Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 05 gru 2024 11:09

Grace Jones - Slave to the Rhythm

W pewien słoneczny dzień, gdzieś na południe od Łodzi, świeciło słońce. W pewnym, dosyć styranym odtwarzaczu samochodowym, wylądowała niespodziewana płyta z pewną czarnoskórą, piękną kobietą na okładce. W aucie trzech, w miarę rozgarniętych, podstarzałych forumowiczów, z forum o pewnym zespole, o którym nie warto w tej recenzji pisać. Siedzieliśmy sobie nad jeziorkiem, obgadywaliśmy ludzi z forum, ale tylko jedna osoba w gronie, wiedziała wtedy co się szykuje. Murzyn, miał ze sobą pewną płytę. Oryginalną. Na CD. Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale owa płyta miała za chwilę zmienić atmosferę całego tego dnia. Panie i Panowie …. GRACE JONES.

Album otwarty jest z grubej rury, bowiem „Jones the Rhythm” to zdecydowanie najsłabszy moment na albumie. Przypomina mi nieszczególnie udany numer z jakiegoś musicalu z lat 70. Główną rolę odgrywają tu dosyć nieszczególnie udane ejtisy. Sama Grace oczywiście daje radę, ale aranżacja i generalnie piosenka sama w sobie, nie zapowiada szczególnie udanego albumu. 6 i pół minuty, z czego najlepsze jest zdecydowanie mówione intro, bo tworzy naprawdę konkretny klimat. Niemniej, samochód buja na wszystkie strony, kiedy kierowca szuka pewnego obiektu widmo, który jakiś czas temu, w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął z mapy. Tajemnicza sprawa, tak jak zresztą wrażenie jakie robi Grace Jones i jej muzyka na tym albumie. Po ejtisowym stejtmencie, przychodzi czas na właściwe „Slave to the Rhythm”.

O ile „Jones the Rhythm” to była jakaś tam przystawka, tak „The Fashion Show” to zdecydowanie mój ulubiony kawałek na płycie. Drastyczny przeskok, ale w tle, pewien czarnoskóry białas opisuje historię nagrywania tego albumu i wiele rzeczy staje się jasne, a wręcz fascynujące. Dobra, to co z tą interesująca wariacją na temat „Byłaś serca biciem”? Niby też typowe ejtisy, ale mam wrażenie właśnie, że takie, z których częściej czerpano na naszym polski podwórku muzycznym. Jest w tym coś znajomego, coś intrygującego. Bas buja, rytm (rhythm) trzyma wszystko w doskonale zbudowanym szkielecie, zajebiste damskie chórki i wodzący na pokuszenie wokal Grace Jones. Do tego stos ciekawych zabiegów w tle, które nie służą tylko wypełnieniu pustych przestrzeni, ale tworzą wyjątkowy klimat. Grace brzmi tutaj niemal, jak David Bowie. Jestem w stanie sobie wyobrazić te zwrotki, śpiewane przez Cienkiego białego księcia. Magia roztacza się coraz bardziej, kiedy rezygnujemy z poszukiwania urojonej, bełchatowskiej konstrukcji położonej w promieniu kilkuset metrów od elektrowni, i decydujemy się, świeżo naładowani wycieczką nad zbiornik wodny, gdzie młode kobiety uciekały ze śmiechem na nasz widok, ustalić kierunek – miasto.
To jest pierwszy moment, kiedy dojebię się do sugestii Murzyna, żeby sięgnąć po krótszą wersję albumu, bo na niej „The Fashion Show” jest o 2 i pół minuty krótsze. To jest śmieszna zbrodnia, naprawdę śmieszna.

Druga sprawa, że w krótszej wersji pomieszano trochę tracklistę, a po „The Fashion Show” absolutnie musi wjechać „The Frog and the Princess”. Kawałek jednocześnie pretensjonalny i absolutnie fascynujący przez swój luz i sexy klimat, którego nie powstydziłby się nawet Prince.
Osobiście, zawsze byłem zafascynowany Grace Jones, odkąd byłem dzieckiem. Absolutnie piękna kobieta, która emanuje niesamowita tajemniczością, mistycyzmem. Ian McShane, którego pierwszy raz poznałem, bo Tim Bowness nazwał tak jedną z piosenek, robi konkretną robotę. Człowiek sympatyzuje ze słowami Goude’a, opisującymi całkowite zawładnięcie życiem faceta przez Grace. W tle tego wszystkiego, pierwsze bardziej zurbanizowane fragmenty Bełchatowa.

„Operattack” i niejaki Jaca, opisuje nam skąd to się wzięło, dlaczego to tak brzmi, jak powstało. Nie dość, że synchro w 3 osoby, to do tego z komentarzem na bieżąco. Pobieramy te nauki, jednocześnie zadziwiając się tym, co dochodzi z głośników. Dziś, to brzmi jakby ktoś ustawił sobie sampla w FL-u, i walił losowo po klawiaturze. Brak kontekstu, łatwo może zamordować ten dwuipółminutowy eksperyment, ale my wiemy swoje, bo nas Murzyn wyszkolił.

Ale rozjeść się, bo wkracza prawdziwe niewolnictwo ryżu. Mówione intro absolutnie konieczne. W tle robi się niemal industrialnie, bity są ciężkie, riffy podkreślają to, że my jesteśmy tu tylko niewolnikami, ale zamiast bawełny, zbieramy rytm. Zaskakująco dobra rzecz do samochodu. Zajebisty luźniejszy fragment w środku kawałka, mocarny klimat i człowiek wciąga się coraz bardziej. Trochę zaczynam bredzić, ale nie wydaje mi się żeby dało się to opisać po akademicku, bo to trochę nie o to chodzi. Nawet walenie deską od sracza mi tu nie przeszkadza, a to już coś. Niech sobie Grace wali tą deską, ona może wszystko, a my tylko robimy co nam każe.

Przejeżdżamy koło klubu, w którym dj set grał sam Jaca, a w tle rozkręca się „The Crossing (Ooh the Action). Na krótkiej wersji, wywalono wszystkie fragmenty rozmowy z Grace Jones, co ssie pałę. Muzycznie dzieje się jakaś dżungla, za oknem auta też dżungla, ale miejska. Zastanawiamy się, czy i tym razem gospodarz będzie czekał godzine na kebaba. Jaca pokazuje nam kilka interesujących rzeczy w centrum, oglądamy grafitti, mijamy ludzi, którzy nie są tak jak my – NIEWOLNIKAMI RYTMU. Co zabawne, „The Crossing”, to chwila odpoczynku od ciężkiego, zaprogramowanego rytmu automatów perkusyjnych. Grace opowiada o sobie, świadoma uwielbienia, jakim darzą ją ludzie. Łamie którąśtam ścianę, w zasadzie łamie je wszystkie i wchodzi nam do samochodu, a tu siara, bo walimy kebabem, Musiał śmierci petami, a ja siedzę z tyłu w foteliku dla munlupów. Miss Grace Jones.

Tymczasem, powraca środkowa część tytułowego numeru, tutaj jako „Don’t Cry – It’s Only the Rhythm”, gdzie w/w fragment potraktowano remikserską robotą. Krótka, ale jakże potrzebna repryza jednego z głównych wątków, która wzmacnia napięcie przed wielkim finałem. Powoli zachodzi słońce, jedziemy na rynek gdzie Jaca tłucze fotki instagramowe.

Ladies and Gentlemen – „Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones”. Znowu znajome motywy, które pojawiły się wcześniej w „The Fashion Show”. Znowu się bujamy, nieco smutni, że zaraz płyta się skończy, a my będziemy musieli pożegnać się z Grace Jones i rytmem. No i to pożegnanie jest piękne, a ja wiem co zrobię wieczorem, kiedy wrócę do domu. Zaopatrzę się w „Slave to the Rhythm”. Na pierwsze przesłuchanie, mieliśmy wersję krótką, ale długa jest lepsza. Nie jest to jakaś idiotyczna roznica minut, a te wstawki naprawdę robią konkretny klimat, nie mówiąc już o zbrodniczym skróceniu „The Fashion Show”, no prostytutka, tak się nie robi.

Ten kolorowy snapshot wakacyjny, podczas spotkania trójki Munlup, Murzyn, Musiał (3M), mocno zapadł w pamięć, również dzięki temu, że mieliśmy okazję posłuchać tego albumu. Szanuję Jacę, że miał jaja przynieść te płytę ze sobą i puścić nam w całości. Ja bym się nie odważył, bo już jestem zmęczony mehaniem na moje propozycje i to, że potem Musiał nawet nie pamięta, że coś mu włączałem xD Ale Grace zrobiła wrażenie, ale kaman, to jest Grace Jones. Łatwa robota, łatwy prejz, w pełni zasłużony.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 05 gru 2024 19:16

Grace Jones - Slave to the Rhythm

Jest w życiu kilka stałych. Franklinowskie "śmierć i podatki" to chyba najbardziej znane z nich, ale nie najważniejsze. Najważniejsza jest obsuwa Musiała w pisaniu recek (nie, żebym był z tego dumny, no ale wicie rozumicie...). Tak na dobrą sprawę zacząłem koło południa, ale potem nawaliło mi się trochę roboty w robocie (kto by się spodziewał), zaś później zobaczyłem reckę Hiena. I jak ją przeczytałem to poczułem, że najważniejsze, co ja chciałem przekazać, zostało powiedziane. Tamto popołudnie było gorące i duszne, klima w aucie pomagała tylko częściowo, podjazd do Bełchatowa był zresztą i zabawny i depresyjny jednocześnie, albowiem musiałem mierzyć się kilkoma iteracjami dotyczącymi pewnego określenia, jakie ukuto na mnie już wiele lat temu... ahh, stare dzieje. Nieistotne w tej chwili, tak myślę.

Niemniej jednak dotarliśmy, zaś Murzyn utrzymywał atmosferę tajemnicy niemal do samego końca. Zresztą, jakieś chochliki w głowie podpowiadają mi, iż krążek wyjął ze swojej słynnej torby już w momencie przebywania nad owym zbiornikiem wodnym, niechybnie wykorzystywanym jako rezerwuar "surowca" do chłodzenia elektrowni mieszczącej się w nieodległym od Bełchatowa Rogowcu, ale być może pamięć płata mi figle. No matter. Już sama okładka zapowiada ciekawe doświadczenia, o Grace Jones wiem to, że istnieje, i że nagrała kilka fajnych numerów, które nawet znam i lubię (c'mon, Libertango, jeden z numerów mojego dzieciństwa). Jaca daje background pozyskania albumu oraz szybko nas briefuje, czego możemy się spodziewać. W sumie płyta będąca tak naprawdę montażem złożonym z różnych wariacji na temat tego samego nie wydaje mi się czymś często spotykanym w ejtisach. Albo ja jestem niedoedukowanym głąbem (i taką opcję biorę pod rozwagę), więc na wszelki wypadek zamknę mordę. Co się z różnych powodów pośmialiśmy przy odsłuchu, to nasze, ale sam odsłuch był... oh wow. Serio, Grace kupiła mnie od razu. I to tak konkretnie. Szkoda, że vibe mi się nie powtarzał, tamtej wyjazd był naprawdę fajny. Murzyn to spoko gość (i ma fajnego psa).

Zaczynając od początku, ażeby nie powtarzać za bardzo po przedmówcy, powiem tyle - mnie się opener AŻ TAK nie nie podobał. Faktycznie, trąci ejtisami (i to z gatunku tych tańszych) na kilometr, ale primo - bez sprawdzania chcę wierzyć, że to była pierwotna wersja, którą po prostu postanowiono wcisnąć na album (no i usinglowić, bo jednak pierwsza i o dość przebojowym jak na tamte czasy potencjale), a ponieważ tam każdy numer kosztował produkcyjnie więcej, niż zarobiłem przez całe swoje życie jak dotąd (więcej nawet niż moje mieszkanie, mówię o POJEDYNCZEJ piosence), no to był to dodatkowy argument. Osobiście konotacje mam miłe. Primo, lubię kicz, ejtisowy zwłaszcza. Secundo, te męskie zaśpiewy w tle kojarzą mi się z... Falco (poważnie), który totalnie mógłby robić na tym albumie jakiś feat (skoro pykło mu z Brigitte Nielsen, no to c'mon), a i ten utwór po prostu jest i w jego stylu. Także, to było niezłe. A potem wjeżdża The Fashion Show i robi się jeszcze lepiej. Dla takich ejtisów niebędących jednoznacznie synthpopem traciłem głowę. I straciłem ją ponownie, numer jest genialny. Jednocześnie new wave i funk (galaktyczny, PDK), z delikatnym bluesowym zacięciem. Przecież to jest pełny miodzio. Najbardziej się - dobrze pamiętam - podniecałem właśnie tą piosenką (czy raczej jedną z wersji tytułowej), no i "tytułową", no i ostatnią. Znów mamy Discount Falco w tle, gitara już w ogóle puchnie od lat 80. na centymetr kwadratowy taśmy, to nie mogło wyjść źle (i nie wyszło). Tutaj nadmienię, że słuchałem obu wersji, skróconej i normalnej, także nie ominęły mnie ostatecznie wstawki z wywiadami. I uważam je za bardzo fajny dodatek, który czyni to dzieło niemalże pomnikowym. Niemniej jednak - Operattack faktycznie, jak to zauważył imć Seba, brzmi troche jak The Art of Noise meets Grace Jones (co PRAWIE mogłoby się udać, gdyby nie fakt, że wywiadowiec Miss Grace Jones, tj. Paul Morley, zdążył się już z TAoN pożegnać, albowiem przeszkadzał mu zbyt komercyjny kierunek, jaki grupa obrała po swoim debiucie). Mamy tu bez wątpienia zabawę Synclavierem dla samej zabawy, ale jako mostek jest to całkiem fajne. Trzyma odlotowy klimat całości.

No, chwilę później jest już właściwe Slave to the Rhythm, nawet z tym właśnie tytułem, i człowiek czuje faktyczną potęgę pulsujących czasów kolorowych ubrań, kolorowych włosów i ludzi o bardzo niejednoznacznej seksualności (wypisz wymaluj Warszawa A.D. 2024). We fragmentach z chórkiem robi się wręcz antemicznie. Jest to zdecydowanie lepsza wersja otwieracza, acz otwieracza też w całości nie dyskredytuję. Frog & the Prince to już w ogóle odjazd. Grace niemal tam nie ma, a jest najbardziej ze wszystkich numerów na albumie. Przede wszystkim, McShane wymiata jako lektor. Ale też samo tło muzyczne idealnie pasuje. To byłaby świetna strona B dla podstawowego singla i... dokładnie tak też było (choć wyłącznie na jednej z dwunastocalowych wersji). Doskonała rzecz, nie sposób się nie jarać. Przy The Crossing miałem ciekawe skojarzenie z pewnym zapętlonym w nieskończoność kawałkiem, którego teraz nie przywołam inaczej, jak wyłącznie w swojej głowie, a była to po prostu muzyka relaksacyjna z jednego z jutubowych filmów relaksacji służących (wraz z muzyką ma się rozumieć). Namiętnie tego słuchałem (chciałem tego, czy nie) latem 2015, także już niemal 10 lat temu... Takie właśnie moje konotacje tutaj, ważne, że dla mnie trafne, a i wcale niczemu tu nie ujmujące. Spokojny instrumental daje chwilę odetchnąć przez już niemal ostatnim "pierdolnięciem" płyty, czyli drugim tym pierwszym singlem, funkcjonującym pod dwoma różnymi tytułami. Pamiętam dobrze przejazd przez letni Bełchatów, ludzie za oknami mojego auta faktycznie nie wiedzieli, co dzieje się w środku. A w środku byliśmy już totalnie SLAVES TO THE RHYTHM. Nic nie mogło nas uwolnić (poza kebsem, a i to nie na zbyt długo). Don't Cry - It's Only the Rhythm brzmi tutaj jak bez mała koncertowe intro do właściwego utworu, które ma zrobić klimat na widowni, przygotować wszystkich oczekujących w podnieceniu na główną gwiazdę wieczoru i znów jest to strzał w dziesiątkę. Atmosfera się zagęszcza, podjara rozkręca, instrumenty wchodzą w idealnej kolejności i jeszcze lepszym zestawieniu. Intro powoli cichnie, a potem wjeżdża LADIES AND GENTLEMEN, i wjeżdża TEN HIT. Właściwie dokładnie tak wyobrażam sobie potencjalne koncerty z tamtego czasu, i nie śmiem tego zweryfikować, by nie zmiażdżyć własnego headcannonu.

Piosenka zamykająca, czy też enta jej wersja, jest perfekcyjnym mariażem "środkowego" Slave to the Rhythm z The Fashion Show, ale to też po prostu wybornie łączy w sobie prawie wszystkie elementy albumu. Potencjał singlowy też bardziej niż oczywisty, funky klimat nadal przywołuje mi w głowie Falco, do tego też trochę Prince'a, ale gdzieś w tle pobrzmiewa również Bryan Ferry. A to tylko Trevor Horn i cała jego drużyna. Płyta dobiega końca, nasza przygoda w Bełchatowie też dobiegła końca, potem końca dobiegł tamten dzień, na koniec końca dobiegło lato, wraz z końcem lata skończył się spokój i wiele innych rzeczy. Teraz, gdy sufit znów wali mi się na łeb, miło jest przywołać tamtą sierpniową beztroskę. Grace Jones, czyli Murzynka od Murzyna (a był to Murzyn z psem, jak w pewnym filmie Machulskiego). Do tego wszystkiego elektrownia, kurczak na cienkim z łagodnym, wisienką na torcie było stare targowisko. A potem Banco de Gaia. I'm looking for the summer ;___;
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 gru 2024 22:21

Dziękuję pięknie wszystkim za recenzje, cieszy mnie że płyta nieźle się przyjęła, specjalnie podziękowania dla sekcji łódzkiej która ładnie odpłaciła mi za to że zmusiłem ich do słuchania tej płyty minionego lata :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 gru 2024 22:24

Niniejszym otwieram pod jutrzejsze Mikołajki kolejkę ZIMOWĄ :)

Na pierwszy ogień Cardiacs oraz ich płyta A Little Man and a House and the Whole World Window
mintaj pisze:
11 lis 2024 13:04
Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window

Nie wiem jak u was, ale w mojej banieczce od pewnego czasu głośno jest trochę o kwestii ADHD. Co jakiś czas słyszę, że ktoś sobie je diagnozuje, co jakiś czas słyszę, że ktoś chce sobie je zdiagnozować i generalnie to ostatni raz tak często to pojęcie słyszałem jakoś w podstawówce, gdy miałem w klasie takiego Norberta, który zawsze zachowywał się jakby go nosiło i ni cholery nie szło nad nim zapanować.

W każdym układzie, ciężko mi zawyrykować na ile to wpływ przebodźcowania ze strony wszelkiej maści tiktoków i innego badziewia, na ile faktycznie zjawisko, które istnieje, ale przez lata było lekceważone. A może oni wszyscy to robią dla darmowego Medikinetu - nie wiem i może nawet nie chcę wiedzieć.

W każdym razie piszę to, gdyż chcę PT gremium zaprezentować płytę, którą na własny użytek sobie określam jako "album z ADHD".

Bo tak po prawdzie to ciężko mi tu przypiąć jedną, konkretną łatę. Ktoś mógłby zasugerować post-punk, ktuś inny pisać coś o artpopie, a jeszcze ktoś inny mógłby krzyknąć "Hola hola panowie, przecież wokal brzmi jak jakiś Hammill, a całość jest powywijana i pozakręcana jak rasowy rock progresywny" i w sumie to wszyscy na swój sposób mieliby rację. Ktoś kiedyś próbował przeforsować określenie ZOLO jako definicję mieszanki powyższych gatunków - ja raczej słyszę je rzadko, ale jak ktoś chce używać, to nie mam serca zabraniać.

Tak czy siak jest to muzyka wręcz hiperaktywna, momentami hiperekspresyjna jakby podczas jej nagrywania spożywano wyłącznie kawę i energetyki oraz kreskówkowo wręcz przerysowana. Właściwie to ciężko mi o jakieś porównania z czymkolwiek, bo nic podobnie brzmiącego nie przychodzi mi do głowy. Byśmy się źle nie zrozumieli - próbowałem przesłuchać parę albumów, które na papierze powinny brzmieć podobnie, ale jakoś tak zawsze się okazywało, że CZEGOŚ mi tam brakowało.

I tak sobie myślę, że tym czymś był ten pierwiastek szaleństwa, tak mocno zaznaczony na opisywanej płycie. Słychać go w tych przerysowanych wokalach, słychać go w szalonych kompozycjach, gdzie co rusz jesteśmy atakowani wykręconymi melodyjkami, motywami i szeroko pojętym wariactwem. I jak to zazwyczaj z muzyką bywa - coś, co na papierze nie powinno mieć racji bytu, tutaj działa. Bo tak.

Generalnie to poznałem ten album jakoś tak dobrą dekadę z kawałkiem temu. Było to z rekomendacji pewnego śmiesznego krakusa, który wtedy był monarchistą i miał mocno konserwatywne poglądy oraz słuchał proga, ale w okolicach 30 zakochał się w Radiohead, przez co teraz zmienił poglądy oraz głośno mówi o tym, że ma ADHD oraz propaguje profilaktykę w tej kwestii.

Może to o czymś świadczy, może nie. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=NScA4jN ... OMkLFaFf1E
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 05 gru 2024 23:12

stripped pisze:
05 gru 2024 22:21
Dziękuję pięknie wszystkim za recenzje, cieszy mnie że płyta nieźle się przyjęła, specjalnie podziękowania dla sekcji łódzkiej która ładnie odpłaciła mi za to że zmusiłem ich do słuchania tej płyty minionego lata
Czyli podstępnie ich wcześniej omamiłeś, żeby teraz spijać śmietankę? Rozumiem. :mrgreen:
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 05 gru 2024 23:47

Nie, po prostu wrzucił świetny album.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 06 gru 2024 00:17

Jaca jest wyrozumiały, ale dobry odbiór płyty nie jest zły heh
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 gru 2024 14:34

Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window

"If insanity were a living being and decided to record an album, probably this would be its magnum opus (and Is This The Life? would be the Single to lure normal people)"

Powyższe stwierdzenie jest jedną z recenzji tejże płyty na portalu Rate Your Music, postanowiłem aż to tu przekleić bo uznałem że doskonale podsumowuje zawartość tego albumu i mój stosunek do niego. Ale przejdźmy do rzeczy.



Podoba mi się ten wstęp na smyczkach w otwierającym album utworze. Później powoli wkrada się cyrkowa atmosfera która będzie przeważać na tej płycie. Dęciaki w refrenie dobitnie wytłuszczają ten temat, słuchając tego numeru stwierdzam że trochę buja jak taka strojna i błyszcząca tysiącem barw karuzela z konikami w lunaparku. Nie ma tu jeszcze przytłaczającego chaosu póki co, myślę że to takie solidne otwarcie płyty nawet. Wraz z drugim utworem zaczyna się już powoli jazda. Specyficzny neurotyczny śpiew, jakieś zmiany tempa, cyrkowe szalone klimaty, niestety nie jest to Farting Clowns heh. Nie podoba mi się melodia tego utworu więc tym trudniej się wkręcić. Z utworem nr 3 mam podobnie, to dla mnie po prostu Looney Tunes, w dodatku oba numery są za długie a mają raptem 5 minut. Czwarty na liście wpada singiel, Is This The Life? idący w bardziej konwencjonalną budowę i brzmienie oparte na jakichś gotyckich, cold wave czy post-punkowych klimatach. Tu główny riff jest spoko i robi robotę, tak jak te chłodne synthy wokół i saksofon dochodzący później. Kojarzy mi się to trochę z płytą Moev wrzucaną przez devotionala. Dęciakowe interludium nie przeszkadza, przy pierwszych dźwiękach myślałem że to Destination Calabria wchodzi xddd wraz z utworem Dive wracamy do zwariowanych melodii, wkurzającego wokalu, cyrkowych brzmień. Skip. The Icing On The World trochę spokojniejsze ale wciąż rozbujany cyrk tu się odwala, wokal nadal drażni, melodie nie przykuwają. Skip. The Breakfast Line podobnie, te numeru trochę przypominają mi o kawałku Driving In My Car grupy Madness który też jest taki hałaśliwy, drażniący, nie wiem czy to ja mam autyzm czy oni ADHD czy o co biega już. Co prawda Breakfast Line kończy się spokojniej i normalniej jakby ale wciąż nie chwyta. O Victory Egg nie jestem w stanie nic napisać, jest inne ale to wciąż nie to czego bym szukał. R.E.S. uderza tym ADHD po całości i przeszkadzajkami jak ze wspomnianego numeru Madness ale ma też prostą i łatwą do zapamiętania linię klawiszy. Refren też troszkę bardziej zapadający w pamięć ale całość nadal jak latający cyrk Monthy Pythona czy tam tysiąca innych klaunów. To całkiem normalne gitarowe solo brzmi tu tak od czapy heh. Znów numer który jest za długi niepotrzebnie. Albumową klamrę zamyka The Whole World Window, oczywiście odmienne dość od zawartości płyty, brzmiące trochę melancholijnie. Ładna, zapamiętywalna linia saksofonu, również te smyczki brzmią spoko ale odnoszę wrażenie że cały ten klimat to jakiś pastisz z ich strony po prostu. Znów odnoszę wrażenie że numer jest niepotrzebnie rozciągnięty o jakieś dwie minuty za długo, więc nawet na finiszu nie potrafię całkiem cieszyć się tą ładną chwilą na płycie.



Ehhh dziwna to jest płyta mocno, ale jestem przekonany że po prostu taka miała być i nie dla każdego jest to muzyka po prostu. To raczej album (a może i wykonawca?) który albo kochasz albo nienawidzisz, płyta która choruje na dwubiegunowość tylko tu jednak w przeważającej części chory znajduje się w nieprzewidywalności manii. Albo to po prostu wspomniane przez mentosa ADHD. Cechą wspólną wielu wrzutek mentosa w albumach jest na pewno to że są jakieś, są wyraziste i często polaryzujące słuchaczy. Geniusz wielu z nich skryty jest pod przykrywką szaleństwa, udało mi się go dostrzec u Big Black czy mbv, jednak album Cardiacs to wciąż obcy mi dziwoląg z którym nie jestem w stanie znaleźć wspólnego języka poza dystansem ich przebojowego singla.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 gru 2024 02:33

Cardiacs A Little Man and a House and the Whole World Window

Kurczę, no nie kojarzyłem tego zespołu do tej pory. Może przypominam sobie pojedyncze twarze członków zespołu jak przez mgłę z czasów namiętnego przebijania się przez grupy muzyczne i rankingi, ale to wszystko. Spokojne podszedłem do tej płyty bez uważnej lektury opisu Seby. Określenie 'album z ADHD' w sumie wyjaśnia i zamyka temat. Jeśli cała dyskografia opiera się na porównywalnych eklektycznych poszukiwaniach to...

Samo zjawisko nazywania, lepszego rozumienia, dokładniejszego wyczucia neuroróżnorodności, spektrum autyzmu, ADHD... czasem to naprawdę ma sens, a czasem to taka łatwa wymówka nabyta przez natłuczenie informacjami z wątpliwych źródeł. Kręcę się w środowisku, w którym to nie jest coś obcego. W przypadku niektórych osób to wręcz paraliżuje codzienne funkcjonowanie. Przebodźcowanie nie jedno ma imię. Za nim często idzie brak koncentracji, przepalanie czasu na cokolwiek innego niż właściwe zadanie do wykonania.

Piszę to dlatego, że w sumie ten kontekst i ciekawe porównanie Mentosa siada mi bardziej niż właściwa płyta. Nie pomaga temu nie najlepszy kontakt z podobnie skrojonym spektaklem widzianym tydzień temu. Naciąłem się na popkulturową bombę, która ostatecznie wyszła jako widowiskowy bohomaz pozbawiony zarówno sensu jak i warstwy prowokacyjnej. Można się obrzucać w recenzjach zdolnością wyłapania kontekstów, ale mnie takie gry w skojarzenia przestały bawić na poziomie szkoły podstawowej. U Cardiacs jest lepiej o tyle, że te swoiste kolaże gatunkowe to w pełni twórcza, ichniejsza robota. Wydźwięk tej muzyki mimo wielu prześmiewczych, dezorientujących patentów mylących tropy jest dość jednoznaczny. Ma sensowny początek i koniec. Przynajmniej to jakaś opowieść. Też momentami bełkotliwa, męcząca i przerysowana do granic kompozycji muzycznej, ale w jakimś konkretnym celu, z wyczuwalnym przesłaniem. Nie będę go zdradzał. Zdradza go wokal w odpowiednich momentach przy odpowiednich tekstach na przykład.

Najmniej problemu miałem przed chwilą, gdy skończyłem słuchać ostatni raz. Wyświechtany banał - najlepiej słuchać w skupieniu - ale w tym przypadku znowu bierze górę. Zagęszczenie styli, różnych form ekspresji... no jest tego za dużo na luźne odsłuchy. Za pierwszym razem w pociągu już po dziesięciu minutach byłem wkurviony, a od tamtej pory starałem się pohamować i spróbować inaczej. Mimo wszystko nad niektórymi mankamentami nie umiem przejść do porządku dziennego. Nic nie poradzę, że najlepsze utwory to te najbardziej uporządkowane. Najlepsze fragmenty czystych rąbanek to instrumentalne końcówki albo harmonijne refreny. W czasie poważniejszych zajęć i robót siadam do całych płyt prędzej do playlist z selektą... tylko, że tutaj uwaga szybko gaśnie albo jest miotana po kątach czasem z minuty na minutę w zależności od utworu. Mam jakieś notatki dt. każdego kawałka, ale w głowie kojarzę tylko najciekawsze fragmenty. Tu refren z Dive, tam jedna linijka z pierwszego tytułowego kawałka, która powtarza się w R.E.S.. Ten mocno prześmiewczy neo-prog nad którym dzieje się całkiem poważna rzecz w Is This the Life. Słodko-gorzkie zakończenie z mellotronem z jednej strony, dodatkami wokalnymi, ale też trochę innym, poważniejszym wokalem z drugiej. Obok tego połowa płyty jako takie łamigłówki, z których czasem mi się podobała minuta albo środek albo koniec albo początek. Gdzieś się panowie zapędzili w kozi róg, serio. Cyrkowy klawisz w co drugim kawałku? Przesada. Patetyczne drony, potem partia na trąbce, pseudo-industrialowy klimat przechodzący w progrock na sterydach. Cała ta płyta działa jak progrock na sterydach z wokalem o nieskazitelnie brytolskim akcencie.

Nie jest to zła muzyka, ale to nie ten czas, nie ten format. Już za samą odwagę i stopień popierniczenia mają u mnie plusik. Do tego 2-3 kawałki jako całość zapisuję... jednocześnie nie obiecuję powrotów. Tak to bywa. Seba niedawno rzucił w jednym z tekstów o formie takiej edukacji muzycznej, ja to uskuteczniałem najbardziej na początku bestek. Wobec tego musi być świadomy, że czasem się przyjmie, a czasem będzie różnie. Co polubiłem to moje.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 gru 2024 16:13

panowie do wigilii zdążą?
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 14 gru 2024 16:17

Zdążą, zdążą.

Edit: zdążę, zdążę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 14 gru 2024 16:19

Do 19 grudnia, potem lecimy z Yokotą
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 gru 2024 16:24

O, to lubię.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 gru 2024 11:32

Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window

Cardiacsów poznałem przez Stevena Wilsona, bo nagrał doskonały cover „Stoneage Dinosaurs” i generalnie wspominał ten zespół z wielkim entuzjazmem. Sprawdziłem na Laście, niecałe 10 lat temu sięgnąłem po „Songs for Ships and Irons” i się odbiłem (teraz czytam, że to w zasadzie nie jest nawet album). To była muza w złym guście teatralna, przypominające jakieś piosenki z programu typu „Ciuchcia” tylko nagrane przez kogoś, kto słuchał za dużo prog-rocka. Wokale przypominały jakiś stary uber-brytolski musical, każdy kawałek brzmiał niemal tak samo. Poszanowałem tę muzykę mimo wszystko, bo trudno było odmówić jej specyficznego uroku i jakiegoś liryczno/kompozytorsko/instrumentalnego warsztatu. Cardiacs jacyś byli, ale nie rzuciłem się na inne albumy i nie wiem, czy bym się rzucił, gdyby nie ta wrzuta Seby. Nie będę ściemniał, że wrażenia są po tej dekadzie jakieś znacząco inne, bo nie są. Czaję czemu się to podoba Mentosowi, bo jest w tym jakiś pierwiastek sparksowy, ale jednak tamci mają chyba nieco więcej oleju w głowie, a może właśnie mniej oleju, a więcej melodii i zwartych kompozycji. Niemniej, Tim Smith (RIP,), to był kawał charyzmatycznego gościa, w zasadzie to jego charyzma wywalała poza skalę, tylko pytanie jak ta charyzma się manifestowała w kontekście zespołu muzycznego. Jego maniera przypomina nieco wczesnego Grzegorza Cichowskiego, ale Grzegorz nigdy nie poszedł tak daleko w kabaretową otoczkę. Nie dziwię się jednak, że Cardiacs mieli taką siłę przebicia, bo charyzma wciąga, a pasja jest zaraźliwa. Nie zdarzyło Wam się nigdy pojarać w myślach czymś kompletnie spoza Waszych zainteresowań, tylko dlatego, że osoba, która o tym opowiadała, tak kipiała pojarą? Myślę, że Cardiacs działają w podobny sposób, bo pomimo tego, że „A Little Man and a…” razi mnie dokładnie tymi samymi rzeczami, co „Big Shit”, to jednak nie mam zamiaru się przejeżdżać po tym albumie, bo jest w nim to mityczne COŚ. Generalnie album brzmi jakby to nagrywała Chumbawamba, ale antysystemowość wymieniła na uliczny teatr. Porównanie do Chumby, to oczywiście komplement z mojej strony.

W zasadzie „A Little Man…” można opisać, że to zbiór utworów, które są „Is This the Life?” i które nie są „Is This the Life?”. Jak to Murzyn słusznie zauważył, jest to fortel, aby zwabić ludzi do tej płyty. A wiecie, kiedyś to było tak, że jak już człowiek wydał te pieniądze na CD, czy kasetę, to jednak poświęcał czas albumowi, nawet jak nie wchodziło od początku, bo jednak wydał na to pieniądze, a mógł kupić coś innego. To jest poczucie obowiązku, którego ludzie teraz nie znaju, bo sobie mogą ściągnąć lub ograbić artystę z kasy i godności na Spotify. Kiedyś to było.

W każdym razie, nie wiem, czy jest sens opisywać wszystkie numery osobno, nie będę ściemniał, że potrafię większość rozróżnić. Może za pół roku regularnego słuchania, ale nie teraz. Co łączy większość tych kawałków, to artsy charakter, punkowy angst i podniosłość brzmienia. „In a City Lining” jest dobry przykładem tego ostatniego, bo zwrotki suną niczym odśnieżacz przez zasypane ulice. Zaplątał się tu również fragment ska i lunaparkowe mostki. Kompozycje robia wrażenie na papierze, bo są gęste, nieschematyczne i nieprzewidywalne. Tim Smith ma w sobie tyle energii, że mógłby spokojnie robić za agregat przy dużej fabryce. Zakładam, że teksty to jest 50% tego, co się u Cardiacsów liczy, nie wczytywałem się, ale też nie musiałem, żeby ogarnąć jakie jest przesłanie tych piosenek.

„I’m Eating in Bed” to chyba będzie hymn obok „Spędź the day in Bed” Morrisseya. Tzn. kawałek pewnie jest o czyn innym, ale co z tego. Problem z Cardiacs jest taki, że ich kawałki są na tyle kompleksowe pod kątem akordów i segmentów, że bardzo łatwo zlewa się to w jedna breję z innymi kawałkami. Instrumentarium również nie zmienia się szczególnie między utworami. Wyobrażam sobie grupę aktorów musicalowych, którzy zostali po godzinach i korzystając z pozostawionego tam sprzętu nagrywają sobie album. Ta muzyka momentami prosi się wręcz o opatrzenie jej jakąś scenografią, tańcem, pantomimą, itd. Muzycy potrafią robić użytek z instrumentów i to czasami na zaskakującym poziomie, co sprawia, że nie za bardzo da się zaklasyfikować to granie jako jakikolwiek rodzaj punka, CHOCIAŻ, zerknąłem teraz na Wikipedię i widzę dopiski „avant-punk” oraz „art-punk”, ale to już takie mocne rozciąganie założeń.

„Is This the Life?” brzmi niemal jakby to był jakiś split singiel z innym projektem ze Smithem w składzie. Prosta, post-punkowa piosenka, bez naleciałości musicalowych. Nawet Tim Smith brzmi tu bardziej konwencjonalnie, pomimo że nadal trudno wyłowić jakiekolwiek melodie z jego śpiewu. Bardzo podniosły, ale wyjątkowo jak na Cardiacs, bezpretensjonalny kawał muzy. Eksperymentalne solo w środku, różni się od niekończących, lunaparkowych melodyjek z wcześniejszych kawałków, brakuje też ciągłych, neurotycznych zmian, które cechują muzę tego zespołu. Jeżeli Cardiacs chcieli trollować ludzi, to im się to musiało udać.

Czy wy też słyszycie w „Dive”, w 1:00 „papa smerf behind shit”? Nie jestem w stanie tego odusłyszeć i teraz zawsze już tam będzie „papa smerf behind shit”. Trudno, ale numer ogólnie jest spoko, głównie ze względu na energię. Znowu wraca tutaj montowanie kawałków z losowo wybranych segmentów, może to był ten sposób Briana Eno, tylko zamiast tekstów, układali tak całe kompozycje, Wuj wie (żartuję, Wuj nie wie). Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu podoba mi się to bardziej od bliźniaczych kawałków z początku albumu, może dlatego, że Tim Smith jest w stanie pociągnąć tutaj WSZYSTKO tą maniakalną manierą.

„The Icing on the World” to chyba najlepszy przykład tego, że nie za bardzo idzie załapać Cardiacs, w krótkim czasie i nawet ilość przesłuchań niczego tu nie zmieni. Ilość nagłych zmian, powoduje, że trudno tutaj cokolwiek zapamiętać. Domyślam się, że najwięksi fani Cardiacs, są w stanie rozpoznać te numery obudzeni w środku nocy, puszczane po sekundę, z odwróconym i zniekształconym dźwiękiem, ale raczkuję jako słuchacz bandu, więc musiałem się poddać. „The Breakfast Line” robi nic, żeby to wrażenie minęło.

Tutaj już zacząłem się gubić za każdym razem, nawet nie wiem kiedy wjechało „Victory Egg”, a potem „R.E.S.” z tą gonitwą organową i takim samym jak w każdym numerze, wokalem Smitha. Refren za to, to jeden z tych momentów na albumie, który dobrze zapamiętałem, ot taki paradoks. Tak sobie myślę, że niemal 50 minut, to sporo jak na tak monotonną w prezentacji muzę. Pół godziny takiego jebjebjeb łołołoło, byłoby zdecydowanie bardziej strawne, ale z drugiej strony, jakoś udało się dotrzeć do tego miejsca bez aż tak koszmarnych zgrzytów.

„The Whole World Window” wprowadza last minute zmiany. Nagle się okazuje, że oni potrafią inaczej. No, do jakiegoś stopnia przynajmniej. Kawałek płynie wolno, w tle monumentalne klawisze jakby to było jakiś Karmazynowy Król, czy coś. No, heh, miałem nie pisać o piosenkach osobno, a ostatecznie napisałem, to dopiszę już, że „A Little Man and a House” to taka matka wszystkich numerów z tej płyty, a „Interlude” ma fajną trąbkę.

Nie jest to najłatwiejszy album. Myślę, że lepszym momentem na poznawaniu Cardiacsów jest jakiś etap między 15, a 25 rokiem życie, bo wtedy emocje odnalazły by się z tym chaotycznym i monotonnym angstem, pomimo tego, że kontekst kompletnie nieczytelny dla nastoletniego polaczka. Teraz bardziej „uznaniowo” tego słucham, bo jednak zespół legendy i z dupy się to nie mogło wziąć, no i nie wzięło. Jednocześnie, nie podlega chyba dyskusji, że nikt by o Cardiacs nie usłyszał, gdyby kapitanem tego okrętu, autorem treści i pomysłów, nie był Tim Smith. Facet jest niemal jak jednosobowa firma, która na papierze zatrudnia 10 osób, tyle ten facet ma w sobie energii i twórczych soków. Są ludzie, którzy to w sobie mają, i jeśli dasz im mikrofon i możliwości, to oni to wykorzystają na 100%.

Tak jak pisałem w komparycji niniejszego pozwu, album ma w sobie to COŚ, co sprawia, że trudne początki zamieniły się w nieco mniej trudne kolejne odsłuchy. Nadal nie mogę powiedzieć, że zakochałem się w Cardiacs czysta i pełną miłością, jaką normalny biały człowiek, może obdarzyć album muzyczny, ale na pewno randka była udana i nie mam zamiaru tego zespołu ghostować. Wręcz przeciwnie, myślę że sięgnę po więcej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 gru 2024 14:29

Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window

Przeczytałem już opisy przedmówców i w wielu kwestiach po prostu mógłbym się tylko podpisać. Zostało o tym albumie powiedziane już właściwie wszystko. Właściwie najchętniej zrobiłbym numer ala Murzyn i wypisał się z bestki na powiedzmy 2-3 tygodnie, żeby oszczędzić sobie tej wypowiedzi i konieczności słuchania. W dotychczasowej historii bestki albumowej chyba tylko My Bloody Valentine przyjąłem gorzej. Tutaj też w sumie odbijałem się jak piłka od ściany. I nie chodzi o to, że album jest za trudny czy coś. Nie ma za trudnych albumów. Ale są takie, które i po milionie lat słuchania by nie zatrybiły. Bo zwyczajnie są poza wszelkim zainteresowaniem muzycznym słuchacza. Generują nieprzyjemne porównania, skojarzenia.
Mentos pisał o ADHD. No w sumie tak to brzmi. Te bezustanne zmiany tempa są koszmarne. Ja zmiany tempa sobie cenię, ale w jakimś rozsądnym stylu i dawce. Tutaj dzieje się to prawie bezustannie na przestrzeni tych 50 minut. Za każdym razem pod koniec albumu byłem tą muzyką tak zmordowany, jakbym ogród przekopał. Jakie są poza tym główne wady albumu? Przede wszystkim wokalista. To jego gdakanie po prostu zrobiło mi już dziurę w mózgu. Nie do zniesienia. Melodii właściwie w większości utworów nie rozróżniam. Oprócz 3-4 numerów reszta to jest to samo tylko trochę przemieszane. Instrumentarium bardzo monotonne na przestrzeni całego albumu. Jest tylko kilka momentów, kiedy jest ciekawiej, przyjemniej. Reszta to jak już ktoś wspominał muzyka cyrkowa. Czez jeszcze lubił używać fajnego określenia, że coś brzmi, jakby Muppety grały. Tu można by tak powiedzieć. Samo brzmienie tej muzyki mnie niestety odpycha. Były porównania i do Sparks i do Jehtro Tull i może coś w tym nawet jest. Z tym, że tam jest to wszystko dużo bardziej uporządkowane, zrobione z głową, bez zbędnej przesady. W Cardiacs widocznie nikt sobie nie zawracał głowy jakimś rozsądkiem czy umiarkowaniem wychodząc z założenia, że kto ma polubić, to i tak polubi. A reszta nie musi.
A czy są jakieś plusy? Generalnie w muzyce tak bardzo nie z mojego świata trudno o jakieś wyraźne momenty zachwytów. Ale coś przystępnego dało się wyłowić.
Najlepiej wspominam Interlude. Może ktoś wywnioskować, że próbuję sobie robić tutaj żarty, ale ten mini utworek po prostu jest najprzyjemniejszy. Ładna melodia na trąbce jakby wyjęta z jakiejś starej baśni. I nawet żałowałem, że się tak szybciutko skończyło.
A Little Man and a House też jest spoko. Ma nawet dosyć podobny klimat do Interlude i gdyby cały album był utrzymany w podobnym stylu, to moja wypowiedź miałaby zupełnie inny wydźwięk. Nawet linia melodyczna jest fajna. Są spokojne zwrotki i tylko nieco dynamiczniejsze refreny czy mostek. Przyjemny jest sam początek utworu. Trąbki brzmią tutaj tak jak powinny. Wokalista może i gdacze, ale to dopiero pierwszy utwór, więc jeszcze nie wnerwia.
In a City Lining to taki utwór, który przynajmniej się dobrze zapowiadał. Fajny początek, dobre zwrotki i niestety fatalne… refreny? To chyba jeszcze nie refreny. Chodzi mi o fragment od 1:53. Są tu już pierwsze niepotrzebne odjazdy i to takie ekstremalne. Koszmarne organy. Nie znoszę takich. Ale potem jest jeszcze gorzej od 2:19. Może to są właściwe refreny? Nie wiem, w każdym razie Cardiacs brzmią tam jak jakieś Golce albo co gorzej Enej. Brrrr. Tak więc mamy utwór, który mógł być całkiem dobry, a został po dwóch minutach kompletnie zniszczony.
Is This The Life? to jeden z dwóch zupełnych odmieńców na albumie. Gdyby nie wokal, kto pomyślałbym, że to gra zupełnie inny zespół. Bo to po prostu normalna piosenka, którą da się nawet zapamiętać i odróżnić od reszty. Ten wokal tutaj to nawet nie jest tak wnerwiający z racji charakteru samego utworu. I gitary są niezłe. I brak wreszcie tych histerycznych trąbek ala Enej. Czyli da się. Chociaż po 4-ej minucie nie mogli sobie jednak darować choćby kilkunastu sekund cyrkowych zagrywek.
The Whole World Window odróżnia się z kolei nietypowo wolnym tempem i nawet znośną melodią jak na ten album. Siłą rzeczy i wokal wypada lepiej.
Reszta utworów kompletnie niezapamiętywalna i zlewająca się niestety.
No i tak to wyglądało. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja wypowiedź jest bardzo niepochlebna, ale to muzyka kompletnie nie z mojej bajki. Kompozycje nijakie, budowa utworów tak chaotyczna, jak to tylko możliwe, wokalista typu „udusiłbym go gołymi rękami”. Chłop może i ma godną pozazdroszczenia energię, ale w muzyce nie zawsze takowa jest wskazana. Przynajmniej nie w takiej dawce i formie. No i samo brzmienie z wyjątkiem kilku momentów dla mnie jednak nieprzyjemne. W ogóle się zdziwiłem, że to album z 1988 roku, bo byłem przekonany, że jest przynajmniej o kilkanaście lat starszy.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 gru 2024 19:38

Znowu obsuwa się zanosi. Do końca tygodnia chcę tu reckę Panie Adrianie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 20 gru 2024 11:49

Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window

Dostałem niemalże cardiac arrest słuchając tej płyty (HEHEHE, wiecie, żarcik). Przede wszystkim, imć Miętus wymienia przynajmniej kilka gatunków, jakimi możnaby to dzieło opisać. Ja - na swoje nieszczęście - słyszę jeden: PROG ROCK. Dżizus, czy kiedyś będziemy wolni? Czy ja będe wolny? Ile jeszcze krążków z topki RYMu trzeba tutaj przerobić... Nie no, dobra, zamykam mordę, było nie było i w progu serwowanym tutaj na forum (i nie tylko) znajdowałem jakieś tam fajne (nawet) rzeczy dla siebie. Także postaram się zamknąć mordę. Nie będę jednak ukrywał - trzykrotnie przesłuchałem ten album, w tym raz dziś rano, a teraz w ogóle słucham czwarty (bo zawsze puszczam sobie jeszcze do pisania), ale też nie poczułem z nim wielkiej chemii. Źle nie jest, ale jakoś wspaniale też nie. Pojedyncze kawałki? FTW. Całość jako całość? Zły setting, zły czas, złe... wszystkie okoliczności obiektywne. Ad rem.

A Little Man and a House to jeden z moich faworytów, ale tak mniej więcej drugiej połowy numeru, kiedy progowe zagrywki w stylu jakiegoś Genesis na kiju zamieniają się w niemalże Punishment of Luxury wcale nie na kiju i faktycznie dają postpunkowy cios w splot słoneczny. Zwłaszcza tym cudownym chórkiem, który cudownie cichnie pod koniec utworu i przypomina mi pewną sesję w nieistniejącej już łódzkiej sali prób o 5 nad ranem. Nie mogłem się powstrzymać, by nie podśpiewywać sobie razem z wokalistą, skoczne to, marszowe, dało radę. Podobnie In a City Lining, które zaczyna się iście postpunkowo, a potem wjeżdża jakiś karnawał, wtf. Z drugiej strony, piosenka Carnival od Simple Minds z ich drugiego długograja należy do moich na tymże długograju ulubionych. Cannon Song od Ridgwaya też lubię. Także pomimo pierwszego wrażenia cokolwiek dziwaczności sprzedałem tu propsy. A raczej kupiłem. I zacząłem łapać, o co chodzi z płytą o sznycie ADHD. Znam całkiem sporo osób, które dostały tego typu diagnozę (a potem brały garściami Medikinet będący w zasadzie legalną fetą), ale mam pewne wątpliwości, czy tak opisałyby tę muzykę tutaj. Dzieje się sporo, ale wciąż ma to dla mnie pobrzmiewanie progowe. Tutaj np. przede wszystkim końcówka. Niestety, włącza to parszywe skojarzenia. Ciekawe, że I'm Eating in Bed nie ma takiego sznytu (w moich uszach), a jednocześnie należy do płytowych odstraszaczy. Wynudziłem się trochę przy tym kawałku, przypomniało mi się, nie wiem dlaczego, Smash Mouth. Ale z jakimś takim bardziej teatralnym zabarwieniem. Nawet Mercury'ego tu słyszałem. No, każdy słucha jak chce i słyszy co chce, co ja mogę (nic). No, refren nawet fajnie brzmi, ale to by było na tyle. Is This The Life to jedyny singiel z tego albumu i właściwie jestem w stanie zrozumieć ten wybór (choć szkoda, że nie było nic więcej), jednakowoż obcowanie z tym kawałkiem dla kogoś, kto płyty wcześniej nie poznał, może sugerować, iż to, z czym słuchacz będzie miał do czynienia, to będzie czystej krwi pomieszanie (taka to czysta krew) dawnego postpunku z ejtisową nową falą. Mam tu trochę vibe nawet Morrisseya (w warstwie muzycznej, Hien może wiedzieć, o jaki kawałek mi chodzi), cała reszta to Echo & the Bunnymen AD 1986. Fajne, skrzeczące i wyjące solo, które właściwie poza hałasem wiele nie wnosi, ale i tak wnosi sporo. Tylko końcówka pachnie poprzednimi numerami z albumu, a i tak przez chwilę. KA PI TAL NE bębny, zaś ostatnia plus minus minuta to mogłaby dla mnie w zapętleniu lecieć srogim. Ejtisowe gitary, które dev lubi wyjątkowo bardzo. Interlude... fajen. I inaczej tego chyba komentować nie będę, bo i jak. Dla odmiany jakiś je*any przerywnik (który jedzie z góry), gdzie akurat nie ma pierdyliona zmian (jakby były w poprzednim kawałku) swoją "callsignową" doniosłością mógłby stanowić opener płyty i też byłoby spoko. Dive wraca na poprzednie tory na pełnej i nawet byłem gotowy zdissować ten kawałek, ale gdy wjeżdżają mikromostki z tymi cymbałkami (co to, kalimba?) to aż się uśmiechnąłem pod nosem. Na swoje nie szczęście usłyszałem PAPA SMURF BEHIND SHIT i teraz nie mogę tego wywalić z głowy. Było czytać poprzednie recki? ;___; Karabinowe wypluwanie sylab przez Smitha też zwielokratnia całe to wariactwo, trudno mi sobie wyobrazić, ażeby band nie bawił się dobrze podczas nagrywania tego albumu (chyba, że się nie bawili dobrze). Podobnie jak w przypadku otwieracza, końcowa część z wjeżdżającym chórem podbijają jakość, może powinni śpiewać w ten sposób cały krążek i byłoby bardziej antemicznie. Dive zaliczam z plusem, ale... tutaj dobre wiadomości się kończą. The Icing on the World się ciekawie zaczyna, taka maniera mogłaby trwać przez całe te 4 minuty. I trwa, a ja jestem... rozczarowany? Smith z typowo brytyjską manierą wypluwa słowa jedno za drugim, następnie tempo odrobinkę opada i robi się jakoś cyrkowo. Coś, co na początku zdawało się być wielką zaletą kawałka trochę mi go zabiło. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, dlaczego, ale z każdym kolejnym odsłuchem robiłem się coraz bardziej wykrzywiony. Nie jest inaczej i teraz, a ja wciąż nie mogę znaleźć przyczyny. Może A Little Man and a House(...) samo wywołało u mnie atak ADHD i już czuję się znużony powtarzalnością, gdzie do tej pory zbyt wiele to jej nie było. Albo poczułem się zwyczajnie zmęczony. The Breakfast Line to już w moich uszach zapychacz, niby nie jest zły, ale kurde, dlaczego niemal każdy numer tutaj trwa niemal 5 minut albo powyżej? Każda z tych piosenek mogłaby być spokojnie grubo krótsza. Ok, sporo się akurat w tej piosence dzieje różnego weird shit, to przy końcówce nie mogłem się doczekać, aż się po prostu skończy. I am sorry ;___; Victory Egg a.k.a. Victory wciska mi proga w dużych dawkach swoim brzmieniem, ALE ma całkiem niezłą końcówkę, którą znów ratuje chórek. No i jest krótki, więc mój attention span na ten krążek w końcu zostaje zaspokojny właściwie. R.E.S. daje mi vibe Franka Toveya, Fad Gadget meets Tim Smith. Po raz kolejny nieco cyrkowo, po raz kolejny chaotycznie i jarmarcznie plus PRAWIE klamra kompozycyjna. Wuja pisze o chęci uduszenia wokalisty i tak na dobrą sprawę to ja się trochę z tym zgadzam. Wyjątkowo działające na nerwy rzępolenie, lub, jak to mawia wuja (ale mój), bicie kotka przy pomocy młotka. Proszę mnie źle nie zrozumieć - ja sam słucham mocno dziwacznych rzeczy, więc to nie jest tak, że ja tym gardzę czy coś. Ale to jest po prostu ZBYT DŁUGIE i spokojnie dałoby radę przyciąć całość do jakichś 35 minut, a to jest prawie godzina ciągłych zmian. Właściwie ten album mógłby być oficjalnym soundtrackiem mojego życia miłosnego, jest równie pokręcony, chaotyczny, ciągle coś się to pojawia to przepada, zero oddechu, inflacja brzmień i bezustanne darcie ryja. Widzę wyżej, że imć Jakub ma podobne zdanie co do długości tego długograja, ale też ostatecznie daje mu propsy. Ja staję trochę w rozkroku, bo generalnie trzeba było mieć jajca, żeby w 1988 nagrać coś takiego i wypuścić i to jeszcze własnym sumptem i zyskać status grupy kultowej niemal od razu. Dla kogoś, kto się nie znał, zapoznanie się tylko z singlem mogło być nieco szokujące w konfrontacji z całą resztą. The Whole World Window z kolei udaje, że mnie uspokaja, ale słyszę tutaj więcej Genesisów, Emersonów Jezior i Palmiarzy, a nawet Karmazynowych Królów niż na całej reszcie płyty. Robię się zmęczony, chcę iść spać, dajcie mi spokój, Gothica II i trochę mrożonego soku pomarańczowego. No dobra, refren jest fajny. Ale łupanina zrobiła gęsta. Zbyt gęsta jak na mój zasób cierpliwości.

Dobra, przyznaję Mentosowi rację, to album z ADHD dla ludzi z ADHD biorących Medikinet w ilościach przemysłowych. Z tym, że metylofenidat ma poprawiać koncentrację i uspokajać galopadę myśli, zaś całe A Little Man and a House(...) tylko ją wzmaga. Być może warunki odsłuchu inne niż siedzenie na dupie w mieszkaniu mogłyby być pomocne, może kwestia pory roku, może wieku, może ułożenia gwiazd, nie wiem, NIE WIEM, ale o ile prawdopodobnie dobrze bawiłbym się na ich koncercie (RIP Smith), tak w przypadku obcowania z samym krążkiem ze słuchawkami na uszach powoduje jedynie, że mam ochotę uciec w comfort zone tak szybko, jak to tylko możliwe. Cóż, Mentos zaskoczył, ale uczucia mam takie, jakie opisałem na początku. Może dam mu jeszcze kiedyś szansę, ale gdzieś indziej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 gru 2024 13:00

Kurde, nie pamiętam by nie tylko moja, ale czyjakolwiek propozycja w tej zabawie została tak negatywnie przyjęta. No bywa i tak, czasem fajnie jest się pięknie różnić jakby to powiedział ktoś tam kiedyś tam i o czymś tam. Zarzuty rozumiem, chociaż nigdy nie miałem problemów z długością tej płyty (co mnie samego dziwi), a większość rzeczy, które wymieniacie jako wady dla mnie nimi nie są. Pare spostrzeżeń trochę mnie nurtuje i tbh nawet porównanie do Golców nie aż tak, jak poświęcenie całej notki o porównaniach y skojarzeniach z PROG ROCKIEM, bo imo ten progresywny pierwiastek na albumie jako całości nie jest aż tak intensywny, ale nie znam się w sumie lol.

I może faktycznie powinienem się zdiagnozować...
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 gru 2024 13:07

Wydaje mi się że niedawne Kury zebrały podobny poklask hy

Anyway... Lećmy dalej

Susumu Yokota - Sakura
Dragon pisze:
11 lis 2024 16:51
Lubię oddawać honory muzykom na forum. W przypadku Yokoty najlepszym możliwym będzie podrzucenie płynnego złota w postaci Sakury wypuszczonej trzy miesiące po moich narodzinach. Czekałem, czekałem... i nawet jeśli nie za dobrze wstrzelę się z czasem, to jednak aura muzyki jest na tyle wciągająca i sugestywna, że musi skruszyć serducho nawet najtwardszym marudersom. Mimo jesieniarskiego klimatu można jej słuchać właściwie przez większość roku w Polsce, bo według danych Instytutu Smoczego w naszym kraju przez jakieś 320 dni panuje eerie senna atmosfera, także ten.

Czasem do głowy przychodzi mi skojarzenie z późniejszymi tworami Boards of Canada, no ale 1) Yokota stworzył to wcześniej niż Campfire Headphase 2) to zupełnie inne jesieniarstwo niż tam 3) ani grama tutaj duchologii w takim stylu jak to proponują Brytole. Wspominałem o tej płycie dwa lata temu przy okazji wrzutki z Acid Mt Fuji. Tam rzuciłem coś o dźwiękach na pograniczu atmosfery i klubowych pląsów. Sakura jeśli w ogóle nadaje się do klubu to co najwyżej w ramach festiwali ambientowych, gdzie twórcy może raz na jakiś czas do prezentowanego materiału pakują pojedyncze akcenty z wyraźniejszym bitem... a to i tak nie jest tak subtelne jak tu. Zaczyna się od pięknej okładki z motywami zaczerpniętymi z natury, a kończy na wyjątkowo rozbudowanej żonglerce gatunkowej w środku. Czego tu nie ma? Dźwięki otoczenia prosto z Japonii, ślady rozmarzonego techno, być może nawet outsidersko-piwniczne klimaty? Generalnie niespieszna, klimatyczna elektronika. Całość jest naprawdę spójna i raczej bez problemu przebrniecie przez to wyzwanie.

Pierwsza płyta Yokoty, którą poznałem najprawdopodobniej jeszcze w gimnazjum. Przestaję bardzo dokładnie pamiętać obrazki z tamtego czasu, przestrzeń miejska też się zmienia, ale pewien vibe w Wałbrzychu pojawia się rokrocznie. Z biegiem lat coraz bardziej mnie to wkurza, bo robię się ciepłolubny, co zrobić. Panuje wtedy pogoda podobna jak teraz. Temperatura między zerem a dziesięcioma stopniami. Zero śniegu. Szaro, buro i ponuro. Wszechogarniający sen, letarg. Gdyby wyjść z siebie, stanąć obok, chcieć wczuć się w tę atmosferę, może nawet umiałbym to mocniej docenić. Mimo wszystko czasem jeszcze mi się zdarza - kto widział mojego instagrama w drugą listopadową sobotę, ten zna namiastkę tego wrażenia. Dołożyć do tego całkiem intensywną mgłę, niezbyt ruchliwe ulice... wtedy Sakura na słuchawkach jest po prostu najlepszą muzyką na świecie i nikt nie będzie w stanie temu zaprzeczyć.

Lata mijają, a ja wciąż w określonych momentach roku przypominam sobie o tej płycie. Wciąż działa na mnie tak samo. Bardzo przyjemne uczucie móc się czymś nie przesycić, czerpać z czegoś tak samo dobrze bez względu na upływ czasu. Czy potrzebuję muzyki pod nieznośnie narastające myśli czy wchodzi pragnienie onirycznych pląsów... zawsze czeka, jest gotowa. Brakuje tylko jej w domu w fizycznym wydaniu na półce. Byłby to wyjątkowy skalp w kolekcji.

Chętnie poczytam ogólne refleksje jak i notatniki te... muzyczne o każdym kawałku. Moi faworyci? Między innymi Tobiume jako pierwszy przystanek z taką hipnotyczną pętlą i narastającą atmosferą. Albo Kodomotachi, które zwiastuje eksplozję outsider house'u, ale nigdy nie w takiej stylistyce rodem z palmiarni. Od początku do końca wszystko się zgadza, jednak gdy potrzebuję zapodać sobie pigułkę z całości, to wystarczy Genshi-Gekkoh-Hisen. Klubowy impuls, potem gęsta dżungla, a na koniec kojące zakończenie. A po drodze sporo więcej pozytywnych zaskoczeń.

Słuchać, nie marudzić, tyle powiem.

https://www.youtube.com/playlist?list=O ... OXf61fdSGM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 sty 2025 13:32

Kurczę, w weekend zlecą już 2 tygodnie kolejki Sakury ale liczę na zrozumienie ze strony Dragona że album trafił na trudny okres na forumowanie ogólnie oraz na rigcz reszty że do końca tygodnia chociaż połowa osób tu wleci... No będzie obsuwa zapewne ale nie chcę tego robić po łebkach. Siedzę i zacząłem pisać, skończę chyba jutro jednak, trzymam kciuki że inni pamiętają o tym temacie heh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup