Chociaż wciąż walczę.
Best of Forum V
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum V
Jaka tam dobra?
Chociaż wciąż walczę.
Chociaż wciąż walczę.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja nie mogę pozbierać się po kalumniach wyponapisanych przez Murzyna
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
Albo to ja, albo w tej edycji często-gęsto przewijają się rzeczy, które znam - czasem dobrze, a czasem na zasadzie słyszałem X lat temu, ale nie wracałem. To jest sztandarowy przedstawiciel tego drugiego gatunku. O Wu-Tang Clanie napisano wiele, bo to jedna z tych nazw, które każdy gdzieś słyszał i pewnie moje wypociny nie znajdą się w top 10000 najbardziej interesujących wypowiedzi na temat tego zespołu. Super jest ten bit i super jest ta pętla, niby wydają się być nieskomplikowane i oczywiste, ale JA BYM TAKIE NIE ZROBIŁ. I chemia tudzież synergia między raperami też robi tu robotę. Ma to generalnie vibe jakiegoś bardzo COOL sensacyjniaka, może być reżyserii Scorsese, z akcją osadzoną na Dalekim Wschodzie. Bardzo spoko sprawa.
Portishead – Mysterons
Jak słuchałem tej kolejki "w ciemno", to byłem pewien, że dopiero nastepny track jest wrzucony przez kolegę Jakuba i miałem w sumie lekkie zdziwko, że to on wrzucił Portishead, nawet jeśli pamiętam jego peany i zachwyty nad tym zespołem. Nie będe tutaj próbował zaskakiwać na siłę - kapitalna rzecz. Kocham ten utwór i krążek z którego pochodzi praktycznie od pierwszego odsłuchu (od którego zaraz upłynie 12 lat - geez, ale to leci), zresztą to jest jeden z tych nielicznych przypadków, gdzie musiałbym ze świecą szukać kogokolwiek, kto za tą muzyką nie przepada. Serio, znacie kogoś takiego? xd
Coś jest na rzeczy tym klimacie noir, aczkolwiek ja bym ten nieistniejący film ulokował w epoce przypominającej lata 90 - piszę przypominającej, bo jest na tej płycie coś specyficznie metafizycznego, lekko surrealistycznego. O kapitalnej produkcji i wybitnym wokalu wszystko napisał Kuba. Ja tylko bym polemizował ze stwierdzeniem, że jest anemiczny, bo dla mnie właśnie jest mocny, ale przez tę produkcję sprawia wrażenie puszczonego ze starego VHSa lub czegoś w ten deseń. No ale miejsza z tym. Może i skok na komplementy, ale udany.
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Chlip, chlip, za moich czasów w liceum prawie nikt nie miał telefonu z ekranem dotykowym (ja miałem jakiegoś grata który wymagał RYSIKA i zacinał jak Adam Michnik podczas zeznań w sprawie afery Rywina). Niby mógłbym napisać, że na szczęście nie było aska, ale nie znaczy to, że było lepiej czy coś, bo było wiele innego gówna, chyba nawet gorszego niż ten portal, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że to temat na esej.
Co do wrzuty dragona - spoko muzak, ja generalnie lubię takie połączenia jazzu z elektroniką, chyba, że nazywają się Parov Stelar, to wtedy nieco mniej, ale już taki Skalpel był super. Ale chyba wolę jak jest gęściej, mroczniej, a jak jeszcze są jakieś sample to W OGÓLE, bo w innym przypadku czuję się jak bogaty białas w dobrej restauracji w centrum Warszawy - niby mogłoby być gorzej, ale nie do końca moje klimaty. No i tak jest w tym przypadku, bo jak na taki "muzak" to to jest bardzo dobre, spoko się tego słuchało podczas sprzątania czy tam w tle, ale żeby tak puścić to sam z siebie to raczej bez opcji. Jestem trochę rozdarty i wiem, że skwitowanie tego utworu tekstem typu "SPOKO, ALE NIE MOJE KLIMATY" trąci bardziej zawoalowanym dissem, ale nic na to nie poradzę.
DKA – Wybacz
W czasach przed 2010 mój gust muzyczny był kształtowany niemal wyłącznie przez jakieś randomowe empetrójki z serwisów typu polskie mp3 tk, często nawet niepobieranych, tylko przegrywanych za opłatą na płytach CD. Na jednej z takich płyt znajdowała się piosenka wzmiankowanego DKA z refrenem o treści JAKBY TO BYŁO GDYBY NIE BYŁO i do dziś pamiętam jak zostałem wyśmiany za puszczenie tego kawałka przy nich z głośniczka mojego telefonu
/// Być może to doświadczenie ukształtowało we mnie muzycznego superiora parę lat później, hu nołz.
Tego kawałka nie znałem, albo o nim po prostu zapomniałem, ale faktycznie mocno czuć po nim, że powstał w tym specyficznym roku, jakim był 2006 - roku, który był dla mnie jednocześnie tragiczny (gimnazjum, które było jakie było) i udany (wzrost stopy życiowej mojej rodziny dzięki zmianie pracy przez ojca). I nawet jeślibym chciał uznać, że trąci kiczem, to raz, że mimo wszystko mam sentyment do tamtych czasów, a dwa - głupio tak krytykować rzecz, która komuś uratowała związek. No i mimo wszystko, w jakiś abstakcyjny sposób, wydaje mi się to być autentyczne. Może nie będę sam z siebie wracał, ale DOCENIAM.
Talk Talk - I Believe in You
Aż żałuję, że wbiłem między wuja a musiała, bo ewidentnie zaburzyłem chronologię waszych wrzut. ;// Też pamiętam Polskę z tamtego okresu jako kraj "w zawieszeniu" - już nie tak biedny i zacofany co jeszcze z parę lat temu, mocno zmieniający się, ale jeszcze pod wieloma aspektami tkwiącymi mentalnie w latach 90. A na pewno tak wspominam ówczesny Kraków, bo pierwszy raz Warszawę odwiedziłem już wtedy, gdy była tą nowoczesną metropolią, tj. w 2013 roku (i Tymon Tymański wówczas przyjebał mi z bara, ale już o tym pisałem).
Dla mnie może późne Talk Talk to nie jest świętość, ale bardzo lubię i bardzo cenię ten zespół - zarówno tę wczesną, popową inkarnację, jak i tę późniejszą, nieco bardziej "zaawansowaną", ale tu akurat jestem lekkim pozerem, bo nie ukrywam, że te dwie ich ostatnie płyty trochę mi się zlewają. Bardzo je lubię, bardzo podoba mi się ich vibe, który mógłbym określić jako wiosenno-niebiańskim, ale za cholerę nie powiem jak się nazywają utwory na nich ani który jest na której. Po prostu biorę to w całości i połykam, racząc się wzmiankowanym vibe'm, którego ten kawałek jest sztandarowym przykładem. Piękna rzecz.
Kolejka może nie jakaś bardzo wybitna, ale still bardzo dobra. Celne strzały są celne (Paolo Coelho), ale nawet te mniej trafione wrzuty mają zalety. Jest dobrze generalnie
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
Albo to ja, albo w tej edycji często-gęsto przewijają się rzeczy, które znam - czasem dobrze, a czasem na zasadzie słyszałem X lat temu, ale nie wracałem. To jest sztandarowy przedstawiciel tego drugiego gatunku. O Wu-Tang Clanie napisano wiele, bo to jedna z tych nazw, które każdy gdzieś słyszał i pewnie moje wypociny nie znajdą się w top 10000 najbardziej interesujących wypowiedzi na temat tego zespołu. Super jest ten bit i super jest ta pętla, niby wydają się być nieskomplikowane i oczywiste, ale JA BYM TAKIE NIE ZROBIŁ. I chemia tudzież synergia między raperami też robi tu robotę. Ma to generalnie vibe jakiegoś bardzo COOL sensacyjniaka, może być reżyserii Scorsese, z akcją osadzoną na Dalekim Wschodzie. Bardzo spoko sprawa.
Portishead – Mysterons
Jak słuchałem tej kolejki "w ciemno", to byłem pewien, że dopiero nastepny track jest wrzucony przez kolegę Jakuba i miałem w sumie lekkie zdziwko, że to on wrzucił Portishead, nawet jeśli pamiętam jego peany i zachwyty nad tym zespołem. Nie będe tutaj próbował zaskakiwać na siłę - kapitalna rzecz. Kocham ten utwór i krążek z którego pochodzi praktycznie od pierwszego odsłuchu (od którego zaraz upłynie 12 lat - geez, ale to leci), zresztą to jest jeden z tych nielicznych przypadków, gdzie musiałbym ze świecą szukać kogokolwiek, kto za tą muzyką nie przepada. Serio, znacie kogoś takiego? xd
Coś jest na rzeczy tym klimacie noir, aczkolwiek ja bym ten nieistniejący film ulokował w epoce przypominającej lata 90 - piszę przypominającej, bo jest na tej płycie coś specyficznie metafizycznego, lekko surrealistycznego. O kapitalnej produkcji i wybitnym wokalu wszystko napisał Kuba. Ja tylko bym polemizował ze stwierdzeniem, że jest anemiczny, bo dla mnie właśnie jest mocny, ale przez tę produkcję sprawia wrażenie puszczonego ze starego VHSa lub czegoś w ten deseń. No ale miejsza z tym. Może i skok na komplementy, ale udany.
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Chlip, chlip, za moich czasów w liceum prawie nikt nie miał telefonu z ekranem dotykowym (ja miałem jakiegoś grata który wymagał RYSIKA i zacinał jak Adam Michnik podczas zeznań w sprawie afery Rywina). Niby mógłbym napisać, że na szczęście nie było aska, ale nie znaczy to, że było lepiej czy coś, bo było wiele innego gówna, chyba nawet gorszego niż ten portal, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że to temat na esej.
Co do wrzuty dragona - spoko muzak, ja generalnie lubię takie połączenia jazzu z elektroniką, chyba, że nazywają się Parov Stelar, to wtedy nieco mniej, ale już taki Skalpel był super. Ale chyba wolę jak jest gęściej, mroczniej, a jak jeszcze są jakieś sample to W OGÓLE, bo w innym przypadku czuję się jak bogaty białas w dobrej restauracji w centrum Warszawy - niby mogłoby być gorzej, ale nie do końca moje klimaty. No i tak jest w tym przypadku, bo jak na taki "muzak" to to jest bardzo dobre, spoko się tego słuchało podczas sprzątania czy tam w tle, ale żeby tak puścić to sam z siebie to raczej bez opcji. Jestem trochę rozdarty i wiem, że skwitowanie tego utworu tekstem typu "SPOKO, ALE NIE MOJE KLIMATY" trąci bardziej zawoalowanym dissem, ale nic na to nie poradzę.
DKA – Wybacz
W czasach przed 2010 mój gust muzyczny był kształtowany niemal wyłącznie przez jakieś randomowe empetrójki z serwisów typu polskie mp3 tk, często nawet niepobieranych, tylko przegrywanych za opłatą na płytach CD. Na jednej z takich płyt znajdowała się piosenka wzmiankowanego DKA z refrenem o treści JAKBY TO BYŁO GDYBY NIE BYŁO i do dziś pamiętam jak zostałem wyśmiany za puszczenie tego kawałka przy nich z głośniczka mojego telefonu
Tego kawałka nie znałem, albo o nim po prostu zapomniałem, ale faktycznie mocno czuć po nim, że powstał w tym specyficznym roku, jakim był 2006 - roku, który był dla mnie jednocześnie tragiczny (gimnazjum, które było jakie było) i udany (wzrost stopy życiowej mojej rodziny dzięki zmianie pracy przez ojca). I nawet jeślibym chciał uznać, że trąci kiczem, to raz, że mimo wszystko mam sentyment do tamtych czasów, a dwa - głupio tak krytykować rzecz, która komuś uratowała związek. No i mimo wszystko, w jakiś abstakcyjny sposób, wydaje mi się to być autentyczne. Może nie będę sam z siebie wracał, ale DOCENIAM.
Talk Talk - I Believe in You
Aż żałuję, że wbiłem między wuja a musiała, bo ewidentnie zaburzyłem chronologię waszych wrzut. ;// Też pamiętam Polskę z tamtego okresu jako kraj "w zawieszeniu" - już nie tak biedny i zacofany co jeszcze z parę lat temu, mocno zmieniający się, ale jeszcze pod wieloma aspektami tkwiącymi mentalnie w latach 90. A na pewno tak wspominam ówczesny Kraków, bo pierwszy raz Warszawę odwiedziłem już wtedy, gdy była tą nowoczesną metropolią, tj. w 2013 roku (i Tymon Tymański wówczas przyjebał mi z bara, ale już o tym pisałem).
Dla mnie może późne Talk Talk to nie jest świętość, ale bardzo lubię i bardzo cenię ten zespół - zarówno tę wczesną, popową inkarnację, jak i tę późniejszą, nieco bardziej "zaawansowaną", ale tu akurat jestem lekkim pozerem, bo nie ukrywam, że te dwie ich ostatnie płyty trochę mi się zlewają. Bardzo je lubię, bardzo podoba mi się ich vibe, który mógłbym określić jako wiosenno-niebiańskim, ale za cholerę nie powiem jak się nazywają utwory na nich ani który jest na której. Po prostu biorę to w całości i połykam, racząc się wzmiankowanym vibe'm, którego ten kawałek jest sztandarowym przykładem. Piękna rzecz.
Kolejka może nie jakaś bardzo wybitna, ale still bardzo dobra. Celne strzały są celne (Paolo Coelho), ale nawet te mniej trafione wrzuty mają zalety. Jest dobrze generalnie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujek, Dragon i dev, kurka, nie obstawiałem że do końca weekendu jeszcze takie tyły tu będą 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Czuję się trochę jakby cała klasa poszła na wagary a ja poszedł na lekcje z kujonami hehe
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Heh, kiedyś trzeba w życiu zrobić coś szalonego, c'nie? 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Od tej pory zaczynam liczyć ile razy PRZED DOSŁOWNYM WRZUCENIEM ktoś mi zwraca uwagę, nie tylko tutaj xD
W-TC Da Mystery of Chessboxin'
Mimo różnych nawrotów zainteresowania ha i pe ha o pe m z klasyką bywa różnie. Zastanawiam się, która metoda jest lepsza, poznawanie całych płyt czy jakieś pojedyncze wybory. Jak na prawdziwego konesera gatunku Wu-Tangów nigdy nie słuchałem, co najwyżej kojarzę jakieś followupy w tekstach polskich klasyków. Nawijka też dla wielu musiała być bardzo wyraźną wskazówką od czego zacząć. Szanuję z dystansu. Panowie całkiem nieźle nawijają, ale poza tym lekko się znudziłem. Przede wszystkim ten bit jakoś tak niespecjalnie. Dum dum pach, ta melodyjka może faktycznie orientalna - hmm, nie ma tu czego szukać, a na dłuższą metę nie jest zbytnio wciągające. Okej, płyta pod względem długości pewnie do strawienia, ale NIE SUGERUJĘ wrzucać jej w następnej kolejce xD W porządku, bez serduszka.
P Mysterous
Hien potencjalnie podebrał mi wrzutkę, choć nie widzę jej na liście. Albo po prostu na pewnym etapie wolałem nie wykrajać kolejnego kawałka z Dummy albo w dłuższej perspektywie planuję sam wrzucić całą płytę. Oczywiście jeśli nikt mnie nie uprzedzi, co jest całkiem możliwe. To był pierwszy usłyszany kawałek z repertuaru The Portisheads. Klimacik lekko noir, fajne skrecze, niepokojąca atmosfera za sprawą płaczliwych wokali, a do tego znakomity theremin. Początkowo pewnie nie skojarzyłem, że to to magiczne ustrojstwo. Bardzo sprytnie użyte. Właśnie w stylu eksperymentalnej muzyki do filmów z lat 60', a może i jeszcze wcześniej? Mogę jakiś czas nie wracać, ale za każdym razem buja tak samo dobrze. Rewelacyjna wrzutka, Hien wraca do wrzucania potężnych numerów. Wszystko na swoim miejscu, odpowiednia długość, pure class. Miło to mieć na półce, kupione (jak się okazało) pod koniec epoki CDków w MediaMarkcie.
DKA Wybacz
Pamiętam pojedyncze migawki z jednej z wycieczek w podstawówce. Jechaliśmy gdzieś w Kotlinę Kłodzką. Poza Międzylesiem i wizytą w Muzeum Papiernictwa kojarzę przejazdy autokarem w obie strony. Ktoś siedzący niedaleko mnie nie czuł się za dobrze. Było całkiem ciepło. No i dość duszno. Chyba 2007, 2008 rok? Ostatni czas, gdy takich rzeczy słuchało się z pełnym przejęciem i wczutką. DKA stamtąd nie pamiętam. Wspominaną Verbę czy Jak zapomnieć jeszcze jak. Z opisywanej wyprawy za dobrze kojarzę jeden kawałek zespołu RH+. Te przeklęte śpiewane refreny. Już mniejsza wtedy czy ktoś bardziej próbował rapować czy nie w zwrotkach, ale te fragmenty były czasem boleśnie zaraźliwe. Po wielu latach posłuchałem jeszcze raz i chyba tylko Jak zapomnieć jakoś się broni. Nie lubię hip-hopolo, no niestety. Ani do końca rap, ani do końca pop. Na szczęście nie istnieją nagrania video, na których śpiewam Chcę tu zostać, coś z repertuaru Łez czy wspomniany klasyk 18L. Wiadomo, inaczej jest przy zabawie, a inaczej słuchać na rozterki sercowe. Na swój sposób rozumiem. Dlatego powiem tylko, że kawałek mi się nie podoba.
TRS Gimme Shelter
O ile z Bitelsami bywa różnie, tak do Stonesów mam neutralny stosunek z lekkim poszanowaniem. Gdybym się bardzo postarał, to mógłbym ich uznać za jeden z najbardziej nieoczywistych zespołów regularnie obecnych w młodości. Może tylko za sprawą Anybody Seen My Baby i późniejszego, całkiem często granego w TV Doom and Gloom, ale to wystarczy. Szczególnie, że ten pierwszy to banger. Potem poznałem jeszcze I Can't Get No Satisfaction plus 2-3 kawałki (You Can't Always Get What You Want, czyli zasługa Dr House'a), to wszystko. Płyt nie sprawdzałem, składanek tym bardziej. Tych to bym chętnie usłyszał w albumówce. Nie mam ochoty jakoś rozkminiać tekstu, wierzę wam na słowo, Sebo i Anonimy z Komentarzy na YT. Klasyczny rock, w którym jest naprawdę dużo życia, ciekawych rozwiązań i fajny wokal. Dobre dziadowanie, bardzo dobre. Pani wspomagająca za mikrofonem do zapamiętania, ładny wykon. Gitara też brzmi spoko, jest ogień. Nie sądzę, by procesy starzenia przyspieszyły, ale ostatnio przybyło udanych kontaktów z klasykami. Ostatnio sam z siebie (tylko nwm czemu) miałem ochotę sprawdzić nawet Janis Joplin, więc wicie rozumicie.
TT I Believe in You
Zapodałem sobie tylko raz, bo dosłownie kilka dni temu miałem lekkiego doła i w drodze do Wrocka słuchałem Spirit of Eden. Pośrednio mogą o tym wiedzieć obecni na fejsbukowej grupce służącej do wrzucania okładek. Jak już coś stąd mam słuchać, to albo pierwszą trójkę albo całość. Dla mnie znacznie więcej feelsów wywołuje właśnie strona A, reszta służy bardzo dobremu podtrzymaniu wrażenia i napięcia złapanego parę minut wcześniej. Nie jest wyraźnie gorsza, ale to po prostu już nie to. Szczególnie Eden, o matulu, czyste piękno. Dev opowiada nam swoje Talk Talk przy okazji I Believe in You. Gdybym miał wrzucić Eden, próbowałbym uderzyć w podobne tony, choć pewnie nieocenzurowana wersja wylądowałaby w zeszycie A4, a tu weszłoby jakieś grzeczne streszczenie. Po czasie śmiech przez łzy wywołuje fakt, że wrzuciłem tutaj I Don't Believe In You, jakieś trzy miesiące przed rozstaniem. Ich muzyka jak mało która nie nadaje się do stricte recenzenckiej pisaniny. Nostalgiczna, jakby z niczego zbudowana rockowa impresja, mocno oszczędna w środkach. Najbardziej lubię tu wysokie wokale Hollisa i klawiszowe zagrywki.
Ja tam bym chętnie się dowiedział, co to ciekawego było na Deviantarcie.
Oj, ładnie złożyliśmy tę kolejkę.
W-TC Da Mystery of Chessboxin'
Mimo różnych nawrotów zainteresowania ha i pe ha o pe m z klasyką bywa różnie. Zastanawiam się, która metoda jest lepsza, poznawanie całych płyt czy jakieś pojedyncze wybory. Jak na prawdziwego konesera gatunku Wu-Tangów nigdy nie słuchałem, co najwyżej kojarzę jakieś followupy w tekstach polskich klasyków. Nawijka też dla wielu musiała być bardzo wyraźną wskazówką od czego zacząć. Szanuję z dystansu. Panowie całkiem nieźle nawijają, ale poza tym lekko się znudziłem. Przede wszystkim ten bit jakoś tak niespecjalnie. Dum dum pach, ta melodyjka może faktycznie orientalna - hmm, nie ma tu czego szukać, a na dłuższą metę nie jest zbytnio wciągające. Okej, płyta pod względem długości pewnie do strawienia, ale NIE SUGERUJĘ wrzucać jej w następnej kolejce xD W porządku, bez serduszka.
P Mysterous
Hien potencjalnie podebrał mi wrzutkę, choć nie widzę jej na liście. Albo po prostu na pewnym etapie wolałem nie wykrajać kolejnego kawałka z Dummy albo w dłuższej perspektywie planuję sam wrzucić całą płytę. Oczywiście jeśli nikt mnie nie uprzedzi, co jest całkiem możliwe. To był pierwszy usłyszany kawałek z repertuaru The Portisheads. Klimacik lekko noir, fajne skrecze, niepokojąca atmosfera za sprawą płaczliwych wokali, a do tego znakomity theremin. Początkowo pewnie nie skojarzyłem, że to to magiczne ustrojstwo. Bardzo sprytnie użyte. Właśnie w stylu eksperymentalnej muzyki do filmów z lat 60', a może i jeszcze wcześniej? Mogę jakiś czas nie wracać, ale za każdym razem buja tak samo dobrze. Rewelacyjna wrzutka, Hien wraca do wrzucania potężnych numerów. Wszystko na swoim miejscu, odpowiednia długość, pure class. Miło to mieć na półce, kupione (jak się okazało) pod koniec epoki CDków w MediaMarkcie.
DKA Wybacz
Pamiętam pojedyncze migawki z jednej z wycieczek w podstawówce. Jechaliśmy gdzieś w Kotlinę Kłodzką. Poza Międzylesiem i wizytą w Muzeum Papiernictwa kojarzę przejazdy autokarem w obie strony. Ktoś siedzący niedaleko mnie nie czuł się za dobrze. Było całkiem ciepło. No i dość duszno. Chyba 2007, 2008 rok? Ostatni czas, gdy takich rzeczy słuchało się z pełnym przejęciem i wczutką. DKA stamtąd nie pamiętam. Wspominaną Verbę czy Jak zapomnieć jeszcze jak. Z opisywanej wyprawy za dobrze kojarzę jeden kawałek zespołu RH+. Te przeklęte śpiewane refreny. Już mniejsza wtedy czy ktoś bardziej próbował rapować czy nie w zwrotkach, ale te fragmenty były czasem boleśnie zaraźliwe. Po wielu latach posłuchałem jeszcze raz i chyba tylko Jak zapomnieć jakoś się broni. Nie lubię hip-hopolo, no niestety. Ani do końca rap, ani do końca pop. Na szczęście nie istnieją nagrania video, na których śpiewam Chcę tu zostać, coś z repertuaru Łez czy wspomniany klasyk 18L. Wiadomo, inaczej jest przy zabawie, a inaczej słuchać na rozterki sercowe. Na swój sposób rozumiem. Dlatego powiem tylko, że kawałek mi się nie podoba.
TRS Gimme Shelter
O ile z Bitelsami bywa różnie, tak do Stonesów mam neutralny stosunek z lekkim poszanowaniem. Gdybym się bardzo postarał, to mógłbym ich uznać za jeden z najbardziej nieoczywistych zespołów regularnie obecnych w młodości. Może tylko za sprawą Anybody Seen My Baby i późniejszego, całkiem często granego w TV Doom and Gloom, ale to wystarczy. Szczególnie, że ten pierwszy to banger. Potem poznałem jeszcze I Can't Get No Satisfaction plus 2-3 kawałki (You Can't Always Get What You Want, czyli zasługa Dr House'a), to wszystko. Płyt nie sprawdzałem, składanek tym bardziej. Tych to bym chętnie usłyszał w albumówce. Nie mam ochoty jakoś rozkminiać tekstu, wierzę wam na słowo, Sebo i Anonimy z Komentarzy na YT. Klasyczny rock, w którym jest naprawdę dużo życia, ciekawych rozwiązań i fajny wokal. Dobre dziadowanie, bardzo dobre. Pani wspomagająca za mikrofonem do zapamiętania, ładny wykon. Gitara też brzmi spoko, jest ogień. Nie sądzę, by procesy starzenia przyspieszyły, ale ostatnio przybyło udanych kontaktów z klasykami. Ostatnio sam z siebie (tylko nwm czemu) miałem ochotę sprawdzić nawet Janis Joplin, więc wicie rozumicie.
TT I Believe in You
Zapodałem sobie tylko raz, bo dosłownie kilka dni temu miałem lekkiego doła i w drodze do Wrocka słuchałem Spirit of Eden. Pośrednio mogą o tym wiedzieć obecni na fejsbukowej grupce służącej do wrzucania okładek. Jak już coś stąd mam słuchać, to albo pierwszą trójkę albo całość. Dla mnie znacznie więcej feelsów wywołuje właśnie strona A, reszta służy bardzo dobremu podtrzymaniu wrażenia i napięcia złapanego parę minut wcześniej. Nie jest wyraźnie gorsza, ale to po prostu już nie to. Szczególnie Eden, o matulu, czyste piękno. Dev opowiada nam swoje Talk Talk przy okazji I Believe in You. Gdybym miał wrzucić Eden, próbowałbym uderzyć w podobne tony, choć pewnie nieocenzurowana wersja wylądowałaby w zeszycie A4, a tu weszłoby jakieś grzeczne streszczenie. Po czasie śmiech przez łzy wywołuje fakt, że wrzuciłem tutaj I Don't Believe In You, jakieś trzy miesiące przed rozstaniem. Ich muzyka jak mało która nie nadaje się do stricte recenzenckiej pisaniny. Nostalgiczna, jakby z niczego zbudowana rockowa impresja, mocno oszczędna w środkach. Najbardziej lubię tu wysokie wokale Hollisa i klawiszowe zagrywki.
Ja tam bym chętnie się dowiedział, co to ciekawego było na Deviantarcie.
Oj, ładnie złożyliśmy tę kolejkę.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja będę jutro.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Też mam Dummy na liście albumów, kilka razy było już blisko. Ostatnio zacząłem się jednak zastanawiać 'po co?'. Każdy biorąc udział w bestkach, słyszał ten album (nawet Wujek). Co najwyżej można by rozpętać dyskusję, ale zauważyłem, że takowe rzadko się zdarzają, każdy wrzuca swoje trzy grosze w formie recenzji i tyle. Pomyślę jeszcze, ewentualnie oddam wrzutę chętnemu.Dragon pisze:25 lut 2024 22:15w dłuższej perspektywie planuję sam wrzucić całą płytę. Oczywiście jeśli nikt mnie nie uprzedzi, co jest całkiem możliwe.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To całkiem miłe, że na tym etapie niektóre płyty to podobnie oczywiste wybory co Depeche Mode na początku bestek. Faktycznie, trudno się spodziewać jakichś dyskusji czy zaskoczeń w ocenach. Za dobra, by marudzić xd
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja raczej nie przyjmę, bo etap wrzucania 1001 płyt, które trzeba przesłuchać mam za sobą i też nie widzę sensu wrzucania czegoś, co kazdy zna i lubi (jesli ktos chce wygarnac DSotM to przypominam, że nie każdy je znał)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
Nazwę WTC znam, ale nigdy nie wiedziałem nawet, jaki gatunek muzyki uprawiają. Na tym etapie bestki jeżeli piszecie o klasycznym hip-hopie, to ja już jarzę o co chodzi. To jest ten sam hip-hop, który prezentował choćby Gang Starr. Surowe i monotonne podkłady, które brzmią jednak świetnie. Fajna perkusja, świetny orientalnie brzmiący zapętlony klawisz, no i to, co najbardziej odróżnia amerykańskich gadaczy od naszych – wokal (zawsze mam wątpliwości, czy w przypadku h-h można używać określenia wokal
). Mnie najbardziej podoba się rapowanie i głos Ol' Dirty Bastard, o ile dobrze policzyłem. Mocno w stylu Biggiego. Ale wszyscy są świetni. W ogóle fajny jest początek, który brzmi jak nie przymierzając wrzucany kiedyś przez Mentosa The Avalanches - Frontier Psychiatrist. Podoba mi się i ani chwili się nie nudziłem.
Portishead – Mysterons
Widzę, że zespół Portishead jest dla mnie do ponownego przerobienia. Dlaczego? Ano mam album Dummy od dawna, nie raz słuchałem i za cholerę nie potrafiłem się nim zachwycić. Zawsze po kilku utworach czułem się kompletnie zmęczony tym jednostajnym klimatem. Dobrym klimatem, ale nużącym na dłuższą metę. Dziwne, bo Massive Attack czy Recoil nie wywoływały nigdy u mnie takiego wrażenia. A Dummy nużyło mimo swoich niepodważalnych atutów. Słuchając Dummy nigdy nawet nie zwróciłem większej uwagi na Mysterons. A tutaj włączam w bestce i się tym jaram. Nie wiem, czy ten zespół po prostu podchodzi mi lepiej w formie pojedynczych utworów, czy wcześniej po prostu Portishead nie miał u mnie swoich przysłowiowych pięciu minut. Może Dummy jest rzeczywiście nagrany w zbyt jednostajnym tempie. Nie wiem, ale w najbliższej przyszłości to zweryfikuję ponownie i dokładnie.
Warstwa dźwiękowa tego utworu jest naprawdę świetna. Werbel robi niesamowitą robotę. Gitara przyprawia o szybcie bicie serca. Ale najlepszy jest theremin. Nie wiedziałem w ogóle co to za instrument. Ale obczaiłem na YT i już wiem o co kaman. Ciekawy instrument muszę przyznać i świetnie brzmiący. Beth smęci w swoim stylu. Nigdy nie byłem fanem jej wokalu, ale tutaj to pasuje. Generalnie klimat utworu jest naprawdę tajemniczy i niepokojący.
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Pierwszy kontakt z utworem był na zasadzie „ale nudy”. No ale szybko się opamiętałem. Bo to kawałek bardzo dobrego grania. Szczególną uwagę zwraca praca perkusji. Fantastyczna. Do tego nie mniej fantastyczny kontrabas. Zgrabnie użyte dęciaki, senny wokal. Bardzo bujający utwór. Fantastyczny klimat, fantastyczny vibe. Nadużywam może słowa fantastyczny, ale ten utwór jest naprawdę fantastyczny. Mimo nieprzychylnych uwag Dragona na temat całego albumu mam jednak ochotę go choćby sprawdzić.
The Rolling Stones - Gimme Shelter
Kurka wodna miałem nadzieję, że nikt nie wrzuci tego zespołu do bestki. Tak wiem, że nie należy nikogo skreślać. Szczególnie jak się nie zna dyskografii oprócz zasłyszanych w eterze singli. Ale czasami po prostu człowiek wie, że coś jest poza wszelkim spektrum jego zainteresowań. King Crimson, Pink Floyd czy nawet Jehtro Tull potrafili mnie nawet pozytywnie zaskoczyć, chociaż o tych zespołach miałem podobne zdanie. Ale w przypadku RS jest trochę inaczej. Fajnie Murzyn napisał, że panuje tu bałagan. Ja zawsze tak postrzegałem każdy ich utwór, który słyszałem. Nie potrafię w ich kompozycjach wyłapać żadnej sensownej melodii. No ale taki to rodzaj muzyki, który wyjątkowo mi nie leży. Prosty i stary rock. Jednak taki KC to dużo bardziej wyrafinowany band. Jest się tam w co wsłuchiwać. Inna sprawa, że zawsze niemiłosiernie drażnił mnie wokal Jaggera. Nie twierdzę, że to zły zespół, zła muzyka, ale raczej nie dla mnie. Po prostu to wiem.
Talk Talk - I Believe in You
Ja też Talk Talk znam słabo, chociaż od dawna. Nie słyszałem nigdy żadnego albumu, jedynie ich hity puszczane w tv. W sumie to kompozycja mi się podoba, brzmienie nawet bardzo mi się podoba. Jest naprawdę magiczny klimat. Taki usypiający, kojący, relaksujący. Lubię takie piosenki. Przepiękne organy, ładne gitary, fajny bas, cykająca perkusja. Warstwa brzmieniowa naprawdę mi się podoba. Jedyne za czym nigdy nie przepadałem, to ten dziwaczny i bełkoczący wokal. Gość miał naprawdę specyficzną barwę głosu. Z jednej strony ten głos go wyróżniał, z drugiej nie każdemu mógł podpasować. Chociaż oczywiście nie jest dla mnie na tyle irytujący, żeby skreślać tę muzykę. Jeżeli ktoś kiedyś wrzuci tu jakiś album TT, to ja chętnie posłucham.
W każdym razie rozumiem doskonale zajawkę deva na punkcie utworu, bo ja wiele takich miałem i pewnie wiele jeszcze mieć będę. Rozumiem nostalgię, bo sam jestem nostalgikiem. Wyobraziłem sobie też spacer po mieście w towarzystwie tego utworu i poczułem, że to mogłoby zadziałać.
Zapowiadało się raczej słabo na początku, a potem prawie wszystko elegancko kliknęło. No jedynie Stonesi mnie dalej nie przekonują.
Nazwę WTC znam, ale nigdy nie wiedziałem nawet, jaki gatunek muzyki uprawiają. Na tym etapie bestki jeżeli piszecie o klasycznym hip-hopie, to ja już jarzę o co chodzi. To jest ten sam hip-hop, który prezentował choćby Gang Starr. Surowe i monotonne podkłady, które brzmią jednak świetnie. Fajna perkusja, świetny orientalnie brzmiący zapętlony klawisz, no i to, co najbardziej odróżnia amerykańskich gadaczy od naszych – wokal (zawsze mam wątpliwości, czy w przypadku h-h można używać określenia wokal
Portishead – Mysterons
Widzę, że zespół Portishead jest dla mnie do ponownego przerobienia. Dlaczego? Ano mam album Dummy od dawna, nie raz słuchałem i za cholerę nie potrafiłem się nim zachwycić. Zawsze po kilku utworach czułem się kompletnie zmęczony tym jednostajnym klimatem. Dobrym klimatem, ale nużącym na dłuższą metę. Dziwne, bo Massive Attack czy Recoil nie wywoływały nigdy u mnie takiego wrażenia. A Dummy nużyło mimo swoich niepodważalnych atutów. Słuchając Dummy nigdy nawet nie zwróciłem większej uwagi na Mysterons. A tutaj włączam w bestce i się tym jaram. Nie wiem, czy ten zespół po prostu podchodzi mi lepiej w formie pojedynczych utworów, czy wcześniej po prostu Portishead nie miał u mnie swoich przysłowiowych pięciu minut. Może Dummy jest rzeczywiście nagrany w zbyt jednostajnym tempie. Nie wiem, ale w najbliższej przyszłości to zweryfikuję ponownie i dokładnie.
Warstwa dźwiękowa tego utworu jest naprawdę świetna. Werbel robi niesamowitą robotę. Gitara przyprawia o szybcie bicie serca. Ale najlepszy jest theremin. Nie wiedziałem w ogóle co to za instrument. Ale obczaiłem na YT i już wiem o co kaman. Ciekawy instrument muszę przyznać i świetnie brzmiący. Beth smęci w swoim stylu. Nigdy nie byłem fanem jej wokalu, ale tutaj to pasuje. Generalnie klimat utworu jest naprawdę tajemniczy i niepokojący.
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Pierwszy kontakt z utworem był na zasadzie „ale nudy”. No ale szybko się opamiętałem. Bo to kawałek bardzo dobrego grania. Szczególną uwagę zwraca praca perkusji. Fantastyczna. Do tego nie mniej fantastyczny kontrabas. Zgrabnie użyte dęciaki, senny wokal. Bardzo bujający utwór. Fantastyczny klimat, fantastyczny vibe. Nadużywam może słowa fantastyczny, ale ten utwór jest naprawdę fantastyczny. Mimo nieprzychylnych uwag Dragona na temat całego albumu mam jednak ochotę go choćby sprawdzić.
The Rolling Stones - Gimme Shelter
Kurka wodna miałem nadzieję, że nikt nie wrzuci tego zespołu do bestki. Tak wiem, że nie należy nikogo skreślać. Szczególnie jak się nie zna dyskografii oprócz zasłyszanych w eterze singli. Ale czasami po prostu człowiek wie, że coś jest poza wszelkim spektrum jego zainteresowań. King Crimson, Pink Floyd czy nawet Jehtro Tull potrafili mnie nawet pozytywnie zaskoczyć, chociaż o tych zespołach miałem podobne zdanie. Ale w przypadku RS jest trochę inaczej. Fajnie Murzyn napisał, że panuje tu bałagan. Ja zawsze tak postrzegałem każdy ich utwór, który słyszałem. Nie potrafię w ich kompozycjach wyłapać żadnej sensownej melodii. No ale taki to rodzaj muzyki, który wyjątkowo mi nie leży. Prosty i stary rock. Jednak taki KC to dużo bardziej wyrafinowany band. Jest się tam w co wsłuchiwać. Inna sprawa, że zawsze niemiłosiernie drażnił mnie wokal Jaggera. Nie twierdzę, że to zły zespół, zła muzyka, ale raczej nie dla mnie. Po prostu to wiem.
Talk Talk - I Believe in You
Ja też Talk Talk znam słabo, chociaż od dawna. Nie słyszałem nigdy żadnego albumu, jedynie ich hity puszczane w tv. W sumie to kompozycja mi się podoba, brzmienie nawet bardzo mi się podoba. Jest naprawdę magiczny klimat. Taki usypiający, kojący, relaksujący. Lubię takie piosenki. Przepiękne organy, ładne gitary, fajny bas, cykająca perkusja. Warstwa brzmieniowa naprawdę mi się podoba. Jedyne za czym nigdy nie przepadałem, to ten dziwaczny i bełkoczący wokal. Gość miał naprawdę specyficzną barwę głosu. Z jednej strony ten głos go wyróżniał, z drugiej nie każdemu mógł podpasować. Chociaż oczywiście nie jest dla mnie na tyle irytujący, żeby skreślać tę muzykę. Jeżeli ktoś kiedyś wrzuci tu jakiś album TT, to ja chętnie posłucham.
W każdym razie rozumiem doskonale zajawkę deva na punkcie utworu, bo ja wiele takich miałem i pewnie wiele jeszcze mieć będę. Rozumiem nostalgię, bo sam jestem nostalgikiem. Wyobraziłem sobie też spacer po mieście w towarzystwie tego utworu i poczułem, że to mogłoby zadziałać.
Zapowiadało się raczej słabo na początku, a potem prawie wszystko elegancko kliknęło. No jedynie Stonesi mnie dalej nie przekonują.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Odniosę się do powyższych fragmentów hy.shodan pisze:26 lut 2024 12:24Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
Nazwę WTC znam
Mnie najbardziej podoba się rapowanie i głos Ol' Dirty Bastard, o ile dobrze policzyłem. Mocno w stylu Biggiego.
Miałem mindfuck na sekundę, nigdy jakimś cudem nie widziałem Wu określanego skrótowcem jako WTC który to skrót jednak mocno inaczej się kojarzy, choć nadal nowojorsko!
Co do ODB... eee nie jestem pewien czy dobrze policzyłeś, trochę mnie dziwi to porównanie do BIG, Ol Dirty ma tę najbardziej zwariowaną nawijkę z tymi dziwnymi dźwiękami i zmianami tonacji chwilami lol
Jak coś to konkretnie układ idzie:
zwrotki:
1. U-God
2. Inspectah Deck
3. Raekwon
refren: Method Man
4: Ol Dirty Bastard
5: Ghostface Killah
6: Masta Killa
refren: Method Man
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Już sam nie wiem, gdzie jest refren. W każdym, razie chodzi mi o gościa, który rapuje od 1:40. Może nie sam styl rapowania przypomina mi Biggiego, co barwa głosu.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tak, to jest ODB. Akurat jego numeru nie uświadczycie ode mnie w bestce raczej chociaż to mówię dzisiaj a za pół roku może się okazać że wkręciłem się w jego album który trochę dotąd zlewałem i że mega odkrycie i w ogóle więc nigdy nie mów nigdy xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
Murzyn wraca do murzyńskich klimatów w sposób iście filmowy i mocno staroszkolny. Świetne wejście, kapitalny bit, lekko lo-fi feeling w tle, wyraźne choć nieco groźne w brzmieniu rapowanie (a jeden z głosów przypomina mi tego typa, którego nazwiska teraz nie pamiętam, co "recytował" na Jezebel), oszczędne instrumentarium, czego chcieć więcej. Zupełnie serio, to jest tak cudownie liminalny kawałek, tak minimalistyczny, że głowa mała, a brzmi doskonale. Ba, to by się spokojnie obroniło jako instrumental. No, po prostu świetny utwór, zajeżdża czymś lekko strasznym (choć żaden terror-core to przecież nie jest), jaram się naprawdę, łeb zaczyna chodzić, zaraz przerobię swojego Swifta na lowrider xD W ogóle mam tutaj ostry vibe czegoś, co brzmi jak mocno homerecordingowe demo czegoś od Dope D.O.D. (a Dope jest... dope). Podoba mi się jak diabli, po odsłuchaniu takiego numeru aż się chce sięgać po więcej hh.
Portishead - Mysterons
Nie tak dawno temu widziałem się z dobrą przyjaciółką, która low-key traktuje mnie jako materiał na potencjalnego partnera, a ja ją całkiem podobnie, ale dzieli nas jedna przepaść - gust muzyczny wychodzący z generalnego podejścia do życia, a to jest w tym przypadku i dla mnie i dla niej coś całkowicie nie do przeskoczenia xD Zadeklarowana miłośniczka latynoskich rytmów i stojącej za nimi filozofii życiowej kompletnie oderwana od lekko poszarzałej rzeczywistości, w której lubię się obracać, a którą doskonale obrazuje na i tak dość lekkim i raczej przystępnym poziomie wrzutka Hiena (z drugiej strony jest takie Kino Coja wrzucone do Depeszwizji przez imć Murzyna). Ten noir klimat jest doskonały, i w życiu nie zamieniłbym spacerów po zimnej i wyludnionej listopadowym wieczorem skąpanej we mgle Warszawie na picie drineczków w Bogocie w sezonie monsunowym. Po prostu nie i już, Polska jakoś tak mnie ukształtowała (sama Łódź też miała w tym swój udział), że miast smakować życie (no dobra, smakuję je, ale w sposób, który nie nadaje się do upubliczniania tutaj) wolę wkładać czarny płaszcz, stukające sztyblety i snuć się pomiędzy blokami w wymienionym już wyżej settingu. Moje serce zimne a w nim post punk, cold wave, dark wave, minimal electro i takie właśnie cuda. Portishead poznałem dużo później, niż powinienem, ale chwyciło z miejsca. Tamtą wycieczkę pamiętam, jednakowoż, kol. Hienie, to był rok 2016, pamiętam jak dziś (jak rzucało moim starym autem od wiatru na S8, Dżizus). Pamiętam też słuchanie Portishead i moje większe wtedy jaranie się debiutem Hooverphonic. Wtedy były czasy, teraz nie ma czasów. Tyle na ten temat. Wyśmienity kawałek <3
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Whoah, Dragon zupełnie przypadkiem wchodzi w polemikę z kol. Hienem, która okazuje się być jedynie trafnym komentarzem z ciekawymi didaskaliami, ten mariaż jazzu z elektroniką jest fantastyczny, aż nie brzmi to na rok 1996 (przypomnę, że w mniej więcej tym samym czasie ukazało się Would You od Touch and Go lol). Właściwie so far te pierwsze 3 kawałki tej kolejki to jest soundtrack do jakiegoś filmu noir, który np. przedstawia pozornie niepowiązane ze sobą losy pozornie niepowiązanej ze sobą trójki bohaterów xD I wychodzi to świetnie. Numer jest w mniej oczywisty sposób "mhroczny" od dwóch pozostałych (a tamte przecież również nie są "oczywiście mhroczne"). Lekkie zaskoczenie z początku tekstu, który na myśl przywołał mi a-ha lol. Świetny bas, jeszcze lepszy, lekko creepy klawisz (w ogóle ta muzyka przypomina mi trochę nagrania z The Drop od Eno, 1997 rok, więc zaraz obok). Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem, myślę, że chętnie będę wracał do tej kolejeczki, albowiem sam jej start jest kapitalny. Lekko creepy, lekko tajemniczo, wszystko lekko a i wszystko super.
DKA - Wybacz
Cóż, numer cheesy aż boli, uszy aż puchną, takie potwornie hiphipolo, przy którym Mezo wydaje się być wysmakowany niczym Biggie (kenczjusi). Jednocześnie totalnie reluję z Wujasowymi feelsami, albowiem i mnie zdarzało się w tej zabawie wrzucać serowe wyciskacze łez, które były ważne dla mnie i moich relacji z przeszłości, a kontekst wielu znał może Hien (bo często dostawał komentarz na żywo z miejsca zbrodni lol). Było nie było, bestka jest nasza, osobista, dla nas ważna i szanuję, że Wuja wychodzi ze swoimi feelsami na wierzch, albowiem nie dla każdego jest to łatwe, a już tym bardziej - poprzez debilne "wymagania" czy też uwarunkowania (że tak to ujmę) kulturowe - facetom i to z gatunku tych twardzielowatych. Kontynuując, wokal jeszcze jakoś by uszedł, choć tekst jest mocno taki sobie, a i muza nie porywa. Ale to są technikalia, a w takiej muzyce nie chodzi o kwestie techniczne (w sensie, w takiej, jak ta), a właśnie o to, co w duszy gra. I tutaj ten przekaz do mnie trafia (nawet, jeśli przez przypadek usiadłem na pilocie i z filmu noir przeszedłem na pasmo nastoletnie w Vivie).
The Rolling Stones - Gimme Shelter
Mentos widzę zaczął kolejeczkę klasyczno-dziaderską, najpierw Reed z ekipą i Nico, teraz klasyczni Stonesi, fajnie jest czasem tak pod przymusem sobie posłuchać czegoś, co słyszało się tak dawno temu, iż raz - nie pamięta się tego a dwa - nie było się na to gotowym. W sensie, ja naprawdę masę muzyki doceniam po latach, często potwornie wielu (inna rzecz, że - o czym już wiecie, a nawet Hien się do tego odnosił w jednej z recek jednego z moich niedawnych numerów - wielki wpływ na kształtowanie mojego gustu muzycznego mieli moi rodzice, i choć często stałem do nich w kontrze, wiele też przejąłem. A Stonesów się nie lubiło u mnie xD Poza może trzema kawałkami...), ale to się dzieje. I tutaj mam podobnie, ot, numer Stonesów, od którego się nie odbijam. Jest dobry, jest żywy, groovy, jest typowo rock'n'rollowy mając w sobie też taką popową lekkość i to, co było w rock'n'rollu najlepsze, a co później przejął choćby krautrock z jednej strony, a z drugiej art rock i np. Roxy Music. Czyli, no, po prostu taki groove, którego nie umiem dobrze opisać słowami teraz xD Musi być numer z chemią, który jakby Cię podrywał, gdy go słuchasz, i przepadasz w tym podrywie totalnie, wiesz już, że będzie zaproszenie do mieszkania i kolacja ze śniadaniem. Gimme Shelter właśnie dołączyło u mnie do tego klubu.
No, co mogę rzec, kolejka fantastyczna, muzycznie wyłamują się co prawda i Wuja i Seba, ale Wuja nadrabia feelingiem utworu, zaś Seba daje plot twist w ostatniej scenie wspominanego filmu i dobry dlań soundtrack. Super, jestem bardzo zadowolony!
Murzyn wraca do murzyńskich klimatów w sposób iście filmowy i mocno staroszkolny. Świetne wejście, kapitalny bit, lekko lo-fi feeling w tle, wyraźne choć nieco groźne w brzmieniu rapowanie (a jeden z głosów przypomina mi tego typa, którego nazwiska teraz nie pamiętam, co "recytował" na Jezebel), oszczędne instrumentarium, czego chcieć więcej. Zupełnie serio, to jest tak cudownie liminalny kawałek, tak minimalistyczny, że głowa mała, a brzmi doskonale. Ba, to by się spokojnie obroniło jako instrumental. No, po prostu świetny utwór, zajeżdża czymś lekko strasznym (choć żaden terror-core to przecież nie jest), jaram się naprawdę, łeb zaczyna chodzić, zaraz przerobię swojego Swifta na lowrider xD W ogóle mam tutaj ostry vibe czegoś, co brzmi jak mocno homerecordingowe demo czegoś od Dope D.O.D. (a Dope jest... dope). Podoba mi się jak diabli, po odsłuchaniu takiego numeru aż się chce sięgać po więcej hh.
Portishead - Mysterons
Nie tak dawno temu widziałem się z dobrą przyjaciółką, która low-key traktuje mnie jako materiał na potencjalnego partnera, a ja ją całkiem podobnie, ale dzieli nas jedna przepaść - gust muzyczny wychodzący z generalnego podejścia do życia, a to jest w tym przypadku i dla mnie i dla niej coś całkowicie nie do przeskoczenia xD Zadeklarowana miłośniczka latynoskich rytmów i stojącej za nimi filozofii życiowej kompletnie oderwana od lekko poszarzałej rzeczywistości, w której lubię się obracać, a którą doskonale obrazuje na i tak dość lekkim i raczej przystępnym poziomie wrzutka Hiena (z drugiej strony jest takie Kino Coja wrzucone do Depeszwizji przez imć Murzyna). Ten noir klimat jest doskonały, i w życiu nie zamieniłbym spacerów po zimnej i wyludnionej listopadowym wieczorem skąpanej we mgle Warszawie na picie drineczków w Bogocie w sezonie monsunowym. Po prostu nie i już, Polska jakoś tak mnie ukształtowała (sama Łódź też miała w tym swój udział), że miast smakować życie (no dobra, smakuję je, ale w sposób, który nie nadaje się do upubliczniania tutaj) wolę wkładać czarny płaszcz, stukające sztyblety i snuć się pomiędzy blokami w wymienionym już wyżej settingu. Moje serce zimne a w nim post punk, cold wave, dark wave, minimal electro i takie właśnie cuda. Portishead poznałem dużo później, niż powinienem, ale chwyciło z miejsca. Tamtą wycieczkę pamiętam, jednakowoż, kol. Hienie, to był rok 2016, pamiętam jak dziś (jak rzucało moim starym autem od wiatru na S8, Dżizus). Pamiętam też słuchanie Portishead i moje większe wtedy jaranie się debiutem Hooverphonic. Wtedy były czasy, teraz nie ma czasów. Tyle na ten temat. Wyśmienity kawałek <3
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between
Whoah, Dragon zupełnie przypadkiem wchodzi w polemikę z kol. Hienem, która okazuje się być jedynie trafnym komentarzem z ciekawymi didaskaliami, ten mariaż jazzu z elektroniką jest fantastyczny, aż nie brzmi to na rok 1996 (przypomnę, że w mniej więcej tym samym czasie ukazało się Would You od Touch and Go lol). Właściwie so far te pierwsze 3 kawałki tej kolejki to jest soundtrack do jakiegoś filmu noir, który np. przedstawia pozornie niepowiązane ze sobą losy pozornie niepowiązanej ze sobą trójki bohaterów xD I wychodzi to świetnie. Numer jest w mniej oczywisty sposób "mhroczny" od dwóch pozostałych (a tamte przecież również nie są "oczywiście mhroczne"). Lekkie zaskoczenie z początku tekstu, który na myśl przywołał mi a-ha lol. Świetny bas, jeszcze lepszy, lekko creepy klawisz (w ogóle ta muzyka przypomina mi trochę nagrania z The Drop od Eno, 1997 rok, więc zaraz obok). Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem, myślę, że chętnie będę wracał do tej kolejeczki, albowiem sam jej start jest kapitalny. Lekko creepy, lekko tajemniczo, wszystko lekko a i wszystko super.
DKA - Wybacz
Cóż, numer cheesy aż boli, uszy aż puchną, takie potwornie hiphipolo, przy którym Mezo wydaje się być wysmakowany niczym Biggie (kenczjusi). Jednocześnie totalnie reluję z Wujasowymi feelsami, albowiem i mnie zdarzało się w tej zabawie wrzucać serowe wyciskacze łez, które były ważne dla mnie i moich relacji z przeszłości, a kontekst wielu znał może Hien (bo często dostawał komentarz na żywo z miejsca zbrodni lol). Było nie było, bestka jest nasza, osobista, dla nas ważna i szanuję, że Wuja wychodzi ze swoimi feelsami na wierzch, albowiem nie dla każdego jest to łatwe, a już tym bardziej - poprzez debilne "wymagania" czy też uwarunkowania (że tak to ujmę) kulturowe - facetom i to z gatunku tych twardzielowatych. Kontynuując, wokal jeszcze jakoś by uszedł, choć tekst jest mocno taki sobie, a i muza nie porywa. Ale to są technikalia, a w takiej muzyce nie chodzi o kwestie techniczne (w sensie, w takiej, jak ta), a właśnie o to, co w duszy gra. I tutaj ten przekaz do mnie trafia (nawet, jeśli przez przypadek usiadłem na pilocie i z filmu noir przeszedłem na pasmo nastoletnie w Vivie).
The Rolling Stones - Gimme Shelter
Mentos widzę zaczął kolejeczkę klasyczno-dziaderską, najpierw Reed z ekipą i Nico, teraz klasyczni Stonesi, fajnie jest czasem tak pod przymusem sobie posłuchać czegoś, co słyszało się tak dawno temu, iż raz - nie pamięta się tego a dwa - nie było się na to gotowym. W sensie, ja naprawdę masę muzyki doceniam po latach, często potwornie wielu (inna rzecz, że - o czym już wiecie, a nawet Hien się do tego odnosił w jednej z recek jednego z moich niedawnych numerów - wielki wpływ na kształtowanie mojego gustu muzycznego mieli moi rodzice, i choć często stałem do nich w kontrze, wiele też przejąłem. A Stonesów się nie lubiło u mnie xD Poza może trzema kawałkami...), ale to się dzieje. I tutaj mam podobnie, ot, numer Stonesów, od którego się nie odbijam. Jest dobry, jest żywy, groovy, jest typowo rock'n'rollowy mając w sobie też taką popową lekkość i to, co było w rock'n'rollu najlepsze, a co później przejął choćby krautrock z jednej strony, a z drugiej art rock i np. Roxy Music. Czyli, no, po prostu taki groove, którego nie umiem dobrze opisać słowami teraz xD Musi być numer z chemią, który jakby Cię podrywał, gdy go słuchasz, i przepadasz w tym podrywie totalnie, wiesz już, że będzie zaproszenie do mieszkania i kolacja ze śniadaniem. Gimme Shelter właśnie dołączyło u mnie do tego klubu.
No, co mogę rzec, kolejka fantastyczna, muzycznie wyłamują się co prawda i Wuja i Seba, ale Wuja nadrabia feelingiem utworu, zaś Seba daje plot twist w ostatniej scenie wspominanego filmu i dobry dlań soundtrack. Super, jestem bardzo zadowolony!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dziękóweczka dla Deva, który pozbawiony telefonu, komputera oraz domu, walnął recki. To jest gość!
Zapraszam do wrzutek!
Zapraszam do wrzutek!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Let's goooooo!
Ladies and gentlemen I present to you...
Kelis - Good Stuff
(1999, prod. The Neptunes)
Planowałem na którymś etapie podrzucić jakiś numer tej Pani, nawet jeśli lubię raptem kilka, no może kilkanaście jej numerów a płyt w sumie nie słucham. Niemniej jakieś hity w swojej dyskografii miała i przewijała się na przestrzeni lat gdy mocno oglądało się kanały muzyczne w latach zerowych. Nawet pierwotnie myślałem o innym jej numerze ale zostawię go sobie na jakieś duble w przyszłości może a póki co wykorzystam ją niecnie aby zarazem otworzyć kolejną nitkę producencką. Latem częstowałem Was wrzutą timbalandową w numerze grupy The Lox, czas na drugą najważniejszą postać ze stanu Wirginia w USA a mianowicie Pharella Williamsa oraz jego partnera Chada Hugo czyli superduet The Neptunes którzy obok Timbo stanowili topkę producentów muzycznych lat zerowych.
The Neptunes tak samo jak Timbaland karierę zaczynali jeszcze w drugiej połowie lat 90. i jednym z wczesnych przykładów przebijania się ich brzmienia do głównego nurtu muzyki popularnej może być właśnie moja dzisiejsza wrzutka pochodząca z debiutanckiej płyty Kelis z roku 1999.
Good Stuff z gościnną zwrotką rapera Pusha T z grupy Clipse (znanego wówczas jeszcze jako Terrar) to klasyczny przykład przestrzennej produkcji Neptunes opartej na perkusji okraszonej brzmieniami gitar, pianina czy synthów bez zbędnego zagęszczania miksu. Perkusyjny groove jest przeważnie prosty ale brzmienia stopy i werbla typowe dla Neptunes i brzmiące jak żywa perka, do tego tłusta linia basu która dobrze robi dla uszu i jakieś pianinko z wejściem refrenu. I kiedy słuchacz już myśli że to by było na tyle Kelis po drugim refrenie zaczyna śpiewać "this is the GOOD stuff" i dopiero wtedy wjeżdża ten bardzo charakterystyczny NEPTUNE SOUND czyli synth (a może to gitara akustyczna potraktowana efektami?) który jest jak posypka na torcie, taki ich brokat który wyróżnia wiele ich produkcji. Dość minimalny nakład środków ale za to nacisk kładziony na brzmienie i zastosowanie tychże środków z głową aby to jednak wpadało w ucho. Aby numer nie był zbyt monotonny mamy potem gościnną rapową zwrotkę wspomnianego Terrara, krótką ale wnoszącą jakieś chwilowe ożywienie do numeru. Mamy zatem wrzutkę R&B z hip hopowym sznytem, jeśli komuś za gęsto od tej stylistyki to trudno, nie poradzę, uprzedzę jedynie, że nie traktuję tego jako wrzutki rapowej i kilka slotów na nie jeszcze pewnie przeznaczę, postaram się żeby to był jednak good stuff... Biorę pod uwagę że to może nie całkiem siąść podczas odsłuchu w fotelu na słuchaweczkach, ale zapewniam że w samochodzie przy opuszczonych szybach jest miodzio ^^
https://youtu.be/Ef-ox7ujMV8?si=MAeyhOjMoINBvC9w
Ladies and gentlemen I present to you...
Kelis - Good Stuff
(1999, prod. The Neptunes)
Planowałem na którymś etapie podrzucić jakiś numer tej Pani, nawet jeśli lubię raptem kilka, no może kilkanaście jej numerów a płyt w sumie nie słucham. Niemniej jakieś hity w swojej dyskografii miała i przewijała się na przestrzeni lat gdy mocno oglądało się kanały muzyczne w latach zerowych. Nawet pierwotnie myślałem o innym jej numerze ale zostawię go sobie na jakieś duble w przyszłości może a póki co wykorzystam ją niecnie aby zarazem otworzyć kolejną nitkę producencką. Latem częstowałem Was wrzutą timbalandową w numerze grupy The Lox, czas na drugą najważniejszą postać ze stanu Wirginia w USA a mianowicie Pharella Williamsa oraz jego partnera Chada Hugo czyli superduet The Neptunes którzy obok Timbo stanowili topkę producentów muzycznych lat zerowych.
The Neptunes tak samo jak Timbaland karierę zaczynali jeszcze w drugiej połowie lat 90. i jednym z wczesnych przykładów przebijania się ich brzmienia do głównego nurtu muzyki popularnej może być właśnie moja dzisiejsza wrzutka pochodząca z debiutanckiej płyty Kelis z roku 1999.
Good Stuff z gościnną zwrotką rapera Pusha T z grupy Clipse (znanego wówczas jeszcze jako Terrar) to klasyczny przykład przestrzennej produkcji Neptunes opartej na perkusji okraszonej brzmieniami gitar, pianina czy synthów bez zbędnego zagęszczania miksu. Perkusyjny groove jest przeważnie prosty ale brzmienia stopy i werbla typowe dla Neptunes i brzmiące jak żywa perka, do tego tłusta linia basu która dobrze robi dla uszu i jakieś pianinko z wejściem refrenu. I kiedy słuchacz już myśli że to by było na tyle Kelis po drugim refrenie zaczyna śpiewać "this is the GOOD stuff" i dopiero wtedy wjeżdża ten bardzo charakterystyczny NEPTUNE SOUND czyli synth (a może to gitara akustyczna potraktowana efektami?) który jest jak posypka na torcie, taki ich brokat który wyróżnia wiele ich produkcji. Dość minimalny nakład środków ale za to nacisk kładziony na brzmienie i zastosowanie tychże środków z głową aby to jednak wpadało w ucho. Aby numer nie był zbyt monotonny mamy potem gościnną rapową zwrotkę wspomnianego Terrara, krótką ale wnoszącą jakieś chwilowe ożywienie do numeru. Mamy zatem wrzutkę R&B z hip hopowym sznytem, jeśli komuś za gęsto od tej stylistyki to trudno, nie poradzę, uprzedzę jedynie, że nie traktuję tego jako wrzutki rapowej i kilka slotów na nie jeszcze pewnie przeznaczę, postaram się żeby to był jednak good stuff... Biorę pod uwagę że to może nie całkiem siąść podczas odsłuchu w fotelu na słuchaweczkach, ale zapewniam że w samochodzie przy opuszczonych szybach jest miodzio ^^
https://youtu.be/Ef-ox7ujMV8?si=MAeyhOjMoINBvC9w
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Scott Walker – Epizootics!
Był sobie taki gość Scott Walker, który był popowym i rockowym wokalistą, śpiewającym ładne, ale też bardzo dobre piosenki. Aż się zestarzał i mu odjebało. Tak w skrócie można opisać karierę Walkera, który zmarł w 2019 r. Trylogia albumów, które stworzył na przestrzeni trzech dekad (między 1995, a 2012 rokiem), można określić jako płyty nagrane przez popowego wykonawcę, który zamknął się w domu i nigdy z niego nie wyszedł. „Bish Bosch” to był finalny i najbardziej eksperymentalny muzyczny statement Scotta, dla mnie dzieło ostatecznie definiujące go jako wielkiego artystę (ale tak naprawdę cała jego dyskografia to robi). Co mnie najbardziej w niej uderza, to to, że nadal słychać popowe ciągoty Walkera, ale przebijające się przez gęste, grube, brudne warstwy muzycznych eksperymentów. Dobry tego przykładem jest absolutnie piękny „Epizootics!”. W głosie Scotta słychać melodie, i może to brzmi momentami jak facet swoje, muzyka swoje, ale to wszystko zostało skrupulatnie przemyślane i skomponowane. Często porównywano go do Bowiego i o ile nie miał tak różnorodnej dyskografii, to jednocześnie David nigdy nie poszedł w takie ekstremum, co Scott (wystarczy poczytać historie o tym, jak nagrywano „Tilt”). W każdym razie, dziele się z Wami moją fascynacją względem Walkera, mam nadzieję, że dacie radę.
https://youtu.be/oH87V4hBYUk?list=PL3s2 ... FcpPNvFoN7
Był sobie taki gość Scott Walker, który był popowym i rockowym wokalistą, śpiewającym ładne, ale też bardzo dobre piosenki. Aż się zestarzał i mu odjebało. Tak w skrócie można opisać karierę Walkera, który zmarł w 2019 r. Trylogia albumów, które stworzył na przestrzeni trzech dekad (między 1995, a 2012 rokiem), można określić jako płyty nagrane przez popowego wykonawcę, który zamknął się w domu i nigdy z niego nie wyszedł. „Bish Bosch” to był finalny i najbardziej eksperymentalny muzyczny statement Scotta, dla mnie dzieło ostatecznie definiujące go jako wielkiego artystę (ale tak naprawdę cała jego dyskografia to robi). Co mnie najbardziej w niej uderza, to to, że nadal słychać popowe ciągoty Walkera, ale przebijające się przez gęste, grube, brudne warstwy muzycznych eksperymentów. Dobry tego przykładem jest absolutnie piękny „Epizootics!”. W głosie Scotta słychać melodie, i może to brzmi momentami jak facet swoje, muzyka swoje, ale to wszystko zostało skrupulatnie przemyślane i skomponowane. Często porównywano go do Bowiego i o ile nie miał tak różnorodnej dyskografii, to jednocześnie David nigdy nie poszedł w takie ekstremum, co Scott (wystarczy poczytać historie o tym, jak nagrywano „Tilt”). W każdym razie, dziele się z Wami moją fascynacją względem Walkera, mam nadzieję, że dacie radę.
https://youtu.be/oH87V4hBYUk?list=PL3s2 ... FcpPNvFoN7
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No ładnie się przyjęło, ukłony Szanownym Panom Słuchaczom
The Third Eye Foundation - What To Do But Cry? (1997)
Bestka, czyli pomiędzy wykonawcami poznanymi na wylot a bohaterami pojedynczych, ale wyjątkowo intensywnych doświadczeń czy doznań. Tym razem witam w świecie grozy. W sztuce generalnie wolę metodyczne wciąganie w dość niepokojącą atmosferę niż gwałtowne przejścia, jumpscare'y czy rzeczy przesycone efektami lub przerysowanym naturalizmem. W muzyce chyba najtrudniej to osiągnąć. Trzeba wysilić coś więcej do pracy dla podtrzymania uwagi. Tutaj znajduje się początek drogi dla zrozumienia muzyki noise, przyjęcia "brzydoty" jako świadomego i celowego zabiegu artystycznego. Brzydkie może być ładne... no albo przynajmniej skuteczne, wciągające, niedające o sobie zapomnieć. Third Eye Foundation to kolejny projekt znaleziony w dość przypadkowy sposób, choć gdy przypomnę sobie o DJ Spooky, stronce z ładnie wyłuszczonymi wykonawcami illbientowymi i naprawdę głęboko zakrojonymi poszukiwaniami kolejnych twórców w tym gatunku, to opowieść nabiera rąk i nóg. Powinienem poświęcić temu więcej czasu, ale w swoim czasie byli lepsi do odkrywania. Całą płytę sprawdziłem wiele lat później (heh, to był maj 2020), na początku było What To Do But Cry?
O ile Spooky na Songs of a Dead Dreamer do dziś fascynuje mnie brzmieniem, bogactwem wpływów i inspiracji, tak tutaj jaram się surowością, intensywnością, brudem. Do tego należy dodać znakomicie pasującą okładkę. Zaczyna się z marszu, witamy ścianę dźwięku w jakości wrogiej audiofilom. Z czasem będzie ulegać ewolucji, jest w tym dodatkowe dramatyczne napięcie. Nad wszystkim drum'n'bassowy bit. W niektórych momentach rytm też się rozsypuje, wrażenie dezorientacji wzrasta. Nie zapomnę pierwszego odsłuchu. Najpierw mnie zmroziło, potem wciągnęło i do dzisiaj nie puszcza. Nie uwzględniłem tego w rozpisce, ale zbyt często wracam, by móc to dalej ignorować. Coś mnie pchało w tym kierunku, pomimo średniego odbioru na dzień dobry musiałem dać szansę przynajmniej Ghost.
Zasługuje na miano muzyki niepokojącej, tkwi tu coś mrocznego. Nie da się znudzić i jednocześnie trudno wracać często, chyba że was też coś gryzie.
https://www.youtube.com/watch?v=TPm6fW7Dg94
The Third Eye Foundation - What To Do But Cry? (1997)
Bestka, czyli pomiędzy wykonawcami poznanymi na wylot a bohaterami pojedynczych, ale wyjątkowo intensywnych doświadczeń czy doznań. Tym razem witam w świecie grozy. W sztuce generalnie wolę metodyczne wciąganie w dość niepokojącą atmosferę niż gwałtowne przejścia, jumpscare'y czy rzeczy przesycone efektami lub przerysowanym naturalizmem. W muzyce chyba najtrudniej to osiągnąć. Trzeba wysilić coś więcej do pracy dla podtrzymania uwagi. Tutaj znajduje się początek drogi dla zrozumienia muzyki noise, przyjęcia "brzydoty" jako świadomego i celowego zabiegu artystycznego. Brzydkie może być ładne... no albo przynajmniej skuteczne, wciągające, niedające o sobie zapomnieć. Third Eye Foundation to kolejny projekt znaleziony w dość przypadkowy sposób, choć gdy przypomnę sobie o DJ Spooky, stronce z ładnie wyłuszczonymi wykonawcami illbientowymi i naprawdę głęboko zakrojonymi poszukiwaniami kolejnych twórców w tym gatunku, to opowieść nabiera rąk i nóg. Powinienem poświęcić temu więcej czasu, ale w swoim czasie byli lepsi do odkrywania. Całą płytę sprawdziłem wiele lat później (heh, to był maj 2020), na początku było What To Do But Cry?
O ile Spooky na Songs of a Dead Dreamer do dziś fascynuje mnie brzmieniem, bogactwem wpływów i inspiracji, tak tutaj jaram się surowością, intensywnością, brudem. Do tego należy dodać znakomicie pasującą okładkę. Zaczyna się z marszu, witamy ścianę dźwięku w jakości wrogiej audiofilom. Z czasem będzie ulegać ewolucji, jest w tym dodatkowe dramatyczne napięcie. Nad wszystkim drum'n'bassowy bit. W niektórych momentach rytm też się rozsypuje, wrażenie dezorientacji wzrasta. Nie zapomnę pierwszego odsłuchu. Najpierw mnie zmroziło, potem wciągnęło i do dzisiaj nie puszcza. Nie uwzględniłem tego w rozpisce, ale zbyt często wracam, by móc to dalej ignorować. Coś mnie pchało w tym kierunku, pomimo średniego odbioru na dzień dobry musiałem dać szansę przynajmniej Ghost.
Zasługuje na miano muzyki niepokojącej, tkwi tu coś mrocznego. Nie da się znudzić i jednocześnie trudno wracać często, chyba że was też coś gryzie.
https://www.youtube.com/watch?v=TPm6fW7Dg94
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Parov Stelar - Chambermaid Swing (2006)
Czas na małą zmianę energii i dodanie trochę życia do bestki z mojej strony (bo póki co walę same chillowo-melancholijne rzeczy, poza startem tego rozdania ma się rozumieć). Piszę z telefonu, więc będzie krócej niż zazwyczaj xD Pod pseudonimem Parov Stelar kryje się austriacki muzyk i producent Marcus Füreder, który wydaje rzeczy jako Parov Stelar właśnie od 2004 roku. Jego nagrania, zwłaszcza te wczesne, to coś, co z powodzeniem mogło być (i zapewne było) puszczane na Chilli Zet bądź nawet na falach Radia RAM. Gość tworzy interesującą fuzję muzyki tanecznej, jazzu i swingu, która miała te półtorej dekady temu swoje 5 minut dzięki wykonawcom takim jak Gry, Waldeck czy Caravan Palace, a nazywa się ładnie electroswingiem. Pięć minut pięcioma minutami, ale też w pewnym momencie dowiedziałem się, iż tego typu muzyki słuchały głównie młode bufony z nowej klasy średniej i młodzi hipsterzy, kiedy określenie to nie było aż tak spopularyzowane (później zresztą też tego słuchali). Niestety, publicity mu rosło a typ to wyczuł i w pewnym momencie poszedł mocno w masówkę, tj. od jakiegoś 2012 roku niemal wszystko, co nagrywa, brzmi tak samo xD Nie przeszkodziło mu to w zdobyciu popularności, nawet w Polsce na jego koncerty przychodziły tłumy (nie zliczę już, ilu spośród moich znajomych na przestrzeni ostatnich 10 lat wyoutowało się jako jego srodzy fani, aż chciałbym włożyć koszulkę od Disturbing Quotes z tekstem "Everything you like I liked five years ago". No właśnie, zaraz słowo o moim pierwszym kontakcie). Nawet teraz jakoś był w Warszawie, chyba w miniony weekend, moja znajoma się tam wybierała ale pomyliła Stodołę z Progresją i wylądowała ostatecznie na rzutkach w centrum handlowym xD Nie cierpiała jednak bardzo z tego powodu. Co i o czym to mówi?
Mój pierwszy kontakt z Fürederem był tak samo przypadkowy, jak początki wszystkich moich związków. Któregoś dnia wracałem z uczelni autem - musiała to być jakaś zima 2010, przy czym mam na myśli tę zimę, gdy backup Naczelnika Państwa (byłego) jeszcze żył. Słuchałem Tok FM, bo ja właściwie tylko tej stacji słucham od niemal zawsze, jako całkowicie pochłonięty przez świat newsów i publicystyki infoćpun. Zdarza im się między różnymi pasmami puścić jeden czy dwa kawałki "niezależnych" wykonawców (tak utrzymują, jednocześnie stręczyli odbiorcom Marię Peszek jak wyszła Maria Awaria, ZUPEŁNIE PRZYPADKIEM objęli tamtą płytę patronatem...), choć po nocach mają nawet autorską audycję muzyczną. Wtedy był środek dnia, śnieg, mróz, ja jadę rozpadającą się już wtedy ulicą Obrońców (spopularyzowaną na całą Polskę rok temu przez słynny remont przyblokowany zaparkowanym na środku samochodem) i nagle leci TEN NUMER. Zachwycił mnie od razu, ten bicik, sposób w jaki się rozkręca, bas z sekwencera, TE TRĄBKI, niby nic, a tak mi się wgryzło w głowę, no ale... Ale to był luty 2010, miałem Nokię E51, Shazam nie istniał, na wyświetlaczu radia nie scrollował się ani wykonawca ani tytuł, na ich stronie internetowej nie było info, co akurat leci xD Innymi słowy, dupa. Fast forward do roku 2011, też luty, i moja ziomalka ze studiów (wspominałem już o niej parę razy), która w ramach wymiany muzycznej wcisnęła mi trochę alternatywnych brzmień (sprzedała mi też Blue Foundation, Röyksopp i Goldfrapp), sama była fanką electroswingu i podrzuciła mi na tym samym pendrajwie trzy albumy Parova Stelara. I jedną kompilację, That Swing, z roku 2009. I co? I był tam ten numer xD Miałem od razu dobry przekrój na dyskografię, wciągnęło mnie i można powiedzieć, iż zostałem fanem. Niestety, jak już mówiłem, po każdym kolejnym krążku byłem coraz bardziej rozczarowany, jeszcze o ile The Princess z 2012 roku się jakoś broniło, to potem było głównie... Nudno. Ale Chambermaid Swing... To jest klasa, po prostu, aż chce się wdziać smoking, pójść na dobry bal (ale nie ballroomowy), zamówić dobrą whisky, zapalić cygaro i potupać nóżką. Buja mnie już 13 lat i nie chce przestać.
Na marginesie dodam, że ludzie tworzący jego live band grali też z wrzucanym tu przeze mnie rok temu Louiem Austenem, a sam Parov Stelar robił też remiksy numerów Falco. Österreich stonks.
https://youtu.be/CpaOh4poNms?si=faPAYYYzeFpcd_tQ
Czas na małą zmianę energii i dodanie trochę życia do bestki z mojej strony (bo póki co walę same chillowo-melancholijne rzeczy, poza startem tego rozdania ma się rozumieć). Piszę z telefonu, więc będzie krócej niż zazwyczaj xD Pod pseudonimem Parov Stelar kryje się austriacki muzyk i producent Marcus Füreder, który wydaje rzeczy jako Parov Stelar właśnie od 2004 roku. Jego nagrania, zwłaszcza te wczesne, to coś, co z powodzeniem mogło być (i zapewne było) puszczane na Chilli Zet bądź nawet na falach Radia RAM. Gość tworzy interesującą fuzję muzyki tanecznej, jazzu i swingu, która miała te półtorej dekady temu swoje 5 minut dzięki wykonawcom takim jak Gry, Waldeck czy Caravan Palace, a nazywa się ładnie electroswingiem. Pięć minut pięcioma minutami, ale też w pewnym momencie dowiedziałem się, iż tego typu muzyki słuchały głównie młode bufony z nowej klasy średniej i młodzi hipsterzy, kiedy określenie to nie było aż tak spopularyzowane (później zresztą też tego słuchali). Niestety, publicity mu rosło a typ to wyczuł i w pewnym momencie poszedł mocno w masówkę, tj. od jakiegoś 2012 roku niemal wszystko, co nagrywa, brzmi tak samo xD Nie przeszkodziło mu to w zdobyciu popularności, nawet w Polsce na jego koncerty przychodziły tłumy (nie zliczę już, ilu spośród moich znajomych na przestrzeni ostatnich 10 lat wyoutowało się jako jego srodzy fani, aż chciałbym włożyć koszulkę od Disturbing Quotes z tekstem "Everything you like I liked five years ago". No właśnie, zaraz słowo o moim pierwszym kontakcie). Nawet teraz jakoś był w Warszawie, chyba w miniony weekend, moja znajoma się tam wybierała ale pomyliła Stodołę z Progresją i wylądowała ostatecznie na rzutkach w centrum handlowym xD Nie cierpiała jednak bardzo z tego powodu. Co i o czym to mówi?
Mój pierwszy kontakt z Fürederem był tak samo przypadkowy, jak początki wszystkich moich związków. Któregoś dnia wracałem z uczelni autem - musiała to być jakaś zima 2010, przy czym mam na myśli tę zimę, gdy backup Naczelnika Państwa (byłego) jeszcze żył. Słuchałem Tok FM, bo ja właściwie tylko tej stacji słucham od niemal zawsze, jako całkowicie pochłonięty przez świat newsów i publicystyki infoćpun. Zdarza im się między różnymi pasmami puścić jeden czy dwa kawałki "niezależnych" wykonawców (tak utrzymują, jednocześnie stręczyli odbiorcom Marię Peszek jak wyszła Maria Awaria, ZUPEŁNIE PRZYPADKIEM objęli tamtą płytę patronatem...), choć po nocach mają nawet autorską audycję muzyczną. Wtedy był środek dnia, śnieg, mróz, ja jadę rozpadającą się już wtedy ulicą Obrońców (spopularyzowaną na całą Polskę rok temu przez słynny remont przyblokowany zaparkowanym na środku samochodem) i nagle leci TEN NUMER. Zachwycił mnie od razu, ten bicik, sposób w jaki się rozkręca, bas z sekwencera, TE TRĄBKI, niby nic, a tak mi się wgryzło w głowę, no ale... Ale to był luty 2010, miałem Nokię E51, Shazam nie istniał, na wyświetlaczu radia nie scrollował się ani wykonawca ani tytuł, na ich stronie internetowej nie było info, co akurat leci xD Innymi słowy, dupa. Fast forward do roku 2011, też luty, i moja ziomalka ze studiów (wspominałem już o niej parę razy), która w ramach wymiany muzycznej wcisnęła mi trochę alternatywnych brzmień (sprzedała mi też Blue Foundation, Röyksopp i Goldfrapp), sama była fanką electroswingu i podrzuciła mi na tym samym pendrajwie trzy albumy Parova Stelara. I jedną kompilację, That Swing, z roku 2009. I co? I był tam ten numer xD Miałem od razu dobry przekrój na dyskografię, wciągnęło mnie i można powiedzieć, iż zostałem fanem. Niestety, jak już mówiłem, po każdym kolejnym krążku byłem coraz bardziej rozczarowany, jeszcze o ile The Princess z 2012 roku się jakoś broniło, to potem było głównie... Nudno. Ale Chambermaid Swing... To jest klasa, po prostu, aż chce się wdziać smoking, pójść na dobry bal (ale nie ballroomowy), zamówić dobrą whisky, zapalić cygaro i potupać nóżką. Buja mnie już 13 lat i nie chce przestać.
Na marginesie dodam, że ludzie tworzący jego live band grali też z wrzucanym tu przeze mnie rok temu Louiem Austenem, a sam Parov Stelar robił też remiksy numerów Falco. Österreich stonks.
https://youtu.be/CpaOh4poNms?si=faPAYYYzeFpcd_tQ
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl