Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 wrz 2024 14:58

Słuchanie muzyki to najlepsza rzecz dla leniwych
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 wrz 2024 15:30

Słuchanie może i tak ale wiesz - te RECKI, nikt nie lubi prac domowych
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 wrz 2024 19:32

Kury - P.O.L.O.V.I.R.U.S.

Już wcześniej dawałem do zrozumienia, że ta recenzja nie będzie pozytywna, bo album mi się nie podobał. Właściwie najprościej byłoby przekopiować wypowiedź Hiena, bo generalnie w dużym stopniu się z nim zgadzam. Zgadzam się też w pewnej kwestii z Murzynem. Ale o tym później. Nie mogłem się zabrać za pisanie tego tekstu, bo naprawdę nie lubię pisać o czymś, co mnie tak bardzo odrzuciło. Tak to już jest, że człowiek wtedy odwleka tę czynność ile się da. Co innego, gdy coś chwyci. Wtedy i zapał do wypowiedzi jest zupełnie inny.
Posłuchałem album z kilkudniowymi przerwami, jak mam zwyczaj to robić. Uważam to za dużo lepszy sposób niż np. trzy szybkie odsłuchy tuż przed deadlinem. Ale w przypadku Kur ten sposób niewiele pomógł. Zbyt dużo tu rzeczy, którymi zwyczajnie nie jestem się w stanie zainteresować. Ba, zbyt dużo tu rzeczy, które zwyczajnie mnie odrzucają. Dragon co zauważyłem w jego opisie jest mocno podjarany od dawna panem Tymańskim i jego twórczością. Ja gościa do niedawna w ogóle nie kojarzyłem nawet. Znałem co prawda utwór Jesienna deprecha, którą parę lat temu sprzedał mi mój szwagier, ale i tak nie miałem pojęcia, kto tam w tym zespole gra. Więc nie ma tu mowy o jakichś uprzedzeniach przed odsłuchem. Podchodziłem do płyty z czystą głową, a wręcz optymizmem za sprawą Jesiennej deprechy. Hien pisze, że Tymański ma talent i nie mam powodu mu nie wierzyć. Problem (dla mnie oczywiście) w tym, że raczej ten talent marnuje na rzeczy typu Polovirus. Sam nie wiem, jakie założenia przyświecały twórcom podczas nagrywania tego albumu. Podejrzewam, że miała to być płyta prześmiewcza, piętnująca jakieś wady społeczeństwa, jakichś ludzi, zachowania. Problem w tym, że jest to zrobione często w tak wulgarny i chamski sposób, że aż mnie odrzuca. Zespół cały czas sprawia wrażenie, że celowo robi sobie jaja z pogrzebu. Może robi, a może mi się tylko tak wydaje, a wszystko jest na poważnie. Do niektórych ludzi to trafia, skoro uważają tę płytę za wręcz kultową. Ja podobnie jak Hien nie lubię, jak ktoś z muzyki robi sobie kabaret. Oczywiście niech sobie ludzie nagrywają takie rzeczy jak mają dla kogo. I niech sobie inni ludzie tego słuchają i się jarają. Nikt nikogo niezainteresowanego przecież na siłę nie zmusza do słuchania takich rzeczy. A wróć. Sęk w tym, ze nasza bestka właśnie zmusza. No i że miałem obowiązek to przesłuchać, to mam też obowiązek się wypowiedzieć.
Jak już pisałem nie lubię zbytnio, jak ktoś robi sobie kabaret i próbuje ludziom wmówić, że to jest muzyka. Dlatego odrzucają mnie te wszystkie Popki, Albańskie gangi, Figo-fagoty itd. Kury w sumie też mogę dołączyć do tej grupy.
Polovirus to mieszanka różnych stylów. Album rozpoczyna się od rasowego disco-polo. Nie znoszę disco-polo, dlatego ten numer na starcie skreśliłem. Do tego jeszcze ten tekst. Ja naprawdę nie przywiązuję uwagi do tekstów, no chyba że jest aż tak zły i bezsensowny, że nie można przejść obok niego obojętnie. Nie wiem naprawdę co przyświecało twórcom przy pisaniu utworu na temat smrodu z ust. Podejrzewam, że chcieli, żeby było niby śmiesznie już od początku. Ale niestety nie jest, albo ja nie potrafię pojąć tego typu żartów. Generalnie panowie wokaliści z Kur mają totalnie beznadziejne głosy, które nadają się do wszystkiego z wyjątkiem śpiewania. Ale w pierwszym utworze chociaż śpiewają w miarę normalnie, jeszcze bez idiotycznych wygłupów.
„Jesienna deprecha”. Tutaj zdania nie zmieniłem i nadal uwielbiam ten utwór. On jest wg mnie totalnie inny od reszty albumu. Ma super melodię, dobrze brzmi, wokaliści nie drażnią jak w innych numerach. Ba, nawet tekst jest spoko. Po prostu to jest muzyka, a nie wydurnianie się. W sumie jak Dragon wrzucał Polovirus to miałem nadzieję, że tam więcej będzie utworów w tym stylu.
"Nie martw się Janusz" zaczyna się od gadanych wokaliz. Coś jakby nadawały jakieś ufoludki. Potem jest instrumentalnie. Połączenie jazzu, elektroniki i gitary całkiem spoko. Ciekawie to brzmi.
„Dlaczego” jest już początkiem totalnego bezsensu. Utwór utrzymany w różnym tempie, co chwila inne wokale. Każdy kolejny gorszy i bardziej kuriozalny od poprzedniego. Tutaj już nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia nie z muzyką, a raczej kabaretem właśnie. Ten tekst jest doprawdy żenujący. Jak usłyszałem „czy lubisz robić gówno”, „czy byłaś wewnątrz psa” albo „czy golisz psitę swą” to nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. W sumie ten tekst jest tak kretyński i absurdalny, że aż w końcu przy 4-5 przesłuchu nawet zacząłem się śmiać. Może właśnie w tym jest jakaś metoda?
„Gadki” sobie odpuszczam w ogóle, bo to tylko pitolenie bez większego sensu.
"Kibolski" odrzuca mnie przede wszystkim wokalem. Boże święty jak ten gość działa mi swoim głosem na nerwy. No i te przekleństwa w refrenach też przesadzone. Tak wiem, że amerykańscy raperzy co chwila madafakują, ale polskie bluzgi dla Polaka są jednak dużo bardziej dosadne.
„Szatany, glany” – kolejny utwór z wygłupami na wokalu. Refren brzmi, jakby to śpiewał pewien skrzat z bajki, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. Refren zresztą to nic innego, jak przerobiona piosenka dla dzieci. Dramat. Tekst generalnie z jakimś tam sensem, ale znowu chooyów za dużo.
„Ideały sierpnia” to jakieś tango z kolejnymi celowo głupawymi wokalami. Muzyka kabaretowa w pełnej krasie. Tyle że w kabarecie bym to zaakceptował. Na albumie niby muzycznym na pewno nie.
„Nie mam jaj” to jakieś reggae z totalnie beznadziejnym tekstem. Już te jaja do końca płyty będą się przewijać z niewiadomych przyczyn. Wokale obowiązkowo głupawe. Jakby wokaliści w każdym utworze próbowali udowodnić, że przecież można zniekształcać głos w jeszcze bardziej chu.jowy i wkurzający sposób niż wcześniej.
„Trygław, cz. II” – znowu wyższy poziom absurdu na wokalu.
W utworze „Szatan” bawi mnie fakt, że tym razem wokalista koniecznie chciał naśladować głosem Michała Wiśniewskiego. Poza tym nie ma tu nic godnego uwagi.
„Mój Dżez” – tutaj muzycznie jest fajnie. Jazzowo. Ale oczywiście wokalista musowo psuje wszystko. A już na końcu to w ogóle robi z siebie durnia. Ale przynajmniej się dowiedziałem, skąd Dragon zapożyczył określenie „ludożerka”. Z tą wiedzą to określenie będzie mnie jeszcze bardziej chyba wkurzać.
„Adam ma dobry humer” – co to w ogóle jest? Ja uważam, że o wojnie powinno się pamiętać, ale na pewno nie śpiewać około wojenne melodie w taki sposób. Czuję tylko niesmak i nic więcej.
Na tym etapie jestem już tym kabaretem tak zmęczony, że nawet nie wiem, o czym były dwa ostatnie utwory. Nie pamiętam, żeby mnie jakoś mocno wkurzyły, a to już na Polovirusie sukces.
Murzyn napisał, że wolałby ten album w wersji instrumentalnej. I tu się z nim zgadzam. Nie, żebym go wtedy chciał słuchać, ale przynajmniej nie byłoby tych beznadziejnych wokali. Jeszcze naprawdę nigdy nie zetknąłem się z albumem, gdzie wokaliści by się tak prześcigali w robieniu z siebie głupków. No i te teksty w wielu przypadkach dobijają gwóźdź do trumny.
Taka płyta może sobie istnieć skoro ma odbiorców, ale nie powinna stać na półce z napisem „muzyka” obok prawdziwych albumów muzycznych. Raczej na innej półce z napisem „muzyka kabaretowa, biesiadno-jajcarska” czy jeszcze jakoś inaczej. Bo prawdziwa piosenka na Polovirusie jest tylko jedna niestety – Jesienna deprecha. No może jeszcze instrumentalny fragment "Nie martw się Janusz". Reszta może nawet co niektórych ludzi śmieszyć, jak są podatni na taki rodzaj żartów. Ale z muzyką to ma już niewiele wspólnego.
Tak że sorry Dragon. Posądziłeś Williamsa przy okazji normalnych popowych utworów o brak szacunku dla słuchacza. To co ja mam teraz pomyśleć o autorach Polovirusa?
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 19 wrz 2024 19:46

Kury - Polovirus

Gdybyśmy tę zabawę organizowali, powiedzmy, w roku 2012 to zamiast pisać te słowa właśnie bym wysyłał listem w butelce pełną agresji i wulgaryzmów, w której obrażałbym go na wszelkiej maści sposoby za podjumanie mi wrzuty. Polovirusa znam bowiem praktycznie całe dorosłe życie - pierwszy raz zetknąłem się z nim jakoś wkrótce po ukończeniu liceum i był to klasyczny przypadek zetknięcia się z czymś w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Bo tak się składa, że po pierwszym odsłuchu byłe totalnie zauroczony i kupiony. PORYTE i absurdalne teksty, pastisz, zabawa konwencją, a to wszystko okraszone naprawdę niezgorszą i nieszablonową warstwą muzyczną - na młokosie, który ledwo co mógł sobie pozwolić na legalny zakup papierosów to robiło ogromne wrażenie.

Minęły jednak lata, ja sam przestałem być naiwnym ignorantem, by stać się zwykłym ignorantem, a Tymon z guru, transcendentalnego geniusza przerastającego ten kraj o trzy długości stał się dla mnie żałosnym, odklejonym i pretensjonalnym groomerem z czerstwym poczuciem humoru. No i nie będę ukrywać - powroty do POLOVIRUSA po skończeniu 26 roku życia nie były tak przyjemne, aczkolwiek nie ukrywam, że ostatni miał miejsce dość dawno temu i byłem nawet ciekaw jak odbiorę tę płytę w 2024 roku.

I generalnie to jest średnio. Są tu momenty fajne, są tu momenty niezłe, są tu momenty, które są przy których się uśmiecham czy po prostu uruchamiam wspomnienia z czasów, kiedy to drzewiej bywało, ale sęk w tym, że to tylko i wyłącznie momenty. Ja najzwyczajniej w świecie się od tej płyty odbiłem.

Powiem nawet więcej i zaryzykuję stwierdzenie, że to nie jest tylko i wyłącznie kwestia tego, że jestem stary, niedołężny i te infantylne wygłupy mnie już nie bawią. Nie szedłbym generalnie w tym kierunku, bo nadal rubasznie się śmieje z takiego South Parku dajmy na to.

Problemem są nie tylko mniej lub bardziej bezpośrednie nawiązania do kultury masowej z tamtego okresu, które albo się zdezaktualizowały, albo są niezrozumiałe. Polovirus reprezentuje bowiem ten typ humoru, z którego można było pewnie boki zrywać w 1997 roku (i doceniać jednocześnie odwagę i bezkompromisowość), prychać w 2011, ale w roku 2024 najwyżej przewracać oczami. Z obecnej perspektywy to i tak najbardziej pozytywna reakcja na jaką mogę sobie pozwolić przy słuchaniu tego pseudolosowego bełkotu.

I ja wiem, że zaraz przyjdzie Robert i powie, że nie rozumiem konwencji, ale sęk w tym, że cedzenie absurdalnych i losowych frazesów częściej mnie żenuje i mierzi niż bawi.

Jeśli miałbym oceniać ten album wyłącznie pod kątem muzycznym, a w sumie to jest tu ważniejsze, to jednak oceniłbym go nieco pozytywniej. Ale z podkreśleniem przy nieco. Cały czas miałem specyficzne uczucie, jakoby ta płyta w pewien sposób nie domagała - gdy męczyła mnie tekstowo, to zaś warstwa muzyczna brzmiała znośnie. I na odwrót, bo też miałem wrażenie, że w paru momentach jak w Kibolskim, czy Nie martw się Janusz instrumentale są przeciągniętę i nużące.

No ale są rzeczy, które można pochwalić i chwalić będę. Nie bez kozery wrzuciłem Jesienną Deprechę w bestce utworowej, bo dla mnie to akurat ten przypadek, który nie tylko zestarzał się jak wino, ale na tle reszty błyszczy niczym coś co błyszczy. Koncept zażarł tutaj JAK TRZA, muzycznie jest fajnie, ale co najważniejsze - udało się opanować zapędy Tymona w napierdalaniu tą słowną sraczką. No i to jest ten tekst, który nie zestarzał się przez te lata o jotę i nie zestarzeje przez najbliższych lat szabanaście - przynajmniej.

Nie mam jaj też jest zabawne i całkiem błyskotliwe. Albo może inaczej - mnie śmieszy. Polskie rege ni grzeje mnie, ni ziębi, ale uważam to za całkiem klawy, sympatyczny i zabawny pastisz, do którego zdarza mi się wracać raz na rok. Szatan zaś w całkiem zabawny sposób daje pstryczka w nos temu całemu przaśnemu polskiemu rockowi z lat 90 typu IRA, którego akurat już nie znoszę - i to szanuję, tak samo jak chwytliwy refren.

Tak szczerze to próbowałem sobie jakoś notować to co mi się podobało, a co mniej, ale tbh odpuściłem gdzieś w połowie, bo praktycznie wszystkie moje notki ograniczały się do pisania, że to nie do końca typ humoru, który mnie przekonuje. xD Niemniej, oddam jeszcze Tymonowi co Tymańskie - Kibolski ma spoko storytelling i fajną warstwę muzyczną, uśmiechnąłem się pod nosem z Trygława, a fraza Sztany, Glany nadal jest chwytliwa.

A w pozostałych przypadkach jest jak jest. Pisałem już o męczącym monologu z Nie Martw Się, Janusz, ale takie Dlaczego też nie wywołało żadnej reakcji na moich kącikach ust. A ten ośmiominutowy, spirutystyczny bełkot o LEMURZE po prostu przeleciał obok mnie i bardzo się z tego powodu cieszę.

Także reasumując i tl;dr - są tu momenty, ale płyta zestarzała się równie źle co ja. Sprawdzić warto, bo jednak jakieś tam piętno ta płyta na polskiej scenie odcisnęła, ale jeśli ktoś nie ma pierdolca na punkcie najtisów i nie będzie wajbować z Tymonem to można się odbić, o czym świadczą pozostałe recenzje gremium.

A Kabaret Olgi Lipińskiej był nudny i przekrzyczany.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 wrz 2024 20:00

Dziękuję pięknie za terminowe powiedzmy dojechanie do mety, za wrzutkę już podziękowałem, to teraz jeszcze Dragon niech nam ślicznie podziękuje za nasze spostrzeżenia i będziemy mogli iść dalej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 wrz 2024 20:23

No faktycznie, Seba, w tej płycie jest mnóstwo aktualnych rzeczy w czasach jej powstania. Z mojego punktu widzenia to fajne, odświeżające odbicie z czymś z nieswojej epoki plus szansa na zagłębienie w klimacik najtisów. Pod tym względem to takie sympatyczne uzupełnienie mojej zajawy Podcastexem, starą telewizją, jakimiś dokumentami z TVP o skrajnych zjawiskach społecznych. Kwestia przyjęcia krótkiego terminu przydatności do spożycia... nie mam jednej reguły, dla mnie to dodatkowa zaleta. Dostrzegam tu więcej uniwersalności ponad różnice w odbiorze humoru czy dostrzegane uproszczenia.

Tymon jak Tymon, szczególnie za tamten okres, a już na pewno w kwestiach artystycznych nie mam mu nic do zarzucenia.

Większość postanowiła popapugować i bojowo odpowiedzieć nawet nie tyle na samą muzykę co sposób jej przedstawienia czy odbioru dla innych. Dzięki temu na 80% rzeczy nie da się zareagować. Charakter tych tekstów najlepiej świadczy o motywacjach i ciekawych założeniach nt. słuchania muzyki. Nasuwa się inne słowo, ale go nie użyję. Jako spokojny człowiek wobec bliźnich pozwolę sobie tego nie komentować.

next
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 wrz 2024 21:15

Startujemy zatem z Gravity the Seducer od grupy Ladytron
devotional pisze:
14 sie 2024 12:31

Ladytron - Gravity the Seducer (2011)

Ladytron Wam już, PT Osoby Forumowe, przedstawiałem. Jakoś niecały rok temu to chyba było... Destroy Everything You Touch, pamiętamy? To chyba ich najbardziej znany singiel. Ciekawe, że właściwie od tego numeru rozpoczęła się moja fascynacja tymże zespołem, o którym do tamtego momentu wiedziałem tylko jedną rzecz - nazwę wzięli od utworu Roxy Music. A, i jedna z wokalistek i parapeciara przy okazji, Mira Aroyo (Bułgarka z pochodzenia), miała ficzer w jednym z numerów na Interplay Johna Foxxa i The Maths. Trochę później dowiedziałem się, że ich macierzysta wytwórnia - tj. Nettwerk - została założona przez ludzi z Moev. No, ale wtedy już Ladytron słuchałem.

Sprzedała mi ich kumpela, która później była jedną z moich współlokatorek na początku mej warszawskiej przygody (już 12 lat temu lol...). Choć Ladytron odkrywałem od bestki i debiutu (późną jesienią 2011), to już wówczas był ukazał się ich najświeższy wtedy krążek, czyli właśnie Gravity the Seducer (swoją drogą świetny tytuł). Zlewałem go jednakowoż z jakichś bliżej niewyjaśnionych powodów aż do późniejszego lata 2012, które dziś potwornie mitologizuję i romantyzuję. Jazda po Łodzi na rowerze, wycieczka do lasu pod Bełchatów, niekończące się spacery przy akompaniamencie powoli (i bardzo majestatycznie) umierającego lata nigdy nie wylecą mi z pamięci. A był to także czas Matthew Deara, Blouse, Wild Nothing... Nocturne chyba też pamiętacie hehe. Gravity the Seducer dołączyło zaraz później.

Co ja mogę napisać... ten krążek daje mi feelsy. Zwłaszcza, że moje z nim zapoznawanie się miało początek na odsłuchu singla Mirage, do którego uwielbiam wracać właśnie o tej porze roku. Przeżywałem wówczas - ain't this a surprise - rozstanie z pewnym dziewczęciem z Krakowa, które to rozstanie miało miejsce w listopadzie roku poprzedniego. Ktoś powie "kurde, minęło trochę czasu". No, tak, ale i dziewczę było dość wyjątkowe (przynajmniej wtedy tak uważałem, dziś jestem cokolwiek odmiennego zdania), także okres smuteczków się rozciągał na przestrzeni miesięcy (zwłaszcza, że znaliśmy się wiele lat wcześniej i parę razy okoliczności spinały nas ze sobą).

Co więc tutaj mamy? Synthpop, trochę alternatywny, trochę w ogóle, trochę hipsterski, trochę ani trochę. Specyficzne akcentowanie i "wymowa" śpiewającej głównej wokalistki - Helen Marnie - może wielu denerwować (mnie czasem denerwuje na pewno, zwłaszcza to obrzydliwie miękkie "r"), ale barwę głosu ma naprawdę świetną. Tu i ówdzie śpiewa jeszcze wyżej wspomniana Mira, 4 numery w ogóle są instrumentalne. Powiedzieć, że mam słabość do tego krążka, to nie powiedzieć wiele. Numery takie jak White Elephant, wymienione już przeze mnie Mirage, Ace of Hz, Moon Palace czy Ninety Degrees są dla mnie prawdziwą bramą do jesieni. Płyta jest ciepła, przyjemna, dosyć czilowa. Mam nadzieję, że chwyci Was tak samo, jak chwyta mnie, rok do roku. Już od 12 lat.

https://youtube.com/playlist?list=PLs9z ... axxPnTkUsl

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 wrz 2024 22:21

Dragon pisze:
19 wrz 2024 20:23
No plus szansa na zagłębienie w klimacik najtisów.
Jako człowiek wychowany głównie w 90sach, nie mam pojęcia co ma piernik do wiatraka.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 wrz 2024 22:54

I nie musisz mieć, ale nie podrzucę poważniejszej dłuższej odpowiedzi, bo będzie, że mam ból dupy.

Poruszana tematyka w tekstach, porównania, nawiązania, rzeczy obśmiewane... na moje to ciekawe uzupełnienie wielu innych tekstów kultury i świadectw lol
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 wrz 2024 03:25

Hien pisze:
19 wrz 2024 22:21
Dragon pisze:
19 wrz 2024 20:23
No plus szansa na zagłębienie w klimacik najtisów.
Jako człowiek wychowany głównie w 90sach, nie mam pojęcia co ma piernik do wiatraka.
No to że on nie może pamiętać jak to było wtedy to teraz nadrabia, w sumie ma prawo mieć inną perspektywę od nas. To co dla nas może być jakimś smutnym flashbackiem dla niego może być interesującym duchologicznym przeżyciem, taką nostalgią za czymś czego nie pamięta, ja tak chyba mam za końcówką PRL-u że ją podświadomie romantyzuję
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 wrz 2024 07:06

Obiecałem Musiałowi że wjadę z recenzją pierwszy jak tylko uruchomię kolejkę zatem nadchodzę, 162 scrobble utworów tej płyty czyli przesłuchałem ją ponad 11 razy patrząc po utworach, myślę że jestem gotowy.

Ladytron - Gravity the Seducer

Powracamy do kolejnego spotkania z grupą Ladytron którą to imć Musiał próbował nam już sprzedawać w bestce utworowej. Z tego co pamiętam to... w sumie skłamałbym pisząc że pamiętam cokolwiek, zerkając na forum widzę że numer zmehałem a nic z niego mi w głowie nie zostało. Na wszelki wypadek pozwoliłem sobie nie wracać do niego przed odsłuchem tej płyty. Szanowny wrzucający pisze że płyta ma zajebisty tytuł, ja przyznam szczerze nie widzę w nim niczego specjalnie cool, raczej brzmi on dla mnie sztucznie "fancy" i kojarzy mi się z taką... wydmuszką, jest wyszukany ale chyba niewiele mówi słuchaczowi. No ale nic, może to i lepiej, z pustą głową i bez oczekiwań wyruszyłem w syntezatorowy świat tych dwóch dziewuch po raz drugi...

Płytę otwiera singiel White Elephant, który z grubsza nakreśla brzmienie tej płyty - delikatny elektropop, lekkie bity, zwiewne wokale które jak wyczytałem w necie na tej płycie wyjątkowo ciszej nawet Ladytron ułożyły w miksie (acz nie wiem czy to dobry ruch bo osobiście utrudniło mi to zagłębianie się w teksty). Numer brzmi nieco podniośle, początkowo mnie nudził, ale z czasem się przegryzł. Teraz uważam że to naprawdę dobre i nieco filmowe otwarcie. Podobają mi się te momenty wyciszenia gdy na pierwszym planie są smyczki i perkusyjne tomy. Mirage wprowadza nutę ożywienia po dość poważnym początku, mamy co prawda bit ale brzmi on trochę płasko dla mnie, wolę tłuściejsze brzmienia. Mimo wszystko całość solidnie wiezie słuchacza, tu z kolei bardzo spodobała mi się końcówka gdy po wyciszeniu słychać tylko ten pulsujący syntezator. White Gold wchodzi trochę ciekawiej, jakiś taki suspens w tym biciku jest i te tajemnicze synthy. Bębny znów trochę płasko. Podoba mi się bardzo arpeggio które chodzi w tle, kojarzy mi się z jednym numerem Fever Ray. Był to jeden z pierwszych utworów które bardziej przykuły moją uwagę, jednakże po dłuższym osłuchaniu z płytą stawiałbym go gdzieś w środku stawki. Ace of Hz nieco żywsze, przyjemnie płynie, w kategoriach tego albumu jawi się jako singlowy potencjał, no jest to hicik. Ritual pomimo swojej żywej melodii przebojem nie było raczej gdyż okazuje się być instrumentalem i słuchając go nie znajduję lepszego porównania jak nazwać go takim Nothing To Fear tego albumu. Taki trochę soundtrack do jakichś scen akcji, jakiejś ucieczki, coś rodem z sensacyjnego kina lat 80. Całkiem fajnie się nabudowuje w końcówce. Myślę że to całkiem spoko przerywnik. Moon Palace wita słuchacza pianinkiem, perkusją i jakimiś spooky chórkami. Numer zdecydowanie dowozi swoim wkrętnym refrenem i uważam go za jeden z highlightów płyty. Altitude Blues nieco spokojniejszy ale taki typowy album track na dobrym poziomie, taki do którego można chętnie wrócić w pojedynkę. Zasadniczo przez te 3/4 płyty dziewczyny w mojej opinii dostarczają, dopiero gdzieś po tym miejscu albumu poziom troszkę opada.
Ambulances ciut przynudza, gra talerzy może interesująca jak na electropopowy numer (bo cykają bardziej jak w jakimś trapie czy co heh) ale to trochę mało. Melting Ice to ożywiacz-zapychacz trochę, jest tak "chamsko" nastawiony na przebojowość przy użyciu prostych melodii, ale poziom ma bardziej zbliżony b-side'owi IMO. Transparent Days to kolejny instrumental, i to instrumental dużo ciekawszy muszę przyznać który daje mi vibe Joy Division ale skojarzenie to załapałem dopiero gdy weszła żywa perkusja. Trąci ten numer trochę takim Atmosphere tylko nie jest tak przygnębiająco, bo nie ma wokalu Iana Curtisa heh. 90 Degrees to w moim odczuciu trzecia powiedzmy "skucha" z całej tej płyty, pomimo nabicia ponad 10 czy 11 odsłuchów tego albumu wciąż nie miałbym nic ciekawego do napisania na temat tego utworu. Odnośnie Aces High które zamyka album chciałem najpierw napisać że jest to zapewne instrumental będący bazą dla Ace of Hz, ale jednak NIE. Zamiast tego napiszę że to raczej instrumentalny cover owego kawałka, brzmi to trochę jak podkład do niego grany przez jakiś weselny band, taki vibe mi daje ten dęciak z klawisza i co najlepsze bardzo podoba mi się taki motyw na koniec płyty.

Kurdebele, dziwna sprawa Panowie gdyż przyznam że po pierwszych odsłuchach tej płyty ostrzyłem sobie paluchy by napisać kolejną zgryźliwą recenzję kolejnej płyty naszego drogiego Ejdrjena a tymczasem jakoś z czasem płyta zaczęła mi się przegryzać - co już było zaskoczeniem dla mnie. Wówczas słuchałem dalej, coś tam się broniłem ale koniec końców poległem albo właśnie nie - gdyż płyta ta zwyczajnie MI SIĘ PODOBA. To już w ogóle duży zwrot akcji jak na to jakie miałem niewielkie oczekiwania względem tego albumu a teraz śmiało mogę przyznać że słuchałem go później już z nieskrywaną przyjemnością i pomimo paru słabszych momentów mogę słuchać tej płyty bez skipowania. I za takie momenty najbardziej cenię sobie tą naszą bestkę vel Beatkę że potrafi dowieźć w najmniej spodziewanym momencie nieraz. Ja jestem naprawdę mocno sceptyczny jeśli chodzi o synthpop minionej dekady, dla mnie ostatnim elektronicznym popowym powiedzmy albumem jaki słyszałem było chyba moje Fever Ray z 2009 roku i później już nic do mnie się nie przebiło aż do teraz, ale to był inny klimat, no była też elektroniczna Arca od Smoka a tu mamy synthpop pełną gębą i jakoś SPOKO. Ja generalnie lubię albumy spójne brzmieniowo tak jak ten tutaj ale to jest loteria, jak brzmienie nie siądzie to nic nie pomoże a tu widać chyba brakowało mi tej witaminy S jak synthpop w organiźmie że jednak to łyknąłem. Cieszy mnie bardzo taki obrót spraw bo w sumie nie chwaliłem Musiała w albumówce od zeszłorocznego lata i płyty Bomb The Bass, i co gorsza nie chwaliłem też (poza munlupem) nikogo w albumówce w tym roku jeszcze a to już kurde kawał czasu i chyba był to powód mojego chwilowego kryzysu minionej kolejki gdzie już traciłem nadzieję że ktoś poza Kubą mnie czymś miło zaskoczy jeszcze. Takie coś pozwala z większą nadzieją spojrzeć na dalszy udział w zabawie i przypomina że ważne są cierpliwość i wytrwałość (w granicach rozsądku oczywiście). Polecam ten album, będę pewnie czasem wracał.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 wrz 2024 23:23

No faktycznie, Seba, w tej płycie jest mnóstwo aktualnych rzeczy w czasach jej powstania. Z mojego punktu widzenia to fajne, odświeżające odbicie z czymś z nieswojej epoki plus szansa na zagłębienie w klimacik najtisów. Pod tym względem to takie sympatyczne uzupełnienie mojej zajawy Podcastexem, starą telewizją, jakimiś dokumentami z TVP o skrajnych zjawiskach społecznych.
Rozumiem ten tok rozumowania i śmiem twierdzić, że gdyby nie ten kontekst epoki, to pewnie bym jechał po tej płycie bardziej - kilka lat młodszy soundtrack do Wesela wywołał u mnie co najwyżej parę mehnięć. Aczkolwiek tak sę myślę, że chyba już wolałbym więcej bezpośrednich nawiązań czy nawet może czegoś pokroju publicystyki. Brzmi śmiesznie, ale będac szczerym - w tej kategorii już serio wolę 12 Groszy oraz Melassę Kazika. Jasne, dużo tam też wątpliwej jakości humoru oraz specyficznych żartów muzycznych, ale jakoś tak lepiej mi się tego słucha. Być może dlatego, że jednak ten stary pierdziel potrafił rzucić od czasu do czasu jakimś zgrabnym frazesem, rymem czy refleksją, a słuchając Tymona mam wrażenie obcowania z licealistą, który przeczytał i zjadł całego Gombrowicza oraz stara się być edgy.
Tymon jak Tymon, szczególnie za tamten okres, a już na pewno w kwestiach artystycznych nie mam mu nic do zarzucenia.
Ja nawet lubię parę jego muzycznych twarzy - Miłość była bardzo spoko, Sni Sredstvom Za Uklanianie też, tak samo jak Czan, który swego czasu forsowałeś i coś bym tam jeszcze znalazł. Tylko, cholera, jakby ktoś go częściej trzymał za mordę i kazał mu się zamknąć, gdy zaczyna pierniczyć....
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 wrz 2024 01:19

Seba pisze: Brzmi śmiesznie, ale będac szczerym - w tej kategorii już serio wolę 12 Groszy oraz Melassę Kazika. Jasne, dużo tam też wątpliwej jakości humoru oraz specyficznych żartów muzycznych, ale jakoś tak lepiej mi się tego słucha. Być może dlatego, że jednak ten stary pierdziel potrafił rzucić od czasu do czasu jakimś zgrabnym frazesem, rymem czy refleksją, a słuchając Tymona mam wrażenie obcowania z licealistą, który przeczytał i zjadł całego Gombrowicza oraz stara się być edgy.
No to właśnie ja mam tak z Kazimierzem właśnie xd Niewybaczalny romans z korwinizmem, a do tego artystycznie mocno przyspieszone procesy starzenia. Z Tymonem tak nie mam... Teksty ciekawe, ale ten całokształt Kazika jako artysty trochę mnie odrzuca. Nie jest dla mnie ani wiarygodny, ani formalnie też jakiś super bym sprawdzał do absolutnego przetłuczenia. Wiele jednak na pewno trzeba mu oddać.
Ja nawet lubię parę jego muzycznych twarzy - Miłość była bardzo spoko, Sni Sredstvom Za Uklanianie też, tak samo jak Czan, który swego czasu forsowałeś i coś bym tam jeszcze znalazł. Tylko, cholera, jakby ktoś go częściej trzymał za mordę i kazał mu się zamknąć, gdy zaczyna pierniczyć....
I to wszystko w zasadzie podobna epoka (Sri Sredstvom to wręcz archeologia, ale i tak lepiej do tyłu niż do przodu...). Najnowsze rzeczy cierpią na prymitywny antyPiS. Cała reszta? Jestem trochę znieczulony i na wiele przymykam oko, ale zdarzały się wywiady, w których potrafił sobie błyskotliwie zaprzeczać... no i ten Gombrowicz. Nie jestem fanatykiem, trochę czytałem i na moje to też traktuje bardzo po łebkach xd
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 wrz 2024 15:01

Ladytron - Gravity the Seducer

Doskonale pamiętam Destroy Everything You Touch. Bardzo mi się ten utwór podobał. Ale nie podchodziłem do Gravity the Seducer z jakimś wielkim entuzjazmem czy oczekiwaniami, bo często jest tak, że jeden skowronek wiosny nie czyni. Czasami się okazuje, że poza jednym wystrzałem reszta jest o level albo i dwa niżej. Tymczasem Gravity the Seducer od pierwszego przesłuchu mnie porwało. Zazwyczaj te pierwsze przesłuchy są takie dosyć toporne. Musi minąć trochę czasu i potrzeba kolejnych prób, żeby się z materiałem osłuchać. Tutaj to zadziałało natychmiastowo. Jak za pstryknięciem palcami. Leciały sobie utwory jeden po drugim i nie było okazji do nudy, marudzenia, przewracania oczami. Każdy kolejny utwór był dobry, przynosił mi satysfakcję i przyjemność. Album jest bardzo melodyjny, bardzo przystępny, przyjazny dla ucha. Kompozycje są po prostu ładne i że tak powiem pociągające. Nie wiem kto tam pisze utwory, ale ma zwyczajnie do tego rękę. Czasami jest tak, że coś jest melodyjne i łatwo przystępne, to potrafi się równie szybko osłuchać, znudzić. Ale tutaj mamy sytuację, że tak się nie dzieje. Jest w tej muzyce coś, co temu zapobiega. Może to to kwestia tego, że te melodie naprawdę są tak bardzo urocze. Może to zasługa świetnych aranżacji. Może to urok wokalistek tak oddziałuje. A może wszystko po trochu. W każdym razie jak tydzień temu włączyłem Ladytron po raz pierwszy, to nie miałem ochoty tego przełączać. Po prostu zapętliłem album i słuchałem dalej. Każdy utwór wg last.fm ma na tę chwilę co najmniej 15 odtworzeń, czyli widać ile razy album przesłuchałem w całości. Do tego jeszcze sporo dodatkowych odsłuchów wybranych piosenek. Łącznie ok. 200 scrobbli.
Lubię albumy, kiedy utwory lecą jeden po drugim i człowiek stwierdza ze zdziwieniem, że wciąż jest utrzymany bardzo satysfakcjonujący poziom. Czy to utwór nr 1, 5 czy 12 – wciąż jest tak samo przyjemnie. Wciąż jest równie pięknie. Jedyne momenty lekkiego oddechu to instrumentale. One też są bardzo spoko, ale jednak te wokalne piosenki cenię zdecydowanie bardziej. Bo wiadomo, mają wokal. I to nie byle jaki. Mnie tam żadna maniera wokalistki nie przeszkadza. Bardzo mi te wokale odpowiadają. To jest niewątpliwy atut tej płyty. Wg Deva główne skrzypce na wokalu odgrywa niejaka Helen Marnie. Ja od początku miałem wrażenie, że cały czas panie śpiewają razem. Tymczasem się okazuje, że to Helen ma po prostu taki fajny głos, iż ma się wrażenie, jakby śpiewały cały czas we dwie.
White Elephant to od razu wejście z wysokiego „C”. Niezwykle lekko brzmiący elektropop, niezwykle melodyjny i przyjemny. Od początku rzuca się w uszy rewelacyjny wokal. Piękne smyczki nadające nieco filmowego klimatu. Jakieś niby trąbki. Super otwarcie.
Mirage już od pierwszych sekund nie pozostawia złudzeń co do tego, że to będzie ładna piosenka. Melodia, melodia i jeszcze raz melodia. Nie da się przejść obok tej uroczej piosenki obojętnie. No chyba, że się ma serce z kamienia lub zabetonowane uszy. Lekkość ponad wszystko. Końcówka nieco kojarzy mi się z końcówką In Sympathy.
White Gold zmienia nieco klimat. Robi się trochę tajemniczo. Nadal jest mocno melodyjnie. Super brzmi ten syntezator w zwrotkach. Fajne chórki w refrenach. Arpy świetne. Mostek króciutki, ale piękny. Tak go sobie nazwałem, chociaż ta wstawka powtarza się w końcówce. Ten utwór to prawdziwe złoto.
Ace of Hz – czwarty z rzędu świetny numer. To lubię. Znowu się potwierdza, że ktoś tam w Ladytron ma rękę do pisania lekkich, melodyjnych i zarazem fascynujących kompozycji. To trzeba umieć. Bardzo dobry aranż znowu. Podoba mi się ta elektronika ponownie. Cały czas te brzmienia mi się z czymś kojarzą. Nawet z DM z czasów SOTU. Chórki cudne.
Murzyn nazywa Ritual takim ladrytonowym Nothing to Fear. Dla mnie nie ma lepszej rekomendacji. Bardzo dobry numer, choć instrumental na takim albumie zawsze będzie jednak oczko niżej od dobrego utworu z wokalem.
Moon Palace udowadnia, że linie wokalne swoją drogą, ale zagrywki na klawiszach stanowią równie dobre melodie. Wszystko brzmi jak należy. Wysoki poziom wciąż utrzymany.
A wraz z Altitude Blues ten poziom nawet wzrasta. Możliwe, że to mój ulubiony numer na płycie. Utwór przypomina mi z kolei brzmieniem i wokalami dokonania Pet Shop Boys z dobrych czasów. I to trudno mi przecenić. Niewiele tutaj wokali szczerze mówiąc, ale brzmienie wali w łeb jak cholera. Miodzio.
Ambulances kolejny klejnocik. Te chórki mnie rozkładają na łopatki. Fajnie cykają talerze. Ładne smyki. Piękne to jest niebywale.
Melting Ice – nie słuchajcie Murzyna – to jest znakomite. Przebojowe owszem, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Słucham 15 raz i wciąż mi mało. Super melodia, bardzo dobra praca automatu perkusyjnego. Dobre syntezatory.
Transparent Days – kolejny instrumentalny przerywnik. Bardzo dobry.
90 Degrees to kolejny dobry utwór. Trochę bardziej stonowany, wciąż trąci pewną przebojowością i melodyjnością.
No i Aces High na koniec. To rzeczywiście instrumentalna wersja Ace of Hz. Długo tego nie wyłapałem. W każdym razie oczywiście bardzo dobre zakończenia tego albumu.
Podsumowując – dla mnie Gravity the Seducer to naprawdę wyśmienita płyta. Nie spodziewałem się czegoś takiego, tym milej jestem zaskoczony. Muzyka nieskomplikowana, prosta, luzacka, bardzo przystępna i melodyjna. Ale człowiek ma to do siebie, że właśnie do takich albumów sięga dużo częściej niż do jakichś skomplikowanych albumów typu Laughing Stock. LS jest muzyką na najwyższym poziomie, ale nikt mi nie wmówi, że komuś chce się słuchać tego na co dzień. Albo np. Recoil czy KC. A takie Ladytron włączyć sobie można dzień po dniu, posłuchać zupełnie niezobowiązująco, na luzie i się doskonale przy tym bawić. Taką ma ten album przewagę.
Nie wiem, kiedy ostatnio jakiś album tak bezproblemowo i natychmiastowo mi podpasował. Mam nadzieję, że Dev jeszcze nie raz takiego asika z rękawa wyciągnie.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 wrz 2024 18:04

Ladytron Gravity the Seducer

Nie jest tak źle. Na ostatnie trzy tysiące płyt w ramach bestki trochę utyskiwałem po pierwszym odsłuchu, ale przy powrocie do formy dobre dwa tysiące z nich zasługuje na kolejne szanse. W tym segmencie (czyli synthpopik + śpiewające panie) nie szukam już za bardzo nowych fantów. Raczej nastawiam się na gwałtowne znaleziska. Bestka wciąż może być wdzięczną platformą do odkrywania nowinek. Jak było z Ladytron? Destroy Everything tralalla było akceptowalne i po bliższym kontakcie z tą płytą nie będzie już dłużej moim ulubionym utworem tego zespołu. Nie tylko dlatego, że wcześniej niczego więcej nie znałem.

Zły zwyczaj pożyczać, ale dobry trochę pomarudzić. Gravity to naprawdę spójna płyta, przynajmniej brzmieniowo. Gorzej z ułożeniem kawałków i generalnie pomysłami nań. Z cztery dramatyczne załamania, trzy zakończenia, dwa z powerem i fillery. Do tego w losowej kolejności, przynajmniej od piątego kawałka. Tak, jak na 47 minut płyta się dłuży. Co innego przy okazji odsłuchu totalnie obojętnego, no ale wtedy nawet dwugodzinne kobyły vaporowe nie robią problemu. Siadałem do GtS bez świadomości, że trzeba mieć trochę podobne podejście jak do płyt Cortiniego. Chyba czuć jego rękę jako współproducenta. Tyle, że to nie jest ambient czy stojące drony, a electropop. Kończy się krążkiem mocno zimowym bez jakichś wielkich emocji. Brzmienie mocno usypiające. Mocniejsze momenty perkusyjne dostają z kolei jakieś wokalne pogadanki-szeptanki. Do tego cała masa padów. Sporo irytujących wysokich dźwięków. Kulminacja irytacji w Ambulances, gdzie jeszcze dochodzi wokal typu babuszka tyle że to nie Kate Bush. Prędzej babcia w ruskiej głuszy w tundrze. Na plus trzeba oddać wiele udanych melodii. Gorzej z opakowaniem, ale mimo tego wiele rzeczy się udało. Jest do czego wracać. Doceniam jako elmuzyczny dziaders perkusję typu automat na klasycznych płytach Żara czy flet ala melotron. W innym otoczeniu dźwiękowym można to wykorzystać znacznie ciekawiej niż tylko taki zaskakujący wyróżnik, który kończy w tej sennej zawiesinie.

Płyta zaczyna się żarowym akcentem, ale White Elephant mimo wszystko jest jednym z cięższych, bardziej męczących numerów na płycie. Co innego Mirage. Albo 90 Degrees. Dziwnym trafem tutaj właśnie mamy ten melotronopodobny flet i akurat tutaj odnalazłem moich faworytów... W tym pierwszym jest coś wyjątkowo dziwnego dzięki przytłumionemu refrenowi. Drugi jest kolejnym zakończeniem, ale cały aranż jest bardziej podporządkowany wokalowi i głównemu motywowi. Nie ma całej kanonady melodyjek zmierzających trochę donikąd. Jakbym słuchał instrumentalnej wersji to przede wszystkim raczej w formie kilku dłuższych utworów i BEZ TEJ PERKUSJI. Dzięki niej wszystko dodatkowo jest bardziej jednorodne. Przestoje czy mocniejsze akcenty w ramach pojedynczego kawałka to trochę za mało. Poza wymienionymi wyżej nie ma tu na tyle mocnych numerów, by wracać do nich samodzielnie. Popu nie lubię puszcać w tle, więc wyczerpują się moje potencjalnie okazje odsłuchów.

Instrumentale dałyby radę jako podkłady do gier arcade na zimowych planszach. Mimo tego, że te melodyjki nie mają szczególnego rozwinięcia, to takie figury bez większych ewolucji w pętlach godzinnych przy mało uważnym odsłuchu byłyby okej. Reszta po prostu okej. Solidna produkcja, ale ani feelsów, ani jesieniarskiego klimatu, ani zimowego klimatu. Jest tutaj trochę baśni na kwasie (White Gold). Przy gorszym nastroju i kondycji może usypiać po prostu. Szkoda Moon Palace. Nie rozumiem czemu ten numer jest tak wycofany, jakby nagrany z innego pomieszczenia... podobnie Altitude Blues. Najciekawszy instrumental, ale dostało mu się wyjątkowo nudną pogadanką. Koda z Ace of Hz uspójnia. Tylko czy wybrano najmocniejszy kawałek z płyty? Na pewno jest wyróżniający, ale nie najlepszy. No i jeszcze sama forma tej kody, czyli skurczony właściwy numer z obowiązkową perką. Weselimy się średnio, mocne 2/10.

Koniec końców było całkiem ciekawie. Zabieram coś ze sobą do sakiewki. Szybko nie wrócę. Doceniam, ale zabrakło tu wiele ciekawszych rozwiązań. Taki usypiający charakter na dłuższą metę może wzbudzać pewnie jesieniarsko-doomerski klimacik. Nie jestem jednak pewien czy prędzej bym nie usnął. Zostaję z Mirage i 90 Degrees i tak jest dobrze.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 wrz 2024 19:20

Panowie mentos i munlup, zbliżajmy się powoli do końca...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 30 wrz 2024 19:35

Seba słuchał, widziałem
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 wrz 2024 19:45

Ja nie słuchałem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 30 wrz 2024 20:48

no ja se dosłucham z raz i będę w stanie coś wyskrobać
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 01 paź 2024 06:23

del
Nie ten temat.