Best of Forum V
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No to dawaj. Może po przemyśleniu ją potwierdzę, a może zaprzeczę. Ale jestem ciekawy.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na ten moment to tylko moje czcze gadanie, temat zostaje w zawieszeniu
zobaczymy po paru kolejnych kolejkach!
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
E tam. Wiesz, że czasami takie domysły są bardzo błędne. Człowiek coś tam sobie wyobraża, a potem się okazuje, że się bardzo mylił. Dlatego należy weryfikować u źródła. Ja po prostu bardzo nie lubię takiego rodzaju muzyki, takiego wokalu. Ot cała tajemnica.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dziesięc lat temu w życiu bym nie sądził, że udałoby mi się sprzedać komukolwiek tutaj Big Black
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Big Black jest super
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja bym zaś nie pomyślał, że to kupię. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dobra, koniec gadu gadu, wysypywać się z wrzut do umilania świąt. Wszyscy mają wjechać do jutra wieczorem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Przypominam, że to kolejka prima aprilisowa. 
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Rzucam na boku taką obserwację, że wszyscy pozostali też odnosili się do rzeczy mniej związanych z takimi rzeczami jak rodzaj muzyki czy wokal sam w sobie. Dla mnie całkiem ciekawe.shodan pisze:29 mar 2024 18:15E tam. Wiesz, że czasami takie domysły są bardzo błędne. Człowiek coś tam sobie wyobraża, a potem się okazuje, że się bardzo mylił. Dlatego należy weryfikować u źródła. Ja po prostu bardzo nie lubię takiego rodzaju muzyki, takiego wokalu. Ot cała tajemnica.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Podobno piątek zły początek no ale, kierowniku jestem gotowy więc zaczynam
Aphex Twin - Rhubarb aka #3
(1994)
Wspominałem zdaję się coś o tym że wiosna nieodłącznie kojarzy mi się ze słuchaniem muzyki elektronicznej, zatem niech za tymi słowami ruszą czyny, znaczy dzisiejsza wrzutka. Nie zacznę jednak z wysokiego C (a może jednak? zależy jak spojrzeć) a bardzo spokojnie, tzn. od utworu ambientowego.
Twórczość Richarda D. Jamesa znam tak średnio powiedzmy, obok evergreenów typu Windowlicker czy Come To Daddy siegnąłem w życiu po dwie jego ambientowe składanki czyli Selected Ambient Works 85-92 oraz Selected Ambient Works II, z którego to znałem najpierw jeden numer z pewnego soundtracku do pewnej gry wideo. Zachęcony tamtym numerem sięgnąłem po płytę z której pochodził a potem też po pierwsze SAW. Dziś do Selected Ambient Works II właściwie nie wracam ale był taki czas wiosną roku 2011 (albo 2012? nie mam pewności) chyba kiedy byłem nią zafascynowany. W tamtym okresie obok Aphex Twin było jeszcze paru wykonawców muzyki instrumentalnej których słuchałem ze względu na brzmienie jakie potrafili wytworzyć, dla mnie brzmienie naprawdę wysokiej klasy. Wtedy też doszedłem do wniosku że tego typu muzyka jednak lepiej niż na słuchawkach sprawdza się sącząc się z głośników i wypełniając sobą pomieszczenie, z jednej strony może słuchałem jej nieco mimowolnie bez usilnego skupiania uwagi ale z drugiej strony cały czas ją czułem, sączyłem klimat który wytwarzała i te albumy najlepiej wchodziły mi jako całość bez dzielenia na utwory. Nie znaczy to jednak że nie było wśród nich takich które wyróżniały się nieco bardziej i które jednak mocniej zapadały w pamięć, jednym z nich jest choćby dzisiejszy Rabarbar znany też na streamingach po prostu jako Nr 3.
Specyficzne nazewnictwo utworów z albumu SAW2 ma swoje korzenie w tym że tak naprawdę... nie mają one oficjalnych tytułów, zamiast tego każdemu z utworów we wkładce do albumu przyporządkowane jest jakieś zdjęcie, te nieoficjalne tytuły zostały im nadane przez jednego z fanów Aphex Twin który następnie je spopularyzował. Dość powiedzieć że niektóre wydania albumu miały kilkoro ze zdjęć podmienionych na inne i tym samym niektóre z utworów funkcjonowały nawet pod dwoma różnymi nieoficjalnymi tytułami. Tak czy siak - prezentuję Wam dzisiaj ten znany mi jako Rhubarb, kawałek ciepłego ambientu potrafiącego wprawić mnie w błogostan, zwłaszcza gdy słucham go leniwie zapadając się w fotelu. Utwór ten - jak i parę innych z tej płyty sprawia że kołaczą się we mnie równocześnie właśnie to uczucie błogiego relaksu wymieszane z melancholią czy nawet jakaś nostalgią za dzieciństwem lat 90. To jest jak muzyka ze świata którego jeszcze nie poznaliśmy - nie z tego świata jakby, i jednocześnie muzyka ze świata którego już nie ma, dla mnie liminalne na maksa. Jak obrazy miejsc które znam wyglądających totalnie obco, coś jak krajobrazy z filmu Koyaanisqatsi, coś jak... a zresztą, posłuchajcie i sami mi powiecie.
https://youtu.be/fkvZOvOeON0?si=Vch847my5aS_xy8o
Aphex Twin - Rhubarb aka #3
(1994)
Wspominałem zdaję się coś o tym że wiosna nieodłącznie kojarzy mi się ze słuchaniem muzyki elektronicznej, zatem niech za tymi słowami ruszą czyny, znaczy dzisiejsza wrzutka. Nie zacznę jednak z wysokiego C (a może jednak? zależy jak spojrzeć) a bardzo spokojnie, tzn. od utworu ambientowego.
Twórczość Richarda D. Jamesa znam tak średnio powiedzmy, obok evergreenów typu Windowlicker czy Come To Daddy siegnąłem w życiu po dwie jego ambientowe składanki czyli Selected Ambient Works 85-92 oraz Selected Ambient Works II, z którego to znałem najpierw jeden numer z pewnego soundtracku do pewnej gry wideo. Zachęcony tamtym numerem sięgnąłem po płytę z której pochodził a potem też po pierwsze SAW. Dziś do Selected Ambient Works II właściwie nie wracam ale był taki czas wiosną roku 2011 (albo 2012? nie mam pewności) chyba kiedy byłem nią zafascynowany. W tamtym okresie obok Aphex Twin było jeszcze paru wykonawców muzyki instrumentalnej których słuchałem ze względu na brzmienie jakie potrafili wytworzyć, dla mnie brzmienie naprawdę wysokiej klasy. Wtedy też doszedłem do wniosku że tego typu muzyka jednak lepiej niż na słuchawkach sprawdza się sącząc się z głośników i wypełniając sobą pomieszczenie, z jednej strony może słuchałem jej nieco mimowolnie bez usilnego skupiania uwagi ale z drugiej strony cały czas ją czułem, sączyłem klimat który wytwarzała i te albumy najlepiej wchodziły mi jako całość bez dzielenia na utwory. Nie znaczy to jednak że nie było wśród nich takich które wyróżniały się nieco bardziej i które jednak mocniej zapadały w pamięć, jednym z nich jest choćby dzisiejszy Rabarbar znany też na streamingach po prostu jako Nr 3.
Specyficzne nazewnictwo utworów z albumu SAW2 ma swoje korzenie w tym że tak naprawdę... nie mają one oficjalnych tytułów, zamiast tego każdemu z utworów we wkładce do albumu przyporządkowane jest jakieś zdjęcie, te nieoficjalne tytuły zostały im nadane przez jednego z fanów Aphex Twin który następnie je spopularyzował. Dość powiedzieć że niektóre wydania albumu miały kilkoro ze zdjęć podmienionych na inne i tym samym niektóre z utworów funkcjonowały nawet pod dwoma różnymi nieoficjalnymi tytułami. Tak czy siak - prezentuję Wam dzisiaj ten znany mi jako Rhubarb, kawałek ciepłego ambientu potrafiącego wprawić mnie w błogostan, zwłaszcza gdy słucham go leniwie zapadając się w fotelu. Utwór ten - jak i parę innych z tej płyty sprawia że kołaczą się we mnie równocześnie właśnie to uczucie błogiego relaksu wymieszane z melancholią czy nawet jakaś nostalgią za dzieciństwem lat 90. To jest jak muzyka ze świata którego jeszcze nie poznaliśmy - nie z tego świata jakby, i jednocześnie muzyka ze świata którego już nie ma, dla mnie liminalne na maksa. Jak obrazy miejsc które znam wyglądających totalnie obco, coś jak krajobrazy z filmu Koyaanisqatsi, coś jak... a zresztą, posłuchajcie i sami mi powiecie.
https://youtu.be/fkvZOvOeON0?si=Vch847my5aS_xy8o
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale naprawdę nie wiem o czym mówisz.Dragon pisze:29 mar 2024 20:24Rzucam na boku taką obserwację, że wszyscy pozostali też odnosili się do rzeczy mniej związanych z takimi rzeczami jak rodzaj muzyki czy wokal sam w sobie. Dla mnie całkiem ciekawe.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dobra Kochane Osoby Forumowe, (EDIT: prawie) zaczynam!
Jon Brooks - Neist Point (2020)
WIOSNA! Dosłownie i w przenośni i w ogóle. Czy Wy widzieliście, jaka dziś była pogoda? Czy czuliście ją w ogóle? Czuliście to ciepło na ryjcach, przyjemny wiatr we włosach, zapach kwiecia i nadchodzących alergii, słyszeliście śmiech dzieci za oknem, widzieliście wyszczerzone zębiska kandydatów do rad Waszych miast, powiatów i gmin, wiszące teraz na każdym bodaj płocie i słupie? Nie? To przegraliście w życie. Po wczorajszym wciąż dość chłodnym warszawskim popołudniu (pełnym jednakowoż wyjątkowo ciepłego deszczu), przyszedł zapowiadający Prawdziwą Wiosnę<TM> wieczór. Taki kwietniowy podeszczowy. Słonko wychodzi jeszcze zza chmur (choć zaraz zniknie za horyzontem), obłoczki się rozłażą po nieboskłonie, w powietrzu czuć ten specyficzny aromat typowo wiosennego deszczu (wspominam o nim już trzeci raz), w takim ciekawym świetle na krzewach doskonale prezentują się pierwsze to białe, to różowe, a to żółte kwiatki. Mam ochotę skakać i tańczyć, akurat wczoraj połaziłem wieczorem po pewnej wyjątkowo urokliwej części Stolicy, zaś dziś doświadczyłem kwietnia w marcu. Dosyć zaskakujące, ale jakże przyjemne.
I właśnie z tej okazji wjeżdża mój pierwszy wybór niby kwietniowy, a jednak jeszcze przecież marcowy, ale nie bardzo ma to teraz znaczenie. Ważna jest AURA. Miło mi oczywiście, że mimo wszystko Hulkkonen spotkał się z nienajgorszym przyjęciem (przynajmniej jeden zaskakujący prejz tak w ogóle), niemniej jednak rozumiem utyskiwania na to, że to bardziej utwór na albo głęboki marzec, albo wprost jesień. Marzec taki, jak ten, w którym pierwszy raz usłyszałem Titans był bardzo inny od tego, który mamy teraz za oknem. Właściwie aż takiej końcówki marca to ja nie pamiętam (naprawdę). Jeszcze początek kwietnia potrafił być bardzo śnieżny... Liczę na to, że klimat mojej drugiej ukochanej pory roku jednak się utrzyma właśnie w tej formie, jaka jest nam prezentowana. I pod ten właśnie klimat moja wrzutka - znany już i nawet polubiany Jon Brooks, wróć, Cate Brooks, ale na tym wydawnictwie wciąż pod deadnamem (niewykluczone, że nigdy tego nie pozmienia, trudno, to z oficjalnego Bandcampa, więc chyba nie robię wielkiego misgenderowania). Znacie ją z The Advisory Circle (to już 2 lata lol), z utworowej ubiegłego lata pamiętacie jej alias Georges Vert, teraz nadjeżdża solo (tzn. solo-solo, pod własnym - choć już nieważnym - imieniem) w jednym z piękniejszych i najbardziej nastrojowych utworów, jakie kiedykolwiek nagrała. Z albumu, którego tytuł mówi sam za siebie - How to Get to Spring. Ukazał się on w kwietniu 2020 roku, a więc na samym właściwie początku pandemicznej rzeczywistości, która to rzeczywistość nie pozwoliła wówczas specjalnie cieszyć się wiosną (a tę pamiętam jako i ciepłą i słoneczną, choć "wystartowała" już po pierwszym tygodniu kwietnia). Brooks zresztą w swoich instagramowych wpisach śmiała się, że album, który powstawał w 2019 roku i miał być taką wiosenną bramą do odżycia natury po smutnej jesieni i ciężkiej zimie, stał się czymś, czego nie można było w tamtych okolicznościach docenić w pełni. Bo i jak, siedząc w chałupie? Well, nie będę ściemniał, na różne sposoby próbowaliśmy z partnerką obejść niektóre zakazy tak, żeby chociaż pójść we dwójkę do lasu na spacer, w tym celu wybieraliśmy się często wieczorami do podzgierskich Grotnik (tych, w których bardzo długo aż do swojej śmierci - nota bene tak naprawdę spowodowanej COVIDem - mieszkał Krzysztof Krawczyk), a z głośników "car audio" mojego wspaniałego pojazdu tłukła właśnie ta płyta. A więc How to Get to Spring. I tak, jak Brooks zadaje to pytanie, dostarcza również odpowiedź. Album jest dobry, cały, ale Neist Point... To jest najlepsze. Już od września (sic!) ubiegłego roku mam rozpisany rozkład jazdy na 3x25 naprzód, więc już wtedy wiedziałem, że Neist Point wleci jakoś na początku kwietnia (no, prawie hehe), ale dopiero dziś naprawdę mnie to trzepnęło. Pracowałem ze swego warszawskiego mieszkania, wyszedłem koło 11 na balkon, zapaliłem szluga, poczułem słońce, poczułem to powietrze, wreszcie nagrzane, zobaczyłem ŚWIATŁO i wszystkie moje problemy normalnie jak ręką odjął. A jak w słuchawkach poleciał jeszcze ten kawałek... Dobra dobra, bo brzmię jak naćpany, ale serio, humor gituwa, ten kawałek mocno go poprawił, także no, zapraszam Was na jakiś wiosenny spacer (w weekend w całej Polsce ma być wyjątkowo ciepło), odpalcie sobie bestkę, odpalcie ten numer, zachwycajcie się otoczeniem. A tak na marginesie, tytuł utworu to nazwa miejsca na Isle of Skye, wyspie, na której Cate Brooks (o ile dobrze kojarzę) nagrała cały ten album. Skalisty cypelek, który zwieńcza wyjątkowo ładna latarnia morska - polecam popatrzeć chociaż na foty w necie, aż by się chciało tam znaleźć.
Jakieś podsumowanko? Nieszczególnie chyba, to jest taka muzyka, co się ją czuje. Mam nadzieję, że poczujecie i Wy, ale setting jej dajcie, to jest Wiosna przez duże W. Wreszcie przyszła i powiem Wam, że czekałem na nią bardzo długo, tak ze 2 lata... Sporo się lepszego ostatnio dzieje. Budujące. Cate Brooks będzie mi sporo towarzyszyć (acz nie zapomnę o innych i odpowiednie dawki będą tu wpadać, donczułory, Smutny Musiał zawsze jest gdzieś blisko). I tak już na zupełnym marginesie, wrzutkę na YT dostarczył kolega Hien, gdyż solówki Brooks - ŻADNEJ - się tam nie uświadczy. Uratował mnie, gdy ja byłem na rowerze (i słuchałem również tego kawałka). Niespieszne tempo, trochę klawisza, leciutka gitara, bas, bębny niemal jak żywe, daleko od disco klimatów, daleko od niepokojącego TAC. Niesamowicie utalentowana kobieta, szanuję. I polecam.
https://youtu.be/CUB30tPHEzA?si=yYL6QAW7q4P2SaHD
Jon Brooks - Neist Point (2020)
WIOSNA! Dosłownie i w przenośni i w ogóle. Czy Wy widzieliście, jaka dziś była pogoda? Czy czuliście ją w ogóle? Czuliście to ciepło na ryjcach, przyjemny wiatr we włosach, zapach kwiecia i nadchodzących alergii, słyszeliście śmiech dzieci za oknem, widzieliście wyszczerzone zębiska kandydatów do rad Waszych miast, powiatów i gmin, wiszące teraz na każdym bodaj płocie i słupie? Nie? To przegraliście w życie. Po wczorajszym wciąż dość chłodnym warszawskim popołudniu (pełnym jednakowoż wyjątkowo ciepłego deszczu), przyszedł zapowiadający Prawdziwą Wiosnę<TM> wieczór. Taki kwietniowy podeszczowy. Słonko wychodzi jeszcze zza chmur (choć zaraz zniknie za horyzontem), obłoczki się rozłażą po nieboskłonie, w powietrzu czuć ten specyficzny aromat typowo wiosennego deszczu (wspominam o nim już trzeci raz), w takim ciekawym świetle na krzewach doskonale prezentują się pierwsze to białe, to różowe, a to żółte kwiatki. Mam ochotę skakać i tańczyć, akurat wczoraj połaziłem wieczorem po pewnej wyjątkowo urokliwej części Stolicy, zaś dziś doświadczyłem kwietnia w marcu. Dosyć zaskakujące, ale jakże przyjemne.
I właśnie z tej okazji wjeżdża mój pierwszy wybór niby kwietniowy, a jednak jeszcze przecież marcowy, ale nie bardzo ma to teraz znaczenie. Ważna jest AURA. Miło mi oczywiście, że mimo wszystko Hulkkonen spotkał się z nienajgorszym przyjęciem (przynajmniej jeden zaskakujący prejz tak w ogóle), niemniej jednak rozumiem utyskiwania na to, że to bardziej utwór na albo głęboki marzec, albo wprost jesień. Marzec taki, jak ten, w którym pierwszy raz usłyszałem Titans był bardzo inny od tego, który mamy teraz za oknem. Właściwie aż takiej końcówki marca to ja nie pamiętam (naprawdę). Jeszcze początek kwietnia potrafił być bardzo śnieżny... Liczę na to, że klimat mojej drugiej ukochanej pory roku jednak się utrzyma właśnie w tej formie, jaka jest nam prezentowana. I pod ten właśnie klimat moja wrzutka - znany już i nawet polubiany Jon Brooks, wróć, Cate Brooks, ale na tym wydawnictwie wciąż pod deadnamem (niewykluczone, że nigdy tego nie pozmienia, trudno, to z oficjalnego Bandcampa, więc chyba nie robię wielkiego misgenderowania). Znacie ją z The Advisory Circle (to już 2 lata lol), z utworowej ubiegłego lata pamiętacie jej alias Georges Vert, teraz nadjeżdża solo (tzn. solo-solo, pod własnym - choć już nieważnym - imieniem) w jednym z piękniejszych i najbardziej nastrojowych utworów, jakie kiedykolwiek nagrała. Z albumu, którego tytuł mówi sam za siebie - How to Get to Spring. Ukazał się on w kwietniu 2020 roku, a więc na samym właściwie początku pandemicznej rzeczywistości, która to rzeczywistość nie pozwoliła wówczas specjalnie cieszyć się wiosną (a tę pamiętam jako i ciepłą i słoneczną, choć "wystartowała" już po pierwszym tygodniu kwietnia). Brooks zresztą w swoich instagramowych wpisach śmiała się, że album, który powstawał w 2019 roku i miał być taką wiosenną bramą do odżycia natury po smutnej jesieni i ciężkiej zimie, stał się czymś, czego nie można było w tamtych okolicznościach docenić w pełni. Bo i jak, siedząc w chałupie? Well, nie będę ściemniał, na różne sposoby próbowaliśmy z partnerką obejść niektóre zakazy tak, żeby chociaż pójść we dwójkę do lasu na spacer, w tym celu wybieraliśmy się często wieczorami do podzgierskich Grotnik (tych, w których bardzo długo aż do swojej śmierci - nota bene tak naprawdę spowodowanej COVIDem - mieszkał Krzysztof Krawczyk), a z głośników "car audio" mojego wspaniałego pojazdu tłukła właśnie ta płyta. A więc How to Get to Spring. I tak, jak Brooks zadaje to pytanie, dostarcza również odpowiedź. Album jest dobry, cały, ale Neist Point... To jest najlepsze. Już od września (sic!) ubiegłego roku mam rozpisany rozkład jazdy na 3x25 naprzód, więc już wtedy wiedziałem, że Neist Point wleci jakoś na początku kwietnia (no, prawie hehe), ale dopiero dziś naprawdę mnie to trzepnęło. Pracowałem ze swego warszawskiego mieszkania, wyszedłem koło 11 na balkon, zapaliłem szluga, poczułem słońce, poczułem to powietrze, wreszcie nagrzane, zobaczyłem ŚWIATŁO i wszystkie moje problemy normalnie jak ręką odjął. A jak w słuchawkach poleciał jeszcze ten kawałek... Dobra dobra, bo brzmię jak naćpany, ale serio, humor gituwa, ten kawałek mocno go poprawił, także no, zapraszam Was na jakiś wiosenny spacer (w weekend w całej Polsce ma być wyjątkowo ciepło), odpalcie sobie bestkę, odpalcie ten numer, zachwycajcie się otoczeniem. A tak na marginesie, tytuł utworu to nazwa miejsca na Isle of Skye, wyspie, na której Cate Brooks (o ile dobrze kojarzę) nagrała cały ten album. Skalisty cypelek, który zwieńcza wyjątkowo ładna latarnia morska - polecam popatrzeć chociaż na foty w necie, aż by się chciało tam znaleźć.
Jakieś podsumowanko? Nieszczególnie chyba, to jest taka muzyka, co się ją czuje. Mam nadzieję, że poczujecie i Wy, ale setting jej dajcie, to jest Wiosna przez duże W. Wreszcie przyszła i powiem Wam, że czekałem na nią bardzo długo, tak ze 2 lata... Sporo się lepszego ostatnio dzieje. Budujące. Cate Brooks będzie mi sporo towarzyszyć (acz nie zapomnę o innych i odpowiednie dawki będą tu wpadać, donczułory, Smutny Musiał zawsze jest gdzieś blisko). I tak już na zupełnym marginesie, wrzutkę na YT dostarczył kolega Hien, gdyż solówki Brooks - ŻADNEJ - się tam nie uświadczy. Uratował mnie, gdy ja byłem na rowerze (i słuchałem również tego kawałka). Niespieszne tempo, trochę klawisza, leciutka gitara, bas, bębny niemal jak żywe, daleko od disco klimatów, daleko od niepokojącego TAC. Niesamowicie utalentowana kobieta, szanuję. I polecam.
https://youtu.be/CUB30tPHEzA?si=yYL6QAW7q4P2SaHD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Momus – See a Friend in Tears
Czy wrzucać cover? Ehh te rozterki pierwszego świata. Czy blokować sobie artystę utworem, który nie jest jego autorstwa? Czy to ostatecznie ma w ogóle znacznie? Utwór, to utwór. Mam deja vu kiedy o tym piszę, a to dlatego, że już to do bestki pisałem (chodzi o Petera Murphy’ego). No, nie ważne, ot taka zaduma. Kim jest Momus. Momusa poznałem ponad 20 lat temu, bo na składance Kaczkowskiego pt. Minimax (dwuczęściowa, kupiona na kasetach) było jego wykonanie „Don’t Leave” (które również brałem pod uwagę myśląc o naszej zabawie). Wtedy w ogóle tego kawałka nie zrozumiałem, ale ujął mnie tytuł. Latami chciałem się za tego Momusa zabrać na poważnie, ale robiłem to jak do przysłowiowego jeża. Przymiarki były kiedy usłyszałem jego „Guitar Lessons” w wykonaniu Stevena Wilsona, ale ostatecznie niewiele się wydarzyło. Dopiero w 2020 r., zaraz po wybuchu pandemii, mój znajomy zaczął ostro zachwalać Momusa na wspólnym czacie i stwierdziłem, że już naprawdę głupio się opierać. Momus – Nick John Currie – to przedstawiciel piosenkopisarkiej awangardy, który poza tradycyjną formą piosenkogrania pt. wokal + gitara, ukochał sobie też synth-pop, folk, rock, itd. Facet nieraz wzbudzał kontrowersje, i niejednokrotnie był ciągany po sądach za swoje piosenki (między innymi przez firmę Michelin, tę od opon, i Wendy Carlos – za zajebisty kawałek o tym, jak Wendy cofa się w czasie żeby poślubić siebie samego kiedy była facetem). Od debiutu w 1982 r. wydaje płyty niemal corocznie (czasami częściej). Prezentuję Wam utwór kończący jedną z jego pierwszych EP (ale poznaną przy okazji rozszerzonej wersji debiutanckiego LP, do którego to ep było doklejone), na której znajdowały się tylko covery (lub interpretacje) piosenek Jacquesa Brela, w tym „See a Friend in Tears”.
Prosta, przynajmniej na pozór, piosenka w prostej, na pozór, aranżacji. Prostota mnie ujmuje, o ile nie wzrusza. Jest tu trochę (ale tylko trochę) mniej ascetycznie, niż u Drake’a na „Pink Moon”, mniej ciepła, więcej przestrzeni i generalnie nadgryzionego zębem czasu nagrania. To jest rzecz bliska mojemu sercu i rzucam ją na pożarcie, nie bez obaw. Mnie to wykonanie porusza, a ktoś może raz włączyć z yt i napisać, że go nudzi, no ale, to jest ryzyko, które każdy z nas podejmuje.
Wesołych świąt.
https://youtu.be/S5JPUf88s-0
Czy wrzucać cover? Ehh te rozterki pierwszego świata. Czy blokować sobie artystę utworem, który nie jest jego autorstwa? Czy to ostatecznie ma w ogóle znacznie? Utwór, to utwór. Mam deja vu kiedy o tym piszę, a to dlatego, że już to do bestki pisałem (chodzi o Petera Murphy’ego). No, nie ważne, ot taka zaduma. Kim jest Momus. Momusa poznałem ponad 20 lat temu, bo na składance Kaczkowskiego pt. Minimax (dwuczęściowa, kupiona na kasetach) było jego wykonanie „Don’t Leave” (które również brałem pod uwagę myśląc o naszej zabawie). Wtedy w ogóle tego kawałka nie zrozumiałem, ale ujął mnie tytuł. Latami chciałem się za tego Momusa zabrać na poważnie, ale robiłem to jak do przysłowiowego jeża. Przymiarki były kiedy usłyszałem jego „Guitar Lessons” w wykonaniu Stevena Wilsona, ale ostatecznie niewiele się wydarzyło. Dopiero w 2020 r., zaraz po wybuchu pandemii, mój znajomy zaczął ostro zachwalać Momusa na wspólnym czacie i stwierdziłem, że już naprawdę głupio się opierać. Momus – Nick John Currie – to przedstawiciel piosenkopisarkiej awangardy, który poza tradycyjną formą piosenkogrania pt. wokal + gitara, ukochał sobie też synth-pop, folk, rock, itd. Facet nieraz wzbudzał kontrowersje, i niejednokrotnie był ciągany po sądach za swoje piosenki (między innymi przez firmę Michelin, tę od opon, i Wendy Carlos – za zajebisty kawałek o tym, jak Wendy cofa się w czasie żeby poślubić siebie samego kiedy była facetem). Od debiutu w 1982 r. wydaje płyty niemal corocznie (czasami częściej). Prezentuję Wam utwór kończący jedną z jego pierwszych EP (ale poznaną przy okazji rozszerzonej wersji debiutanckiego LP, do którego to ep było doklejone), na której znajdowały się tylko covery (lub interpretacje) piosenek Jacquesa Brela, w tym „See a Friend in Tears”.
Prosta, przynajmniej na pozór, piosenka w prostej, na pozór, aranżacji. Prostota mnie ujmuje, o ile nie wzrusza. Jest tu trochę (ale tylko trochę) mniej ascetycznie, niż u Drake’a na „Pink Moon”, mniej ciepła, więcej przestrzeni i generalnie nadgryzionego zębem czasu nagrania. To jest rzecz bliska mojemu sercu i rzucam ją na pożarcie, nie bez obaw. Mnie to wykonanie porusza, a ktoś może raz włączyć z yt i napisać, że go nudzi, no ale, to jest ryzyko, które każdy z nas podejmuje.
Wesołych świąt.
https://youtu.be/S5JPUf88s-0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Skoro sugestia w opisie nie działa, to tym bardziej kolejne uwagi tego nie wywołają. Logiczne. Urywamy temat
CAN - Moonshake (1973)
Czaiłem się dłuższą chwilę, aż wreszcie wybrałem. Propozycja typu win-win. Fani i wierniejsi słuchacze zachęceni na pewno przypomną sobie wszystkie dobroci z repertuaru, wrócą do całych płyt. Nowi zarażeni zaznają niedosytu i zaczną przynajmniej od sprawdzenia całej Future Days. Nie ma bata, że komuś nie podejdzie. Właścicielom blaszanych puszek zamiast serc przypominam, że po odejściu do kasy reklamacji nie uwzględnia się. Czekam na równie lekkie wprowadzenie w temat krautrocka. Wieki temu padło na soczystą gitarową miniaturę od Popol Vuh, teraz czas na motorykę, optymizm i lekkość w pigułce od CAN. Mógłbym się rozpisywać o naturalnym odejściu od TD w pewnym momencie na rzecz jeszcze lepszego wejścia w świat muzycznej niemieckiej kontrkultury z tamtych czasów, ale to oczywiste. Powinienem wspomnieć o ich regularnej obecności w moim życiu - między zajęciami filmowymi, polecajkami muzycznych ananasków na grupkach a własnymi odkryciami - ale nie wiem, czy kolejny raz ktoś chciałby czytać to samo. Szefom oszczędnej formy i hipnotycznej treści jednocześnie nie należy się horrendalny opis.
Coraz lepsza aura na dworze prowokuje do życia. Nie mam specjalnego planu na serię następujących po sobie rzeczy, więc ulegam wrażeniu chwili. W przerwie od niezbędnej klasyki i bardziej spontanicznych wrzutek dzielę się muzyką zespołu, którego jeszcze do końca nie poznałem, a który za każdym razem miło zaskakuje, inspiruje, zachęca do sprawdzenia nawet mniej oczywistych rzeczy.
Jaki Liebezeit, czyli perkusja z The Bottom Line, to chyba słyszał każdy obecny w bestkach? Mamy uniwersalny punkt zaczepienia. Salut!
https://www.youtube.com/watch?v=PQ9ADx3qniQ
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czemu ja nie wyczaiłem tego motywu że grał w TBL? Chyba w czasach zaczytywania się w creditsach depeszowych płyt nie wiedziałem jeszcze kto zacz
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Aż mi przypomniałeś, że w kwietniu czas na Ultrę 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ooo to Tago Mago czy inne Future Days do sprawdzenia musowo, prawdziwy szefito perkusji z Sz.P. Jakiego (niestety śp.)stripped pisze:29 mar 2024 22:22Czemu ja nie wyczaiłem tego motywu że grał w TBL? Chyba w czasach zaczytywania się w creditsach depeszowych płyt nie wiedziałem jeszcze kto zacz
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Od jakiegoś czasu CAN jest jeszcze bardziej śp
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Damo, pamiętamy