszczę, chyba że komuś zażre. Dwie kompozycje na jednej stronie i kolos na drugiej. Całość trwa lekko ponad 50 minut. Stardancer i P:T:O przypominają coś w rodzaju prawdziwie kosmicznego, syntezatorowego rocka. Klausowi towarzyszy w nich kolega po fachu, perkusista Harald Grosskopf. Seria ekspresyjnych solówek, partii chóralnych. W openerze cała ta procedura przebiega trochę szybciej, to najbardziej dynamiczny utwór. Całkiem gęsto w jednym i drugim od świdrujących efektów, ale nie ma się czym przerażać. Przy odpowiednim sprzęcie całość rozkłada się naprawdę imponująco. P:T:O, czyli mała sugestia od Klausa, Please Turn Over, trwa niecałe pół godziny. Tutaj Schulze uskutecznia największy rozmach. Mamy właściwe intro. Chóralne, anielskie wprowadzenie prowadzi do metodycznie rozwijającej się kwaśnej sesji. Cały czas brzmienia ulegają ewolucji, nie brakuje prawdziwie uduchowionych momenty. Grosskopf intensywniej gra, sekwencery pracują na wyższych obrotach. Ciekawe jak zareagujecie na coś w rodzaju dysonansów, rozstrojeń, rozluźnienia tempa poszczególnych instrumentów, bo i w ten sposób Schulze atakuje słuchacza. Cała ta furia przygasa w dość charakterystyczny dla ówczesnego Klausa sposób. Ostatnie minuty sprawiają wrażenie wprowadzenia dla... Stardancera. Pytanie czy ktoś się skusi na drugą przejażdżkę zaraz po pierwszej? Między ekspresyjnymi kompozycjami mamy też moment refleksji, zimowej impresji. To właśnie Blanche zrobiło na mnie największe wrażenie. Całkiem śmieszna sprawa, że początkowo za prawdziwą nazwę uważałem Balance. Ktoś się pomylił w plikach mp3, a ja przy pierwszym pobieraniu z internetu nie zauważyłem różnicy... Kiedy szukam w głowie najstarszego wspomnienia związanego z tym utworem, to widzę lekko przyciemniony korytarz, widok na ulicę Broniewskiego. Za oknem jest słonecznie, a wewnątrz atmosfera oczekiwania, chwili wytchnienia. Udzieliło mi się na tyle, że nie było innej opcji - trzeba grzebać głębiej w płytotece KSa. W Blanche nie ma perkusji. Mamy za to trochę bardziej bezpośredni syntezatorowy pejzaż i fortepian. Wielka rzecz.
Dobrze, że Spotify/YT proponuje płytę w białej okładce. Ta obowiązuje już na stałe jako właściwa i pierwsza w hierarchii, ale istnieją historyczne wydania w dwóch innych wariantach. One mogę podpowiedzieć charakter obrazu, w którym została wykorzystana. W 1976 roku Schulze dostał propozycję skomponowania muzyki do film i zrobił to w znakomity sposób, jednak do tej pory nie sprawdziłem tego filmowego dzieła. Ciekawscy niech sobie sprawdzą, co oznacza "soundtrack do filmu Lasse Brauna". Ja nie zamierzam tego ułatwiać, zboc-
Książeczka do wydania z 2005 roku zawiera fotosy, kontekstowe wypowiedzi Klausa nt. historii płyty Body Love oraz ogólny tekst o Mistrzu, wszystko jednocześnie po angielsku i niemiecku.
Muzyka podobno radzi sobie dobrze jako tło dla akcji (?), ale z wielu przyczyn żyje swoim życiem i wśród sporej grupy fanów Klausa cieszy się ogromnym uznaniem sama w siebie. Ja zaliczam się do tego grona. Mam nadzieję, że znajdziecie czas i przestrzeń na ten kwaśny muzyczny seans.
Może do czasu napłynięcia wszystkich opinii wreszcie sprawdzę film...
Wszystkim tym, którzy pierwszy raz zabierają się za Klausa na pełnym dystansie zazdroszczę!
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... 91lv9XHn-I
Klaus Schulze - Body Love (1977)
Możecie tego nie przetrzymać, ale choć trochę obeznani w kwestii Klausa muszą przyznać, że nie proponuję wcale najtrudniejszej pozycji. Widząc tempo kolejnych kolejek, nie mogę dłużej czekać. Zimowa pora to idealny czas na spotkanie z muzyką Mistrza, który rok temu zmienił kosmiczny adres, niestety. Z pewnością rzucę coś jeszcze w przyszłości, żeby przemycić jak najbardziej smaczków. W tym momencie bardziej od serduszka niż uznaniowo.
Opisując Crystal Lake, całkiem nieźłe oddałem atmosferę czasu pierwszych kontaktów z KS. Najpierw było Moondawn. Pamiętam odsłuchy, gdy jednocześnie obok stanu oszołomienia i zaskoczenia trochę walczyłem ze sobą, by dotrwać do końca. Podobały mi się wykorzystywane brzmienia, w jego muzyce z lat 70' generalnie jest całkiem sporo mistycyzmu, psychodeli. Zapewne nie wszystko grane było przy pełni trzeźwości umysłu, ale Wielkim można wybaczyć. Zanim trafiłem na pierwszą płytę, dzięki której ostatecznie się przełamałem, osiągnąłem nirwanę i zacząłem rozumieć całą jazdę, minęło jeszcze trochę czasu. Wtedy nie było łatwo z wielu powodów. Ten sam czas, środek gimnazjum. Poważny moment przejściowy. Burzliwy, chwilami naprawdę głupawy, ale i niepokojący. Dziwne relacje ze środowiskiem szkolnym. Dalej dość nerwowa atmosfera w domu. Przez pewien czas towarzyszyły mi ciągłe bóle głowy, na które próżno było szukać sensownego, medycznego rozwiązania. Czasem nawet trudno było przejechać z punktu A do punktu B autobusem. Wizyty u psychologów, rozmowy. Swoiste zwiedzanie Wałbrzycha, choć nie było w tym nic z turystyki. Bujanka między Śródmieściem a Piaskową Górą ostatecznie może trochę pomogła w zniknięciu nieznośnej dolegliwości, ale po prostu w najbliższym otoczeniu pośród czterech ścian zapanował spokój. Szczególnie często słuchałem wtedy Klausa i Tangerine Dream. Właściwie nie było dnia bez zapodawania całych stron poszczególnych albumów jedna po drugiej. Mniejsza czy ze szkoły czy z domu. Kluczową rolę odegrała wrzucana Body Love. Niepozorna, a jednocześnie wykorzystana do bardzo niecnych celów.
Uśmiecham się pod nosem, patrząc na półkę z płytami. Jestem z siebie krnąbrnie dumny, gdy mogę z niej wyciągnąć fizycznie wydanie remastera Body Love. Schulze natrzaskał tego tak dużo, że podczas wznawiania jego dyskografii jedna z wytwórni padła. Świetne wydanie - niby CD, ale kartonowe pudełko i obraz płyty przypomina wydanie winylowe. Na właściwą bohaterkę wrzutki składają się trzy utwory. Bonusa już wam odpuszczę, chyba że komuś zażre. Dwie kompozycje na jednej stronie i kolos na drugiej. Całość trwa lekko ponad 50 minut. Stardancer i P:T:O przypominają coś w rodzaju prawdziwie kosmicznego, syntezatorowego rocka. Klausowi towarzyszy w nich kolega po fachu, perkusista Harald Grosskopf. Seria ekspresyjnych solówek, partii chóralnych. W openerze cała ta procedura przebiega trochę szybciej, to najbardziej dynamiczny utwór. Całkiem gęsto w jednym i drugim od świdrujących efektów, ale nie ma się czym przerażać. Przy odpowiednim sprzęcie całość rozkłada się naprawdę imponująco. P:T:O, czyli mała sugestia od Klausa, Please Turn Over, trwa niecałe pół godziny. Tutaj Schulze uskutecznia największy rozmach. Mamy właściwe intro. Chóralne, anielskie wprowadzenie prowadzi do metodycznie rozwijającej się kwaśnej sesji. Cały czas brzmienia ulegają ewolucji, nie brakuje prawdziwie uduchowionych momenty. Grosskopf intensywniej gra, sekwencery pracują na wyższych obrotach. Ciekawe jak zareagujecie na coś w rodzaju dysonansów, rozstrojeń, rozluźnienia tempa poszczególnych instrumentów, bo i w ten sposób Schulze atakuje słuchacza. Cała ta furia przygasa w dość charakterystyczny dla ówczesnego Klausa sposób. Ostatnie minuty sprawiają wrażenie wprowadzenia dla... Stardancera. Pytanie czy ktoś się skusi na drugą przejażdżkę zaraz po pierwszej? Między ekspresyjnymi kompozycjami mamy też moment refleksji, zimowej impresji. To właśnie Blanche zrobiło na mnie największe wrażenie. Całkiem śmieszna sprawa, że początkowo za prawdziwą nazwę uważałem Balance. Ktoś się pomylił w plikach mp3, a ja przy pierwszym pobieraniu z internetu nie zauważyłem różnicy... Kiedy szukam w głowie najstarszego wspomnienia związanego z tym utworem, to widzę lekko przyciemniony korytarz, widok na ulicę Broniewskiego. Za oknem jest słonecznie, a wewnątrz atmosfera oczekiwania, chwili wytchnienia. Udzieliło mi się na tyle, że nie było innej opcji - trzeba grzebać głębiej w płytotece KSa. W Blanche nie ma perkusji. Mamy za to trochę bardziej bezpośredni syntezatorowy pejzaż i fortepian. Wielka rzecz.
Dobrze, że Spotify/YT proponuje płytę w białej okładce. Ta obowiązuje już na stałe jako właściwa i pierwsza w hierarchii, ale istnieją historyczne wydania w dwóch innych wariantach. One mogę podpowiedzieć charakter obrazu, w którym została wykorzystana. W 1976 roku Schulze dostał propozycję skomponowania muzyki do film i zrobił to w znakomity sposób, jednak do tej pory nie sprawdziłem tego filmowego dzieła. Ciekawscy niech sobie sprawdzą, co oznacza "soundtrack do filmu Lasse Brauna". Ja nie zamierzam tego ułatwiać, zboc-
Książeczka do wydania z 2005 roku zawiera fotosy, kontekstowe wypowiedzi Klausa nt. historii płyty Body Love oraz ogólny tekst o Mistrzu, wszystko jednocześnie po angielsku i niemiecku.
Muzyka podobno radzi sobie dobrze jako tło dla akcji (?), ale z wielu przyczyn żyje swoim życiem i wśród sporej grupy fanów Klausa cieszy się ogromnym uznaniem sama w siebie. Ja zaliczam się do tego grona. Mam nadzieję, że znajdziecie czas i przestrzeń na ten kwaśny muzyczny seans.
Może do czasu napłynięcia wszystkich opinii wreszcie sprawdzę film...
Wszystkim tym, którzy pierwszy raz zabierają się za Klausa na pełnym dystansie zazdroszczę!
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... 91lv9XHn-I
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Massive Attack – 100th Window
Zaspół Massive Attack znam już od ich debiutu, czyli 1991r. i albumu Blue Lines. Często w stacjach muzycznych latały ich teledyski Unfinished Sympathy i Safe from Harm. Już wtedy zainteresowało mnie nieco to brzmienie, choć cały album nie wszedł należycie. Do dzisiaj mam zresztą problem z Blue Lines, bo oprócz naprawdę świetnych utworów są też i te mniej udane. Jakby wyjęte z zupełnie innej beczki.
W 2003r. będąc w Syrii w sklepie z płytami zobaczyłem na półce świeżo wypaloną płytę CD z niebieską okładką. Było to dopiero co wydane 100th Window. A jako, że wciąż pamiętałem bardzo dobre Unfinished Sympathy i Safe from Harm, to kupiłem album. Grzechem byłoby nie skorzystać z uwagi na śmiesznie niską cenę 2$. Niską nawet jak za pirata. Album wywarł na mnie dobre wrażenie, choć w pełni doceniłem dopiero wiele lat później. Bo w latach 00’ słuchałem głównie takiego badziewia, że aż głowa boli. Na fali zainteresowania 100th window zapoznałem się również z albumami Mezzanine i Heligoland, które okazały się też bardzo dobre. Ale ulubionym albumem do tej pory pozostało Setne okno.
Dla wielu fanów i krytyków muzycznych to Mezzanine pozostało do dziś szczytowym osiągnięciem zespołu. Po ukazaniu się tego albumu z zespołu odeszło dwóch współzałożycieli niezadowolonych z kierunku ewolucji muzyki MA. Cała odpowiedzialność za nowo powstający album 100th Window spadła na barki Roberta del Naji znanego jako 3D. Na początku udział w pracach nad albumem brał zespół Lupine Howl. Nagrali sporo materiału muzycznego, który po czasie przestał się jednak del Naji podobać, więc skasował wszystko i zaczął od nowa. Zaprosił do współpracy m.in. Damona Albarna znanego z Blur i Gorillaz oraz wokalistów już wcześniej współpracujących z Massive Attack, czyli Sinead O’Connor i Horace Andy’ego. Album 100th Window w stosunku do poprzedniczki charakteryzuje się tym, że jest bardziej elektroniczny. Zrezygnowano z sampli, żywej perkusji i zmniejszono ilość użytych gitar. Mało to na celu podobno ocieplić zbyt mroczny i ciężki klimat jaki panował na Mezzanine.
Album 100th window ma to do siebie, że mogę go posłuchać w całości nie czując zbytnio znużenia. Mezzanine rzeczywiście po paru utworach potrafi już nieco przytłaczać swoim klimatem. Oczywiście ja takie brzmienia lubię, ale nie da się tego słuchać za często i w zbyt dużych ilościach. W ogóle muzyka jaką gra Massive Attack i im podobni to nie jest muzyka na każdą okazję. Łatwo można zauważyć na moim koncie w last.fm, że scrobbli MA czy np. Recoil jest bez porównania mniej niż wielu innych wykonawców. Po prostu po odsłuchaniu albumu MA ma się tej muzyki na jakiś czas dosyć. Wynika to z cięższego brzmienia po prostu. Lekką muzykę można sobie dla odmiany właściwie dawkować bez ograniczeń. Mimo iż 100th window ma momenty mroczne i niepokojące, to jednak ciężar gatunkowy tego albumu jest wg mnie dużo mniejszy od np. Mezzanine. Dlatego przesłuchanie sobie tego albumu od czasu do czasu w całości nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
Sinead O’Connor śpiewa na tym albumie 3 utwory. Pamiętam jaki byłem kiedyś zdziwiony, że to właśnie jej głos słychać w Massive Attack. Bardzo ciekawy wokal prezentuje też jamajczyk Horace Andy, którego głos przez lata uważałem za... kobiecy. Del Naja zaś mamrocze po swojemu jak to ma w zwyczaju, ale myślę, że to w tej muzyce nawet pasuje. Moje ulubione momenty na albumie to świetne Special Cases oraz następujący zaraz potem znany Wam już z bestki utworowej Butterfly Caught, w którym wykorzystano bardzo orientalnie brzmiące arabskie smyki. Są to właściwie akurat dwa najmroczniej brzmiące utwory, ale wg mnie najciekawsze i posiadające najlepszy klimat. Lubię też Antistar z hidden trackiem LP4. W ogóle cały album jest dobry i równy. Dużo bardziej mi pasuje niż którykolwiek inny album Massive Attack.
Czytałem opinie niektórych recenzentów, że ta muzyka jest nudna i monotonna. I chociaż wg mnie takie stwierdzenia w stosunku do całości są przesadzone, to na pewno montone momenty się zdarzają. Ale wcale nie musi być to wadą. Taki to po prostu raczej mało radiowy gatunek muzyczny.
https://www.youtube.com/watch?v=FYVBx_1 ... t4LcxGH0_5
Zaspół Massive Attack znam już od ich debiutu, czyli 1991r. i albumu Blue Lines. Często w stacjach muzycznych latały ich teledyski Unfinished Sympathy i Safe from Harm. Już wtedy zainteresowało mnie nieco to brzmienie, choć cały album nie wszedł należycie. Do dzisiaj mam zresztą problem z Blue Lines, bo oprócz naprawdę świetnych utworów są też i te mniej udane. Jakby wyjęte z zupełnie innej beczki.
W 2003r. będąc w Syrii w sklepie z płytami zobaczyłem na półce świeżo wypaloną płytę CD z niebieską okładką. Było to dopiero co wydane 100th Window. A jako, że wciąż pamiętałem bardzo dobre Unfinished Sympathy i Safe from Harm, to kupiłem album. Grzechem byłoby nie skorzystać z uwagi na śmiesznie niską cenę 2$. Niską nawet jak za pirata. Album wywarł na mnie dobre wrażenie, choć w pełni doceniłem dopiero wiele lat później. Bo w latach 00’ słuchałem głównie takiego badziewia, że aż głowa boli. Na fali zainteresowania 100th window zapoznałem się również z albumami Mezzanine i Heligoland, które okazały się też bardzo dobre. Ale ulubionym albumem do tej pory pozostało Setne okno.
Dla wielu fanów i krytyków muzycznych to Mezzanine pozostało do dziś szczytowym osiągnięciem zespołu. Po ukazaniu się tego albumu z zespołu odeszło dwóch współzałożycieli niezadowolonych z kierunku ewolucji muzyki MA. Cała odpowiedzialność za nowo powstający album 100th Window spadła na barki Roberta del Naji znanego jako 3D. Na początku udział w pracach nad albumem brał zespół Lupine Howl. Nagrali sporo materiału muzycznego, który po czasie przestał się jednak del Naji podobać, więc skasował wszystko i zaczął od nowa. Zaprosił do współpracy m.in. Damona Albarna znanego z Blur i Gorillaz oraz wokalistów już wcześniej współpracujących z Massive Attack, czyli Sinead O’Connor i Horace Andy’ego. Album 100th Window w stosunku do poprzedniczki charakteryzuje się tym, że jest bardziej elektroniczny. Zrezygnowano z sampli, żywej perkusji i zmniejszono ilość użytych gitar. Mało to na celu podobno ocieplić zbyt mroczny i ciężki klimat jaki panował na Mezzanine.
Album 100th window ma to do siebie, że mogę go posłuchać w całości nie czując zbytnio znużenia. Mezzanine rzeczywiście po paru utworach potrafi już nieco przytłaczać swoim klimatem. Oczywiście ja takie brzmienia lubię, ale nie da się tego słuchać za często i w zbyt dużych ilościach. W ogóle muzyka jaką gra Massive Attack i im podobni to nie jest muzyka na każdą okazję. Łatwo można zauważyć na moim koncie w last.fm, że scrobbli MA czy np. Recoil jest bez porównania mniej niż wielu innych wykonawców. Po prostu po odsłuchaniu albumu MA ma się tej muzyki na jakiś czas dosyć. Wynika to z cięższego brzmienia po prostu. Lekką muzykę można sobie dla odmiany właściwie dawkować bez ograniczeń. Mimo iż 100th window ma momenty mroczne i niepokojące, to jednak ciężar gatunkowy tego albumu jest wg mnie dużo mniejszy od np. Mezzanine. Dlatego przesłuchanie sobie tego albumu od czasu do czasu w całości nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
Sinead O’Connor śpiewa na tym albumie 3 utwory. Pamiętam jaki byłem kiedyś zdziwiony, że to właśnie jej głos słychać w Massive Attack. Bardzo ciekawy wokal prezentuje też jamajczyk Horace Andy, którego głos przez lata uważałem za... kobiecy. Del Naja zaś mamrocze po swojemu jak to ma w zwyczaju, ale myślę, że to w tej muzyce nawet pasuje. Moje ulubione momenty na albumie to świetne Special Cases oraz następujący zaraz potem znany Wam już z bestki utworowej Butterfly Caught, w którym wykorzystano bardzo orientalnie brzmiące arabskie smyki. Są to właściwie akurat dwa najmroczniej brzmiące utwory, ale wg mnie najciekawsze i posiadające najlepszy klimat. Lubię też Antistar z hidden trackiem LP4. W ogóle cały album jest dobry i równy. Dużo bardziej mi pasuje niż którykolwiek inny album Massive Attack.
Czytałem opinie niektórych recenzentów, że ta muzyka jest nudna i monotonna. I chociaż wg mnie takie stwierdzenia w stosunku do całości są przesadzone, to na pewno montone momenty się zdarzają. Ale wcale nie musi być to wadą. Taki to po prostu raczej mało radiowy gatunek muzyczny.
https://www.youtube.com/watch?v=FYVBx_1 ... t4LcxGH0_5
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Black - Blind Faith (2015)
Tak jest Proszę Państwa, nadszedł ten moment, że do albumowej trafia Black. Black a.k.a. Colin Vearncombe, trudno powiedzieć, czy Black to wciąż nazwa zespołu czy już bardziej pseudonim Colina, albowiem ten występował pod obydwoma, ale też Black był przez pewien czas do rzeczy bardziej... komercyjnych, że tak to ujmę, podczas gdy Colin "solo" był zdecydowanie bardziej osobisty, intymny. Kim był Colin już wiecie, więc rozpisywał się nie będę. To, że umarł tragicznie niecały rok po premierze tej płyty też wiecie, ale ważnym tutaj jest, że postanowił właśnie wówczas wypuścić ten krążek jako Black, z którym się zdążył trochę po latach "pogodzić". Wcześniejszy album Blacka był z roku 2009, jednakowoż w tym samym ukazał się również krążek... Colina Vearncombe (obydwa super, choć Colin "solo" wygrywa trochę imho). Jeszcze poprzedni Black był z roku 2005, płyta Between Two Churches i wrzucałem Wam zeń Charlemagne w ubiegłorocznej 25-tce. Na Blind Faith Colin wrócił trochę do swojego "standardowego" grania, tj. gitary akustyczne, owszem, ale też inne, rozbudowane instrumentarium, więc jest tu parę numerów, które spokojnie mogłyby być (i nawet zdążyły być) małymi hitami. Wiadomo, nie na modłę Wonderful Life, ale też Colin wielokrotnie mówił, że już mu na tym nie zależy (choć też wielokrotnie wspominał, że czuje lekki wewnętrzny ból dupy, że nigdy nie udało mu się tego sukcesu powtórzyć, a na przełomie lat 80. i 90. jeszcze próbował).
Płyta ta jest ważna z dwóch powodów - pierwszy, to jednak był comeback trochę zapomnianego artysty po latach, i to po latach od takich wydawnictw, które również wpadały w ręce właściwie wyłącznie hardkorowym fanom. Drugi był taki, że Black postanowił wyprodukować ten krążek opierając się wyłącznie o wpłaty darczyńców, tj. crowdfunding, i bał się do samego końca, że to nie wypali. Cóż, wypaliło z nawiązką, budżet zwrócił się wielokrotnie, Colin był ostro zaskoczony odzewem, a za grubsze wpłaty oferował fajne bonusy (za najwyższą możliwą, już nie pamiętam stawki, obiecał napisać piosenkę na wybrany przez osobę wpłacającą temat, i oczywiście ją nagrać). Krążek nie tylko się oczywiście ukazał, na samym początku kwietnia 2015 (podejrzewam, że dojdziemy do tej płyty akurat wtedy, byłoby super), ale też... zwrócił na Colina na nowo uwagę brytyjskich mediów, do tego stopnia, że po raz pierwszy od naprawdę dawna grało go BBC Radio 1, i to z nowym materiałem (na jeden z singli wybrano fenomenalne Ashes of Angels). Colin napisał wszystkie piosenki wraz ze swoim wieloletnim współpracownikiem muzycznym, Calumem MacCollem (gość grał m.in. z Ronanem Keatingiem), wspomagał ich Simon Edwards (basista, który grał np. z Red Box i był sesyjnym na Spirit of Eden Talk Talk), za aranżacje smyczków odpowiadał Callum Malcolm, gość, który realizował choćby album Live in the City of Light Simple Minds. Także, no, srogi zestaw ludzi. I zrobili srogi album, naprawdę. Sami zresztą zobaczycie.
Black był genialny, jak to Hien kiedyś już napisał, "gość miał głos jak stodoła", potrafił go użyć, miał niesamowity talent do pisania dobrych piosenek, ciekawych, wieloznacznych tekstów, nadawał melancholii kształt, który był bardzo daleki od pretensjonalności. Nawet jak o miłości pisał (no dobra, pisał głównie o miłości), to robił to w naprawdę dobry sposób (I mean, posłuchajcie sobie Sweetest Smile czy Cool, albo doje*anego Sunflower na mojej wrzutce). Smutnym jest to, co już pisałem, że zginął w idiotycznym wypadku samochodowym w dniu, w którym umarł David Bowie, jadąc na lotnisko, aby... wybrać się do Anglii pisać więcej piosenek, bo miał pomysły na kolejny album. Mógł dać światu naprawdę jeszcze mnóstwo dobrzej muzyki, a musiał się pożegnać z życiem. Nie będę walił tutaj tanich wyciskaczy łez, ale faktem jest, że dopiął swego i wypuścił niemal tuż przed odejściem album, który mogę nazywać spokojnie jego najlepszym. Nie jest on długi (choć ma 13 tracków), piosenki naprawdę wzruszają, chwytają za serce, są po prostu bardzo dobre. Pamiętam, jak z Hienem (któremu już dłuższy czas sprzedawałem Blacka) czekaliśmy, aż się Blind Faith ukaże. I słuchaliśmy chyba potem symultanicznie, na żywo komentując poszczególne numery. Co mogę więcej... Serio mam nadzieję, że dojedziemy z tym albumem do kwietnia, i wtedy go odpalicie. Wiosna od razu jest lepsza przy tych dźwiękach (a wtedy kwiecień faktycznie był kwietniem, było lekko zielono, ciepło, etc.). Oby Wasza też była.
https://youtube.com/playlist?list=PLT3P ... Rycmn5Wwsn
Tak jest Proszę Państwa, nadszedł ten moment, że do albumowej trafia Black. Black a.k.a. Colin Vearncombe, trudno powiedzieć, czy Black to wciąż nazwa zespołu czy już bardziej pseudonim Colina, albowiem ten występował pod obydwoma, ale też Black był przez pewien czas do rzeczy bardziej... komercyjnych, że tak to ujmę, podczas gdy Colin "solo" był zdecydowanie bardziej osobisty, intymny. Kim był Colin już wiecie, więc rozpisywał się nie będę. To, że umarł tragicznie niecały rok po premierze tej płyty też wiecie, ale ważnym tutaj jest, że postanowił właśnie wówczas wypuścić ten krążek jako Black, z którym się zdążył trochę po latach "pogodzić". Wcześniejszy album Blacka był z roku 2009, jednakowoż w tym samym ukazał się również krążek... Colina Vearncombe (obydwa super, choć Colin "solo" wygrywa trochę imho). Jeszcze poprzedni Black był z roku 2005, płyta Between Two Churches i wrzucałem Wam zeń Charlemagne w ubiegłorocznej 25-tce. Na Blind Faith Colin wrócił trochę do swojego "standardowego" grania, tj. gitary akustyczne, owszem, ale też inne, rozbudowane instrumentarium, więc jest tu parę numerów, które spokojnie mogłyby być (i nawet zdążyły być) małymi hitami. Wiadomo, nie na modłę Wonderful Life, ale też Colin wielokrotnie mówił, że już mu na tym nie zależy (choć też wielokrotnie wspominał, że czuje lekki wewnętrzny ból dupy, że nigdy nie udało mu się tego sukcesu powtórzyć, a na przełomie lat 80. i 90. jeszcze próbował).
Płyta ta jest ważna z dwóch powodów - pierwszy, to jednak był comeback trochę zapomnianego artysty po latach, i to po latach od takich wydawnictw, które również wpadały w ręce właściwie wyłącznie hardkorowym fanom. Drugi był taki, że Black postanowił wyprodukować ten krążek opierając się wyłącznie o wpłaty darczyńców, tj. crowdfunding, i bał się do samego końca, że to nie wypali. Cóż, wypaliło z nawiązką, budżet zwrócił się wielokrotnie, Colin był ostro zaskoczony odzewem, a za grubsze wpłaty oferował fajne bonusy (za najwyższą możliwą, już nie pamiętam stawki, obiecał napisać piosenkę na wybrany przez osobę wpłacającą temat, i oczywiście ją nagrać). Krążek nie tylko się oczywiście ukazał, na samym początku kwietnia 2015 (podejrzewam, że dojdziemy do tej płyty akurat wtedy, byłoby super), ale też... zwrócił na Colina na nowo uwagę brytyjskich mediów, do tego stopnia, że po raz pierwszy od naprawdę dawna grało go BBC Radio 1, i to z nowym materiałem (na jeden z singli wybrano fenomenalne Ashes of Angels). Colin napisał wszystkie piosenki wraz ze swoim wieloletnim współpracownikiem muzycznym, Calumem MacCollem (gość grał m.in. z Ronanem Keatingiem), wspomagał ich Simon Edwards (basista, który grał np. z Red Box i był sesyjnym na Spirit of Eden Talk Talk), za aranżacje smyczków odpowiadał Callum Malcolm, gość, który realizował choćby album Live in the City of Light Simple Minds. Także, no, srogi zestaw ludzi. I zrobili srogi album, naprawdę. Sami zresztą zobaczycie.
Black był genialny, jak to Hien kiedyś już napisał, "gość miał głos jak stodoła", potrafił go użyć, miał niesamowity talent do pisania dobrych piosenek, ciekawych, wieloznacznych tekstów, nadawał melancholii kształt, który był bardzo daleki od pretensjonalności. Nawet jak o miłości pisał (no dobra, pisał głównie o miłości), to robił to w naprawdę dobry sposób (I mean, posłuchajcie sobie Sweetest Smile czy Cool, albo doje*anego Sunflower na mojej wrzutce). Smutnym jest to, co już pisałem, że zginął w idiotycznym wypadku samochodowym w dniu, w którym umarł David Bowie, jadąc na lotnisko, aby... wybrać się do Anglii pisać więcej piosenek, bo miał pomysły na kolejny album. Mógł dać światu naprawdę jeszcze mnóstwo dobrzej muzyki, a musiał się pożegnać z życiem. Nie będę walił tutaj tanich wyciskaczy łez, ale faktem jest, że dopiął swego i wypuścił niemal tuż przed odejściem album, który mogę nazywać spokojnie jego najlepszym. Nie jest on długi (choć ma 13 tracków), piosenki naprawdę wzruszają, chwytają za serce, są po prostu bardzo dobre. Pamiętam, jak z Hienem (któremu już dłuższy czas sprzedawałem Blacka) czekaliśmy, aż się Blind Faith ukaże. I słuchaliśmy chyba potem symultanicznie, na żywo komentując poszczególne numery. Co mogę więcej... Serio mam nadzieję, że dojedziemy z tym albumem do kwietnia, i wtedy go odpalicie. Wiosna od razu jest lepsza przy tych dźwiękach (a wtedy kwiecień faktycznie był kwietniem, było lekko zielono, ciepło, etc.). Oby Wasza też była.
https://youtube.com/playlist?list=PLT3P ... Rycmn5Wwsn
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Do kwietnia??? Lol FU, wtedy to już wiosenna kolejka ma iść, nie róbcie jaj panowie xD
Początek marca kolego, początek marca...
Początek marca kolego, początek marca...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
I to za długo.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sorry Musiał, ale nie ma mowy. Następna kolejka jest wiosenna.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Prawda, spokojnie do połowy lutego dałoby radę.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tu zdaje się Panowie mentos i Melki nadal wiszą wrzuty
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ano wiszą. Nie wiem czy po tylu edycjach jestem was w stanie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć, ale powiedzmy, że będę się starał i na przykład JESZCZE nie będę spamować bestek Suzanne Vegą.
France Gall - Babacar
Jak zapewne pamiętacie, France Gall już w jednej z edycji naszych forumowych zabaw się pojawiła. Wrzucałem... no też Babacar, rzecz jasna utwór i nawet pamiętam, że odbiór był pozytywny. Ktoś tam pochwalił, ktoś tam inny wrzucił do podsumowania edycji i nawet obyło się bez żartów nawiązujących do popularnego serwisu oferującego usługi wspólnych przejazdów. Skoro więc udało mi się przygotować jakiś tam grunt, to myślę, że odpowiednia jest dziś pora, by zaśpiewać mordom sto la.... wróć, zaprezentować PT forumowiczom większy wycinek twórczości tej Pani.
A pora jest moim zdaniem odpowiednia, gdyż - przynajmniej w moim Wrocławiu i w dniu w którym piszę te słowa - mamy zimę, na dodatek taką typową polską, mroźną i białą zimę, co to zaskakuje kierowców i generalnie paraliżuje wszystko. No i jakoś tak się śmiesznie składa, że ten album z tą porą roku mi się kojarzy, ale od razu zaznaczam, że w tym konkretnym przypadku nie chodzi o jakieś specyficzne, abstrakcyjne skojarzenie dźwiękowe, tylko o fakt, że poznałem tę płytę zimą.
Myślę se, że równie ważne, co ten fakt, było to, że była to zima roku pańskiego 2016. Jak zapewne pamiętacie z moich opowieści (bo raczej nie z aktywności internetowej - w tamtym roku nie wyskrobałem na tym forum ani jednego posta) rok ten wspominam dobrze, ale jednocześnie pamiętam, że zaczął się dla mnie dość przeciętnie. Tak się bowiem złożyło, że tamten etap w moim życiu był dość nietypowy, bo w przeciwieństwie do wielu innych okresów w moim życiu, w tamtym czasie w domu bywałem praktycznie gościem. Łączyłem dzienne studia z pracą, jednocześnie regularnie tłukąc się busikami do domu rodzinnego (jeśli oglądaliście kiedyś pierwszą scenę pierwszego odcinka Zmienników, albo kojarzycie ten dialog o bardzo dobrym połączeniu z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" to z grubsza tak zaczynał się mój typowy dzień w tamtym okresie).
Nie chcę tu jakoś romantyzować tego okresu, bo nie za bardzo jest co romantyzować, ani nawet demonizować, bo jednak nie trwał długo, choćby i z racji tego, że jednak na dłuższą metę tak się żyć nie da. Niemniej, jakoś tak się złożyło, że podczas tych moich niemal codziennych eskapad odkryłem mnóstwo rzeczy, po które bym w inny sposób nie sięgnął. Jedna z nich się tu już przetoczyła (patrz: Bananowy Song), ale tak sobie myślę, że chyba ważniejszym odkryciem była dla mnie opisywana tu France Gall. Nigdy jej nie zapomnę tego, jak odkrycie Ella Elle L'a (znałem ten kawałek wcześniej, ale tylko z coveru Kate Ryan - btw czy ona kiedykolwiek nagrała cokolwiek własnego? xd) pomogło mi wytrzymać spędzenie jednego zimowego popołudnia w śmierdzącym blachosmrodzie, w którym to z racji przepotężnych korków musiałem spędzić znacznie więcej czasu niż zazwyczaj.
Wkręta trwała parę dobrych dni, jak to u mnie zazwyczaj bywa. W tym miejscu powinienem poutyskiwać sobie na fakt, że niepotrzebnie usuwałem i zakładałem konta na laście, bo już nie jestem w stanie zweryfikować kiedy to konkretniej miało miejsce i ile odtworzeń nabiłem, ale pewnych rzeczy już nie przeskoczzę. No w każdym razie tak się śmiesznie złożyło, że był to jeszcze okres, w którym jeszcze chciało mi się trzymać ręke na pulsie i eksplorować muzykę, chociaż już znacznie mniej intensywnie niż do niedawna. W każdym razie na tyle, że w tym krótkim okienku, gdzie miałem chwilę jakiegokolwiek czasu dla siebie, sięgnąłem po cały album, z którego pochodzi powyższy singiel. I wiecie co się okazało?
No się okazało, że jest bardzo dobry. Ja średnio lubię te teksty o tym, że jakiś album X został nagrany przez dojrzałego artystę po przejściach i tym podobnych, bo jednak trochę mi to trąci pustosłowiem z presskitów, ale tak się śmiesznie składa, że takie słowa mi się tu cisną na klawiaturę. Przynajmniej w kontekście wcześniejszej twórczości Isabelle Geneviève Marie Anne Gall (nie, nawet we Francji nikt nie nazwałby swojego dziecka nazwą własnego kraju), która generalnie nie wywołała we mnie jakichś szczególnych emocji, ale tak czy siak dostajemy tutaj dziewięć więcej niż rzetelnych, świetnie wyprodukowanych, dobrze skomponowanych popowych kawałków.
O tytułowym sporo napisałem, o ELI ELI napisali sporo już inni - te rzeczy są jak najbardziej świetne, ale nieco ograne. A warto zwrócić uwagę na tzw. deep cuty, których jest tu mnóstwo, w przeciwieństwie do nijakich momentów. Ot, chociażby otwierające płytę Papillion de nuit, które urzeka swoją chwytliwością czy zajefajnym MOSTKIEM. Czy Urgent d' attendre jest maksymalnie ejtisowe i maksymalnie spoko. Dancing Brave to bardzo sympatyczna ballada. To parę moich luźnych typów, które bym wyróżnił, aczkolwiek gdybym uważał, że reszta jest niewarta wzmianki, to by ta płyta się tu nie pojawiła.
No i jak to, prostytutka wodna, brzmi!
Dobra, co ja będę pieprzyć: bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... cGG_pT_G7Q
France Gall - Babacar
Jak zapewne pamiętacie, France Gall już w jednej z edycji naszych forumowych zabaw się pojawiła. Wrzucałem... no też Babacar, rzecz jasna utwór i nawet pamiętam, że odbiór był pozytywny. Ktoś tam pochwalił, ktoś tam inny wrzucił do podsumowania edycji i nawet obyło się bez żartów nawiązujących do popularnego serwisu oferującego usługi wspólnych przejazdów. Skoro więc udało mi się przygotować jakiś tam grunt, to myślę, że odpowiednia jest dziś pora, by zaśpiewać mordom sto la.... wróć, zaprezentować PT forumowiczom większy wycinek twórczości tej Pani.
A pora jest moim zdaniem odpowiednia, gdyż - przynajmniej w moim Wrocławiu i w dniu w którym piszę te słowa - mamy zimę, na dodatek taką typową polską, mroźną i białą zimę, co to zaskakuje kierowców i generalnie paraliżuje wszystko. No i jakoś tak się śmiesznie składa, że ten album z tą porą roku mi się kojarzy, ale od razu zaznaczam, że w tym konkretnym przypadku nie chodzi o jakieś specyficzne, abstrakcyjne skojarzenie dźwiękowe, tylko o fakt, że poznałem tę płytę zimą.
Myślę se, że równie ważne, co ten fakt, było to, że była to zima roku pańskiego 2016. Jak zapewne pamiętacie z moich opowieści (bo raczej nie z aktywności internetowej - w tamtym roku nie wyskrobałem na tym forum ani jednego posta) rok ten wspominam dobrze, ale jednocześnie pamiętam, że zaczął się dla mnie dość przeciętnie. Tak się bowiem złożyło, że tamten etap w moim życiu był dość nietypowy, bo w przeciwieństwie do wielu innych okresów w moim życiu, w tamtym czasie w domu bywałem praktycznie gościem. Łączyłem dzienne studia z pracą, jednocześnie regularnie tłukąc się busikami do domu rodzinnego (jeśli oglądaliście kiedyś pierwszą scenę pierwszego odcinka Zmienników, albo kojarzycie ten dialog o bardzo dobrym połączeniu z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" to z grubsza tak zaczynał się mój typowy dzień w tamtym okresie).
Nie chcę tu jakoś romantyzować tego okresu, bo nie za bardzo jest co romantyzować, ani nawet demonizować, bo jednak nie trwał długo, choćby i z racji tego, że jednak na dłuższą metę tak się żyć nie da. Niemniej, jakoś tak się złożyło, że podczas tych moich niemal codziennych eskapad odkryłem mnóstwo rzeczy, po które bym w inny sposób nie sięgnął. Jedna z nich się tu już przetoczyła (patrz: Bananowy Song), ale tak sobie myślę, że chyba ważniejszym odkryciem była dla mnie opisywana tu France Gall. Nigdy jej nie zapomnę tego, jak odkrycie Ella Elle L'a (znałem ten kawałek wcześniej, ale tylko z coveru Kate Ryan - btw czy ona kiedykolwiek nagrała cokolwiek własnego? xd) pomogło mi wytrzymać spędzenie jednego zimowego popołudnia w śmierdzącym blachosmrodzie, w którym to z racji przepotężnych korków musiałem spędzić znacznie więcej czasu niż zazwyczaj.
Wkręta trwała parę dobrych dni, jak to u mnie zazwyczaj bywa. W tym miejscu powinienem poutyskiwać sobie na fakt, że niepotrzebnie usuwałem i zakładałem konta na laście, bo już nie jestem w stanie zweryfikować kiedy to konkretniej miało miejsce i ile odtworzeń nabiłem, ale pewnych rzeczy już nie przeskoczzę. No w każdym razie tak się śmiesznie złożyło, że był to jeszcze okres, w którym jeszcze chciało mi się trzymać ręke na pulsie i eksplorować muzykę, chociaż już znacznie mniej intensywnie niż do niedawna. W każdym razie na tyle, że w tym krótkim okienku, gdzie miałem chwilę jakiegokolwiek czasu dla siebie, sięgnąłem po cały album, z którego pochodzi powyższy singiel. I wiecie co się okazało?
No się okazało, że jest bardzo dobry. Ja średnio lubię te teksty o tym, że jakiś album X został nagrany przez dojrzałego artystę po przejściach i tym podobnych, bo jednak trochę mi to trąci pustosłowiem z presskitów, ale tak się śmiesznie składa, że takie słowa mi się tu cisną na klawiaturę. Przynajmniej w kontekście wcześniejszej twórczości Isabelle Geneviève Marie Anne Gall (nie, nawet we Francji nikt nie nazwałby swojego dziecka nazwą własnego kraju), która generalnie nie wywołała we mnie jakichś szczególnych emocji, ale tak czy siak dostajemy tutaj dziewięć więcej niż rzetelnych, świetnie wyprodukowanych, dobrze skomponowanych popowych kawałków.
O tytułowym sporo napisałem, o ELI ELI napisali sporo już inni - te rzeczy są jak najbardziej świetne, ale nieco ograne. A warto zwrócić uwagę na tzw. deep cuty, których jest tu mnóstwo, w przeciwieństwie do nijakich momentów. Ot, chociażby otwierające płytę Papillion de nuit, które urzeka swoją chwytliwością czy zajefajnym MOSTKIEM. Czy Urgent d' attendre jest maksymalnie ejtisowe i maksymalnie spoko. Dancing Brave to bardzo sympatyczna ballada. To parę moich luźnych typów, które bym wyróżnił, aczkolwiek gdybym uważał, że reszta jest niewarta wzmianki, to by ta płyta się tu nie pojawiła.
No i jak to, prostytutka wodna, brzmi!
Dobra, co ja będę pieprzyć: bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... cGG_pT_G7Q
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA