Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ladytron - Gravity the Seducer
Od razu to napiszę, nie lubię Ladytrona. Był krótki moment w 2007 r., kiedy pojarałem się utworem „Destroy Everything You Touch”, ale potem posłuchałem albumu, z którego ten numer podchodzi i z przerażeniem zorientowałem się, że reszta jest słaba. Od tego czasu, praktycznie wszystko ich, co do mnie dociera, jest takie samo. Musiał wielokrotnie próbował mi sprzedawać Ladytron, ale bez skutku, zatem on wie i ja wiem, jak się to może wszystko skończyć w tym wypadku.
„White Elephant”. Nie cierpię wokali w Ladytron. Nawet nie będę rozwijał myśli, co konkretnie mi się nie podoba, bo się nie znam. Po prostu działa to na mnie negatywnie. Tak więc to mamy za sobą. Muzyka trochę zalatuje tutaj lunaparkiem, ogólnie taka elektronika jak z katarynki. Piosenka, jak piosenka, nic szczególnego. Obiektywnie, nie jest to złe, subiektywnie, nie gardzę tym, ale nie miałbym ochoty tego włączać z własnej woli.
„Mirage”, jedyny chyba kawałek Ladytron, z którym mam miłe skojarzenia, bowiem są to skojarzenia z niekończącymi się samochodowymi tripami z Musiałem. Do tego zespół śpiewa tu żeby ciupciać PiS i konfederację, a ja się z tym zgadzam. Sympatia trochę przez zasiedzenie w nostalgii, bo poza tym numer, jak każdy inny numer Ladytrona, nic szczególnego, ale też nie należy się hejt. „Fleciki” w tle są fajne i o dziwo, nawet wokal tak nie irytuje. Bas też spoko, w końcu jakieś muzyczne rzeczy się dzieją.
„White Gold” ma wypasione intro i syntezatory. Potem też robi się muzycznie całkiem spoko. Cieszą momenty kiedy zespół, który od lat rozczarowywał, dostarcza. Utwór nie jest może odkrywczy, ale atmosfera jest bardzo konkretna, budzi wyobrażenia w stylu „Ziemia planeta ludzi”.
Niestety wraz z „Ace of Hz” wraca Ladytron, który staje mi ością w gardle. Ten basowy arp już tak zużyty przez lata w elektronice, ale ok, to nie jest argument żeby go nie używać. Piosenka taka se, brzmienie takie se, melodie wokalu jakby podjebane z poprzednich numerów. Nie skręca mnie, ale też nie ma tego pozytywnego uczucia, które towarzyszyło mi przy „White Gold”. Ale mogło być gorzej, nawet ja to słyszę.
„Ritual” to takie pitu pitu. Głęboko w tle dzieją się fajne rzeczy, ale jednak podstawa jest zbyt jarmarczna, żeby to w pełni docenić. Ladytron, to nie The Bravery, tutaj takie rzeczy po prostu nie wychodzą. Doceniam jednak, że to instrumental, chociaż tyle.
„Moon Palace” zaczyna się jak jakiś dungeon theme z „Final Fanatasy”, co oczywiście uważam za zaletę. Im dalej w las, tym więcej dobrych rzeczy, powiem wręcz, że jest to u mnie poziom zadowolenia porównywalny do „White Gold”, ok, może to gdakanie mnie czasami irytuje, ale jakby przyjmuje to już z dobrodziejstwem inwentarza.
„Altitude Blues”, ależ nudy. Elektronika dwoi się i troi, ale w tym wypadku ilość kompletnie nie idzie w jakość, zresztą to jest zazwyczaj mój główny zarzut w kwestii Ladytrona - dużo, a mało.
Gadany wokal przemilczę.
Lecimy w kratkę, bo „Ambulances” dostarcza naprawdę dobrą piosenkę. Muzycznie znowu zespół dwoi się i troi kiedy nie musi i nie powinien, ale na szczęście nie rujnuje to dobrego kawałka doszczętnie. Nadal jest tu czym oddychać.
„Melting Ice” ma bardzo fajne intro, ale potem to się trochę rozbija o bezjajeczną zwrotkę. Potem jest różnie, bywają ciekawe fragmenty, bywa też tak sobie. Kończą mi się pomysły, jak opisywać tego typu numery, bo to nuda. Ani nie mogę hejtować, ani nie mogę gorąco prejzować, emocjonalnie pozostawia mnie to w towarzystwie ameb.
„Transparent Days” niestety przełamuje kratkowość tego albumu, bo tu powinno wjechać coś dobrego, a jest w zasadzie kolekcja tego czego nie trawię w elektronice. Całość generalnie meh.
„Ninety Degrees” zaczyna się tak sobie, ale potem owocuje w coś całkiem spoko. Nie ma szału, takiego jak przy niektórych innych kawałkach na tej płycie, ale też nie powiem, że nie jest to fajne. Robi się tripowo wręcz.
„Aces High” przypomina składankę wszystkiego co było na tym albumie, wejście jak jakieś „Mirage (Reprise)”. Plus taki, że ma to vibe muzyki ze starych spy-fi seriali, tylko w wydaniu współczesnym. Szkoda, że tak szybko się kończy.
Generalnie, wyciągnąłem z tej płyty 4 i pół utworu na 12, a to jest naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, to, że ja się z Ladytron zwyczajnie nie lubię. Może to dlatego, że miałem zerowe oczekiwania i po prostu mnie zaskoczyło cokolwiek słuchalnego, ale te wybrane przeze mnie numery: White Gold, Moon Palace, Ambulances, Aces High i połowicznie Ninety Degrees, są spoko. No ok, dołóżmy jeszcze Mirage, to będzie 5 i pół. Ja tam jestem zadowolony, bo się takiego wyniku nie spodziewałem. Jednak ten Ladytron potrafi coś fajnego z siebie wysrać.
Od razu to napiszę, nie lubię Ladytrona. Był krótki moment w 2007 r., kiedy pojarałem się utworem „Destroy Everything You Touch”, ale potem posłuchałem albumu, z którego ten numer podchodzi i z przerażeniem zorientowałem się, że reszta jest słaba. Od tego czasu, praktycznie wszystko ich, co do mnie dociera, jest takie samo. Musiał wielokrotnie próbował mi sprzedawać Ladytron, ale bez skutku, zatem on wie i ja wiem, jak się to może wszystko skończyć w tym wypadku.
„White Elephant”. Nie cierpię wokali w Ladytron. Nawet nie będę rozwijał myśli, co konkretnie mi się nie podoba, bo się nie znam. Po prostu działa to na mnie negatywnie. Tak więc to mamy za sobą. Muzyka trochę zalatuje tutaj lunaparkiem, ogólnie taka elektronika jak z katarynki. Piosenka, jak piosenka, nic szczególnego. Obiektywnie, nie jest to złe, subiektywnie, nie gardzę tym, ale nie miałbym ochoty tego włączać z własnej woli.
„Mirage”, jedyny chyba kawałek Ladytron, z którym mam miłe skojarzenia, bowiem są to skojarzenia z niekończącymi się samochodowymi tripami z Musiałem. Do tego zespół śpiewa tu żeby ciupciać PiS i konfederację, a ja się z tym zgadzam. Sympatia trochę przez zasiedzenie w nostalgii, bo poza tym numer, jak każdy inny numer Ladytrona, nic szczególnego, ale też nie należy się hejt. „Fleciki” w tle są fajne i o dziwo, nawet wokal tak nie irytuje. Bas też spoko, w końcu jakieś muzyczne rzeczy się dzieją.
„White Gold” ma wypasione intro i syntezatory. Potem też robi się muzycznie całkiem spoko. Cieszą momenty kiedy zespół, który od lat rozczarowywał, dostarcza. Utwór nie jest może odkrywczy, ale atmosfera jest bardzo konkretna, budzi wyobrażenia w stylu „Ziemia planeta ludzi”.
Niestety wraz z „Ace of Hz” wraca Ladytron, który staje mi ością w gardle. Ten basowy arp już tak zużyty przez lata w elektronice, ale ok, to nie jest argument żeby go nie używać. Piosenka taka se, brzmienie takie se, melodie wokalu jakby podjebane z poprzednich numerów. Nie skręca mnie, ale też nie ma tego pozytywnego uczucia, które towarzyszyło mi przy „White Gold”. Ale mogło być gorzej, nawet ja to słyszę.
„Ritual” to takie pitu pitu. Głęboko w tle dzieją się fajne rzeczy, ale jednak podstawa jest zbyt jarmarczna, żeby to w pełni docenić. Ladytron, to nie The Bravery, tutaj takie rzeczy po prostu nie wychodzą. Doceniam jednak, że to instrumental, chociaż tyle.
„Moon Palace” zaczyna się jak jakiś dungeon theme z „Final Fanatasy”, co oczywiście uważam za zaletę. Im dalej w las, tym więcej dobrych rzeczy, powiem wręcz, że jest to u mnie poziom zadowolenia porównywalny do „White Gold”, ok, może to gdakanie mnie czasami irytuje, ale jakby przyjmuje to już z dobrodziejstwem inwentarza.
„Altitude Blues”, ależ nudy. Elektronika dwoi się i troi, ale w tym wypadku ilość kompletnie nie idzie w jakość, zresztą to jest zazwyczaj mój główny zarzut w kwestii Ladytrona - dużo, a mało.
Gadany wokal przemilczę.
Lecimy w kratkę, bo „Ambulances” dostarcza naprawdę dobrą piosenkę. Muzycznie znowu zespół dwoi się i troi kiedy nie musi i nie powinien, ale na szczęście nie rujnuje to dobrego kawałka doszczętnie. Nadal jest tu czym oddychać.
„Melting Ice” ma bardzo fajne intro, ale potem to się trochę rozbija o bezjajeczną zwrotkę. Potem jest różnie, bywają ciekawe fragmenty, bywa też tak sobie. Kończą mi się pomysły, jak opisywać tego typu numery, bo to nuda. Ani nie mogę hejtować, ani nie mogę gorąco prejzować, emocjonalnie pozostawia mnie to w towarzystwie ameb.
„Transparent Days” niestety przełamuje kratkowość tego albumu, bo tu powinno wjechać coś dobrego, a jest w zasadzie kolekcja tego czego nie trawię w elektronice. Całość generalnie meh.
„Ninety Degrees” zaczyna się tak sobie, ale potem owocuje w coś całkiem spoko. Nie ma szału, takiego jak przy niektórych innych kawałkach na tej płycie, ale też nie powiem, że nie jest to fajne. Robi się tripowo wręcz.
„Aces High” przypomina składankę wszystkiego co było na tym albumie, wejście jak jakieś „Mirage (Reprise)”. Plus taki, że ma to vibe muzyki ze starych spy-fi seriali, tylko w wydaniu współczesnym. Szkoda, że tak szybko się kończy.
Generalnie, wyciągnąłem z tej płyty 4 i pół utworu na 12, a to jest naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, to, że ja się z Ladytron zwyczajnie nie lubię. Może to dlatego, że miałem zerowe oczekiwania i po prostu mnie zaskoczyło cokolwiek słuchalnego, ale te wybrane przeze mnie numery: White Gold, Moon Palace, Ambulances, Aces High i połowicznie Ninety Degrees, są spoko. No ok, dołóżmy jeszcze Mirage, to będzie 5 i pół. Ja tam jestem zadowolony, bo się takiego wyniku nie spodziewałem. Jednak ten Ladytron potrafi coś fajnego z siebie wysrać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ladytron - Gravity the Seducer
Ladytron to z mojej perspektywy jeden z tych pierdyliarda zespołów, które powyrastały gdzieś na przełomie milleniów jak grzyby po deszczu i ledwo rozróżniam. Serio, czasem mam wrażenie, że oni, Royskopp, Goldfrapp czy inne Chromatics to jeden zespół, który dla niepoznaki zmienia nazwy i paru członków zespołu. Zdaję sobie doskonale sprawę, że zaraz ktoś tu przyjdzie i napisze coś pokroju, że to są zupełnie inne rzeczy i że nie mają mi się prawa mieszać, ale trudno - ja tak mam i elo.
Aby było śmieszniej, COŚ TAM znam. To coś, to rzecz jasna kawałek z utworowej, którego tak po prawdzie ni cholery nie pamiętam, ale skoro w grudniu tamtego roku pisałem, że jest spoko, to tak zapewne było, oraz płyta Velocifero, której słuchałem sto lat temu i której bym zupełnie nie pamiętał, gdyby nie ocena na RYMie. Idealne warunki ku temu, by się odbić i napisać elaborat o kręceniu nosem.
I jak to zazwyczaj bywa - brak oczekiwań jest matką wynalazku czy jakoś tak. Się znaczy, chciałem zasugerować, że ostatecznie nie było jakoś źle, a momentami nawet było nieźle. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to po prostu przyjemna, fajnie brzmiąca płyta z paroma zaskakująco niezłymi kompozycjami. Jasne, było parę momentów słabszych czy tam nawet nużących, ale generalnie plusy przesłaniają minusy.
Zacznę od momentów, które uznałem za zacne i w mniejszym lub większym stopniu skradły moje serce. Nie uprzedzając faktów więc, zacznę więc od drugiego kawałka - MIRAGE ma bardzo fajną sekcję rytmiczną, bas tworzy tu klimat, który w moim odczuciu orbituje bardzo blisko post-punkowych klimatów, co w połączeniu z motywem na klawiszach i tymi chórkami z syntezatora robi mi robotę. Przyjemna, atmosferyczna rzecz, która trafia w mój gust i której się tu zupełnie nie spodziewałem.
Równie specyficzną aurę słychać w kolejnym na trackliście WHITE GOLD. Zastanawiam się na ile to kwestia trafienia w aurę za oknem, bo pasuje ten kawałek pod nią jak zły. Fajne intro, fajniejszy refren i jeszcze mocniejszy klimat. Wchodzi mi to dobrze, jest w tym jakiś specyficzny mrok, niepokój, może i tajemnica. W każdym razie jestem naprawdę zaintrygowany, a to dużo.
ALITUDE BLUES zaskoczyło mnie intrem, a potem zaskakująco oszczędną kompozycją - może nie od razu minimalistyczną, bo bez przesady kurde, ale jest to bardzo zimne, cold-wave'owe wręcz i to jest kolejna rzecz, której się tu nie spodziewałem usłyszeć, a została ze mną i zostanie na dłużej. Tak samo jak AMBULANCES - mógłbym się wyzłośliwiać pisząc, że to n-ty szwedzki synthpop od shodana, ale tak naprawdę to ja ten synthpop to lubię i tu też trafił w mój gust.
Są też tu rzeczy, które może nie trafiają w me serce, tak bym chciał je wyróżniać jak ww., ale w sumie są spoko i doceniam. RITUAL jest całkiem niezły, chociaż cały czas mam wrażenie, że jednak wokal pasowałby jak coś, co pasuje do czegoś i nie mam pojęcia czemu wrzucono to w wersji instrumentalnej. eAlbo takie MOON PALACE, które jest po prostu spoko, rzetelne, poprawne, pasuje do całości, ale poza ogólnikami nie mam bladego pojęcia co mógłbym o nim napisać.
I tak po prawdzie mógłbym tak zrobić z resztą płyty, bo to są naprawdę dobre kawałki. Tu powinna być ta sekcja, w której narzekam i tak po prawdzie ciężko mi się uczepić czegoś konkretnego. WHITE ELEPHANT byłoby naprawdę fajne, ale ten kawałek psuje mi pierdzący, motyw na klawiszach, który doprawdza mnie do szału, bo brzmi jak jakiś budzik czy inne badziewie. MELTING ICE i ACE OF HZ nieco odstaja od reszty - nie jakoś znacząco, ale raczej nie włączę ich poza płytą, aczkolwiek ten drugi kawałek w wersji instrumentalnej nawet nawet się broni.
Ale narzekać nie będę, bo właściwie nie mam na co. Może i tej płyty nie będę katować dzień w dzień, może za jakiś czas do niej wrócę i stwierdzę, że to nużące pierdy i musiało mnie popierdzielić, ale po tych kilku odsłuchach mam pozytywne wrażenia i naprawdę mi się podobało. Jak zawsze się okazało, że najważniejszy jest brak oczekiwań, bo nie tylko można uniknąć rozczarowania, ale i pozytywnie się zaskoczyć. Jak to mówią Holendrzy - hun de vlaa!
Ladytron to z mojej perspektywy jeden z tych pierdyliarda zespołów, które powyrastały gdzieś na przełomie milleniów jak grzyby po deszczu i ledwo rozróżniam. Serio, czasem mam wrażenie, że oni, Royskopp, Goldfrapp czy inne Chromatics to jeden zespół, który dla niepoznaki zmienia nazwy i paru członków zespołu. Zdaję sobie doskonale sprawę, że zaraz ktoś tu przyjdzie i napisze coś pokroju, że to są zupełnie inne rzeczy i że nie mają mi się prawa mieszać, ale trudno - ja tak mam i elo.
Aby było śmieszniej, COŚ TAM znam. To coś, to rzecz jasna kawałek z utworowej, którego tak po prawdzie ni cholery nie pamiętam, ale skoro w grudniu tamtego roku pisałem, że jest spoko, to tak zapewne było, oraz płyta Velocifero, której słuchałem sto lat temu i której bym zupełnie nie pamiętał, gdyby nie ocena na RYMie. Idealne warunki ku temu, by się odbić i napisać elaborat o kręceniu nosem.
I jak to zazwyczaj bywa - brak oczekiwań jest matką wynalazku czy jakoś tak. Się znaczy, chciałem zasugerować, że ostatecznie nie było jakoś źle, a momentami nawet było nieźle. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to po prostu przyjemna, fajnie brzmiąca płyta z paroma zaskakująco niezłymi kompozycjami. Jasne, było parę momentów słabszych czy tam nawet nużących, ale generalnie plusy przesłaniają minusy.
Zacznę od momentów, które uznałem za zacne i w mniejszym lub większym stopniu skradły moje serce. Nie uprzedzając faktów więc, zacznę więc od drugiego kawałka - MIRAGE ma bardzo fajną sekcję rytmiczną, bas tworzy tu klimat, który w moim odczuciu orbituje bardzo blisko post-punkowych klimatów, co w połączeniu z motywem na klawiszach i tymi chórkami z syntezatora robi mi robotę. Przyjemna, atmosferyczna rzecz, która trafia w mój gust i której się tu zupełnie nie spodziewałem.
Równie specyficzną aurę słychać w kolejnym na trackliście WHITE GOLD. Zastanawiam się na ile to kwestia trafienia w aurę za oknem, bo pasuje ten kawałek pod nią jak zły. Fajne intro, fajniejszy refren i jeszcze mocniejszy klimat. Wchodzi mi to dobrze, jest w tym jakiś specyficzny mrok, niepokój, może i tajemnica. W każdym razie jestem naprawdę zaintrygowany, a to dużo.
ALITUDE BLUES zaskoczyło mnie intrem, a potem zaskakująco oszczędną kompozycją - może nie od razu minimalistyczną, bo bez przesady kurde, ale jest to bardzo zimne, cold-wave'owe wręcz i to jest kolejna rzecz, której się tu nie spodziewałem usłyszeć, a została ze mną i zostanie na dłużej. Tak samo jak AMBULANCES - mógłbym się wyzłośliwiać pisząc, że to n-ty szwedzki synthpop od shodana, ale tak naprawdę to ja ten synthpop to lubię i tu też trafił w mój gust.
Są też tu rzeczy, które może nie trafiają w me serce, tak bym chciał je wyróżniać jak ww., ale w sumie są spoko i doceniam. RITUAL jest całkiem niezły, chociaż cały czas mam wrażenie, że jednak wokal pasowałby jak coś, co pasuje do czegoś i nie mam pojęcia czemu wrzucono to w wersji instrumentalnej. eAlbo takie MOON PALACE, które jest po prostu spoko, rzetelne, poprawne, pasuje do całości, ale poza ogólnikami nie mam bladego pojęcia co mógłbym o nim napisać.
I tak po prawdzie mógłbym tak zrobić z resztą płyty, bo to są naprawdę dobre kawałki. Tu powinna być ta sekcja, w której narzekam i tak po prawdzie ciężko mi się uczepić czegoś konkretnego. WHITE ELEPHANT byłoby naprawdę fajne, ale ten kawałek psuje mi pierdzący, motyw na klawiszach, który doprawdza mnie do szału, bo brzmi jak jakiś budzik czy inne badziewie. MELTING ICE i ACE OF HZ nieco odstaja od reszty - nie jakoś znacząco, ale raczej nie włączę ich poza płytą, aczkolwiek ten drugi kawałek w wersji instrumentalnej nawet nawet się broni.
Ale narzekać nie będę, bo właściwie nie mam na co. Może i tej płyty nie będę katować dzień w dzień, może za jakiś czas do niej wrócę i stwierdzę, że to nużące pierdy i musiało mnie popierdzielić, ale po tych kilku odsłuchach mam pozytywne wrażenia i naprawdę mi się podobało. Jak zawsze się okazało, że najważniejszy jest brak oczekiwań, bo nie tylko można uniknąć rozczarowania, ale i pozytywnie się zaskoczyć. Jak to mówią Holendrzy - hun de vlaa!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mi się wydaje, że chyba na nikogo nie czekamy, więc jakby Adrian z domu Musiał skrobnął parę zdań na temat naszych paru zdań, to byłoby fajnie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przecież OBIECAŁ mi że dziś to się stanie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bardzo dziękuję za mimo wszystko dość ciepłe przyjęcie albumu. Zdaję sobie sprawę z tego, że Ladytron to trochę generikowe granie dla wielu (nawet częściowo podpisuję się pod słowami Seby z powyższego posta huehue), ale miewają swoje magiczne momenty. Ja też nie jestem przecież ekstremalnym fanem KAŻDEGO numeru na tym albumie, a i w całości znam tylko 3, jakoś nie ciągnie mnie do większej liczby. Tak czy inaczej, senkju, miło poczytać słowa uznania (i jeszcze Murzynowi się ładnie uleżało!). Do następnego Koledzy!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ok, to była szybka reakcja.
Przechodzimy do Pavement i ich płyty Brighten The Corners
Przechodzimy do Pavement i ich płyty Brighten The Corners
Hien pisze:14 sie 2024 12:36Pavement - Brighten the Corners
Zastanawiałem się, czy czasem nie wrzucić „Terror Twilight”, bo to album, który mógłby tutaj zostać lepiej przyjęty, ale sram to, wrzucam album, który subiektywnie uważam za najlepszy, mój ulubiony i generalnie taki, który trzymał mnie w pionie, kiedy o pion nie było łatwo. Bo to już chyba tak zawsze będzie z Pavement, że to zespół który mnie ratuje w trudnych chwilach. Tak było dwa lata temu, tak było rok temu, mam nadzieję, że w tym roku nie będzie mnie musiał od niczego ratować, ale gdyby jakieś gówno wyskoczyło, to wiem, że mogę na tych pięciu chłopa liczyć, jak na nikogo innego. Inna sprawa to to, że „TT” jest chyba zbyt przesiąknięty Nigelem G., co odznacza się graniem pod linijkę, wielokrotnymi tejkami, jakimś dopracowaniem-sraniem, itd., czyli rzeczami, którymi rasowy zespół indie się brzydzi.
Z indie rockiem w Polsce jest tak, że kojarzy się z jakimiś porcysami i innym Off Festiwalem, a dla polaków z internetem międzynarodowym, istnieje jeszcze Pitchfork i obraz niedomytych traperów, albo dzieciaków chlejących w lasach chłodniejszych rejonów Stanów Zjednoczonych, czasami wysrywających jakąś piosenkę na akustyku. To ostatnie tyczy się jednak raczej takich zespołów jak Grizzly Bear, czy Modest Mouse, zaś Pavement byli wcześniej i de facto zdefiniowali pewien subgenre indie rocka, czyli slacker rocka. Zwrotu tego nie da się sensownie przetłumaczyć na nasze, ale gdybym miał wybrać jedno słowo, które by jakoś określało mindset przedstawicieli tego nurtu, to było by to ‘wyiebane’. Slackerzy mieli wyrąbane, czy mają nastrojone gitary, czy perfekcyjnie odegrali swoje, czy fałszują, itd. Wszystko to miało uwypuklić ich nieskazitelną szczerość. Od punków na przykład, różnili się tym, że punk, poza wyjebaniem na to, czy muzycy potrafią grać, zawierał też wiele rzeczy, na które punki wyiebane nie mieli, choćby angst i światopogląd, którym ozdabiali swoje piosenki. Slackerzy mieli wyiebane na wszystko. Ich piosenki były o wszystkim i o niczym, najczęściej pozbawione osobistego pierwiastka lub tak go maskujące pełnymi dwuznaczności, metafor i innych rzeczy tekstami, że nikt nie wiedział o co chodzi.
Za co zawsze ceniłem te slackerowe zespoły, to właśnie, jak to zresztą sam Nigel ujął, „piękna niechlujność”. Pavement grają jakby dopiero wstali z łóżka. Akord źle zabrzmi? Nie szkodzi. Ręka się ześliznęła, wkradł się fałsz? Nie szkodzi. Perkusista upuścił pałeczkę w trakcie numeru? Nie szkodzi, nawet lepiej. Wokalista zafałszował? Kogo to obchodzi, jesteśmy indie. O ile takie podejście wydaje się być wyjątkowo aroganckie, za tym wszystkim stoją niesamowicie utalentowani ludzie, zwłaszcza lider, autor piosenek, wokalista i gitarzysta – Stephen Malkmus. Facet umiał więcej niż chciał, był bardzo dobry, ale się wstydził. W wielu kawałkach, intencjonalnie śpiewał jakby dla beki, bo wstydził się swojego głosu (który jest bardzo dobry), np. w „Type Slowly”. O reszcie Pavement, można powiedzieć to samo. Jaki zespół pisze dla swojego, bardzo dobrego, perkusisty, numer pod tytułem „Westie Can’t Drum”, w którym on sam gra.
Żeby nie było nieporozumień, niechlujność to vibe, ale nikt tu nie gra jakby był pijany i nie wiedział, co ma robić z instrumentem, zresztą nie ma sensu tego wyjaśniać, będziecie słuchać płyty.
Są na tym albumie rzeczy genialne, pomysły nietuzinkowe i wykonania powodujące opad szczęki, a do tego naprawdę dobra produkcja (autorstwa samego zespołu) i przede wszystkim doskonałe piosenki Malkmusa. „Brighten the Corners” jest takie jakby, zgodnie z duchem indie, geniusz jego zawartości wychodził zespołowi przez przypadek, ale przypadków tutaj nie ma. Jest genialny zespół, ze swoją flagową płytą.
Wrzucam „Brighten the Corners„ nie dlatego, że Munlup dla funu znowu wrzuca płytę, za którą ciągnie się jakaś śmierdząca opinia, ale po prostu zabrakłoby wabika, ponieważ z zamiaru wrzucenia „Blue Hawaiian” do utworowej zrezygnowałem, gdy podjąłem decyzję o wrzuceniu całego albumu. Generalnie, Pavement nie mają takiej płyty w dyskografii, która stanowiła by jakąś plamę, a nawet pół-plamę według fanów, jak i krytyków. Można ich łykać w całości, ale na razie pierwsza dawka, która, mam nadzieję, zaowocuję chęcią poznania reszty.
https://www.youtube.com/watch?v=d1WGMY5 ... YzkV-DvqVk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pavement - Brighten The Corners
Pamiętam że Kuba próbował sprzedać nam Pavement dotychczas dwukrotnie, raz w utworowej i tamtego numeru nie pamiętam już, wiem że był... no że był pamiętam i wrzucał go jesienią ubiegłego roku bodajże. Drugie podejście było w depeszwizji i tam - heh, zabawna sytuacja - numer zasadniczo pochwaliłem i jednocześnie dałem mu 0 (a było to chyba w edycji z Shaunem Bakerem i Suczkami którym dałem drugie 0). Do tego drugiego kawałka Pavement dojdziemy w tej recenzji i wyjaśnię o co chodziło i czy coś się zmieniło. Do płyty podchodziłem z jakąś nieśmiałą nadzieją bo znów na jesień Kuba rzuca rockiem a.d. 1997, coś jak Mansun rok temu a wtedy było tak sobie. Ale okładka Brighten The Corners jest ładna i zachęcająca więc starałem się być dobrej myśli.
Dobra, w sumie to chyba mogę już przestać w tym momencie budować napięcie i rozwijać jakieś nadzieje we wrzucającym, co tu się oszukiwać - jednak mnie ta płyta rozczarowała. Poświęciłem jej naprawdę dużo czasu ale to zbytnio nie owocowało, więc bardziej wyszedł przypadek z tego Pixies niż Ladytron u mnie. Suma summarum rezultat jest taki że znalazłem tu parę fajnych numerów które być może zostaną ze mną na dłużej, poza nimi kilka fajnych momentów poutykanych w różnych kawałkach no i jest też reszta utworów które jakoś ni w ząb mnie nie ruszają.
Zacznijmy od tego co mi siadło czyli tzw. samo gęste. W tej kategorii mogę umieścić na pewno Starlings of the Slipstream znane już z depeszwizji, ogólnie muszę powiedzieć że teasowanie płyt pojedynczymi numerami to jednak niegłupi pomysł bo człowiek z miejsca ma jakiś punkt zaczepienia, pierwszy numer nieraz łatwiej pozwala odblokować rozumienie reszty płyty. I ten numer jest w sumie kapitalny, od pierwszego brzdęknięcia gitary na wejściu po swój catchy uuu-uuu refren a NAWET obecnie już nie mierzi mnie to jazgotliwe solo na końcu numeru przez które munlup zebrał jajo ode mnie w depeszwizji. Niestety w kategorii tych numerów które zostaną ze mną na dłużej lista jest krótka i są na niej jeszcze ledwie dwa numery i są to otwierający album duet Stereo - Shady Lane. Oba wpisują się w format piosenek w których z jednej strony czuć delikatnie punkowe źródło ale jednocześnie mają spory radio-friendly pop potencjał, coś co kojarzy mi się z niektórymi numerami Nirvany bądź Pixies (już nie będę pisał że pop punk bo to nie pop punk tylko to był z mej strony jebitny skrót myślowy wówczas). W każdym razie numery mają fajną linie basową która zgrabnie prowadzi każdy z tych numerów i co zabawne - wielokrotnie łapałem się na tym że nie wyłapywałem w którym momencie kończy się Stereo a zaczyna Shady Lane, ten drugi brzmi trochę jak jakaś inny segment jednego długiego numeru po prostu. Dwa lekkie numery z fajnymi melodiami i nośnymi refrenami, nawet złapałem mojego młodego na nuceniu OH MY GOD OH MY GOD z Shady Lane więc chyba można obiektywnie uznać że to chwytliwe kawałki są. Te wyciszenia też są świetne, muszę to podkreślić.
Niestety, później na płycie brak mi numerów które tak zgrabnie ważyłyby proporcje między melodyjnością a jazgotliwością i slackerstwem. Czasem wokalista po prostu fałszuje choć nie musiałby, czasem chłopaki niepotrzebnie odjeżdżają w jakieś atonalne granie i psuje to klimat numeru a czasem po prostu te melodie mi nic nie robią. Są tu jednak wciąż miejscami poutykane fantastyczne MOMENTY które gdyby były w lepszej proporcji na tej płycie zrobiłyby ją. Wśród nich mogę wymienić delikatne zwrotki z klawiszami w Transport Is Arranged. Fajne jest to chóralne, wręcz beatlesowskie śpiewanie na końcu We Are Underused, którego swoją drogą sam początek przypomina mi nieco kjurowe Killing An Arab. W Type Slowly jest bardzo fajny instrumentalny mostek, chwilami zalatujący mi Laughing Stock, bas brzmi tam trochę jak w Runeii. Jest też naprawdę PIĘKNE instrumentalne outro w wieńczącym płytę Fin, brzmi to dla mnie jak coś co grały potem wszelakie kapele około przełomu millenium, to mógłby być Travis, mogłoby być Myslovitz a może wczesne Coldplay? To też jakiś plus że płyta ma jednak taką mocną klamrę, zaczyna się i kończy na wysokim poziomie. Mimo wszystko te momenty nie do końca ratują mi wspomniane wyżej numery tak bym chciał do nich wracać z osobna.
Wspomniałem o jednym podobieństwie do Kjurów to wspomnę też o innych może zabawnych skojarzeniach ale wczoraj słuchając Pavement ni z tego ni z owego nabrałem nagle wielkiej ochoty posłuchać pewnych starych przebojów których nawet nigdy szczególnie nie lubiłem - co ciekawe z tej samej epoki co ten album. Potem dopiero wyłapałem że umysł gdzieś podświadomie podsuwał mi skojarzenia z pewnymi fragmentami numerów Pavement. I tak jakoś gdzieś Transport Is Arranged skojarzyło mi się z Narcotic grupy Liquido (1998 rok), zaś gitarowy początek Date w/IKEA zabrzmiał dla mnie jak wstęp do Tubthumping grupy Chumbawamba (1997 rok). Zasadniczo tyle mogę o tych kawałkach napisać, reszta albumu nie przypadła mi do gustu z przyczyn których nie umiem określić.
Kuba uprzedzał na wejściu z czym to się je, że to album slackerski i ok, taka konwencja, co kto lubi, ale dla mnie album na tym traci, mam poczucie że to mogłaby być fajniejsza płyta no ale kolesiom na tym nie zależało, mieli fun z tego że mogli trochę pofałszować, zagrać coś nie w tonacji, porobić trochę muzycznego grochu z kapustą. Czytałem nawet jakiś artykuł gdzieś chyba że oni mogliby być trochę jakby to powiedzieć spadkobiercami Nirvany czy no powiedzmy pełnić taką rolę trochę na scenie alternatywnego rocka ale im właśnie na tym nie zależało żeby grać takie radio-friendly melodie. Dla mnie trochę szkoda, bo ta odsłona Pavement zażarła trochę ale było tego dla mnie tu za mało. Nie sądzę żebym wracał do tej płyty w całości jeszcze, nie wiem czy będę grzebał w ich dyskografii chyba że Kuba może wskaże kierunek gdzie więcej takiego Pavement szukać.
Pamiętam że Kuba próbował sprzedać nam Pavement dotychczas dwukrotnie, raz w utworowej i tamtego numeru nie pamiętam już, wiem że był... no że był pamiętam i wrzucał go jesienią ubiegłego roku bodajże. Drugie podejście było w depeszwizji i tam - heh, zabawna sytuacja - numer zasadniczo pochwaliłem i jednocześnie dałem mu 0 (a było to chyba w edycji z Shaunem Bakerem i Suczkami którym dałem drugie 0). Do tego drugiego kawałka Pavement dojdziemy w tej recenzji i wyjaśnię o co chodziło i czy coś się zmieniło. Do płyty podchodziłem z jakąś nieśmiałą nadzieją bo znów na jesień Kuba rzuca rockiem a.d. 1997, coś jak Mansun rok temu a wtedy było tak sobie. Ale okładka Brighten The Corners jest ładna i zachęcająca więc starałem się być dobrej myśli.
Dobra, w sumie to chyba mogę już przestać w tym momencie budować napięcie i rozwijać jakieś nadzieje we wrzucającym, co tu się oszukiwać - jednak mnie ta płyta rozczarowała. Poświęciłem jej naprawdę dużo czasu ale to zbytnio nie owocowało, więc bardziej wyszedł przypadek z tego Pixies niż Ladytron u mnie. Suma summarum rezultat jest taki że znalazłem tu parę fajnych numerów które być może zostaną ze mną na dłużej, poza nimi kilka fajnych momentów poutykanych w różnych kawałkach no i jest też reszta utworów które jakoś ni w ząb mnie nie ruszają.
Zacznijmy od tego co mi siadło czyli tzw. samo gęste. W tej kategorii mogę umieścić na pewno Starlings of the Slipstream znane już z depeszwizji, ogólnie muszę powiedzieć że teasowanie płyt pojedynczymi numerami to jednak niegłupi pomysł bo człowiek z miejsca ma jakiś punkt zaczepienia, pierwszy numer nieraz łatwiej pozwala odblokować rozumienie reszty płyty. I ten numer jest w sumie kapitalny, od pierwszego brzdęknięcia gitary na wejściu po swój catchy uuu-uuu refren a NAWET obecnie już nie mierzi mnie to jazgotliwe solo na końcu numeru przez które munlup zebrał jajo ode mnie w depeszwizji. Niestety w kategorii tych numerów które zostaną ze mną na dłużej lista jest krótka i są na niej jeszcze ledwie dwa numery i są to otwierający album duet Stereo - Shady Lane. Oba wpisują się w format piosenek w których z jednej strony czuć delikatnie punkowe źródło ale jednocześnie mają spory radio-friendly pop potencjał, coś co kojarzy mi się z niektórymi numerami Nirvany bądź Pixies (już nie będę pisał że pop punk bo to nie pop punk tylko to był z mej strony jebitny skrót myślowy wówczas). W każdym razie numery mają fajną linie basową która zgrabnie prowadzi każdy z tych numerów i co zabawne - wielokrotnie łapałem się na tym że nie wyłapywałem w którym momencie kończy się Stereo a zaczyna Shady Lane, ten drugi brzmi trochę jak jakaś inny segment jednego długiego numeru po prostu. Dwa lekkie numery z fajnymi melodiami i nośnymi refrenami, nawet złapałem mojego młodego na nuceniu OH MY GOD OH MY GOD z Shady Lane więc chyba można obiektywnie uznać że to chwytliwe kawałki są. Te wyciszenia też są świetne, muszę to podkreślić.
Niestety, później na płycie brak mi numerów które tak zgrabnie ważyłyby proporcje między melodyjnością a jazgotliwością i slackerstwem. Czasem wokalista po prostu fałszuje choć nie musiałby, czasem chłopaki niepotrzebnie odjeżdżają w jakieś atonalne granie i psuje to klimat numeru a czasem po prostu te melodie mi nic nie robią. Są tu jednak wciąż miejscami poutykane fantastyczne MOMENTY które gdyby były w lepszej proporcji na tej płycie zrobiłyby ją. Wśród nich mogę wymienić delikatne zwrotki z klawiszami w Transport Is Arranged. Fajne jest to chóralne, wręcz beatlesowskie śpiewanie na końcu We Are Underused, którego swoją drogą sam początek przypomina mi nieco kjurowe Killing An Arab. W Type Slowly jest bardzo fajny instrumentalny mostek, chwilami zalatujący mi Laughing Stock, bas brzmi tam trochę jak w Runeii. Jest też naprawdę PIĘKNE instrumentalne outro w wieńczącym płytę Fin, brzmi to dla mnie jak coś co grały potem wszelakie kapele około przełomu millenium, to mógłby być Travis, mogłoby być Myslovitz a może wczesne Coldplay? To też jakiś plus że płyta ma jednak taką mocną klamrę, zaczyna się i kończy na wysokim poziomie. Mimo wszystko te momenty nie do końca ratują mi wspomniane wyżej numery tak bym chciał do nich wracać z osobna.
Wspomniałem o jednym podobieństwie do Kjurów to wspomnę też o innych może zabawnych skojarzeniach ale wczoraj słuchając Pavement ni z tego ni z owego nabrałem nagle wielkiej ochoty posłuchać pewnych starych przebojów których nawet nigdy szczególnie nie lubiłem - co ciekawe z tej samej epoki co ten album. Potem dopiero wyłapałem że umysł gdzieś podświadomie podsuwał mi skojarzenia z pewnymi fragmentami numerów Pavement. I tak jakoś gdzieś Transport Is Arranged skojarzyło mi się z Narcotic grupy Liquido (1998 rok), zaś gitarowy początek Date w/IKEA zabrzmiał dla mnie jak wstęp do Tubthumping grupy Chumbawamba (1997 rok). Zasadniczo tyle mogę o tych kawałkach napisać, reszta albumu nie przypadła mi do gustu z przyczyn których nie umiem określić.
Kuba uprzedzał na wejściu z czym to się je, że to album slackerski i ok, taka konwencja, co kto lubi, ale dla mnie album na tym traci, mam poczucie że to mogłaby być fajniejsza płyta no ale kolesiom na tym nie zależało, mieli fun z tego że mogli trochę pofałszować, zagrać coś nie w tonacji, porobić trochę muzycznego grochu z kapustą. Czytałem nawet jakiś artykuł gdzieś chyba że oni mogliby być trochę jakby to powiedzieć spadkobiercami Nirvany czy no powiedzmy pełnić taką rolę trochę na scenie alternatywnego rocka ale im właśnie na tym nie zależało żeby grać takie radio-friendly melodie. Dla mnie trochę szkoda, bo ta odsłona Pavement zażarła trochę ale było tego dla mnie tu za mało. Nie sądzę żebym wracał do tej płyty w całości jeszcze, nie wiem czy będę grzebał w ich dyskografii chyba że Kuba może wskaże kierunek gdzie więcej takiego Pavement szukać.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
¯\_(ツ)_/¯
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Tym razem nie pora roku zła, ale realizacja konwencji hehe
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
szyny były złe
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
a tory?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kolega Mentos, to przesłuchał już w ogóle album? Bo chyba nie bardzo.
Pisze to, kończąc recenzję kolejnego albumu w tym temacie xD
Pisze to, kończąc recenzję kolejnego albumu w tym temacie xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
przeciez wiadomo, ze recenzje pisze przez AI lol, to po co słuchać
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
poprosiłem jakieś deepai o recenzję i wypluło to
Pavement’s "Brighten the Corners," released in 1997, stands as a quintessential slice of indie rock that encapsulates the band's signature blend of slacker charm and experimental verve. With its jangly guitars, off-kilter melodies, and Stephen Malkmus's distinctive vocals, the album navigates themes of alienation and introspection, all while maintaining a playful irony. Tracks like "Frontwards" and "Shady Lane" showcase the group’s knack for catchy hooks combined with abstract lyricism, making the work both accessible and thought-provoking. The production quality feels deliberately lo-fi, enhancing its indie cred, and yet there’s an unmistakable sophistication in the songwriting. "Brighten the Corners" is a testament to Pavement's influential place within the 90s music scene, offering a rich listening experience that resonates with nostalgia while remaining fresh and uniquely engaging.
więc uznajmy, że już wrzuciłeś
Pavement’s "Brighten the Corners," released in 1997, stands as a quintessential slice of indie rock that encapsulates the band's signature blend of slacker charm and experimental verve. With its jangly guitars, off-kilter melodies, and Stephen Malkmus's distinctive vocals, the album navigates themes of alienation and introspection, all while maintaining a playful irony. Tracks like "Frontwards" and "Shady Lane" showcase the group’s knack for catchy hooks combined with abstract lyricism, making the work both accessible and thought-provoking. The production quality feels deliberately lo-fi, enhancing its indie cred, and yet there’s an unmistakable sophistication in the songwriting. "Brighten the Corners" is a testament to Pavement's influential place within the 90s music scene, offering a rich listening experience that resonates with nostalgia while remaining fresh and uniquely engaging.
więc uznajmy, że już wrzuciłeś
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
to ja też nie muszę, wystarczy wcisnąć między zdania z trzy 'bizarne', 'gej', 'brzmienie' i 'elektronika' i będzie ok
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
TE KONKUTERY WIĄ O NAS WSZYSTKOkomputer pisze:Nie mam bezpośredniego dostępu do informacji o aktywności użytkowników na forum Depeche Mode, więc nie mogę dokładnie powiedzieć, dlaczego Mintaj zalega z recenzjami. Może być wiele powodów, takich jak brak czasu, inne zobowiązania, czy po prostu chwilowy brak inspiracji.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
SZKATUŁKOWEDragon pisze:05 paź 2024 22:08to ja też nie muszę, wystarczy wcisnąć między zdania z trzy 'bizarne', 'gej', 'brzmienie' i 'elektronika' i będzie ok
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
jeszcze ŁADNA KLAMRA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z każdego z nas można zrobić AI. Nie wszystek umrzemy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale pitolicie kocopoły.