Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 paź 2024 20:03

I linoleum
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2024 12:20

Kolega M zaginął w akcji więc dołączy jak się odnajdzie.

Lecimy z Wilsonem i The Harmony Codex
shodan pisze:
03 wrz 2024 12:52
Steven Wilson – The Harmony Codex (2023)

Czas na album naszego forumowego ulubieńca. Wszak Stevena Wilsona nikomu przedstawiać nie trzeba. Pierwotnie miał tu wlecieć album Grace for Drowning, no ale od kiedy usłyszałem The Harmony Codex to wiedziałem, że tamto jest już nieaktualne.
The Harmony Codex ukazał się w 2023r. A Steven Wilson ukazał się w nim z zupełnie innej strony niż dotychczas. THC to album intrygujący i wielowarstwowy. Ciężko podciągnąć go pod jakiś konkretny gatunek muzyczny. Wilson prezentuje w nim zarówno swoje stare oblicze muzyczne jak i zupełnie nowe elementy. Wilson dużo eksperymentuje z elektroniką i mnie to zdecydowanie odpowiada. Znacznie mniej tu typowych dla Wilsona gitar, a w to miejsce więcej klawiszy i elektroniki właśnie. Brzmienie albumu jest bogate i potężne. Steven na potrzeby nagrania albumu zaangażował podobno ok. 20 muzyków, którzy z niejednego pieca chleb jedli.
Dwa utwory (What Life Brings oraz Time is Running Out) to taki typowy Wilson core. Wilson jakiego doskonale znamy choćby z Porcupine Tree. Impossible Tightrope to z kolei jedyny właściwie progowy ukłon w stronę starych ortodoksyjnych fanów artysty. Mamy jeszcze ładną balladę zaśpiewaną w duecie z izraelską wokalistką Ninet Tayeb. Reszta utworów to już mniej lub bardziej eksperymentalne rzeczy. Wilson bawi się elektroniką, maluje piękne soundscape’y. Jak choćby w tytułowym The Harmony Codex. Z technicznego punktu widzenia może niewiele się w min dzieje, ot klawiszowe arpy wzbogacone wyrazistym basem i momentami recytującym tekst głosem żony Wilsona. Ale jaki to ma ładny klimat! W Actual Brutal Facts Wilson z kolei wręcz rapuje. W ogóle ciekawa rzecz – na początku mojej przygody z twórczością Wilsona uważałem go za dosyć przeciętnego wokalistę. Teraz jestem wielkim fanem jego głosu.
Album kończy genialny Staircase, który pozwolił mi wygrać jedną z edycji Depeszwizji. W ogóle druga część albumu to już dla mnie maksymalna podjarka – począwszy od Beautiful Scarecrow, utworu, którym nie wiem jakim cudem z kolei Hien nie wygrał.
Oddaję Wam do dyspozycji znakomicie wyprodukowany album, w którym każdy powinien coś znaleźć dla siebie. No chyba, że znowu ktoś zdecyduje się wydawać osądy po jednym odsłuchu. A to zdecydowanie nie jest album na jeden odsłuch.

https://www.youtube.com/watch?v=O-XR-C_ ... e9gJIMOYqE
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 paź 2024 12:46

Steven Wilson – The Harmony Codex

Solowy Steven Wilson to historia już całkiem długo, ale i wyboista. Najpierw dwa wybitne albumy, potem średnia karykatura progresywnego rocka z lat 70, potem niezły, ale strasznie niespójny czwarty album. Na szczęście, począwszy od piątego, „To the Bone”, solowy Wilson dostarcza same dobre rzeczy. Jakoś w okolicach albumu nr 6 „The Future Bites”, Stefan poszedł w elektronikę. Oczywiście nie poszedł w nią tak na 100% w kontekście całego albumu, ale w zestawie z tych sesji (którego by starczyło na dwa albumy) jest sporo kompletnie elektronicznych rzeczy. Co ciekawe, to nie jest tylko kaprys, to mu serio wyszło dobrze. Do tej pory, jedyny faktyczny flirt Stefana z elektroniką, pomijając Bass Communion, to de facto pierwsze solowe wydawnictwo sprzed ponad 20 lat, pod tytułem „Unreleased Electronic Music”. Tamten album to był jednak zbiór rzeczy nagranych, w wielu przypadkach, do reklam, bo tak SW zarabiał na chleb w latach 90-tych, kiedy z grania w zespole progresywnym nie szło wyżyć. Tutaj to już coś innego. SW wielu brodatych fanów proga, mocno wkurzył tymi syntezatorami. Zapowiadając „The Harmony Codex”, album numer 7, Wilson stwierdził, że ten będzie jeszcze bardziej elektroniczny. I o ile to nie jest album stricte elektroniczny, to jak na Stefana, jest mocno elektroniczny, a co najważniejsze, czuć w tym radochę z tego. Wilson wrzucał do neta filmiki ze studia oraz zdjęcia swojej powiększającej się kolekcji analogowych i cyfrowych syntezatorów (coś ala faza Gore’a w 2008/2009). To nie był ruch komercyjny, gość faktycznie pojarał się takimi brzmieniami i chciał to zgłębić, zresztą wiadomo, że wśród płyt życia, ma między innymi Tangerine Dream. Dobra, koniec tego gadania o pierdołach, pora zmierzyć się z muzyką.

Jakieś pseudo-orientalne, atonalne melodie na klawiszu otwierają ten album, ale chwile potem wchodzi pocięty bit, który jak dla mnie, jest 50% sukcesu „Inclination”. Wilson rzadko bywa tak rytmiczny, w dodatku czerpiąc z takich środków. Człowiek jest wkręcony, zanim Bosy się jeszcze odezwał. Przypominający syntetyczną interpretację instrumentów dętych klawisze, przypominają mi wczesnego solowego Sylviana, nagrywającego z Sakamoto. Wilson wchodzi wokalnie a capella i odpala ten pojazd od nowa. Nagle okazuje się, że nie tylko efekty, sztuczki i ciekawe zabiegi studyjne, robią ten kawałek. Tu wypływa druga strona medalu, czyli świetna piosenka. Niby klasyka na pianinie, ale w ogóle nie gryzie się z natarczywą warstwą industrialną (bo inne określenie nie przychodzi mi do głowy). Nie ma co się rozpisywać o każdy drobiazgu, który tu wchodzi. Zajebiste harmonie, ten rytmiczny arp, który wbija w ostatniej fazie numeru, jakieś free-gitarowanie w tle. To nie jest utwór, który od samego początku robił na mnie takie wrażenie, ale obecnie uważam, że jest fenomenalny.

Klasyczny, nostalgiczno-popowy Stefan wkracza w „What Life Brings”. Kiedy to wyszło na singlu, jeszcze przed wydaniem albumu, trochę przewróciłem oczami (uszami?), bo to taki SW does SW. Ostatecznie doszedłem jednak do tych samych wniosków, co w przypadku wrzucanego jakiś czas temu Tima, że to po prostu nie ma znaczenia, kiedy kawałek i tak mi wchodzi. Kto zna Wilsona i jego dyskografię, ten pozna wszystkie sztuczki, a nawet czające się w tle „Lips of Ashes” Porcupine Tree. Numer nie nadużywa gościnności, wrzuca swoją dawkę sentymentów i się kończy. Szanuję mocno.

„Economies of Scale” było pierwszym singlem z „The Harmony Codex”. Pokuszę się o stwierdzenie że ten bit niemal otwarcie nawiązuje do amerykańskiego hip-hopu z ostatnich lat, a wiem że Wilson jest fanem np. Lamara. Podobnie, jak w „Inclination”, to co nałożono na bit, wydaje się być trochę z innej bajki. Numer napisany został z klawiszowcem Stevena, jazzmanem Adamem Holzmanem, i o ile jazzu tu nie ma, to jazzowa wrażliwość oraz jazzowe myślenie, jak najbardziej. Ten niemal kanon, który wchodzi w drugiej połowie, to typowy zabieg wilsonowy, żeby nie było za gładko. Genialny jest ten kawałek. Pianino, te elektroniczne loopy w tle, nawet chórki, narastanie muzy pod koniec i takie smutne, zrezygnowane zgaśnięcie kawałka na końcu. O takim Stevenie Wilsonie się śpiewa przy ognisku.

SW, przed premierą wspominał, że w wypadku tej płyty nie szczypał się stylistycznie. Jeżeli miał ochotę nagrać coś, co było z dupy względem pozostałych piosenek, to nagrywał. Tym samym wkracza „Impossible Tightrope”, psychodeliczny space-rock. Na feacie. Ben Coleman z no-man, którego grę na skrzypcach uważam za absolutnie unikalną. Jest alternatywna wersja tego utworu, gdzie tych partii Bena jest jeszcze więcej. Rok temu, nie byłem przekonany do tego kawałka i nadal bym mu nie dał dychy. Nie chce mi się tu opisywać wszystkiego, bo utwór ma ponad 10 minut, i dzieje się w nim dosyć sporo. Jakieś efekty na wokalu Stefana, jakieś hipisowskie zaśpiewy w drugiej połowie, wszystko pędzi jak ciuchcia. Pojawiają się wankerskie solówki na broken-rhodesie, po 6 minucie wkracza jakiś fejkowy Fripp, itd., itd. Powinno to wszystko wywoływać odruchy wymiotne, ale o dziwo, jest to naprawdę ok. Podobne zabiegi na płytach nr 3 i 4, mnie odrzucały, ale tutaj to wszystko ma jakiś niewyjaśniony sens. Nie wiem. Nie jest to jeden z moich faworytów na płycie, ale po roku obcowania z nim, naprawdę mogę powiedzieć, że to jest spoko. No i outro Bena na skrzypcach włada, ale ten człowiek jest jak Midas.

Tu niestety napotykam na pierwszy, nagły krawężnik, o który się potykam. „Rock Bottom, w porównaniu do reszty albumu, to jest gruba średniawa. Ninet Tayeb, często pojawia się na solówkach Wilsona, ale zawsze wypadała lepiej. Tutaj to jej chrypienie staje ością w uszach. Muzyka byłaby do odratowania, ale też odnoszę wrażenie, że piosenka jest za słaba, żeby jakaś inna aranżacja to udźwignęła. Gdyby to było zaśpiewane w całości przez Wilsona, albo przynajmniej głównie przez niego, to na pewno byłoby znacznie lepiej. Jest taki fajny jazzowy remix tego numeru autorstwa wspomnianego już Adama Holzmana i jest milion razy lepszy niż oryginał.
Podoba mi się duetowanie w okolicach 2:30, tutaj to jeszcze ma jakiś sens, ale chwilę potem zaczyna się przeemocjalizowanie, darcie mordy, i to irytujące „breeeejk abaaaaw”. Potem już tylko darcie mordy i generyczna solówka, która brzmi trochę jakby Wilson próbował udawać Davida Gilmoura. To jest numer zmarnowanych okazji, co pokazuje choćby w/w remix Holzmana. Trudno.

Trudno, bo teraz wchodzi „Beautiful Scarecrow”, numer który wrzucałem do dwizji i pamiętam, że ktoś mi nawet za niego jajco wlepił. O ile tytuł jest mega cringowy, to sam numer jest doskonały, absolutnie mój ulubiony fragment albumu. Tekst też ma świetny. Takich rzeczy Wilsonowski wcześniej nie nagrywał. Fajne klawisze, fajne elektroniczne przeszkadzajki, fajne melodie wokalu i atmosfera. Około 1:45 wchodzi ten wypasiony bas i wszystko zaczyna nabierać tempa. Druga połowa numeru kojarzy mi się z Alanem i tym co robił w Recoil, np. na „Unsound Methods”. Fajnie to wyszło Stevenowi, skrzypcowe outro też zajebiste.

Jeb, „The Harmony Codex”. Stefan chwalił się tym kawałkiem przed premierą i wracają przy tej okazji echa jego wypowiedzi, o której pisałem przy „What Life Brings”. Ten album zawiera kawałki z wielu kojców. Tutaj jest to niemal 10-minutowy ambient z arpem w roli głównej. Przypomina mi mocno remix zrobiony przy okazji premiery ostatniej płyty no-man, SW użył tych samych syntezatorów. Kobiecy głos, recytujący pretensjonalne bzdety, to żona Wilsona – Rotem Wilson. Głos ma ładny, jak i dykcje ma ładną, więc słucha się, mimo wszystko, przyjemnie. W konkursie na to, kto lepiej użył żony na swoim albumie, Wilson wygrywa z Davidem Sylvianem (sorry, Ingrid). Wciągam takie rzeczy jak „THC” (lol) regularnie i z przyjemnością. Istnieje pełna wersja, która trwa niemal 20 minut i słucha się jej jeszcze lepiej. Powiedzieć, że to jest dobre, to nic nie powiedzieć. Lubię takiego Wilsona.

Żeby nie było zbyt kolorowo, to następny numer – „Time Is Running Out” - jest jednym ze słabszych. Słabsze, na „The Harmony Codex”, to nadal dobre kawałki, ale wiadomo ocb. Na początku, skrzywiłem się kiedy Wuja wskazał ten numer jako typowego Wilsona z wcześniejszych płyt, ale po uważnym przesłuchaniu, muszę się zgodzić. Zwrotki, to jest najtypowszy Wilson. Trochę bawi połączenie tego pianinka, z lekko plastikowym, elektronicznym bitem. Dobry jest ten bełkot, który chyba pełni tutaj funkcję refrenu. To nie jest zła piosenka, ale mam wrażenia, że nie wykorzystano tutaj potencjału, który ona w głębi posiada. Solo na gitarze kompletnie niepotrzebne, lepsze by było coś na klawiszu, albo w ogóle nic, bo w tle dzieją się wystarczająco fajne rzeczy.

„Actual Brutal Facts” zaczyna się zagrywką, która bardzo przypomina mi coś, co sam nagrałem z kilkanaście lat temu i trochę to mnie wytrąca (poza tym, że trąci też Toolem). Na szczęście potem wchodzi bit i już to kłopotliwe wrażenie znika. Pierwszy rap w historii Stevena Wilsona. Wiadomo, Murzyn śmiechnie, że nazywam to rapem, ale mówimy o Stevenie Wilsonie. Jak na jego warunki, to jest rap. Fajne rytmiczne przeszkadzajki z pokrojonego wokalu. Może jest tu trochę oczywistej mroczności, ale myślę Wilsonowi udało się ten kawałek wyhamować przed wejściem w jakąś chamską taniość. Ja ten numer naprawdę bardzo lubię, uważam że jest zajebisty. Te głośniejsze wokale z harmoniami trochę słabe, ale ogólnie i tak wrażenie jest spoko. Solówka na gitarze, która przypomina jakiś indyjski instrument, bardzo jest spoko. Kawałek fajnie też buja, a w sumie nie musiał.

„Staircase” kończy album i co ciekawe, po pierwszych kilku przesłuchaniach rok temu, był to dla mnie jeden z najsłabszych fragmentów i szczerze mówiąc, gdybym miał zrobić jakieś zestawienie, to by był nadal 4 od końca. W tym roku jednak moje stosunki z nim się ociepliły. Irytuje mnie nadal sposób w jaki SW tutaj śpiewa, jakby przemycał jakiś młodzieżowy swag, którego ja nie kupuję. Muzycznie jednak jest bardzo ok, fajna motoryka, klasycznie na tym album fajne przeszkadzajki elektroniczne i nienachalne użycie gitar. Koksiarski bas, który wjeżdża w środku kawałka, nadaje fajnej mocy. I tu w zasadzie numer się kończy, bo potem wchodzi koda, która jest niemal osobnym utworem. Jest to zdecydowanie najlepsza część całości. Wchodzą syntezatory, które pobrzmiewają mi jakimś Vangelisem, a solówki na nich jakby grał to… Marek Biliński. Arpeggio przypomina mi końcówkę „Still” Egyptian Nursery. Żona Wilsona wraca z tym samym tekstem, który zapodała na końcu tytułowego utworu, ale tutaj to wypada znacznie lepiej, powiem nawet, że miewam ciary pod sam koniec. Pięknie się to łączy z muzyką, tworzy taką bajkową, nierealną, nieco smutną i nostalgiczną atmosferę. Doskonałe zamknięcie doskonałego albumu.

Zadziwia mnie, jakie fajne płyty nagrywa Wilson przez ostatnie lata. Tak z niecałą dekadę temu, kładłem już niemal lachę na jego solowej twórczości, bo odnosiłem wrażenie, że nic ciekawego nie jest w stanie z siebie wykrzesać, czy już bez zbędnego obiektywizmu – nagrać czegoś co mi się będzie podobało, jak to co robił wcześniej. Tymczasem lata zleciały, a mnie najczęściej i z największą przyjemnością, zdarza się sięgać po jego ostatnie trzy płyty. Uważam, że Wilsonowi do twarzy z popem i z elektroniką (nawet taką śladową), i o ile zaczyna się powoli z tego wycofywać (przyszłoroczny album, to będzie space rock w stylu „Impossible Tightrope”), to też mnie to nie dziwi, bo ten facet nigdy nie zostaje w jednym miejscu na długo.

„The Harmony Codex” to wyjątkowy album. Bardzo mi się spodobał po premierze i przy kolejnych odsłuchach, ale mam wrażenie, że dopiero teraz, kiedy od września zacząłem go słuchać pod kątem pisania tej recenzji, naprawdę trafił tam gdzie trzeba w moich uszach i w mojej głowie. To jest ciekawy projekt, powstało dużo naprawdę doskonałych remiksów (stworzonych między innymi przez Tears for Fears, Manic Street Preachers, Interpol, Mogawi, czy Meat Beat Manifesto), dodatkowego materiału (jak wspomniane wersje alternatywne) oraz, uwaga, audio play. Bo THC, to jest niejako koncept album, ale zrobiony tak, aby ten koncept nie przytłoczył całości. Z tego względu, w wydaniu deluxe albumu, znalazł się wspomniany audio play, 35 minut w 6 częściach, w ramach którego Wilson osobiście czyta swoje opowiadanie, na podstawie którego nagrał album. Opowiadanie jest… no jest momentami trochę cringowe, jednak pisarz z Wilsona jest taki sobie. Te „pretensjonalne bzdety”, które recytuje Rotem Wilson w tytułowym i w „Staircase”, to właśnie fragmenty większej całości. ALE historia sama w sobie jest dosyć interesująca. Koncept może nie jest zrealizowany fachowo, ale jest ciekawy, a to już coś.

Wujas, nieświadomie, wrzucił album, który obecnie dużo dla mnie znaczy, a nie znaczył tyle nawet w momencie kiedy Artur go wrzucił do zabawy. Powiem więcej, nawet wzdychałem, że o jezu, Wujas dopiero usłyszał najnowszy album i już do bestki życia. No, ale co tu dużo mówić, jeśli jakiś album wrzucać, to ten zdecydowanie na to zasługuje. Amen.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 paź 2024 15:17

Stefan Wilson - THC (za mało było w joincie!)

Po raz enty na naszym forum wracamy w bestce do Stefanversum, Wilson wraz z Bownessem to jedni z najczęściej przewijających się artystów w naszych zabawach obok Radiohead czy Sex Shop Boys. Dotychczasowe wrzuty nie zrobiły ze mnie fana, co najwyżej skłoniły do jakiejś refleksji nt. tego co lubię a co nie w ich muzyce, z grubsza skwitowanej tym że muza spoko a wokale mniej. Zobaczmy czy ta płyta coś zmieni...

Inclination z miejsca wita mnie elektroniką, brzmienie jest takie jakby ciut zglitchowane, jest nieco industrialnie może jakby i generalnie chłodno. Myślę że pasowałoby to do to jakichś dystopijnych czy postapo obrazków. Później muzyka cichnie i wjeżdża ON, czyli maestro całego zamieszania. No i już nie jest tak fajnie, bo ja wokalu Wilsona zbytnio nie lubię a tutaj zmienia trochę charakter tego numeru dla mnie tą swoją melancholią. Jest to jesienne, tyle mogę przyznać. Drugie What Life Brings to Kuba napisał że to Wilson doing Wilson, ja to odbierałem trochę jako takie Wilson doing Wilson doing Pink Floyd, kojarzy mi się z klimatami typu Wish You Were Here. Tu wokalnie lepiej dla mnie, ogólnie powiedzmy ładny song i faktycznie bez zbędnego przedłużania czy rozwadniania klimatu, to na plus. Economies of Scale to od początku mój zgryz w playliście, nie spodobał mi się ten numer, nie podoba mi się jakoś specjalnie elektronika a zawodzenie Stefana pogarsza tylko odbiór i ten refren jest męczący. Impossible Tightrope to kobyłka segmentowa, którą lubię połowicznie. Pierwsze 4 minuty tego spektaklu są dla mnie jak najbardziej spoko, szkoda że po wyciszeniu wchodzi ponad drugie tyle już takiego progowego wankerstwa na instrumentach. Finisz Bena Colemana jest bardzo ładny ale tylko trochę zmywa niesmak z uszu. Odnośnie Rock Bottom - trochę zabawnie - mam dokładnie odwrotne odczucia niż Kuba, fajny numer z bardzo dobrym wokalem Ninet Tayeb i zbędnym wtrącaniem się Stefana. Ok pani tu faktycznie w opór zalewa słuchacza emocjami ale to dużo lepsze niż bezjajeczny Wilson ma wokalu. Jam to za Beautiful Scarecrow wlepił jajo Kubie w dewizji i zdawkowo napisałem przy tym że to nie moje klimaty po prostu. W sumie to nadal się pod tym podpisuję. Kiedy robi się mrocznie mam poczucie jakby wjeżdżały (po raz pierwszy na tej płycie) klimaty późniejszego Massive Attack jak z 100th Window. Tytułowe The Harmony Codex to 10 minut przynudzania arpeggio kończące się trafnym spoken word bo też gdy dotarłem do tego momentu utworu pomyślałem sobie "I came here searching for something/But I don't remember what that thing is anymore".
W Time Is Running Out najciekawsze są te zlepki samplowanych wokali. Niestety zanim utwór jest w stanie mnie sobą zainteresować kończy mu się czas (sic!).
Czas na Actual Brutal Facts i brutalne fakty z nim związane, a te są takie że - ha - wcale nie śmiechłem bo Stefan faktiko tu rapuje a najlepsze że po kilku odsłuchach albumu nie pamiętałem o tym gdyż w ogóle nie myślałem że to jego wokal! Numer brzmi już dla mnie totalnie jak późniejsze Massive i dla mnie to porównanie na plus, jest tu naprawdę fajny mroczny klimat i to chyba najlepszy numer na płycie. No i dojeżdżamy do zakończenia czyli Staircase za które to Wujas dostał ode mnie maksiora. W sumie mnie to nie dziwi bo to był najlepszy numer w tamtym zestawie, nie znaczy to jednak że poza dewizją hajpuję tak ten numer. Okej, nawet wlepiłem mu potem serduszko na laście ale teraz wracając do tego kawałka więcej niż bym chciał trochę mi zbrzydł. Nie lubię wokalu Stefana i tych nieco wankerskich motywów na gitarze elektrycznej, solo na basie nadal masne, outro w sumie ok ale tak żeby wracać do tego numeru sam z siebie znowu to nie wiem. Póki co serducho z lasta wycofałem, w zamian dostanie je poprzedni kawałek.

I taka to była dla mnie podróż poza moje rewiry, z dala od mojej strefy komfortu, przeszedłem się po tym specyficznym świecie Wilsona, nagapiłem się (a raczej nasłuchałem) różnych rzeczy, stwierdziłem że nie mój swiat i wróciłem do domu, tam pewnie odpaliłem hip hop i za wiele więcej nie myślałem o tej płycie ponad to co tu wypociłem. Nie czuję tego klimatu po prostu, są czasem jakieś zabiegi muzyczne czy elementy które mi się podobają jak to pójście w jakieś dystopijne trip hopy ale kiedy za bardzo dostaję progiem po uszach to się wycofuję. Elektronika jako taka mi tu szału nie zrobiła muszę przyznać. Może i jest to wrzuta odpowiednia na obecną porę tylko no... co z tego, główny aktor przedstawienia trochę za bardzo mnie męczy, podobnie zdaje się do mentosa uznaję jego muzę chyba w małych dawkach tylko.

Cytując klasyka:

¯\_(ツ)_/¯
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 paź 2024 00:33

Hien pisze:
17 paź 2024 12:46
Klasyczny, nostalgiczno-popowy Stefan wkracza w „What Life Brings”. Kiedy to wyszło na singlu, jeszcze przed wydaniem albumu, trochę przewróciłem oczami (uszami?), bo to taki SW does SW. Ostatecznie doszedłem jednak do tych samych wniosków, co w przypadku wrzucanego jakiś czas temu Tima, że to po prostu nie ma znaczenia, kiedy kawałek i tak mi wchodzi.
Doskonale powiedziane. Ja też mógłbym słuchać Tima i Stevena na okrągło o ile to są rzeczy, które mi pasują.
Hien pisze:
17 paź 2024 12:46
Ninet Tayeb, często pojawia się na solówkach Wilsona, ale zawsze wypadała lepiej. Tutaj to jej chrypienie staje ością w uszach. Muzyka byłaby do odratowania, ale też odnoszę wrażenie, że piosenka jest za słaba, żeby jakaś inna aranżacja to udźwignęła. Gdyby to było zaśpiewane w całości przez Wilsona, albo przynajmniej głównie przez niego, to na pewno byłoby znacznie lepiej.
Też nie jestem fanem wokalu tej pani, tego jej chrypienia w niższych rejestrach. Jak Ninet wjeżdża w wyższe partie, to ten wokal jest już spoko. Nie zgadzam się natomiast do końca z tym, że to słaby utwór. A co do zaśpiewania tego w całości przez Wilsona - jak on wchodzi w drugiej zwrotce, to ciepło mi się robi na sercu, ale tego mostka by raczej nie pociągnął.
Hien pisze:
17 paź 2024 12:46
Druga połowa numeru kojarzy mi się z Alanem i tym co robił w Recoil, np. na „Unsound Methods”.
Nie skojarzyłem, ale masz rację całkowitą. Nie wiem, jak można było za to dać zero!
Hien pisze:
17 paź 2024 12:46
Żeby nie było zbyt kolorowo, to następny numer – „Time Is Running Out” - jest jednym ze słabszych. Słabsze, na „The Harmony Codex”, to nadal dobre kawałki
A nawet bardzo dobre. Jednak Time Is Running Out to jeden z moich faworytów.
Hien pisze:
17 paź 2024 12:46
„Staircase” kończy album i co ciekawe, po pierwszych kilku przesłuchaniach rok temu, był to dla mnie jeden z najsłabszych fragmentów i szczerze mówiąc, gdybym miał zrobić jakieś zestawienie, to by był nadal 4 od końca. W tym roku jednak moje stosunki z nim się ociepliły. Irytuje mnie nadal sposób w jaki SW tutaj śpiewa, jakby przemycał jakiś młodzieżowy swag, którego ja nie kupuję.
Czytałem kilka recenzji albumu w necie i wszyscy recenzenci zgodnie twierdzili, że to "gwiazda" tej płyty. I ja się z nimi absolutnie zgadzam. A wokal Wilsona kapitalny.

Generalnie z 95% tej recenzji się zgadzam. Zawsze chciałoby się takie czytać.
stripped pisze:
19 paź 2024 15:17
Jam to za Beautiful Scarecrow wlepił jajo Kubie w dewizji i zdawkowo napisałem przy tym że to nie moje klimaty po prostu. W sumie to nadal się pod tym podpisuję.
To pokazuje, że już z Murzyna fana Wilsona na pewno nie zrobimy. Jak już taki numer go nie rusza. W ogóle Murzyn jest raczej na bakier z dobrą elektroniką. No i co poradzić? Dwa lata edukacji muzycznej poszły w błoto. ;(
stripped pisze:
19 paź 2024 15:17
Okej, nawet wlepiłem mu potem serduszko na laście ale teraz wracając do tego kawałka więcej niż bym chciał trochę mi zbrzydł.
Murzyn nawet jak coś w bestce czy Depeszwizji polubi, to po czasie i tak się z tego wycofa. :roll:
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 paź 2024 00:38

Było Wilsona nie przedawkowywać we wrzutach ;-)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 paź 2024 01:19

A co to, konkurs jakiś? Best to best, każdy wrzuca co dla niego ważne i ile tego chce. Np. nużące dawki czarnego hip-hopu hehe
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 paź 2024 01:42

A czekaj Murzyn, to jeszcze nie koniec. :8
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 paź 2024 13:08

Nie robi się takich rzeczy, żeby olać jakąś reckę. A, i słuchałem Pavement, ale dawno temu już ;(

Nachodzę, krótko i zwięźle, żeby się Hien nie wnerwiał (i tak daję mu dostatecznie dużo powodów do nerwów).

Pavement - Brighten the Corners

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że potrzebuje słuchać lekko slackowej muzy z odpowiednim jednak pierdolnięciem. Kilka takich przykładów mam w głowie, jednak tak się składa, iż rzadko po nie sięgam. Na szczęście nadchodzi Jakub z tym oto wykonawcą i tym tegoż wykonawcy albumem. Siedzę sobie w pochmurny i deszczowy dzień przed kompem w zimnym i ciemnym pokoju i słucham. Słucham raz, drugi... czy słuchałem trzeci? Możliwe, nie pamiętam do końca, ale nie ma to znaczenia, gdyż wtedy byłem już prawie chory i w Zgierzu, teraz jestem nieco zdrowszy w Warszawie. Słucham po raz kolejny pisząc te słowa i przypominając sobie swoje pierwotne odczucia. Vibe mam jeden, główny i zasadniczy, powiązany z innym zespołem, który już dawno temu imć Hien mi przedstawił, mianowicie The Bitter Springs. Nie jest to oczywiście ten sam rodzaj muzyki per se, ale klimat jak najbardziej się zgadza.

Zastanawiam się, czy data wrzuty w jakikolwiek sposób koincydowała z jesienią, ale o ile dobrze pamiętam, to tak miało być. Jest jesiennie, mam miłe skojarzenia (prócz wspomnianego wyżej TBS) z pewnym krążkiem pewnego bandu, który zamierzam tu wrzucić za rok, więc na razie zachowam nazwy dla siebie. Gitarowe przygrywki, wokal nieco od niechcenia, ale wcale przez to nie jakiś skrajnie niepoważny, git majonez. Już Stereo bardzo fajnie atakuje; Hien pisze, że Pavement gra tak, jakby dopiero co wstali z łóżek i po prostu wzięli w dłonie instrumenty. No i oto jest efekt, z tym, że tutaj mimo wszystko czuć przebudzenie, a przynajmniej jego chęć (można to przyrównać choćby do Maca DeMacdonaldo, który wciąż brzmi tak, jakby był zjarany). Ale oto nadchodzi Shady Lane i już robi się delikatnie tripowo - na początku niby energia się buduje, potem jest, ale końcówka to generalnie opadanie efektów zażytych substancji, któremu to opadaniu ciężko się oprzeć. Urzekający kawałek. Transport Is Arranged to za to mój faworycik, i przez tekst (dayum, "well I'm of several minds, I am the worst of my kind" i przez muzykę, ta jest prosta jak diabli, ale naprawdę dobra - zwłaszcza segment z tymi nakładającymi się na siebie gitarami. Miodzio ^^ Date w/IKEA pachnie R.E.M. wymieszanym z amerykańskim teen rockiem na kilka kilometrów, ale akurat takie R.E.M. zawsze lubiłem, amerykański teen rock też nie bywał jakoś straszny (gorzej z filmami, którym zazwyczaj towarzyszył). Old to Begin z kolei spokojnie mógłby zagrać DeMarcoPolo, wyjebka płynąca z dźwięków tego numeru jest powalająca. Jakby wokalista po prostu wlazł do studia, bo musi, stanął przed mikrofonem i zaspiewał cokolwiek i byle jak a potem zwyczajnie wyszedł i polazł w cholerę; zespół zresztą nie pozostaje mu dłużny. Type Slowly już ma więcej, powiedzmy, muzycznej siły, ale kojarzy mi się z wakacjami z jakiegoś powodu, jakby delikatnie ciągnęło jakimś Donavonem Frankenreiterem i surf rockiem (gdzie przecież ni huia to nie jest surf rock). Nic, tylko się na plaży walnąć, ale może nie w taką pogodę. Embassy Row przywala młoteczkiem, daje lekko grunge'owy vibe, zaś Blue Hawaiian to znów cudowny mamtowdupizm i wrażenie grania kompletnie out of tune. No i tekst jest fajny, ale widzę, że oni generalnie w lirykę potrafią. We Are Underused to w ogóle super utwór jest, to gitarowe solo, po którym następują chórki jest świetne. Aż chce się, eee, zataczać po ulicy i odbijać od ściany do ściany w rytm (albo zupełnie poza nim) i sobie podśpiewywać. Passat Dream z kolei ma wprost singlowy charakter, doskonała piosenka. Starlings of the Slipstream wraca na tory grania pro forma, ale refrenem ładnie żeni to z poprzednimi, wyraźniej melodyjniejszymi kawałkami (nadając mu zresztą charakteru przyjemnej, jesiennej melancholii). Fin to już w ogóle, domknięcie bez jednego słowa w bardzo dobrym stylu. No co, fajne to jest.

Generalnie co mogę powiedzieć więcej, krążek do słuchania w kompletnie leniwe popołudnie, nie wiem co prawda, czy podniósłby mnie jakoś srogo na duchu w wujowej sytuacji (sorry Wuja), ale na pewno uczyniłby takowe popołudnie przyjemniejszym i w ogóle. Nóżka sama chodzi, a tak naprawdę to wcale, bo najlepiej jest leżeć na kanapie i ewentualnie kręcić trochę głową (z aprobatą ma się rozumieć). Luz, wyjebka, slacking i lollygagging na pełnej. Murzyn trochę na to w swojej recce narzeka, a ja wcale, uważam, że właśnie taki kompletny (nawet, jeśli nieco zaaranżowany) nonkonformizm tylko temu wydawnictwu pomógł. Jak widać można grać byle jak, a nie nagrywać byle jak (a przynajmniej nie byle jakich rzeczy). Daję pełne propsy, fajnie było poznać taki kawałek muzy nawet, jeśli wjeżdżam ze swoją opinią o wiele za późno. Ewidentnie klimat albumu mi się udzielił lol.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 paź 2024 13:38

Czy Kuba chce podsumować Pavement? ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 paź 2024 13:54

Pozostaje chyba tylko jedno podsumowanie

¯\_(ツ)_/¯

A serio, to żałuję że nie zrobiłem tego tydzień temu, bo teraz trudno mi się odnieść do tych wszystkich recenzji inaczej niż w ten sposób. Za takie wrzucanie recenzji po czasie, robienie śmietnika, itd, to powinny być kary wlepiane.

W zasadzie zaskoczył mnie głównie Dragon, bo to nie jest jego pole, a jednak weszło. Mentos nie rozczarował, Murzyn rozczarował, ale planowo, Wuja wiedziałem, że się odbije, bo to Wuja ("za dużo gitar"). Nieco namolnie Wam wpycham ten zespół (tak, to jeszcze nie koniec), ale wierzę, że w końcu do każdego dotrę (skoro nawet Artur dał maksa w depeszwizji) i zmienię go w fana tych pierdzieli używających tak przestarzałych zwrotów jak "rad".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 paź 2024 14:09

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 paź 2024 19:07

steven wilson The Harmony Codex

Czyj ulubieniec, tego ulubieniec. Wilson to marka w świecie progresywnego grania. Mój podstawowy problem z twórczością tego człowieka to nieustanna pogoń za małpowaniem całej masy różnych klasyków czy generalnie nurtów. Najwięcej przyjemności przynoszą płyty dość mocno stylizowane na rzeczy z moich ulubionych gatunków pokroju emo grania w Porcupine Tree czy dark ambientu w Bass Communion. Stosunek do reszty obejmuje zjawiska trudne do objaśnienia za pomocą konkretów i rzeczy na dowodzenie. Solidny muzyk, kompozytor, producent, w którego wytworach nie czuję autentyczności. W wielu przypadkach to takie mikstury przygotowane zgodnie z literą odpowiedniego przepisu, by coś brzmiało tak, było podobne do. Mimo wszystko najbardziej szanuję jego remastery, m.in. klasyków Tangerine Dream.

Z czym Wilson przychodzi do słuchaczy w 2023 roku? To sprawdzamy w ramach wrzutki Wujasa. Czego słuchacze oczekują? Na poziomie forumu przekonamy się o tym pewnie w ciągu najbliższych kilku dni. Wobec The Harmony Codex nie miałem większych oczekiwań, za to już w głowie miałem wiele wątpliwości, pamiętając całą rzeszę nagrań poznanych do tej pory. Opis Wujasa to reklama, wolałbym więcej odczuć osobistych.

Myśląc o dotychczas usłyszanych kawałkach poprzez Depeszwizję, liczyłem na coś zupełnie innego. Przede wszystkim bardziej spójnego. THC (z konopii, nie syntetycznej kopiii) to przyspieszony kurs z gonitwy po znanych zespołach i różnych stylistykach wykorzystywanych przez Wilsona na przestrzeni kilku ostatnich dekad. Spoiwem dla tego wszystkiego jest co najwyżej elektronika - wykorzystywana w charakterystycznym stylu, czyli tak jak to zazwyczaj robią muzycy stricte rockowi. Tu tło, tam dużo takich laboratoryjnych dźwięków bez większej roli. Czuć, że to nie jest jego DNA, nie udaje się aż tak daleko idący cosplay Thoma Yorka. Panowie w depeszwizji zapodali tymi lepszymi kawałkami. Mogłem oczekiwać takiej elektronicznej płyty od początku do końca. Elektronicznej do pewnego momentu, bo pewien standard, szkielet kompozycji jest nie do ruszenia. Mógłbym to kupić, gdyby nie to, że tutaj rozpiętość gatunkowa jest wyjątkowo szeroka. Słuchana od deski do deski sprawia wrażenie kompilacji. Nie wiem, czy to dobrze, bo zapewne jest tu jakiś większy koncept wszyty w teksty, tytuły. W różnych momentach płyty miewałem zupełnie inny stopień zainteresowania - od znudzenia przez negatywnie zaskoczenie po miłe niespodzianki do znajomych rozwiązań, które robiły robotę.

Nieważne ilu muzyków współpracuje, jakiego sprzętu się nie użyje... liczy się efekt końcowy. Mimo tylu rąk i nóg wykorzystanych do pracy jakoś niespecjalnie to słychać. Poza solówkami i gościnką na wokalu Wilson równie dobrze sam mógłby na wszystkim zagrać, nie robi to żadnej różnicy. Eksperymenty z elektroniką wyjątkowo zachowawcze. Chyba tylko pseudotrapy w Economies of Scale można uznać za coś nowego. Więcej staroszkolnych rozwiązań, ale to żadna ujma. Słychać, że Wilson trzyma rękę na pulsie w kontekście Tangerine Dream. To były najprzyjemniejsze mrugnięcia w stronę Tych, Którzy Mają Wiedzieć. Tytułowy kawałek mimo charakterystycznej urody to tylko początek. Ciekawiej wyszło w końcówce Inklinacji, środku Impossible Tightrope czy Staircase. Szkoda, że na tym poletku brakuje większej melodyjności. Tytułowy numer słucha się niezłe, ale kompletnie nie angażuje. Taka uroda współczesnej elektroniki inspirowanej klasykami, która w efekcie końcowym przypomina niekończące się pochody sekwencji prowadzone nijako i nigdzie. Za to końcówka Inklinacji to już takie Raum na pełnej, najlepsze odkrycie. Gorzej z atakiem na audytorium rozkochane w Radiohead. Economics of Scale to tylko wspaniała, ale kompletnie niewykorzystana tytułowa harmonia wokalna. Time is Running Out? Zapychacz bez krzty wyrazu. Przez to pianinko przywodziło na myśl jedyny tak znany kawałek Ten Sharp, to wszystko. Jedynie Beautiful Scarecrow wychodzi obronną ręką, choć znacznie lepiej wypada w izolacji od reszty utworów. Ten basowy brass jak z Welcome To The Machine, a w drugiej części alanowa perka jak w Shunt, fajne skojarzenia.

Jedyny pozytyw od początku do końca What Life Brings. Brzmi jak Porcupine Tree z przełomu wieków połączone z uroczymi floydowskimi harmoniami z czasów bez Watersa. Bardzo przyjemny numer. Wolałbym więcej dziadowania w tym stylu zamiast eksperymentów z wyważaniem otwartych drzwi. Cała reszta to już wyjątkowo okazałe cuda i dziwy. Jest jakiś filmowy opener wyjątkowo mocno przeciągnięty, ale za to też przeprodukowany. Jest sterylna improwizacja instrumentalna jak zrzynka z King Crimson (Starless w domu) i Ozric Tentacles. Po niej wjeżdża z czapy popowy numer, który wyróżnia się żeńskim wokalem. Szkoda, że z biegiem trwania Wilson próbuje zlać to jakoś na podobieństwo do reszty THC. Albo przez finałem to niesmaczne Massive Attack w domu. Dosłownie tak brzmiałoby Protection wyprodukowane przez Wilsona.

I tak się bujamy między progresywną elektroniką, jazz-rockowymi improwizacjami, popem, trip hopem, sposobem produkcji jak u Gabriela... a na koniec najbardziej siada mi ten Wilson, którego znam i szanuję najbardziej. Może i brzmienie jest bogate. Ja bym powiedział cyfrowe, dość płytkie. Produkcja w porządku, ale drugim istotnym elementem jest jakaś elementarna spójność, dopasowanie utworów. Tego tutaj nie ma. Mamy za to jakieś cztery różne EPki w ramach jednej kompilacji. Wierzę, że to materiał dla ortodoksów Wilsona, który znając dokładnie jakieś linie rozwojowe w karierze SW potrafią inaczej podejść do kolejnego King Crimson, Radiohead czy Massive Attack w domu. Szacunkiem darzę to co do tej pory poznałem, kilka ciekawszych wspomnianych wyżej rozwiązań czy nawiązań, What Life Brings i wokale w Economies of Scale. Opener też w porządku. Reszta nie dla mnie. Po prostu solidna muzyka, która nie wywołuje nic więcej dłuższymi fragmentami.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 paź 2024 21:48

Dragon pisze:
26 paź 2024 19:07
Mój podstawowy problem z twórczością tego człowieka to nieustanna pogoń za małpowaniem całej masy różnych klasyków czy generalnie nurtów.
I tu jest właśnie moja przewaga w tym, że ja nie jestem obciążony tą całą wiedzą o klasykach i nurtach. Mogę się więc cieszyć twórczością Stevena.
No ale jednak coś tam z tych klasyków dzięki bestce poznałem. Było generalnie całkiem spoko, ale i tak wolę naszego forumowego ulubieńca. :D
Dragon pisze:
26 paź 2024 19:07
Jedyny pozytyw od początku do końca What Life Brings.
Czyli jednak stare dobre PT. Dla mnie to akurat utwór z końca mimo, że wciąż dobry.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 paź 2024 22:01

Nie wiem czy to kwestia wiedzy, raczej na pewno nie heh takie mam odczucia, inni mogą też znać wiele rzeczy, a tego tak nie słyszeć. Czasem na tyle fajnie, że mogę sobie słuchać bez zarzutu, a czasem jednak niektóre rzeczy wychodzą za bardzo.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 paź 2024 22:07

Może kwestia osłuchania. Coś usłyszysz i Ci się kojarzy z czymś tam. Ja nawet 1/10 tego w życiu nie słyszałem co Ty, więc... jestem przy Wilsonie po prostu szczęśliwszy. :D
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 paź 2024 10:38

Dragon pisze:
26 paź 2024 19:07
najbardziej szanuję jego remastery, m.in. klasyków Tangerine Dream.
*remixy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 paź 2024 11:15

ok zwracam honor panu Benu Wisemanu
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 paź 2024 12:15

No, różnica jest jednak olbrzymia, bo remastering to jakieś 15 minut roboty i to z automatu. Szanuję remiksy Wilsona, zwłaszcza jeśli chodzi o katalog King Crimson. Debiut w żadnej wersji nie brzmi tak dobrze, jak w miksie Wiltona.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 paź 2024 14:21

to zmieniam na
Mimo wszystko najbardziej szanuję jego dark ambientowe płyty w BC