Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
^ no chyba nie, bo ja
Bomb The Bass - Future Chaos
Za sprawą naszego kolegi Jakuba wracamy na kolejne spotkanie z muzyką Bomb The Bass. Wrzucany przez deva Clear zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie, byłem bardzo ciekaw jak następna odsłona w karierze tego projektu wypadnie a zwłaszcza co tam ten Tim wykręcił na tym Moogu. Ostatnio mam niedobory elektroniki więc cieszyłem się niezmiernie na zaspokojenie tych braków.
Smog od początku zrobiło na mnie dobre wrażenie jako otwieracz tej płyty. Dobre klasyczne brzmienie analogowego syntezatora, pulsujący bas i drugi pikający arp, niby nic ale kiedy brzmienie samo w sobie jest dobre to wyszukane melodie nie są niezbędne. Najlepsza w tym numerze jest zdecydowanie instrumentalna końcówka, kiedy ten wokal znika miałem wrażenie jakbym słuchał jakiegoś numeru Depeche Mode z ery SOTU bądź Delta Machine, przypomniałem sobie w ogóle za co tak lubię ich muzykę w ogóle czyli to połączenie analogowego sprzętu z bardziej współczesnym podejściem do muzyki.
Drugi utwór czyli Butterfingers ma żywsze tempo ale aranż jest podobnie minimalistycznie zbudowany - kolejne skojarzenie przychodzące na myśl to ta płyta minimal techno duetu VCMG, nie wykluczałbym wcale że Gore poczuł trochę inspirację po przesłuchaniu Future Chaos. Zdecydowanie to sprzęt użyty na płycie ma tu największe znaczenie, śpiew zbytnio nie przykuwa mojej uwagi - po prostu jest aby był. Ten numer myślę mógłby śmiało kończyć się w okolicach 3 minut, jako taka "miniaturka" robiłby chyba lepsze wrażenie. Old John wraca swoim tempem w spokojniejsze rejony a na wokal wraca Paul Conboy znany już z otwieracza. Bardzo fajne instrumentalne przejście z takim smutnym padem pod spodem jakby, arpeggio też bardziej kwasowe tutaj i to lubię. Zastanawiam się jak bardzo i czy w ogóle straciłaby ta płyta gdyby wydano ją w formie instrumentalnej, ale to dopiero początek albumu. Burn The Bunker odchodzi od typowego electropopowego brzmienia i kieruje się w stronę bardziej brejkowej rytmiki, robi się klubowo i brytyjsko. Kawałek kojarzy mi się klimatem z jakimś nowszym Underworld, przynajmniej ja bym to tak widział - nie znam się. So Special zwiastuje skręt w spokojniejsze rejony albumu. Fajny pulsujący bas i nieco creepy ozdobniki budują noirowy klimat utworu. Wokal mimo wszystko nie przykuwa mojej uwagi. Następny w trackliście No Bones jest równie spokojny i klimatyczny, ale tu wokal Conboya snuje się jeszcze bardziej i to ciągnie ten kawałek w dół niestety, numer po numerze utwierdzam się w przekonaniu że trochę ta produkcja Simenona się marnuje w tym zestawieniu. Klimatem czuję tu takie szarobure smuty w stylu albumu Karla Hyde'a. Kiedy tracę reszty wiary w tę płytę nadjeżdża Black River, tu Conboy idzie w odstawkę a na wokalu wjeżdża ON - cały na biało - Mark Fuckin' Lanegan. No! To jest to uczucie gdy oglądasz mecz reprezentacji która po golu na 1:0 w pierwszych minutach straciła potem dwie bramki do przerwy i przebudziła się w 85 minucie żeby wyrównać (z tym że nasza repra w nogę raczej w pierwszych minutach traci bramy niż je zdobywa ale no... wiecie o co chodzi). To jest kurde numer doskonały od pierwszych dźwięków, Lanegan swoją barwą głosu ratuje ten spektakl, piosenka z dobrą melodią i w ogóle cud miód i orzeszki. Przez te takie chórki Aaaaa w ogóle cały czas mi się w trakcie utworu odpalała Lilian i jeden numer w drugi przechodził xD To jest perła tej płyty zdecydowanie i zaprzeczenie mojej tezy że to powinny być instrumentale, to powinien być po prostu projekt Simenon-Lanegan, eh. Z drugiej strony to równie dobrze błogosławieństwo co i może przekleństwo tej płyty bo po takim featuringu powrót do słuchania Conboya jest dla mnie tym trudniejszy aj. Chociaż fakt faktem że Hold Me Up przynudza zarówno wokalem jak i tym razem produkcją, niesamowicie monotonne arpy zdają się wydłużać ten numer w nieskończoność, to jest bolesne lądowanie ze szczytów na dno tej płyty. Chyba na koniec sam Tim już uznał że trzeba wyrwać ten album zarazmu więc na zamknięcie dostajemy w papę nieco dziwacznym Fuzzbox z Jonem Spencerem na wokalu. Ten kawałek kojarzy mi się z jakimiś cyberpunkowymi klimatami, może trochę przez te efekty nałożone na wokal. Jest to na pewno ciekawostka w trackliście bo prezentuje dość odmienny klimacik w tej części płyty ale i tak myślę że ten kawałek mógłby być dwa razy krótszy i wtedy pewnie chętniej bym go sprawdzał, przy tym tempie ponad 5 minut to dłużyzna trochę.
No i taka to podróż przez płytę moja była, pięknie się zapowiadało, żarło, żarło aż przysiadło w drugiej części mocno, co prawda objawił się potem cudowny Mark niczym Jezus na bloku w Pajęcznie w '99 ale sam jeden do końca honoru płyty też nie mógł uratować. Naprawdę fajną produkcję wykręcił tu ten Simenon przy ograniczonym zasobie sprzętu ale gościnne wokale nie dorastały poziomem do tej muzyki. Chyba czuję się teraz jak niektórzy z Was słuchający moich rapowych wrzutek czasem i myślących sobie "kurde - fajne bity naprawdę ale Ci Murzyni to mi powiewają". Powtórzę się ale żal że to nie był jednak projekt Simenon-Lanegan bo to mogłoby być złoto najwyższej próby, Black River zostaje ze mną na dłużej, podobnie Smog, gdybym miał na trzeciego coś wyróżniać to zdecydowanie Old John prędzej niż Butterfingers. Chyba jednak jeśli będę miał ochotę na taki całkiem elektroniczny album prędzej sięgnę po Ladytron a tu zostanę przy samych rodzynkach.
Bomb The Bass - Future Chaos
Za sprawą naszego kolegi Jakuba wracamy na kolejne spotkanie z muzyką Bomb The Bass. Wrzucany przez deva Clear zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie, byłem bardzo ciekaw jak następna odsłona w karierze tego projektu wypadnie a zwłaszcza co tam ten Tim wykręcił na tym Moogu. Ostatnio mam niedobory elektroniki więc cieszyłem się niezmiernie na zaspokojenie tych braków.
Smog od początku zrobiło na mnie dobre wrażenie jako otwieracz tej płyty. Dobre klasyczne brzmienie analogowego syntezatora, pulsujący bas i drugi pikający arp, niby nic ale kiedy brzmienie samo w sobie jest dobre to wyszukane melodie nie są niezbędne. Najlepsza w tym numerze jest zdecydowanie instrumentalna końcówka, kiedy ten wokal znika miałem wrażenie jakbym słuchał jakiegoś numeru Depeche Mode z ery SOTU bądź Delta Machine, przypomniałem sobie w ogóle za co tak lubię ich muzykę w ogóle czyli to połączenie analogowego sprzętu z bardziej współczesnym podejściem do muzyki.
Drugi utwór czyli Butterfingers ma żywsze tempo ale aranż jest podobnie minimalistycznie zbudowany - kolejne skojarzenie przychodzące na myśl to ta płyta minimal techno duetu VCMG, nie wykluczałbym wcale że Gore poczuł trochę inspirację po przesłuchaniu Future Chaos. Zdecydowanie to sprzęt użyty na płycie ma tu największe znaczenie, śpiew zbytnio nie przykuwa mojej uwagi - po prostu jest aby był. Ten numer myślę mógłby śmiało kończyć się w okolicach 3 minut, jako taka "miniaturka" robiłby chyba lepsze wrażenie. Old John wraca swoim tempem w spokojniejsze rejony a na wokal wraca Paul Conboy znany już z otwieracza. Bardzo fajne instrumentalne przejście z takim smutnym padem pod spodem jakby, arpeggio też bardziej kwasowe tutaj i to lubię. Zastanawiam się jak bardzo i czy w ogóle straciłaby ta płyta gdyby wydano ją w formie instrumentalnej, ale to dopiero początek albumu. Burn The Bunker odchodzi od typowego electropopowego brzmienia i kieruje się w stronę bardziej brejkowej rytmiki, robi się klubowo i brytyjsko. Kawałek kojarzy mi się klimatem z jakimś nowszym Underworld, przynajmniej ja bym to tak widział - nie znam się. So Special zwiastuje skręt w spokojniejsze rejony albumu. Fajny pulsujący bas i nieco creepy ozdobniki budują noirowy klimat utworu. Wokal mimo wszystko nie przykuwa mojej uwagi. Następny w trackliście No Bones jest równie spokojny i klimatyczny, ale tu wokal Conboya snuje się jeszcze bardziej i to ciągnie ten kawałek w dół niestety, numer po numerze utwierdzam się w przekonaniu że trochę ta produkcja Simenona się marnuje w tym zestawieniu. Klimatem czuję tu takie szarobure smuty w stylu albumu Karla Hyde'a. Kiedy tracę reszty wiary w tę płytę nadjeżdża Black River, tu Conboy idzie w odstawkę a na wokalu wjeżdża ON - cały na biało - Mark Fuckin' Lanegan. No! To jest to uczucie gdy oglądasz mecz reprezentacji która po golu na 1:0 w pierwszych minutach straciła potem dwie bramki do przerwy i przebudziła się w 85 minucie żeby wyrównać (z tym że nasza repra w nogę raczej w pierwszych minutach traci bramy niż je zdobywa ale no... wiecie o co chodzi). To jest kurde numer doskonały od pierwszych dźwięków, Lanegan swoją barwą głosu ratuje ten spektakl, piosenka z dobrą melodią i w ogóle cud miód i orzeszki. Przez te takie chórki Aaaaa w ogóle cały czas mi się w trakcie utworu odpalała Lilian i jeden numer w drugi przechodził xD To jest perła tej płyty zdecydowanie i zaprzeczenie mojej tezy że to powinny być instrumentale, to powinien być po prostu projekt Simenon-Lanegan, eh. Z drugiej strony to równie dobrze błogosławieństwo co i może przekleństwo tej płyty bo po takim featuringu powrót do słuchania Conboya jest dla mnie tym trudniejszy aj. Chociaż fakt faktem że Hold Me Up przynudza zarówno wokalem jak i tym razem produkcją, niesamowicie monotonne arpy zdają się wydłużać ten numer w nieskończoność, to jest bolesne lądowanie ze szczytów na dno tej płyty. Chyba na koniec sam Tim już uznał że trzeba wyrwać ten album zarazmu więc na zamknięcie dostajemy w papę nieco dziwacznym Fuzzbox z Jonem Spencerem na wokalu. Ten kawałek kojarzy mi się z jakimiś cyberpunkowymi klimatami, może trochę przez te efekty nałożone na wokal. Jest to na pewno ciekawostka w trackliście bo prezentuje dość odmienny klimacik w tej części płyty ale i tak myślę że ten kawałek mógłby być dwa razy krótszy i wtedy pewnie chętniej bym go sprawdzał, przy tym tempie ponad 5 minut to dłużyzna trochę.
No i taka to podróż przez płytę moja była, pięknie się zapowiadało, żarło, żarło aż przysiadło w drugiej części mocno, co prawda objawił się potem cudowny Mark niczym Jezus na bloku w Pajęcznie w '99 ale sam jeden do końca honoru płyty też nie mógł uratować. Naprawdę fajną produkcję wykręcił tu ten Simenon przy ograniczonym zasobie sprzętu ale gościnne wokale nie dorastały poziomem do tej muzyki. Chyba czuję się teraz jak niektórzy z Was słuchający moich rapowych wrzutek czasem i myślących sobie "kurde - fajne bity naprawdę ale Ci Murzyni to mi powiewają". Powtórzę się ale żal że to nie był jednak projekt Simenon-Lanegan bo to mogłoby być złoto najwyższej próby, Black River zostaje ze mną na dłużej, podobnie Smog, gdybym miał na trzeciego coś wyróżniać to zdecydowanie Old John prędzej niż Butterfingers. Chyba jednak jeśli będę miał ochotę na taki całkiem elektroniczny album prędzej sięgnę po Ladytron a tu zostanę przy samych rodzynkach.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
dobra, to bd drugi bo dzisiaj wjeżdżam
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bomb the Bass Future Chaos
Zapowiadało się dobrze. Clear to był kawałek solidnego grania właśnie dzięki urozmaiconej produkcji, inspiracjom z różnych stron muzycznego świata (trip hopy, dub, sznyt klubopodobny, ale też szeptane opowiadanki jak u Wildera). Na plus też szeroka gama zaproszonych artystów. Po drugiej stronie Future Chaos. Płyta wymyślona na jednym moogu przy pomocy trzech-czterech osób, automatu perkusyjnego oraz określonych schematów na piosenki popowe. Lubię Tima Simenona i tak zostanie, choć po kilku razach z tym konceptem relacja mocno nadszarpnięta. Dlatego też w sumie dałem się wyprzedzić przez Jacę. Po pierwszym odsłuchu byłem zdziwiony i zmęczony. Im dalej w las, tym więcej zacząłem rozumieć, objawiła się artystyczna wizja ekipy BtB... no tylko, że muzyka wciąż poza moim serduszkiem.
Szczególnie z perspektywy gościa, który naprawdę tysiące godzin przepalił na moogowe pierdy, brassy, pady, skalę perkusyjnych odgłosów. Po ostatnim przesłuchaniu mam w głowie tylko wokal Lanegana, całą lawinę arpów, sekwencji, nijakie zapychanie aranży i jedno ładne intro. Pomysł na papierze wygląda dobrze, ale topić go w dziewięciu popowych piosenkach skrojony w bardzo podobny sposób to przesada. Na Clear były interludia, numery wyraźnie inaczej zaśpiewane, skomponowane. Na Future Chaos tylko chwilami syntezator wydobywa bogatsze brzmienia. Te kanciaste basy jak z tech house'u granego w epoce to chyba kulminacja zmarnowanego potencjału, serio. Z jednej strony to, a z drugiej ładne acidowe pętle, imitacje gitar, te bardziej chilowe tła. Wszystkie te cholerne arpeggia w tym kontekście wypadają jak zapowiedź powstających dziesięć lat później płyt "progresywnej elektroniki", w których twórcy prześcigają się w papugowaniu nieudolnego minimalizmu. No nie, dziesięć minut sekwencji z padem skleconych na nowoczesnej odsłonie analoga to test na cierpliwość, a nie żadna ciekawa propozycja artystyczna. Tu przynajmniej są jeszcze jakieś melodie... a i tak nie jest za dobrze. Połowa efektu to aranże, drugie pół to przeciętny wokal współojca całego ambarasu. Stary Dżon, So Special i Hold Me Up to jest w zasadzie ten sam numer tylko z pojedynczymi zmianami w dodatkach. Szczególnie ten drugi ma ładne intro, tylko że potem wszystko to służy muzyce o zerowej wartości emocjonalnej.
Z gościnek podoba mi się tylko Lanegan. Jakimś trafem dostał aranż najbardziej przypominający najtisowe IDMy, tu te acid brzmienia i nakładki wokalne działają bez zarzutu, no ale przede wszystkim główny aktor wypada jak profesor na tle reszty. Nie chce mi się przeklejać krótkich notatek po każdym kawałku, bo w nich też jest sporo podobieństw. No Bones spoko tak do połowy, potem cały kameralny klimat leci na łeb na szyję. Butterfingers dzięki goścince brzmi jak chamska kserówka solowego Yorka, tylko z dodatkowo irytującą melodią (trochę za długie wgl). Fuzzbox to jedno z bardziej neutralnych zakończeń płyt, jakie słyszałem od dłuższego czasu. Sama płyta nie generuje we mnie większych emocji. Finisz przez wokale wprowadza odrobinę głupkowatości, ale nic poza tym.
Bliższe przysłuchanie koniec końców przypomina dolanie oliwy do ognia. Słuchane tak na luźno potrafi sprawiać wrażenie bardziej urozmaiconego materiału. Burn the Bunker to zmarnowany potencjał na mocniejszy postapo moment, te kanciaste basy może na scenie klubowej robią robotę, ale pamiętam, że w pewnym momencie wokale idą jakby coś 'maggot, faggot', także przynajmniej aspekt kampowy wyłapany. Na tle dalszych etapów rajdu Smog wypada naprawdę niewinnie. Jest moc, chyba ten kawałek ustawiłbym w hierarchii jako drugi po Black River. Jakby z ducha Massive Attack, przyjemne skojarzenie. Generalnie całość bardzo mocno przypominała produkcyjnie rzeczy ze stajni Radioheads. Skojarzenia Jacy dla mnie dość kuriozalne, szczególnie w kontekście depeszowym, gdzie oni naprawdę używali całej palety szaf, modularów, syntezatorowych błyskotek. Słychać różnicę nawet na Delcie, tam co kawałek to zupełnie inne brzmienie perkusji chociażby. Nie ma siedemnastu kawałków z arpeggiami moogowymi. Co więcej, wyraźnie słychać inspiracje różnymi gatunkami, choć brzmienie jest wyjątkowo spójne i chwilami prawie tak z puchy jak tutaj.
Albo minimal albo popowa różnorodność. Przydałyby się instrumentalne miniaturki, więcej gości na wokalu, naprawdę różne pomysły przy tak faszystowskim i wąskim doborze używanego sprzętu. Koniec końców wychodzi solidny neutral, bo ja lubię te brzmienia, a że BtB przepalili je w nudnej płycie... no cóż. Dziś wróciłem do serii kawałków z Clear i różnica potężna. Sorry. Szacunek za próbę, ale może tylko do Black River wrócę.
Zapowiadało się dobrze. Clear to był kawałek solidnego grania właśnie dzięki urozmaiconej produkcji, inspiracjom z różnych stron muzycznego świata (trip hopy, dub, sznyt klubopodobny, ale też szeptane opowiadanki jak u Wildera). Na plus też szeroka gama zaproszonych artystów. Po drugiej stronie Future Chaos. Płyta wymyślona na jednym moogu przy pomocy trzech-czterech osób, automatu perkusyjnego oraz określonych schematów na piosenki popowe. Lubię Tima Simenona i tak zostanie, choć po kilku razach z tym konceptem relacja mocno nadszarpnięta. Dlatego też w sumie dałem się wyprzedzić przez Jacę. Po pierwszym odsłuchu byłem zdziwiony i zmęczony. Im dalej w las, tym więcej zacząłem rozumieć, objawiła się artystyczna wizja ekipy BtB... no tylko, że muzyka wciąż poza moim serduszkiem.
Szczególnie z perspektywy gościa, który naprawdę tysiące godzin przepalił na moogowe pierdy, brassy, pady, skalę perkusyjnych odgłosów. Po ostatnim przesłuchaniu mam w głowie tylko wokal Lanegana, całą lawinę arpów, sekwencji, nijakie zapychanie aranży i jedno ładne intro. Pomysł na papierze wygląda dobrze, ale topić go w dziewięciu popowych piosenkach skrojony w bardzo podobny sposób to przesada. Na Clear były interludia, numery wyraźnie inaczej zaśpiewane, skomponowane. Na Future Chaos tylko chwilami syntezator wydobywa bogatsze brzmienia. Te kanciaste basy jak z tech house'u granego w epoce to chyba kulminacja zmarnowanego potencjału, serio. Z jednej strony to, a z drugiej ładne acidowe pętle, imitacje gitar, te bardziej chilowe tła. Wszystkie te cholerne arpeggia w tym kontekście wypadają jak zapowiedź powstających dziesięć lat później płyt "progresywnej elektroniki", w których twórcy prześcigają się w papugowaniu nieudolnego minimalizmu. No nie, dziesięć minut sekwencji z padem skleconych na nowoczesnej odsłonie analoga to test na cierpliwość, a nie żadna ciekawa propozycja artystyczna. Tu przynajmniej są jeszcze jakieś melodie... a i tak nie jest za dobrze. Połowa efektu to aranże, drugie pół to przeciętny wokal współojca całego ambarasu. Stary Dżon, So Special i Hold Me Up to jest w zasadzie ten sam numer tylko z pojedynczymi zmianami w dodatkach. Szczególnie ten drugi ma ładne intro, tylko że potem wszystko to służy muzyce o zerowej wartości emocjonalnej.
Z gościnek podoba mi się tylko Lanegan. Jakimś trafem dostał aranż najbardziej przypominający najtisowe IDMy, tu te acid brzmienia i nakładki wokalne działają bez zarzutu, no ale przede wszystkim główny aktor wypada jak profesor na tle reszty. Nie chce mi się przeklejać krótkich notatek po każdym kawałku, bo w nich też jest sporo podobieństw. No Bones spoko tak do połowy, potem cały kameralny klimat leci na łeb na szyję. Butterfingers dzięki goścince brzmi jak chamska kserówka solowego Yorka, tylko z dodatkowo irytującą melodią (trochę za długie wgl). Fuzzbox to jedno z bardziej neutralnych zakończeń płyt, jakie słyszałem od dłuższego czasu. Sama płyta nie generuje we mnie większych emocji. Finisz przez wokale wprowadza odrobinę głupkowatości, ale nic poza tym.
Bliższe przysłuchanie koniec końców przypomina dolanie oliwy do ognia. Słuchane tak na luźno potrafi sprawiać wrażenie bardziej urozmaiconego materiału. Burn the Bunker to zmarnowany potencjał na mocniejszy postapo moment, te kanciaste basy może na scenie klubowej robią robotę, ale pamiętam, że w pewnym momencie wokale idą jakby coś 'maggot, faggot', także przynajmniej aspekt kampowy wyłapany. Na tle dalszych etapów rajdu Smog wypada naprawdę niewinnie. Jest moc, chyba ten kawałek ustawiłbym w hierarchii jako drugi po Black River. Jakby z ducha Massive Attack, przyjemne skojarzenie. Generalnie całość bardzo mocno przypominała produkcyjnie rzeczy ze stajni Radioheads. Skojarzenia Jacy dla mnie dość kuriozalne, szczególnie w kontekście depeszowym, gdzie oni naprawdę używali całej palety szaf, modularów, syntezatorowych błyskotek. Słychać różnicę nawet na Delcie, tam co kawałek to zupełnie inne brzmienie perkusji chociażby. Nie ma siedemnastu kawałków z arpeggiami moogowymi. Co więcej, wyraźnie słychać inspiracje różnymi gatunkami, choć brzmienie jest wyjątkowo spójne i chwilami prawie tak z puchy jak tutaj.
Albo minimal albo popowa różnorodność. Przydałyby się instrumentalne miniaturki, więcej gości na wokalu, naprawdę różne pomysły przy tak faszystowskim i wąskim doborze używanego sprzętu. Koniec końców wychodzi solidny neutral, bo ja lubię te brzmienia, a że BtB przepalili je w nudnej płycie... no cóż. Dziś wróciłem do serii kawałków z Clear i różnica potężna. Sorry. Szacunek za próbę, ale może tylko do Black River wrócę.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Chyba jedyny mój album, którego Dragon nie zjechał, to Laughing Stock xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Teksty jak teksty, ale jak tak sobie na luźno myślę o Mansun, Pejwmę czy Nine Horses... bardzo spoko
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No faktycznie, coś tam było sympatii.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dragon nie wyrywaj z kontekstu moich linijek
Odniesienia do DM miałem w stosunku do dwóch krótkich fragmentów - outro Smog i chórki z Black River, reszta inny świat
Odniesienia do DM miałem w stosunku do dwóch krótkich fragmentów - outro Smog i chórki z Black River, reszta inny świat
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ok
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Typowy lewak
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
mocna masakracja roszczeniowego gimbusa
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Linijek xd jaki niga rap
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
My tu gadu gadu a czas umyka, w kwestii organizacyjnej - jutro minie 2 tygodnie kolejki Future Chaos a nie mamy nawet połowy recek, liczę że do końca tygodnia płytę zamkniemy. Powoli termin 2-tygodniowy zaczyna odchodzić w zapomnienie, nie mam pojęcia jak myśmy robili te albumy w tydzień
Druga sprawa - przypominam tylko że zgodnie z ustaleniami następna w kolejce jest Biophilia od Björk a właściwie to od Wuja
Druga sprawa - przypominam tylko że zgodnie z ustaleniami następna w kolejce jest Biophilia od Björk a właściwie to od Wuja
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Chyba bym wolał wersję nagraną przez Wuja
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
AI czeka a my w międzyczasie musimy zadowolić się WERSJĄ Islandki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bomb the Bass - Future Chaos
Luty 2009... Założyłem Last.fm lol. Czego to ja wtedy słuchałem? Szybki przegląd... ahh tak, Stan Ridgway, kilogramami, tonami. Chyba od tamtej pory co luty słucham Stana Ridgwaya. Ciekawe, że między dziś a tamtym lutym mija 16 lat, a wydaje mi się, jakby równie dużo czasu minęło między lutymi w odpowiednio 2009 i 2007 roku, gdzie w tym ostatnim cisnąłem... no, wiecie, co cisnąłem. Dwa lata później wsiąkałem już w zupełnie inne rzeczy, ALE NIE TO. Dlaczego to ważne? Nie wiem xD
Pragnę jedynie zauważyć, że choć BtB miałem na playerach już od wiosny 2006 (kiedy to z czystej ciekawości zassałem z neta Winter in July, a potem poszło), tak albumowo przypiąłem się właściwie wyłącznie do Unknown Territory i Clear. W 2007 był peak, potem aż do 2010 odpuściłem. A czemu wróciłem w 2010? Bo ukazało się Back to Light i nabrałem potrzeby ponownego zapoznania się. Future Chaos umykało mojej uwadze jeszcze spory kawałek czasu. Tbh nie mogę sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz usłyszałem ten krążek, ale z miejsca zrobił na mnie wrażenie z jednego głównego powodu, i tenże powód do dziś uważam za najważniejszą rzecz, jakiej należy się czepić podczas obcowania z Future Chaos (a nie zrobili tego w mojej opinii ani Murzyn, ani Dragon, a przynajmniej nie tak, jak robię to ja). Chodzi mianowicie o fakt, że album ów to właściwie showcase Minimooga. Wszystko, co na nim siedzi jest dla mnie wymówką do poplumkania na jednym z najsłynniejszych klawiszy wszechczasów. Dodatkowe wrażenie robi w momencie, w którym się człek zorientuje, jak bardzo różne jest to wydawnictwo od wciąż przesyconego samplami Clear (nie ujmując Clear, to dokonałe dzieło). Tutaj każda najmniejsza niemal pierdoła to Simenon kręcący gałkami i wciskający klawisze. Problem może być w tym, że znający poprzednie płyty wybiorą sobie jako główny powód do przyczepiania się dość nagły zwrot stylistyczny. No ale czego, kurde, oczekiwać, po tych 13 latach można zmienić wizję artystyczną kilkanaście razy. IMHO się broni, bewzględnie, także będę tutaj sadził peany.
Na dzień dobry wskażę, iż przede wszystkim jest to krążek bardzo... zmysłowy. To, rzecz jasna, moje subiektywne odczucie, ale nie wierzę, że nie idzie tego zauważyć, czy raczej wyczuć. Simenon nie jest wyłącznie rzemieślnikiem przy Minimoogu, wymówka to jedno, jednak czuć tę spójną wizję i napływ inspiracji, który zaatakował go w momencie przytulenia wzmiankowanego wyżej instrumentu. Zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że Conboy na wokalu nie jest może nie wiadomo jak wspaniały (i tu czy ówdzie mu szpileczkę wbiję), na szczęście nie samym Conboyem Future Chaos stoi. Już Smog ma ma wyjątkowo przyjemny i nieco transowy vibe (arpy robią swoje, Moog jest do nich stworzony), ściana dźwięków niespiesznie płynie Paul przy mikrofonie póki co robi dobre wrażenie, nie można się do czegokolwiek przyczepić. Butterfingers z miejsca zdaje się być rozwinięciem poprzedniego kawałka, gdzie również arp zaczyna, zaś chwilę potem wchodzi przyjemny basik. No i wokale, robią robot trzeba przyznać (choć nie mam pojęcia, kto dokładnie z grupy Fujiya & Miyagi śpiewa, jakoś mi to umknęło). Kawałek minimalistyczny jak diabli, ale chyba najbardziej w stylu, jaki określiłem dla całego tego wydawnictwa trochę wyżej. Do tego cała masa różnych elektronicznych przeszkadzajek, dla deva jak znalazł. Dodatkowy bonus za świetne outro.
Old John... tutaj mam pewien problem, i jest to już niestety problem z Conboyem. Jego wokal brzmi mi jakoś tak, nie wiem, płasko? Jakby mu się w ogóle nie chciało śpiewać do mikrofonu, ani w ogóle śpiewać. W jakiś sposób wpasowuje się to co prawda w nieco zblazowany charakter piosenki, ale nawet to można było zrobić lepiej. Sama muzyka - miodzio, wliczając w to wyraźnie przebijające się w miksie piszczenie klawisza. Bodaj najmocniej "kosmiczny" feeling ca całym krążku, trochę wspomnianego przez Jacę w jego recenzji DM z okolic Delta Machine czy wcześniej SOTU, trochę Jeana-Michela Jarre'a nawet. Nic tylko się jarać. Burn the Bunker to z kolei utwór, który na singla nie zasłużył, ale na klip już tak. O tymże wypowiadać się nie będę, za to sam utwór wymiata. Minimalistyczny w brzmieniu, ale ze zdecydowanie hitowym vibem. Zawsze podobał mi się też jego tekst, moment, w którym ostatnie zdanie z refrenu jest kilkakrotnie powtarzane ładnie go podkreśla. Plus zaśpiew na samym końcu, jest dobrze.
So Special jakby z każdej strony podpisywało się pod moją oceną. Co prawda wraca Conboy, ale nie zamęcza zbyt mocno, ponieważ też muzyka mu na to nie pozwala. Ciekawe, że ten kawałek akurat singlem był, ale tylko promocyjnym. Jak widać starczyło to do zrobienia klipu, a ten, no, po prostu współpracuje z dźwiękami wydobywającymi się z głośników. Jestem zresztą niemal pewien, że słyszałem ten numer na jednej takiej imprezie... Tak czy inaczej, Moog (znaczy Minimoog) zrobił swoje i zrobił to wyjątkowo sensualnie. Dragon zalicza So Special do fragmentów krążka o "zerowej wartości emocjonalnej", ale nie jestem w stanie się z tym ani trochę zgodzić. No ale ja jestem dziwaczny. Munlup wymienia No Bones jako swój ulubiony numer na Future Chaos i o ile sam się pod tym wprost nie podpiszę (dla mnie najlepszy jest Burn the Bunker), to daję mu solidne drugie miejsce. Wspaniałe wyciszenie po erotyzującym poprzedniku (choć i ono samo ma taki erotyczny vibe), które mogłoby robić za tło do jakiegoś filmu noir (gdyby kręcił go miks Bertolucciego z Nolanem). Kusi, by zabrać ten utwór na spacer po wieczornie wyludnionym lutowym blokowisku.
Black River atakuje Laneganem, gościem, do którego nie myślałem siadać (dlaczego?) pod wpływem tego ficzeru, a dopiero poprzez osobistą nie tyle po prostu rekomendację, co po prostu wręczenie mi jego twórczości przez Hiena. Może w tym numerze mi się jakoś nie wyróżnił te lata temu? Trudno powiedzieć. Ponieważ o ile sam kawałek uważam za fajny (trzyma tę "ciemniejszą" stronę FC), tak w moim odczuciu Lanegan nie daje tu z siebie wszystkiego, co mógłby. Mam jakiś niedosyt. Jednocześnie ponownie podniecam się outrem. Hold Me Up to utwór na tyle "umoogowiony" tutaj, że wciskam go na trzecie miejsce swojego osobistego Top 3 czwartego albumu BtB. Niestety, o tyle na wyrost, że Conboy znów mi tu jakoś na nerwy działa. Mimo tego, iż cały ten mini chórek wokalny jest pomysłem fajnym, tak moja opinia przedstawia się następująco: gość średnio to uciąga. Ale aż czuć, że gdyby się dało (pewnie się zresztą da lol, z takiej Buchli można zrobić wszystko), to i bit byłby z Mooga zrobiony. Instrumentalnie kocham tutaj każdą sekwencję, każdą ścieżkę i każdą melodię. Doskonała rzecz <3
Zbliżamy się do końca, niemniej jednak postanowiłem go sobie troszkę rozszerzyć - kopnąłem w tyłek remiksy, usiadłem za to do Star (bo to zwyczajnie dobra piosenka jest, jak imć Munlup sam zresztą raczył zauważyć). No, najpierw jednak Fuzzbox. Fuzzbox najbardziej trąci mi "depeszyzmem" około SOTU, ale pachnie też niemieckimi elektroeksperymentami w rodzaju VNV Nation np., czy jakimś późnym Nitzer Ebb (wiadomo, nie jeden do jednego, ale nie mogę się tego wrażenia pozbyć). Generalnie jest fajnie, ale gdybym miał się zatrzymać tylko na tym numerze, to pewnikiem tutaj zacząłbym się mierzyć z poczuciem ostatecznego tryumfu formy nad treścią (na szczęście phaser od 2:20 ratuje sytuację), ponieważ brzmi to trochę jak sklejka wszystkich poprzednich numerów na Future Chaos się znajdujących. Jeśli jest tutaj cokolwiek, co mógłbym określić mianem fillera (choć byłoby to określenie na siłę, c'mon, znów OUTRO), to Fuzzbox najbardziej do tego tytułu pasuje. Star w drugą stronę - wciśnięcie tego na drugi krążek edycji limitowanej uważam za deprecjonujące, bo to zbyt dobra piosenka jest i powinna normalnie siedzieć na albumie. Pady, arp, przeszkadzajki po raz 2137, Conboy co prawda jak jęczał tak jęczy, ale nie będę się nad nim bardziej znęcał, mimo wszystko daje radę. Jeden z moich faworytów, nie mogłem sobie odpuścić. No jak, z takim outrem?
Jakieś podsumowanie... nie wiem za bardzo, jak to wszystko podsumowywać, albowiem chyba już wszystko dostatecznie rozłożyłem na czynniki pierwsze wyżej. Po raz kolejny - Simenon co prawda robi przy pomocy Future Chaos showcase Minimooga, ale też robi to na tyle dobrze i z takim zamysłem, że wyszło mu małe arcydzieło. W tym wypadku nie uważam (jak zdaje się uważać Jaca), że goście nie zostali bardziej podkreśleni, oni i tak są dodatkiem do tego, co wyczarował Mr Tim. Ponadto, jak już mówiłem, to jest zmysłowa muzyka, generalnie niespieszna, z kolei tam, gdzie trzeba - jak najbardziej żywa. Aż się prosi, żeby umieścić ją w odpowiednim kontekście. Chylę copkę przed Simenonem, albowiem Back to Light nie było już tak dobre, zaś Into the Sun zwyczajnie nie pamiętam. Tam wyżej płaczą, że Clear było lepsze. Ja powiem - było równie dobre. Ale nie da się porównywać lodów do wołowiny. Wielkie propsy za ten album!
Luty 2009... Założyłem Last.fm lol. Czego to ja wtedy słuchałem? Szybki przegląd... ahh tak, Stan Ridgway, kilogramami, tonami. Chyba od tamtej pory co luty słucham Stana Ridgwaya. Ciekawe, że między dziś a tamtym lutym mija 16 lat, a wydaje mi się, jakby równie dużo czasu minęło między lutymi w odpowiednio 2009 i 2007 roku, gdzie w tym ostatnim cisnąłem... no, wiecie, co cisnąłem. Dwa lata później wsiąkałem już w zupełnie inne rzeczy, ALE NIE TO. Dlaczego to ważne? Nie wiem xD
Pragnę jedynie zauważyć, że choć BtB miałem na playerach już od wiosny 2006 (kiedy to z czystej ciekawości zassałem z neta Winter in July, a potem poszło), tak albumowo przypiąłem się właściwie wyłącznie do Unknown Territory i Clear. W 2007 był peak, potem aż do 2010 odpuściłem. A czemu wróciłem w 2010? Bo ukazało się Back to Light i nabrałem potrzeby ponownego zapoznania się. Future Chaos umykało mojej uwadze jeszcze spory kawałek czasu. Tbh nie mogę sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz usłyszałem ten krążek, ale z miejsca zrobił na mnie wrażenie z jednego głównego powodu, i tenże powód do dziś uważam za najważniejszą rzecz, jakiej należy się czepić podczas obcowania z Future Chaos (a nie zrobili tego w mojej opinii ani Murzyn, ani Dragon, a przynajmniej nie tak, jak robię to ja). Chodzi mianowicie o fakt, że album ów to właściwie showcase Minimooga. Wszystko, co na nim siedzi jest dla mnie wymówką do poplumkania na jednym z najsłynniejszych klawiszy wszechczasów. Dodatkowe wrażenie robi w momencie, w którym się człek zorientuje, jak bardzo różne jest to wydawnictwo od wciąż przesyconego samplami Clear (nie ujmując Clear, to dokonałe dzieło). Tutaj każda najmniejsza niemal pierdoła to Simenon kręcący gałkami i wciskający klawisze. Problem może być w tym, że znający poprzednie płyty wybiorą sobie jako główny powód do przyczepiania się dość nagły zwrot stylistyczny. No ale czego, kurde, oczekiwać, po tych 13 latach można zmienić wizję artystyczną kilkanaście razy. IMHO się broni, bewzględnie, także będę tutaj sadził peany.
Na dzień dobry wskażę, iż przede wszystkim jest to krążek bardzo... zmysłowy. To, rzecz jasna, moje subiektywne odczucie, ale nie wierzę, że nie idzie tego zauważyć, czy raczej wyczuć. Simenon nie jest wyłącznie rzemieślnikiem przy Minimoogu, wymówka to jedno, jednak czuć tę spójną wizję i napływ inspiracji, który zaatakował go w momencie przytulenia wzmiankowanego wyżej instrumentu. Zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że Conboy na wokalu nie jest może nie wiadomo jak wspaniały (i tu czy ówdzie mu szpileczkę wbiję), na szczęście nie samym Conboyem Future Chaos stoi. Już Smog ma ma wyjątkowo przyjemny i nieco transowy vibe (arpy robią swoje, Moog jest do nich stworzony), ściana dźwięków niespiesznie płynie Paul przy mikrofonie póki co robi dobre wrażenie, nie można się do czegokolwiek przyczepić. Butterfingers z miejsca zdaje się być rozwinięciem poprzedniego kawałka, gdzie również arp zaczyna, zaś chwilę potem wchodzi przyjemny basik. No i wokale, robią robot trzeba przyznać (choć nie mam pojęcia, kto dokładnie z grupy Fujiya & Miyagi śpiewa, jakoś mi to umknęło). Kawałek minimalistyczny jak diabli, ale chyba najbardziej w stylu, jaki określiłem dla całego tego wydawnictwa trochę wyżej. Do tego cała masa różnych elektronicznych przeszkadzajek, dla deva jak znalazł. Dodatkowy bonus za świetne outro.
Old John... tutaj mam pewien problem, i jest to już niestety problem z Conboyem. Jego wokal brzmi mi jakoś tak, nie wiem, płasko? Jakby mu się w ogóle nie chciało śpiewać do mikrofonu, ani w ogóle śpiewać. W jakiś sposób wpasowuje się to co prawda w nieco zblazowany charakter piosenki, ale nawet to można było zrobić lepiej. Sama muzyka - miodzio, wliczając w to wyraźnie przebijające się w miksie piszczenie klawisza. Bodaj najmocniej "kosmiczny" feeling ca całym krążku, trochę wspomnianego przez Jacę w jego recenzji DM z okolic Delta Machine czy wcześniej SOTU, trochę Jeana-Michela Jarre'a nawet. Nic tylko się jarać. Burn the Bunker to z kolei utwór, który na singla nie zasłużył, ale na klip już tak. O tymże wypowiadać się nie będę, za to sam utwór wymiata. Minimalistyczny w brzmieniu, ale ze zdecydowanie hitowym vibem. Zawsze podobał mi się też jego tekst, moment, w którym ostatnie zdanie z refrenu jest kilkakrotnie powtarzane ładnie go podkreśla. Plus zaśpiew na samym końcu, jest dobrze.
So Special jakby z każdej strony podpisywało się pod moją oceną. Co prawda wraca Conboy, ale nie zamęcza zbyt mocno, ponieważ też muzyka mu na to nie pozwala. Ciekawe, że ten kawałek akurat singlem był, ale tylko promocyjnym. Jak widać starczyło to do zrobienia klipu, a ten, no, po prostu współpracuje z dźwiękami wydobywającymi się z głośników. Jestem zresztą niemal pewien, że słyszałem ten numer na jednej takiej imprezie... Tak czy inaczej, Moog (znaczy Minimoog) zrobił swoje i zrobił to wyjątkowo sensualnie. Dragon zalicza So Special do fragmentów krążka o "zerowej wartości emocjonalnej", ale nie jestem w stanie się z tym ani trochę zgodzić. No ale ja jestem dziwaczny. Munlup wymienia No Bones jako swój ulubiony numer na Future Chaos i o ile sam się pod tym wprost nie podpiszę (dla mnie najlepszy jest Burn the Bunker), to daję mu solidne drugie miejsce. Wspaniałe wyciszenie po erotyzującym poprzedniku (choć i ono samo ma taki erotyczny vibe), które mogłoby robić za tło do jakiegoś filmu noir (gdyby kręcił go miks Bertolucciego z Nolanem). Kusi, by zabrać ten utwór na spacer po wieczornie wyludnionym lutowym blokowisku.
Black River atakuje Laneganem, gościem, do którego nie myślałem siadać (dlaczego?) pod wpływem tego ficzeru, a dopiero poprzez osobistą nie tyle po prostu rekomendację, co po prostu wręczenie mi jego twórczości przez Hiena. Może w tym numerze mi się jakoś nie wyróżnił te lata temu? Trudno powiedzieć. Ponieważ o ile sam kawałek uważam za fajny (trzyma tę "ciemniejszą" stronę FC), tak w moim odczuciu Lanegan nie daje tu z siebie wszystkiego, co mógłby. Mam jakiś niedosyt. Jednocześnie ponownie podniecam się outrem. Hold Me Up to utwór na tyle "umoogowiony" tutaj, że wciskam go na trzecie miejsce swojego osobistego Top 3 czwartego albumu BtB. Niestety, o tyle na wyrost, że Conboy znów mi tu jakoś na nerwy działa. Mimo tego, iż cały ten mini chórek wokalny jest pomysłem fajnym, tak moja opinia przedstawia się następująco: gość średnio to uciąga. Ale aż czuć, że gdyby się dało (pewnie się zresztą da lol, z takiej Buchli można zrobić wszystko), to i bit byłby z Mooga zrobiony. Instrumentalnie kocham tutaj każdą sekwencję, każdą ścieżkę i każdą melodię. Doskonała rzecz <3
Zbliżamy się do końca, niemniej jednak postanowiłem go sobie troszkę rozszerzyć - kopnąłem w tyłek remiksy, usiadłem za to do Star (bo to zwyczajnie dobra piosenka jest, jak imć Munlup sam zresztą raczył zauważyć). No, najpierw jednak Fuzzbox. Fuzzbox najbardziej trąci mi "depeszyzmem" około SOTU, ale pachnie też niemieckimi elektroeksperymentami w rodzaju VNV Nation np., czy jakimś późnym Nitzer Ebb (wiadomo, nie jeden do jednego, ale nie mogę się tego wrażenia pozbyć). Generalnie jest fajnie, ale gdybym miał się zatrzymać tylko na tym numerze, to pewnikiem tutaj zacząłbym się mierzyć z poczuciem ostatecznego tryumfu formy nad treścią (na szczęście phaser od 2:20 ratuje sytuację), ponieważ brzmi to trochę jak sklejka wszystkich poprzednich numerów na Future Chaos się znajdujących. Jeśli jest tutaj cokolwiek, co mógłbym określić mianem fillera (choć byłoby to określenie na siłę, c'mon, znów OUTRO), to Fuzzbox najbardziej do tego tytułu pasuje. Star w drugą stronę - wciśnięcie tego na drugi krążek edycji limitowanej uważam za deprecjonujące, bo to zbyt dobra piosenka jest i powinna normalnie siedzieć na albumie. Pady, arp, przeszkadzajki po raz 2137, Conboy co prawda jak jęczał tak jęczy, ale nie będę się nad nim bardziej znęcał, mimo wszystko daje radę. Jeden z moich faworytów, nie mogłem sobie odpuścić. No jak, z takim outrem?
Jakieś podsumowanie... nie wiem za bardzo, jak to wszystko podsumowywać, albowiem chyba już wszystko dostatecznie rozłożyłem na czynniki pierwsze wyżej. Po raz kolejny - Simenon co prawda robi przy pomocy Future Chaos showcase Minimooga, ale też robi to na tyle dobrze i z takim zamysłem, że wyszło mu małe arcydzieło. W tym wypadku nie uważam (jak zdaje się uważać Jaca), że goście nie zostali bardziej podkreśleni, oni i tak są dodatkiem do tego, co wyczarował Mr Tim. Ponadto, jak już mówiłem, to jest zmysłowa muzyka, generalnie niespieszna, z kolei tam, gdzie trzeba - jak najbardziej żywa. Aż się prosi, żeby umieścić ją w odpowiednim kontekście. Chylę copkę przed Simenonem, albowiem Back to Light nie było już tak dobre, zaś Into the Sun zwyczajnie nie pamiętam. Tam wyżej płaczą, że Clear było lepsze. Ja powiem - było równie dobre. Ale nie da się porównywać lodów do wołowiny. Wielkie propsy za ten album!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Paradoksalnie Back to Light by mógł Murzynowi podejść bardziej, bo tam featy zdecydowanie łatwiejsze do strawienia.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ok spoko nagrane na Minimoogu, ale może w dwóch kawałkach wyciąga z niego faktycznie coś więcej - tyle, Sz.PT. Adrianie!
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie wiem, czy na tej płycie chodziło o "wyciąganie wszystkiego" z instrumentów, takie podejście to chyba jednak pole alanowe.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No to już Dev wie, czemu tak na to nie patrzę 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Tzn. nie wiem, czy taki był zamysł, mogę się jedynie domyślać, ale Timowi to po prostu wyszło.Hien pisze:05 lut 2025 19:54Nie wiem, czy na tej płycie chodziło o "wyciąganie wszystkiego" z instrumentów, takie podejście to chyba jednak pole alanowe.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl