Wow. Po prostu wow, zostałem wręcz zmasakrowany krindżem, który atakuje ze wszystkich stron (na pewno z trzech, btw, nie rozumiem, o co chodzi z tym tytułem, choć może jednak rozumiem, tylko słabo to do mnie dociera). To, co jest w tym numerze dobre, to podkład. Bicik fajny, muzyka fajna, ta delikatna gitarka w tle ma wyjątkowo uspokajający charakter, całkiem zgrabnie zresztą brzmi głos Gonix. Problemem jest - oczywiście - tekst. Tak, wiem, trudno dobrze pisać po polsku, zwłaszcza lovesongi (coś o tym wiem), a zwłaszcza te, które przemycają nieco erotyki (a ten przemyca jej nad wyraz dużo). W związku z czym całość tworzy dawkę niemal śmiertelną, tylko trochę wygładzoną dobrą muzyką i ogólnym wajbem kawałka. Sama końcówka w ogóle miodna, mógłbym po prostu słuchać wersji instrumentalnej i byłoby git. Swoją drogą, cieszę się, że nie wleciał numer o spóźniającym się okresie - mogło być jeszcze gorzej. A okładki na wszelki wypadek nie skomentuję.
Labrinth - The Rain
Euphorii nie oglądałem, ale to chyba już o tym mówiłem raz czy dwa. Generalnie bawi mnie koncept serialu, który jest wyobrażeniem życia zoomerów przez boomerów (bo nawet nie millenialsów), i jest w tym tak bardzo daleki od prawdy, jak to tylko możliwe. Zendayę widziałem tylko w Challengersach (dobry film btw, zgrabny sportowy thriller), nie zwracałem na nią uwagi muzycznie. Hien np. jedzie po tym kawałku, ja zaś będę mniej rygorystyczny - faktycznie, polotu i lekkości niektórych wrzutek Wujasa to nie ma, ale nie jest jakoś masakrycznie źle, czuć jedynie może troszkę za mocno, że mamy do czynienia z produkcją świeżą, a na pewno w moim odbiorze - gdyż po prostu WSZYSTKO w tym stylu obecnie brzmi mi podobnie, by nie powiedzieć, że identycznie. Labrintha nie nazwę też nie wiadomo jak doskonale utalentowanym muzykiem z głową do pisania świetnych melodii, ale nie jest to też męczące. Takie 3, w porywach 3 z plusem.
Nik Kershaw - Wouldn't It Be Good
Na prośbę wrzucającego wklejam swój tekst dla tej wrzutki, którą - jak już wiecie - Hien mi zawinął
"Pszę Państwa, przed Państwem powrót do ejtisów, albowiem dev bez ejtisów długo nie pociągnie. A tak się składa, że przypada zaraz "pełnoletnia" rocznica miesiąca, w którym mi odwalało na punkcie tego numeru. Mowa o sierpniu 2006 oczywiście, gdyby ktoś średnio potrafił w matematykę. Sam kawałek znałem już od jakiegoś 2003, może 2004 roku, dzięki - rzecz jasna - MTV Classic. Ale nie tylko sam utwór był tutaj ważne, również towarzyszący mu - naprawdę udany - wideoklip. Serio, kto nie zna niech zobaczy, raz, że wyszło ciekawie technicznie biorąc pod uwagę okoliczności czasowe jego powstawania, a dwa, że jest po prostu fajny pod względem, że tak to ujmę, fabularnym, i dobrze rezonuje z tekstem piosenki. Tekstem, z którym też na różne sposoby relowałem tamtym latem 2006, kiedy to przeżyłem pierwszy "prawdziwy" (w sensie taki prawdziwie zaangażowany i prawdziwie nastoletni) heartbreak, zaś kawałek ten stał się dla mnie swego rodzaju sejf spejsem. Po pierwsze - jest świetny muzycznie. Po drugie - tekst właśnie, warstwa liryczna (z którą teraz reluję jeszcze bardziej, acz na trochę innych poziomach) wyszła wprost fantastycznie i dla mnie charakter jakiegoś końca, ostatecznego złożenia broni w dowolnej właściwie toczonej przez siebie walce, gdzie już zwyczajnie ma się wszystkiego dosyć i nadszedł czas rzucenia tegoż wszystkiego w kąt i ucieczki. Dla samego siebie zresztą, ucieczki jako aktu buntu wobec konieczności brania udziału w pozbawionych sensu bojach. Taki to ze mnie interpretator. Jednocześnie refren może być rozumiany dwojako - albo jako komunikat wydawany przez podmiot liryczny, albo do podmiotu lirycznego kierowany, co w ciekawy sposób zmienia jego optykę. Tak czy inaczej - piosenka jest zacna i hui. Zassałem ją po raz pierwszy z - uwaga, uwaga - forum80s.pl, gdzie podniecało się nią bardzo wiele osób. Nie dziwota zresztą. Warto dodać, że gość, który ją wlepił na dawno już nieistniejące YouSendIt, wepchnął tam również linki do innych Kershawa kawałków, tj. singli z tej samej płyty (Human Racing, jego debiut) i dzięki temu zorientowałem się, że dobrze znam takie I Won't Let the Sun Go Down on Me, zaś przy okazji poznałem Dancing Girls, które też było bardzo fajne. Sporo później w ogóle ściągnąłem całą płytę... No, ale wracając, zapamiętałem to jeszcze z jednego powodu - gość, który wrzucał ten numer nie omieszkał wspominać w każdym dosłownie wstawianym przez siebie poście, że właściwie to jest potwornie niski i na pewno nikogo sobie z tego powodu nie znajdzie, ale może jest dla niego nadzieja, albowiem Kershaw też był (jest) potwornie niski. Do dziś pamiętam ksywę tego typa, ale ją na wszelki wypadek przemilczę (choć było to niemal 20 lat temu). Także, Kershaw z tym konkretnym utworem to był mój sierpień 2006 i, choć był to zły sierpień, to jednocześnie dzięki temu kawałkowi nie był taki straszny. I każdy późniejszy okres, kiedy go katowałem, też nie był aż tak straszny. No bo... Kershaw! I Wouldn't It Be Good, zapraszam."
Na marginesie - nie miałem pojęcia, że Placebo nagrało własną wersję lol.
VRIL - Verkunstungstraktat
Dragon zapodaje techno. I to dobre techno, a dobre techno lubimy, oj lubimy. Prosty bit, parę przeszkadzajek w tle i właściwie mamy przepis na gotowy numer, z tym, że lepiej wchodziłby w zaciemnionym klubie, niekoniecznie zaś wówczas, kiedy siedzę przed kompem w domu na zadupiu. No, nie można mieć wszystkiego. Szkoda o tyle, że aż się chce do tego poruszać. Pod spokojniejsze tempo żywota szukam jednak czegoś mocniej ambientowego. Still - Niemcy po prostu umieją w taką muzykę i tyle, co tu więcej dodawać. Właściwie... Nie wiem, co więcej w ogóle mogę napisać, to jest po prostu bardzo dobre i tyle. Zdecydowanie wolę taką odsłonę Smokowskiego od trwających wieczność progów (nawet, jeśli w wielu przypadkach okazują się być całkiem niezłe). Propsy!
Videosex - Detektivska Priča
Jestem prawie pewien, że widziałem kopertę od tej płyty (winylowej ofc) wystawioną w belgradzkim Muzeum Jugosławii ten miesiąc temu z niewielkim okładem. Nie interesowało mnie to jednak na tyle, by robić foty albumom, kiedy wokół były komunistyczne bibeloty i tysiąc wersji popiersia Tity. Niemniej jednak utwór brzmi... cokolwiek intrygująco, ale też po prostu spoko. Ot, synthpop w stylu Trans-X, ale z zupełnie innego, niemal zażelaznokurtynowanego świata (tak, wiem, że Jugosławii tam nie było, ale to tylko dla zmyłki). Raptem 3 minuty, fajna perka, przyjemne klawisze (najfajniejszy jest ten basik w tle), chwytliwy refren, którego nie mogę wywalić z głowy od już kilku dni lol. Uciekanie po nocy przed policją automatycznie nasuwa skojarzenia z pewnym teledyskiem Falco, zaś za nawiązanie do romansów Musiała już należy się dodatkowy punkt, a nawet dwa. Bardzo zgrabny numer jak na państwo, które niedługo później rozleciało się bardziej niż Jefferson Airplane czy Boney M. Propsuję za ten wybór, powiedzieć, że przypadł mi do gustu, to nie powiedzieć wiele ^^