Best of Forum V
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, kurde 9 dni już leci, Wujas odstaw te łychę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Z wrzutami się bujali 3 dni, z reckami tydzień, chyba im się wydaje że już wakacje mają czy co 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Gene Harris - Losalamitoslatinfunklovesong
Golas atakuje utworem o wybitnie długim tytule, za to wybitnie krótkim, jak na tak długi tytuł. Czy ja określiłbym to mianem pavulon-funku... cóż, być może xD Letniaczek jak diabli, czuć znów lata 70., słońce, plaża, kajaki, etc. Ciekawe, że gdy usłyszałem "refren", ustrzeliło mnie mocno, że chyba znam ten numer i gdzieś go przy jakiejś okazji słyszałem. Jaka to była okazja? Nie wiem, ale lato wchodzi na pełnej, a przecież wciąż mamy wiosnę. Bardzo przyjemny numer, lajtowy, luźny, nic, tylko leżeć na piasku albo w lesie na kocyku i gapić się w niebo (bo dlaczegoby nie). Brzmi jak plan dla mnie na nadchodzący weekend (tak myślę).
Jimi Hendrix Doświadczenie - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Hien mimowolnie kontynuuje klimat, ale w nieco inny sposób. Tzn. jak ten kawałek poleciał po Losalamitosblablabla, to właściwie czułem się, jakbym dostał w mordę sequelem, tylko z mocniej zarysowanymi gitarami. Jest niemal ten sam luz, co powyżej, odrobina funku, trochę jazzu (niemal zupełnie, jak w tytule pewnej płyty Throbbing Gristle). Na Hendrixa moja ekspozycja w ciągu trwania mojego żywota była niemal zerowa, także jeśli to miałaby być brama wejściowa, to jestem bardziej niż zadowolony. Tempo numeru, wokal Jimiego, świetne wiosła, i dalej leci lato, jak gdyby nigdy nic. Cieszyć się? Nie widzę inaczej. Jestem zachwycony <3 (nawet z tą długością).
Tim Hecker - Black Phase
Dragon zapodaje mi mroczniejszą elektronikę w momencie, w którym tego nie potrzebuję, a i tak dostaję (i nie mam wyjścia xD). Utwór buduje napięcie przez cały czas swojego trwania, ale napięcie to w ogóle się nie rozładowuje, tylko siedzi gdzieś tam z tyłu, rośnie i grozi. Podnosi wielką łapę, która za chwilę może mi przyp*erdolić, ale ona jedynie bierze się za drapanie pleców potwora. Tym razem uniknąłem ciosu. Jednocześnie muza taka jest dla mnie wyjątkowo pociągająca do pewnego zatracenia się w jej klimacie. Trochę ciężko w tej chwili, może to przez tę pogodę za oknem, ale znak jakości musi być, nie widzę inaczej. Przyjdzie moment, że sprawdzę więcej.
EnglandNewOrder - World in Lotion
Mintaj z kolei wali w mordę nie oglądając się na kogokolwiek innego. Chyba nie będzie lepszej okazji niż Mistrzostwa Piłki Kopanej, więc timing wyborny. Numer oczywiście znam na wylot, i muszę przyznać, że o ile od momentu mojego poznania tegoż w roku 2005 miałem mieszane uczucia względem i muzy i tekstu i tej piłkarskiej wstawki pseudo rapu, tak z każdym kolejnym rokiem podobał mi się coraz bardziej (dziś moja ulubiona inkarnacja to Subbuteo Mix, polecam). Wyjątkowo fajny kawałek, New Order u szczytu, klimat Technique jest, Sumner nadużywający słowa "love" w tekście też, wszystko gites majonez. I jeszcze ten chór na końcu (IN-GER-LAND!!!1!!!1111122). Łatwy prejz.
Clean Bandit - Rockabye
Plus ficzery, ale nie to najważniejsze. A raczej chciałbym, aby nie było. Clean Bandit znam, mają 2 fajne numery, które bardzo lubię i jest mocno prawdopodobne, że jeden z nich wleci za rok do bestki (się okaże). Co do tego... Anne-Marie już tu była solo i była zdecydowanie lepsza od tego. Ten zvocoderowany głos robiący za instrument po refrenie jest straszny, Sean Paul podobnie, numer mógłby równie dobrze wyprodukować Pitbull. Niby czuć letni klimat, wakacje nad morzem etc., ale chyba wolę inne rzeczy. Nie wolę tego, to zdecydowanie. Niestety, tym razem nie będzie prejzów, żadnych, za bardzo przemęczyłem ten kawałek. Może następnym razem.
Golas atakuje utworem o wybitnie długim tytule, za to wybitnie krótkim, jak na tak długi tytuł. Czy ja określiłbym to mianem pavulon-funku... cóż, być może xD Letniaczek jak diabli, czuć znów lata 70., słońce, plaża, kajaki, etc. Ciekawe, że gdy usłyszałem "refren", ustrzeliło mnie mocno, że chyba znam ten numer i gdzieś go przy jakiejś okazji słyszałem. Jaka to była okazja? Nie wiem, ale lato wchodzi na pełnej, a przecież wciąż mamy wiosnę. Bardzo przyjemny numer, lajtowy, luźny, nic, tylko leżeć na piasku albo w lesie na kocyku i gapić się w niebo (bo dlaczegoby nie). Brzmi jak plan dla mnie na nadchodzący weekend (tak myślę).
Jimi Hendrix Doświadczenie - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Hien mimowolnie kontynuuje klimat, ale w nieco inny sposób. Tzn. jak ten kawałek poleciał po Losalamitosblablabla, to właściwie czułem się, jakbym dostał w mordę sequelem, tylko z mocniej zarysowanymi gitarami. Jest niemal ten sam luz, co powyżej, odrobina funku, trochę jazzu (niemal zupełnie, jak w tytule pewnej płyty Throbbing Gristle). Na Hendrixa moja ekspozycja w ciągu trwania mojego żywota była niemal zerowa, także jeśli to miałaby być brama wejściowa, to jestem bardziej niż zadowolony. Tempo numeru, wokal Jimiego, świetne wiosła, i dalej leci lato, jak gdyby nigdy nic. Cieszyć się? Nie widzę inaczej. Jestem zachwycony <3 (nawet z tą długością).
Tim Hecker - Black Phase
Dragon zapodaje mi mroczniejszą elektronikę w momencie, w którym tego nie potrzebuję, a i tak dostaję (i nie mam wyjścia xD). Utwór buduje napięcie przez cały czas swojego trwania, ale napięcie to w ogóle się nie rozładowuje, tylko siedzi gdzieś tam z tyłu, rośnie i grozi. Podnosi wielką łapę, która za chwilę może mi przyp*erdolić, ale ona jedynie bierze się za drapanie pleców potwora. Tym razem uniknąłem ciosu. Jednocześnie muza taka jest dla mnie wyjątkowo pociągająca do pewnego zatracenia się w jej klimacie. Trochę ciężko w tej chwili, może to przez tę pogodę za oknem, ale znak jakości musi być, nie widzę inaczej. Przyjdzie moment, że sprawdzę więcej.
EnglandNewOrder - World in Lotion
Mintaj z kolei wali w mordę nie oglądając się na kogokolwiek innego. Chyba nie będzie lepszej okazji niż Mistrzostwa Piłki Kopanej, więc timing wyborny. Numer oczywiście znam na wylot, i muszę przyznać, że o ile od momentu mojego poznania tegoż w roku 2005 miałem mieszane uczucia względem i muzy i tekstu i tej piłkarskiej wstawki pseudo rapu, tak z każdym kolejnym rokiem podobał mi się coraz bardziej (dziś moja ulubiona inkarnacja to Subbuteo Mix, polecam). Wyjątkowo fajny kawałek, New Order u szczytu, klimat Technique jest, Sumner nadużywający słowa "love" w tekście też, wszystko gites majonez. I jeszcze ten chór na końcu (IN-GER-LAND!!!1!!!1111122). Łatwy prejz.
Clean Bandit - Rockabye
Plus ficzery, ale nie to najważniejsze. A raczej chciałbym, aby nie było. Clean Bandit znam, mają 2 fajne numery, które bardzo lubię i jest mocno prawdopodobne, że jeden z nich wleci za rok do bestki (się okaże). Co do tego... Anne-Marie już tu była solo i była zdecydowanie lepsza od tego. Ten zvocoderowany głos robiący za instrument po refrenie jest straszny, Sean Paul podobnie, numer mógłby równie dobrze wyprodukować Pitbull. Niby czuć letni klimat, wakacje nad morzem etc., ale chyba wolę inne rzeczy. Nie wolę tego, to zdecydowanie. Niestety, tym razem nie będzie prejzów, żadnych, za bardzo przemęczyłem ten kawałek. Może następnym razem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos zapowiedział się na dziś, zatem jutro lecimy z następną kolejką.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Gene Harris - Losalamitoslatinfunklovesong
Nie wiem czy użyłbym określenia "pavulon funk" mimo jego zgrabności, ale LENIWY na pewno i chyba poniekąd zdeterminowało mi ono słuchanie tego kawałka. I to do tego stopnia, że ciężko mi określić go innym terminem i zarazem stałem się tak leniwy, że nawet nie chce mi się szukać innych. Mam takie wrażenie, że swego czasu kolega Jaca wrzucał bardzo podobne utwory z dość dużą (a na pewno większą niż np. w tym roku) regularnością i może to nie sprawia jakbym się czuł jakoś znacznie młodszy, bo umówmy się - już wtedy byłem starym pierdzielem, ale miło mi ugościć w tej zabawie stary, dobry funk z powrotem. Kto wie, czy to właśnie przez to, że dawno takiej muzyki nie słyszałem ta wrzuta zaskoczyła mi jakoś bardziej. W każdym razie jest to rzecz przyjemna, bardzo klimatyczna, buja w taki przyjemny, niezobowiązujący sposób, no i nie umiem o niej myśleć inaczej niż pozytywnie. Banał na banale? Trudno, Losamitocośtam sprawia, że czuję się jakbym leżał z drinkiem pod palemką i nie chce mi się szukać ekstraordynarnych i wyrafinowanych określeń na to. Oprócz muzyki jeszcze daję plusik okładce, bo wygląda jak estetyczniejsza wersja moich z DW i sprzedam wam trivię w postaci tego, że moje KLF z tejże zabawy to też był OST pod okres, w którym nie chciało mi się za bardzo wychodzić z domu.
The Jimi Hendrix Experience - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Okej, o ile wrzuta Murzyna była przebłyskiem z nieodległej przeszłości, tak kolega Jakub sprzedał mi sentymentalnego kopa, sięgającego czasów gdy byłem MŁODYM DOROSŁYM. Podchodziłem w tamtym czasie do Hendrixa parę dobrych razy, bo wiecie - legenda, ikona, wszyscy propsują, super gitara, jak nie słuchasz to jesteś pedziem itd. itp. I jakoś tak odbiłem się - nie aż tak, by go szkalować, ale w mojej świadomości właśnie zapisał się bardziej jako symbol niż ktoś, kogo mógłbym faktycznie słuchać. No i n-ty raz dziękuję za tę zabawę - nie chcę używać górnolotnych twierdzeń, że odczarowałem sobie kolejnego wykonawcę coś tam coś tam blablabla, bo na pewno na to za wcześnie, ale jakiś krok w tym kierunku został podjęty i ziarno zasiane. W każdym razie ciężko żeby było inaczej, skoro dostałem kapitalne kilkanaście minut pełne groove'u, kwaśnego klimatu, świetnej gitary (i tu pełna zgoda z tym, że żadnego popisywania się nie ma, tylko jest wręcz krystalicznie czysty KUNSZT) i w ogole to bym se mógł do środy wypisywać te banały. Genialna wrzuta.
Tim Hecker - Black Phase
Szanuję za podjęcie się wyzwania przemycenia tu Heckera. Ja kolesia bardzo cenię i szanuję, ale chyba za słabo znam, by go tu wrzucać i nawet nie za bardzo wiem co mógłbym przy tym napisać. Gdyby tylko istniała jakaś inna zabawa forumowa, która by ode mnie nie wymagała opisywania swoich wrzut...Tak czy siak mam z nim mniej więcej to samo co z Coltrane'm - słucham od święta, ale raz na jakiś czas MUSZĘ i za każdym razem jest to dla mnie coś, przy czym DOZNAJĘ. Love Streaming słabo pamiętam, RYM twierdzi, że słuchałem gdy wychodziło i ja mu w tej materii wierzę. Dostałem tu to samo, co na każdym innym Heckerze czyli napierdalanie drone'm, rzężenie, glitche i faktycznie arcyklimatyczną i pedalską okładkę. Trochę ostatnio spędzam czasu z ludźmi, którzy siedzą i nawet próbują coś tworzyć w takich klimatach, nigdy od nich nie stroniłem i tutaj też jestem w domu. Kolejny raz w tej edycji wracam tam gdzie byłem i kolejny raz - z sukcesem.
Clean Bandit - Rockabye (feat. Sean Paul & Anne-Marie)
Kolejny comeback i kolejny do roku pańskiego 2016. Chyba, nie kojarzę tej NUTKI z lata tamtego roku - szczerze mówiąc im dalej w las, tym bardziej do mnie dociera jak bardzo PRZEJŚCIOWY był to w moim życiu okres, bo jedną nogą byłem tym cholernym studenciakiem zamulaczem na garnuszku rodziców, a z drugiej spędzałem dni i noce we Wrocławiu z ówczesną partnerką, do której wkrótce miałem się wprowadzić. Radio Eska mogłem gdzieś usłyszeć - czy to w busie, którym regularnie wyruszałem w trasy na linii Pałecznica-Kraków-Wrocław, czy to w Golfie 2 brata (nie mylić z albumem Charli XCX), czy może jeszcze w jakichś innych okolicznościach przyrody, ale w każdym razie na pewno nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Brzmi to jak wszystko z tego radia w tamtym czasie, rozumiem okoliczności w których ten kawałek "zaskoczył" shodanowi, ale ja podziękuję.
Deutsch-Amerikanische Freundschaft - Prinzessin
Nie za bardzo wiem co fartownego w śmierci na atak serca przed pandemią, ale ja chyba jestem po ludzku głupi, więc nie będę w to wnikać. Skupię się na muzyce. Welp, jakkolwiek to zabrzmi, dostałem dokładnie to, co sobie wyobrażałem po przeczytaniu nazwy. Czyli zimne jak Pepsi leżące w zamrażalniku miesiąc oraz marszowe jak coś co jest marszowe elektro z post-punkowym sznytem i wokalem brzmiącym jakby przemówienie na kongresie NDSAP. Generalnie nawet spoko, ale chyba nie załapałem się na okienko, w którym mógłbym się w takie brzmienie wkręcić i mieć sentyment, bo ja jestem zwolennikiem tezy, że trzeba mieć specyficzny mindset na taką muzykę i ciężko o podjarę nią po pewnym tam roku życia. Doceniam, bardziej na zasadzie... hmmm użytkowej, bo myślę, że pasowałoby nieźle do ścieżki dźwiękowej, ale sam z siebie nie włącze tego raczej więcej niż 18 razy przez resztę życia.
I śmiesznie się złożyło, bo niby są tu rzeczy, które odstają, a jedna to nawet BARDZO, ale nie przeszkadza mi to, bo ci co dowieźli zrekompensowali mi to z nawiązką. Chyba wolę takie kolejki niż te "bezpieczne", bo jakoś tak zawsze się okazuje, że do tych, gdzie na nic nie narzekam prawie w ogóle nie wracam.
Nie wiem czy użyłbym określenia "pavulon funk" mimo jego zgrabności, ale LENIWY na pewno i chyba poniekąd zdeterminowało mi ono słuchanie tego kawałka. I to do tego stopnia, że ciężko mi określić go innym terminem i zarazem stałem się tak leniwy, że nawet nie chce mi się szukać innych. Mam takie wrażenie, że swego czasu kolega Jaca wrzucał bardzo podobne utwory z dość dużą (a na pewno większą niż np. w tym roku) regularnością i może to nie sprawia jakbym się czuł jakoś znacznie młodszy, bo umówmy się - już wtedy byłem starym pierdzielem, ale miło mi ugościć w tej zabawie stary, dobry funk z powrotem. Kto wie, czy to właśnie przez to, że dawno takiej muzyki nie słyszałem ta wrzuta zaskoczyła mi jakoś bardziej. W każdym razie jest to rzecz przyjemna, bardzo klimatyczna, buja w taki przyjemny, niezobowiązujący sposób, no i nie umiem o niej myśleć inaczej niż pozytywnie. Banał na banale? Trudno, Losamitocośtam sprawia, że czuję się jakbym leżał z drinkiem pod palemką i nie chce mi się szukać ekstraordynarnych i wyrafinowanych określeń na to. Oprócz muzyki jeszcze daję plusik okładce, bo wygląda jak estetyczniejsza wersja moich z DW i sprzedam wam trivię w postaci tego, że moje KLF z tejże zabawy to też był OST pod okres, w którym nie chciało mi się za bardzo wychodzić z domu.
The Jimi Hendrix Experience - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Okej, o ile wrzuta Murzyna była przebłyskiem z nieodległej przeszłości, tak kolega Jakub sprzedał mi sentymentalnego kopa, sięgającego czasów gdy byłem MŁODYM DOROSŁYM. Podchodziłem w tamtym czasie do Hendrixa parę dobrych razy, bo wiecie - legenda, ikona, wszyscy propsują, super gitara, jak nie słuchasz to jesteś pedziem itd. itp. I jakoś tak odbiłem się - nie aż tak, by go szkalować, ale w mojej świadomości właśnie zapisał się bardziej jako symbol niż ktoś, kogo mógłbym faktycznie słuchać. No i n-ty raz dziękuję za tę zabawę - nie chcę używać górnolotnych twierdzeń, że odczarowałem sobie kolejnego wykonawcę coś tam coś tam blablabla, bo na pewno na to za wcześnie, ale jakiś krok w tym kierunku został podjęty i ziarno zasiane. W każdym razie ciężko żeby było inaczej, skoro dostałem kapitalne kilkanaście minut pełne groove'u, kwaśnego klimatu, świetnej gitary (i tu pełna zgoda z tym, że żadnego popisywania się nie ma, tylko jest wręcz krystalicznie czysty KUNSZT) i w ogole to bym se mógł do środy wypisywać te banały. Genialna wrzuta.
Tim Hecker - Black Phase
Szanuję za podjęcie się wyzwania przemycenia tu Heckera. Ja kolesia bardzo cenię i szanuję, ale chyba za słabo znam, by go tu wrzucać i nawet nie za bardzo wiem co mógłbym przy tym napisać. Gdyby tylko istniała jakaś inna zabawa forumowa, która by ode mnie nie wymagała opisywania swoich wrzut...Tak czy siak mam z nim mniej więcej to samo co z Coltrane'm - słucham od święta, ale raz na jakiś czas MUSZĘ i za każdym razem jest to dla mnie coś, przy czym DOZNAJĘ. Love Streaming słabo pamiętam, RYM twierdzi, że słuchałem gdy wychodziło i ja mu w tej materii wierzę. Dostałem tu to samo, co na każdym innym Heckerze czyli napierdalanie drone'm, rzężenie, glitche i faktycznie arcyklimatyczną i pedalską okładkę. Trochę ostatnio spędzam czasu z ludźmi, którzy siedzą i nawet próbują coś tworzyć w takich klimatach, nigdy od nich nie stroniłem i tutaj też jestem w domu. Kolejny raz w tej edycji wracam tam gdzie byłem i kolejny raz - z sukcesem.
Clean Bandit - Rockabye (feat. Sean Paul & Anne-Marie)
Kolejny comeback i kolejny do roku pańskiego 2016. Chyba, nie kojarzę tej NUTKI z lata tamtego roku - szczerze mówiąc im dalej w las, tym bardziej do mnie dociera jak bardzo PRZEJŚCIOWY był to w moim życiu okres, bo jedną nogą byłem tym cholernym studenciakiem zamulaczem na garnuszku rodziców, a z drugiej spędzałem dni i noce we Wrocławiu z ówczesną partnerką, do której wkrótce miałem się wprowadzić. Radio Eska mogłem gdzieś usłyszeć - czy to w busie, którym regularnie wyruszałem w trasy na linii Pałecznica-Kraków-Wrocław, czy to w Golfie 2 brata (nie mylić z albumem Charli XCX), czy może jeszcze w jakichś innych okolicznościach przyrody, ale w każdym razie na pewno nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Brzmi to jak wszystko z tego radia w tamtym czasie, rozumiem okoliczności w których ten kawałek "zaskoczył" shodanowi, ale ja podziękuję.
Deutsch-Amerikanische Freundschaft - Prinzessin
Nie za bardzo wiem co fartownego w śmierci na atak serca przed pandemią, ale ja chyba jestem po ludzku głupi, więc nie będę w to wnikać. Skupię się na muzyce. Welp, jakkolwiek to zabrzmi, dostałem dokładnie to, co sobie wyobrażałem po przeczytaniu nazwy. Czyli zimne jak Pepsi leżące w zamrażalniku miesiąc oraz marszowe jak coś co jest marszowe elektro z post-punkowym sznytem i wokalem brzmiącym jakby przemówienie na kongresie NDSAP. Generalnie nawet spoko, ale chyba nie załapałem się na okienko, w którym mógłbym się w takie brzmienie wkręcić i mieć sentyment, bo ja jestem zwolennikiem tezy, że trzeba mieć specyficzny mindset na taką muzykę i ciężko o podjarę nią po pewnym tam roku życia. Doceniam, bardziej na zasadzie... hmmm użytkowej, bo myślę, że pasowałoby nieźle do ścieżki dźwiękowej, ale sam z siebie nie włącze tego raczej więcej niż 18 razy przez resztę życia.
I śmiesznie się złożyło, bo niby są tu rzeczy, które odstają, a jedna to nawet BARDZO, ale nie przeszkadza mi to, bo ci co dowieźli zrekompensowali mi to z nawiązką. Chyba wolę takie kolejki niż te "bezpieczne", bo jakoś tak zawsze się okazuje, że do tych, gdzie na nic nie narzekam prawie w ogóle nie wracam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Przepraszam za spóźnienie, no ale Euro nie leci co tydzień.
Gene Harris – Losalamitoslatinfunklovesong
Murzyn wraca z muzyką, którą szczególnie na początku bestek atakował dosyć często. Na początku trochę kręciłem nosem, bo brakowało mi tutaj wokalu i przelatywało to zbyt niepostrzeżenie. Ale w sumie rzeczywiście jakiś wokal tam jest. Może niewiele, ale robi robotę. Ten tekst rzeczywiście dobrze pasował do sytuacji Jacka w tamtym okresie. Poza tym klimat jest znakomity. Właśnie szykuję się do urlopu i do wakacyjnego wyjazdu. Będę niebawem leżał sobie pod palemkami nad oceanem indyjskim z drinkiem w ręku i zapewne dobrze będzie się w tych warunkach słuchać takiej muzyki. Przypomniałem sobie, że mam na Spotify murzynową playlistę z tymi funkowymi utworami. Dorzucam więc obowiązkowo i ten numer i zabieram ze sobą.
The Jimi Hendrix Experience - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Nigdy nie załapałem fazy na Hendrixa. No ale w młodości ja takich rzeczy w ogóle nie słuchałem. A nawet szeroko omijałem. Teraz przez kilka odsłuchów też w sumie mehałem. Szczerze się nudziłem i nie potrafiłem tego odpowiednio załapać. Ale okazało się, ze czasami nie warto się spieszyć. Lepiej czasami narazić się na ponaglenia w bestce i bycie ostatnim marudą, niż pochopnie coś skreślić. Coś, co na skreślenie nie zasługuje. Bo o dziwo dopiero wczoraj przyszedł moment, że Jimi do mnie przemówił! Nagle wszystko zaczęło się kleić. Tak u mnie czasami bywa. Nagły przeskok, zaskok i muzyka, która chwilę temu mnie nużyła znienacka zaczyna działać jak należy. Więc z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że podoba mi się i jestem nawet żywo zainteresowany czymś więcej. Rzeczywiście jak na wirtuoza gitary nie ma tu szaleństwa, ale to dobrze. Klimat utworu jest naprawdę dobry, wokal znakomity. Ta niejako oszczędność na gitarach myślę nawet działa na plus. Ciekawy jestem, jak by Hendrix na mnie zadziałał z tymi swoimi grubymi solówkami. No nic, trzeba po prostu sprawdzić. A już na pewno album, z którego pochodzi ten utwór.
Tim Hecker - Black Phase
Tu na początku też nie byłem przekonany, bo o ile początek mi się podobał, to później trochę się nudziłem. Ale jednak ten chropowaty klimat do mnie przemówił z czasem. Te chóralne zaśpiewy są super. Zawsze lubiłem takie motywy, bo dodają utworowi takiej pewnej upiorności. W dalszej części one wciąż są, chociaż w innej formie i mocno w tle. Ale działają. Fajne też te organy w tle. W sumie na przestrzeni tych 6 minut za dużo się nie dzieje, ale nic nie szkodzi. Jest klimat, a to najważniejsze. Po raz trzeci jestem zaciekawiony sprawdzeniem czegoś więcej. Muszę sobie stworzyć listę rzeczy do odsłuchu i dopisywać kolejne pozycje, bo jednak tak z pamięci to potem za dużo ucieka i idzie w zapomnienie.
New Order - World in Motion
W młodości miałem na NO ogromną fazę. Teraz traktuję ten zespół podobnie do PSB, czyli słucham raczej nie za często, ale niezmiennie szanuję i lubię. Szczególnie ten okres z lat 80’ i 90’. W ogóle to mi wystarczy, że słyszę wokal Sumnera i od razu morda mi się śmieje. Lubię gościa bardzo bez względu na to, czy rzeczywiście fałszuje, czy też nie. W ogóle to ja ten utwór słabo znam i nie wiedziałem, że to był jakiś piłkarski hymn. A w tamtych czasach byłem przecież większym fanem piłkarskiej reprezentacji Anglii niż Polski. Jak czytam nazwiska piłkarzy, którzy brali udział w nagraniach, to od razu robi mi się ciepło na duszy. Fajne te stadionowe zaśpiewy i okrzyki. Jako hymn piłkarski utwór wypada rewelacyjnie. W ogóle to dobry i optymistyczny numer.
Deutsch-Amerikanische Freundschaft – Prinzessin
I na koniec „kroczący” utwór po niemiecku zespołu, którego nie znam, a który za sprawą Hiena już zawsze będzie mi się kojarzył z nazistowskim wiecem.
Lubię utwory utrzymane w takim marszowym rytmie, choć też nie za bardzo przepadam za niemszczyzną. Więc na początku kręciłem nosem, ale się jednak przegryzło na tyle, że już mi nawet ten niemiecki nie przeszkadza. Instrumentarium skromne, ale działa. Jest monotonnie, ale tak ma być skoro to działa. Nawet ten wokal oparty na dwóch nutach działa. Dobrze jest.
Kolejna kolejka, która zapowiadała się słabo, a suma summarum wszystko mi się podobało.
Gene Harris – Losalamitoslatinfunklovesong
Murzyn wraca z muzyką, którą szczególnie na początku bestek atakował dosyć często. Na początku trochę kręciłem nosem, bo brakowało mi tutaj wokalu i przelatywało to zbyt niepostrzeżenie. Ale w sumie rzeczywiście jakiś wokal tam jest. Może niewiele, ale robi robotę. Ten tekst rzeczywiście dobrze pasował do sytuacji Jacka w tamtym okresie. Poza tym klimat jest znakomity. Właśnie szykuję się do urlopu i do wakacyjnego wyjazdu. Będę niebawem leżał sobie pod palemkami nad oceanem indyjskim z drinkiem w ręku i zapewne dobrze będzie się w tych warunkach słuchać takiej muzyki. Przypomniałem sobie, że mam na Spotify murzynową playlistę z tymi funkowymi utworami. Dorzucam więc obowiązkowo i ten numer i zabieram ze sobą.
The Jimi Hendrix Experience - 1983... (A Merman I Should Turn to Be)
Nigdy nie załapałem fazy na Hendrixa. No ale w młodości ja takich rzeczy w ogóle nie słuchałem. A nawet szeroko omijałem. Teraz przez kilka odsłuchów też w sumie mehałem. Szczerze się nudziłem i nie potrafiłem tego odpowiednio załapać. Ale okazało się, ze czasami nie warto się spieszyć. Lepiej czasami narazić się na ponaglenia w bestce i bycie ostatnim marudą, niż pochopnie coś skreślić. Coś, co na skreślenie nie zasługuje. Bo o dziwo dopiero wczoraj przyszedł moment, że Jimi do mnie przemówił! Nagle wszystko zaczęło się kleić. Tak u mnie czasami bywa. Nagły przeskok, zaskok i muzyka, która chwilę temu mnie nużyła znienacka zaczyna działać jak należy. Więc z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że podoba mi się i jestem nawet żywo zainteresowany czymś więcej. Rzeczywiście jak na wirtuoza gitary nie ma tu szaleństwa, ale to dobrze. Klimat utworu jest naprawdę dobry, wokal znakomity. Ta niejako oszczędność na gitarach myślę nawet działa na plus. Ciekawy jestem, jak by Hendrix na mnie zadziałał z tymi swoimi grubymi solówkami. No nic, trzeba po prostu sprawdzić. A już na pewno album, z którego pochodzi ten utwór.
Tim Hecker - Black Phase
Tu na początku też nie byłem przekonany, bo o ile początek mi się podobał, to później trochę się nudziłem. Ale jednak ten chropowaty klimat do mnie przemówił z czasem. Te chóralne zaśpiewy są super. Zawsze lubiłem takie motywy, bo dodają utworowi takiej pewnej upiorności. W dalszej części one wciąż są, chociaż w innej formie i mocno w tle. Ale działają. Fajne też te organy w tle. W sumie na przestrzeni tych 6 minut za dużo się nie dzieje, ale nic nie szkodzi. Jest klimat, a to najważniejsze. Po raz trzeci jestem zaciekawiony sprawdzeniem czegoś więcej. Muszę sobie stworzyć listę rzeczy do odsłuchu i dopisywać kolejne pozycje, bo jednak tak z pamięci to potem za dużo ucieka i idzie w zapomnienie.
New Order - World in Motion
W młodości miałem na NO ogromną fazę. Teraz traktuję ten zespół podobnie do PSB, czyli słucham raczej nie za często, ale niezmiennie szanuję i lubię. Szczególnie ten okres z lat 80’ i 90’. W ogóle to mi wystarczy, że słyszę wokal Sumnera i od razu morda mi się śmieje. Lubię gościa bardzo bez względu na to, czy rzeczywiście fałszuje, czy też nie. W ogóle to ja ten utwór słabo znam i nie wiedziałem, że to był jakiś piłkarski hymn. A w tamtych czasach byłem przecież większym fanem piłkarskiej reprezentacji Anglii niż Polski. Jak czytam nazwiska piłkarzy, którzy brali udział w nagraniach, to od razu robi mi się ciepło na duszy. Fajne te stadionowe zaśpiewy i okrzyki. Jako hymn piłkarski utwór wypada rewelacyjnie. W ogóle to dobry i optymistyczny numer.
Deutsch-Amerikanische Freundschaft – Prinzessin
I na koniec „kroczący” utwór po niemiecku zespołu, którego nie znam, a który za sprawą Hiena już zawsze będzie mi się kojarzył z nazistowskim wiecem.
Kolejna kolejka, która zapowiadała się słabo, a suma summarum wszystko mi się podobało.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jestem szczerze zaskoczony, że Hendrix zebrał prejz od wszystkich. Spodziewałem się, że Murzyn i Seba może polubią (chociaż w przypadku Murzyna nie można nigdy zakładać, że mu się coś spodoba), ale reszta mnie zadziwiła swoją reakcją. Typowe best of na tym forum. Lecimy dalej, przywalę pierwszy żebyście się musieli namęczyć, jak po tym wjechać.
Kate Bush – Nocturn
Mimo wszystko, zaskakuje mnie, że po ponad 2 latach, i tak mocno spóźniony, wjeżdżam z Kate Bush jako trzeci. Długo miotałem się z tym, co wrzucić, bo jednak KB jest dla mnie wyjątkowo istotnym wykonawcą, i tych utworów życia trochę się nazbierało. Jeden kandydat odpadł, bo pojawi się w kontekście albumowym, drugi też, bo nie szło go nigdzie wpakować. W końcu mnie jednak olśniło. Ostatecznie, wrzuta KB pielęgnuję niejako pewną moją gębę gościa, który wrzuca albumy, lub piosenki z albumów, które #nikogo. Jakieś najnowsze wydawnictwa zespołów, których ostatni hit wyszedł w 92 roku, numery z popowych wydawnictw zespołów uber-progresywnych, itd.
O ile „Aerial” trudno nazwać płytą, która nikogo nie obchodzi, to jednak nie wymienia jej się jednym tchem z albumami uważanymi za szczytowe osiągnięcia Kate Bush. I szczerze mówiąc, nie wiem czemu, bo niczego mu nie brakuje, ale też wiadomo jak to działa, i co na to wpływa. Szkoda czasu, żeby się o tym rozpisywać.
„Nocturn” uderzył mnie podczas pobytu wakacyjnego, bo po prostu idealnie współzaistniał z przestrzenią, ogromem i głębią morza. O tym, jak otoczenie wpływa na odbieranie muzyki, można napisać książkę. Jednocześnie nie chce sugerować, że bez tego kawałek nie działa, bo działa zawsze. To są jakieś takie moje osobiste pierdy. Taka to jest muzyka, że każdy tutaj pływa z nią w swoim oceanie i tyle.
Nie chce mi się i nie za bardzo wiem, co napisać o utworze, bo wyjdzie bełkot, a wy i tak musicie posłuchać i sami wyczarować coś w głowie. Klimat wylewa się tutaj na wszystkie strony. Klasycznej bushowej psychodeliki jest tutaj mało, ale to nie ważne, gwarantuję, że jest co trzeba.
Wokal Kate Bush miażdży. To, ile ta babka jest w stanie zawrzeć melodii w swoim śpiewie, nie przestanie mnie zadziwiać. Cieszę się, że w końcu dołączam do elitarnego grona wrzucających KB.
https://youtu.be/enLfQ_dPuqE?list=OLAK5 ... _M0pOhHnCQ
Kate Bush – Nocturn
Mimo wszystko, zaskakuje mnie, że po ponad 2 latach, i tak mocno spóźniony, wjeżdżam z Kate Bush jako trzeci. Długo miotałem się z tym, co wrzucić, bo jednak KB jest dla mnie wyjątkowo istotnym wykonawcą, i tych utworów życia trochę się nazbierało. Jeden kandydat odpadł, bo pojawi się w kontekście albumowym, drugi też, bo nie szło go nigdzie wpakować. W końcu mnie jednak olśniło. Ostatecznie, wrzuta KB pielęgnuję niejako pewną moją gębę gościa, który wrzuca albumy, lub piosenki z albumów, które #nikogo. Jakieś najnowsze wydawnictwa zespołów, których ostatni hit wyszedł w 92 roku, numery z popowych wydawnictw zespołów uber-progresywnych, itd.
O ile „Aerial” trudno nazwać płytą, która nikogo nie obchodzi, to jednak nie wymienia jej się jednym tchem z albumami uważanymi za szczytowe osiągnięcia Kate Bush. I szczerze mówiąc, nie wiem czemu, bo niczego mu nie brakuje, ale też wiadomo jak to działa, i co na to wpływa. Szkoda czasu, żeby się o tym rozpisywać.
„Nocturn” uderzył mnie podczas pobytu wakacyjnego, bo po prostu idealnie współzaistniał z przestrzenią, ogromem i głębią morza. O tym, jak otoczenie wpływa na odbieranie muzyki, można napisać książkę. Jednocześnie nie chce sugerować, że bez tego kawałek nie działa, bo działa zawsze. To są jakieś takie moje osobiste pierdy. Taka to jest muzyka, że każdy tutaj pływa z nią w swoim oceanie i tyle.
Nie chce mi się i nie za bardzo wiem, co napisać o utworze, bo wyjdzie bełkot, a wy i tak musicie posłuchać i sami wyczarować coś w głowie. Klimat wylewa się tutaj na wszystkie strony. Klasycznej bushowej psychodeliki jest tutaj mało, ale to nie ważne, gwarantuję, że jest co trzeba.
Wokal Kate Bush miażdży. To, ile ta babka jest w stanie zawrzeć melodii w swoim śpiewie, nie przestanie mnie zadziwiać. Cieszę się, że w końcu dołączam do elitarnego grona wrzucających KB.
https://youtu.be/enLfQ_dPuqE?list=OLAK5 ... _M0pOhHnCQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No to teraz powinienem poważnie zastanowić się nad doborem wrzuty dla ładnej kontynuacji klimatu zapodanego przez Kubę. Ale chwilowo odpowiedniej wrzutki nie mam tudzież nie czuję niestety.
Trochę nie miałem pomysłu w którą stronę teraz pójść, więc niech będzie że będę kontynuuował ten mój nowy cykl "zanim byli znani" który rozpoczął się wrzutą Eminema. Kiedyś i tak to musiało nastąpić więc niech będzie że mnie Wuj trochę popchnął do tej wrzutki.
Sean Paul - No Bligh
(1998)
Sean Paul był na pewnym etapie mojego życia artystą dla mnie istotnym a nawet mógłbym śmiało powiedzieć że ulubionym. Było to w początkowych latach jego międzynarodowej kariery kiedy jego muzyka dotarła do naszego kraju i SP zaczął pojawiać się dosłownie wszędzie, wczesne lata 2000., powiedzmy 2002-2004 to był czas kiedy rap i r&b śmielej dominowały mainstream i królowały na listach przebojów, w ślad za nimi poszła też muzyka dancehallowa. Sean Paul wydał wtedy swój album Dutty Rock i jego przeboje latały w radio i tv na całym świecie, jego postać była istotnym odkryciem, był na fali i wkrótce zaczął pojawiać się gościnnie w utworach różnych artystów jak Beyonce, Blu Cantrell czy Busta Rhymes, był jak przyprawa która poprawiała smak każdej potrawy, muzyczny odpowiednik Maggi. Bardzo lubiłem Dutty Rock i często piracka kopia tej płyty śmigała w mojej wieży w tamtym czasie. O ile większość ludzi po tej stronie Atlantyku tak kojarzyć może jego początki to jednak początki jego kariery sięgają dużo wcześniej.
Sean Paul karierę zaczynał jeszcze pod koniec lat 90. Przełomowym momentem kiedy trochę przebił się do świadomości słuchaczy w USA był udział w utworze Top Shotter nagranym na ścieżkę dźwiękową do filmu Belly (główne role zagrali tam DMX i Nas) on sam pojawił się tam nawet w drobnym cameo wykonując utwór na scenie. Debiutancki album Stage One wydał w roku 2000., zawierał on sporo materiału nagranego jeszcze końcówce lat 90. jak choćby moja dzisiejsza wrzutka - No Bligh. Mógłbym wybrać wiele innych numerów ale podejrzewam że hity każdy gdzieś słyszał a kto Was uraczy jakimś obskjurem jak nie ja? Kawałek ten po raz pierwszy pojawił się w 1998 roku na składance Dancehall 1998. Tu muszę wtrącić drobną trivię nt. produkcji muzycznej i tego jak traktowana jest ona w muzyce dancehallowej a zwłaszcza ragga. Czym właściwie jest ragga - tego sam długo nie wiedziałem a odpowiedź jest prosta, jest to po prostu "digital reggae" a więc reggae na cyfrowych, elektronicznych podkładach, często zawierające rapowane zwrotki w jamajskim dialekcie. O ile w muzyce popularnej zazwyczaj prejzuje się dążenie do oryginalności a wykorzystywanie cudzej muzyki w formie powiedzmy bezczelnego samplingu czy coverowania bywa czasem postrzegane jako pójście po linii najmniejszego oporu o tyle w produkcji ragga dancehall jest normalną tradycją że dany podkład (w muzyce ragga nazywany słowem riddim) wykorzystywany jest wielokrotnie. Raz na jakiś czas pojawia się jakiś nowy riddim który zostaje w momencie swojej premiery spopularyzowany przez kilku jamajskich artystów na raz, czasem przybierając nazwę najpopularniejszego z nich (choć to nie reguła).
Autorem podkładu do mojej dzisiejszej wrzutki był niejaki Donovan Germain, podkład ten znany jest jako "Up Close & Personal riddim", nazwę biorąc od utworu Buju Bantona nagranego na nim. Podoba mi się bardzo ten riddim i to co brzmi jak cyfrowa marimba przygrywająca w refrenie wraz z synthem który pobrzmiewa z kolei nieco muzyką hinduską jakby. Ta melodia marimby jest nieskomplikowana a jednocześnie potwornie mi się wkręciła i mnie zawsze buja i skłania do gibania xD Sean Paul klasycznie ze swoim słowotokiem ale ja po prostu bardzo lubię jego wokal który wyróżnia go od czarnych wykonawców tego gatunku muzyki. Utwór traktuje o trudnościach w relacji z kobietą która zdaje się gra jego uczuciami, nie docenia jego starań i doprowadza swoim zachowaniem do rozpaczy ("no bligh" znaczy mniej wiecej tyle co "brak wyrozumiałości/litości"). Osobiście najbardziej lubię właśnie wczesny etap jego kariery utrzymany w dancehallowych klimatach, z końcem pierwszej dekady lat zerowych jednak odszedł nieco od swoich jamajskich brzmień, zmienił fryz ze swoich charakterystycznych warkoczyków na irokeza i zaczął zaliczać popowe numery z Duą Lipą czy właśnie wujkową Anne-Marie i Clean Bandit, tym samym straciłem zainteresowanie jego muzyką. Dziś lubię wracać do jego muzyki przeważnie ciepłą wiosną i latem kiedy udziela mi się pozytywny, wakacyjny nastrój.
No Bligh:
https://youtu.be/EjDOoeC56B0?si=QfrGMYbc9hir5wsU
Trochę nie miałem pomysłu w którą stronę teraz pójść, więc niech będzie że będę kontynuuował ten mój nowy cykl "zanim byli znani" który rozpoczął się wrzutą Eminema. Kiedyś i tak to musiało nastąpić więc niech będzie że mnie Wuj trochę popchnął do tej wrzutki.
Sean Paul - No Bligh
(1998)
Sean Paul był na pewnym etapie mojego życia artystą dla mnie istotnym a nawet mógłbym śmiało powiedzieć że ulubionym. Było to w początkowych latach jego międzynarodowej kariery kiedy jego muzyka dotarła do naszego kraju i SP zaczął pojawiać się dosłownie wszędzie, wczesne lata 2000., powiedzmy 2002-2004 to był czas kiedy rap i r&b śmielej dominowały mainstream i królowały na listach przebojów, w ślad za nimi poszła też muzyka dancehallowa. Sean Paul wydał wtedy swój album Dutty Rock i jego przeboje latały w radio i tv na całym świecie, jego postać była istotnym odkryciem, był na fali i wkrótce zaczął pojawiać się gościnnie w utworach różnych artystów jak Beyonce, Blu Cantrell czy Busta Rhymes, był jak przyprawa która poprawiała smak każdej potrawy, muzyczny odpowiednik Maggi. Bardzo lubiłem Dutty Rock i często piracka kopia tej płyty śmigała w mojej wieży w tamtym czasie. O ile większość ludzi po tej stronie Atlantyku tak kojarzyć może jego początki to jednak początki jego kariery sięgają dużo wcześniej.
Sean Paul karierę zaczynał jeszcze pod koniec lat 90. Przełomowym momentem kiedy trochę przebił się do świadomości słuchaczy w USA był udział w utworze Top Shotter nagranym na ścieżkę dźwiękową do filmu Belly (główne role zagrali tam DMX i Nas) on sam pojawił się tam nawet w drobnym cameo wykonując utwór na scenie. Debiutancki album Stage One wydał w roku 2000., zawierał on sporo materiału nagranego jeszcze końcówce lat 90. jak choćby moja dzisiejsza wrzutka - No Bligh. Mógłbym wybrać wiele innych numerów ale podejrzewam że hity każdy gdzieś słyszał a kto Was uraczy jakimś obskjurem jak nie ja? Kawałek ten po raz pierwszy pojawił się w 1998 roku na składance Dancehall 1998. Tu muszę wtrącić drobną trivię nt. produkcji muzycznej i tego jak traktowana jest ona w muzyce dancehallowej a zwłaszcza ragga. Czym właściwie jest ragga - tego sam długo nie wiedziałem a odpowiedź jest prosta, jest to po prostu "digital reggae" a więc reggae na cyfrowych, elektronicznych podkładach, często zawierające rapowane zwrotki w jamajskim dialekcie. O ile w muzyce popularnej zazwyczaj prejzuje się dążenie do oryginalności a wykorzystywanie cudzej muzyki w formie powiedzmy bezczelnego samplingu czy coverowania bywa czasem postrzegane jako pójście po linii najmniejszego oporu o tyle w produkcji ragga dancehall jest normalną tradycją że dany podkład (w muzyce ragga nazywany słowem riddim) wykorzystywany jest wielokrotnie. Raz na jakiś czas pojawia się jakiś nowy riddim który zostaje w momencie swojej premiery spopularyzowany przez kilku jamajskich artystów na raz, czasem przybierając nazwę najpopularniejszego z nich (choć to nie reguła).
Autorem podkładu do mojej dzisiejszej wrzutki był niejaki Donovan Germain, podkład ten znany jest jako "Up Close & Personal riddim", nazwę biorąc od utworu Buju Bantona nagranego na nim. Podoba mi się bardzo ten riddim i to co brzmi jak cyfrowa marimba przygrywająca w refrenie wraz z synthem który pobrzmiewa z kolei nieco muzyką hinduską jakby. Ta melodia marimby jest nieskomplikowana a jednocześnie potwornie mi się wkręciła i mnie zawsze buja i skłania do gibania xD Sean Paul klasycznie ze swoim słowotokiem ale ja po prostu bardzo lubię jego wokal który wyróżnia go od czarnych wykonawców tego gatunku muzyki. Utwór traktuje o trudnościach w relacji z kobietą która zdaje się gra jego uczuciami, nie docenia jego starań i doprowadza swoim zachowaniem do rozpaczy ("no bligh" znaczy mniej wiecej tyle co "brak wyrozumiałości/litości"). Osobiście najbardziej lubię właśnie wczesny etap jego kariery utrzymany w dancehallowych klimatach, z końcem pierwszej dekady lat zerowych jednak odszedł nieco od swoich jamajskich brzmień, zmienił fryz ze swoich charakterystycznych warkoczyków na irokeza i zaczął zaliczać popowe numery z Duą Lipą czy właśnie wujkową Anne-Marie i Clean Bandit, tym samym straciłem zainteresowanie jego muzyką. Dziś lubię wracać do jego muzyki przeważnie ciepłą wiosną i latem kiedy udziela mi się pozytywny, wakacyjny nastrój.
No Bligh:
https://youtu.be/EjDOoeC56B0?si=QfrGMYbc9hir5wsU
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
no nie mają litości z tym Polem Szonem
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
się ciesz że nie wleciał w albumowej... jeszcze 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Hintermass - The Apple Tree (2016)
Cate Brooks strikes again, ale tym razem w duecie. Duecie bez nazwisk wyrażonych wprost, albowiem tutaj jest to mikrozespół. Obok wspaniałej postaci za King of Woolworths, The Advisory Circle, The Belbury Circle (współpraca z Belbury Poly), The Pattern Forms, Woodbines and Spiders oraz chowającej się choćby za pseudonimem Georges Vert, stoi Timothy Felton, a więc gitarzysta nieistniejącej już legendarnej grupy Broadcast (niestety nieistniejącej, jej oś, czyli wokalistka Trish Keenan zmarła nagle na zapalenie płuc w 2011 roku).
Tutaj Felton robi za wokalistę, podobnie jak w swoim własnym (też już nieistniejącym) para-krautrockowym zespole Seeland. Muzyka jest... specyficzna, połączenie typowych dla Ghost Box cudów retroelektronicznych (wszak Cate Brooks jest współzałożycielką tej wytwórni), ale też trochę klimatów folkowych, guitar pop w stylu Evy Cassidy albo - nieprzymierzając - swoboda i tajemniczość godne Nicka Drake'a (ale to - oczywiście - moja opinia). Generalnie nic, tylko brać, słuchać, próbować i zapoznawać się (polecam też cały krążek, Hien prejzował).
Hintermass powstało w 2011 roku, wypuścili jeden singiel w ghostboxowej serii Study Series, a potem nowy (zresztą wrzucany właśnie przeze mnie) numer dopiero na drugiej oficjalnej kompilacji zbierającej podopiecznych studia Ghost Box o nazwie In a Moment... Ghost Box (wraz z tym wielokropkiem lol). Kawałek ten miał być zapowiedzią nadchodzącego długogrającego debiutu. Ten miał premierę w marcu 2016, i wtedy też posłuchałem go po raz pierwszy. Ale też wolę wracać do niego jesienią, zwłaszcza do numeru tytułowego. Dlaczego więc wrzucam go teraz?
Bo czaiłem się na moment, w którym doskonale poreluję z tekstem, którego treść mniej lub bardziej wprost (jednak bardziej jak się wsłuchać) orbituje wokół, well, idei grzechu pierworodnego i odpowiedzialności zań. Czy Hintermass to religijny zespół? W żadnym razie, cała ta tematyka to piękna metafora. Metafora, której zasadnicza idea kryje się we frazie, jaką możnaby uznać za refren: "(...)I hope and pray, everyday, should you stay far away". Niech ktoś inny teraz mierzy się z konsekwencjami brania "gift from the apple tree".
https://youtu.be/6Y_vXsHmrbc?si=rrWrkJQwagSxyl2u
Cate Brooks strikes again, ale tym razem w duecie. Duecie bez nazwisk wyrażonych wprost, albowiem tutaj jest to mikrozespół. Obok wspaniałej postaci za King of Woolworths, The Advisory Circle, The Belbury Circle (współpraca z Belbury Poly), The Pattern Forms, Woodbines and Spiders oraz chowającej się choćby za pseudonimem Georges Vert, stoi Timothy Felton, a więc gitarzysta nieistniejącej już legendarnej grupy Broadcast (niestety nieistniejącej, jej oś, czyli wokalistka Trish Keenan zmarła nagle na zapalenie płuc w 2011 roku).
Tutaj Felton robi za wokalistę, podobnie jak w swoim własnym (też już nieistniejącym) para-krautrockowym zespole Seeland. Muzyka jest... specyficzna, połączenie typowych dla Ghost Box cudów retroelektronicznych (wszak Cate Brooks jest współzałożycielką tej wytwórni), ale też trochę klimatów folkowych, guitar pop w stylu Evy Cassidy albo - nieprzymierzając - swoboda i tajemniczość godne Nicka Drake'a (ale to - oczywiście - moja opinia). Generalnie nic, tylko brać, słuchać, próbować i zapoznawać się (polecam też cały krążek, Hien prejzował).
Hintermass powstało w 2011 roku, wypuścili jeden singiel w ghostboxowej serii Study Series, a potem nowy (zresztą wrzucany właśnie przeze mnie) numer dopiero na drugiej oficjalnej kompilacji zbierającej podopiecznych studia Ghost Box o nazwie In a Moment... Ghost Box (wraz z tym wielokropkiem lol). Kawałek ten miał być zapowiedzią nadchodzącego długogrającego debiutu. Ten miał premierę w marcu 2016, i wtedy też posłuchałem go po raz pierwszy. Ale też wolę wracać do niego jesienią, zwłaszcza do numeru tytułowego. Dlaczego więc wrzucam go teraz?
Bo czaiłem się na moment, w którym doskonale poreluję z tekstem, którego treść mniej lub bardziej wprost (jednak bardziej jak się wsłuchać) orbituje wokół, well, idei grzechu pierworodnego i odpowiedzialności zań. Czy Hintermass to religijny zespół? W żadnym razie, cała ta tematyka to piękna metafora. Metafora, której zasadnicza idea kryje się we frazie, jaką możnaby uznać za refren: "(...)I hope and pray, everyday, should you stay far away". Niech ktoś inny teraz mierzy się z konsekwencjami brania "gift from the apple tree".
https://youtu.be/6Y_vXsHmrbc?si=rrWrkJQwagSxyl2u
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Oj cieszę, cieszę, choć pewnie wykrakałem... czyjś przepalony slot w albumówce
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Tropical Fuck Storm - You Let My Tyres Down (2018)
Jak już jakaś płyta ugryzie cię w kuper to nie ma odwrotu. Nie ma przypadków, są znaki, wiadomo. Tak musiało być o podobnej porze sześć lat temu. Ostatnie ciągoty do sprawdzania nowinek wysoko lądujących w rankingach tak często przytaczanych przeze mnie lub Sebę. Nie było innej opcji wyjść na spotkanie stoner hałasom z silnym korzeniem bluesowym w tle. Brzmi dostatecznie wyjątkowo. Do tego pomogła urocza, pstrokata, choć też lekko niepokojąca okładka. Tutaj się zaczęło, ślad tej znajomości chyba przetrwał na mojej fejsbukowej ściance. Zażarło i trzymało w pewnym stopniu nawet do czasu pandemii. Drugą płytę też sprawdziłem. Trochę gorsza niż debiut TFS (kontynuacja/przedłużenie The Drones, może ktoś coś, bo ja nie sprawdzałem), ale co by nie marudzić - Australijczycy umieją klimatycznie nakurzać. You Let My Tyres Down otwiera temat. Piękne gitarki, trochę zrezygnowany, zmęczony wokal. Całość ewoluuje w coraz poważniejszy meltdown. Zrobi się hałaśliwie pod koniec, ale będzie jeszcze przyjemnie dobijająca klamra.
Dziś udziela mi się podobny klimat jak te sześć lat temu. Między dobrymi zdarzeniami, a różnymi wątpliwościami, jakimś niedosytem. Ten moment, gdy niepotrzebnie rozkminiasz, ale z drugiej strony zaczyna się dziać trochę inaczej niż wcześniej, mniej przyjemnie, sympatycznie. Wtedy stojąc po zajęciach na przystanku Piłsudskiego-Fredry wchodziła spora odcinka od świata. Muzyka podbijała wrażenie lekkiej chujni. Nic satysfakcjonującego. Przynajmniej dobrze sobie ulżyć na artystyczną modłę. Przelatując oczami listę potencjalnych wrzutek odpaliłem ten numer bez większego przekonania. Siada jak wtedy w odpowiednich okolicznościach. Dalej pamiętam teksty z niektórych kawałków, jak one w ogóle przebiegają. To znaczy warto się podzielić, tak myślę.
https://www.youtube.com/watch?v=uay9CAqWXx8
Jak już jakaś płyta ugryzie cię w kuper to nie ma odwrotu. Nie ma przypadków, są znaki, wiadomo. Tak musiało być o podobnej porze sześć lat temu. Ostatnie ciągoty do sprawdzania nowinek wysoko lądujących w rankingach tak często przytaczanych przeze mnie lub Sebę. Nie było innej opcji wyjść na spotkanie stoner hałasom z silnym korzeniem bluesowym w tle. Brzmi dostatecznie wyjątkowo. Do tego pomogła urocza, pstrokata, choć też lekko niepokojąca okładka. Tutaj się zaczęło, ślad tej znajomości chyba przetrwał na mojej fejsbukowej ściance. Zażarło i trzymało w pewnym stopniu nawet do czasu pandemii. Drugą płytę też sprawdziłem. Trochę gorsza niż debiut TFS (kontynuacja/przedłużenie The Drones, może ktoś coś, bo ja nie sprawdzałem), ale co by nie marudzić - Australijczycy umieją klimatycznie nakurzać. You Let My Tyres Down otwiera temat. Piękne gitarki, trochę zrezygnowany, zmęczony wokal. Całość ewoluuje w coraz poważniejszy meltdown. Zrobi się hałaśliwie pod koniec, ale będzie jeszcze przyjemnie dobijająca klamra.
Dziś udziela mi się podobny klimat jak te sześć lat temu. Między dobrymi zdarzeniami, a różnymi wątpliwościami, jakimś niedosytem. Ten moment, gdy niepotrzebnie rozkminiasz, ale z drugiej strony zaczyna się dziać trochę inaczej niż wcześniej, mniej przyjemnie, sympatycznie. Wtedy stojąc po zajęciach na przystanku Piłsudskiego-Fredry wchodziła spora odcinka od świata. Muzyka podbijała wrażenie lekkiej chujni. Nic satysfakcjonującego. Przynajmniej dobrze sobie ulżyć na artystyczną modłę. Przelatując oczami listę potencjalnych wrzutek odpaliłem ten numer bez większego przekonania. Siada jak wtedy w odpowiednich okolicznościach. Dalej pamiętam teksty z niektórych kawałków, jak one w ogóle przebiegają. To znaczy warto się podzielić, tak myślę.
https://www.youtube.com/watch?v=uay9CAqWXx8
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Może i ŚWIAT W RUCHU faktycznie nie jest zbyt obskjur, nie wiem, nie znam się. Niemniej znowu widzę, że znowu raczej trafiłem, może nie aż tak jak edycję wcześniej, ale ktoś tam pochwalił, ktoś nawet bardziej pochwalił i generalnie widzę pozytywny odbiór, a to mnie cieszy
Gówno - Wieloryb
Młodzież pokroju dragona czy innego shodana może tego nie pamiętać, ale jeszcze nie tak dawno temu dostęp do muzyki nie był aż tak prosty jak teraz - zamiast dwóch kliknięć by odpalić Spotify trzeba było ich dokonać przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście, bo trzeba było odpalić dajmy na to Soulseeka, wklepać ten tytuł, sprawdzić czy się coś udostępniało, sprawdzić tagi itd. i odpalić płytę w Foobarze. Absolutnie przewalone!
Gówno kojarzy mi się z tymi czasami - tu pewnie jest jakiś potencjał do przezabawnej gry słów sugerującej że mam niezbyt wysublimowany gust, ale nie znam się na żartach. W każdym razie, ruszając wtedy na szaber zazwyczaj byłem przygotowany w "listę zakupów", czyli jakieś albumy, które chciałem obczajać, ale od czasu zdarzało mi się sięgać po jakieś rzeczy z tzw. zupełnie innej beczki z powodów typu spodobała mi się nazwa przeglądając udostępnione utwory jakiegoś randoma.
Czy muszę pisać, że tak było w przypadku projektu o nazwie Gówno - To Nie jest prostytutka Pink Floyd?
Ponieważ kochałem i kocham Pink Floyd, nie jestem w pełni przekonany do tak krótkich, gitarowych form oraz nie jestem miłośnikiem muzycznych wygłupów nie było innego logicznego wyjścia - musiałem się zakochać w tym albumie. Może nie na zabój, może nie jest to moje top of the tops, ale mam jakąś słabość do tego projektu (co śmieszne, już poważniejsze Nagrobki tych samych ludzi zupełnie mnie nie ruszają).
No po tym długim i bezsensownym wstępie przechodzę do sedna, czyli pięknej i smutnej historii o wielorybie, który był ostatnią rybą, którą zabili i już nie mieszka w lesie, bo go ścięli czy coś no i poza tym to jest mu smutno, bo jest samotny. Nie znam się na poezji, nie podejmę się próby omawania tego dzieła literackiego, bo jestem ciupcianym debilem.
W każdym razie, mimo tego, w jakiś sposób ten kawałek doktnął arcyważnej struny mojego życia. Może to przez przepiękne solo na delfinie butlonosym, może przez to COŚ, a może cegła mi spadła na głowę. Jestem ciekaw czy podzielicie moje odczucia, więc nie przeciągam. Bierzcie i słuchajcie tego.
Kwestia natury technicznej - wyjątkowo wrzucam wersję z teledyskiem, świadom tego, że bestka teledyskowa raczej nie odżyje oraz z racji tego, że na YT najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć innej.
https://www.youtube.com/watch?v=od-jMrp9FVY
Gówno - Wieloryb
Młodzież pokroju dragona czy innego shodana może tego nie pamiętać, ale jeszcze nie tak dawno temu dostęp do muzyki nie był aż tak prosty jak teraz - zamiast dwóch kliknięć by odpalić Spotify trzeba było ich dokonać przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście, bo trzeba było odpalić dajmy na to Soulseeka, wklepać ten tytuł, sprawdzić czy się coś udostępniało, sprawdzić tagi itd. i odpalić płytę w Foobarze. Absolutnie przewalone!
Gówno kojarzy mi się z tymi czasami - tu pewnie jest jakiś potencjał do przezabawnej gry słów sugerującej że mam niezbyt wysublimowany gust, ale nie znam się na żartach. W każdym razie, ruszając wtedy na szaber zazwyczaj byłem przygotowany w "listę zakupów", czyli jakieś albumy, które chciałem obczajać, ale od czasu zdarzało mi się sięgać po jakieś rzeczy z tzw. zupełnie innej beczki z powodów typu spodobała mi się nazwa przeglądając udostępnione utwory jakiegoś randoma.
Czy muszę pisać, że tak było w przypadku projektu o nazwie Gówno - To Nie jest prostytutka Pink Floyd?
Ponieważ kochałem i kocham Pink Floyd, nie jestem w pełni przekonany do tak krótkich, gitarowych form oraz nie jestem miłośnikiem muzycznych wygłupów nie było innego logicznego wyjścia - musiałem się zakochać w tym albumie. Może nie na zabój, może nie jest to moje top of the tops, ale mam jakąś słabość do tego projektu (co śmieszne, już poważniejsze Nagrobki tych samych ludzi zupełnie mnie nie ruszają).
No po tym długim i bezsensownym wstępie przechodzę do sedna, czyli pięknej i smutnej historii o wielorybie, który był ostatnią rybą, którą zabili i już nie mieszka w lesie, bo go ścięli czy coś no i poza tym to jest mu smutno, bo jest samotny. Nie znam się na poezji, nie podejmę się próby omawania tego dzieła literackiego, bo jestem ciupcianym debilem.
W każdym razie, mimo tego, w jakiś sposób ten kawałek doktnął arcyważnej struny mojego życia. Może to przez przepiękne solo na delfinie butlonosym, może przez to COŚ, a może cegła mi spadła na głowę. Jestem ciekaw czy podzielicie moje odczucia, więc nie przeciągam. Bierzcie i słuchajcie tego.
Kwestia natury technicznej - wyjątkowo wrzucam wersję z teledyskiem, świadom tego, że bestka teledyskowa raczej nie odżyje oraz z racji tego, że na YT najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć innej.
https://www.youtube.com/watch?v=od-jMrp9FVY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
shodan jak nie wiesz co wrzucić, to ściągaj ode mnie 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujas, ale wrzuty no serio można sobie chwilę wcześniej uszykować, bo zaraz się zacznie zwalanie na Euro, itd.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zaraz wakacje, Ocean Indyjski i wyjebongo hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To Euro to wyjątkowo cienka wymówka
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Chyba że Wujek jeździ po Niemczech 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup