Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 mar 2024 11:01

Mam nadzieję, że już wszyscy się uspokoili/wytrzeźwieli i możemy kontynuować. Nie zdziwię się, jeśli Musiał będzie się teraz bał wyrazić jakąkolwiek opinię, i Talk Talk wjedzie po świętach .
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 mar 2024 10:41

Najważniejsze, że ja wytrzeźwiałem.

Lady Bi - Little Red

Przyznam, że zabierałem się do tego krążka jak pies do jeża, albowiem ostatnimi czasy w ogóle nie miałem wajbu na taką muzykę i już chciałem zniknąć w jakichś odmętach piwnicznych swojego warszawskiego bloku, udawać, że mnie nie ma, a potem wrócić w chwale dopiero z Talk Talk na sztandarach (wszak marzec, naturalny musiałowy czas na Laughing Stock, którym Musiał stał się dawno temu). No, niestety, młyny forumowe mielą powoli, ale skutecznie. Murzyn mnie dopadł w rogu i wymusił odsłuchy grożąc przerobieniem na prąd w Elektrowni Bełchatów ("Podejrzewam, że chodzi o bestki", ocenił dyrektor ww.). Odpaliłem i posłuchałem i... No właśnie, i co?

Przede wszystkim nie miałem - jak przedmówcy - jakiegoś wielkiego problemu z nużaniem się w takiej muzie o tej porze roku, zwłaszcza, że powoli zaczyna się robić przynajmniej trochę bardziej słonecznie i nieco zielono (na ciepło se jeszcze poczekamy). Przypomina mi się mentosowa Grimes rok temu, a to jednak był jawbreaker (dla mnie przynajmniej). Niestety, ten krążek - choć daje jakieś przebłyski - nie stał się dla mnie tak odkrywczy, zmieniający konstelację gwiazd etc. etc. Jest POPRAWNY, powiem więcej: RZETELNY, ale niestety polotu mu trochę brakuje. Może to kwestia tego, że mimo wszystko moja tolerancja dla Eska-core jest dość ograniczona i napędzana przede wszystkim nostalgią oraz wspomnieniami lat 2002-2004? Trudno powiedzieć. Mój pierwszy zarzut pojawia się już na samym początku - Next Thing, będący właściwie dobrym otwieraczem, jest jednocześnie takim se otwieraczem, zaczyna się trochę zbyt... nagle. Nie wiem, ja bym odwrócił na playliście Next Thing z 5 AM. Ale wracając, Next Thing oceniam jako całkiem niezły numer, aczkolwiek może to być spowodowane głównie tym, że sam początek mocno kojarzy mi się z tamtym starym okresem muzycznym w moim życiu, co drugi kawałek się tak wtedy zaczynał, takim pulsującym basikiem i prostym niby konstrukcja cepa bitem. Refren jest spoko, trochę bawi mnie mocne akcentowanie słowa NEXT w ustach Katy. Poza tym nie mogę się pozbyć skojarzeń z Tuskotronic lol. 5 AM jest zdecydowanie lepsze, więc podoba mi się jeszcze bardziej - ma fajny, wiosenny/względnie późnoletni vibe nocnego bujania się po klubach. W ogóle to jest taki imprezowy numer z bardzo imprezowym tekstem, groovy refrenem, fajne, podoba mi się. Wjeżdża Aaliyah, i chyba biorąc pod uwagę tytuł i background to spodziewałem się czegoś trochę innego... Ale w sumie co ja wiem. To mi z kolei pachnie rokiem 2010, produkcja Dawida z Getta etc., ale powoli tracimy impet - refren nie chwyta w ogóle, generalnie wokal Katy nieco flaczeje. Może w innych okolicznościach siadłoby bardziej, a przez te rozumiem wyjazd z grupą znajomych na np. Wybrzeże u progu lata i ten krążek leci w aucie. Jessie Ware niestety brzmi mocno anemicznie i średnio podoba mi się koncept na ten duet. Za to założenie na warstwę liryczną pomysłowe i bardzo fajnie wyszło. Wciąż, zaczynam mehać. O, jeden plusik - końcówka jest bardzo fajna. Może brakuje jakiegoś chwytliwego riffu? Ale tak, 3:00-3:30 trochę ratuje ten numer. Crying for no Reason już mocno spropsowałem w podsumowaniu pierwszej setki i po prostu powiem, że podtrzymuję, ten kawałek łączy w sobie wszystko, co w Eska-core lubię - lekko słodki damski wokal, dramatyczne jego brzmienie, lekko jęczący refren, pianino w towarzystwie plastikowych padów, potem ten rozkoszny bicik... przyjemnie było do tego wrócić, bardzo lubię, nie będę udawał. Dość powiedzieć, że najczęściej odpalałem właśnie ten utwór z płyty xD Patrzę więc z nadzieją w następny i dostaję... plaskacza na ryj. Ale takiego mieszanego - bit w I Like You jest fatalny, ja lepsze rzeczy kleiłem w eJayu w 2005 roku. Za to basik... basik jest miodny, głębokie i nasycone reverbem brzmienie zawsze na propsie. Sam wokal... byle jaki. Taki se. Nic ciekawego, nic porywającego, bardzo generyczny. Zyskuje trochę w refrenie, ale głównie ze względu na towarzyszący mu w tle pad. No i tutaj zaczynam dochodzić do wniosku, że ten album faktycznie wszedłby lepiej na jakichś wakacjach czy coś. Po prostu brakuje mu tego ducha, którego Grimes na Realiti jednak uchwyciła, a ten duch pasuje na cały rok (sprawdzone empirycznie). All My Lovin' z dwóch propozycji Katy B w utworowej zjechałem w sumie, a teraz... podtrzymuję, niestety. Paradoksalnie, reszta płyty miała szansę wypaść lepiej na tle tego konkretnego utworu, tak samo jak sam utwór mógł wypaść lepiej na tle reszty krążka, a okazało się, że w sumie obydwie te rzeczy mają podobny poziom, czyli przeciętny (minus Crying, które się dla mnie bardzo wyróżnia na plus). Zmęczyłem trochę ten numer, ale najgorsze jest to, że generalnie zaczynam się czuć tutaj zmęczony odsłuchem całości. Jestem znów poderwany z fotela przy pomocy Tumbling Down, albowiem te elektryczne pizzicata są naprawdę fajne, acz numerowi brakuje troszkę głębi. Mimo to, wokal Katy bardzo fajnie leci przez ten utwór, zaśpiewy po refrenie też są fajne. Szkoda tylko, że momentami ona chyba próbuje głosem robić mimikrę Rihanny, a Rihanna jest tylko jedna, więc jakby... te zabiegi a la R&B zdecydowanie tu pasują, podoba mi się też taneczne przyspieszenie na koniec. Potem album jakby podawał mi drugą pomocną dłoń, na zasadzie "nie skreślaj mnie jeszcze, albo chociaż z tym poczekaj" - wjeżdża Everything. I dzięki temu mam swoje 3 ulubione utwory z płyty (choć wciąż uczciwie powiem, najpierw Crying for no Reason a potem długo, długo nic). Start kawałka klubowy af, sam utwór też taki jest, Katy nie wspina się na szczyt swoich możliwości, ale wciąż brzmi poprawnie, zaś towarzysząca jej muzyka bardzo pomaga. Powiem więcej, to bardziej jej wokal towarzyszy muzyce, niż na odwrót. Brzmi to też jak coś, co mogliby produkować kolesie z Orbital bądź bez mała Jori Hulkkonen (a ja mam słabość to jego tech-house'owych kompozycji, choć bywają porażająco długie). Nóżka się poruszała, mógłbym do tego potańczyć na jakimś parkiecie. Szkoda, że pady zanikają w refrenach. Następne jest Play w duecie z Samphą, i kurde, znów mi wszystko opada. Ten poziom eksperymentu w stosunku do reszty krążka wypada moim zdaniem blado. W sensie, pasuje trochę jak pięść do nosa. Rozumiem, nie miało być wszystko na jedno kopyto, ale to tak, jakbym po obiedzie składającym się z bigosu, schabowego i dużej ilości mizerii dostał nagle japońskie słodycze na deser (wystarczyłoby tiramisu). Nie będę ukrywał, spory turn-off. Zagryzam zęby, dosłuchuję, wpada potem coś, o czym na początku myślałem, że z pewnością będzie balladą. Cóż, pomyliłem się, ale Sapphire Blue i tak daje chwilkę oddechu mimo bycia wciąż upbeat tanecznym kawałkiem. Jakoś tak spokojniej się zrobiło. Znów pojawia się mój ulubiony syntetyczny bas, niemniej jednak chyba brakło pomysłu na ten utwór, aż się prosił o mocny refren, ale nie dostajemy go, no matter what. Czekam na jakiś twiścik brzmieniowy, ale nie doczekuję się, smutek wkrada się na twarz, jedziemy dalej (no dobra, znów końcówka minimalnie lepsza). Emotions to muzycznie PRAWIE podróż w czasie do 2001 roku, aż mi się przypomniał ten zajechany wszędzie cover Heaven Bryana Adamsa. Mamy coś pomiędzy spokojniejszym kawałkiem i typowym dance'owym produkcyjniakiem. Szkoda, że perka wchodzi dopiero pod koniec (za to swoim lekko drum'n'bassowym sznytem przełamuje charakter reszty krążka, i za to propsy). No i refren jest żywszy, pełniejszy, wokal znów wyraża jakieś emocje i to w udany sposób. Szkoda tylko, że tak późno. Na osłodę dostaję Still, które brzmi trochę jak para-akustyczna wersja Crying for no Reason (tak, wiem, w kółko odwołuję się do tego utworu, nie zamierzam przestać), właściwie to zostawiłbym ją niemal w pełni taką wywalając bit (w którym jest parę absurdalnych rozwiązań, po co ten reverse), dla mnie kawałek by zyskał. Najważniejsze, że są jednak dwie rzeczy - pianino i znów emocje w wokalu Katy, refren też silniejszy, może obiad był taki se i zapłaciłem wysoki rachunek, ale chociaż do pudełeczka z tymże wrzucili moje ulubione miętówki. No, i tak mogę podsumować cały ten krążek.

Serio, czuję mniej więcej ten poziom rozczarowania, co wtedy, gdy po usłyszeniu akustycznej wersji Homewreckera zaciągnąłem debiut Mariny & the Diamonds. Strata transferu, czasu i komórek nabłonkowych w moich uszach (mówię o Marinie). Tutaj nie jest aż tak źle, ale nierówności tej płyty są dla mnie zbyt drażniące, zbyt wybijają z (hehe) rytmu i jakoś odpychająco to na mnie działa. Niestety, nie tym razem kurde, ale mimo wszystko się cieszę - po pierwsze, bo teraz wiem to na pewno, a po drugie, zanosiłem się z pomysłem na odsłuch całego krążka po ostatecznym zachwycie Crying for no Reason i mogę powiedzieć, że w końcu to zrobiłem. Nie ukrywam - miałem nadzieję na więcej, ale trudno, znalazłem kilka utworów dla siebie i będę wracał do nich latem. Albo niech się chociaż po prostu cieplej zrobi...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 mar 2024 10:55

Dobra nasza, podsumowywać nie ma co, z grubsza odbiór był wyrównany i poniekąd spodziewany.

Jedziemy dalej z Laughing Stock grupy Talk Talk.
Hien pisze:
29 lut 2024 16:37
Talk Talk – Laughing Stock

Ile razy czaiłem się z tym albumem, to nawet nie zliczę. Najbliżej było rok temu, ale się posrało, więc wjeżdżam teraz. Zależało mi żeby to był album na Wielkanoc, bo wtedy właśnie te płytę poznałem, a dokładnie w 2016 r. Było to przeżycie nie do opisania. O „Laughing Stock” też nie będę dużo pisał, bo nie za bardzo wiem jak. Album był nagrywany podczas specyficznych, trudnych sesji. Światło w studiu było wyłączone, okna zasłonięte, wszędzie porozstawiane były świece. Sesyjni muzycy nie wiedzieli do czego grają. Perkusja nagrywana była z drugiego końca pokoju. Porozwieszano obrazy. Było gęsto. To co zostało zarejestrowane, później użyto sklejając utwory, nie zawsze używając ścieżek nagranych do tych samych utworów.

„Laughing Stock” dobrze opisuje Mark Hollis w wywiadzie dołączonym do kasetowego promo.
„Wolałbym usłyszeć jeden dźwięk, niż dwa. Wolałbym usłyszeć ciszę, niż cokolwiek”. Taki jest ten album. Intro do „Myhryman”, one note solo w „After the Flood”, niekończąca się pętla „New Grass”, skrajny spokój „Runeii”, wszystko tutaj ma sens. To jest niezwykle ciepły album, który jednocześnie potrafi szarpnąć za nerwy. Można kekać z ludzi, którzy tworzą tym płytom niezdrowe ołtarzyki, ale w tym wypadku, sam jestem temu bliski, bo pierwsze (i każde kolejne) zderzenie z tą płytą, było niemal jak religijne doświadczenie. Takie opisy nie zachęcają, ale wszyscy wyrobicie sobie swoje zdanie na temat tej muzyki. Ja mogę dodać tylko, że to jedna z najważniejszych płyt mojego życia, która pomogła mi w bardzo trudnym momencie i do dziś stanowi nieopisany comfort zone.

https://www.youtube.com/playlist?list=O ... =1&index=1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 29 mar 2024 20:22

Talk Talk - Laughing Stock (1991)

Przyznam się, że przez kilka lat miałem z tą płytą kilka problemów. Punktem kulminacyjnym ścieżki specyficznego rozwoju brzmienia Talk Talk było od lat Spirit of Eden. Laughing Stock działało jak kolejny bis. Tutaj trzeba dać sobie spokój z poszukiwaniem jakichś przebojowych rozwiązań, piosenkowych schematów i to tak definitywnie. Na poprzedniczce mamy jeszcze kontrolowane zapędy, a nie zupełnie puszczone lejce. Jeśli ktoś do tej pory bujał się między It's My Life a Life's What You Make It to nie mam dla niego dobrych wiadomości. Mamy do czynienia z trudną płytą wymagającą przygotowania odpowiedniego środowiska do odsłuchu. Nie wyobrażam sobie pochlastać się nią kilka razy w ciągu tygodnia, by potem wypocić tekst męczący nawet samego autora przy ewentualnej korekcie przed wysłaniem. Wczoraj słuchałem dla przypomnienia. Dzisiaj odsłuch na leżąco, w totalnej izolacji od wszystkiego dookoła.

Niby czterdzieści minut i zaledwie sześć utworów, ale ile tu różnych zaskakujących rozwiązań. Pierwsza połowa jeszcze bardziej formalna, z wyraźnie wyczuwalnym wpływem karmazynowych Wysp, brzmienia jazzowo-barowego. W środku zacząłem odpływać, a podczas drugiej części zrobiło się wręcz psychodelicznie, onirycznie, na granicy jawy i snu. Po czterech latach usłyszałem tu mnóstwo nowych, dotychczas niewyłapanych rzeczy. I było to piękne. Panowie z poetyckim kierownikiem Hollisem na czele grają tutaj na dziesiątki sposobów z ciszą, momentami przestojów. Czasami w ogóle wyrzucają sekcję rytmiczną. Nie ma utworu bez pojedynczych tonów. Przechodząc z jednego w drugi wyraźnie zmieniamy emocje. Niezależnie czy przy gwałtownych przejściach (do After the Flood), ledwo słyszalnym szumie (do Ascension Day) czy po prostu ciszy (do New Grass) zawsze to ma sens. W tej różnorodności budowanej na bardzo subtelnych patentach tkwi siła.

Myrrhman (Mirror Man?) zapowiada wyraźne zmiany nawet w stosunku do Spirit of Eden. Sprawia wrażenie jazzowego szkicu nagranego tak o, z marszu, jak gdyby na próbie. Do tego te pojedyncze momenty na wokalu. Jak gdyby wyjąć określone rozwiązania z Formentera Lady czy The Letters i pracować nad nimi dalej. Świetne, choć ponad połowy dźwięków można nie wychwycić nawet przy ostrożnym ruchu. Nie ma co, Talk Talk każe ci zamknąć japę, zastygnąć na czas słuchania i po prostu to poczuć. Inaczej nie ma czego słuchać. Ascension Day to mocniejsze przebudzenie. Jak na standard płytowy przystało nie mamy zbyt wielu elementów. Wystarczy obecność żywej gry na perkusji i najbardziej wyrazistej zagrywki gitarowej. Hollis pewniejszy na wokalu, pięknie sekundują mu organy. Było dobrze, jest coraz lepiej... a tu nagle ciach, urwanie wątku. After the Flood też jest całkiem motoryczne, ale w trochę inny sposób. Mniej kombinowany rytm, bardzo prosta, ale skuteczna partia basowa. Z tym numerem faktycznie się płynie jak gdyby po czymś intensywnym. W porównaniu do dalszych etapów tu dalej mamy naprawdę dużo do wyłapania. Pojedyncze ostrzejsze dźwięki, przyjemne organy.

W ten sposób dopływamy do Taphead. Tutaj już tak bez żadnych wątpliwości cisza jest pełnoprawnym instrumentem. Początek jak z ballady bardowskiej na samą gitarę, ale to jak wychodzi tutaj kontrast dźwięku i ciszy robi robotę. Dzieje się sporo przy wejściu niższych tonów. Numer subtelnie ewoluuje, momentami przypomina wręcz ambientowe miniatury Briana Eno, by na koniec zostawić mnie z cudownym klawiszowym minimalistycznym pasażem. I już, po wszystkim. Nie wiedziałem, że tak można... W New Grass wjeżdżam ulegając kolejnemu miłemu rozczarowaniu. Tych lekko transowych elementów dalej nie zabraknie, choć ten utwór bardziej kojący, oczyszczający. Już nie trzeba chórków, jakiegoś wyraźnie różniącego się dodatku, można to oddać za pomocą czegoś co nie rozbija spójności w tym intymnym mikroświecie. Chyba najbardziej uduchowiony moment, choć ja już jestem bliski odlotu. Runeii (Renee?) kompozycyjnie przypomina wstęp. Po takiej podróży musi być trochę inaczej. Ten sygnałowy koniec siłą rzeczy kojarzy się z jakimiś widokami na morze o zachodzie słońca. Momentami bardzo klasycznie brzmi dzięki organom. Oczywiście sekcja rytmiczna nie jest potrzebna, maksymalne wrażenia przy celowo ograniczonej palecie to jest sztuka. Po kilku minutach moment przebudzenia.

Po dzisiaj skończyło się poszanowanie dla poszanowania i powrót tylko dla Ascension Day. Dzięki takiej produkcji to dalej nie będzie materiał na codzienne albo naprawdę regularne odsłuchy, bo dookoła mojego życia uskutecznia się za dużo hałasu. Nie zmienia to faktu, że odkryłem Laughing Stock na nowo. Okoliczność nadchodzącej Wielkanocy mnie jakoś nie bierze. Co innego po prostu kilka dni faktycznego spokoju. Znowu nabrałem serducha do odkrywania muzyki, choć nie ma tego aż tyle jak kilka miesięcy temu. To nie jest muzyka szczególnie pozytywna, ale taki wrażliwiec miewa za dużo momentów wątpliwości różnych, by nie skorzystać z kolejnej artystycznej pomocy. Talk Talk niesamowity band, co płyta to udana rzecz, a tak potrafią się różnić. Robi wrażenie. Dzięki.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 29 mar 2024 22:20

Talk Talk - Laughing Stock

Damn, trudne się wylosowało. Dlatego trudne, że na dobrą sprawę jednocześnie wiem, co chcę napisać o tej płycie, wiem, co o niej myślę, ale też wiem, że są rzeczy, których pisać o niej nie powinienem, a może wręcz w ogóle nie powinienem o niej pisać? Bo przecież żadnymi słowami nie będę w stanie dobrze oddać jej ducha, żaden ze mnie ekspert, a już przy niej to w ogóle czuję się mały i tak dalej, no, wiemy z przynajmniej dwóch odsłon utworowej, że Hollis wielkim poetą był (już to pisałem dziś zresztą), poetą jednakowoż oszczędnym, still, był w stanie tak oszczędnymi środkami tworzyć tak wspaniałe rzeczy. Jasne, nie był w tym sam, ale przy Laughing Stock to akurat z oryginalnego tria zostali tylko on i Harris (zamiast Webba na basie przygrywa Simon Edwards, którego jedne ze świeższych dokonań mogliście usłyszeć na Blind Faith od Blacka, gdzie też grał na tym instrumencie). Kurde, to nie będzie długa recenzja. Nie, ta NAPRAWDĘ nie będzie długa. Tego się po prostu opisać nie da, let's be fookin' honest.

Moje pierwsze zderzenie z Laughing Stock miało miejsce jesienią 2006. Talk Talk znałem już od roku, ale zaczadzony typowym ejtisowym graniem zachwycałem się głównie The Party's Over, w nieco mniejszym stopniu It's My Life, ale też The Colour of Spring stało się już moim jesiennym monumentem. Gdy sięgałem po Spirit of Eden i jego następcę, odbijałem się. Trzeba było naprawdę odpowiedniego settingu, by wszystko weszło tak, jak powinno. O Spirit of Eden pisałem już w jednej z tegorocznych utworowych przy okazji dzielenia się I Believe in You, ale też i o Laughing Stock przemyciłem słówko czy dwa. Jak do Spirit of Eden usiadłem w lutym 2007, tak Laughing Stock weszło mi w uszy tak naprawdę i tak porządnie miesiąc później. Marzec 2007 to był dla mnie specyficzny muzycznie czas, albowiem powoli odsuwałem się od klasycznych ejtisów w swojej orientacji i zacząłem pozwalać sobie na rzeczy, po jakie wcześniej bym chyba nie sięgnął. Marzec wtedy jeszcze przypominał marzec, śnieg zalegał to tu, to tam (nawet pod koniec miesiąca), czuć było prawdziwe przedwiośnie (którego chyba już nigdy w naszych życiach nie uświadczymy), zimowy oddech chłodu przenikał się z zapowiadającym wiosnę ciepłem (a wiosna była później bardzo ciepła), doskonały czas na nowe. Laughing Stock wrzuciłem sobie na dogorywającą już empetrójeczkę od Creative'a i ruszyłem na spacer wzdłuż torów kolejowych okalających łódzki Radogoszcz Zachód od, well, zachodu. Choć wówczas przekonywałem się już powoli do słuchania muzyki całymi albumami (miałem tak na początku swojej świadomej przygody z muzyką, potem stawiałem na pojedyncze kawałki), to tutaj w pierwszej kolejności zapodałem sam sobie numery, które przesłuchiwałem od czasu do czasu jeszcze w lutym, a więc After the Flood i New Grass. Dopiero po kilku kolejnych odpaleniach tychże dzieł usiadłem (a tak naprawdę szedłem dalej) do całości, od początku do końca. W ogóle nadmienię, że te wyżej wymienione do dziś pozostają moimi ulubionymi utworami z tego krążka.

Nadszedł zachwyt, stosunkowo szybko, co aż mnie zaskoczyło. No bo to przecież takie nie do końca w moim stylu, ale jaki też styl ja wtedy miałem lol, chyba żaden (synthpopowe umpa-umpa ciężko nazwać poważnym przy CZYMŚ TAKIM). Dobra, żarty na bok, ja po prostu jeszcze do wielu rzeczy w muzyce dojrzewałem. Od tamtej pory, a więc już 17 lat (Jezu, dlaczego ten czas tak zapieprza), wracam do Laughing Stock co marzec. No, w tym roku - przyznaję bez bicia - JESZCZE NIE SŁUCHAŁEM, tzn. nie sam z siebie, a po prostu pod wpływem bestki. Nie wiem, czy to się liczy... Wróć - KAŻDE przesłuchanie czegoś od Talk Talk się liczy. Zaczynam więc po raz kolejny i od progu atakuje mnie... cisza. Myrrhman to długo był numer, do którego najmniej lubiłem wracać. Bo tak mało się tam dzieje. Well, wyjątkowo nędzny argument od kogoś, kto po prostu nie zrozumiał, o co tutaj chodzi. Hollisowy minimalizm na pełnej, a przecież sporo się w tle dzieje. Te jakby przygłuszone gitary, których dźwięk brzmi niby przepuszczony przez stare radio, są niesamowicie klimatyczne. Bardzo polubiłem tego typu motywy (że tak to ujmę), dzięki temu niemal z miejsca siadło mi Blemish Sylviana, gdy imć Hien po raz pierwszy sprzedał mi ów krążek. Ciężko tu mówić o jakichkolwiek rozbudowanych pasażach, po prostu jest ciągnąca się niemal w nieskończoność idealna harmonia kilku instrumentów na krzyż. Trochę ponad pięć i pół minuty spokoju. Ten przełamuje dopiero Ascension Day, które zaczyna się (i trwa) mocno jazzowo. Początek jeszcze w miarę delikatny, a potem wpada ten cudowny rozpieprz na bębnach (za który pokochałem Desire ze Spirit of Eden), rzężące gitary i - oczywiście - Hollis. Kiedy wchodzi wokal, reszta wyraźnie cichnie, zaś Mark snuje coś, co brzmi dla mnie jak odpowiednio dla niego zawoalowana opowieść o umieraniu (co ładnie współgra z tytułem), a tę podlano doskonałą, choć w opozycji do podjętego lirycznie tematu dość neutralną, muzyką. Bas zawsze mnie tutaj chwytał za serce, nie inaczej jest i tym razem. Pozwalam muzyce płynąć, aż ta wpada w numer, na który podświadomie czekałem. Monumentalne wprost After the Flood, którego enigmatyczność w tekście zawsze mnie mocno wciskała w stany, których nie lubię. Bo jak bym nie interpretował (a przynajmniej nie próbował interpretować), tak bardzo mi nie wychodzi. Wiem, że krążek krąży (hehe) wokół odniesień biblijnych, ale za cienki Bolek jestem, żeby się z tym mierzyć. Skoncentruję się więc na feelsach - te są gęste, po prostu. Samo wejście w ten utwór, dzięki pianinku, ciary na plecach. A potem pozostałe instrumenty, jeden po drugim, od basu począwszy, na perce skończywszy. Świetne organy, znów te "radiowe" gitary, no i Hollis. 10 minut wyśmienitej, przecudownej uczty muzycznej z wykwintnym daniem głównym w postaci "refrenu", gdzie Hollis przypomina o swoich umiejętnościach wokalnych. Potem cały ten niepokojący most między jedną "zwrotką" a drugą... Lubię bardzo, choć hałaśliwe. Taka uwaga, na wypuszczonej w 2012 roku kompilacji Spirit of Talk Talk znajduje się cover tego numeru w wykonaniu zespołu o dziwacznej nazwie Halloween, Alaska. I jak z niecierpliwością na tę kompilację czekałem, tak przyznaję, że tego wykonu bałem się najbardziej. Że to zwyczajnie spieprzą xD Choćby przez ów most, ale muszę przyznać, wybrnęli i nagrali bardzo klimatyczny cover (polecam, jak się komuś chce). Utwór trwa i trwa, a ja pod koniec jestem już troszkę fizycznie zmęczony (bo na pewno nie artystycznie) wszystkimi tymi dźwiękami w moich uszach. Ewidentnie Hollis z ekipą byli na to przygotowani, albowiem następne wpada Taphead i zaczynamy drugą połowę albumu.

Taphead wraca troszkę do Myrrhmana, ale jest jeszcze oszczędniejszy, jeszcze bardziej ascetyczny, to jest wprost piosenka (czy raczej pieśń) dla eremity, który dobrowolnie zamyka się w klasztorze klauzulowym i decyduje nigdy nie opuszczać swojej celi. Reszta jego żywota to wieczna kontemplacja. Sam w ogóle pomysł, żeby szkielet numeru zbudować wokół tego basu był świetny, ale prawdziwe cuda zaczynają się, gdy wjeżdżają drewniane dęciaki (ale i na pewno trochę smyków) - harmonie między nimi są doskonałe, czuć narastające napięcie, które ginie tylko na chwilkę, aby ustąpić miejsca pianinu i aby osoba słuchająca mogła docenić jeszcze trochę tej świetnej gitary w tle. Jeszcze bębny w oddali... ten utwór z kolei mocno kojarzy mi się (a raczej było to w drugą stronę) z Only Rain od no-man (które, tak swoją drogą, też uważam za arcydzieło). Oto był mój prawdziwy wstęp do minimalistycznych kompozycji, które jednocześnie mówiąc niewiele mówią wszystko, a na pewno tyle, ile mnie wystarczy, by usłyszeć. New Grass... wspominałem już na początku tej recki, trochę powrót do nieco "żywszego" (jeśli można to tak w ogóle ująć) klimatu krążka, wyraźniejsza perkusja o mocno zaznaczonej obecności, no i na pierwszym planie ta cudowna gitara (tuż obok wokalu Marka, ma się rozumieć). Lirycznie tym razem niemal wprost dostajemy w twarz Nowym Testamentem, ale też w ogóle ta muzyka (na całym albumie) ma taki mistyczno-religijny vibe. W niczym to nie przeszkadza, właściwie nadaje utworom duszę. New Grass z kompletnej Laughing Stock jest dla mnie (choć też obok After the Flood, sam tytuł jak bardzo pasuje) bodaj najbardziej wiosennym numerem, zapowiadającym jakąś odnowę, odświeżenie, zmiany. Nieco mniej "agresywny" w stosunku do Ascension Day i After the Flood, daje ukojenie w tych znów niemal 10 minutach ciągłego grania. Dobijamy jednak do końca, wpada "bliźniak" Tapheada, czyli Runeii. Znów prym wiedzie jeden instrument, a więc gitara, wszystko inne jest para-ambientowym dodatkiem (uwaga Dragona o Brianie Eno jak najbardziej zasadna i na miejscu), nawet wokal ledwo słyszalny (a ten serwuje chyba najbardziej dla mnie enigmatyczny tekst na krążku). Jak zaczęliśmy od ciszy, tak na ciszy kończymy, nic więcej nie jest potrzebne. Klimat końca gęstnieje z każdym pociągnięciem za strunę, aż w końcu album zamiera i mam wrażenie, jakbym po prostu dotarł na koniec muzyki. Siedzę jeszcze kwadrans niemal w bezruchu, gapiąc się w ścianę, a wtedy, w marcu 2007 pewnie gapiłem się na zalew na Pabiance, wypatrując pierwszych listków z wciąż otulonych przy ziemi śniegiem krzewów.

Laughing Stock zostawia pewien niedosyt, chciałoby się więcej i aż się ciśnie na usta, dlaczego na follow-up trzeba było czekać aż 7 lat i - to chyba najważniejsze - dlaczego nie dało rady nagrać tamtego albumu znów jako Talk Talk, tym oryginalnym składem? Czy Webb z Hollisem aż tak się już nienawidzili? Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tym czytał szczerze mówiąc... Z drugiej jednak strony, ten właśnie album stanowi idealne wprost zwieńczenie kariery zespołu, który istniał raptem trochę ponad dekadę, a przypadkiem zmienił oblicze muzyki wymyślając de facto nowy gatunek (zaczynali z pozycji pachnących bardziej Duran Duran, ba! nawet dostali tę łatkę po premierze It's My Life). Jeśli to nie jest wystarczające osiągnięcie, to nie wiem, co nim jest. Tylko trochę smutam (aż dziwnie to brzmi po moich peanach w utworowej), że ten koniec marca nie pozwala mi zrobić pełnego revivalu w stylu roku 2007, a smutam JESZCZE BARDZIEJ, jak sobie pomyślę, że najpewniej już nigdy się to nie uda. Cóż, zawsze pozostaną wspomnienia. I After the Flood. I New Grass, i w ogóle...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 mar 2024 10:49

Wypowiedzieli się znawcy tematu płyty, to teraz pewnie nie będzie tak kolorowo. Ja tylko dorzucę jeszcze kolegom powyżej kompilację "Missing Pieces", która zbiera 3 single z tego okresu, włącznie z zajebistą, alternatywną wersją "After the Flood" i kilkoma innymi radykalnymi przeróbkami. Emocjonalnie mniej zobowiązujące, a równie ciekawe dla ucha.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 mar 2024 11:22

Nadchodzę zatem ja, Pan Maruda.

Talk Talk - Laughing Stock

Po kilku spotkaniach z Talk Talk w utworowej (spotkaniach trochę takich sobie w mym odbiorze muszę przyznać) przychodzi pora na zmierzenie się z muzyką tejże grupy na dystansie całego krążka, ALE krążka z którym nie miałem jak dotąd w ogóle do czynienia bo kawałki w utworowej pochodziły z dwóch innych albumów. Szczerze nie byłem pewien czego się spodziewać, Hien wrzucił to rocznicowo z myślą o świętach wielkanocnych a ja ze względu na czas wolny (omawialiście wtedy jeszcze Babacar) do słuchania zabrałem się z początkiem marca - czy mój odbiór albumu stał się przez to gorszy? Nie wiem, zobaczmy.


Album otwiera niepozornie utwór Myrrhman. Najpierw dostajemy delikatne, jakby od niechcenia grane brzdąknięcia na gitarze oraz melancholijne smyki, gdzieś w tle niemniej subtelnie jakby losowe dotknięcia perkusji. Mark Hollis rozpoczyna śpiew nieco anemicznie, sprawnie operuje jednak tonacją, chwilami przybierając na intensywności. Kiedy dojeżdża trąbka robi się srogo filmowo, przypomina mi to bardzo senny klimat jazzowej muzyki z filmu Sugar Hill z Wesleyem Snipesem. Bardzo dobry wstęp do albumu, traktuję go właśnie trochę jak takie filmowe intro.

Ascension Day jeszcze bardziej podbija jazzowy klimat doskonałą rytmiczną a jednak subtelną perkusją. Po chwili wchodzą żywsze gitarowe riffy i robi się trochę bardziej angstowo, uderza mnie surowość tego brzmienia. Hollis zaczyna śpiew i - o dziwo - nadal mnie nie drażni swym wokalem. Fajne klawisze/organy w tle, doskonały akcent ustnej harmonijki również. Groove jest doskonały i ciągnie numer jak należy. Miejscami wchodzą inne akcenty, nieco bardziej szalone i losowe, ma to nieco vibe free jazzu. Znów trochę gitarowego rżnięcia i druga zwrotka. No i co dalej, co dalej, kawałek nabiera intensywności aż... nagle taśma się urywa. Co za zaskoczenie, byłem w szoku za pierwszym razem, patrzyłem na zegar, czekałem na sensowne (w moim mniemaniu wówczas) przejście w następny kawałek a tu ciach, aż pisałem do Kuby z pytaniem czy ten numer na pewno tak się kończy. Zaskakujące ale jedziemy dalej.

Wraz z After The Flood słuchacz wraca na start, po ścianie gitarowych riffów wpadamy w ciszę i z niej powoli wyłania się kolejny utwór. Siedzę, nie dowierzam ale słucham dalej. Tym razem swobodniejszy groove bardziej relaksująco sunie do przodu, znów słyszę fajne klawisze, gitary przygrywają jakby rozmyte melodie. Wokal Hollisa dojeżdża niczym po prostu kolejny melancholijny instrument w tej układance. Prosty rytm perkusji działa na mnie transowo jak dobra pętla w trip-hopie, takie długie hipnotyzujące utwory nieco też kojarzą mi się od razu z I Believe z albumu Sylviana albo wrzutką Gillian Welsh. Nagle jednonutowe solo na wariofonie, czyste szaleństwo i znów surowość jaką kupuję po całości. I dalej cudne organy, kurczę jak te brzmienia są tu zajebiście dobrane! Ten kawałek mógłby tak się ciągnąć w nieskończoność a ja chłonąłbym go na wpół śpiąco wylegując się na kanapie. Zaskakuje mnie jak te dość długie czasowo utwory zlatują mi bezwiednie szybko. Powolutku numer się wycisza by ustąpić miejsca gitarze otwierającej utwór numer 4.

Pomimo płynnego przejścia ja - jak to ja - wyczuwam ten podział na połowy tudzież strony albumu w tym miejscu. Taphead jawi się w mojej głowie trochę jak powrót na start i kolejny nieco "introwy" utwór otwierający drugą jego część. Znów subtelne zagrywki na gitarze, wokal Hollisa i tym razem naprawdę mnóstwo przestrzeni na to by grała tu cisza, takie muzyczne wykorzystanie negative space. Znów trąbka jak w Myrrhman, tym bardziej nie potrafię nie ulegać wrażeniu że wchodzę w album po raz drugi, choć tu gra ona chwilami intensywniej i wtedy odrobinę przypomina mi dęciaki z mojej wrzutki Terry'ego Rileya. Jest na wpół filmowo i na wpół minimalistycznie, te trąbki tworzą trochę takie fraktale jak u Rileya miejscami jakby się opóźniając i nakładając na siebie. Nie mam pojęcia o czym śpiewa Hollis, nie wgłębiałem się w teksty ani trochę i wcale mi to nie przeszkadza, rozkoszuję się tym klimatem. Chyba przysnąłem, nie wiem kiedy już wszedł następny kawałek.

New Grass to danie główne tej drugiej części albumu. Znów żywszy ale nadal przy tym subtelny rytm perki, jakieś bardziej zapamiętywalne melodie gitary tym razem, klawisze pogrywające w tle, sporo instrumentów tu brzmi jak takie dzieci w chórze bojące się wyhylić za bardzo do przodu przez wzrok srogiego nauczyciela stojącego nad nimi i pilnującego tej harmonii. Nie ma tu popisywania się, żadnego wankerstwa, tylko czysta i doskonała muzyka. Może trochę na tym etapie albumu łapię się na tym że już nawet zbytnio nie skupiam się na utworach i nie szukam różnic między nimi tylko słucham tej płyty jako całości, to wszystko płynie tutaj niczym niezmącony górski strumień ze swoją krystalicznie czystą wodą prosto ze źródła. Wchodziłem w ten album niemalże jako ateista czy jakiś heretyk względem tego zespołu, zostałem zaczarowany i teraz siedzę w skupieniu jakbym był na mszy, rozumiem już skąd te ołtarzyki dla tego albumu.

Z tej religijnej hipnozy wyrywa mnie Runeii stanowiące dla mnie idealne outro. Brzmienie gitary, nie wiem nawet z czym mi się kojarzy ale te takie nisko brzmiące nuty COŚ mi przypominają. Znów w ciul przestrzeni w tym utworze a vibe jest tak cudownie ciepły i leniwy że masakra, niedzielne popołudnie welcome to. Znów genialne i nienahalne tło z organów. Wokal ledwie słyszalny a jednak potrzebny. Złoto po prostu, nie mam pytań - Proszę państwa, Wysoki Sądzie, to jest profesor Jakub Kurek!


Uffff.... Dobrnąłem a jednak bałem się że tak jak łatwo słuchało się tej płyty tak trudno będzie mi ją opisać. Nie wiedziałem czego się spodziewać po tym albumie, dotychczasowe bestkowe zetknięcia nie dawały mi jasnej odpowiedzi czym jest (było) Talk Talk, a teraz wiem już że Talk Talk wielkim zespołem było. Zasiadłem do sluchania albumu w sobotę 2 marca 2024 roku i... już po pierwszym odsłuchu miałem poczucie że COŚ ta płyta w sobie ma. Na tyle że następnie posłuchałem jej jeszcze dwa razy tego dnia. Następnego dnia kolejne dwa, potem były kolejne odsłuchy i kolejne i kolejne i miałem problem trochę jak przestać ale była przerwa na dwa dni aby zweryfikować czy nie koloruję sobie zbytnio tej płyty w głowie. I dalej słuchało się jej równie lekko i przyjemnie. To jest coś co ja bardzo lubię - dla mnie soundtrack na leniwe popołudnie. I to nie byle jaki, więc proszę tego nie odbierać w żaden sposób pejoratywnie. Jeśli Up było najlepszą wrzutką Kuby do tej pory to cóż mogę powiedzieć tutaj? Chyba jedynie to że Laughing Stock to album idealny, pozbawiony wad i że nie było jak dla mnie jeszcze wrzutki na tym poziomie w tej zabawie, przynajmniej od innej osoby dla mnie heh. Trochę może jedynie smuci mnie fakt, że pewnie nie będę w stanie już odpowiedzieć na tę płytę czymś równie dobrym, chyba najlepsze wrzuty już poszły, gdybym miał porównywać to jakoś do moich wrzut to u mnie to jest półka równa Wish You Were Here chociażby. W tym kontekście tu też mogę napisać że cieszę się że nie poznałem Laughing Stock na wyrywki przez jakiś utwór najpierw tylko od razu całość. Gdyby nie fakt że chętnie poznam jeszcze jakieś fajne płyty w tej zabawie napisałbym że Kuba już wygrał tę zabawę, zamykamy bestkę i można się rozejść.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 kwie 2024 00:34

Pomijając szok w związku z recenzją Murzyna, słucham sobie właśnie "Laughing Stock" i wpadło mi do głowy przemyślenie. Ta muzyka została tak nagrana, że człowiek ma wrażenie jakby podsłuchiwał. Jakby ktoś grał w drugim pokoju, lub piętro niżej, głośno, ale z wyraźnego dystansu.
Słuchanie tej płyty, to trochę jak branie udziału w czymś, w czym nie powinno brać się udziału, bo się nie zostało do tego zaproszonym, ale i tak się słucha, bo nie idzie się oderwać. Magiczna, jak nic.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 01 kwie 2024 23:55

Talk Talk - Laughing Stock

No i przyszedł wreszcie moment, gdy po kilku pojedynczych utworach w bestce zespołu Talk Talk przyszło mi się zmierzyć z całym albumem. Co dotychczas wiedziałem o zespole? Że gra dobrą muzykę na dobrym poziomie. Oraz że nigdy jakoś nie przepadałem za głosem wokalisty. To nie jest ta sytuacja, że mi ten wokal przeszkadzał czy psuł jakoś odbiór muzyki, ale też daleki byłem od zachwytów. Czego się spodziewałem? Najpierw albumu dosyć przebojowego, melodyjnego, dobrze brzmiącego. Potem przeczytałem opis Hiena i zrobiło się jeszcze ciekawiej. Bo wypowiedzi Hollisa wskazywały, ze to może być album, w którym zespół postawił na klimat. Dla mnie ciekawa opcja. W końcu nadszedł czas na pierwszy odsłuch. Było to 5 marca (sprawdziłem na last.fm). A właściwie dwa odsłuchy. No i dostałem w mordę czymś, czego jednak się nie spodziewałem. Było to dosyć mocne zderzenie ze ścianą, po którym straciłem ochotę na kolejne odsłuchy na ponad tydzień. Jeden odsłuch i kolejne 10 dni przerwy. Nie mogłem znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia. Tzn. widziałem w tym jakiś potencjał. Nawet doceniałem warstwę brzmieniową, ale inne elementy kompletnie mi nie grały. Hollis chwilami jęczał okrutnie, dukał cicho jakieś niezrozumiałe słowa. Nie potrafiłem wyłapać jakiejkolwiek melodii w tym wszystkim. Szukałem odrobiny jakiejś kompozycyjnej myśli i nie mogłem znaleźć. Nie chodzi mi o to, żeby to były radiowe przeboje, ale lubię jednak, jak po kilku odsłuchach kojarzę melodię, potrafię ją sobie zanucić. Brzmienie jak powiedziałem ciekawe, żywe instrumenty zawsze mile widziane. Ale też miałem wrażenie, że każdy tam w studiu po prostu grał co mu przyszło ma myśl, co było bez związku z tym, co grały inne osoby. A potem to wszystko ktoś posklejał do kupy i wydał jako album (w sumie Hien coś takiego sugerował nawet w opisie). Nie wiedziałem jak ten album ugryźć. Nawet na spacerze za miasto nie chciało zadziałać. Nie miałem pomysłu na tę płytę. Jednocześnie tkwiło mi w głowie, że to jedna z najważniejszych płyt Hiena. Inni też wypowiadali się pozytywnie. Coś musiało w niej być.
W środku poprzedniego tygodnia po raz kolejny przystąpiłem do słuchania Laughing Stock w maksymalnym skupieniu. I coś drgnęło. Nie wiem, może to kwestia tego, ze to był już 11-ty odsłuch i wreszcie coś zaczęło docierać do mojej świadomości? Kilka utworów nieśmiało do mnie przemówiło. Nawet pomyślałem, że Ascension Day ma całkiem przyjemną melodię. Te wszystkie instrumenty grające swoje partie też wydawały się dużo bardziej sensowne niż wcześniej. Dlatego nie chciałem jeszcze pisać recenzji. Celowo zwlekałem, bo wyczułem, że odbiór jeszcze może się zmienić na plus.
Dzisiaj po obiedzie korzystając z iście letniej pogody położyłem się na ogrodzie na leżaku. Miałem plan – posłuchać znowu Talk Talk konfrontując się z albumem w ostatecznym starciu. Wóz albo przewóz. Lepszych warunków do odsłuchu już nie znajdę. W sumie przesłuchałem album 4 razy z rzędu. I za każdym razem z większą satysfakcją. Dotarły do mnie rzeczy, które wcześniej dotrzeć nie chciały. Zawsze powtarzałem, że wytrwałość w muzyce popłaca. Nie ma sensu się męczyć w sytuacji, gdy coś naprawdę leży totalnie poza sferą naszych zainteresowań. W innej sytuacji trzeba próbować, trzeba dawać kolejne szanse. Jeżeli widzi się jakąś szansę, jakiś potencjał – trzeba walczyć. Nie tylko z szacunku dla autora wrzutki ale przede wszystkim dla siebie.
Album jest naprawdę trudny. Ale ja lubię trudne zadania. Tu nie ma chwytliwych melodii. Melodie są niezwykle oszczędne, trudno je w ogóle wyłapać. Ale po kilkunastu odsłuchach już je jednak wychwytuję. Przynajmniej niektóre. Brzmienie żywych instrumentów jest naprawdę bardzo satysfakcjonujące. Zrobiłem sobie tutaj swój podział utworów na dwie grupy. Jedna grupa to te bardzo ascetyczne, minimalistyczne zarówno w brzmieniu jak i melodii oraz druga grupa – utwory z gęstą i bogatą aranżacją i wyraźniejszymi melodiami. Do tej pierwszej na pewno należy otwieracz, czyli Myrrhman. Jakieś oszczędne brzdąknięcia na gitarze, jakieś trąbki, basik, pojedyncze uderzenia w pianino. I równie oszczędny Hollis na wokalu. Pisząc ten tekst robię kolejne odsłuchy i naprawdę mi się ten klimat podoba.
Ascension Day to najbardziej wyrazista piosenka na albumie. Ba, w porównaniu do pozostałych utworów wydaje mi się to wręcz przebojowe. Melodia, którą już potrafię nawet sam zanucić. Świetna jest ta perkusja. Uderzenia w werbel i cykanie talerzy. Wejścia organów genialne. Bas oszałamiający (zapewne kontrabas). Utwór ma taki jazzujący klimat. Piękne to jest po prostu. W momentach takiego wzmocnienia (wybuchu perkusji i gitar) mocno mi to coś przypomina. Na pewno coś od Wilsona. Dziwnie się utwór urywa szczerze mówiąc. Ale to szczegół.
After The Flood zaczyna się zachwycająco. Cicha zagrywka na pianinie, wejście cichego aczkolwiek mocarnego basu. Potem wszystko narasta, nabiera decybeli, dołącza perkusja. Fantastycznie brzmią organy. W połowie ostro coś rzęzi (to pewnie ten wariofon). Dobre to. W końcówce utwór ładnie się wycisza i łączy brzmieniem gitary z Tophead. Bardzo spokojna kompozycja. Hollis równie oszczędny na wokalu co przygrywająca gitara. Potem dochodzi trąbka i inne instrumenty. Ale cały czas jest jednak spokojnie i klimatycznie. Niby oszczędnie, a jednak bogato. Można się wsłuchiwać wyłapując mnóstwo fajnych rzeczy. W końcówce Hollis śpiewa ledwie słyszalnie i chwiejnie.
New Grass znowu żywsze i z perkusją. Bas jak zwykle rewelacyjnie pogrywa. Kolejna porcja znakomitego klimatu. Świetna ta gitara, ale mnie najbardziej ujmuje to bardzo oszczędne pianino przewijające się przez cały utwór.
I na koniec znowu oszczędny wyciszający utwór w postaci Runeii. Piękna gitara, mamroczący w swoim stylu Hollis. Potem jeszcze z oddali organy i powolne wygaszenie albumu.
No cóż, mam wrażenie, ze wygrałem kolejną bitwę. Poznałem znakomity album, choć po długiej i wyczerpującej walce. Nie było łatwo. Było wręcz bardzo trudno. Dzisiejszy dzień był iście przełomowy. Leżałem na ogrodzie z zamkniętymi oczami słuchając tej muzyki, która rosła z każdą minutą. Czasami otwierałem oczy wpatrując się w wielki kołyszący się na wietrze świerk na tle nieba. Nic mnie kompletnie nie rozpraszało. Wychwytywałem każdy dźwięk, każdy instrument. Słyszałem rzeczy, na które przez tyle dni byłem głuchy. Najlepsze były te momenty, gdy muzyka grała cichutko. Gdy instrumenty i dźwięki były ledwie słyszalne. Ale te piosenki z perkusją też wspaniałe. Miałem czasami skojarzenia z no-man. No i Hollis na wokalu też super. Na początku mnie irytował wręcz, ale teraz mogę powiedzieć, że i z wokalu jestem bardzo zadowolony. Przekonał mnie chłopina.
Podsumowując – niezwykle piękna i klimatyczna płyta. Właściwie to sobie myślę, że ja od dawna potrzebowałem takiej muzyki. Od dawna jej szukałem nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Album zawiera w sobie wszystko to, czego mi w muzyce trzeba. Zadziwiające jak czasami wiele czasu zajmuje dojście do takich wniosków.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 kwie 2024 00:53

No, Wujas jak zwykle nie złożył szybko broni i się do czegoś dokopał. Zaskoczyło mnie, że z początku nie znalazł kompletnie żadnych melodii, bo jednak w np. After the Flood jest tego sporo i to generalnie jeden z przystępniejszych utworów. No, ale ja to ja. Trochę Wujasa wrzuciłem na głęboką wodę, ale jak LS go nie utopiło, to raczej nic Talk Talk już nie zdoła. Ja wiem, że wokal Hollisa to nie jest łatwa sprawa, facet bełkotał, ale coś w nim jednak było. Jeśli chodzi o skojarzenia z no-man, to myślę, że w takich rzeczach jak The City in a Hundred Ways, czy Slow it All Down najlepiej słychać, jakimi fanami Laughing Stock oni są. Ja od pierwszego akordu gitary w Myrrhmann poczułem się jak w domu, jakby mnie ktoś okrył kocem w chłodny dzień. Trochę abstrakcyjne jest dla mnie to, że ludzie potrafią się tak męczyć z tym albumem, ale też nastawiliśmy Wujasa na przebojową płytę, a tu guzik. Tym większy szacun dla Artura.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 kwie 2024 06:51

Jak przeczytałem że Wujas odpalił sobie LS na leżaku w słoneczne popołudnie to pozazdrościłem i wiedziałem że musi być dobrze po takim doświadczeniu xd

Btw z jednej strony niby rozumiem obawy Kuby który myślał że nie kupię tej płyty bo to nie so bangery radiowe a z drugiej - trochę dlaczego spodziewać się meha od kolesia który w utworowej jako pierwszy wrzucał Nieprzysiadalność? Może nie do końca to samo ale brzmieniowo ta mieszanka rocka i jazzu ma wspólne mianowniki IMO
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 02 kwie 2024 07:54

Moje trudności na początku wynikały pewnie z racji innych oczekiwań, nieobycia z taką muzyką. Wtedy włącza się u człowieka jakaś podświadoma blokada czy się tego chce, czy nie. Swoją cegłę dołożył niewątpliwie Hollis. Najszybciej właściwie dostrzegłem coś w utworach nr 2 i 3. Natomiast w tych że tak powiem bez perkusyjnych było ciężej.
Myślę, że gdyby TT mieli więcej tego typu albumów, to teraz poszłoby już zdecydowanie z górki.
W sumie ze Speak od no-man miałem podobnie. Dużo czasu minęło zanim naprawdę pokochałem ten album.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 kwie 2024 12:39

Taphead i Runeii faktycznie brzmią bardziej jak mantry, ale klimat nadrabia braki w melodii i różnorodności.
stripped pisze:
02 kwie 2024 06:51
Btw z jednej strony niby rozumiem obawy Kuby który myślał że nie kupię tej płyty bo to nie so bangery radiowe a z drugiej - trochę dlaczego spodziewać się meha od kolesia który w utworowej jako pierwszy wrzucał Nieprzysiadalność? Może nie do końca to samo ale brzmieniowo ta mieszanka rocka i jazzu ma wspólne mianowniki IMO
Bardziej chodziło o to, że jesteś Murzyn i na wszystko mehasz xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 02 kwie 2024 12:57

Przy Murzynie zawsze lepiej zakładać najgorszy scenariusz i się ewentualnie miło rozczarować. :D
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 02 kwie 2024 17:11

Poprzeczka recenzyjna podniesiona wysoko, czekamy na Dragona i Sebę z niecierpliwością, tzn. ja czekam xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 kwie 2024 17:50

Przecież Dragon otworzył
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 kwie 2024 18:04

ach ta słynna wnikliwa lektura postów przez Deva
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 kwie 2024 18:10

Równie wnikliwa, jak pojedyncze przesłuchania płyt
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 kwie 2024 18:34

BTW mam nadzieję, że panowie już po szoc znaczy po Stotcie przynajmniej raz!
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 02 kwie 2024 22:56

Hien pisze:
02 kwie 2024 17:50
Przecież Dragon otworzył
Ja powoli odpinam się od rzeczywistości
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl