Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zaraz możesz być spóźnionym 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dajcie mi się jeszcze chwile ponapawać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Spoko. Nic nas nie goni.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie no, wiadomo że goni. Bez przesady. Niedługo się dowloke z tym albumem. Wy już możecie następnego słuchać i pisać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sin Cos Tan - Afterlife
Taka scenka. Bujacie się z nowo poznaną dziewczyną podczas letniego wyjazdu, jesteście młodzi i głupi, było lekko pite, cały wieczór zmierza do jednego, ale na samym końcu laska stwierdza, że spada do domu i w ogóle ma chłopaka. Takie, po przełożeniu na życie, jest „Afterlife” (no pun intended). Będę wyjaśniał po drodze.
Z początku chciałem zatytułować każdy kawałek nazwą zespołu, z którym mi się numery kojarzą, ale szybko dałem sobie spokój, bo zbyt wiele zespołów się powtarzało. No, ale wspomnę o tym, bo np. „Limbo” z miejsca nazwałem The Killers, uściślając: z okresu „Day & Age” (które Dev hejtował, podkreślam) i trochę „Battle Born”. Wokal trąci Brandonem Flowersem kosmicznie, kompozycja też, aranżacja momentami, ale jak już to dosyć trafnie. Otwarcie kupiło mnie zatem od razu i do tej pory uważam, że to najlepszy kawałek na tej płycie. Potem było również całkiem spoko, bo kolejny utwór w moich zapiskach ma ksywę New Order. Wokalista nagle zamienia się w Bernarda Sumnera, znanego również jako Albrecht Dicken. Ta maniera jest nie do podrobienia, nie wierzę, że to nie było celowe działanie. Melodie wokalu też 100% Sumner, a akordy w tle 100% New Order. Póki co, to jest najlepszy album z coverami, które nie są coverami. Vibe jest bardzo spoko, brzmienie fajne, póki co naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Jest klimat lata, jest opcja żeby to poleciało w sierpniu w aucie. Utwór numer 3, podpisałem sobie jako MGMT. Te płaczliwe wokale w harmoniach, ponownie budzą jednoznaczne skojarzenia, muzyka może trochę mniej, ale kompozycja nie leży jakoś skrajnie daleko od „Oracular Spectacular” (brzmienie bardziej), czy jakieś Empire of the Sun. Na tym etapie, nadal jestem pod wrażeniem. Numery może nie powalają na kolana z grawitacją Jowisza, ale widzę siebie na plaży, na leżaku, słuchającego tych piosenek z wielką przyjemnością. Utwór nr 4 mam zapisany jako „Musiał robiący dema dla Azbestu w 2007 i 2008 r.”. Sam początek, mocno kojarzy mi się z rzeczami, które Dev dłubał na samym początku funkcjonowania w zespole, na długo przed moim dołączeniem. Prawie wszystko z tych, podkreślam, bardzo dobrych rzeczy jak „Katastrofa w PGR”, pozostała w szufladach. Fragmenty z wokalem już od tego trochę odbiegają i przypominają raczej jakieś hipstersko-elektroniczne granie. Nie jest to złe, ale wolałbym wszystko w klimatach twórczości Deva, chociaż to by już chyba zbyt mocno i drastycznie odbiło od klimatów zaproponowanych przez świętą i wielką trójkę tego albumu czyli pierwsze trzy kawałki (hehe). Nr 5 też mi się z czymś kojarzy, ale już nie byłem w stanie ukierunkować tego w stronę konkretnego zespołu. Niemniej kawałek jest bardzo dobry, jeden z najlepszych na płycie. Prosty, ale chwytliwy refren (Drestroooojeeeee), fajnie brzmienie, świetne klawisze i klimat. Full wypas, jak to się mówiło 20 lat temu.
W okolicach „Fair Rewards” zaczynają się problemy. Robi się blend smutasnych klimatów, smutaśnych synthów, wszystko spoko, ale nie porywa już zbytnio. Pasuje to na tym albumie jak pięść do nosa, ale… to dopiero połowa. Może ta płyta wcale nie jest taka, jak o niej myślę? No, to lecimy z nr 7, czyli „Heart on a Plate”. No i niestety zaczyna się wkradać repetycja i nuda. Zwrotki znowu zalatują MGMT, żeby za chwilę przeskoczyć na Brandona Flowersa w domu. Refren zdaje się powielać to, co już było. Nie jest zły, ale odnoszę wrażenie, że panom kończą się pomysły, a tu jeszcze cztery kawałki zostały do końca płyty. Co to będzie.
„Avant Garde” zaczyna się jako kolejne demo Musiała inspirowane Kraftwerk, ale potem już nie jest tak fajnie. O ile z muzyka nie jest źle, wokaliście faktycznie skończył się pomysł na wokal. Melodie są wypierdziane pachą, a refren. Dajcie spokój. Pojedyncze DESTROJEEEEEEE miało więcej melodii i mocy niż ten potok słów. Podkład niestety tego nie ratuje, wręcz boli zmarnowany potencjał. Klimat letni dawno gdzieś uleciał, a ten chłodniejszy, jesienny, nie miał odpowiedniego wstępu, żeby się teraz przyjął. Zobaczymy, czy trójca od dupy strony, będzie w stanie coś zmienić.
„Television”, tym razem zespół zaczyna jak White Lies, co jest fajnym porównaniem, ale w sumie z wejściem perkusji ono pęka. Kolejny podobny numer, kolejny udawany Flowers, kolejny podkład lekko zalatujący New Order, ale to już było, a mielonka z tych wcześniejszych zabiegów niestety nie działa. Szkoda, bo jest tu nawet potencjał. Kawałek mógł już się w połowie skończyć, ale jeszcze się ciągnął i ciągnął. A mówimy tu o 4 minutach. „Moonstruck”, wiecie, MUN, miałem nadzieję. No i się okazało, że Sin Cos Tan wyczarowali pod koniec jeszcze coś na lekki letni wieczór. Nie jest to poziom najlepszym momentów albumu, ale jest to przynajmniej ok. To by mógł nagrać kiedyś George Michael, ale to by był na jego albumie raczej słabszy moment. „Burning Man” kończy album, ale jestem już tutaj lekko i zmęczony i rozczarowany. Początek dawał obietnicę, ale jej nie dotrzymał i ostatecznie rozstanie przy dźwiękach finałowego utworu jest raczej gorzkie.
No i w zasadzie tyle. Pierwsze 5 kawałków, to jest kawał fajnej muzyki i było by z tego świetne EP. Niestety druga połowa albumu nie dostarcza tego, an co człowiek się nastawił i miał ochotę, ani w zamian niczego lepszego. Mówi się trudno, album oceniam 5/11. Do pewnych utworów będę wracał, zwłaszcza na urlopie.
Taka scenka. Bujacie się z nowo poznaną dziewczyną podczas letniego wyjazdu, jesteście młodzi i głupi, było lekko pite, cały wieczór zmierza do jednego, ale na samym końcu laska stwierdza, że spada do domu i w ogóle ma chłopaka. Takie, po przełożeniu na życie, jest „Afterlife” (no pun intended). Będę wyjaśniał po drodze.
Z początku chciałem zatytułować każdy kawałek nazwą zespołu, z którym mi się numery kojarzą, ale szybko dałem sobie spokój, bo zbyt wiele zespołów się powtarzało. No, ale wspomnę o tym, bo np. „Limbo” z miejsca nazwałem The Killers, uściślając: z okresu „Day & Age” (które Dev hejtował, podkreślam) i trochę „Battle Born”. Wokal trąci Brandonem Flowersem kosmicznie, kompozycja też, aranżacja momentami, ale jak już to dosyć trafnie. Otwarcie kupiło mnie zatem od razu i do tej pory uważam, że to najlepszy kawałek na tej płycie. Potem było również całkiem spoko, bo kolejny utwór w moich zapiskach ma ksywę New Order. Wokalista nagle zamienia się w Bernarda Sumnera, znanego również jako Albrecht Dicken. Ta maniera jest nie do podrobienia, nie wierzę, że to nie było celowe działanie. Melodie wokalu też 100% Sumner, a akordy w tle 100% New Order. Póki co, to jest najlepszy album z coverami, które nie są coverami. Vibe jest bardzo spoko, brzmienie fajne, póki co naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Jest klimat lata, jest opcja żeby to poleciało w sierpniu w aucie. Utwór numer 3, podpisałem sobie jako MGMT. Te płaczliwe wokale w harmoniach, ponownie budzą jednoznaczne skojarzenia, muzyka może trochę mniej, ale kompozycja nie leży jakoś skrajnie daleko od „Oracular Spectacular” (brzmienie bardziej), czy jakieś Empire of the Sun. Na tym etapie, nadal jestem pod wrażeniem. Numery może nie powalają na kolana z grawitacją Jowisza, ale widzę siebie na plaży, na leżaku, słuchającego tych piosenek z wielką przyjemnością. Utwór nr 4 mam zapisany jako „Musiał robiący dema dla Azbestu w 2007 i 2008 r.”. Sam początek, mocno kojarzy mi się z rzeczami, które Dev dłubał na samym początku funkcjonowania w zespole, na długo przed moim dołączeniem. Prawie wszystko z tych, podkreślam, bardzo dobrych rzeczy jak „Katastrofa w PGR”, pozostała w szufladach. Fragmenty z wokalem już od tego trochę odbiegają i przypominają raczej jakieś hipstersko-elektroniczne granie. Nie jest to złe, ale wolałbym wszystko w klimatach twórczości Deva, chociaż to by już chyba zbyt mocno i drastycznie odbiło od klimatów zaproponowanych przez świętą i wielką trójkę tego albumu czyli pierwsze trzy kawałki (hehe). Nr 5 też mi się z czymś kojarzy, ale już nie byłem w stanie ukierunkować tego w stronę konkretnego zespołu. Niemniej kawałek jest bardzo dobry, jeden z najlepszych na płycie. Prosty, ale chwytliwy refren (Drestroooojeeeee), fajnie brzmienie, świetne klawisze i klimat. Full wypas, jak to się mówiło 20 lat temu.
W okolicach „Fair Rewards” zaczynają się problemy. Robi się blend smutasnych klimatów, smutaśnych synthów, wszystko spoko, ale nie porywa już zbytnio. Pasuje to na tym albumie jak pięść do nosa, ale… to dopiero połowa. Może ta płyta wcale nie jest taka, jak o niej myślę? No, to lecimy z nr 7, czyli „Heart on a Plate”. No i niestety zaczyna się wkradać repetycja i nuda. Zwrotki znowu zalatują MGMT, żeby za chwilę przeskoczyć na Brandona Flowersa w domu. Refren zdaje się powielać to, co już było. Nie jest zły, ale odnoszę wrażenie, że panom kończą się pomysły, a tu jeszcze cztery kawałki zostały do końca płyty. Co to będzie.
„Avant Garde” zaczyna się jako kolejne demo Musiała inspirowane Kraftwerk, ale potem już nie jest tak fajnie. O ile z muzyka nie jest źle, wokaliście faktycznie skończył się pomysł na wokal. Melodie są wypierdziane pachą, a refren. Dajcie spokój. Pojedyncze DESTROJEEEEEEE miało więcej melodii i mocy niż ten potok słów. Podkład niestety tego nie ratuje, wręcz boli zmarnowany potencjał. Klimat letni dawno gdzieś uleciał, a ten chłodniejszy, jesienny, nie miał odpowiedniego wstępu, żeby się teraz przyjął. Zobaczymy, czy trójca od dupy strony, będzie w stanie coś zmienić.
„Television”, tym razem zespół zaczyna jak White Lies, co jest fajnym porównaniem, ale w sumie z wejściem perkusji ono pęka. Kolejny podobny numer, kolejny udawany Flowers, kolejny podkład lekko zalatujący New Order, ale to już było, a mielonka z tych wcześniejszych zabiegów niestety nie działa. Szkoda, bo jest tu nawet potencjał. Kawałek mógł już się w połowie skończyć, ale jeszcze się ciągnął i ciągnął. A mówimy tu o 4 minutach. „Moonstruck”, wiecie, MUN, miałem nadzieję. No i się okazało, że Sin Cos Tan wyczarowali pod koniec jeszcze coś na lekki letni wieczór. Nie jest to poziom najlepszym momentów albumu, ale jest to przynajmniej ok. To by mógł nagrać kiedyś George Michael, ale to by był na jego albumie raczej słabszy moment. „Burning Man” kończy album, ale jestem już tutaj lekko i zmęczony i rozczarowany. Początek dawał obietnicę, ale jej nie dotrzymał i ostatecznie rozstanie przy dźwiękach finałowego utworu jest raczej gorzkie.
No i w zasadzie tyle. Pierwsze 5 kawałków, to jest kawał fajnej muzyki i było by z tego świetne EP. Niestety druga połowa albumu nie dostarcza tego, an co człowiek się nastawił i miał ochotę, ani w zamian niczego lepszego. Mówi się trudno, album oceniam 5/11. Do pewnych utworów będę wracał, zwłaszcza na urlopie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panie Adrian kończ Pan ten teatrzyk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Już dziś walnę podsumowanko, mam mały cyrk techniczny w robocie więc musicie poczekać 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Cyrk to Twoje drugie imię
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ta wymówka już się zużyła.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
no to była do niego napisała
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No cóż, generalnie jest mi mimo wszystko miło, albowiem choć ogólny odbiór był raczej mieszany, to chyba każdy znalazł coś dla siebie. Ciekawe, że największym powodzeniem w słuchaniu cieszyły się te numery, na które ja bym nie postawił myśląc, co może się Wam podobać, no ale już trudno. Moonstruck mało kogo kupiło, za to Limbo, które - jak myślałem - raczej nie zbierze aż takiego prejzu, mocno zaskoczyło. Television wnerwiło chyba wszystkich, gdzie to jeden z moich ulubionych kawałków xD cóż, lubię cheesy zagrania. Inna sprawa, że wciąż uważam, iż album ten inaczej wchodziłby w marcu. Następnym razem będę bardziej myślący. No nic, jedziemy dalej!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Leszek MIller: nie wszedłby.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobra płyta, Ser Ejdrien, ludożerka nie pokuma nic
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Television ma momenty i na pewno dobrze mu robi słuchanie poza albumem.
Nie będziesz
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jedziemy z Arianą Grande i jej Dangerous Woman
P.S. beka teraz zauważyłem że Wujas mówił żeby słuchać do 11 kawałka a ja słuchając właśnie sobie myślałem że jakoś wtedy mogłaby się kończyć (na Spotify jest 15 numerów)
P.S. beka teraz zauważyłem że Wujas mówił żeby słuchać do 11 kawałka a ja słuchając właśnie sobie myślałem że jakoś wtedy mogłaby się kończyć (na Spotify jest 15 numerów)
shodan pisze:10 mar 2024 10:20Ariana Grande - Dangerous Woman (2016)
Generalnie nie jestem może jakimś wielkim fanem Ariany Grande, nie łykam wszystkiego, co nagrała. Słucham dosyć wybiórczo i nie za często. Ale jest taki jeden album, który lubię właściwie w całości, czyli Dangerous Woman. Ariana to amerykańska piosenkarka o włoskich korzeniach. Dysponuje uważam dosyć charakterystycznym sopranem. Przynajmniej dla kogoś bardziej osłuchanego jest on dosyć rozpoznawalny. Ariana oprócz śpiewania pisze również teksty i komponuje, chociaż nie wiem, w jakim stopniu. Muzyka zawarta na Dangerous Woman to zestaw utworów popowych i R&B. Czym się ta płyta wyróżnia na tle innych jej albumów? Uważam, że kompozycje na nim zawarte są dosyć wyraziste i nie nikną w morzu podobnych utworów. Po bliższym zapoznaniu się z albumem stwierdziłem ze zdziwieniem, że większość utworów jest naprawdę bardzo przyjazna dla słuchacza, łatwa do zapamiętania, przyswojenia, przebojowa. Piosenki nieźle bujają. I brzmią dobrze. Produkcja stoi na dobrym, a chwilami nawet na bardzo wysokim poziomie.
Cztery single z albumu, czyli Dangerous Woman, Into You i Side to Side i Everyday bardzo sobie cenię za ogólną jakość i przebojowość. Podobnie jak dwa single promocyjne (Be Alright i klimatyczne Let me Love you) z udziałem gości z zewnątrz na wokalu. Do tego dobry otwieracz Moonlight, fajne Greedy oraz znane już z bestki utworowej Leave me Lonely, które lubię najbardziej. Końcówka albumu już nieco mniej spektakularna, nie tak wyrazista. Ale nie zmienia to faktu, że Dangerous Woman to bardzo przebojowy album, nastawiony na szeroki odbiór.
Myślę, że każdy chociażby z jeden utworek dla siebie godny uwagi wyłowi.
https://www.youtube.com/watch?v=denGNWM ... _c&index=1
Słuchajcie tylko do 11-go utworu. Reszta to jakieś dodatki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ariana Grande - Dangerous Woman
Znam ten album, no ok, to dużo powiedziane ale wiem że odsłuchiwałem go w 2016 roku kiedy miał premierę bo to był jeszcze ostatni taki czas kiedy słuchałem przede wszystkim premier artystów znanych, nawet jeśli byli niekoniecznie z mojej banieczki. Pamiętam jedynie że tytułowy singiel był OK ale mi najlepiej siadł jeden taneczny kawałek który myślałem nawet wrzucić może kiedyś do bestki albo lepiej - do naszej depeszwizji. Przyszedł czas wrócić po latach do płyty i sprawdzić czy nie pominąłem czegoś istotnego...
Zacznę od tego że no jednak jak dla mnie Be Alright nadal jest najlepszym bangerkiem na tej płycie. Przyjemny dance-pop zabarwiony r&b, podkład housikowy, jeszcze dość modny w tamtym czasie revivalu takich brzmień łączonych z tymi ciętymi wokalami o obniżonej tonacji. Buja, może niekoniecznie musi podpalać parkiet ale nóżka chodzi, głowa się kiwa, vibe jest dobry. Dangerous Woman to nadal dobra walczykowata ballada jakich w sumie było sporawo wówczas, patenty ograne ale Ariana wykazuje się wokalnie balansując między cichszymi zwrotkami a głośniejszym refrenem. Dobra bluesowa gitara w tym numerze choć znów przecież nic odkrywczego ani trochę, mimo wszystko dobrze się łączy z podkładem który miejscami trapowo "cyka" talerzami. Podobnie bujającą, emocjonalną balladą jest znane mi już z utworowej Leave Me Lonely, podoba mi się brzmienie perkusji w tym numerze, rytmiczne pianinko pod spodem, brzmieniowo ten numer oscyluje wokół bardziej klasycznych żywych brzmień jak mniemam bardziej w stylu soulowej Macy Gray właśnie która się tu udziela wokalnie. Chwaliłem ten utwór wcześniej i chwalę go nadal, to był dobry wybór na wrzutę IMO. W podobnie bujającym tonie - lecz z dużo większym odciskiem disneyowskiego baśniowego klimatu - jest otwierający album Moonlight, choć przyznam że wydaje mi się to odrobinę nietypowy numer na otwarcie albumu bo jest najbardziej kołysankowy, acz naprawdę ładny. Wracając do radiowych bangerów takowym jest tu z pewnością Into You utrzymane w bardziej współczesnych klubowych klimatach, ok, znów jest to raczej mid-tempo ale to nadal dobrze bujający kawałek z chwytliwym refrenem. Całkiem niezły jest utrzymany w disco klimacie Greedy, znów BUJA ale tym razem funky bicikiem uzupełnionym o typowe disco smyczki, Ariana ładnie wchodzi tu w rolę divy rodem ze Studio 54. Bad Decisions jest też całkiem wkrętne, ale załapałem go dopiero jak zacząłem słuchać wersji 11 utworowej, wcześniej wśród 15 tracków ginął trochę pod koniec xd Side To Side to taki wakacyjny reggae bangerek w stylu Rihanny bardziej i co zabawne kiedy Nicki w kawałku woła "Ariana" brzmi to trochę jak "A Rihanna" xD spoko gitarka i bicik, prawdę mówiąc dla mnie najsłabszym elementem jest chyba ta Nicki Minaj na goścince, zresztą prawda jest taka że te rapowe gościnki niczego fajnego nie wnoszą na tym albumie IMO, bo zarówno Lil Wayne jak i Future dla mnie meh. Momenty kiedy Ariana skręca w takie bardziej klimaty z getta pasują mi tam jak pięść do nosa. W całym tym zestawie zamykające album Thinking Bout You jest jednak chyba zbyt mdłe i możliwe że najbardziej nijakie.
Dangerous Woman to płyta raczej lekka i nawet przyjemna w odsłuchu, dopieszczona jak przystało na pierwszoligowy radiowy pop XXI wieku. Ariana zgrabnie lawiruje pomiędzy słodkimi balladami, tanecznymi numerami i tymi skręcającym i bardziej w trapowe klimaty. Myślę że jak ktoś lubi takie klimaty to się z pewnością nie zawiedzie, ja powracając po latach powiedzmy że odkryłem tu jeszcze parę dobrych album tracków, jednak chyba żaden nie był tak dobry jak Be Alright które jednak z jakiegoś powodu tkwiło w mej głowie przez ten czas od premiery albumu. Na plusik wyróżnienie dla Greedy, Bad Decisions i Moonlight ale czy doczekają powrotów - nie wiem.
Znam ten album, no ok, to dużo powiedziane ale wiem że odsłuchiwałem go w 2016 roku kiedy miał premierę bo to był jeszcze ostatni taki czas kiedy słuchałem przede wszystkim premier artystów znanych, nawet jeśli byli niekoniecznie z mojej banieczki. Pamiętam jedynie że tytułowy singiel był OK ale mi najlepiej siadł jeden taneczny kawałek który myślałem nawet wrzucić może kiedyś do bestki albo lepiej - do naszej depeszwizji. Przyszedł czas wrócić po latach do płyty i sprawdzić czy nie pominąłem czegoś istotnego...
Zacznę od tego że no jednak jak dla mnie Be Alright nadal jest najlepszym bangerkiem na tej płycie. Przyjemny dance-pop zabarwiony r&b, podkład housikowy, jeszcze dość modny w tamtym czasie revivalu takich brzmień łączonych z tymi ciętymi wokalami o obniżonej tonacji. Buja, może niekoniecznie musi podpalać parkiet ale nóżka chodzi, głowa się kiwa, vibe jest dobry. Dangerous Woman to nadal dobra walczykowata ballada jakich w sumie było sporawo wówczas, patenty ograne ale Ariana wykazuje się wokalnie balansując między cichszymi zwrotkami a głośniejszym refrenem. Dobra bluesowa gitara w tym numerze choć znów przecież nic odkrywczego ani trochę, mimo wszystko dobrze się łączy z podkładem który miejscami trapowo "cyka" talerzami. Podobnie bujającą, emocjonalną balladą jest znane mi już z utworowej Leave Me Lonely, podoba mi się brzmienie perkusji w tym numerze, rytmiczne pianinko pod spodem, brzmieniowo ten numer oscyluje wokół bardziej klasycznych żywych brzmień jak mniemam bardziej w stylu soulowej Macy Gray właśnie która się tu udziela wokalnie. Chwaliłem ten utwór wcześniej i chwalę go nadal, to był dobry wybór na wrzutę IMO. W podobnie bujającym tonie - lecz z dużo większym odciskiem disneyowskiego baśniowego klimatu - jest otwierający album Moonlight, choć przyznam że wydaje mi się to odrobinę nietypowy numer na otwarcie albumu bo jest najbardziej kołysankowy, acz naprawdę ładny. Wracając do radiowych bangerów takowym jest tu z pewnością Into You utrzymane w bardziej współczesnych klubowych klimatach, ok, znów jest to raczej mid-tempo ale to nadal dobrze bujający kawałek z chwytliwym refrenem. Całkiem niezły jest utrzymany w disco klimacie Greedy, znów BUJA ale tym razem funky bicikiem uzupełnionym o typowe disco smyczki, Ariana ładnie wchodzi tu w rolę divy rodem ze Studio 54. Bad Decisions jest też całkiem wkrętne, ale załapałem go dopiero jak zacząłem słuchać wersji 11 utworowej, wcześniej wśród 15 tracków ginął trochę pod koniec xd Side To Side to taki wakacyjny reggae bangerek w stylu Rihanny bardziej i co zabawne kiedy Nicki w kawałku woła "Ariana" brzmi to trochę jak "A Rihanna" xD spoko gitarka i bicik, prawdę mówiąc dla mnie najsłabszym elementem jest chyba ta Nicki Minaj na goścince, zresztą prawda jest taka że te rapowe gościnki niczego fajnego nie wnoszą na tym albumie IMO, bo zarówno Lil Wayne jak i Future dla mnie meh. Momenty kiedy Ariana skręca w takie bardziej klimaty z getta pasują mi tam jak pięść do nosa. W całym tym zestawie zamykające album Thinking Bout You jest jednak chyba zbyt mdłe i możliwe że najbardziej nijakie.
Dangerous Woman to płyta raczej lekka i nawet przyjemna w odsłuchu, dopieszczona jak przystało na pierwszoligowy radiowy pop XXI wieku. Ariana zgrabnie lawiruje pomiędzy słodkimi balladami, tanecznymi numerami i tymi skręcającym i bardziej w trapowe klimaty. Myślę że jak ktoś lubi takie klimaty to się z pewnością nie zawiedzie, ja powracając po latach powiedzmy że odkryłem tu jeszcze parę dobrych album tracków, jednak chyba żaden nie był tak dobry jak Be Alright które jednak z jakiegoś powodu tkwiło w mej głowie przez ten czas od premiery albumu. Na plusik wyróżnienie dla Greedy, Bad Decisions i Moonlight ale czy doczekają powrotów - nie wiem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak tam idzie Panowie? ^^
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Powoli, bo niebezpieczna kobieta jest.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13775
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bo to zła kobieta - BYŁA.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup