Best of Forum V
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
zawsze to robicie i zawsze musi być potem wykop fejs hehhe
Sign Your Name
Kawałek obił się o uszy przy okazji audycji z klasyczkami lat minionych. Niesłyszany dłuższy czas mimo to nie brzmi zbyt obco. Charakterystyczny refren, generalnie aranż naprawdę chwytliwe. Jak dla mnie dość androgeniczny wokal, ani wada ani zaleta. Słuchając w ciemno byłbym raczej przekonany, że produkuje się tutaj jakaś kobieta. Naprawdę dobry, lekki kawałek. Może nawet sensualny fragmentami. W użytych dźwiękach słychać upływ lat - nie drażnią, ale też niespecjalnie szlachetnieją. Na szczęście numer zgrabnie złożony, właśnie do radia jak znalazł. Zgadzam się z Hjenę, że przede wszystkim efekt robi głos. Jest we mnie trochę soulu, więc łatwy kciuk w górę.
Everybody's Got To Learn Sometime
Mudżyn ucieka ze swojego bezpiecznego zestawu, lądując w orbicie jesieniarskich smęcików. Za każdym razem przed odsłuchami wpisuję sobie kolejne wrzutki na dedykowane listy. Po paru dniach przy bliższym kontakcie ten związek się zaciera. Zanim siadłem do pisania myślałem, że to propozycja Hiena. Lekko ilustracyjna pościelówa bez przesadnego rozmachu. Niby wjeżdżają smyki, ale jakoś ze smakiem, z wyczuciem, rezerwą. Przede wszystkim znowu złapał mnie refren. Świetnie się rozwija, do tego po prostu ta tytułowa fraza doskonale wybrzmiewa. Dźwięki też ciekawe dopowiadają, to charakterystyczne "u uuuu" wchodzi na łeb. Pod lekkie niepokoje czy zmęczenie życiem propozycja wyborowa. Jest dobrze.
Love
Daughter? Still better than Daughters. Od jakiegoś czasu zdarza się, że dostajemy depeszowym supportem. Nie jestem przekonany, czy ten zespół akurat kiedyś dostał szansę, ale skoro takie nudy jak Hope miały pięć minut, to czemu oni mieliby nie mieć okazji? Słuchane bezpośrednio po Beck jeszcze bardziej traci na wyrazistości. Tu deprecha jest jeszcze bardziej wyraźna, klimat jednowymiarowy. Niby gęsty, ale z czasem się lekko rozmywa. Może lepiej powiedzieć: ewoluuje. Też dość długi kawałek potrzebujący chwili na rozpęd i rozwinięcie. W połowie robi się już nudno w charakterystyczny indie sposób. Płaska perka, przede wszystkim zawsze takim projektom brakuje przyłożenia albo wycofania bębnów z gry. Wbrew temu druga część podoba mi się bardziej. Po prostu zespół gra coś więcej ciekawego. Wokal nie drażni płaczliwą konwencją do przesady. Już doszło do jakiejś przemiany i tak jest dobrze, tylko czy na pewno? Nie wiem. Dla mnie, skromnego słuchacza, ostatecznie tylko w porządku.
So Sorry I Said
Jak już wiem, że za tym wszystkim stoi PSB, to idzie wyłapać określone patenty w aranżach. Albo zaakceptować dość głupawy tekst. Wokal mnie nie powala. Momentami może jest nawet zbyt dobrze podany. Podobnie byłoby z aranżem, gdyby nie te skromne klawiszowe ozdobniki. Poza tym stare dobre ejtisy. Pozbawione syntezatorowego kiczu, bardziej eleganckie. Nie wiem jak z pozostałymi kawałkami. Ten przepływa całkiem szybko. Trudno się do czegoś przyczepić. Po prostu nic szczególnego nie zostaje w pamięci poza wrażeniem solidności. Nie jestem jednak aż tak uprzedzony, by mieć powody do wątpliwości przed odsłuchem całości. Trochę brzmi jak zapychacz płyty, na pewno drzemie tam coś więcej.
Sailing on the Seven Seas
Kiedyś wspominałem o przegrywanej kasecie. Na początku była Hiroshima, a zaraz potem właśnie ten numer. W ten sposób po raz pierwszy zetknąłem się z OMD. Wtedy myślałem, że za Sailing odpowiada jakiś azjatycki zespół nieudolnie małpujący angielski akcent na wokalu xD Trudno się ocenia rzeczy znane równie dobrze co (coraz gorsze dookoła) powietrze. Na fali większego zainteresowania zespołem i pamiętając o tym hicie, sprawdziłem któregoś dnia całe Sugar Tax. To było pierwsze poważniejsze rozczarowanie, gdzieś na wysokości połowy płyty zaczynają klepać to samo, tylko gorzej. Poza tym jest znośnie, ale tak naprawdę liczy się rewelacyjne Pandora Box i tylko ociupinkę gorszy banger rzucany przez Mentosowego. Jest tanecznie, dyskotekowo, z lekko kiczowatym aranżem. Jak dla mnie wszystko na swoim miejscu. Refren zaraża pozytywną energią, więc nie dziwię się ówczesnej potrzebie poszukiwania pozytywnych bodźców. W zwrotkach wokal lekko drażni, szczegół. Wracam znacznie rzadziej niż do ulubieńców z ejtisów. W tym przypadku to kwestia osłuchania w dzieciństwie, ale nie dołączam do klubu hejterów. Hit to hit, znajdzie u mnie kibica. A porównań do DM kompletnie nie rozumiem.
Who's That Girl?
Kolejkę wygrywa mój ulubiony numer Eurythmics. W tej kwestii trochę biłem się z myślami, ale taka jest prawda. Gdybym miał coś od nich wrzucić do bestki, to przede wszystkim poszłoby Who's That Girl. Świetne melodie wspominane przez Melkiego, ale przede wszystkim ten kontrast wspomagany przez celny tekst. Lekko niepokojące, tajemnicze, poetyckie zwrotki, potem pozornie spokojniejsze przejścia i ten refren-wyrzut, boskie połączenie. Do tego całość gęsta od soczystego brzmienia synthów tak jak to powinno być, po bożemu. Miło stwierdzić, że instrumental dojeżdża do interpretacji wokalnej Annie. Oj, jest bogato od emocji. Nie dość powiedzieć, że parę dni przed pojawieniem się w bestce wróciłem do tego kawałka, co jakiś czas mi się zdarza i będzie zdarzać. Bigosu nie cierpię. Co innego z synthpopem najwyższej próby.
Sign Your Name
Kawałek obił się o uszy przy okazji audycji z klasyczkami lat minionych. Niesłyszany dłuższy czas mimo to nie brzmi zbyt obco. Charakterystyczny refren, generalnie aranż naprawdę chwytliwe. Jak dla mnie dość androgeniczny wokal, ani wada ani zaleta. Słuchając w ciemno byłbym raczej przekonany, że produkuje się tutaj jakaś kobieta. Naprawdę dobry, lekki kawałek. Może nawet sensualny fragmentami. W użytych dźwiękach słychać upływ lat - nie drażnią, ale też niespecjalnie szlachetnieją. Na szczęście numer zgrabnie złożony, właśnie do radia jak znalazł. Zgadzam się z Hjenę, że przede wszystkim efekt robi głos. Jest we mnie trochę soulu, więc łatwy kciuk w górę.
Everybody's Got To Learn Sometime
Mudżyn ucieka ze swojego bezpiecznego zestawu, lądując w orbicie jesieniarskich smęcików. Za każdym razem przed odsłuchami wpisuję sobie kolejne wrzutki na dedykowane listy. Po paru dniach przy bliższym kontakcie ten związek się zaciera. Zanim siadłem do pisania myślałem, że to propozycja Hiena. Lekko ilustracyjna pościelówa bez przesadnego rozmachu. Niby wjeżdżają smyki, ale jakoś ze smakiem, z wyczuciem, rezerwą. Przede wszystkim znowu złapał mnie refren. Świetnie się rozwija, do tego po prostu ta tytułowa fraza doskonale wybrzmiewa. Dźwięki też ciekawe dopowiadają, to charakterystyczne "u uuuu" wchodzi na łeb. Pod lekkie niepokoje czy zmęczenie życiem propozycja wyborowa. Jest dobrze.
Love
Daughter? Still better than Daughters. Od jakiegoś czasu zdarza się, że dostajemy depeszowym supportem. Nie jestem przekonany, czy ten zespół akurat kiedyś dostał szansę, ale skoro takie nudy jak Hope miały pięć minut, to czemu oni mieliby nie mieć okazji? Słuchane bezpośrednio po Beck jeszcze bardziej traci na wyrazistości. Tu deprecha jest jeszcze bardziej wyraźna, klimat jednowymiarowy. Niby gęsty, ale z czasem się lekko rozmywa. Może lepiej powiedzieć: ewoluuje. Też dość długi kawałek potrzebujący chwili na rozpęd i rozwinięcie. W połowie robi się już nudno w charakterystyczny indie sposób. Płaska perka, przede wszystkim zawsze takim projektom brakuje przyłożenia albo wycofania bębnów z gry. Wbrew temu druga część podoba mi się bardziej. Po prostu zespół gra coś więcej ciekawego. Wokal nie drażni płaczliwą konwencją do przesady. Już doszło do jakiejś przemiany i tak jest dobrze, tylko czy na pewno? Nie wiem. Dla mnie, skromnego słuchacza, ostatecznie tylko w porządku.
So Sorry I Said
Jak już wiem, że za tym wszystkim stoi PSB, to idzie wyłapać określone patenty w aranżach. Albo zaakceptować dość głupawy tekst. Wokal mnie nie powala. Momentami może jest nawet zbyt dobrze podany. Podobnie byłoby z aranżem, gdyby nie te skromne klawiszowe ozdobniki. Poza tym stare dobre ejtisy. Pozbawione syntezatorowego kiczu, bardziej eleganckie. Nie wiem jak z pozostałymi kawałkami. Ten przepływa całkiem szybko. Trudno się do czegoś przyczepić. Po prostu nic szczególnego nie zostaje w pamięci poza wrażeniem solidności. Nie jestem jednak aż tak uprzedzony, by mieć powody do wątpliwości przed odsłuchem całości. Trochę brzmi jak zapychacz płyty, na pewno drzemie tam coś więcej.
Sailing on the Seven Seas
Kiedyś wspominałem o przegrywanej kasecie. Na początku była Hiroshima, a zaraz potem właśnie ten numer. W ten sposób po raz pierwszy zetknąłem się z OMD. Wtedy myślałem, że za Sailing odpowiada jakiś azjatycki zespół nieudolnie małpujący angielski akcent na wokalu xD Trudno się ocenia rzeczy znane równie dobrze co (coraz gorsze dookoła) powietrze. Na fali większego zainteresowania zespołem i pamiętając o tym hicie, sprawdziłem któregoś dnia całe Sugar Tax. To było pierwsze poważniejsze rozczarowanie, gdzieś na wysokości połowy płyty zaczynają klepać to samo, tylko gorzej. Poza tym jest znośnie, ale tak naprawdę liczy się rewelacyjne Pandora Box i tylko ociupinkę gorszy banger rzucany przez Mentosowego. Jest tanecznie, dyskotekowo, z lekko kiczowatym aranżem. Jak dla mnie wszystko na swoim miejscu. Refren zaraża pozytywną energią, więc nie dziwię się ówczesnej potrzebie poszukiwania pozytywnych bodźców. W zwrotkach wokal lekko drażni, szczegół. Wracam znacznie rzadziej niż do ulubieńców z ejtisów. W tym przypadku to kwestia osłuchania w dzieciństwie, ale nie dołączam do klubu hejterów. Hit to hit, znajdzie u mnie kibica. A porównań do DM kompletnie nie rozumiem.
Who's That Girl?
Kolejkę wygrywa mój ulubiony numer Eurythmics. W tej kwestii trochę biłem się z myślami, ale taka jest prawda. Gdybym miał coś od nich wrzucić do bestki, to przede wszystkim poszłoby Who's That Girl. Świetne melodie wspominane przez Melkiego, ale przede wszystkim ten kontrast wspomagany przez celny tekst. Lekko niepokojące, tajemnicze, poetyckie zwrotki, potem pozornie spokojniejsze przejścia i ten refren-wyrzut, boskie połączenie. Do tego całość gęsta od soczystego brzmienia synthów tak jak to powinno być, po bożemu. Miło stwierdzić, że instrumental dojeżdża do interpretacji wokalnej Annie. Oj, jest bogato od emocji. Nie dość powiedzieć, że parę dni przed pojawieniem się w bestce wróciłem do tego kawałka, co jakiś czas mi się zdarza i będzie zdarzać. Bigosu nie cierpię. Co innego z synthpopem najwyższej próby.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
gdzie te wrzutki?
Peter Baumann - Phase By Phase (1976)
Kurczę, Baumann był duszą tego zespołu w najlepszych latach epoki Virgin. Franke sprawny technik i nie mniej wrażliwy artysta, wiadomo. Frezer też bardzo istotny - kierownik całej imprezy również umiejący zagrać solidnie i klimatycznie. Bez Baumanna to po prostu nie byłoby to. Zabrakłoby tego czegoś więcej, subtelnego i niewymuszonego budowania nastroju. Gość nie był dobry w klepanie numerów jeden po drugim, zresztą bycie w zespole to też z pewnością był osobny problem dla Petera. W 1975 roku zrezygnował z australijskiej trasy, a z Tangerine Dream pożegnał się ostatecznie pod koniec 1977. Potem jeszcze były kontakty biznesowe, właściwie na poziomie wydawniczym pod koniec lat '80. Zdążył się spotkać z Edgarem na parę miesięcy przed jego śmiercią. Podobno były jakieś wspólne plany artystyczne. Wszystko spełzło na niczym. Baumann po dziesiątkach lat ciszy nagrał jedną solówkę i drugą płytę w duecie z Haslingerem pod szyldem Neuland. To wszystko. I tak będzie wielki nie tylko za wkład w TD, ale też za znakomity solowy debiut.
Zanim przeszedł na zaskakująco tandentny synthpop rozwijał to, co miał najlepszego do zaproponowania. Urocze, kameralne instrumentalne kompozycje. Może Phase By Phase jest pod tym względem najswobodniej zbudowane, ale co tam. Doceniam ją najbardziej ze wszystkich. Baumann sprytnie buduje napięcie, choć nie korzysta z wielu dźwięków. Prawdziwa siła minimalu w starym stylu. Rewelacyjne brzmienie. Czegoś takiego ze współczesnych syntezatorów się nie wypoci, nie ma rady. Romance 76 powstawał jeszcze w czasach działania w Tangerine Dream, miejscami brzmi podobnie do Stratosfear czy Encore.
A do tego wtedy to był urokliwy człowiek, rewelacyjna okładka. Jeden z tych najważniejszych must have na półce. Może być CDek, ale winyl to byłby prawdziwy odlot.
https://www.youtube.com/watch?v=B-HtOCZSxPA
Peter Baumann - Phase By Phase (1976)
Kurczę, Baumann był duszą tego zespołu w najlepszych latach epoki Virgin. Franke sprawny technik i nie mniej wrażliwy artysta, wiadomo. Frezer też bardzo istotny - kierownik całej imprezy również umiejący zagrać solidnie i klimatycznie. Bez Baumanna to po prostu nie byłoby to. Zabrakłoby tego czegoś więcej, subtelnego i niewymuszonego budowania nastroju. Gość nie był dobry w klepanie numerów jeden po drugim, zresztą bycie w zespole to też z pewnością był osobny problem dla Petera. W 1975 roku zrezygnował z australijskiej trasy, a z Tangerine Dream pożegnał się ostatecznie pod koniec 1977. Potem jeszcze były kontakty biznesowe, właściwie na poziomie wydawniczym pod koniec lat '80. Zdążył się spotkać z Edgarem na parę miesięcy przed jego śmiercią. Podobno były jakieś wspólne plany artystyczne. Wszystko spełzło na niczym. Baumann po dziesiątkach lat ciszy nagrał jedną solówkę i drugą płytę w duecie z Haslingerem pod szyldem Neuland. To wszystko. I tak będzie wielki nie tylko za wkład w TD, ale też za znakomity solowy debiut.
Zanim przeszedł na zaskakująco tandentny synthpop rozwijał to, co miał najlepszego do zaproponowania. Urocze, kameralne instrumentalne kompozycje. Może Phase By Phase jest pod tym względem najswobodniej zbudowane, ale co tam. Doceniam ją najbardziej ze wszystkich. Baumann sprytnie buduje napięcie, choć nie korzysta z wielu dźwięków. Prawdziwa siła minimalu w starym stylu. Rewelacyjne brzmienie. Czegoś takiego ze współczesnych syntezatorów się nie wypoci, nie ma rady. Romance 76 powstawał jeszcze w czasach działania w Tangerine Dream, miejscami brzmi podobnie do Stratosfear czy Encore.
A do tego wtedy to był urokliwy człowiek, rewelacyjna okładka. Jeden z tych najważniejszych must have na półce. Może być CDek, ale winyl to byłby prawdziwy odlot.
https://www.youtube.com/watch?v=B-HtOCZSxPA
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Kiedyś, jak byłem mały, muzyka techno kojarzyła mi się bardzo źle - z imprezami notorycznie urządzanymi przez sąsiada z dołu o każdej porze dnia i nocy. Towarzyszyły temu nierzadko wrzaski (zaczepianie ludzi, że tu mieszkają sataniści itd., okropieństwo), wycie psów (mieli ich aż pięć) i picie na umór (źle się to skończyło, człowiek z powodu alkoholizmu stracił rodzinę, a potem i życie). Ustawiali głośnik bezpośrednio pod łóżkiem mamy i potem mama chodziła cały dzień zła (a jak tu się wyspać, jak do trzeciej w nocy dudni głośnik pod tobą?) Potem młodsze pokolenie dorosło, starsze wyleciało za drzwi i się uspokoiło. Ale bardzo długo techno kojarzyło mi się tylko z jednostajnym łomotem i wieczną imprezą okropnych ludzi (nawet niekoniecznie ze stylem bycia całych grup społecznych czy dyskoteką).
Wiem, że kontynuatorzy myśli Kraftwerku (w tym również bohaterowie niniejszego forum) często nazywani są piosenkarzami techno (czy technopopu), do mnie to jednak nigdy dogłębnie nie dotarło. A przecież niemało z nich znam już ze ćwierć wieku.
Trochę później zacząłem poznawać różne mniej i bardziej popularne przeboje. Było (były?) wśród nich Children Roberta Milesa (a potem i Fable, i One&One tego samego autora). Podobało mi się i zupełnie nie kojarzyło z nazwą techno (do dziś, widzę, mam z tym duży problem, dla mnie dalej pierwsze skojarzenie z techno to tamte imprezy sprzed prawie 30 lat). Ciekawa sprawa, znajdowały się one na płycie Dreamland, którą później w całości przesłuchałem. Dreamland kojarzy mi się z moją zimową kurtką marki o tej właśnie nazwie, którą miałem na sobie podczas wycieczki do Paryża w 2005, a która wciąż wisi u mnie na wieszaku i mimo pewnego zużycia wciąż nadaje się do chodzenia. A sama płyta i te wszystkie remiksy to bardzo udane nagrania.
To były czasy przedinternetowe, czasy radiowe, znało się to, co zagrali, więc w momencie wydania szał na Dreamland mnie ominął, ale ponoć w swoim czasie robiła wielką furorę, nazywano ją nawet DSOTM muzyki techno, która ją wprowadziła na salony, ja się oczywiście dowiedziałem tego po długim czasie. W każdym razie to był kolejny krok wchodzenia w tę muzykę (wspomnienia hałaśliwych nocy nieco się zatarły, skojarzenia okazały się bardzo jednokierunkowe, a mózg chłonął nowe dźwięki). Bez tego na pewno nie byłoby tak dobrego wejścia w dalsze zakamarki elektroniki (czyli np. The Orb, ale i Tangerine Dream i równie transowy przecież Ricochet, dragonowy Schulze to też to, Kraftwerk też był potem itd.)
Zaczyna się od odgłosów burzy (fajne są takie przyrodnicze wprowadzenia), po czym wchodzi czysty, klarowny keyboard, który najpierw sobie plumka, jakby sprawdzał teren, a potem wprowadza charakterystyczny, nieśmiertelny motyw i potężnie wciąż brzmiący bit. I kolejne warstwy. Ciekawe, jak mocno zmieniły się od tamtej pory brzmienia, ja chyba dalej wolę klarowność i energię od zamulania. Sam kawałek jest mocno transowy, wciąga pierwszorzędnie, mamy tu i wyrazistą melodię, i wyrazisty rytm. Po 3:40 następuje zwolnienie, przełamanie, melodia się usuwa na rzecz bitu brzmiącego jak piłkarzyki na sprężynach (pamiętam tę grę, rodzice pewnie wciąż ją mają), a po blisko minucie wracamy do znanego już, lekko przetworzonego tematu. Po sześciu minutach drugie przełamanie i długa, syreniasta partia synthu, która zmierza już do finału, bit wybucha i rozwiewa się powoli, zapada ciemność.
Robert Miles - Children
https://www.youtube.com/watch?v=CC5ca6Hsb2Q
A co do samego pana Roberta... cóż, zmarło mu się (na raka) przed kilkoma laty, nawet pięćdziesiątki jeszcze nie miał. Niech mu ziemia lekką będzie.
Wiem, że kontynuatorzy myśli Kraftwerku (w tym również bohaterowie niniejszego forum) często nazywani są piosenkarzami techno (czy technopopu), do mnie to jednak nigdy dogłębnie nie dotarło. A przecież niemało z nich znam już ze ćwierć wieku.
Trochę później zacząłem poznawać różne mniej i bardziej popularne przeboje. Było (były?) wśród nich Children Roberta Milesa (a potem i Fable, i One&One tego samego autora). Podobało mi się i zupełnie nie kojarzyło z nazwą techno (do dziś, widzę, mam z tym duży problem, dla mnie dalej pierwsze skojarzenie z techno to tamte imprezy sprzed prawie 30 lat). Ciekawa sprawa, znajdowały się one na płycie Dreamland, którą później w całości przesłuchałem. Dreamland kojarzy mi się z moją zimową kurtką marki o tej właśnie nazwie, którą miałem na sobie podczas wycieczki do Paryża w 2005, a która wciąż wisi u mnie na wieszaku i mimo pewnego zużycia wciąż nadaje się do chodzenia. A sama płyta i te wszystkie remiksy to bardzo udane nagrania.
To były czasy przedinternetowe, czasy radiowe, znało się to, co zagrali, więc w momencie wydania szał na Dreamland mnie ominął, ale ponoć w swoim czasie robiła wielką furorę, nazywano ją nawet DSOTM muzyki techno, która ją wprowadziła na salony, ja się oczywiście dowiedziałem tego po długim czasie. W każdym razie to był kolejny krok wchodzenia w tę muzykę (wspomnienia hałaśliwych nocy nieco się zatarły, skojarzenia okazały się bardzo jednokierunkowe, a mózg chłonął nowe dźwięki). Bez tego na pewno nie byłoby tak dobrego wejścia w dalsze zakamarki elektroniki (czyli np. The Orb, ale i Tangerine Dream i równie transowy przecież Ricochet, dragonowy Schulze to też to, Kraftwerk też był potem itd.)
Zaczyna się od odgłosów burzy (fajne są takie przyrodnicze wprowadzenia), po czym wchodzi czysty, klarowny keyboard, który najpierw sobie plumka, jakby sprawdzał teren, a potem wprowadza charakterystyczny, nieśmiertelny motyw i potężnie wciąż brzmiący bit. I kolejne warstwy. Ciekawe, jak mocno zmieniły się od tamtej pory brzmienia, ja chyba dalej wolę klarowność i energię od zamulania. Sam kawałek jest mocno transowy, wciąga pierwszorzędnie, mamy tu i wyrazistą melodię, i wyrazisty rytm. Po 3:40 następuje zwolnienie, przełamanie, melodia się usuwa na rzecz bitu brzmiącego jak piłkarzyki na sprężynach (pamiętam tę grę, rodzice pewnie wciąż ją mają), a po blisko minucie wracamy do znanego już, lekko przetworzonego tematu. Po sześciu minutach drugie przełamanie i długa, syreniasta partia synthu, która zmierza już do finału, bit wybucha i rozwiewa się powoli, zapada ciemność.
Robert Miles - Children
https://www.youtube.com/watch?v=CC5ca6Hsb2Q
A co do samego pana Roberta... cóż, zmarło mu się (na raka) przed kilkoma laty, nawet pięćdziesiątki jeszcze nie miał. Niech mu ziemia lekką będzie.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Aha, przy okazji: dzięki wszystkim za dobre przyjęcie Who's That Girl? To miłe, kiedy taki nieco odkopany po latach kawałek podoba się ludziom.
Mintaj, to był jeden z pierwszych klipów, które poznałem, dzięki m.in niemu (na krótko) zainteresowałem się w ogóle tematem. Shodan, tak, ten głos jest mocarny. Na początku w ogóle nie wiedziałem, czy to pani, czy pan śpiewa. I nigdy nie miałem jakichś osobistych odczuć w stosunku do Stewarta.
Mintaj, to był jeden z pierwszych klipów, które poznałem, dzięki m.in niemu (na krótko) zainteresowałem się w ogóle tematem. Shodan, tak, ten głos jest mocarny. Na początku w ogóle nie wiedziałem, czy to pani, czy pan śpiewa. I nigdy nie miałem jakichś osobistych odczuć w stosunku do Stewarta.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja Cię kręcę mam jakieś deja vu, byłem przekonany że Children już padło w bestce ale wychodzi na to że jednak nie, a pamiętam że z jakiejś okazji słuchałem go z kumplem w pracy heh. No nic, wróci się.
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger (czyli jak wrzucić Katy B nie wrzucając jej dubla jeszcze teraz hehe)
(2010)
Powiedziałem sobie że tą 5. bestkę będę leciał na ile możliwe naturalnie (nie mylić ze spontanem), czyli jeśli coś będzie za mną chodzić to wyciągnę z tego co najlepsze i zapodam. Ostatnio po długiej przerwie znów zasłuchuję się w Katy B i przypominają mi się klubowe klimaty z UK z początku drugiej dekady tego tysiąclecia.
Tamten czas to był moment całkiem niezłego revivalu klubowej muzyki w mainstreamie i moment gdy ster na chwilę przejmowały brzmienia dubstep i drum & bass, powstawały fajne klubowe numery nawiązujące duchem nieco do ery dobrego rave'u. Wtedy karierę zaczynała na dobre Katy B ale jej sukces w dużej mierze opierał się na produkcjach utalentowanych ludzi takich jak Geeneus, Zinc, Benga czy Skream. Ci dwaj ostatni właśnie wraz z trzecim jeszcze kolesiem o ksywce Artwork stworzyli jakoś w latach zerowych grupę występując razem co ostatecznie zaowocowało kontraktem płytowym i wspólnym albumem pod szyldem Magnetic Man. Jednym z singli promujących to wydawnictwo był utwór Perfect Stranger z udziałem Katy B właśnie.
Perfect Stranger to kawałek łączący dubstep i drum&bassowe brejki z wokalem Katy B. Numer który ona napisała traktuje o tajemniczym nieznajomym w którym jak można domniemywać z tekstu zakochała się od pierwszego wejrzenia. Lubię ten numer równie mocno za jego produkcję co za ten songwriting, ten tekst trafiał do mnie mocno pamiętam w słynnym już roku 2014 gdy zakochałem się bez pamięci - może nie od pierwszego wejrzenia ale prawie jakby tak, ale tę historię może jeszcze dokładnie opowiem w swoim czasie, bo jak dotąd wspominałem tylko o przykrym pokłosiu tego uczucia.
Kawałek istnieje w dwóch wersjach, krótsza, radiowa znajduje się na debiutanckim albumie Katy B no ale ja - cwany lis - chcąc na razie uniknąć dubla zapodaję Wam wersję Magnetic Man która jest dłuższa ale myślę że nie powinno to jakoś mocno wadzić w odbiorze.
https://youtu.be/y_L8szmTfAQ?si=W2bptgwUGWwyMHNx
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger (czyli jak wrzucić Katy B nie wrzucając jej dubla jeszcze teraz hehe)
(2010)
Powiedziałem sobie że tą 5. bestkę będę leciał na ile możliwe naturalnie (nie mylić ze spontanem), czyli jeśli coś będzie za mną chodzić to wyciągnę z tego co najlepsze i zapodam. Ostatnio po długiej przerwie znów zasłuchuję się w Katy B i przypominają mi się klubowe klimaty z UK z początku drugiej dekady tego tysiąclecia.
Tamten czas to był moment całkiem niezłego revivalu klubowej muzyki w mainstreamie i moment gdy ster na chwilę przejmowały brzmienia dubstep i drum & bass, powstawały fajne klubowe numery nawiązujące duchem nieco do ery dobrego rave'u. Wtedy karierę zaczynała na dobre Katy B ale jej sukces w dużej mierze opierał się na produkcjach utalentowanych ludzi takich jak Geeneus, Zinc, Benga czy Skream. Ci dwaj ostatni właśnie wraz z trzecim jeszcze kolesiem o ksywce Artwork stworzyli jakoś w latach zerowych grupę występując razem co ostatecznie zaowocowało kontraktem płytowym i wspólnym albumem pod szyldem Magnetic Man. Jednym z singli promujących to wydawnictwo był utwór Perfect Stranger z udziałem Katy B właśnie.
Perfect Stranger to kawałek łączący dubstep i drum&bassowe brejki z wokalem Katy B. Numer który ona napisała traktuje o tajemniczym nieznajomym w którym jak można domniemywać z tekstu zakochała się od pierwszego wejrzenia. Lubię ten numer równie mocno za jego produkcję co za ten songwriting, ten tekst trafiał do mnie mocno pamiętam w słynnym już roku 2014 gdy zakochałem się bez pamięci - może nie od pierwszego wejrzenia ale prawie jakby tak, ale tę historię może jeszcze dokładnie opowiem w swoim czasie, bo jak dotąd wspominałem tylko o przykrym pokłosiu tego uczucia.
Kawałek istnieje w dwóch wersjach, krótsza, radiowa znajduje się na debiutanckim albumie Katy B no ale ja - cwany lis - chcąc na razie uniknąć dubla zapodaję Wam wersję Magnetic Man która jest dłuższa ale myślę że nie powinno to jakoś mocno wadzić w odbiorze.
https://youtu.be/y_L8szmTfAQ?si=W2bptgwUGWwyMHNx
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Nazareth - Love Hurts (1974)
Kontynuujemy motyw z miłością w tytule, teraz grupa, którą zdaje się znam (świadomie, teraz) WYŁĄCZNIE z tego właśnie numeru. Skąd ten wybór? Nazareth to długo był (jest?) ulubiony band mojego ojca. Wracam więc do lat 90., pierwszej dekady swojego życia, do czasów, kiedy wciąż mieszkaliśmy w bloku na łódzkim Radogoszczu, na szafce obok telewizora stała wielka wieża Sanyo z talerzem na 6 krążków (wspominałem już o niej) i kręciła się tam głównie klasyka rocka. Nie tylko tho, równie często kręciło się tam Modern Talking trololo. Nazareth też tam było, z jakąś bestką, ale ja najbardziej zapamiętałem właśnie Love Hurts i okrutnie kojarzy mi się z tamtymi czasami.
Nazareth to szkocka grupa rockowa, która powstała pod koniec lat 60. (zdaje się, że ich fanem był Jim Kerr z Simple Minds) i należy do tego zestawu tzw. starych zespołów, które właściwie grają i koncertują po dziś dzień (z tym, że na przestrzeni ostatnich 25 lat umarło 3/4 członków oryginalnego składu i został tam z niego już tylko basista Pete Agnew; wokalista, którego możecie usłyszeć we wrzutce, tj. Dan McCafferty, odszedł całkiem niedawno, bo w 2022). Co prawda to już jest głównie występowanie na jakichś smutnych festiwalach dla zapomnianych gwiazd, ale publicity ciągle mają przyzwoite. Co więcej - cały czas wydają albumy, więc blisko im choćby do The Stranglers.
Lubię od czasu do czasu wrócić do tego kawałka, ma dla mnie ładunek emocjonalny podobny do We Built This City, z tym, że Starship w w/w wydaniu miał bardziej popowe brzmienie, więc i zostali ze mną na dłużej. Love Hurts to klasyczna ballada rockowa o wszystkich cechach... klasycznej ballady rockowej. Są dobre gitary, dobry, charakterystycznie niemal wykrzykiwany wokal McCafferty'ego, odpowiednio budowane i wypuszczane przy pomocy garów napięcie, wszystko to starczyło, by wygenerować hit. Co jest o tyle zabawne, iż Love Hurts to cover. Oryginał został nagrany po raz pierwszy przez Amerykanów znanych jako The Everly Brothers, zaś inny znany cover ich numeru to Crying in the Rain a-ha. Cover czy nie cover, wersja Nazareth rozbiła bank w momencie ukazania się na rynku. Dziś dev "dziaduje", ale myślę, że Wam podejdzie.
https://www.youtube.com/watch?v=vOn0z0IRVN8
Kontynuujemy motyw z miłością w tytule, teraz grupa, którą zdaje się znam (świadomie, teraz) WYŁĄCZNIE z tego właśnie numeru. Skąd ten wybór? Nazareth to długo był (jest?) ulubiony band mojego ojca. Wracam więc do lat 90., pierwszej dekady swojego życia, do czasów, kiedy wciąż mieszkaliśmy w bloku na łódzkim Radogoszczu, na szafce obok telewizora stała wielka wieża Sanyo z talerzem na 6 krążków (wspominałem już o niej) i kręciła się tam głównie klasyka rocka. Nie tylko tho, równie często kręciło się tam Modern Talking trololo. Nazareth też tam było, z jakąś bestką, ale ja najbardziej zapamiętałem właśnie Love Hurts i okrutnie kojarzy mi się z tamtymi czasami.
Nazareth to szkocka grupa rockowa, która powstała pod koniec lat 60. (zdaje się, że ich fanem był Jim Kerr z Simple Minds) i należy do tego zestawu tzw. starych zespołów, które właściwie grają i koncertują po dziś dzień (z tym, że na przestrzeni ostatnich 25 lat umarło 3/4 członków oryginalnego składu i został tam z niego już tylko basista Pete Agnew; wokalista, którego możecie usłyszeć we wrzutce, tj. Dan McCafferty, odszedł całkiem niedawno, bo w 2022). Co prawda to już jest głównie występowanie na jakichś smutnych festiwalach dla zapomnianych gwiazd, ale publicity ciągle mają przyzwoite. Co więcej - cały czas wydają albumy, więc blisko im choćby do The Stranglers.
Lubię od czasu do czasu wrócić do tego kawałka, ma dla mnie ładunek emocjonalny podobny do We Built This City, z tym, że Starship w w/w wydaniu miał bardziej popowe brzmienie, więc i zostali ze mną na dłużej. Love Hurts to klasyczna ballada rockowa o wszystkich cechach... klasycznej ballady rockowej. Są dobre gitary, dobry, charakterystycznie niemal wykrzykiwany wokal McCafferty'ego, odpowiednio budowane i wypuszczane przy pomocy garów napięcie, wszystko to starczyło, by wygenerować hit. Co jest o tyle zabawne, iż Love Hurts to cover. Oryginał został nagrany po raz pierwszy przez Amerykanów znanych jako The Everly Brothers, zaś inny znany cover ich numeru to Crying in the Rain a-ha. Cover czy nie cover, wersja Nazareth rozbiła bank w momencie ukazania się na rynku. Dziś dev "dziaduje", ale myślę, że Wam podejdzie.
https://www.youtube.com/watch?v=vOn0z0IRVN8
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dawno już nie było mojej wrzuty, która by wszystkim podeszła, fajnie. Terence zrobił robotę.
Zanim przejdę do wrzuty, to pytanie co robi Wuj? Wrzuty idą ładnie, trochę nie chce mi się wierzyć, że będziemy ciągnąć tę kolejkę do 11 lutego. Czy Shodan wrzuca teraz numer, a my na niego czekamy? Czy Shodan teraz wrzuca numer, odpuszcza następną kolejkę i opóźnieniem wjeżdża z zaległymi recenzjami? Czy Shodan teraz odpuszcza i wraca w następnej kolejce z wrzutą? Jak robimy?
X – The Unheard Music
Trochę starocia od Munlupa, w wykonaniu punkowego zespołu, ale z takim nie do końca punkowo brzmiącym kawałkiem. Śmiesznie się składa, że często najbardziej popularne stają się kawałki raczej średnio reprezentujące albumy, na których się znajdują. Debiut X -„Los Angeles” - to krótka, szybka i dosyć surowa punkowa płyta, takie wczesne Blondie, ale na większym wkurwie. Oprócz „The Unheard Music”, który jest w zasadzie nawet nie wiem jak to nazwać. Inny, po prostu. Kawałek pierwszy raz usłyszałem w jednym z odcinków „The X-Files”, w którym Mulder styka się z ludźmi, którzy uważają się za wampiry (kocham ten serial). X leci w tle, w scenie w barze, w sumie tyle musicie wiedzieć, a nawet tego nie musicie, bo to nie jest istotne. Co jest istotne, to to, że mi się ten kawałek z miejsca spodobał. Ten główny riff gitarowy to to, co Munlupy lubią. Kompozycyjnie, dzieje się tutaj więcej niż się człowiek po prostym zespole punkowym z przełomu lat 70 i 80 spodziewa. Wokalnie, numer ciągnie duet John Doe (serio miał taką ksywę) i Exene Cervenka, która ma momentami głos łudząco podobny do Debbie Harry. Regularnie wracam sobie do tego utworu, bo stwarza specyficzną atmosferę, trochę jak z tego zadymionego baru, w którym siedział Mulder, ale w domu i bez dymu. Fun fact, jako że raczej „LA” nie wrzucę do albumowej, to dam znać, ze album wyprodukował Ray Manzarek z The Doors.
https://www.youtube.com/watch?v=B3XHRydAN3s
Zanim przejdę do wrzuty, to pytanie co robi Wuj? Wrzuty idą ładnie, trochę nie chce mi się wierzyć, że będziemy ciągnąć tę kolejkę do 11 lutego. Czy Shodan wrzuca teraz numer, a my na niego czekamy? Czy Shodan teraz wrzuca numer, odpuszcza następną kolejkę i opóźnieniem wjeżdża z zaległymi recenzjami? Czy Shodan teraz odpuszcza i wraca w następnej kolejce z wrzutą? Jak robimy?
X – The Unheard Music
Trochę starocia od Munlupa, w wykonaniu punkowego zespołu, ale z takim nie do końca punkowo brzmiącym kawałkiem. Śmiesznie się składa, że często najbardziej popularne stają się kawałki raczej średnio reprezentujące albumy, na których się znajdują. Debiut X -„Los Angeles” - to krótka, szybka i dosyć surowa punkowa płyta, takie wczesne Blondie, ale na większym wkurwie. Oprócz „The Unheard Music”, który jest w zasadzie nawet nie wiem jak to nazwać. Inny, po prostu. Kawałek pierwszy raz usłyszałem w jednym z odcinków „The X-Files”, w którym Mulder styka się z ludźmi, którzy uważają się za wampiry (kocham ten serial). X leci w tle, w scenie w barze, w sumie tyle musicie wiedzieć, a nawet tego nie musicie, bo to nie jest istotne. Co jest istotne, to to, że mi się ten kawałek z miejsca spodobał. Ten główny riff gitarowy to to, co Munlupy lubią. Kompozycyjnie, dzieje się tutaj więcej niż się człowiek po prostym zespole punkowym z przełomu lat 70 i 80 spodziewa. Wokalnie, numer ciągnie duet John Doe (serio miał taką ksywę) i Exene Cervenka, która ma momentami głos łudząco podobny do Debbie Harry. Regularnie wracam sobie do tego utworu, bo stwarza specyficzną atmosferę, trochę jak z tego zadymionego baru, w którym siedział Mulder, ale w domu i bez dymu. Fun fact, jako że raczej „LA” nie wrzucę do albumowej, to dam znać, ze album wyprodukował Ray Manzarek z The Doors.
https://www.youtube.com/watch?v=B3XHRydAN3s
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja bym zrobił do 11 spokojnie dwie kolejki, shodan mógłby odpuścić tę drugą
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujas niech wlatuje teraz i się zobaczy jak nam to wyjdzie, jak będziemy prędcy to zaczniemy kolejną a Wujek wróci, odrobi recki tej i poczeka kolejkę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie chcę się czepiać ale wrzuciłeś inną wersjęMalkolit pisze:03 lut 2024 00:57Zaczyna się od odgłosów burzy (fajne są takie przyrodnicze wprowadzenia),
Burza jest w tej:
https://youtu.be/z9b09Ljnh0k?si=hgp4KK0YpASaccMd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zaraz coś wrzucę i jeżeli Mentos się do rana spręży, to jutro do wieczora mogę się wyrobić ze swoimi opisami. Wyjeżdżam dopiero o północy. Kolejną wrzutkę też przygotuję, żeby nie zalegać. Taki mam ambitny plan, może się uda.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No to zaoraszamy Mentosa, MIGIEM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
SEBA, DAJESZ!!!!11!1111112233
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Technotronic - Pump up the Jam (1988)
Jeżeli mówimy o wielkich hitach, to nie mogło zabraknąć z mojej strony Technotronic. To są moje szkolne czasy. Początek technikum. Pamiętam tylko, że ten zespół i ich debiutancki album Pump up the Jam to był wtedy jakiś kosmos. Ogromna popularność. Coś, co robiło na ludziach niebywałe wrażenie. Ja tak to przynajmniej odbierałem. Ale przynajmniej w moich stronach rzeczywiście działała magia Technotronic. Człowiek słyszał ich hity i wymiękał. Czuł się, jakby obcował z czymś kompletnie nie z tej ziemi. Podobnie było wtedy z KLF.
Oczywiście lata mijały, czasy się zmieniały. Ale w jakiś sposób magia tego utworu nadal na mnie jednak działa. Jak słyszę Technotronic, to zaraz przypominam sobie tamte czasy, tą niebywałą modę na Technotronic. Zachowało się to w mojej głowie jako jakaś swoista legenda. W tej chwili oczywiście dawno przebrzmiała, ale magia nostalgii wciąż działa. Technotronic zdecydowanie miał wtedy swoje 5 minut . I ja nadal lubię te ich hity jak Get Up, This Beat Is Technotronic czy Pump up the Jam. Szczególnie w PUTJ jara mnie mostek i ta legendarna już syntezatorowa zagrywka.
Ciekawostką jest to, że założyciel grupy Belg Jo Bogaert zrobił w Technotronic nieco podobny numer, jaki zaistniał w Milli Vanilli. Czyli w hicie Pump up the Jam jako wokalistka była przedstawiana kongijska modelka Felly Kilingi zamiast mniej reprezentatywnej Ya Kid K. Nawet Felly grała w teledysku niby śpiewając i ozdabiała okładkę singla. Ten szwindel miał jednak dużo mniejszy wymiar niż w MV, bo ograniczał się tylko do tego jednego utworu. Już w Get Up występowała tylko Ya Kid K. Felly jeszcze ozdabiała okładkę albumu, ale Bogaert jasno wyjaśniał, że dziewczyna nie miała zbyt dużego wkłady w muzykę.
https://www.youtube.com/watch?v=7ZQQZ5B72gQ
Jeżeli mówimy o wielkich hitach, to nie mogło zabraknąć z mojej strony Technotronic. To są moje szkolne czasy. Początek technikum. Pamiętam tylko, że ten zespół i ich debiutancki album Pump up the Jam to był wtedy jakiś kosmos. Ogromna popularność. Coś, co robiło na ludziach niebywałe wrażenie. Ja tak to przynajmniej odbierałem. Ale przynajmniej w moich stronach rzeczywiście działała magia Technotronic. Człowiek słyszał ich hity i wymiękał. Czuł się, jakby obcował z czymś kompletnie nie z tej ziemi. Podobnie było wtedy z KLF.
Oczywiście lata mijały, czasy się zmieniały. Ale w jakiś sposób magia tego utworu nadal na mnie jednak działa. Jak słyszę Technotronic, to zaraz przypominam sobie tamte czasy, tą niebywałą modę na Technotronic. Zachowało się to w mojej głowie jako jakaś swoista legenda. W tej chwili oczywiście dawno przebrzmiała, ale magia nostalgii wciąż działa. Technotronic zdecydowanie miał wtedy swoje 5 minut . I ja nadal lubię te ich hity jak Get Up, This Beat Is Technotronic czy Pump up the Jam. Szczególnie w PUTJ jara mnie mostek i ta legendarna już syntezatorowa zagrywka.
Ciekawostką jest to, że założyciel grupy Belg Jo Bogaert zrobił w Technotronic nieco podobny numer, jaki zaistniał w Milli Vanilli. Czyli w hicie Pump up the Jam jako wokalistka była przedstawiana kongijska modelka Felly Kilingi zamiast mniej reprezentatywnej Ya Kid K. Nawet Felly grała w teledysku niby śpiewając i ozdabiała okładkę singla. Ten szwindel miał jednak dużo mniejszy wymiar niż w MV, bo ograniczał się tylko do tego jednego utworu. Już w Get Up występowała tylko Ya Kid K. Felly jeszcze ozdabiała okładkę albumu, ale Bogaert jasno wyjaśniał, że dziewczyna nie miała zbyt dużego wkłady w muzykę.
https://www.youtube.com/watch?v=7ZQQZ5B72gQ
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Aha, faktycznie, nie wiem, jak to się stałostripped pisze:03 lut 2024 17:29Nie chcę się czepiać ale wrzuciłeś inną wersjęMalkolit pisze:03 lut 2024 00:57Zaczyna się od odgłosów burzy (fajne są takie przyrodnicze wprowadzenia),![]()
Burza jest w tej:
https://youtu.be/z9b09Ljnh0k?si=hgp4KK0YpASaccMd
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Okej, czuje się pogoniony.
Co do tego, że Robert się pozna, to nie powątpiewałem ani przez chwilę. Że okaże się, że poza nim gust wykazuje shodan (bo Melczet tradycyjnie wyskoczył z recką po której wiem o wszystkim, tylko nie o tym co sądzi o wskazanym kawałku) zaskakuje mnie nieco bardziej, bo myślałem, że sekcja łódzka wykaże się rigczem, ale cusz. Ta kwestia skłania mnie do przemyśleń natury przeróżnej, kto wie, może w przyszłości każe mi zweryfikować mój stosunek do Taylor Swift...
Madonna - Like a Prayer
W poszczególnych odcinkach programu "Z Mintajem po jego własnej przeszłości" nieliczni czytający te wypierdy wraz ze mną eksplorowali różne okresy mojego żywota i towarzyszącą im ścieżkę dźwiękową. Jak zapewne PT forumowicze wią, okresy oraz ścieżki dźwiękowe są wybierane wg totalnie losowego klucza, którego w zasadzie nie ma i stąd nadreprezentacja pewnych okresów oraz brak takowej w innych przypadkach.
Jednym z przykładów tej drugiej opcji jest rocznik 2020 - słynny rok pandemiczny, który jednocześnie wydaje się być rokiem odległym, ale zarazem takim, który zakończył się dawno temu. Teoretycznie, jako zamknięty w chacie oraz w sobie piwniczak, powinienem siedzieć na dupie i odkrywać nową muzykę tonami, ale szczerze mówiąc - zupełnie nie chciało mi się tego robić.
Chciałem założyć, że to kwestia tego, że w pewnym wieku już człowiekowi się nie chce i zamiast odkrywać nowe rzeczy, słucha tylko artystów których lubi, cytując wiadomo kogo z wiadomo jakiego filmu, którego nie obejrzałem, bo mi się nie chciało. Tyle, że to nawet nie do końca prawda, bo po prostu tak się złożyło, że chwilowo moje zainteresowania zaczęły dryfować w innych kierunkach, a sam wolałem zamiast muzyki słuchać podcastów czy innej paplaniny.
Nie wiem jak wy wspominacie jesień tamtego roku - dla mnie to był dość specyficzny okres częściowego zawieszenia. Wiosną czułem się jak w jakimś filmie o apokalipsie słuchając tych komunikatów to w autobusach, to z samochodów na ulicach i obserwując jedyne ślady życia w sklepach, latem sytuacja wyglądała względnie normalnie (a przynajmniej z mojej perspektywy). Jesień była takim okresem zawieszenia - niby świat jakoś tam funkcjonował, ale cały czas tliło się z tyłu głowy, że sytuacja z wiosny może się powtórzyć, a bijący licznik zachorowań na pewno nie pomagał.
No i gdzieś tam na tle tego bajzu i chaotycznego okresu, który szczerze mówiąc nie wydawał mi się wtedy być aż taki chaotyczny, jak to może pobrzmiewać z mojej pisaniny, byłem sobie ja. Wiadomo co robiłem i gdzie mieszkałem. Jak przypomniałem sobie o Madonnie w tamtym czasie? Nie pamiętam. Dlaczego ten kawałek mi się wkręcił tak mocno, że kojarzy mi się z tym okresem? Nie wiem.
Mogę napisać, że jest bardzo dobry, że produkcja jest topem i generalnie naprawdę mało słyszałem tak dobrze skomponowanych rzeczy w muzyce jako takiej, a co dopiero mówić o popularnej, bo za każdym razem jak słucham tego kawałka, to rozpieprza mnie to jak dobra jest to kompozycja, ile tu jest ciekawych momentów i tych słynnych HOOKÓW, jakie mocarne są te gospelowe chórki. Mogę. Robię to. Zrobiłem.
Okej, bo Wuja pewnie juz pakuje walizki czy coś, a ja tradycyjnie was opóźniam. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtu.be/b_rIk8yKDGI?si=514dFTJtfxzeWb9W
Co do tego, że Robert się pozna, to nie powątpiewałem ani przez chwilę. Że okaże się, że poza nim gust wykazuje shodan (bo Melczet tradycyjnie wyskoczył z recką po której wiem o wszystkim, tylko nie o tym co sądzi o wskazanym kawałku) zaskakuje mnie nieco bardziej, bo myślałem, że sekcja łódzka wykaże się rigczem, ale cusz. Ta kwestia skłania mnie do przemyśleń natury przeróżnej, kto wie, może w przyszłości każe mi zweryfikować mój stosunek do Taylor Swift...
Madonna - Like a Prayer
W poszczególnych odcinkach programu "Z Mintajem po jego własnej przeszłości" nieliczni czytający te wypierdy wraz ze mną eksplorowali różne okresy mojego żywota i towarzyszącą im ścieżkę dźwiękową. Jak zapewne PT forumowicze wią, okresy oraz ścieżki dźwiękowe są wybierane wg totalnie losowego klucza, którego w zasadzie nie ma i stąd nadreprezentacja pewnych okresów oraz brak takowej w innych przypadkach.
Jednym z przykładów tej drugiej opcji jest rocznik 2020 - słynny rok pandemiczny, który jednocześnie wydaje się być rokiem odległym, ale zarazem takim, który zakończył się dawno temu. Teoretycznie, jako zamknięty w chacie oraz w sobie piwniczak, powinienem siedzieć na dupie i odkrywać nową muzykę tonami, ale szczerze mówiąc - zupełnie nie chciało mi się tego robić.
Chciałem założyć, że to kwestia tego, że w pewnym wieku już człowiekowi się nie chce i zamiast odkrywać nowe rzeczy, słucha tylko artystów których lubi, cytując wiadomo kogo z wiadomo jakiego filmu, którego nie obejrzałem, bo mi się nie chciało. Tyle, że to nawet nie do końca prawda, bo po prostu tak się złożyło, że chwilowo moje zainteresowania zaczęły dryfować w innych kierunkach, a sam wolałem zamiast muzyki słuchać podcastów czy innej paplaniny.
Nie wiem jak wy wspominacie jesień tamtego roku - dla mnie to był dość specyficzny okres częściowego zawieszenia. Wiosną czułem się jak w jakimś filmie o apokalipsie słuchając tych komunikatów to w autobusach, to z samochodów na ulicach i obserwując jedyne ślady życia w sklepach, latem sytuacja wyglądała względnie normalnie (a przynajmniej z mojej perspektywy). Jesień była takim okresem zawieszenia - niby świat jakoś tam funkcjonował, ale cały czas tliło się z tyłu głowy, że sytuacja z wiosny może się powtórzyć, a bijący licznik zachorowań na pewno nie pomagał.
No i gdzieś tam na tle tego bajzu i chaotycznego okresu, który szczerze mówiąc nie wydawał mi się wtedy być aż taki chaotyczny, jak to może pobrzmiewać z mojej pisaniny, byłem sobie ja. Wiadomo co robiłem i gdzie mieszkałem. Jak przypomniałem sobie o Madonnie w tamtym czasie? Nie pamiętam. Dlaczego ten kawałek mi się wkręcił tak mocno, że kojarzy mi się z tym okresem? Nie wiem.
Mogę napisać, że jest bardzo dobry, że produkcja jest topem i generalnie naprawdę mało słyszałem tak dobrze skomponowanych rzeczy w muzyce jako takiej, a co dopiero mówić o popularnej, bo za każdym razem jak słucham tego kawałka, to rozpieprza mnie to jak dobra jest to kompozycja, ile tu jest ciekawych momentów i tych słynnych HOOKÓW, jakie mocarne są te gospelowe chórki. Mogę. Robię to. Zrobiłem.
Okej, bo Wuja pewnie juz pakuje walizki czy coś, a ja tradycyjnie was opóźniam. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtu.be/b_rIk8yKDGI?si=514dFTJtfxzeWb9W
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Walizki spakowane, utwory wielokrotnie przesłuchane, więc jest czas na krótkie opisy.
Peter Baumann - Phase By Phase
Dragon nie kłamał z tym budowaniem napięcia i klimatu. I takie rzeczy to ja lubię, bo klimat jest świetny. Od początku mi to coś przypominało. Potem przyszło olśnienie - John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York. To jest naprawdę bardzo podobne brzmienie. I od tamtego momentu nie mogę się wyzbyć uczucia, że słucham tracku z filmu Ucieczka z NY. Phase by Phase idealnie oddawałoby klimat lokacji z tego filmu. Jest niezwykle nastrojowo, niepokojąco. Groźnie brzmią uderzenia klawiszy imitujących dzwony. Rzeczywiście słychać, że to stara szkoła grania. Syntezatory starej generacji. Ale one naprawdę miały niepowtarzalne brzmienie. Bardzo mi się ten utwór podoba.
Robert Miles – Children
Melki wrzuca same znane hity, ale za to jakie! Nie wyobrażam sobie, że może istnieć ktoś, kto nigdy nie słyszał Children. Miles miał wypracowane swoje charakterystyczne brzmienie. Ten klawisz jest bardzo charakterystyczny. Biedny Robert już nie żyje, ale ta jego zagrywka na klawiszu jest rzeczywiście nieśmiertelna. Bardzo dobra melodia, fajny bit, smyki. Utwór dobry na każdą okazję. Bardzo go lubię. Właśnie patrzę sobie przez okno balkonowe na padający deszczyk, słucham Milesa i czuję się bardzo odprężony.
Sam też mam jeden utwór Milesa na swojej liście do zaprezentowania.
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger
Stripped postąpił bardzo sprytnie. Podobnie jak ja w poprzedniej kolejce z Lizą Minnelli. Mnie to cieszy, bo ja akurat Katy B bardzo lubię. Dziewczyna ma taki wokal, że rozpoznałbym go nawet w innej galaktyce. Niepodrabialny. Wokal, który szczerze kocham. Utwór pochodzi z debiutanckiej płyty Katy i został skomponowany przez Katy, co wyraźnie słychać. Ja rozpoznaję ten jej styl. I ten styl mi oczywiście odpowiada. Podoba mi się też brzmienie utworu. Szczerze mówiąc debiutancki album Katy to jedyna rzecz od niej, jakiej jeszcze nie słyszałem. Nie ma siły, koniecznie trzeba nadrobić.
Nazareth - Love Hurts
Utwór oczywiście znam i właściwie to powinienem zjechać go jak się patrzy. Bo generalnie nie lubię takiego dziadowania w starym stylu. Ale w sumie sam utwór nie jest zły. Melodia całkiem dobra, gitary też brzmią spoko. Perkusja spoko. Nawet ta solóweczka jest spoko. To co mi tu psuje odbiór? Oczywiście wokalista. Bardzo mi nie odpowiada. Jakby darło się prześcieradło. Zastanawiałem się jakby ten utwór się prezentował z innym wokalistą. Myślę, że dużo korzystniej.
X – The Unheard Music
Na początku utwór mnie nie kupił, ale wraz z kolejnymi odsłuchami było coraz lepiej. Trzeba się było trochę osłuchać. Ten gitarowy riff jest rzeczywiście bardzo dobry. Gitarowe solówki na końcu też spoko. Od drugiej zwrotki słychać fajne organy. Wokalnie bez zarzutu. A skojarzenie z The X-Files tylko podbija dobre wrażenie. Bo dobre skojarzenia mają dla mnie jednak istotne znaczenie.
Madonna - Like a Prayer
Pierwszy raz w życiu słuchałem chyba tej piosenki na słuchawkach. I jak na początku Madonna zaczęła śpiewać, to poczułem autentyczne ciary. Teraz słucham i jest to samo. A jak takie rzeczy się dzieją, to znaczy, że mamy do czynienia z czymś autentycznie wyjątkowym. Może nie jestem takim fanem Madonny, żeby słuchać całej dyskografii, ale królowa popu ma jednak takie utwory w dorobku, że klękajcie narody. I Like a Prayer zdecydowanie do nich należy. Piękna kompozycja. Wspaniałe brzmienie. Ta gitara w drugiej części utworu robi wrażenie. Niesamowicie klimatyczne chórki w tych chwilach zwolnienia. No i wokal Madonny - również niepodrabialny i również go kocham. Legendarny utwór i koniec.
Znowu świetna kolejka. A dzięki waszemu sprawnemu działaniu nie muszę niczego opuszczać. Szkoda by było.
Peter Baumann - Phase By Phase
Dragon nie kłamał z tym budowaniem napięcia i klimatu. I takie rzeczy to ja lubię, bo klimat jest świetny. Od początku mi to coś przypominało. Potem przyszło olśnienie - John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York. To jest naprawdę bardzo podobne brzmienie. I od tamtego momentu nie mogę się wyzbyć uczucia, że słucham tracku z filmu Ucieczka z NY. Phase by Phase idealnie oddawałoby klimat lokacji z tego filmu. Jest niezwykle nastrojowo, niepokojąco. Groźnie brzmią uderzenia klawiszy imitujących dzwony. Rzeczywiście słychać, że to stara szkoła grania. Syntezatory starej generacji. Ale one naprawdę miały niepowtarzalne brzmienie. Bardzo mi się ten utwór podoba.
Robert Miles – Children
Melki wrzuca same znane hity, ale za to jakie! Nie wyobrażam sobie, że może istnieć ktoś, kto nigdy nie słyszał Children. Miles miał wypracowane swoje charakterystyczne brzmienie. Ten klawisz jest bardzo charakterystyczny. Biedny Robert już nie żyje, ale ta jego zagrywka na klawiszu jest rzeczywiście nieśmiertelna. Bardzo dobra melodia, fajny bit, smyki. Utwór dobry na każdą okazję. Bardzo go lubię. Właśnie patrzę sobie przez okno balkonowe na padający deszczyk, słucham Milesa i czuję się bardzo odprężony.
Sam też mam jeden utwór Milesa na swojej liście do zaprezentowania.
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger
Stripped postąpił bardzo sprytnie. Podobnie jak ja w poprzedniej kolejce z Lizą Minnelli. Mnie to cieszy, bo ja akurat Katy B bardzo lubię. Dziewczyna ma taki wokal, że rozpoznałbym go nawet w innej galaktyce. Niepodrabialny. Wokal, który szczerze kocham. Utwór pochodzi z debiutanckiej płyty Katy i został skomponowany przez Katy, co wyraźnie słychać. Ja rozpoznaję ten jej styl. I ten styl mi oczywiście odpowiada. Podoba mi się też brzmienie utworu. Szczerze mówiąc debiutancki album Katy to jedyna rzecz od niej, jakiej jeszcze nie słyszałem. Nie ma siły, koniecznie trzeba nadrobić.
Nazareth - Love Hurts
Utwór oczywiście znam i właściwie to powinienem zjechać go jak się patrzy. Bo generalnie nie lubię takiego dziadowania w starym stylu. Ale w sumie sam utwór nie jest zły. Melodia całkiem dobra, gitary też brzmią spoko. Perkusja spoko. Nawet ta solóweczka jest spoko. To co mi tu psuje odbiór? Oczywiście wokalista. Bardzo mi nie odpowiada. Jakby darło się prześcieradło. Zastanawiałem się jakby ten utwór się prezentował z innym wokalistą. Myślę, że dużo korzystniej.
X – The Unheard Music
Na początku utwór mnie nie kupił, ale wraz z kolejnymi odsłuchami było coraz lepiej. Trzeba się było trochę osłuchać. Ten gitarowy riff jest rzeczywiście bardzo dobry. Gitarowe solówki na końcu też spoko. Od drugiej zwrotki słychać fajne organy. Wokalnie bez zarzutu. A skojarzenie z The X-Files tylko podbija dobre wrażenie. Bo dobre skojarzenia mają dla mnie jednak istotne znaczenie.
Madonna - Like a Prayer
Pierwszy raz w życiu słuchałem chyba tej piosenki na słuchawkach. I jak na początku Madonna zaczęła śpiewać, to poczułem autentyczne ciary. Teraz słucham i jest to samo. A jak takie rzeczy się dzieją, to znaczy, że mamy do czynienia z czymś autentycznie wyjątkowym. Może nie jestem takim fanem Madonny, żeby słuchać całej dyskografii, ale królowa popu ma jednak takie utwory w dorobku, że klękajcie narody. I Like a Prayer zdecydowanie do nich należy. Piękna kompozycja. Wspaniałe brzmienie. Ta gitara w drugiej części utworu robi wrażenie. Niesamowicie klimatyczne chórki w tych chwilach zwolnienia. No i wokal Madonny - również niepodrabialny i również go kocham. Legendarny utwór i koniec.
Znowu świetna kolejka. A dzięki waszemu sprawnemu działaniu nie muszę niczego opuszczać. Szkoda by było.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Peter Baumann - Phase By Phase
Kontynuujemy podróże okołomandarynkowe z Dragonem, był Schulze a teraz Baumann. Brzmienie syntezatora na początku utworu zrobiło mi delikatnie klimat... Zmienników, lol, coś takiego kwaśnego ma w sobie. Ale te skojarzenia pryskają z pierwszym uderzeniem dzwonu oczywiście. Mamy do czynienia z instrumentalną elektroniką która myślę sprawdziłaby się najlepiej jako muzyka ilustracyjna do jakiegoś obrazu, mocno soundtrackowy klimat. Wujek wspominał Carpentera i Ucieczkę z Nowego Jorku, może troszkę faktycznie, ja to bardziej kojarzyłem z latami 70. i może jakimś kinem typu Dario Argento. Podoba mi się najbardziej elektryczne pianino, mam wybitną słabość do tego instrumentu. Ogólnie jednak bardziej to odbieram jako teaser czyjejś twórczości niż faktycznie utwór wart wyróżnienia, zobaczymy po czasie jaki będzie repeat value.
Robert Miles - Children
Melki w trybie Marka Sierockiego serwuje hity hurtem, nie zaskoczyło mnie to, tyle dobrego że do niektórych pozycji warto wrócić i odświeżyć. Children to jeden z tych utworów które nieraz każdy zna a nie pamięta ich autora. Podoba mi się już pierwszy synth w numerze, ale kojarzy mi się bardziej z latami zerowymi. Potem charakterystyczne krystalicznie czyste pianino niczym przejrzysta woda w strumieniu i na dokładkę gitarka która z kolei mi zawsze będzie kojarzyć się z zachodem słońca na jakiejś Ibizie. Taki encyklopedyczny trance który świętował komercyjne sukcesy na przełomie tysiącleci najbardziej chyba (jakieś ATB i inne tego typu rzeczy chodzą mi po głowie). Reluję najbardziej z opisem Melkiego bo mi samemu muzyka techno do pewnego momentu kojarzyła się wyłącznie źle, za sprawą typowych "manieczek" które nawalały z okien przejeżdżającego pod oknem Malucha tudzież innego Golfa, młodzież w wytartych jeansach, włosy na żel tudzież obowiązkowa bejsbolówka na łbie, mocno odstręczało mnie to od muzyki klubowej przez długi czas. Niewiele jestem w stanie napisać o tym numerze, to jest klasyka gatunku już, nawet miło było wrócić ale sam z siebie podejrzewam że nie będę odpalał.
Nazareth - Love Hurts
Mam wrażenie że wywołując do tablicy Marka Sierockiego rzuciłem nieopacznie klątwę na tą kolejkę bo od tej pory jakby masowo zaczęły bardziej lgnąć ENJOYE do playlisty. Ja sam długie lata znałem jedynie Love Hurts z repertuaru tej kapeli i to ze składanki przebojów z lat 70. które leżały u mojej mamy. Wokal jak brzeszczot, klasyczna rockowa ballada z obowiązkowym gitarowym solo, jeszcze to UUuuuu-UUU przed Love Hurts, pozycja z rockowego muzeum jak znalazł. Stary przebój który dobrze znam i po który sam nie sięgam, jako element dłuższej playlisty w vintage klimacie mógłbym posłuchać, tak to kiwam głową że ok i idę dalej.
Technotronic - Pump Up The Jam
I kolejny ENJOY, najsłynniejszy przebój tego projektu. Belgijski projekt, jeden z pierwszych przebojów lokalnego nurtu new beat. Pamiętam coś niecoś z dzieciństwa chyba ale bardziej później po latach w ramach powrotów do klasyki. Czytając o nim teraz najbardziej zaskoczył mnie fakt że to prawdopodobnie pierwszy mainstreamowy przebój muzyki klubowej, całkiem możliwe, zabawne że choć ojczyzną klubowej sceny były Stany Zjednoczone to pierwszy przebił się tam numer z Belgii xd mam jedno wspomnienie związane z tym numerem a mianowicie gdy natrafiłem na niego choćby oglądając swego czasu stary serial Roseanne:
https://youtu.be/c5tVuvR6a78?si=A1K0Fhzr42e5MY6q
Klasyczek, znowu, spoko wrócić, sam pewnie nie będę, kurde nuuuuuda z Wami.
Madonna - Like A Prayer
Łomatkobosko, mentos nie dość że dołączył do fanklubu Marka Sierockiego to jeszcze - co ostatnio ma w zwyczaju - rzucił czymś czego nie lubię. Okej, nie jest to może hejt pokroju tego do Sailing on the Seven Seas, niemniej to może być jeden z niewielu bądź jedyny przebój Madonny którego nie lubię. Sorry ale nigdy nie podchodziła mi ani ta plastikowa produkcja końca lat 80. tutaj a gospelowe chórki i klimacik to dla mnie w tym przypadku kicz i cringe. Przykro mi ale mój stosunek do tego numeru jest już na dobre ustalony od wielu lat i ten powrót do niego mi go nie ukazał wcale w jakimś innym świetle. Nie lubię twórczości Madonny końca (a nawet drugiej połowy) lat 80., dawniej równie mocno nie trawiłem La Isla Bonita ale w pewnych okolicznościach ten numer został mi oddczarowany. Na szczęście potem przyszedł rok 1990 i przyniósł świeżość do jej twórczości.
X - The Unheard Music
Na szczęście jest w tej kolejce jeszcze munlup który wjechał bardziej rigczowo i jako jedyny obok Dragona serwuje mi jakąś UNHEARD MUSIC. Numeru z X Files nie pamiętam (choć odcinek o wampirach oglądałem nie tak dawno) ale numer faktycznie dla mnie pachnie speluną dla podejrzanych typów gdzieś w amerykańskim małym miasteczku. Obowiązkowo wewnątrz stoi stół bilardowy z lampą która stanowi jedno z niewielu źródeł światła, drugim pewnie jest jakaś czerwona żarówka oświetlająca średnio urodziwą striptizerkę wijącą się na scenie, prawdopodobnie otoczonej siatką odgradzającą ją od oślizgłych, spasionych kierowców TIRa w jeansach, kraciastych koszulach i bandanie na głowie. Numer jest specyficzny bo łączy ten ostrzejszy, hard rockowy riff (brzmiący mega kliszowo) z tymi lżejszymi klawiszowymi przejściami i tekstem "some smooth chords on the car radio/no hard chords on the car radio". Bardzo fajny obskjur nam tu Kuba serwuje i dla mnie przyjemną odtrutkę na radiowy lukier gęsto oblewający tę kolejkę.
Tak, będę marudził, z jednej strony niby sporo fajnej muzy a z drugiej wynudziłem się na śmierć i to chyba najgorsza kolejka ever pod tym względem, znałem WIĘKSZOŚĆ wrzutek więc emocje obcowania z tą kolejką były niemal równie zeru.
Kontynuujemy podróże okołomandarynkowe z Dragonem, był Schulze a teraz Baumann. Brzmienie syntezatora na początku utworu zrobiło mi delikatnie klimat... Zmienników, lol, coś takiego kwaśnego ma w sobie. Ale te skojarzenia pryskają z pierwszym uderzeniem dzwonu oczywiście. Mamy do czynienia z instrumentalną elektroniką która myślę sprawdziłaby się najlepiej jako muzyka ilustracyjna do jakiegoś obrazu, mocno soundtrackowy klimat. Wujek wspominał Carpentera i Ucieczkę z Nowego Jorku, może troszkę faktycznie, ja to bardziej kojarzyłem z latami 70. i może jakimś kinem typu Dario Argento. Podoba mi się najbardziej elektryczne pianino, mam wybitną słabość do tego instrumentu. Ogólnie jednak bardziej to odbieram jako teaser czyjejś twórczości niż faktycznie utwór wart wyróżnienia, zobaczymy po czasie jaki będzie repeat value.
Robert Miles - Children
Melki w trybie Marka Sierockiego serwuje hity hurtem, nie zaskoczyło mnie to, tyle dobrego że do niektórych pozycji warto wrócić i odświeżyć. Children to jeden z tych utworów które nieraz każdy zna a nie pamięta ich autora. Podoba mi się już pierwszy synth w numerze, ale kojarzy mi się bardziej z latami zerowymi. Potem charakterystyczne krystalicznie czyste pianino niczym przejrzysta woda w strumieniu i na dokładkę gitarka która z kolei mi zawsze będzie kojarzyć się z zachodem słońca na jakiejś Ibizie. Taki encyklopedyczny trance który świętował komercyjne sukcesy na przełomie tysiącleci najbardziej chyba (jakieś ATB i inne tego typu rzeczy chodzą mi po głowie). Reluję najbardziej z opisem Melkiego bo mi samemu muzyka techno do pewnego momentu kojarzyła się wyłącznie źle, za sprawą typowych "manieczek" które nawalały z okien przejeżdżającego pod oknem Malucha tudzież innego Golfa, młodzież w wytartych jeansach, włosy na żel tudzież obowiązkowa bejsbolówka na łbie, mocno odstręczało mnie to od muzyki klubowej przez długi czas. Niewiele jestem w stanie napisać o tym numerze, to jest klasyka gatunku już, nawet miło było wrócić ale sam z siebie podejrzewam że nie będę odpalał.
Nazareth - Love Hurts
Mam wrażenie że wywołując do tablicy Marka Sierockiego rzuciłem nieopacznie klątwę na tą kolejkę bo od tej pory jakby masowo zaczęły bardziej lgnąć ENJOYE do playlisty. Ja sam długie lata znałem jedynie Love Hurts z repertuaru tej kapeli i to ze składanki przebojów z lat 70. które leżały u mojej mamy. Wokal jak brzeszczot, klasyczna rockowa ballada z obowiązkowym gitarowym solo, jeszcze to UUuuuu-UUU przed Love Hurts, pozycja z rockowego muzeum jak znalazł. Stary przebój który dobrze znam i po który sam nie sięgam, jako element dłuższej playlisty w vintage klimacie mógłbym posłuchać, tak to kiwam głową że ok i idę dalej.
Technotronic - Pump Up The Jam
I kolejny ENJOY, najsłynniejszy przebój tego projektu. Belgijski projekt, jeden z pierwszych przebojów lokalnego nurtu new beat. Pamiętam coś niecoś z dzieciństwa chyba ale bardziej później po latach w ramach powrotów do klasyki. Czytając o nim teraz najbardziej zaskoczył mnie fakt że to prawdopodobnie pierwszy mainstreamowy przebój muzyki klubowej, całkiem możliwe, zabawne że choć ojczyzną klubowej sceny były Stany Zjednoczone to pierwszy przebił się tam numer z Belgii xd mam jedno wspomnienie związane z tym numerem a mianowicie gdy natrafiłem na niego choćby oglądając swego czasu stary serial Roseanne:
https://youtu.be/c5tVuvR6a78?si=A1K0Fhzr42e5MY6q
Klasyczek, znowu, spoko wrócić, sam pewnie nie będę, kurde nuuuuuda z Wami.
Madonna - Like A Prayer
Łomatkobosko, mentos nie dość że dołączył do fanklubu Marka Sierockiego to jeszcze - co ostatnio ma w zwyczaju - rzucił czymś czego nie lubię. Okej, nie jest to może hejt pokroju tego do Sailing on the Seven Seas, niemniej to może być jeden z niewielu bądź jedyny przebój Madonny którego nie lubię. Sorry ale nigdy nie podchodziła mi ani ta plastikowa produkcja końca lat 80. tutaj a gospelowe chórki i klimacik to dla mnie w tym przypadku kicz i cringe. Przykro mi ale mój stosunek do tego numeru jest już na dobre ustalony od wielu lat i ten powrót do niego mi go nie ukazał wcale w jakimś innym świetle. Nie lubię twórczości Madonny końca (a nawet drugiej połowy) lat 80., dawniej równie mocno nie trawiłem La Isla Bonita ale w pewnych okolicznościach ten numer został mi oddczarowany. Na szczęście potem przyszedł rok 1990 i przyniósł świeżość do jej twórczości.
X - The Unheard Music
Na szczęście jest w tej kolejce jeszcze munlup który wjechał bardziej rigczowo i jako jedyny obok Dragona serwuje mi jakąś UNHEARD MUSIC. Numeru z X Files nie pamiętam (choć odcinek o wampirach oglądałem nie tak dawno) ale numer faktycznie dla mnie pachnie speluną dla podejrzanych typów gdzieś w amerykańskim małym miasteczku. Obowiązkowo wewnątrz stoi stół bilardowy z lampą która stanowi jedno z niewielu źródeł światła, drugim pewnie jest jakaś czerwona żarówka oświetlająca średnio urodziwą striptizerkę wijącą się na scenie, prawdopodobnie otoczonej siatką odgradzającą ją od oślizgłych, spasionych kierowców TIRa w jeansach, kraciastych koszulach i bandanie na głowie. Numer jest specyficzny bo łączy ten ostrzejszy, hard rockowy riff (brzmiący mega kliszowo) z tymi lżejszymi klawiszowymi przejściami i tekstem "some smooth chords on the car radio/no hard chords on the car radio". Bardzo fajny obskjur nam tu Kuba serwuje i dla mnie przyjemną odtrutkę na radiowy lukier gęsto oblewający tę kolejkę.
Tak, będę marudził, z jednej strony niby sporo fajnej muzy a z drugiej wynudziłem się na śmierć i to chyba najgorsza kolejka ever pod tym względem, znałem WIĘKSZOŚĆ wrzutek więc emocje obcowania z tą kolejką były niemal równie zeru.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Peter Baumann - Phase By Phase
Wrzuta trochę nużąca zaraz po wyjściu z porno Klausa Schulze, ale idzie docenić. Przede wszystkim kawałek robi minimal. Jak dla mnie, to mogłoby być jeszcze bardziej minimalistycznie, ale to co jest, jest ok. Te solówki koło 1:40 przypominają mi syntezatorowe, 8-bitowe, udawane gitarowe solówki z pegazusowej gry „Target Renegade”. Przywołuje to sympatyczne skojarzenia. Przywalanie w dzwon również jest spoko. Niektóre stare syntezatorówki potrafią przypominać czyjeś pierwsze zetknięcie się z instrumentem, dużo losowych zagrywek, brzmiących trochę jakby ktoś chciał sobie sprawdzić brzmienie grając coś z dupy, a potem przechodził do kolejnego brzmienia, czasem kręcąc gałką żeby zmienić coś w ustawionym wcześniej basowym arpie. Tutaj jest podobnie, ale ostatecznie efekt jest spoko.
Robert Miles - Children
Melki leci równo Sierotem, widzę po nim i po Mentosie, że naprawdę wchodzimy już w ten etap, że ktoś wrzuci „Enjoy the Silence”. Pamiętam, że zawsze mi się „Children” i „Fable” myliły ze sobą w latach 90, bo te numery opierają się w zasadzie o dokładnie to samo. Nie ma co się rozpisywać, no jest to klasyk i bardzo dobry kawałek oraz pokaz tego, jak można osiągnąć sukces prostą, ale przemyślaną i chwytliwą zagrywką na pianinie (i to dwukrotnie). RIP Robert Miles.
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger
Widzę, że wszyscy przede mną uparli się na elektronikę. Tutaj jest trochę inaczej, bo wchodzi też breakbeat. Katy B ma spoko wokal, może nie jest on jakiś rozpoznawalny i prawdopodobnie nie byłbym w stanie jej rozpoznać sam z siebie, to ogólnie jest ok wokalistką. Piosenka jest ok, ale jak na poziom Murzyna, to jednak jest to niższa ze środkowych półek. Może po prostu nie mam teraz za bardzo ochoty na takie brzmienia, moja dieta od początku roku składa się głównie z soundtracków i płyt instrumentalnych, ale obiektywnie trudno mi się też odnaleźć w samej kompozycji, mało momentów zaczepienia, mało chwytliwych hooków. Nie jest to złe, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wylatuje mi drugim uchem, a elektronika trąci trochę kapciem, jakby to powstało przed „Children”. Takie pół na pół.
Nazareth - Love Hurts
Fajnie, że ktoś przede mną wjechał z czymś rockowym. Coraz częściej Dev wjeżdża ze StarzyMusiała-core, co dla mnie jest generalnie codziennością znajomości z tym człowiekiem oraz playlisty samochodowej. Kolekcja kawałków, których Dev jest fanem przez ‘zasiedzenie’, zazwyczaj obejmuje bardzo interesujące wybory, bowiem są to numery, których Musiał sam z siebie, jako dorosły, świadomie słuchający muzyki człowiek, nigdy by nie prejzował. Tymczasem z gąszczu ejtisowej tandety, indie sprzedanego przez byłą, lub elektroniki, wyjeżdżają czasami takie rzeczy jak „Love Hurts”. Jest w tym coś z romantycznego rocka, ala „Earth Angel” (kto oglądał „Powrót do przyszłości”, to kojarzy numer na pewno). Nazareth znam tylko z nazwy oraz pewnie z jakichś kawałków z radia, o których nie wiem, że to oni. Jest tu trochę dziaderstwa, ale takim dziaderstwem łatwo mnie ustrzelić, lubię. Kawałek sam w sobie ma bardzo sentymentalny vibe, jak jeszcze dorzucić do tego tło wspomnieniowe Adriana M., to udziela się to jeszcze bardziej.
Technotronic - Pump up the Jam
Widzę, że Wujek się z Melkim umówili, że wrzucą najtypowsze hity elektroniczne. Już daruje Shodanowi, że zapodał link z jakością z odbytu, bo się pewnie drugą ręką pakował. Znam, lubię. Zwłaszcza propsy ode mnie za Ya Kid K na wokalu, bo ją bardzo lubię. Mam jej solowy numer na liście ‘niezrzeszonych’ i czekam na jakiś fajny, naturalny moment żeby Wam go zapodać. Wujek robi fajne intro. Faktycznie ona była taką chłopczycą i ten numer z okładką i klipem pachnie mi oporowo tamtymi czasami i tymi zabiegami. To samo było z Fun Factory, tylko tam chryja była o to, że wokalistka była niepełnoletnia. Okejka jest, może bez nadmiernej ekscytacji, bo to endżoj, ale i tak spoko.
Madonna - Like a Prayer
Jestem trochę rozczarowany tym, że wszystkie póki co wrzuty Madonny w tym temacie, to masywne hity. „Frozen”, „Sorry”, a teraz „Like a Prayer”, oczywiście wszystko doskonałe kawałki, ale widać, że nikt nie próbuje jednak zanurkować głębiej w twórczość Królowej, a przynajmniej nie na tyle, żeby przebić znane przeboje. Podobnie jak z Milesem i Technotronic, pomimo że kawałek bardzo lubię, to nie potrafię powstrzymać grymasu kiedy widzę takie rzeczy w bestce, trochę zmarnowany slot z mojej perspektywy, bo niczego fajnego nie poznam, tylko odbębnię radio Zet. Z „Like a Prayer” mam miłe wspomnienia, bo radia słucham w zasadzie tylko w samochodzie (jako pasażer, bo prawa jazdy nie posiadam), zatem każdy wyjazd, np. na wakacje, opakowany jest trochę w tego typu hity i tak samo jest z „Like a Prayer”. Nie będzie zatem ode mnie hejtu, kawałek jest bardzo spoko, lubię go. Niestety nie wyduszę z siebie więcej treści, i to jest największy problem z takimi endżojami, im bardziej coś mam osłuchane, tym paradoksalnie mniej mam do napisania i mniej przychodzi mi do głowy. No, ale okejka mam nadzieję styknie.
Mamy paralele z depeszwizją, bo tam też wleciały dwa mocno obsrane radiowo hity, tutaj mamy aż trzy. Trudno się pisze o takich kawałkach, wahając się między zdroworozsądkowym prejzem i wiejącą z tego nudą. Rigcz w wykonaniu Dragona i Murzyna, i chyba trochę Deva (może to HIT, ale ja go nie znam), acz też bez zdzierania papy z dachu.
Wrzuta trochę nużąca zaraz po wyjściu z porno Klausa Schulze, ale idzie docenić. Przede wszystkim kawałek robi minimal. Jak dla mnie, to mogłoby być jeszcze bardziej minimalistycznie, ale to co jest, jest ok. Te solówki koło 1:40 przypominają mi syntezatorowe, 8-bitowe, udawane gitarowe solówki z pegazusowej gry „Target Renegade”. Przywołuje to sympatyczne skojarzenia. Przywalanie w dzwon również jest spoko. Niektóre stare syntezatorówki potrafią przypominać czyjeś pierwsze zetknięcie się z instrumentem, dużo losowych zagrywek, brzmiących trochę jakby ktoś chciał sobie sprawdzić brzmienie grając coś z dupy, a potem przechodził do kolejnego brzmienia, czasem kręcąc gałką żeby zmienić coś w ustawionym wcześniej basowym arpie. Tutaj jest podobnie, ale ostatecznie efekt jest spoko.
Robert Miles - Children
Melki leci równo Sierotem, widzę po nim i po Mentosie, że naprawdę wchodzimy już w ten etap, że ktoś wrzuci „Enjoy the Silence”. Pamiętam, że zawsze mi się „Children” i „Fable” myliły ze sobą w latach 90, bo te numery opierają się w zasadzie o dokładnie to samo. Nie ma co się rozpisywać, no jest to klasyk i bardzo dobry kawałek oraz pokaz tego, jak można osiągnąć sukces prostą, ale przemyślaną i chwytliwą zagrywką na pianinie (i to dwukrotnie). RIP Robert Miles.
Magnetic Man feat. Katy B - Perfect Stranger
Widzę, że wszyscy przede mną uparli się na elektronikę. Tutaj jest trochę inaczej, bo wchodzi też breakbeat. Katy B ma spoko wokal, może nie jest on jakiś rozpoznawalny i prawdopodobnie nie byłbym w stanie jej rozpoznać sam z siebie, to ogólnie jest ok wokalistką. Piosenka jest ok, ale jak na poziom Murzyna, to jednak jest to niższa ze środkowych półek. Może po prostu nie mam teraz za bardzo ochoty na takie brzmienia, moja dieta od początku roku składa się głównie z soundtracków i płyt instrumentalnych, ale obiektywnie trudno mi się też odnaleźć w samej kompozycji, mało momentów zaczepienia, mało chwytliwych hooków. Nie jest to złe, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wylatuje mi drugim uchem, a elektronika trąci trochę kapciem, jakby to powstało przed „Children”. Takie pół na pół.
Nazareth - Love Hurts
Fajnie, że ktoś przede mną wjechał z czymś rockowym. Coraz częściej Dev wjeżdża ze StarzyMusiała-core, co dla mnie jest generalnie codziennością znajomości z tym człowiekiem oraz playlisty samochodowej. Kolekcja kawałków, których Dev jest fanem przez ‘zasiedzenie’, zazwyczaj obejmuje bardzo interesujące wybory, bowiem są to numery, których Musiał sam z siebie, jako dorosły, świadomie słuchający muzyki człowiek, nigdy by nie prejzował. Tymczasem z gąszczu ejtisowej tandety, indie sprzedanego przez byłą, lub elektroniki, wyjeżdżają czasami takie rzeczy jak „Love Hurts”. Jest w tym coś z romantycznego rocka, ala „Earth Angel” (kto oglądał „Powrót do przyszłości”, to kojarzy numer na pewno). Nazareth znam tylko z nazwy oraz pewnie z jakichś kawałków z radia, o których nie wiem, że to oni. Jest tu trochę dziaderstwa, ale takim dziaderstwem łatwo mnie ustrzelić, lubię. Kawałek sam w sobie ma bardzo sentymentalny vibe, jak jeszcze dorzucić do tego tło wspomnieniowe Adriana M., to udziela się to jeszcze bardziej.
Technotronic - Pump up the Jam
Widzę, że Wujek się z Melkim umówili, że wrzucą najtypowsze hity elektroniczne. Już daruje Shodanowi, że zapodał link z jakością z odbytu, bo się pewnie drugą ręką pakował. Znam, lubię. Zwłaszcza propsy ode mnie za Ya Kid K na wokalu, bo ją bardzo lubię. Mam jej solowy numer na liście ‘niezrzeszonych’ i czekam na jakiś fajny, naturalny moment żeby Wam go zapodać. Wujek robi fajne intro. Faktycznie ona była taką chłopczycą i ten numer z okładką i klipem pachnie mi oporowo tamtymi czasami i tymi zabiegami. To samo było z Fun Factory, tylko tam chryja była o to, że wokalistka była niepełnoletnia. Okejka jest, może bez nadmiernej ekscytacji, bo to endżoj, ale i tak spoko.
Madonna - Like a Prayer
Jestem trochę rozczarowany tym, że wszystkie póki co wrzuty Madonny w tym temacie, to masywne hity. „Frozen”, „Sorry”, a teraz „Like a Prayer”, oczywiście wszystko doskonałe kawałki, ale widać, że nikt nie próbuje jednak zanurkować głębiej w twórczość Królowej, a przynajmniej nie na tyle, żeby przebić znane przeboje. Podobnie jak z Milesem i Technotronic, pomimo że kawałek bardzo lubię, to nie potrafię powstrzymać grymasu kiedy widzę takie rzeczy w bestce, trochę zmarnowany slot z mojej perspektywy, bo niczego fajnego nie poznam, tylko odbębnię radio Zet. Z „Like a Prayer” mam miłe wspomnienia, bo radia słucham w zasadzie tylko w samochodzie (jako pasażer, bo prawa jazdy nie posiadam), zatem każdy wyjazd, np. na wakacje, opakowany jest trochę w tego typu hity i tak samo jest z „Like a Prayer”. Nie będzie zatem ode mnie hejtu, kawałek jest bardzo spoko, lubię go. Niestety nie wyduszę z siebie więcej treści, i to jest największy problem z takimi endżojami, im bardziej coś mam osłuchane, tym paradoksalnie mniej mam do napisania i mniej przychodzi mi do głowy. No, ale okejka mam nadzieję styknie.
Mamy paralele z depeszwizją, bo tam też wleciały dwa mocno obsrane radiowo hity, tutaj mamy aż trzy. Trudno się pisze o takich kawałkach, wahając się między zdroworozsądkowym prejzem i wiejącą z tego nudą. Rigcz w wykonaniu Dragona i Murzyna, i chyba trochę Deva (może to HIT, ale ja go nie znam), acz też bez zdzierania papy z dachu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn