Best of Forum VI
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Syny - Babcia
Kurde, czuje gruby dysonans. Poważne sprawy z tymi starszymi ludźmi, potencjalnymi babciami i dziadkami, ale w takiej formie przekazu, to do mnie średnio trafia, zatem merytorycznie jest to dla mnie pustym losem. Inna sprawa, że już od dawna nie pamiętam od dniu babcie i dziadka. Dziadkowie od strony ojca, zmarli zanim poznał moją mamę, dziadek od strony mamy zmarł w 1989 r. (co ciekawe, pamiętam go), a babcia w 2001 r. Poza wspomnieniami, pozostał żal, że wszyscy zmarli zanim dorosłem do tego, aby w pełni docenić posiadanie dziadków. To by zatem było na tyle w tym temacie. Natomiast muzycznie jest całkiem spoko, zresztą sam rap, niezależnie od teksu, też brzmi fajnie. Sporo psychodelii, która kojarzy mi się, między innymi, właśnie z nocnymi podróżami z widokiem na jakieś ciche zakątki Polski. Mam ochotę sięgnąć po ten album.
Listening Center - Main Reading Room
Nie powiem, żeby mi to pachniało PRLem, czy w ogóle Polską. Połączenie muzyki z windy, z jeszcze inna muzyką z windy, z jakimś studenckim graniem. W efekcie dzieło ciekawe i sympatyczne, ale raczej nie do powrotów. Ten motyw na fletach z kompa, szybko zaczyna irytować, podobnie jak tremolo motyw. Najlepiej wypada bas i automat perkusyjny, gdyby tylko to zostawić, to vibe dużo by zyskał. Swoją drogą, ten auotmat kojarzy mi się z tym, czego DM używali podczas różnych studio sessions (np. w Corrupt). Nie jest źle, numer fajny, ale obawiam się też, że do szybkiego zapomnienia.
Pearl Jam – Even Flow
Fajnie by bło gdyby Wujas jednak poświęcał te dodatkowe 2 minuty, na ogarnięcie oficjalnych linków z YT, a nie ponad 16letnich wrzut randomów, wspominałem o tym wiele razy, ale Wujas ignoruje te prośby, w sumie nie wiem czemu. Pearl Jam fajny zespół, nigdy się w nich nie wkręciłem na poważnie, ale też zawsze podobało mi się ich brzmienie. Może kiedyś wyjdę poza grono znanych mi i lubianych utworów. Póki co, mogę tylko zostawić prejz, dobrze brzmiące rockowe granie, zawsze na propsie, do tego melodyjne i klimatyczne.
Panasonic - Murtoneste
Też bardzo szanuję Finów, zwłaszcza przez to, że Sam Lake jest Finem, a to postać wybitna. Słucham sobie „Murtoneste” i mam wrażenie jakbym słuchał soundtracku do mocno zakrapianej nocy. Myślę, że nie muszę więcej wyjaśniać. Ponownie mam skojarzenia z Thomem Yorkiem, jestem wręcz pewien, że jeśli słuchał, to mu się to podobało. Są dni, że i ja mam ochote posłuchać czegoś takiego, i o ile aktualnie raczej stronię od ciężkich, plastikowych bitów i szeroko pojętego „dźwięku™ ”, to na tyle siebie znam, że potrafię stworzyć sobie w głowie moment, w którym prejzuję takie eksperymenty i pochłaniam je z przyjemnością. Może w lekko emulowany sposób, ale kciuk w górę.
Magdalena Bay - The Beginning
Mater dei. Mentos to taka dziwna postać, która zjebie ci wrzutę za różne rzeczy, po czym nawet w następnej kolejce wrzuca coś, co chwali za dokładnie te same rzeczy. Normalnie bym powiedział, że to numer, którego by Seba nigdy nie łyknął, tymczasem patrzę, a to Seba wrzucił. Kurde, smutne jest to, że tak melodyjny numer, jest jednocześnie tak mdły. Nie mam problemu ze słodyczą, ale tutaj pojawiają jakieś takie nadęte elementy produkcyjne, że człowiek ma ochotę krzyknąć do głośników „nie zesraj się”. Ta wykrzyczana końcówka na końcu to poważny cringe. Te słoniowe motywy są urocze, ale hmm. Nie wiem. Trochę to trąci jakąś czołówką anime, ale robioną przez ludzi z Zachodu, albo jeszcze gorzej, z Centralnej Ojropy. Ogólne wrażenie jest takie, jakby ktoś mi tu próbował wcisnąć Golfa 3 wmawiając, że to jest Tesla, i że ja się nie znam jeśli tego nie widzę. Kciuk w bok, bo nie wiem, może to faktycznie jest Tesla, tylko tego nie widzę.
Kurde, czuje gruby dysonans. Poważne sprawy z tymi starszymi ludźmi, potencjalnymi babciami i dziadkami, ale w takiej formie przekazu, to do mnie średnio trafia, zatem merytorycznie jest to dla mnie pustym losem. Inna sprawa, że już od dawna nie pamiętam od dniu babcie i dziadka. Dziadkowie od strony ojca, zmarli zanim poznał moją mamę, dziadek od strony mamy zmarł w 1989 r. (co ciekawe, pamiętam go), a babcia w 2001 r. Poza wspomnieniami, pozostał żal, że wszyscy zmarli zanim dorosłem do tego, aby w pełni docenić posiadanie dziadków. To by zatem było na tyle w tym temacie. Natomiast muzycznie jest całkiem spoko, zresztą sam rap, niezależnie od teksu, też brzmi fajnie. Sporo psychodelii, która kojarzy mi się, między innymi, właśnie z nocnymi podróżami z widokiem na jakieś ciche zakątki Polski. Mam ochotę sięgnąć po ten album.
Listening Center - Main Reading Room
Nie powiem, żeby mi to pachniało PRLem, czy w ogóle Polską. Połączenie muzyki z windy, z jeszcze inna muzyką z windy, z jakimś studenckim graniem. W efekcie dzieło ciekawe i sympatyczne, ale raczej nie do powrotów. Ten motyw na fletach z kompa, szybko zaczyna irytować, podobnie jak tremolo motyw. Najlepiej wypada bas i automat perkusyjny, gdyby tylko to zostawić, to vibe dużo by zyskał. Swoją drogą, ten auotmat kojarzy mi się z tym, czego DM używali podczas różnych studio sessions (np. w Corrupt). Nie jest źle, numer fajny, ale obawiam się też, że do szybkiego zapomnienia.
Pearl Jam – Even Flow
Fajnie by bło gdyby Wujas jednak poświęcał te dodatkowe 2 minuty, na ogarnięcie oficjalnych linków z YT, a nie ponad 16letnich wrzut randomów, wspominałem o tym wiele razy, ale Wujas ignoruje te prośby, w sumie nie wiem czemu. Pearl Jam fajny zespół, nigdy się w nich nie wkręciłem na poważnie, ale też zawsze podobało mi się ich brzmienie. Może kiedyś wyjdę poza grono znanych mi i lubianych utworów. Póki co, mogę tylko zostawić prejz, dobrze brzmiące rockowe granie, zawsze na propsie, do tego melodyjne i klimatyczne.
Panasonic - Murtoneste
Też bardzo szanuję Finów, zwłaszcza przez to, że Sam Lake jest Finem, a to postać wybitna. Słucham sobie „Murtoneste” i mam wrażenie jakbym słuchał soundtracku do mocno zakrapianej nocy. Myślę, że nie muszę więcej wyjaśniać. Ponownie mam skojarzenia z Thomem Yorkiem, jestem wręcz pewien, że jeśli słuchał, to mu się to podobało. Są dni, że i ja mam ochote posłuchać czegoś takiego, i o ile aktualnie raczej stronię od ciężkich, plastikowych bitów i szeroko pojętego „dźwięku™ ”, to na tyle siebie znam, że potrafię stworzyć sobie w głowie moment, w którym prejzuję takie eksperymenty i pochłaniam je z przyjemnością. Może w lekko emulowany sposób, ale kciuk w górę.
Magdalena Bay - The Beginning
Mater dei. Mentos to taka dziwna postać, która zjebie ci wrzutę za różne rzeczy, po czym nawet w następnej kolejce wrzuca coś, co chwali za dokładnie te same rzeczy. Normalnie bym powiedział, że to numer, którego by Seba nigdy nie łyknął, tymczasem patrzę, a to Seba wrzucił. Kurde, smutne jest to, że tak melodyjny numer, jest jednocześnie tak mdły. Nie mam problemu ze słodyczą, ale tutaj pojawiają jakieś takie nadęte elementy produkcyjne, że człowiek ma ochotę krzyknąć do głośników „nie zesraj się”. Ta wykrzyczana końcówka na końcu to poważny cringe. Te słoniowe motywy są urocze, ale hmm. Nie wiem. Trochę to trąci jakąś czołówką anime, ale robioną przez ludzi z Zachodu, albo jeszcze gorzej, z Centralnej Ojropy. Ogólne wrażenie jest takie, jakby ktoś mi tu próbował wcisnąć Golfa 3 wmawiając, że to jest Tesla, i że ja się nie znam jeśli tego nie widzę. Kciuk w bok, bo nie wiem, może to faktycznie jest Tesla, tylko tego nie widzę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
tbh wolalbym aby moja wrzuta była solidnym golfem 3 niż czymkolwiek co może mieć coś wspólnego z elonem pizmo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Syny - Babcia
Hmmm, po opisie Jacy spodziewałem się jednak czegoś trochę innego, może bardziej lajtowego? Z jakiegoś powodu tytuł wraz z opisem sugerował mi coś podobnego do ostatniej wrzuty Seby. A tak lekkie rozczarowanko. Tzn. lekkie, albowiem cała reszta brzmi trochę tak, jakby, nie wiem, babcia nałykała się LSD i zaczęła kręcić gałkami na mikserze. Takie senior-core w wersji psychedelic. Wnuczek chyba też nie do końca trzeźwy i wyszedł mocno kwaśny bit. Innymi słowy, wokal dograny do muzy Moon Wiring Club. Co do dziadków, moi jeszcze żyją, ale tylko jedni i powoli zbliżają się do wieku, który ich niechybnie zmiecie z planszy. Wciąż staram się o tym nie myśleć, bo są w moim życiu rzeczą tak stałą, jak nawracające bóle zębów i nałóg nikotynowy. Ale też podejrzewam, że taka forma, powiedzmy, upamiętnienia chyba by im się nie spodobała (a mojej babci zwłaszcza). Babcia in the Sky With Pierogi.
Nosound - Sol29
Był czas, kiedy myślałem, że no-man i Nosound to jest to samo uniwersum. Daleki nie byłem w swoich podejrzeniach i to nie tylko ze względu na opis Munlupa, ale także fakt, że jedno się o prog ocierało a drugie to jest prog (choć z pięknym zimnofalowym sznytem). Pamiętam, jak Hien zapodał mi cały krążek jakoś w marcu 2020, pandemia chyba już trwała, wszystko zrobiło się takie... złowrogie. Aura za oknem (choć pod koniec marca było dosyć słonecznie o ile dobrze pamiętam), no czuć było tę izolację. I na tę okoliczność zrzucono mi na łeb Sol29. Not gonna lie, płyta mi siadła jak złoto. Nawet miałem chyba jakieś wąty do Munlupa, że nie zasuflował mi jej jesienią, do której moim zdaniem pasowałaby dużo bardziej. Teraz mierzę się co prawda z tylko jednym zeń utworem, tytułowym, ale wciąż trzepie. Zwłaszcza, że z całego krążka ten jest najmniej progowy, a najbardziej ambientowy (co chyba i tak czyni go mocno progowym lol). Nastrój tym bardziej pasuje do aury. Trochę smutam, ale też z drugiej strony to jest kawałek dobrej muzyki. Po prostu.
Pearl Jam - Even Flow
Szkoda, że nie Idle Flow (lol). Coś tam coś tam nie lubię grandżu. No dobra, a teraz serio - nie spodziewałem się, że Wujas wrzuci coś takiego. Faktycznie chyba zamknęliśmy kwestię wielkiej czwórki? Welp, dla mnie ta czwórka nigdy aż tak wielka nie była, ale przynajmniej zapodanego utworu słucha mi się całkiem przyjemnie. Na tyle, na ile przyjemnie może się mi słuchać takiej typowo gitarowej muzy. Even Flow jest dość melodyjne, ma świetne bębny, Vedder wokalnie dostarcza, czuć w tym klimat najntisów. Poza tym piosenka mocno uderza w moje struny nostalgiczne, bowiem całość brzmi trochę jak gitarowe fragmenty soundtracku do Need for Speed 2 (ja chyba wszędzie wcisnę tę grę, naprawdę). Niby nie mój gatunek, a proszę jakie tu fajne rzeczy można znaleźć... No, ja znalazłem. Choć i tak wolę Soundgarden lol.
(Electronic Supersonic) Panasonic - Murtoneste
Co jak co ale Finowie umieją w muzykę elektroniczną (vide Hulkkonen). Nie inaczej jest tutaj. Panasonica znam tylko z rzeczy dla Recoila i z dwóch walkmanów, które miałem tej firmy (he he he I have achieved comedy). Jest to więc moja pierwsza styczność z czymś "czystym" od nich i muszę przyznać, iż jestem pod wrażeniem. Ten pozorny spokój, o którym pisał Smoku, jest bardzo zwodzący. W tle dzieje się naprawdę dużo i nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie szło tego dostrzec (czy raczej dosłyszeć). Rośnie nastrój niepozornego niepokoju, jakby monitorować jakiś eksperyment na ekranach stu komputerów, co do którego wiadomo, że pójdzie nie tak. Napięcie się podnosi, wkrótce nastąpi katastrofa. Trochę taka muzyka dla ochroniarzy w starych i opuszczonych budynkach, no ale jak myślicie, jak będziemy wszyscy dorabiać do emerytury?
Magdalena Bay - The Beginning
Okurde, to jest bardzo... dziwne. Taki misz-masz wszystkiego ze wszystkim, Call Me Maybe od Carly Rae Jepsen w wersji japońskiej wyprodukowane przez Josepha Mounta z Metronomy. Z początku mnie ten numer potwornie rozdrażnił, ale też motyw na pianinie się obrzydliwie wkręca w refrenie. Potem wjeżdża tani klawisz z tanim arpem, wokalistka brzmi jak dziecko, z drugiej strony na koniec wjeżdża ten prawie drone... Innymi słowy, dzieci dorwały się pudełka z kolorowymi tabletkami i zażyły ich trochę zbyt wiele, skutkiem czego mamy teraz Przeboje Studia Smyk na Kwasie. Nie powiem, ma to swój urok, ale po czasie męczy. A potem wciąga, dziwne, dziwne... Czyli wypisz wymaluj tamten numer od CRJ sprzed 14 lat (jprdl, naprawdę minęło już tyle czasu?). Totalnie widzę Mentosa wajbującego do tej piosenki. Czy ja będę wajbował to jeszcze nie wiem, ale wiem, że mój mózg znalazł sobie nowego earworma.
Hmmm, po opisie Jacy spodziewałem się jednak czegoś trochę innego, może bardziej lajtowego? Z jakiegoś powodu tytuł wraz z opisem sugerował mi coś podobnego do ostatniej wrzuty Seby. A tak lekkie rozczarowanko. Tzn. lekkie, albowiem cała reszta brzmi trochę tak, jakby, nie wiem, babcia nałykała się LSD i zaczęła kręcić gałkami na mikserze. Takie senior-core w wersji psychedelic. Wnuczek chyba też nie do końca trzeźwy i wyszedł mocno kwaśny bit. Innymi słowy, wokal dograny do muzy Moon Wiring Club. Co do dziadków, moi jeszcze żyją, ale tylko jedni i powoli zbliżają się do wieku, który ich niechybnie zmiecie z planszy. Wciąż staram się o tym nie myśleć, bo są w moim życiu rzeczą tak stałą, jak nawracające bóle zębów i nałóg nikotynowy. Ale też podejrzewam, że taka forma, powiedzmy, upamiętnienia chyba by im się nie spodobała (a mojej babci zwłaszcza). Babcia in the Sky With Pierogi.
Nosound - Sol29
Był czas, kiedy myślałem, że no-man i Nosound to jest to samo uniwersum. Daleki nie byłem w swoich podejrzeniach i to nie tylko ze względu na opis Munlupa, ale także fakt, że jedno się o prog ocierało a drugie to jest prog (choć z pięknym zimnofalowym sznytem). Pamiętam, jak Hien zapodał mi cały krążek jakoś w marcu 2020, pandemia chyba już trwała, wszystko zrobiło się takie... złowrogie. Aura za oknem (choć pod koniec marca było dosyć słonecznie o ile dobrze pamiętam), no czuć było tę izolację. I na tę okoliczność zrzucono mi na łeb Sol29. Not gonna lie, płyta mi siadła jak złoto. Nawet miałem chyba jakieś wąty do Munlupa, że nie zasuflował mi jej jesienią, do której moim zdaniem pasowałaby dużo bardziej. Teraz mierzę się co prawda z tylko jednym zeń utworem, tytułowym, ale wciąż trzepie. Zwłaszcza, że z całego krążka ten jest najmniej progowy, a najbardziej ambientowy (co chyba i tak czyni go mocno progowym lol). Nastrój tym bardziej pasuje do aury. Trochę smutam, ale też z drugiej strony to jest kawałek dobrej muzyki. Po prostu.
Pearl Jam - Even Flow
Szkoda, że nie Idle Flow (lol). Coś tam coś tam nie lubię grandżu. No dobra, a teraz serio - nie spodziewałem się, że Wujas wrzuci coś takiego. Faktycznie chyba zamknęliśmy kwestię wielkiej czwórki? Welp, dla mnie ta czwórka nigdy aż tak wielka nie była, ale przynajmniej zapodanego utworu słucha mi się całkiem przyjemnie. Na tyle, na ile przyjemnie może się mi słuchać takiej typowo gitarowej muzy. Even Flow jest dość melodyjne, ma świetne bębny, Vedder wokalnie dostarcza, czuć w tym klimat najntisów. Poza tym piosenka mocno uderza w moje struny nostalgiczne, bowiem całość brzmi trochę jak gitarowe fragmenty soundtracku do Need for Speed 2 (ja chyba wszędzie wcisnę tę grę, naprawdę). Niby nie mój gatunek, a proszę jakie tu fajne rzeczy można znaleźć... No, ja znalazłem. Choć i tak wolę Soundgarden lol.
(Electronic Supersonic) Panasonic - Murtoneste
Co jak co ale Finowie umieją w muzykę elektroniczną (vide Hulkkonen). Nie inaczej jest tutaj. Panasonica znam tylko z rzeczy dla Recoila i z dwóch walkmanów, które miałem tej firmy (he he he I have achieved comedy). Jest to więc moja pierwsza styczność z czymś "czystym" od nich i muszę przyznać, iż jestem pod wrażeniem. Ten pozorny spokój, o którym pisał Smoku, jest bardzo zwodzący. W tle dzieje się naprawdę dużo i nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie szło tego dostrzec (czy raczej dosłyszeć). Rośnie nastrój niepozornego niepokoju, jakby monitorować jakiś eksperyment na ekranach stu komputerów, co do którego wiadomo, że pójdzie nie tak. Napięcie się podnosi, wkrótce nastąpi katastrofa. Trochę taka muzyka dla ochroniarzy w starych i opuszczonych budynkach, no ale jak myślicie, jak będziemy wszyscy dorabiać do emerytury?
Magdalena Bay - The Beginning
Okurde, to jest bardzo... dziwne. Taki misz-masz wszystkiego ze wszystkim, Call Me Maybe od Carly Rae Jepsen w wersji japońskiej wyprodukowane przez Josepha Mounta z Metronomy. Z początku mnie ten numer potwornie rozdrażnił, ale też motyw na pianinie się obrzydliwie wkręca w refrenie. Potem wjeżdża tani klawisz z tanim arpem, wokalistka brzmi jak dziecko, z drugiej strony na koniec wjeżdża ten prawie drone... Innymi słowy, dzieci dorwały się pudełka z kolorowymi tabletkami i zażyły ich trochę zbyt wiele, skutkiem czego mamy teraz Przeboje Studia Smyk na Kwasie. Nie powiem, ma to swój urok, ale po czasie męczy. A potem wciąga, dziwne, dziwne... Czyli wypisz wymaluj tamten numer od CRJ sprzed 14 lat (jprdl, naprawdę minęło już tyle czasu?). Totalnie widzę Mentosa wajbującego do tej piosenki. Czy ja będę wajbował to jeszcze nie wiem, ale wiem, że mój mózg znalazł sobie nowego earworma.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Call Me Maybe klasa numer. Pamiętasz Musiał, że prawie powstał cover z Bartinim na wokalu? Xd dokładnie 12 lat temu
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nosound - Sol29
Widzę że zima to dla Kuby pora spokojna, zatem i ambient się wkrada do bestki tą porą. Ja ambientu wolę słuchać bardziej wiosną/latem w słoneczne dni, i ten też mi brzmieniem pasuje na taką porę, nie jest na tyle ponury by mi się kojarzyć z szaroburą zimą, no chyba że to rzecz na słoneczny zimowy dzień, ale to i inny ambient na takie okazje mam (choćby Yokota się pięknie tu sprawdził). Ciepły bas, smyki, zwiewne chórki, dla mnie to całkiem przyjemny i relaksujący numer. Brzmienie siedzi jak należy, buduje vibe jaki lubię, prejzować mogę.
Listening Center - Main Reading Room
Widzę że nie tylko mnie trochę rozbawił ten PRL-owski opis który IMO nijak się ma do tej muzy. Nie czuć tu Polski a już zwłaszcza tej Ludowej za grosz jak dla mnie. Muzak ale bardziej jak dla mnie lata zerowe i anglosaskie rejony bym tu prędzej widział. Tbh trochę się zastanawiałem słuchając tego co jest takiego w tym numerze że Musiał uznał go za wartego bestki, no ale to w końcu Musiał i wszędzie gdzie słyszy echa Ghost Box tam prejz wylewa litrami. Ja prejzować nie mam zamiaru, na hejt to jednak jest zbyt rzetelne, powiedziałbym że wzruszam ramionami ale chyba nawet nie, bardziej wychodzę ze tej biblioteki nie zwróciwszy uwagi na to co leci w tle.
Pearl Jam - Even Flow
Zabawnie się składa że z Wielkiej Czwórki Wujas toleruje jedynie Pearl Jam bo u mnie jest dokładnie odwrotnie - to od zawsze jedyna kapela z tej czwórki której nie potrafiłem ugryźć. Z jakiegoś powodu którego nie pamiętam albo go sobie totalnie ubzdurałem zawsze miałem wrażenie że PJ albo przynajmniej ich frontman Eddie Vedder to pozerzy, słuchając ich muzy nie czuję tego co powinienem słuchając GRANDŻU, bardziej mam wrażenie że to jakaś kolejna kapela założona tylko po to by wyrywać laski (w sumie kto powiedział że tak nie powstały pozostałe kapele z Seattle). Nie wiem, najśmieszniejsze że Vedder ma wokal o barwie zbliżonej do typowych wokalistów nurtu a jednak nigdy mi też nie leżał szczególnie. Może to bias, może w dzieciństwie nabawiłem się jakiegoś urazu którego powód moja psychika całkiem wyparła, nie mam pojęcia, obiektywnie trudno tu cokolwiek zarzucić kapeli i kawałkowi a jednak nie potrafię się polubić z nimi.
Pan Sonic - Murtoneste
Mmm muzyka z cyklu clicks & pops, już takiego coś było tutaj, co to... a no tak, Ikeda, i zdaje się to było nawet spoko. Rzecz w tym że tu kurde... to brzmienie jakoś nie działa. Chyba najbardziej wkurzają mnie te bąblujące wobbly synthy i coś jakby struna albo żyłka, nie, tu prejzu dziś nie będzie. Ikeda miał naprawdę minimal i wszystko na miejscu, tu jest ciut więcej i już czuję jakiś groch z kapustą, dla mnie numer ten jest po prostu nudny i słaby, nawet ten bit nie pyka jak winien dla mnie. Pewnie Dragon uzna że to nie muza a słuchacz nie dowiózł i takie jego prawo (albo prowo) ale no nie czuję wyjątkowości tej wrzuty dzisiaj.
Magdalena Bay - The Beginning
Nazwa kapeli brzmi jak jakaś kolejna gwiazdka współczesnego popu w stylu Caroline Polachek ale numer bardziej radiowo skrojony. Trochę mnie bawi jak mentosa jarają takie hiciki zapodawane do bestki na gorąco, widzę ponad 40 scrobbli w tym miesiącu, grubo się zadziało. Z tym wokalem numer brzmi trochę jak jakiś współczesny hicik Kylie Minogue ale poza byciem upbeat, słodkim i kolorowym ten disco bit wydaje mi się trochę generikowy, mam wrażenie że takich numerów jest na pęczki i ten jeden mi dziś wiosny nie uczyni.
Jakaś taka zdrowo poryta ta kolejka wyszła w moim odbiorze, poza munlupowymi ambientami reszta niby bez hejtu ale z dużym znakiem zapytania.
Widzę że zima to dla Kuby pora spokojna, zatem i ambient się wkrada do bestki tą porą. Ja ambientu wolę słuchać bardziej wiosną/latem w słoneczne dni, i ten też mi brzmieniem pasuje na taką porę, nie jest na tyle ponury by mi się kojarzyć z szaroburą zimą, no chyba że to rzecz na słoneczny zimowy dzień, ale to i inny ambient na takie okazje mam (choćby Yokota się pięknie tu sprawdził). Ciepły bas, smyki, zwiewne chórki, dla mnie to całkiem przyjemny i relaksujący numer. Brzmienie siedzi jak należy, buduje vibe jaki lubię, prejzować mogę.
Listening Center - Main Reading Room
Widzę że nie tylko mnie trochę rozbawił ten PRL-owski opis który IMO nijak się ma do tej muzy. Nie czuć tu Polski a już zwłaszcza tej Ludowej za grosz jak dla mnie. Muzak ale bardziej jak dla mnie lata zerowe i anglosaskie rejony bym tu prędzej widział. Tbh trochę się zastanawiałem słuchając tego co jest takiego w tym numerze że Musiał uznał go za wartego bestki, no ale to w końcu Musiał i wszędzie gdzie słyszy echa Ghost Box tam prejz wylewa litrami. Ja prejzować nie mam zamiaru, na hejt to jednak jest zbyt rzetelne, powiedziałbym że wzruszam ramionami ale chyba nawet nie, bardziej wychodzę ze tej biblioteki nie zwróciwszy uwagi na to co leci w tle.
Pearl Jam - Even Flow
Zabawnie się składa że z Wielkiej Czwórki Wujas toleruje jedynie Pearl Jam bo u mnie jest dokładnie odwrotnie - to od zawsze jedyna kapela z tej czwórki której nie potrafiłem ugryźć. Z jakiegoś powodu którego nie pamiętam albo go sobie totalnie ubzdurałem zawsze miałem wrażenie że PJ albo przynajmniej ich frontman Eddie Vedder to pozerzy, słuchając ich muzy nie czuję tego co powinienem słuchając GRANDŻU, bardziej mam wrażenie że to jakaś kolejna kapela założona tylko po to by wyrywać laski (w sumie kto powiedział że tak nie powstały pozostałe kapele z Seattle). Nie wiem, najśmieszniejsze że Vedder ma wokal o barwie zbliżonej do typowych wokalistów nurtu a jednak nigdy mi też nie leżał szczególnie. Może to bias, może w dzieciństwie nabawiłem się jakiegoś urazu którego powód moja psychika całkiem wyparła, nie mam pojęcia, obiektywnie trudno tu cokolwiek zarzucić kapeli i kawałkowi a jednak nie potrafię się polubić z nimi.
Pan Sonic - Murtoneste
Mmm muzyka z cyklu clicks & pops, już takiego coś było tutaj, co to... a no tak, Ikeda, i zdaje się to było nawet spoko. Rzecz w tym że tu kurde... to brzmienie jakoś nie działa. Chyba najbardziej wkurzają mnie te bąblujące wobbly synthy i coś jakby struna albo żyłka, nie, tu prejzu dziś nie będzie. Ikeda miał naprawdę minimal i wszystko na miejscu, tu jest ciut więcej i już czuję jakiś groch z kapustą, dla mnie numer ten jest po prostu nudny i słaby, nawet ten bit nie pyka jak winien dla mnie. Pewnie Dragon uzna że to nie muza a słuchacz nie dowiózł i takie jego prawo (albo prowo) ale no nie czuję wyjątkowości tej wrzuty dzisiaj.
Magdalena Bay - The Beginning
Nazwa kapeli brzmi jak jakaś kolejna gwiazdka współczesnego popu w stylu Caroline Polachek ale numer bardziej radiowo skrojony. Trochę mnie bawi jak mentosa jarają takie hiciki zapodawane do bestki na gorąco, widzę ponad 40 scrobbli w tym miesiącu, grubo się zadziało. Z tym wokalem numer brzmi trochę jak jakiś współczesny hicik Kylie Minogue ale poza byciem upbeat, słodkim i kolorowym ten disco bit wydaje mi się trochę generikowy, mam wrażenie że takich numerów jest na pęczki i ten jeden mi dziś wiosny nie uczyni.
Jakaś taka zdrowo poryta ta kolejka wyszła w moim odbiorze, poza munlupowymi ambientami reszta niby bez hejtu ale z dużym znakiem zapytania.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ochroniarze-emeryci nakurzający eksperymentalne glicze. Są momenty, gdy po prostu podziwiam Musiała - to jeden z nich.
A na serio... no Ikeda był później, on trochę innymi rzeczami się zajmował, inaczej określa tę muzykę i swoje pomysły artystyczne.
to prawda xDstripped pisze:23 sty 2025 20:53Pewnie Dragon uzna że to nie muza a słuchacz nie dowiózł i takie jego prawo (albo prowo) ale no nie czuję wyjątkowości tej wrzuty dzisiaj.
A na serio... no Ikeda był później, on trochę innymi rzeczami się zajmował, inaczej określa tę muzykę i swoje pomysły artystyczne.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Syny – Babcia
No nie Jacek, to już u mnie naprawdę nie przejdzie. Nie wiem czemu, ale zawsze myślałem, że zespół Syny to jakaś muzyka biesiadna lub disco polo. Tymczasem to gadacze. W sumie to nawet nie. Na gadacza też trzeba mieć jakiekolwiek zadatki. Tymczasem ci gościowie są tragiczni. To jest mój główny zarzut. Podkład obleci. Nic specjalnego, ale nie drażni zbytnio. Tekst też może być, choć sprowadzanie życia wszystkich babć do jakiejś smutnej udręki też jest sporą przesadą. No ale ten tekst to ja musiałem sobie przeczytać w internecie, bo za cholerę nie mogłem zrozumieć tego bełkotu. Niby gadają po polsku, a ja ich nie rozumiem. Co któreś tam słowo tylko. W ogóle ich sposób mówienia, ich maniery są tak fatalne, że mam wrażenie, jakby się celowo wygłupiali. No niestety tak to odbieram. Często mam zarzuty do polskich raperów, ale tutaj jest wyjątkowo słabo. W sumie ja bym chyba porapował lepiej. Przynajmniej by mnie można było zrozumieć.
nosound – Sol29
Przecież ten Erra działał z Bownessem jako Memories of Machines na albumie Warm Winter! Teraz jestem w domu. Okładka rzeczywiście przepiękna. Dobra okładka sama w sobie potrafi słuchacza zainteresować. I ten utwór absolutnie oddaje klimat tej urokliwej okładki. Rozmarzony, piękny klimat. Klimat, jaki zawsze na mnie działa. W sumie jest to uniwersalny utwór na każdą okazję. Dobrze by się sprawdzał wg mnie o każdej porze roku. Chórki z klawisza są takie urocze. Można by usiąść na tej ławeczce z okładki wśród drzew i słuchać tego godzinami.
Listening Center - Main Reading Room
Dev kontynuuje spokojny klimat sprzed chwili. Rozumiem go, kiedy mówi, że nigdy nie ma dość takiej muzyki, chociaż słyszał to już tyle razy wcześniej. Ja też mam tak samo z niektórymi rejonami muzycznymi. Sekcja basowo-rytmiczna rzeczywiście bardzo fajna. Ale reszta też jest ok. Ładny klimat po prostu. Może jedynie ten drżący klawisz na samym wierzchu bym wymienił na nieco inne brzmienie. Nie tak natarczywe, żeby nie wybijało niepotrzebnie z tego spokojnego, sennego klimatu.
Panasonic – Murtoneste
Ciekawe ile jeszcze Dragon ma w rękawie tych nieznanych wykonawców, którzy potrafią zrobić odpowiednie wrażenie? Na mnie Murtoneste robi wrażenie i to bardzo pozytywne. Wszystko co słyszę bardzo mi się podoba. Każdy dźwięk. Od początku robi się niesamowicie hipnotycznie. Lubię kiedy przez cały utwór powtarza się do znudzenia jakiś schemat, który mi tak bardzo pasuje jak tutaj. Mięsisty bas robi robotę. Odgłos tej jakby uderzającej o coś, jak to się wyraził Jacek, struny czy żyłki genialny. Bulgotanie w tle fantastyczne. Plus trochę innych efektów. Jest niesamowicie wciągający i niepokojący klimat. Nie muszę chyba dodawać, że ani przez sekundę się nie nudziłem?
Magdalena Bay - The Beginning
Moich przedmówców wiele dziwiło i bawiło w kontekście tego utworu. W sumie i mnie też trochę dziwi to i owo. Np. to, że Mentos gnębi strasznie inne popowe utwory, żeby za chwilę sam wrzucać pop. I to niekoniecznie w lepszym stylu. Ale chyba skumałem o co chodzi. Wiele z tych mentosowych propozycji odznacza się ogromną ilością słodyczy, lukru, plastiku i dziecięcych wręcz wokali. Za to taki Feel Williamsa nazwał kiedyś „totalne antypody mojego gustu muzycznego”. No bywa i tak. Ja tam nie mam problemu akurat ani ze słodyczą, lukrem czy plastikiem. Nawet te dziecinnie brzmiące wokale potrafię zaakceptować. Na początku ten utwór cholernie mnie wkurzał. Ale po paru odsłuchach mi przeszło. A nawet trochę wciągnęło. Rzeczywiście ta melodia się wrzyna w mózg czy się tego chce czy nie. Nie podoba mi się jedynie jeden fragment, który nadal mnie drażni – chyba to druga część refrenu, gdy wokalistka śpiewa, „a a a a a” czy jakoś tak. Tam już przegina z tą dziecinadą. Poza tym jest ok, choć jednak bez szału. Aha – „wyskandowanie” refrenu pod koniec bardzo fajne.
No nie Jacek, to już u mnie naprawdę nie przejdzie. Nie wiem czemu, ale zawsze myślałem, że zespół Syny to jakaś muzyka biesiadna lub disco polo. Tymczasem to gadacze. W sumie to nawet nie. Na gadacza też trzeba mieć jakiekolwiek zadatki. Tymczasem ci gościowie są tragiczni. To jest mój główny zarzut. Podkład obleci. Nic specjalnego, ale nie drażni zbytnio. Tekst też może być, choć sprowadzanie życia wszystkich babć do jakiejś smutnej udręki też jest sporą przesadą. No ale ten tekst to ja musiałem sobie przeczytać w internecie, bo za cholerę nie mogłem zrozumieć tego bełkotu. Niby gadają po polsku, a ja ich nie rozumiem. Co któreś tam słowo tylko. W ogóle ich sposób mówienia, ich maniery są tak fatalne, że mam wrażenie, jakby się celowo wygłupiali. No niestety tak to odbieram. Często mam zarzuty do polskich raperów, ale tutaj jest wyjątkowo słabo. W sumie ja bym chyba porapował lepiej. Przynajmniej by mnie można było zrozumieć.
nosound – Sol29
Przecież ten Erra działał z Bownessem jako Memories of Machines na albumie Warm Winter! Teraz jestem w domu. Okładka rzeczywiście przepiękna. Dobra okładka sama w sobie potrafi słuchacza zainteresować. I ten utwór absolutnie oddaje klimat tej urokliwej okładki. Rozmarzony, piękny klimat. Klimat, jaki zawsze na mnie działa. W sumie jest to uniwersalny utwór na każdą okazję. Dobrze by się sprawdzał wg mnie o każdej porze roku. Chórki z klawisza są takie urocze. Można by usiąść na tej ławeczce z okładki wśród drzew i słuchać tego godzinami.
Listening Center - Main Reading Room
Dev kontynuuje spokojny klimat sprzed chwili. Rozumiem go, kiedy mówi, że nigdy nie ma dość takiej muzyki, chociaż słyszał to już tyle razy wcześniej. Ja też mam tak samo z niektórymi rejonami muzycznymi. Sekcja basowo-rytmiczna rzeczywiście bardzo fajna. Ale reszta też jest ok. Ładny klimat po prostu. Może jedynie ten drżący klawisz na samym wierzchu bym wymienił na nieco inne brzmienie. Nie tak natarczywe, żeby nie wybijało niepotrzebnie z tego spokojnego, sennego klimatu.
Panasonic – Murtoneste
Ciekawe ile jeszcze Dragon ma w rękawie tych nieznanych wykonawców, którzy potrafią zrobić odpowiednie wrażenie? Na mnie Murtoneste robi wrażenie i to bardzo pozytywne. Wszystko co słyszę bardzo mi się podoba. Każdy dźwięk. Od początku robi się niesamowicie hipnotycznie. Lubię kiedy przez cały utwór powtarza się do znudzenia jakiś schemat, który mi tak bardzo pasuje jak tutaj. Mięsisty bas robi robotę. Odgłos tej jakby uderzającej o coś, jak to się wyraził Jacek, struny czy żyłki genialny. Bulgotanie w tle fantastyczne. Plus trochę innych efektów. Jest niesamowicie wciągający i niepokojący klimat. Nie muszę chyba dodawać, że ani przez sekundę się nie nudziłem?
Magdalena Bay - The Beginning
Moich przedmówców wiele dziwiło i bawiło w kontekście tego utworu. W sumie i mnie też trochę dziwi to i owo. Np. to, że Mentos gnębi strasznie inne popowe utwory, żeby za chwilę sam wrzucać pop. I to niekoniecznie w lepszym stylu. Ale chyba skumałem o co chodzi. Wiele z tych mentosowych propozycji odznacza się ogromną ilością słodyczy, lukru, plastiku i dziecięcych wręcz wokali. Za to taki Feel Williamsa nazwał kiedyś „totalne antypody mojego gustu muzycznego”. No bywa i tak. Ja tam nie mam problemu akurat ani ze słodyczą, lukrem czy plastikiem. Nawet te dziecinnie brzmiące wokale potrafię zaakceptować. Na początku ten utwór cholernie mnie wkurzał. Ale po paru odsłuchach mi przeszło. A nawet trochę wciągnęło. Rzeczywiście ta melodia się wrzyna w mózg czy się tego chce czy nie. Nie podoba mi się jedynie jeden fragment, który nadal mnie drażni – chyba to druga część refrenu, gdy wokalistka śpiewa, „a a a a a” czy jakoś tak. Tam już przegina z tą dziecinadą. Poza tym jest ok, choć jednak bez szału. Aha – „wyskandowanie” refrenu pod koniec bardzo fajne.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Że co robię?Np. to, że Mentos gnębi strasznie inne popowe utwory
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Szykanuje, płoszy, maltretuje
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Pewnie jeszcze hailuje przy słuchaniu czy coś
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przyznaj się, komu tam głowę w kiblu spuściłeś łobuzie?
Robbie Williams do dziś płacze w poduszkę hehe
btw - stopka przydatna, wczoraj nie wyłapałem że finał dewizji o 20 a nie 21 :p
Robbie Williams do dziś płacze w poduszkę hehe
btw - stopka przydatna, wczoraj nie wyłapałem że finał dewizji o 20 a nie 21 :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
A jak myślisz, kogo na myśli miała Taylor śpiewając o złym byłym heh
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czekamy na Dolny Śląsk...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
I tak nikt tego nie przeczyta lol
Syny - Babcia
Był taki okres w poprzedniej dekadzie, jakoś tak w latach 2016-19, w którym mógłbym stwierdzić, że może nie tyle jestem fanem Synów, ale lubię ten projekt. Jak prawie wszystko w tamtych czasach, poznałem ich dzięki mojej byłej i jej też zasługą było to, że widziałem ich ze dwa razy na żywo (plus jeszcze raz Piernikowskiego z kimś tam) i na pewno doceniam, bo czego bym o tej muzyce nie napisał, to na pewno jest JAKAŚ i to czuć i słychać, a jak ktoś se odpali spektogram to i widać. Specyficzny klimat można kroić nożem, siłą rzeczy nasuwają mi się na myśl porównania z K44, ale nie na zasadzie zrzyny czy inspiracji, tylko czegoś, co zrobił razu pewnego David Byrne (dla tych co nie wiedzą, chodzi o utwór The Overload z płyty Stop Making Sense, który miał w założeniu brzmieć jak Joy Division, tylko tylko, że… Byrne JD w tamtym czasie w ogóle nie znał i sugerował się tylko recenzjami oraz wzmiankami w prasie). Anyway, trzeba chyba będzie wrócić do końcówki tamtej epoki i odkurzyć Syny. Kapitalna wrzuta.
nosound – Sol29
Kolejna z tych rzeczy, które widywałem kiedyś na laście u munlupa i… niewiele więcej. No dobra, pewnie słyszałem w jakimś radio last.fm w 2011 roku ze 3 razy, a okładka mi niby coś tam mówi , ale to są siakieś głębokie odpryski z pamięci i niewiele mi mówią. W przeciwieństwie do reszty słowa nie napiszę o ambiencie, bo po depeszwizji dostaję apopleksji na samą myśli o tym słowie. W zamian za to napiszę o okładce, bo na swój sposób ona dużo mówi o tej muzyce. To zdjęcie jest niby teoretycznie spoko, ale mierzi mnie na niej w cholerę ten font, bo wygląda jakby chłop po prostu odpalił Painta i dopisał se to w losowym miejscu zdjęcia, po czym odpalił Csa 1.6 czy co tam się robiło w 2005. I ten, tak samo muzycznie - nie do końca pasują te "choralne" sample, bo wprowadzają za dużo pompatyczności na mój gust i są niepotrzebne. To nie są poważne zarzuty, ale to trochę tak jakbym se kupił fajne buty i okazało się, że w środku jest bardzo mały kamyk. Niby nic, niby przez większość czasu tego nie czuć, ale trochę kurde wadzi. Mimo wszystko - lokuję to na swojej RZETELNEJ półce.
Listening Center - Main Reading Room
Jeden z was przynajmniej miał styczność z czymś takim jak PS Vita i ten jeden ktuś zapewne pamięta, że tam w menu głównym taka specyficzna muzyczka zawsze leciała. Mam dziwne wrażenie, że gdyby ktoś na łeb padł i chciał stworzyć podobny motyw audio-wizualny dla czytnika ebooków, to by wykorzystał ten kawałek. Spoko muza do jakiejś poczekalni czy czegoś, bo ni cholery nie wyobrażam sobie czytać przy tym - chyba bym kurwicy dostał. Ot, ciekawostka.
Pearl Jam – Even Flow
O, ja też miałem dawno temu fazę na Pearl Jam - rzecz jasna, nie było w tym samym czasie co Wuja, tylko w jakimś 2012 roku. Dobra, faza to może zbyt mocne słowo, ale po prostu lubiłem album Ten, z którego pochodzi chociażby i ta wrzuta. Uważałem i do tej pory uważam, że to zbiór dziesięciu świetnych, rockowych przebojów - tylko i aż tyle. Z Vs już tak fajnie nie było, a wkrótce potem gust mi się wykręcił w taką stronę, że Pearl Jam poszło sobie gdzieś hen w świat i wypadło z mojej orbity. Moooże kiedyś ponadrabiam, nie wiem - nie czuję wewnętrznej potrzeby, już prędzej wolałbym jakieś mniej znane rzeczy Nirvany poogarniać z takiego grunge'u. Ale ten no, dobra rzecz jest dobra i pewnie jakbym dziś przesłuchał Ten (trivia: mam na cedeku), to by kopało tak samo jak te kilkanaście lat temu.
Pan Sonic - Murtoneste
Po takich panach to mój dziadek by wchodził, ale musiałby uważać na kolce.
Generalnie też lubię Finlandię - chłód, introwertyzm, a ich telewizja to inna gęstość. No i hiperabstrakcyjna kultura memowa <3. Kiedyś nawet chciałem się nauczyć ich pięknie pokurwionego języka, ale jestem zbyt leniwy i głupi na to. Co do muzyki - kiedyś czytałem w biografii Franka Zappy historię o tym, jak jego rodzina znalazła się w posiadaniu gramofonu. Tak w telegraficznym skrócie to chodziło o to, że jego mama otrzymała wraz z nim dużo "ładnych" płyt z piosenkami, ale małego Franka wszystkie irytowały i słuchał wyłącznie jakiejś płyty o nazwie IONISATION, która zawierała sprzeżęnia zwrotne i służyła do sprawdzania tego, czy sprzęt w ogóle działa. xD I kurde, trochę się czuje jak ten Zappa z Ionizacją, bo trochę czuję się jakbym słuchał na walkmanie jak ktoś napieprza prętem i bawi się oscylatorem, ale… podoba mi się to. O taki industrial nic nie robiłem.
Tl;dr świetna, oryginalna i eklektyczna kolejka.
Syny - Babcia
Był taki okres w poprzedniej dekadzie, jakoś tak w latach 2016-19, w którym mógłbym stwierdzić, że może nie tyle jestem fanem Synów, ale lubię ten projekt. Jak prawie wszystko w tamtych czasach, poznałem ich dzięki mojej byłej i jej też zasługą było to, że widziałem ich ze dwa razy na żywo (plus jeszcze raz Piernikowskiego z kimś tam) i na pewno doceniam, bo czego bym o tej muzyce nie napisał, to na pewno jest JAKAŚ i to czuć i słychać, a jak ktoś se odpali spektogram to i widać. Specyficzny klimat można kroić nożem, siłą rzeczy nasuwają mi się na myśl porównania z K44, ale nie na zasadzie zrzyny czy inspiracji, tylko czegoś, co zrobił razu pewnego David Byrne (dla tych co nie wiedzą, chodzi o utwór The Overload z płyty Stop Making Sense, który miał w założeniu brzmieć jak Joy Division, tylko tylko, że… Byrne JD w tamtym czasie w ogóle nie znał i sugerował się tylko recenzjami oraz wzmiankami w prasie). Anyway, trzeba chyba będzie wrócić do końcówki tamtej epoki i odkurzyć Syny. Kapitalna wrzuta.
nosound – Sol29
Kolejna z tych rzeczy, które widywałem kiedyś na laście u munlupa i… niewiele więcej. No dobra, pewnie słyszałem w jakimś radio last.fm w 2011 roku ze 3 razy, a okładka mi niby coś tam mówi , ale to są siakieś głębokie odpryski z pamięci i niewiele mi mówią. W przeciwieństwie do reszty słowa nie napiszę o ambiencie, bo po depeszwizji dostaję apopleksji na samą myśli o tym słowie. W zamian za to napiszę o okładce, bo na swój sposób ona dużo mówi o tej muzyce. To zdjęcie jest niby teoretycznie spoko, ale mierzi mnie na niej w cholerę ten font, bo wygląda jakby chłop po prostu odpalił Painta i dopisał se to w losowym miejscu zdjęcia, po czym odpalił Csa 1.6 czy co tam się robiło w 2005. I ten, tak samo muzycznie - nie do końca pasują te "choralne" sample, bo wprowadzają za dużo pompatyczności na mój gust i są niepotrzebne. To nie są poważne zarzuty, ale to trochę tak jakbym se kupił fajne buty i okazało się, że w środku jest bardzo mały kamyk. Niby nic, niby przez większość czasu tego nie czuć, ale trochę kurde wadzi. Mimo wszystko - lokuję to na swojej RZETELNEJ półce.
Listening Center - Main Reading Room
Jeden z was przynajmniej miał styczność z czymś takim jak PS Vita i ten jeden ktuś zapewne pamięta, że tam w menu głównym taka specyficzna muzyczka zawsze leciała. Mam dziwne wrażenie, że gdyby ktoś na łeb padł i chciał stworzyć podobny motyw audio-wizualny dla czytnika ebooków, to by wykorzystał ten kawałek. Spoko muza do jakiejś poczekalni czy czegoś, bo ni cholery nie wyobrażam sobie czytać przy tym - chyba bym kurwicy dostał. Ot, ciekawostka.
Pearl Jam – Even Flow
O, ja też miałem dawno temu fazę na Pearl Jam - rzecz jasna, nie było w tym samym czasie co Wuja, tylko w jakimś 2012 roku. Dobra, faza to może zbyt mocne słowo, ale po prostu lubiłem album Ten, z którego pochodzi chociażby i ta wrzuta. Uważałem i do tej pory uważam, że to zbiór dziesięciu świetnych, rockowych przebojów - tylko i aż tyle. Z Vs już tak fajnie nie było, a wkrótce potem gust mi się wykręcił w taką stronę, że Pearl Jam poszło sobie gdzieś hen w świat i wypadło z mojej orbity. Moooże kiedyś ponadrabiam, nie wiem - nie czuję wewnętrznej potrzeby, już prędzej wolałbym jakieś mniej znane rzeczy Nirvany poogarniać z takiego grunge'u. Ale ten no, dobra rzecz jest dobra i pewnie jakbym dziś przesłuchał Ten (trivia: mam na cedeku), to by kopało tak samo jak te kilkanaście lat temu.
Pan Sonic - Murtoneste
Po takich panach to mój dziadek by wchodził, ale musiałby uważać na kolce.
Tl;dr świetna, oryginalna i eklektyczna kolejka.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, pełna zgoda z tym psv
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Syny Babcia
Ehh, Syny. Już w epoce próbowałem słuchać i to jednak zupełnie nie dla mnie. Bardzo stylowo wyprodukowana grafomania. Pan 88 ma rękę do gęstego, dymnego, brudnego klimatu, tyle że współpracownik z okropną manierą, gównianymi tekstami i koncepcją raperowania nie na moją głowę. Tutaj tekst jeszcze ma jakiś sens, spójnie poukładane, ale ani nie szukam takich treści w rapie, ani nie grzeją te pseudowyjebkowe, a dla mnie po prostu pozerskie stylizacje na super-duper pomysł w luźnym braku pomysłu. Bardziej wolę legnickie Chłopki i kampowe wspomniki o niemieckiej babce z pilotem w folii zafiksowanej na Modzie na Sukces niż diagnozy-obserwacje uczestniczące. Znacznie bardziej wolę bity, na szczęście te post-Syny projekty 1988 to jest coś z mojej bajki. Dla rdzennego blokersa prędzej SHAME niż Orient, sorry.
nosound Sol29
O, naturalne przedłużenie ambientowej depeszwizji. Całkiem sympatyczna (nie w klimacie) minimalistyczna kompozycja. Kolejna propozycja godna repertuaru Stars of the Lid. Oszczędny, powtarzalny, skutecznie hipnotyczny motyw typu smykowe, a do tego dobrze pasujące rozanielone rytualne wokalizy. Bardziej do słuchania w tle podczas robienia rzeczy niż kosmicznej medytacji samej w sobie. Bas trochę za bardzo buczy, brakuje większej ilości dzwonków, dobrze nałożonych delikatnych pasaży. Mimo to naprawdę kawałek solidnego atmosferycznego grania. Muzyka pod pięć stopni w środku stycznia, tyle że bez śniegu i smogu dookoła. Łatwy faworyt kolejki.
Listening Center Main Reading Room
Dziwne, że to ma aż tyle lat. Kanciastość i schematyczność tego kawałka sprawia wrażenie, jakby wyciągnięto to z FLa tak z trzy lata temu może? No robi się to mniej więcej tak: automat to spokojnie na wtyczce Retromine, szerokie ustawienia stereo dla Tapeotronic modulującej brzmienia mellotronu, a na tło dla emulatory analogów, ja bym sb wybrał Lazarusa dla kwasu i ARP 2600 dla tłustych brassów. Spoko brzmienie, tylko te melodie jakby je chamsko umieścić w bloku na cztery i do widzenia, mało żywiołowo muza. Zaskakujące porównanie z The Advisory Circle, ale rozumiem fana. Z drugiej strony skoro USA, nowy kraj trzeciego świata, choć wtedy jeszcze nie wszystko na to wskazywało... znaczy się chciałem powiedzieć, że tu trochę za dużo podróbki, a za mało własnego, wyrazistego charakteru. Podrzucić jakieś swoje miniaturki dwa-trzy lata młodsze w podobnym formacie brzmieniowym? W sumie nie potrzeba Ghost Boxa, gdy zna się muzyczny katalog pseudonimów Morta Garsona hehhe
Pearl Jam Even Flow
Z czterech został on jeden. Eddie Vedder wciąż nosi kaganek grandżu po świecie. Na czele jest Soundgarden, a pozostały tercet odbieram na równi z lekkim pozytywem. W serduszku mam przynajmniej po jednym kawałku. W przypadku Perl Żem to będzie właśnie Even Flow. Chyba kojarzę z telewizji muzycznych, bo nie przychodzi mi do głowy żadna gra. To nie Rusty Cage hehhe O samym Vedderze pierwszy raz usłyszałem z... filmów Niekrytego Krytyka, ale to jeszcze były czasy, gdy był śmieszny, a nie świadecto współcześności - epoki przerośniętego przegrywa monetyzującego bez reszty najmniej ciekawe formaty. Shodan zachwala Ten. Dla fanów mocniejszego łojenia pewnie jest tu wiele dobrego. Sam nie wracam tu praktycznie w ogóle. Po co mi co innego, gdy jest Soundgarden właśnie... no ale Iwen Floł, Iwen Floł jest naprawdę spoko. Charakterny wokal, refren NIESIE, solóweczki nudzą, ale czuć autentyczność, moc, energię, a przy tym nie ma masturbacji technicznymi fistaszkami. Bardzo spoko.
Magdalena Bay The Beginning
Okej, już na Mercurial World nie czułem aż takiej podjarki, choć do trzech kawałków wracam dość regularnie, znaczy się raz na kilka miesięcy... a nie czekaj, to jest kawałek właśnie z tej płyty xD Ładnie przegięty numer, nawet ujdzie ta tona lukru w aranżu, trochę to nawet przypomina instrumentale z Tekkena, tylko ten refren jest beznadziejny. Przez to trochę oddalam się od współczesnego elektropopu. Jakieś takie unikanie konkretnych melodii albo w momentach kulminacji wjeżdżają wyjątkowo średnie rozwiązania. Nie robi mi ani szeptanka, ani to zduszone wykrzyczenie. Przespany aranż, trochę zmarnowany wokal. Hype na RYMie jest mi kompletnie obcy. Zostaję przy moich Dawning of the Season czy Follow the Leader.
Ehh, Syny. Już w epoce próbowałem słuchać i to jednak zupełnie nie dla mnie. Bardzo stylowo wyprodukowana grafomania. Pan 88 ma rękę do gęstego, dymnego, brudnego klimatu, tyle że współpracownik z okropną manierą, gównianymi tekstami i koncepcją raperowania nie na moją głowę. Tutaj tekst jeszcze ma jakiś sens, spójnie poukładane, ale ani nie szukam takich treści w rapie, ani nie grzeją te pseudowyjebkowe, a dla mnie po prostu pozerskie stylizacje na super-duper pomysł w luźnym braku pomysłu. Bardziej wolę legnickie Chłopki i kampowe wspomniki o niemieckiej babce z pilotem w folii zafiksowanej na Modzie na Sukces niż diagnozy-obserwacje uczestniczące. Znacznie bardziej wolę bity, na szczęście te post-Syny projekty 1988 to jest coś z mojej bajki. Dla rdzennego blokersa prędzej SHAME niż Orient, sorry.
nosound Sol29
O, naturalne przedłużenie ambientowej depeszwizji. Całkiem sympatyczna (nie w klimacie) minimalistyczna kompozycja. Kolejna propozycja godna repertuaru Stars of the Lid. Oszczędny, powtarzalny, skutecznie hipnotyczny motyw typu smykowe, a do tego dobrze pasujące rozanielone rytualne wokalizy. Bardziej do słuchania w tle podczas robienia rzeczy niż kosmicznej medytacji samej w sobie. Bas trochę za bardzo buczy, brakuje większej ilości dzwonków, dobrze nałożonych delikatnych pasaży. Mimo to naprawdę kawałek solidnego atmosferycznego grania. Muzyka pod pięć stopni w środku stycznia, tyle że bez śniegu i smogu dookoła. Łatwy faworyt kolejki.
Listening Center Main Reading Room
Dziwne, że to ma aż tyle lat. Kanciastość i schematyczność tego kawałka sprawia wrażenie, jakby wyciągnięto to z FLa tak z trzy lata temu może? No robi się to mniej więcej tak: automat to spokojnie na wtyczce Retromine, szerokie ustawienia stereo dla Tapeotronic modulującej brzmienia mellotronu, a na tło dla emulatory analogów, ja bym sb wybrał Lazarusa dla kwasu i ARP 2600 dla tłustych brassów. Spoko brzmienie, tylko te melodie jakby je chamsko umieścić w bloku na cztery i do widzenia, mało żywiołowo muza. Zaskakujące porównanie z The Advisory Circle, ale rozumiem fana. Z drugiej strony skoro USA, nowy kraj trzeciego świata, choć wtedy jeszcze nie wszystko na to wskazywało... znaczy się chciałem powiedzieć, że tu trochę za dużo podróbki, a za mało własnego, wyrazistego charakteru. Podrzucić jakieś swoje miniaturki dwa-trzy lata młodsze w podobnym formacie brzmieniowym? W sumie nie potrzeba Ghost Boxa, gdy zna się muzyczny katalog pseudonimów Morta Garsona hehhe
Pearl Jam Even Flow
Z czterech został on jeden. Eddie Vedder wciąż nosi kaganek grandżu po świecie. Na czele jest Soundgarden, a pozostały tercet odbieram na równi z lekkim pozytywem. W serduszku mam przynajmniej po jednym kawałku. W przypadku Perl Żem to będzie właśnie Even Flow. Chyba kojarzę z telewizji muzycznych, bo nie przychodzi mi do głowy żadna gra. To nie Rusty Cage hehhe O samym Vedderze pierwszy raz usłyszałem z... filmów Niekrytego Krytyka, ale to jeszcze były czasy, gdy był śmieszny, a nie świadecto współcześności - epoki przerośniętego przegrywa monetyzującego bez reszty najmniej ciekawe formaty. Shodan zachwala Ten. Dla fanów mocniejszego łojenia pewnie jest tu wiele dobrego. Sam nie wracam tu praktycznie w ogóle. Po co mi co innego, gdy jest Soundgarden właśnie... no ale Iwen Floł, Iwen Floł jest naprawdę spoko. Charakterny wokal, refren NIESIE, solóweczki nudzą, ale czuć autentyczność, moc, energię, a przy tym nie ma masturbacji technicznymi fistaszkami. Bardzo spoko.
Magdalena Bay The Beginning
Okej, już na Mercurial World nie czułem aż takiej podjarki, choć do trzech kawałków wracam dość regularnie, znaczy się raz na kilka miesięcy... a nie czekaj, to jest kawałek właśnie z tej płyty xD Ładnie przegięty numer, nawet ujdzie ta tona lukru w aranżu, trochę to nawet przypomina instrumentale z Tekkena, tylko ten refren jest beznadziejny. Przez to trochę oddalam się od współczesnego elektropopu. Jakieś takie unikanie konkretnych melodii albo w momentach kulminacji wjeżdżają wyjątkowo średnie rozwiązania. Nie robi mi ani szeptanka, ani to zduszone wykrzyczenie. Przespany aranż, trochę zmarnowany wokal. Hype na RYMie jest mi kompletnie obcy. Zostaję przy moich Dawning of the Season czy Follow the Leader.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dzień dobry
SunPalace - Rude Movements
(1983)
Możliwość ponownego sięgnięcia po muzykę Suso Saiza za sprawą depeszwizji natchnęła mnie do odświeżenia sobie kilku innych obskjurowych tracków które warto byłoby zapodać w bestce, bo jednak bez trivii trudniej zrozumieć słuchaczowi że ma doczynienia z interesującym kawałkiem historii muzyki. Podobnie sprawa ma się z utworem duetu SunPalace o którym wiem malutko ale podzielę się tym co udało mi się ustalić i wyjaśnić dlaczego uważam go za wyjątkowy.
W 1981 roku dwóch białych Brytyjczyków postanowiło nagrać razem muzykę - Mike Collins uzbrojony w gitarę oraz świeżo nabyty automat perkusyjny Roland CR78 oraz Keith O'Connell grający na pianinie Fender Rhodes i syntezatorze Prophet 5. Efektem tego spotkania była pierwotna wersja Rude Movements, specyficznego utworu łączącego w sobie brzmienie jazz-funku z tanecznym rytmem automatu perkusyjnego. Podekscytowani tą kompozycją niedługo później Panowie udali się do Utopia Studios w Londynie by tam ostatecznie wypolerować kawałek który ostatecznie ukazał się w 1983 na singlu Winning, jako B-Side (w niektórych wydaniach singiel z podwójną stroną A). W każdym razie singiel dotarł do USA a tam podchwycił go mocno David Mancuso, ikona sceny disco, pomysłodawca prywatnych imprez w jego miejscówce znanej jako The Loft i tak puścił numer w obieg gdzie zyskał miano kultowej pozycji wśród stałych bywalców a były wśród nich późniejsze ikony sceny didżejskiej jak Larry Levan czy Frankie Knuckles. The rest is history jak to powiadają starzy górale. Ten mocno obskjurowy track został po wielu wielu latach zremasterowany i wydany ponownie przez brytyjską wytwórnię BBE z której to kanału na YouTube poznałem go ja i teraz go Wam przekazuję jako cenną spuściznę sceny brit-funkowej. Dla mnie to jest numer taki do zapuszczenia przed wschodem słońca, ostatnio słuchałem go patrząc przez okno na miasto budzące się do życia, uwielbiam takie pastelowe brzmienia zimową porą.
https://youtu.be/xRZ0rqcyAjQ?si=H-Utmgcb-hNBetUz
SunPalace - Rude Movements
(1983)
Możliwość ponownego sięgnięcia po muzykę Suso Saiza za sprawą depeszwizji natchnęła mnie do odświeżenia sobie kilku innych obskjurowych tracków które warto byłoby zapodać w bestce, bo jednak bez trivii trudniej zrozumieć słuchaczowi że ma doczynienia z interesującym kawałkiem historii muzyki. Podobnie sprawa ma się z utworem duetu SunPalace o którym wiem malutko ale podzielę się tym co udało mi się ustalić i wyjaśnić dlaczego uważam go za wyjątkowy.
W 1981 roku dwóch białych Brytyjczyków postanowiło nagrać razem muzykę - Mike Collins uzbrojony w gitarę oraz świeżo nabyty automat perkusyjny Roland CR78 oraz Keith O'Connell grający na pianinie Fender Rhodes i syntezatorze Prophet 5. Efektem tego spotkania była pierwotna wersja Rude Movements, specyficznego utworu łączącego w sobie brzmienie jazz-funku z tanecznym rytmem automatu perkusyjnego. Podekscytowani tą kompozycją niedługo później Panowie udali się do Utopia Studios w Londynie by tam ostatecznie wypolerować kawałek który ostatecznie ukazał się w 1983 na singlu Winning, jako B-Side (w niektórych wydaniach singiel z podwójną stroną A). W każdym razie singiel dotarł do USA a tam podchwycił go mocno David Mancuso, ikona sceny disco, pomysłodawca prywatnych imprez w jego miejscówce znanej jako The Loft i tak puścił numer w obieg gdzie zyskał miano kultowej pozycji wśród stałych bywalców a były wśród nich późniejsze ikony sceny didżejskiej jak Larry Levan czy Frankie Knuckles. The rest is history jak to powiadają starzy górale. Ten mocno obskjurowy track został po wielu wielu latach zremasterowany i wydany ponownie przez brytyjską wytwórnię BBE z której to kanału na YouTube poznałem go ja i teraz go Wam przekazuję jako cenną spuściznę sceny brit-funkowej. Dla mnie to jest numer taki do zapuszczenia przed wschodem słońca, ostatnio słuchałem go patrząc przez okno na miasto budzące się do życia, uwielbiam takie pastelowe brzmienia zimową porą.
https://youtu.be/xRZ0rqcyAjQ?si=H-Utmgcb-hNBetUz
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bass Communion - Litany 1-403-1204
Bass Communion, w skrócie, to Steven Wilson robiący ambient. Wziąłem się za to odgałęzienie relatywnie późno bo jakoś koło 2008/2009 roku. W zasadzie od razu stałem się fanem, bo na tych płytach, Stefan zawarł te elementy jego twórczości, które zawsze bardzo ceniłem, czyli tekstury, przestrzeń, architektura czystego dźwięku, itd. „Litany” usłyszałem po raz pierwszy w dosyć niecodziennych okolicznościach. Wilson użył tego jako outro podczas swojej pierwszej solowej trasy w 2011 r., i tak po zejściu zespołu ze sceny, kilka tysięcy ludzi w Hali Wisły zostało zalanych tymi dźwiękami. Dodam, że to był pierwszy koncert na jakim byłem (i nie wiem, czy nie jedyny), podczas którego użyto pełnego systemu surround, to znaczy, że dźwięk nie dochodził tylko od frontu, ale też z boku i z tyłu hali, z niektórymi brzmieniami dochodzącymi np. tylko z tyłu. Takie 5.1 tylko na koncercie. Wrażenie było mocarne. Co ciekawe, to wrażenie nie zeszło kiedy słuchałem potem tego albumu w domu i do dziś mam ciary kiedy włączam „Litany”. Cieszę się, że w końcu znalazło się dobre miejsce, żeby to wrzucić.
https://youtu.be/JqcViqfcNUs
Bass Communion, w skrócie, to Steven Wilson robiący ambient. Wziąłem się za to odgałęzienie relatywnie późno bo jakoś koło 2008/2009 roku. W zasadzie od razu stałem się fanem, bo na tych płytach, Stefan zawarł te elementy jego twórczości, które zawsze bardzo ceniłem, czyli tekstury, przestrzeń, architektura czystego dźwięku, itd. „Litany” usłyszałem po raz pierwszy w dosyć niecodziennych okolicznościach. Wilson użył tego jako outro podczas swojej pierwszej solowej trasy w 2011 r., i tak po zejściu zespołu ze sceny, kilka tysięcy ludzi w Hali Wisły zostało zalanych tymi dźwiękami. Dodam, że to był pierwszy koncert na jakim byłem (i nie wiem, czy nie jedyny), podczas którego użyto pełnego systemu surround, to znaczy, że dźwięk nie dochodził tylko od frontu, ale też z boku i z tyłu hali, z niektórymi brzmieniami dochodzącymi np. tylko z tyłu. Takie 5.1 tylko na koncercie. Wrażenie było mocarne. Co ciekawe, to wrażenie nie zeszło kiedy słuchałem potem tego albumu w domu i do dziś mam ciary kiedy włączam „Litany”. Cieszę się, że w końcu znalazło się dobre miejsce, żeby to wrzucić.
https://youtu.be/JqcViqfcNUs
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Yazoo - Happy People (1983)
Zbliżamy się nieuchronnie do końca stycznia, chyba nawet do ferii w Łódzkiem (a może te już trwają? Wypadłem z obiegu jakieś 17 lat temu), a to ciśnie mnie w stronę wspominek. Luty 2007 to okoliczność, którą podnosiłem już wielokrotnie przy okazji swoich wrzutek. Teraz będą dwie - ta i następna, akurat po obu stronach (zapewne) granicy pierwszych dwóch miesięcy roku.
Ferie 2007 to śnieg, tona śniegu i straszny mróz, oraz Musiał podróżujący samopas do Warszawy chyba po raz pierwszy w życiu. Było zimno, ciemno i sypało cały dzień, zaś ja byłem zmuszony przez kilka godzin łazić wokół Pałacu Kultury, albowiem ziomek, do którego przyjechałem zapomniał, że przyjechałem (dziś co prawda utrzymuje, że to nieprawda, ale pamiętam zbyt dobrze).
Łaziwszy w tę i we w tę słuchałem muzy. Ponieważ jakoś pod koniec grudnia rozpieprzył się mój pierwszy odtwarzacz MP3, czyli ZEN Micro od Creative'a, na stołeczną wycieczkę pożyczyłem od starego jego MuVo 2. 128 MB odtwarzacza to niezbyt dużo, więc mogłem tam wepchnąć tylko kilkadziesiąt piosenek o nikczemnym bitrejcie. W zestawie znalazły się moje wielkie odkrycia tamtego czasu - Talking Heads, Brian Eno, Roxy Music, Recoil, no i Yazoo właśnie (wleciał też Lech Janerka, taka to historia).
O ile jednak Recoil w końcu znalazł się na mojej liście rzeczy do odsłuchu przez dość oczywiste powiązanie z DM, tak Yazoo wleciało tylko z jednego powodu - Happy People dołączone zostało do drugiej części kolekcji składanek wydawanych przez gazetę Dziennik o nazwie 25 Lat Listy Przebojów Trójki. Mój ojciec zbierał wszystkie (do dziś u nas są), a ja postanowiłem zacząć je wykorzystywać do poszerzenia swoich horyzontów muzycznych. Wciąż jednak byłem (nadal jestem lol) dumnym fanem synthpopu, tak więc...
Tak więc usiadłem do Yazoo, ale przede wszystkim do tej jednej piosenki, którą katowałem bardzo długo. Lekkie zaskoczenie wzięło, że to numer śpiewany przez Klarka, podczas gdy wiedziałem przynajmniej, iż wokalistką nominalnie jest Moyet. Inna niespodzianka pojawiła się dlatego, iż numer ten nie był singlem, a mimo to dostał radio play w Polsce. No ale wtedy jeszcze chyba nie do końca wiedziałem, jak to za PeeReLu działało... Nawet zassane naprędce Only You czy Don't Go nie robiły na mnie takiego wrażenia.
Lata mijają, a Musiał wciąż wraca do Happy People właśnie w okolicach lutego. Tak się składa, że niedługo znów będę w Warszawie, więc okazji na spacer wokół Pałacu Kultury trochę będzie. Poleci jakiś John Foxx, poleci jakieś Recoil, tylko śnieg z nieba nie poleci, o tym możemy zapomnieć już chyba na zawsze. Ciężko jest być "happy people" w taką zimę.
https://www.youtube.com/watch?v=HO9VM4lQtmY
Zbliżamy się nieuchronnie do końca stycznia, chyba nawet do ferii w Łódzkiem (a może te już trwają? Wypadłem z obiegu jakieś 17 lat temu), a to ciśnie mnie w stronę wspominek. Luty 2007 to okoliczność, którą podnosiłem już wielokrotnie przy okazji swoich wrzutek. Teraz będą dwie - ta i następna, akurat po obu stronach (zapewne) granicy pierwszych dwóch miesięcy roku.
Ferie 2007 to śnieg, tona śniegu i straszny mróz, oraz Musiał podróżujący samopas do Warszawy chyba po raz pierwszy w życiu. Było zimno, ciemno i sypało cały dzień, zaś ja byłem zmuszony przez kilka godzin łazić wokół Pałacu Kultury, albowiem ziomek, do którego przyjechałem zapomniał, że przyjechałem (dziś co prawda utrzymuje, że to nieprawda, ale pamiętam zbyt dobrze).
Łaziwszy w tę i we w tę słuchałem muzy. Ponieważ jakoś pod koniec grudnia rozpieprzył się mój pierwszy odtwarzacz MP3, czyli ZEN Micro od Creative'a, na stołeczną wycieczkę pożyczyłem od starego jego MuVo 2. 128 MB odtwarzacza to niezbyt dużo, więc mogłem tam wepchnąć tylko kilkadziesiąt piosenek o nikczemnym bitrejcie. W zestawie znalazły się moje wielkie odkrycia tamtego czasu - Talking Heads, Brian Eno, Roxy Music, Recoil, no i Yazoo właśnie (wleciał też Lech Janerka, taka to historia).
O ile jednak Recoil w końcu znalazł się na mojej liście rzeczy do odsłuchu przez dość oczywiste powiązanie z DM, tak Yazoo wleciało tylko z jednego powodu - Happy People dołączone zostało do drugiej części kolekcji składanek wydawanych przez gazetę Dziennik o nazwie 25 Lat Listy Przebojów Trójki. Mój ojciec zbierał wszystkie (do dziś u nas są), a ja postanowiłem zacząć je wykorzystywać do poszerzenia swoich horyzontów muzycznych. Wciąż jednak byłem (nadal jestem lol) dumnym fanem synthpopu, tak więc...
Tak więc usiadłem do Yazoo, ale przede wszystkim do tej jednej piosenki, którą katowałem bardzo długo. Lekkie zaskoczenie wzięło, że to numer śpiewany przez Klarka, podczas gdy wiedziałem przynajmniej, iż wokalistką nominalnie jest Moyet. Inna niespodzianka pojawiła się dlatego, iż numer ten nie był singlem, a mimo to dostał radio play w Polsce. No ale wtedy jeszcze chyba nie do końca wiedziałem, jak to za PeeReLu działało... Nawet zassane naprędce Only You czy Don't Go nie robiły na mnie takiego wrażenia.
Lata mijają, a Musiał wciąż wraca do Happy People właśnie w okolicach lutego. Tak się składa, że niedługo znów będę w Warszawie, więc okazji na spacer wokół Pałacu Kultury trochę będzie. Poleci jakiś John Foxx, poleci jakieś Recoil, tylko śnieg z nieba nie poleci, o tym możemy zapomnieć już chyba na zawsze. Ciężko jest być "happy people" w taką zimę.
https://www.youtube.com/watch?v=HO9VM4lQtmY
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Led Zeppelin - The Battle of Evermore (1971)
Miałem kiedyś ambicję poznania klasyki w ujęciu... hmm... może nie jakiejś najłatwiej przyswajalnej popkultury, ale też nie czegoś na poziomie symfonii Mahlera i kolosów od Wagnera. Dzisiaj daleko mi do podążania za rankingami, spokojnego przebijania się przez kanony starszych słuchaczy, kręgu wierzących spod znaku Trójki, 1001 płyt niezbędnych do przesłuchania przed kojknięciem. W czasach granicznych gimnazjum/liceum zależało mi trochę bardziej na lepszej orientacji w wielu kierunkach muzycznych. W pewnym momencie cierpliwość się wyczerpała. Na szczęście do Led Zeppelinów podszedłem z otwartą głową, bez zakatowania Starway to Heaven wśród znajomych kręgów. Prędzej miałem dobre wspomnienia z Whole Lotta Love i słyszałem o tym ikonicznym samplu perkusyjnym z ostatniego kawałka na czwórce. Takie były przyczyny spotkania z ich czwartym albumem studyjnym. Do dziś mam do niego sporo szacunku i nie tak mało większych uczuć.
Przez dłuższy czas w poczekalni wisi When The Levee Breaks. Kilka miesięcy temu było bliskie wlotu do bestki, ale pewnie nie miałem odpowiedniego nastroju czy coś. Warto jednak coś od nich odpalić przed odpaleniem dubli. Z drugiej strony wokół mnie ostatnio dzieje się na tyle dużo, że nie chcę tutaj za długo dzielić włosa na czworo. Czwórkę naprawdę szczerze polubiłem. Przez chwilę mogłem uchodzić za stereotypowego słuchacza kanonu, ale w pełnej wczucie obijałem się między Wish You Were Here a tym. Zrobiłem kilka kroków w tył, na Dwójce jest jeszcze wiele rzeczy dla mnie. Jedynka już nie z mojej bajki.
Wszystko zaczęło się od folkowej opowieści jakby z innej epoki. Znacznie bardziej wolę takie wciągające, klimatyczne, oszczędne granie niż piruety Jethro Tull i inne smęcenie dla efekciarskich piruetów o zerowej wartości emocjonalnej. Tutaj jeszcze dochodzi ten harmonijny dwugłos, boskie są te zaśpiewy momentami. Pokłon za piękną mandolinę. Bez odbioru
https://www.youtube.com/watch?v=88b0OYxdtyM
Miałem kiedyś ambicję poznania klasyki w ujęciu... hmm... może nie jakiejś najłatwiej przyswajalnej popkultury, ale też nie czegoś na poziomie symfonii Mahlera i kolosów od Wagnera. Dzisiaj daleko mi do podążania za rankingami, spokojnego przebijania się przez kanony starszych słuchaczy, kręgu wierzących spod znaku Trójki, 1001 płyt niezbędnych do przesłuchania przed kojknięciem. W czasach granicznych gimnazjum/liceum zależało mi trochę bardziej na lepszej orientacji w wielu kierunkach muzycznych. W pewnym momencie cierpliwość się wyczerpała. Na szczęście do Led Zeppelinów podszedłem z otwartą głową, bez zakatowania Starway to Heaven wśród znajomych kręgów. Prędzej miałem dobre wspomnienia z Whole Lotta Love i słyszałem o tym ikonicznym samplu perkusyjnym z ostatniego kawałka na czwórce. Takie były przyczyny spotkania z ich czwartym albumem studyjnym. Do dziś mam do niego sporo szacunku i nie tak mało większych uczuć.
Przez dłuższy czas w poczekalni wisi When The Levee Breaks. Kilka miesięcy temu było bliskie wlotu do bestki, ale pewnie nie miałem odpowiedniego nastroju czy coś. Warto jednak coś od nich odpalić przed odpaleniem dubli. Z drugiej strony wokół mnie ostatnio dzieje się na tyle dużo, że nie chcę tutaj za długo dzielić włosa na czworo. Czwórkę naprawdę szczerze polubiłem. Przez chwilę mogłem uchodzić za stereotypowego słuchacza kanonu, ale w pełnej wczucie obijałem się między Wish You Were Here a tym. Zrobiłem kilka kroków w tył, na Dwójce jest jeszcze wiele rzeczy dla mnie. Jedynka już nie z mojej bajki.
Wszystko zaczęło się od folkowej opowieści jakby z innej epoki. Znacznie bardziej wolę takie wciągające, klimatyczne, oszczędne granie niż piruety Jethro Tull i inne smęcenie dla efekciarskich piruetów o zerowej wartości emocjonalnej. Tutaj jeszcze dochodzi ten harmonijny dwugłos, boskie są te zaśpiewy momentami. Pokłon za piękną mandolinę. Bez odbioru
https://www.youtube.com/watch?v=88b0OYxdtyM