Best of Forum VI
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jak zamykać 25-tkę, to na grubo.
David Bowie – New Angels of Promise
Śmiesznie to wypada z tą bestką, niektórzy z was są już na tym etapie, że kawałki życia dawno wrzucone i teraz wlatują mniej lub bardziej ważne rekomendacje, a czasami wręcz aktualne miłostki będące best przez dwa tygodnie. Ja tymczasem mam jeszcze cały stos z życiowego kanonu, i to takie wrzuty z osobistymi opisami, historiami, itd., jak kiedyś. Rzecz w tym, że mam obsesję na punkcie tego, żeby te 25tki u mnie były jakieś, żeby miały jakiś motyw, wspólne brzmienie, klimat, i tworzyły jakąś muzyczną narrację. Z tego względu, dopiero w czwartym roku naszej zabawy, wrzucam tu Davida Bowiego. W międzyczasie, prawie* każdy poważny uczestnik (czyli taki, który wrzucił tu przynajmniej 200 utworów) zdążył już wrzucić coś od tego zacnego artysty, nawet Wuja, który przekonał się do niego w trakcie. W każdym razie, dołączam w końcu do tego grona i zamykam Bowiową. Zamykam kawałkiem, którego wybór raczej nie powinien nikogo, z tych lub innych względów, zaskoczyć. Jest też historia.
Davida Bowiego znałem od zawsze jako Davida Bowiego, bo to taka postać, o której się po prostu wie, tak jak o Jezusie, Świętym Mikołaju, czy Prezydencie. Mieliśmy z ojcem jechać na jego koncert w 1997 r., ale jak wiadomo (lub nie) odwołano go ze względu na małe zainteresowanie. Świadome poznawanie Bowiego zaczęło się dopiero koło 1999 r., o czym mogłem wspominać wrzucając klip „Thursday’s Child”, kiedy trochę przypadkowo, obejrzałem fragmenty jego wystepu „Storytellers” na VH1. Pamiętam specyficzną wycieczkę rowerową w pierwszej klasie gimnazjum, podczas której „TC” nie mogło mi wyjść z głowy. Czasy były jednak takie, że nawet tego kawałka nie mogłem sobie zassać z neta, bo 1) nie miałem komputera i 2) nie wiedziałem, co to jest internet.
Na Gwiazdkę jednak tenże komputer się w domu pojawił, o czym pisałem tu stosunkowo niedawno. Normalnie, historia potoczyłaby się tak, że zassałem sobie coś Bowiego w mp3, itd., ale nie u Munlupa. Na jeden z płyt ze Świata Gier Komputerowych, które kupiłem sobie w tygodniu do gwiazdki (bo kompa przywieziono trochę przedpremierowo, tydzień wcześniej), było demo gry „Omikron: The Nomad Soul”. Odpaliłem to demo i przywitało mnie intro z podkładem w formie embrionalnej wersji „New Angels of Promise”, wtedy jeszcze pod tytułem „Omikron”. Rzecz w tym, że Bowie był zaangażowany w tworzenie tej gry i sporo kawałków, które później trafiły na „Hours”, swoją premierę miało wewnątrz „Omikrona”. Piszę wewnątrz, ponieważ Bowie pojawia się w grze jako lider fikcyjnego zespołu The Dreamers i można obejrzeć ich koncert, kiedy wejdzie się do pewnego klubu w mieście. Całkiem przełomowe rzeczy, jak na grę z końca lat 90-tych. T wczesna wersja „New Angels of Promise” mnie zafascynowała. Potem, często widywałem to intro, użyte jako teledysk na kanale Game One. Miałem ten kawałek nagrany dyktafonem na kasetę, bo nie wiedziałem jak inaczej go zdobyć. W końcu, kilka lat później, odkryłem że utwór wyszedł nie tylko w grze, ale też na „Hours”, pod innym tytułem. I to był początek przygody z Davidem Bowiem, przygody która trwa do dziś i nigdy się nie skończy.
„New Angels of Promise”, to rockowy i trochę psychodeliczny Bowie, który sięga do korzeni twórczości tego człowieka, ale oczywiście we współczesnej oprawie. Nie będę rozkładał kawałka na elementy, nie chcę tego robić, niemniej uważam, że „New Angels of Promise” zawiera sporą dawkę tej tajemniczej, najbardziej intrygującej strony Bowiego, która nie pozostawia innego wyjścia, jak dowiedzieć się kim jest ten człowiek i co jeszcze nagrał. Dla tego ledwo 13letniego Munlupa, któremu dopiero zaczęło kształtować się w głowie coś, co można było nazwać zarodkiem gustu muzycznego, to był piorun z jasnego nieba i otworzenie wrót do muzycznego świata, wcześniej dla mnie niepojętego. No, ale to Bowie.
https://youtu.be/5olNUij-sRo
dla chętnych, wersja z gry (pod wieloma względami lepsza od płytowej)
https://youtu.be/FiodKBLDpys
i dla kompletnie chętnych, pokaz koncertów Bowiego w grze
https://youtu.be/g-0okqYM5s4
A na sam koniec, lista tego kto, co i kiedy wrzucał Bowiego w tej zabawie:
Beauty and the Beast (Mentos, Best of Forum 1)
Lazarus (Dragon, Best of Forum III)
Hallo Spaceboy (Pet Shop Boys Remix) (Wuja, Best of Forum V)
No Plan (Murzyn, Best of Forum VI)
New Angels of Promise (Munlup, Best of Forum VI)
*z lekkim szokiem widzę, że Bowiego nie wrzucał Musiał, człowiek, który jest jednak kurde wielkim fanem, WTF xD Stary, wrzucasz jakieś dziwactwa, a Bowiego nie ruszyłeś? xD
David Bowie – New Angels of Promise
Śmiesznie to wypada z tą bestką, niektórzy z was są już na tym etapie, że kawałki życia dawno wrzucone i teraz wlatują mniej lub bardziej ważne rekomendacje, a czasami wręcz aktualne miłostki będące best przez dwa tygodnie. Ja tymczasem mam jeszcze cały stos z życiowego kanonu, i to takie wrzuty z osobistymi opisami, historiami, itd., jak kiedyś. Rzecz w tym, że mam obsesję na punkcie tego, żeby te 25tki u mnie były jakieś, żeby miały jakiś motyw, wspólne brzmienie, klimat, i tworzyły jakąś muzyczną narrację. Z tego względu, dopiero w czwartym roku naszej zabawy, wrzucam tu Davida Bowiego. W międzyczasie, prawie* każdy poważny uczestnik (czyli taki, który wrzucił tu przynajmniej 200 utworów) zdążył już wrzucić coś od tego zacnego artysty, nawet Wuja, który przekonał się do niego w trakcie. W każdym razie, dołączam w końcu do tego grona i zamykam Bowiową. Zamykam kawałkiem, którego wybór raczej nie powinien nikogo, z tych lub innych względów, zaskoczyć. Jest też historia.
Davida Bowiego znałem od zawsze jako Davida Bowiego, bo to taka postać, o której się po prostu wie, tak jak o Jezusie, Świętym Mikołaju, czy Prezydencie. Mieliśmy z ojcem jechać na jego koncert w 1997 r., ale jak wiadomo (lub nie) odwołano go ze względu na małe zainteresowanie. Świadome poznawanie Bowiego zaczęło się dopiero koło 1999 r., o czym mogłem wspominać wrzucając klip „Thursday’s Child”, kiedy trochę przypadkowo, obejrzałem fragmenty jego wystepu „Storytellers” na VH1. Pamiętam specyficzną wycieczkę rowerową w pierwszej klasie gimnazjum, podczas której „TC” nie mogło mi wyjść z głowy. Czasy były jednak takie, że nawet tego kawałka nie mogłem sobie zassać z neta, bo 1) nie miałem komputera i 2) nie wiedziałem, co to jest internet.
Na Gwiazdkę jednak tenże komputer się w domu pojawił, o czym pisałem tu stosunkowo niedawno. Normalnie, historia potoczyłaby się tak, że zassałem sobie coś Bowiego w mp3, itd., ale nie u Munlupa. Na jeden z płyt ze Świata Gier Komputerowych, które kupiłem sobie w tygodniu do gwiazdki (bo kompa przywieziono trochę przedpremierowo, tydzień wcześniej), było demo gry „Omikron: The Nomad Soul”. Odpaliłem to demo i przywitało mnie intro z podkładem w formie embrionalnej wersji „New Angels of Promise”, wtedy jeszcze pod tytułem „Omikron”. Rzecz w tym, że Bowie był zaangażowany w tworzenie tej gry i sporo kawałków, które później trafiły na „Hours”, swoją premierę miało wewnątrz „Omikrona”. Piszę wewnątrz, ponieważ Bowie pojawia się w grze jako lider fikcyjnego zespołu The Dreamers i można obejrzeć ich koncert, kiedy wejdzie się do pewnego klubu w mieście. Całkiem przełomowe rzeczy, jak na grę z końca lat 90-tych. T wczesna wersja „New Angels of Promise” mnie zafascynowała. Potem, często widywałem to intro, użyte jako teledysk na kanale Game One. Miałem ten kawałek nagrany dyktafonem na kasetę, bo nie wiedziałem jak inaczej go zdobyć. W końcu, kilka lat później, odkryłem że utwór wyszedł nie tylko w grze, ale też na „Hours”, pod innym tytułem. I to był początek przygody z Davidem Bowiem, przygody która trwa do dziś i nigdy się nie skończy.
„New Angels of Promise”, to rockowy i trochę psychodeliczny Bowie, który sięga do korzeni twórczości tego człowieka, ale oczywiście we współczesnej oprawie. Nie będę rozkładał kawałka na elementy, nie chcę tego robić, niemniej uważam, że „New Angels of Promise” zawiera sporą dawkę tej tajemniczej, najbardziej intrygującej strony Bowiego, która nie pozostawia innego wyjścia, jak dowiedzieć się kim jest ten człowiek i co jeszcze nagrał. Dla tego ledwo 13letniego Munlupa, któremu dopiero zaczęło kształtować się w głowie coś, co można było nazwać zarodkiem gustu muzycznego, to był piorun z jasnego nieba i otworzenie wrót do muzycznego świata, wcześniej dla mnie niepojętego. No, ale to Bowie.
https://youtu.be/5olNUij-sRo
dla chętnych, wersja z gry (pod wieloma względami lepsza od płytowej)
https://youtu.be/FiodKBLDpys
i dla kompletnie chętnych, pokaz koncertów Bowiego w grze
https://youtu.be/g-0okqYM5s4
A na sam koniec, lista tego kto, co i kiedy wrzucał Bowiego w tej zabawie:
Beauty and the Beast (Mentos, Best of Forum 1)
Lazarus (Dragon, Best of Forum III)
Hallo Spaceboy (Pet Shop Boys Remix) (Wuja, Best of Forum V)
No Plan (Murzyn, Best of Forum VI)
New Angels of Promise (Munlup, Best of Forum VI)
*z lekkim szokiem widzę, że Bowiego nie wrzucał Musiał, człowiek, który jest jednak kurde wielkim fanem, WTF xD Stary, wrzucasz jakieś dziwactwa, a Bowiego nie ruszyłeś? xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ykhum aktually
No tak gwoli formalności to to odwołanie nie było kwestia braku zainteresowania, co braku promocji wydarzenia i zaporowych cen biletów
No tak gwoli formalności to to odwołanie nie było kwestia braku zainteresowania, co braku promocji wydarzenia i zaporowych cen biletów
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tbh inaczej to pamiętam, promocja była, bo pamiętaj plakaty i reklamy w prasie, a ceny biletów jakoś mocno nie odlatywały od np Jacksona, który wystąpił w podobnym czasie. Zaporowe ceny to mam wrażenie, że są teraz, kiedy za pierwszy lepszy koncert płaci się 500 zł.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
łogieeeń
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight (1987)
Na koniec szóstego* sezonu 'Z Kamerą u Smoka' bardziej klasycznie, niech będzie. Za czasów Nokii z błyskającym po boku panelem pełnym muzycznych symboli miałem kolekcję luźnych empetrójek zdobywanych miesiącami. Byłem młodym człowiekiem wczutym w ogólne ujęte KLASYKI, czyli raczej pop radiowy z okresu 1975-1995. Dygresja: trochę nie kumam puszczania w Złotych Przebojach kawałków sprzed piętnastu lat, ale rozumiem, że dla młodszych ode mnie to może być porównywalna archeologia co The Beloved powiedzmy. W każdym razie takie były moje główne, choć bardzo ogólne zainteresowania. Nie wchodziłem głębiej ponad rozpoznawalne single. Dzięki temu wielu wykonawców wciąż u mnie w głowie funkcjonuje jako ludzie od konkretnego kawałka (lata przed zajawą na Kraftwerk miałem tak z Modelką, Domino Dancing przy PSB, itp). Wśród tego towarzystwa na pewno byli Fleetwood Mac. Okej, psychodelia, luz-blues, soft rock, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zna Little Lies czy Everywhere. No właśnie. Nie jest to wcale najbardziej oczywisty trop, bo ich dyskografia tak minimum dziesięć lat wstecz to trochę inne rzeczy... do dziś odczuwam pewnego rodzaju zaskoczenie, że to właśnie TEN zespół odpowiada za klasykę pop rocka ze sznytem syntezatorowym czy wręcz vaporowy (bardziej nastrój niż super duper dokładne określenia).
Po latach tak nieśmiało wracam do świadków burzliwego dzieciństwa, półgodzinnych powrotów ze szkoły miejskim autobusem do domu na drugim końcu miasta, wieczornych posiedzeń przy grach. Któregoś dnia przyszło do głowy sprawdzić szerszy kontekst dla tych ogranych klasyków i po prostu oniemiałem. Może miejscami słychać wyraźnie czas powstania, ale moi drodzy, jakie to jest wciąż świeże, przebojowe, lekkie, stylowo zagrane. Zaczyna się od bajkowej okładki, a kończy na pastelowych klawiszach. Nigdy nie przeniknąłem ich dyskografii, choć pamiętam pewne posiedzenie, gdy starałem się zrozumieć: kto pisze o czyjej zdradzie, kto kogo demaskuje w tekstach, kto z kim jest na boku, gdy ten drugi nie patrzy... Starsze płyty raczej wciąż nie dla mnie, ale Tango in the Night? Wystarczy mi na chwilę wrócić, a ja wiem, że to po prostu jedna z mocniejszych pozycji w historii pop rocka tak ugułem. Patrzę na listę utworów, a potem słucham i nie mogę uwierzyć, że te perły potrafią iść tak jedna po drugiej bez żadnej przerwy. Gdybym preferował zwyczajne wrzutki to wybrałbym coś kanonicznego.
Pamiętam jednak pierwszy odsłuch i to pozytywne wrażenie od samego początku. Po Little Lies robi się trochę słabiej, w sumie można by przymknąć uszy, w końcu tak długie serie znakomitych kawałków są rzadkością. Kilka minut później wjeżdża jednak Isn't It Midnight, które chyba najmocniej mnie wzięło z zaskoczenia. Energetyczne, niby bardziej typowo rockerskie, ale wciąż z tymi cudnymi klawiszami, wszytą głęboko melancholią, jakąś tęsknotą. Razem z tym dzikim, może nawet trochę przerysowanym pędem całości stanowią zabójcze połączenie. Jeśli bestka albumówka przetrwa jeszcze z rok i będę miał psychę, to wrzucę tę płytę bez jakiegokolwiek ale. Na ten moment zapraszam do jednego z bardziej oczywiście nieoczywistych deep cutów, który mnie zjadł i wypluł. Rewelacyjny kawałek. Razem z tą płaczliwą gitarą lecim w nieznane [bestka siódemeczka*].
https://www.youtube.com/watch?v=EYkslCXJMGE
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight (1987)
Na koniec szóstego* sezonu 'Z Kamerą u Smoka' bardziej klasycznie, niech będzie. Za czasów Nokii z błyskającym po boku panelem pełnym muzycznych symboli miałem kolekcję luźnych empetrójek zdobywanych miesiącami. Byłem młodym człowiekiem wczutym w ogólne ujęte KLASYKI, czyli raczej pop radiowy z okresu 1975-1995. Dygresja: trochę nie kumam puszczania w Złotych Przebojach kawałków sprzed piętnastu lat, ale rozumiem, że dla młodszych ode mnie to może być porównywalna archeologia co The Beloved powiedzmy. W każdym razie takie były moje główne, choć bardzo ogólne zainteresowania. Nie wchodziłem głębiej ponad rozpoznawalne single. Dzięki temu wielu wykonawców wciąż u mnie w głowie funkcjonuje jako ludzie od konkretnego kawałka (lata przed zajawą na Kraftwerk miałem tak z Modelką, Domino Dancing przy PSB, itp). Wśród tego towarzystwa na pewno byli Fleetwood Mac. Okej, psychodelia, luz-blues, soft rock, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zna Little Lies czy Everywhere. No właśnie. Nie jest to wcale najbardziej oczywisty trop, bo ich dyskografia tak minimum dziesięć lat wstecz to trochę inne rzeczy... do dziś odczuwam pewnego rodzaju zaskoczenie, że to właśnie TEN zespół odpowiada za klasykę pop rocka ze sznytem syntezatorowym czy wręcz vaporowy (bardziej nastrój niż super duper dokładne określenia).
Po latach tak nieśmiało wracam do świadków burzliwego dzieciństwa, półgodzinnych powrotów ze szkoły miejskim autobusem do domu na drugim końcu miasta, wieczornych posiedzeń przy grach. Któregoś dnia przyszło do głowy sprawdzić szerszy kontekst dla tych ogranych klasyków i po prostu oniemiałem. Może miejscami słychać wyraźnie czas powstania, ale moi drodzy, jakie to jest wciąż świeże, przebojowe, lekkie, stylowo zagrane. Zaczyna się od bajkowej okładki, a kończy na pastelowych klawiszach. Nigdy nie przeniknąłem ich dyskografii, choć pamiętam pewne posiedzenie, gdy starałem się zrozumieć: kto pisze o czyjej zdradzie, kto kogo demaskuje w tekstach, kto z kim jest na boku, gdy ten drugi nie patrzy... Starsze płyty raczej wciąż nie dla mnie, ale Tango in the Night? Wystarczy mi na chwilę wrócić, a ja wiem, że to po prostu jedna z mocniejszych pozycji w historii pop rocka tak ugułem. Patrzę na listę utworów, a potem słucham i nie mogę uwierzyć, że te perły potrafią iść tak jedna po drugiej bez żadnej przerwy. Gdybym preferował zwyczajne wrzutki to wybrałbym coś kanonicznego.
Pamiętam jednak pierwszy odsłuch i to pozytywne wrażenie od samego początku. Po Little Lies robi się trochę słabiej, w sumie można by przymknąć uszy, w końcu tak długie serie znakomitych kawałków są rzadkością. Kilka minut później wjeżdża jednak Isn't It Midnight, które chyba najmocniej mnie wzięło z zaskoczenia. Energetyczne, niby bardziej typowo rockerskie, ale wciąż z tymi cudnymi klawiszami, wszytą głęboko melancholią, jakąś tęsknotą. Razem z tym dzikim, może nawet trochę przerysowanym pędem całości stanowią zabójcze połączenie. Jeśli bestka albumówka przetrwa jeszcze z rok i będę miał psychę, to wrzucę tę płytę bez jakiegokolwiek ale. Na ten moment zapraszam do jednego z bardziej oczywiście nieoczywistych deep cutów, który mnie zjadł i wypluł. Rewelacyjny kawałek. Razem z tą płaczliwą gitarą lecim w nieznane [bestka siódemeczka*].
https://www.youtube.com/watch?v=EYkslCXJMGE
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dobra, chyba tradycyjnie pieprzę 3 po 3, bo znalazłem w necie informacje o tym, że te bilety wcale w zaporowych cenach nie były, i to nawet na tamte warunki. Rzekomo słabsze płyty Bowiego z tamtej ery też mnie nie przekonują xdHien pisze:03 lut 2025 20:24Ja tbh inaczej to pamiętam, promocja była, bo pamiętaj plakaty i reklamy w prasie, a ceny biletów jakoś mocno nie odlatywały od np Jacksona, który wystąpił w podobnym czasie. Zaporowe ceny to mam wrażenie, że są teraz, kiedy za pierwszy lepszy koncert płaci się 500 zł.
Skłaniam się ku temu że to był jakiś wał w stylu fest festiwalu
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Te słabsze płyty to są najlepsze płyty, potem dopiero Blackstar tak dobry
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wałów w Polsce w latach 90 nigdy nie można wykluczyć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pixies – Que Sera, Sera
Doprawdy lubię tę piosenkę. Powstała w 1956 roku i po raz pierwszy została wykonana przez Doris Day. Potem powstało doprawdy mnóstwo wersji różnych wykonawców. Jakiś czas temu w tv emitowano reklamę Samsunga Galaxy, gdzie wykorzystano ten utwór wykonywany przez Doris Day. Dołożono jednak współczesny bit i dodatkowe wokale. Była to jedyna reklama od wielu wielu lat, którą oglądałem z największą przyjemnością, na którą wręcz w bloku reklamowym czekałem. Tak bardzo podobała mi się użyta tam wersja piosenki Que Sera Sera, że przy refrenie miałem aż ciary. Jesienią natomiast przysiadłem do Netflixa i serialu From. W czołówce usłyszałem wersję tej piosenki w niecodziennej aranżacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że wykonuje ją zespół Pixies! Stosownie do klimatu serialu z bardzo pogodnej piosenki zespół zrobił coś wręcz mrocznego i niepokojącego. Znów czułem się za sprawą Que Sera Sera tak zauroczony, że nigdy nie skipowałem czołówki filmu, żeby tylko móc tego posłuchać. Jeden z najbardziej fenomenalnych refrenów muzycznych, jakie znam.
https://www.youtube.com/watch?v=PDd-180 ... rt_radio=1
Doprawdy lubię tę piosenkę. Powstała w 1956 roku i po raz pierwszy została wykonana przez Doris Day. Potem powstało doprawdy mnóstwo wersji różnych wykonawców. Jakiś czas temu w tv emitowano reklamę Samsunga Galaxy, gdzie wykorzystano ten utwór wykonywany przez Doris Day. Dołożono jednak współczesny bit i dodatkowe wokale. Była to jedyna reklama od wielu wielu lat, którą oglądałem z największą przyjemnością, na którą wręcz w bloku reklamowym czekałem. Tak bardzo podobała mi się użyta tam wersja piosenki Que Sera Sera, że przy refrenie miałem aż ciary. Jesienią natomiast przysiadłem do Netflixa i serialu From. W czołówce usłyszałem wersję tej piosenki w niecodziennej aranżacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że wykonuje ją zespół Pixies! Stosownie do klimatu serialu z bardzo pogodnej piosenki zespół zrobił coś wręcz mrocznego i niepokojącego. Znów czułem się za sprawą Que Sera Sera tak zauroczony, że nigdy nie skipowałem czołówki filmu, żeby tylko móc tego posłuchać. Jeden z najbardziej fenomenalnych refrenów muzycznych, jakie znam.
https://www.youtube.com/watch?v=PDd-180 ... rt_radio=1
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Roxy Music - Jealous Guy (1981)
Luty, w końcu luty. No i co, o lutym już pisałem, więc teraz po prostu wrzucę numer. Roxy Music odkryłem na pełnej w roku 2006, jesienią (no, późnym latem). Odkryłem ich przez Briana Eno, w którym już się długo zasłuchiwałem (a Eno odkryłem przez Simple Minds lol). Z początku RM mi średnio podchodziło, ale jak już wsiąknąłem...
Happy People to jedno, ale Jealous Guy zawsze będzie mi przypominał tamten luty roku 2007 i zaśnieżoną Warszawę. To jeden z tych przypadków, gdzie cover jest stokroć lepszy od oryginału. Albowiem oryginał to dzieło Lennona, znanego żonobijcy i przemocowca. Ferry z ekipią postanowili go upamiętnić poprzez nagranie swojej wersji tej właśnie piosenki i rozbili bank, ponieważ to właśnie Jelaous Guy było ich jedyną jedynką w UK, nawet Avalon nie wszedł tak wysoko. Kocham tę piosenkę całym serduszkiem, ale dokładnie przez Roxy Music wykonaną. Oryginał... nie ma tego czegoś, co dodaje Ferry kiedykolwiek otworzy gębę i zacznie śpiewać. Ten gość to jest chodząca klasa, a tutaj dostaje się ją w dużych dawkach. Bardzo dużych. Zresztą, zażyjcie sami. Piękno w swojej istocie.
https://youtu.be/GLATTgxlnb4?si=oQptAifuFl-dAiqF
Luty, w końcu luty. No i co, o lutym już pisałem, więc teraz po prostu wrzucę numer. Roxy Music odkryłem na pełnej w roku 2006, jesienią (no, późnym latem). Odkryłem ich przez Briana Eno, w którym już się długo zasłuchiwałem (a Eno odkryłem przez Simple Minds lol). Z początku RM mi średnio podchodziło, ale jak już wsiąknąłem...
Happy People to jedno, ale Jealous Guy zawsze będzie mi przypominał tamten luty roku 2007 i zaśnieżoną Warszawę. To jeden z tych przypadków, gdzie cover jest stokroć lepszy od oryginału. Albowiem oryginał to dzieło Lennona, znanego żonobijcy i przemocowca. Ferry z ekipią postanowili go upamiętnić poprzez nagranie swojej wersji tej właśnie piosenki i rozbili bank, ponieważ to właśnie Jelaous Guy było ich jedyną jedynką w UK, nawet Avalon nie wszedł tak wysoko. Kocham tę piosenkę całym serduszkiem, ale dokładnie przez Roxy Music wykonaną. Oryginał... nie ma tego czegoś, co dodaje Ferry kiedykolwiek otworzy gębę i zacznie śpiewać. Ten gość to jest chodząca klasa, a tutaj dostaje się ją w dużych dawkach. Bardzo dużych. Zresztą, zażyjcie sami. Piękno w swojej istocie.
https://youtu.be/GLATTgxlnb4?si=oQptAifuFl-dAiqF
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kuba skocz po papeterię bo Seba czeka
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Seba zgubił listę billboard100
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zaraz odpali radio i z czymś wleci
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
blablabla
Po głosach mechnięć ze strony Jacy i Artura spodziewałem się masowego dissu na Oasis, a tymczasem no nie było tak źle. I fajno.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Nie ukrywam, że chciałem zakończyć tę edycję beatki z tzw. pierdolnięciem i szukałem czegoś spektakularnego, może nie czegoś w stylu The Doors - The End, ale czegoś, co pozwoliłoby zakończyć tę edycję z przytupem. Potem sobie uświadomiłem, że w sumie to na cholerę, bo zabawa będzie się toczyć dalej w innym temacie, a nie ma co koniom płakać czy jakoś tak.
Niechaj więc będzie tribute dla jednego z moich największych odkryć za pośrednictwem tego forum i naszych tutejszych zabaw, czyli BIGGIEGO SMALLSA. Sam jestem trochę zaskoczony, że zaskoczył u mnie tak mocno, bo nie będę ukrywać, że nawet do wielu prejzowanych przez was płyt niekoniecznie wracam zbyt często choćby z powodu tego, że moja doba ma tylko 24 godziny i składa się też z momentów, w których muzyki nie słucham, a Life after death mocno dominowało w moich playlistach i na moich głośnikach przez dużą część lata 2023.
Rzecz jasna, nie będę wrzucać wam niczego z płyty, którą każdy z was zna, albo przynajmniej powinien znać. W zamian za to macie rzecz może i mało obscure, ale nadal wybitną. Juicy to mocno autobiograficzny utwór opowiadający klasyczną historię awansu od zera do klasy średniej - wiecie, mały dzieciak słuchał sobie hip-hopu, potem handlował dragami, a ostatecznie wylądował w wypasionej rezydencji i stać go nawet na posiadanie dwóch konsol różnych marek, a jeśli to nie jest symbol awansu klasowego, to nie wiem co mogłoby nim być.
No i klasyczny BANGER, jak to u Biggiego bywa, taki z mocnym bitem i super chwytliwym refrenem i w ogóle. A, i nie sprawdzajcie kto to wyprodukował.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=4DCiCfZOUAw
Po głosach mechnięć ze strony Jacy i Artura spodziewałem się masowego dissu na Oasis, a tymczasem no nie było tak źle. I fajno.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Nie ukrywam, że chciałem zakończyć tę edycję beatki z tzw. pierdolnięciem i szukałem czegoś spektakularnego, może nie czegoś w stylu The Doors - The End, ale czegoś, co pozwoliłoby zakończyć tę edycję z przytupem. Potem sobie uświadomiłem, że w sumie to na cholerę, bo zabawa będzie się toczyć dalej w innym temacie, a nie ma co koniom płakać czy jakoś tak.
Niechaj więc będzie tribute dla jednego z moich największych odkryć za pośrednictwem tego forum i naszych tutejszych zabaw, czyli BIGGIEGO SMALLSA. Sam jestem trochę zaskoczony, że zaskoczył u mnie tak mocno, bo nie będę ukrywać, że nawet do wielu prejzowanych przez was płyt niekoniecznie wracam zbyt często choćby z powodu tego, że moja doba ma tylko 24 godziny i składa się też z momentów, w których muzyki nie słucham, a Life after death mocno dominowało w moich playlistach i na moich głośnikach przez dużą część lata 2023.
Rzecz jasna, nie będę wrzucać wam niczego z płyty, którą każdy z was zna, albo przynajmniej powinien znać. W zamian za to macie rzecz może i mało obscure, ale nadal wybitną. Juicy to mocno autobiograficzny utwór opowiadający klasyczną historię awansu od zera do klasy średniej - wiecie, mały dzieciak słuchał sobie hip-hopu, potem handlował dragami, a ostatecznie wylądował w wypasionej rezydencji i stać go nawet na posiadanie dwóch konsol różnych marek, a jeśli to nie jest symbol awansu klasowego, to nie wiem co mogłoby nim być.
No i klasyczny BANGER, jak to u Biggiego bywa, taki z mocnym bitem i super chwytliwym refrenem i w ogóle. A, i nie sprawdzajcie kto to wyprodukował.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=4DCiCfZOUAw
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O kuwa
Dziękuję
Ten numer MUSIAŁ tu wlecieć
Jestem wzruszon
Pozbieram się i wrzucę plejke
Albo nie, chwytajcie
Kolejka 25. (150.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... kejLJO3WM-
Dziękuję
Ten numer MUSIAŁ tu wlecieć
Jestem wzruszon
Pozbieram się i wrzucę plejke
Albo nie, chwytajcie
Kolejka 25. (150.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... kejLJO3WM-
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
A se wjadę, gdyż słucham od samego rana, tak mnie wzięło <3
Rodzyn Murphy - Ten Miles High
Moloko kojarzę z radia/telewizji, parę hiciorów jednak mieli. O Murphy wiedziałem, że ktoś taki jest, ale nie łączyłem nigdy jednego z drugim i chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, że była ich wokalistką lol. Jest to bodaj moja pierwsza styczność z jej solową twórczością i przyznaję, że kawałek jest niezły. Co prawda ten elektro-mosiądz na samym początku jest nieco denerwujący (potem przybiera lepsze brzmienie), ale ostatecznie całość siada. Podoba mi się też perka, zaciąga trochę EN lub Editorsami (sic!). Do tego klimatyczny klawisz, czego chcieć więcej? No właśnie... mimo wszystko odczuwam jakiś tam niedosyt. Murphy ma dość charakterystyczny głos, ale nie mam poczucia, by się w tym numerze jakoś mocno przebijał. Wręcz uważam, że trochę ginie w miksie, który mógłby być nieco bardziej udany, zwłaszcza w drugiej części piosenki. Także klimacik jest, ale to najwyżej solidne 4 z minusem. Mamy tzw. room for improvement, może w jakimś innym kawałku. Will see.
David Bowie - Munlup i Musiał
Hien wywołał mnie do tablicy, gdyż wg jego statystyk jako jedyny jeszcze nie wrzuciłem nic od Dejwida, a jestem jego fanem. Prawda to, w sensie i jedno i drugie. Uspokajam jednak, wrzuta będzie when the time comes (czyli jakoś na jesieni). Co do propozycji Kuby - jest DOBRA. Z późnym Bowiem miałem problemy - Earthlings mi się średnio podobało, Hours było super, Heathen było pół na pół, dopiero Reality kupiłem w pełni (ale też moja świadoma fascynacja Białym Księciem zaczęła się od wiodącego singla z tego ostatniego z wymienionych wyżej albumów). NAoP jednakowoż zawsze mnie kupowało pomimo swojego wyraźnie gitarowego sznytu (a ja na początku szukałem w Dejwidzie głównie nowej fali, nawet później). Zgodzę się, że wersja z gry jest lepsza, ale traktuję ją mimo wszystko jako swojego rodzaju demo. Swego czasu Hien namawiał mnie, abym w Omikrona zagrał. Grę zassałem, zainstalowałem nawet, ale były jakieś problemy z odpaleniem i chyba nie udało mi się jej ostatecznie włączyć, teraz mam ochotę spróbować ponownie. Poza faktem, że właśnie ów utwór dał ostatecznie nazwę mojego i Munlupa projektu muzycznego, to jest po prostu udana piosenka z kopnięciem, z całym dobrodziejstwem inwentarza dejwidowego piosenkopisarstwa, lekko niepoważnym wokalem i tym podobne. Może nie jest to moja osobista topka, ale mam całkiem osobiste powody, ażeby ów numer propsować. Więc to robię - PROPSY.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Tango in the Night to pierwszy album FM, jaki przesłuchałem w całości, a miało to miejsce tysiąc lat temu. Nie pozostawia chyba wątpliwości fakt, iż drużynę założoną sto lat temu przez Petera Greena wprost uwielbiam, a moje ulubione krążki to odpowiednio Tusk, Mirage i Tango in the Night właśnie. Powiem więcej - PRZEDE WSZYSTKIM ten ostatni, za swoją cudowną ejtisową i cudownie popową lekkość, która jednak nie traci ani trochę z ich klasycznego podejścia do songwritingu. Dowód na to, że grając takie rzeczy jak Rhiannon czy The Chain można płynnie przejść do robienia nieco przesłodzonego popu i ciągle robić to dobrze. Pomijam już tzw. klasyczne single (choć od zarówno Little Lies jak i Everywhere wolę Seven Wonders, a Big Love to złoto absolutne w każdej wersji), tam po prostu każda piosenka jest świetna. Isn't It Midnight nie wyłamuje się ani odrobinę, cudowny głos ś.p. już (niestety) Krysi McVie, fenomenalna gitara Buckinghama, sam Fleetwood z kolei traktuje bębny z nie mniejszą gracją niż Bev Bevan po przemianie ELO w band również mocno eksperymentujący z bardziej nowofalowym podejściem. Złoto, bezwzględne złoto, wielka szkoda, że wyniki na listach ten numer miał mocno takie sobie. Aż poczułem potrzebę odświeżenia sobie całego albumu <3
Pixies - Que Sera Sera
Ok, muszę przyznać, że jak mehnąłem solidnie na wrzucany do bestki album, tak tutaj weryfikuję swoje zdanie na temat Piksisów. Ale tak połowicznie, albowiem to wciąż cover, a nie ich własna rzecz. Niemniej jednak wykonanie jest naprawdę świetne i wyjątkowo fajnie łączy w sobie lekkość oryginału (który skądśtam znałem, odświeżyłem sobie przy okazji) z ociężałością gitarowego grania grupy Czarnego Franka. Co prawda przez cały ten entourage utwór zrobił się przeraźliwie doomerski, ale w mojej opinii dodaje mu to uroku. Powiem więcej - to wykonanie zajeżdża mocno Nickiem Kejwem z lat 80. (lub chociaż z Let Love In, nie mogę się zresztą pozbyć wrażenia podobieństwa między wrzutką Wuja a utworem niemal tytułowym z powyższego albumu Złych Nasion), potrafię sobie wyobrazić, jak śpiewa to w duecie z Blixą Bargeldem. Żaden tu zarzut rzecz jasna, po prostu udany kawałek w australijsko-brytyjskim post-punkowym stylu. No no no, naprawdę propsuję!
Bigibigibigi Kenczjusi - Dżusi
Inne chyba miałem skojarzenia z takim tytułem, ale czaję nawiązanie do numeru, który został tutaj bardzo - hehe - soczyście wsamplowany. Ponadto odnoszę wrażenie, że słyszałem ten bit gdzieś jeszcze, ale sobie teraz nie przypomnę. Biggie jak to Biggie, klasy (klasyki?) odmówić nie sposób, przyznaję zresztą, że utwór jest wyjątkowo spoko. NIEMNIEJ JEDNAK propozycje z Life After Death podobały mi się bardziej, tutaj nie czuję... głębi? Nie wiem, tego czegoś, co na drugim albumie było po prostu bardzo oczywiste. Może to wynika z osłuchania, może jeszcze z czego innego, może to Maybelline, kto to może wiedzieć. Hejtować ofc nie będę, podoba mi się zwłaszcza warstwa liryczna (nie ukrywam, że to dzięki tym bestkom i propozycjom głównie od Murzyńskiego zacząłem w rapie zagranicznym zwracać na to zdecydowanie większą uwagę), sam bit zresztą też, ale chyba z innych, niepowiązanych z CGL Wallacem powodów. Nie czuję się więc może porwany, ale wciąż mam do czynienia z SOLIDNĄ robotą, możnaby wręcz powiedzieć, że utwór ten jest RZETELNY. Wiele więcej nie powiem, bo NIE WIEM. Ale Pani Sylwia już biegnie z paczką łakoci od SC Solidarność.
Kurdebele, dobra kolejka Panowie, nawet to, na co lekko meham nie jest wcale takie złe, jest wręcz nawet dobre, a cała reszta bardzo. Miło było sobie wrócić tu i ówdzie a także poznać coś (niemal) nowego. Fajosko, czekam na kolejne rozdanie.
Rodzyn Murphy - Ten Miles High
Moloko kojarzę z radia/telewizji, parę hiciorów jednak mieli. O Murphy wiedziałem, że ktoś taki jest, ale nie łączyłem nigdy jednego z drugim i chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, że była ich wokalistką lol. Jest to bodaj moja pierwsza styczność z jej solową twórczością i przyznaję, że kawałek jest niezły. Co prawda ten elektro-mosiądz na samym początku jest nieco denerwujący (potem przybiera lepsze brzmienie), ale ostatecznie całość siada. Podoba mi się też perka, zaciąga trochę EN lub Editorsami (sic!). Do tego klimatyczny klawisz, czego chcieć więcej? No właśnie... mimo wszystko odczuwam jakiś tam niedosyt. Murphy ma dość charakterystyczny głos, ale nie mam poczucia, by się w tym numerze jakoś mocno przebijał. Wręcz uważam, że trochę ginie w miksie, który mógłby być nieco bardziej udany, zwłaszcza w drugiej części piosenki. Także klimacik jest, ale to najwyżej solidne 4 z minusem. Mamy tzw. room for improvement, może w jakimś innym kawałku. Will see.
David Bowie - Munlup i Musiał
Hien wywołał mnie do tablicy, gdyż wg jego statystyk jako jedyny jeszcze nie wrzuciłem nic od Dejwida, a jestem jego fanem. Prawda to, w sensie i jedno i drugie. Uspokajam jednak, wrzuta będzie when the time comes (czyli jakoś na jesieni). Co do propozycji Kuby - jest DOBRA. Z późnym Bowiem miałem problemy - Earthlings mi się średnio podobało, Hours było super, Heathen było pół na pół, dopiero Reality kupiłem w pełni (ale też moja świadoma fascynacja Białym Księciem zaczęła się od wiodącego singla z tego ostatniego z wymienionych wyżej albumów). NAoP jednakowoż zawsze mnie kupowało pomimo swojego wyraźnie gitarowego sznytu (a ja na początku szukałem w Dejwidzie głównie nowej fali, nawet później). Zgodzę się, że wersja z gry jest lepsza, ale traktuję ją mimo wszystko jako swojego rodzaju demo. Swego czasu Hien namawiał mnie, abym w Omikrona zagrał. Grę zassałem, zainstalowałem nawet, ale były jakieś problemy z odpaleniem i chyba nie udało mi się jej ostatecznie włączyć, teraz mam ochotę spróbować ponownie. Poza faktem, że właśnie ów utwór dał ostatecznie nazwę mojego i Munlupa projektu muzycznego, to jest po prostu udana piosenka z kopnięciem, z całym dobrodziejstwem inwentarza dejwidowego piosenkopisarstwa, lekko niepoważnym wokalem i tym podobne. Może nie jest to moja osobista topka, ale mam całkiem osobiste powody, ażeby ów numer propsować. Więc to robię - PROPSY.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Tango in the Night to pierwszy album FM, jaki przesłuchałem w całości, a miało to miejsce tysiąc lat temu. Nie pozostawia chyba wątpliwości fakt, iż drużynę założoną sto lat temu przez Petera Greena wprost uwielbiam, a moje ulubione krążki to odpowiednio Tusk, Mirage i Tango in the Night właśnie. Powiem więcej - PRZEDE WSZYSTKIM ten ostatni, za swoją cudowną ejtisową i cudownie popową lekkość, która jednak nie traci ani trochę z ich klasycznego podejścia do songwritingu. Dowód na to, że grając takie rzeczy jak Rhiannon czy The Chain można płynnie przejść do robienia nieco przesłodzonego popu i ciągle robić to dobrze. Pomijam już tzw. klasyczne single (choć od zarówno Little Lies jak i Everywhere wolę Seven Wonders, a Big Love to złoto absolutne w każdej wersji), tam po prostu każda piosenka jest świetna. Isn't It Midnight nie wyłamuje się ani odrobinę, cudowny głos ś.p. już (niestety) Krysi McVie, fenomenalna gitara Buckinghama, sam Fleetwood z kolei traktuje bębny z nie mniejszą gracją niż Bev Bevan po przemianie ELO w band również mocno eksperymentujący z bardziej nowofalowym podejściem. Złoto, bezwzględne złoto, wielka szkoda, że wyniki na listach ten numer miał mocno takie sobie. Aż poczułem potrzebę odświeżenia sobie całego albumu <3
Pixies - Que Sera Sera
Ok, muszę przyznać, że jak mehnąłem solidnie na wrzucany do bestki album, tak tutaj weryfikuję swoje zdanie na temat Piksisów. Ale tak połowicznie, albowiem to wciąż cover, a nie ich własna rzecz. Niemniej jednak wykonanie jest naprawdę świetne i wyjątkowo fajnie łączy w sobie lekkość oryginału (który skądśtam znałem, odświeżyłem sobie przy okazji) z ociężałością gitarowego grania grupy Czarnego Franka. Co prawda przez cały ten entourage utwór zrobił się przeraźliwie doomerski, ale w mojej opinii dodaje mu to uroku. Powiem więcej - to wykonanie zajeżdża mocno Nickiem Kejwem z lat 80. (lub chociaż z Let Love In, nie mogę się zresztą pozbyć wrażenia podobieństwa między wrzutką Wuja a utworem niemal tytułowym z powyższego albumu Złych Nasion), potrafię sobie wyobrazić, jak śpiewa to w duecie z Blixą Bargeldem. Żaden tu zarzut rzecz jasna, po prostu udany kawałek w australijsko-brytyjskim post-punkowym stylu. No no no, naprawdę propsuję!
Bigibigibigi Kenczjusi - Dżusi
Inne chyba miałem skojarzenia z takim tytułem, ale czaję nawiązanie do numeru, który został tutaj bardzo - hehe - soczyście wsamplowany. Ponadto odnoszę wrażenie, że słyszałem ten bit gdzieś jeszcze, ale sobie teraz nie przypomnę. Biggie jak to Biggie, klasy (klasyki?) odmówić nie sposób, przyznaję zresztą, że utwór jest wyjątkowo spoko. NIEMNIEJ JEDNAK propozycje z Life After Death podobały mi się bardziej, tutaj nie czuję... głębi? Nie wiem, tego czegoś, co na drugim albumie było po prostu bardzo oczywiste. Może to wynika z osłuchania, może jeszcze z czego innego, może to Maybelline, kto to może wiedzieć. Hejtować ofc nie będę, podoba mi się zwłaszcza warstwa liryczna (nie ukrywam, że to dzięki tym bestkom i propozycjom głównie od Murzyńskiego zacząłem w rapie zagranicznym zwracać na to zdecydowanie większą uwagę), sam bit zresztą też, ale chyba z innych, niepowiązanych z CGL Wallacem powodów. Nie czuję się więc może porwany, ale wciąż mam do czynienia z SOLIDNĄ robotą, możnaby wręcz powiedzieć, że utwór ten jest RZETELNY. Wiele więcej nie powiem, bo NIE WIEM. Ale Pani Sylwia już biegnie z paczką łakoci od SC Solidarność.
Kurdebele, dobra kolejka Panowie, nawet to, na co lekko meham nie jest wcale takie złe, jest wręcz nawet dobre, a cała reszta bardzo. Miło było sobie wrócić tu i ówdzie a także poznać coś (niemal) nowego. Fajosko, czekam na kolejne rozdanie.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ten Miles High
Urodził się nam mały segment juniorboysowy w zabawach, no dobrze. Moloko kojarzę ze względu na wiadomy kawałek ogrywany w telewizorze. Solowych płyt nie znam i nieprędko przewiduję zmiany w tym zakresie. Sam kawałek brzmi okej, ale dzieje się definitywnie za dużo. Brakuje w tym wszystkim mocniejszego akcentu, granko na tę samą modłę electropopowych standardów z zaduszonymi bębnami i nieciekawym plastikowym brzmieniem. Sprawia wrażenie przekombinowanego zapychacza na tle kilku wyraźniejszych singlowych propozycji... nie chcę tego sprawdzać. Końcowy werdykt: Ancora Tu wałbrzyskiego TDSz, ale zostały tylko same piosenki. Niby w porządku, tyle że brakuje właściwej ciekawszej treści.
New Angels of Promise
W takim kontekście naprawdę nie dziwi tona serduszka dla Bowiego w erze Hours. Dla mnie to była już któraś z kolei płyt odkrywana po największych eksplozjach mojego zainteresowania. Szczególnie trudniejsza do przyjęcia w towarzystwie innych rzeczy wydawanych wtedy, od Outside do Reality chyba tylko od tej tak naprawdę się odbiłem. Zbyt ślamazarna, senna, bez wyrazu. Pamiętam tylko Thursday's Child, a i ten numer wchodzi na słuchawki od wielkiego dzwonu. Tymczasem dzięki Jakubowi wyrósł solidny konkurent. Chyba z marszu staje się moim ulubieńcem na płycie. To jednocześnie znak, że trzeba jej dać kolejną szansę. Gęsty powrót do brzmień z lat 70', tyle że z dodatkową porcją kwasu i świeżą perkusją. Jak to nie jest mellotron na początku... to nie ma problemu, tak mnie można przekonać do wszystkiego. Może przeszkadzają mi trochę efekty na typowo dejwidowych lamentach - poza tym naprawdę dobry kawałek. Jest bardzo strawny patos, tajemnica, mistycyzm. I kwas. Tak rzeczy z Hours kompletnie nie pamiętałem. Końcowy werdykt: Trojanki wrocławskiego AST.
Que Sera Sera
Dość zaskakujące jak na to, z czego są znani. Nie moja bajka stylistyczna, ale jak sobie przypominam Doolittle... to może być mój ulubiony utwór w ich wykonaniu. Stylowe dziadowanie z bardzo plastycznym tłem. Biorąc pod uwagę większą historię za kawałkiem, naprawdę nieźle uzupełnione takie czcze pesymistyczne gadu gadu stary dziadu. Muszę nadrobić pierwowzór we właściwym kontekście, tj. filmie Hitchcocka. Ładna klamra na koniec, dobrze nieprzeszkadzające wokale, ta mantra wchodzi do głowy. Końcowy werdykt: Tirza we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.
A, nienawidzę Netflixa. Praktycznie nie oglądam seriali, ale za wrzucanie całych sezonów hurtem i możliwość pomijania czołówek należą się kolonie karne i reedukacje.
Jealous Guy
Kurde, szkoda mi Roxy Music i Ferry'ego, że akurat Avalon przegrał z tego typu propozycją na listach przebojów bitkę o uznanie słuchaczy. No okej, kawałek jest naprawdę niezły, ale ich autorskie rzeczy są jeszcze ciekawsze. Z drugiej strony bez przeczytania wzmianki musiałowej nie miałbym pojęcia, że to cover. Bardzo skutecznie przeszczepiony gen ich stylu zderzony z produkcją charakterystyczną dla Briana Eno, noo to skojarzenie za każdym razem wracało do głowy. Ten automat jest trochę tani, jedyny jakkolwiek sensowny powód do przypierdolki. Elegancko, stylowo, z klasą. W listopadową pogodę początku lutego pasowało wyborowo. Werdykt: Kolejność fal WTW.
big/Juicy
Gdybyś tylko mogła, gdybyś chciała, bejde... chociaż to nie '93 - dramy są tu wszędzie.
Okej, tyle na temat pierwszego kontaktu z bitem. Na początku jest głupawa, a tutaj trochę poważniejsza historia społecznego awansu. Pod względem nawijki najbardziej siada mi prosty start trzeciej zwrotki. Poza tym i tak jest charyzmatycznie, spoko, nie ma większego spadku poziomu. Refren mi aż tak nie robi, chyba że już z samym hi hatem na koniec. Dłubanina w samplach w stylu starego funku to jest to, naprawdę. Sama wczuta Seby na BIGGIEGO wciąż dla mnie pozostanie zagadką, ale różne rzeczy dzieją się na świecie, więc szanuję i podziwiam. Końcowy werdykt: ten spektakl o kibicach, co chciał go przygotować dyrektor Teatru Współczesnego w serialu Artyści TVP.
A 'if dont know now u know" to gdzieś Gural rzucił, kolejny zasłuchany w Biggim swego czasu.
Urodził się nam mały segment juniorboysowy w zabawach, no dobrze. Moloko kojarzę ze względu na wiadomy kawałek ogrywany w telewizorze. Solowych płyt nie znam i nieprędko przewiduję zmiany w tym zakresie. Sam kawałek brzmi okej, ale dzieje się definitywnie za dużo. Brakuje w tym wszystkim mocniejszego akcentu, granko na tę samą modłę electropopowych standardów z zaduszonymi bębnami i nieciekawym plastikowym brzmieniem. Sprawia wrażenie przekombinowanego zapychacza na tle kilku wyraźniejszych singlowych propozycji... nie chcę tego sprawdzać. Końcowy werdykt: Ancora Tu wałbrzyskiego TDSz, ale zostały tylko same piosenki. Niby w porządku, tyle że brakuje właściwej ciekawszej treści.
New Angels of Promise
W takim kontekście naprawdę nie dziwi tona serduszka dla Bowiego w erze Hours. Dla mnie to była już któraś z kolei płyt odkrywana po największych eksplozjach mojego zainteresowania. Szczególnie trudniejsza do przyjęcia w towarzystwie innych rzeczy wydawanych wtedy, od Outside do Reality chyba tylko od tej tak naprawdę się odbiłem. Zbyt ślamazarna, senna, bez wyrazu. Pamiętam tylko Thursday's Child, a i ten numer wchodzi na słuchawki od wielkiego dzwonu. Tymczasem dzięki Jakubowi wyrósł solidny konkurent. Chyba z marszu staje się moim ulubieńcem na płycie. To jednocześnie znak, że trzeba jej dać kolejną szansę. Gęsty powrót do brzmień z lat 70', tyle że z dodatkową porcją kwasu i świeżą perkusją. Jak to nie jest mellotron na początku... to nie ma problemu, tak mnie można przekonać do wszystkiego. Może przeszkadzają mi trochę efekty na typowo dejwidowych lamentach - poza tym naprawdę dobry kawałek. Jest bardzo strawny patos, tajemnica, mistycyzm. I kwas. Tak rzeczy z Hours kompletnie nie pamiętałem. Końcowy werdykt: Trojanki wrocławskiego AST.
Que Sera Sera
Dość zaskakujące jak na to, z czego są znani. Nie moja bajka stylistyczna, ale jak sobie przypominam Doolittle... to może być mój ulubiony utwór w ich wykonaniu. Stylowe dziadowanie z bardzo plastycznym tłem. Biorąc pod uwagę większą historię za kawałkiem, naprawdę nieźle uzupełnione takie czcze pesymistyczne gadu gadu stary dziadu. Muszę nadrobić pierwowzór we właściwym kontekście, tj. filmie Hitchcocka. Ładna klamra na koniec, dobrze nieprzeszkadzające wokale, ta mantra wchodzi do głowy. Końcowy werdykt: Tirza we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.
A, nienawidzę Netflixa. Praktycznie nie oglądam seriali, ale za wrzucanie całych sezonów hurtem i możliwość pomijania czołówek należą się kolonie karne i reedukacje.
Jealous Guy
Kurde, szkoda mi Roxy Music i Ferry'ego, że akurat Avalon przegrał z tego typu propozycją na listach przebojów bitkę o uznanie słuchaczy. No okej, kawałek jest naprawdę niezły, ale ich autorskie rzeczy są jeszcze ciekawsze. Z drugiej strony bez przeczytania wzmianki musiałowej nie miałbym pojęcia, że to cover. Bardzo skutecznie przeszczepiony gen ich stylu zderzony z produkcją charakterystyczną dla Briana Eno, noo to skojarzenie za każdym razem wracało do głowy. Ten automat jest trochę tani, jedyny jakkolwiek sensowny powód do przypierdolki. Elegancko, stylowo, z klasą. W listopadową pogodę początku lutego pasowało wyborowo. Werdykt: Kolejność fal WTW.
big/Juicy
Gdybyś tylko mogła, gdybyś chciała, bejde... chociaż to nie '93 - dramy są tu wszędzie.
Okej, tyle na temat pierwszego kontaktu z bitem. Na początku jest głupawa, a tutaj trochę poważniejsza historia społecznego awansu. Pod względem nawijki najbardziej siada mi prosty start trzeciej zwrotki. Poza tym i tak jest charyzmatycznie, spoko, nie ma większego spadku poziomu. Refren mi aż tak nie robi, chyba że już z samym hi hatem na koniec. Dłubanina w samplach w stylu starego funku to jest to, naprawdę. Sama wczuta Seby na BIGGIEGO wciąż dla mnie pozostanie zagadką, ale różne rzeczy dzieją się na świecie, więc szanuję i podziwiam. Końcowy werdykt: ten spektakl o kibicach, co chciał go przygotować dyrektor Teatru Współczesnego w serialu Artyści TVP.
A 'if dont know now u know" to gdzieś Gural rzucił, kolejny zasłuchany w Biggim swego czasu.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Roisin Murphy - Ten Miles High
Znam jeden hit Moloko, Roisin Murphy znam z eteru, ale nie kojarzę muzyki. Nigdy mnie nie ciągnęło po prostu, więc kolejna lekcja muzyki via bestka. Ta sekwencja akordów mi się z czynmś bardzo mocno kojarzy, w zasadzie z kilkoma rzeczami, ale nie będę rozwijał tego wątku. Czasami w tej zabawie, częstujecie mnie gównem ze stajni wykonawców, których nie znam, ale zdecydowanie częściej sprzedajecie jakieś tam perły z tylnego katalogu, no i mogę zakwalifikować wrzutę Murzyna do kategorii nr 2. Podoba mi się muzyka, aranżacja, wejście bujającego bitu w drugiej połowie i klimat. Najsłabiej wypada tutaj wokal, mam alergię na takie gdakanie, ale mogło być zdecydowanie gorzej i mimo wszystko, Roisin bardziej dostarcza, niż nie. Generalnie jestem zadowolony z tego spotkania, którego w innych okolicznościach pewnie by nie było. MURZYN, jako sprzedawca złota (lol), nadal POTRAFI.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Lubię damskie Feetwood Mac i te zajebiste popowe numery, które wypluwali w latach 80. Jeden z nielicznych zespołów, który, pomimo metryki, wjechał w konwencję stylistyczną jak w masło i potrafił wyczarować z tego coś znacznie bardziej ponadczasowego, niż generalnie same numery sugerują oprawą i klimatem. Co jest ponadczasowe w nich, to te melodie. Nie da się tych hitów FM nie nucić godzinami. „Isn’t It Midnight” to fajny numer, które nie razi tym, czym kawałki z tamtych lat razić potrafią. Dostarczone jest tutaj na tym samym poziomie, co w „Little Lies”. Lekko, ale z klasą i głową, prawdziwym talentem i jakimś solidnym backgroundem doświadczeń. Jak to mawiają starzy, takich już się nie robi.
Pixies – Que Sera, Sera
Kurde, kuriozalna jest to wrzuta na tylu poziomach. Wuja wrzucający Pixies, Pixies grający Ke Sera Sera, dajcie spokój. Nie wiem co o tym sądzić. Oryginał Ke Sera mi tbh wisi. Nie hejtuję, ale też bym tego nigdy sam z siebie nie włączył. Frank Big Black zrobił z tego trochę psychodeliczny, mroczny numer, w przeciwieństwie do oryginału (lub tej najbardziej popularnej wersji), ale czy to działa, i co najważniejsze, czy to coś zmienia, czy sprawia, że kawałek, który mi zwisał, zwisa mi mniej? Szczerze mówiąc, tak se. Pixies brzmią tu momentami, jak jakieś udawane Bad Seeds, ale bez knajpianej atmosfery. Nie jest to oczywiście chujowe, nawet chylę copkę (tudzież, jak to Musiał mawia, cipkę), bo nie spodziewałem się takiego Pixies, ale też czy to jest Pixies jakie lubię? Zacytuję tutaj pewnego poetę: nie wiem. To jest rozkimna na dłużej, ale ogólnie kiwam głową z uznaniem.
Roxy Music - Jealous Guy
Powiedziałbym, że Musiał se marnuje Roxy Music, ale jesteśmy już dawno po zniesieniu bana na duble, więc jest to bez znaczenia (chociaż też zaczynam widzieć, że te ograniczenia pełniły jednak funkcję kontroli jakości). Znam „Jealous Guy”, ale zdecydowanie wolę wersję Lennona. Ta jest ok, ale jednak nie umywa się do oryginalnych kawałków RM, choćby do wspominanego już kilka razy „Avalon”. Oczywiście, Ferry i zespół nie odwalają gówna, wszystko co robią jest na wysokim poziomie, ale jak to z coverami bywa, czasami trudno nie potraktować takich rzeczy jako kaprysu, który poza spełnieniem ciągot wykonawcy, nie wyszedł jakoś porażająco. Generalnie chwalę, bo tak jak napisałem, RM zawsze utrzymują poziom, we wszystkim robili, niemniej zdecydowanie wolę inne kawałki.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Wrzucanie Biga na tym forum, to w zasadzie recepta na sukces. Dla mnie też gruby był jednym z większych odkryć naszych zabaw, pomimo że w sumie jest wykonawca mainstreamowy, a co za tym idzie, powinienem być bardziej zorientowany, a tu gówno. Niestety nadal mam dziury w hip-hopie i jeżeli miałbym wyróżnić w tej zabawie kogoś za walory edukacyjne, to wygrałby Murzyn. No, ale ok, ja tu stawiam laurki Jacy, a nagle dotarło do mnie, że to nie jego wrzuta xD Chociaż i tak czuję się jakby Murzyn wrzucił dwa numery do kolejki. Oczywiście kawałek chwalę, ok może nie jest to tak dobre, jak to co prezentował Jaca, ale mam wrażenie, że Biggie nie nagrał słabych rzeczy i nie dziwię się, że fani jarali się nawet jakimiś wygrzebanymi po jego śmierci odrzutami, czy nieskończonymi numerami, bo jednak facet sypał dobrem, a z wiadomych względów, więcej już tego nie zrobi. Gdybym miał też wskazać najbardziej jaskrawy przykład amerykanskiego rapera, którego talenty okołomuzyczne, równały się z talentem do pakowania się w kłopoty, to też medal by trafił do grubego. Jedyne co mi nie siedzi w tym kawałku, to ten warszawski, hipsterski klimat początku lat 10tych i tych wszystkich retro 80s bandów, no ale Bigi był sto lat przed nimi, jak to murzyn.
Kolejeczka, jak to mawiają, w dupeczkę. Generalnie dobra, chociaż kilka numerów bardziej szanuję niż się pojarałem.
Znam jeden hit Moloko, Roisin Murphy znam z eteru, ale nie kojarzę muzyki. Nigdy mnie nie ciągnęło po prostu, więc kolejna lekcja muzyki via bestka. Ta sekwencja akordów mi się z czynmś bardzo mocno kojarzy, w zasadzie z kilkoma rzeczami, ale nie będę rozwijał tego wątku. Czasami w tej zabawie, częstujecie mnie gównem ze stajni wykonawców, których nie znam, ale zdecydowanie częściej sprzedajecie jakieś tam perły z tylnego katalogu, no i mogę zakwalifikować wrzutę Murzyna do kategorii nr 2. Podoba mi się muzyka, aranżacja, wejście bujającego bitu w drugiej połowie i klimat. Najsłabiej wypada tutaj wokal, mam alergię na takie gdakanie, ale mogło być zdecydowanie gorzej i mimo wszystko, Roisin bardziej dostarcza, niż nie. Generalnie jestem zadowolony z tego spotkania, którego w innych okolicznościach pewnie by nie było. MURZYN, jako sprzedawca złota (lol), nadal POTRAFI.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Lubię damskie Feetwood Mac i te zajebiste popowe numery, które wypluwali w latach 80. Jeden z nielicznych zespołów, który, pomimo metryki, wjechał w konwencję stylistyczną jak w masło i potrafił wyczarować z tego coś znacznie bardziej ponadczasowego, niż generalnie same numery sugerują oprawą i klimatem. Co jest ponadczasowe w nich, to te melodie. Nie da się tych hitów FM nie nucić godzinami. „Isn’t It Midnight” to fajny numer, które nie razi tym, czym kawałki z tamtych lat razić potrafią. Dostarczone jest tutaj na tym samym poziomie, co w „Little Lies”. Lekko, ale z klasą i głową, prawdziwym talentem i jakimś solidnym backgroundem doświadczeń. Jak to mawiają starzy, takich już się nie robi.
Pixies – Que Sera, Sera
Kurde, kuriozalna jest to wrzuta na tylu poziomach. Wuja wrzucający Pixies, Pixies grający Ke Sera Sera, dajcie spokój. Nie wiem co o tym sądzić. Oryginał Ke Sera mi tbh wisi. Nie hejtuję, ale też bym tego nigdy sam z siebie nie włączył. Frank Big Black zrobił z tego trochę psychodeliczny, mroczny numer, w przeciwieństwie do oryginału (lub tej najbardziej popularnej wersji), ale czy to działa, i co najważniejsze, czy to coś zmienia, czy sprawia, że kawałek, który mi zwisał, zwisa mi mniej? Szczerze mówiąc, tak se. Pixies brzmią tu momentami, jak jakieś udawane Bad Seeds, ale bez knajpianej atmosfery. Nie jest to oczywiście chujowe, nawet chylę copkę (tudzież, jak to Musiał mawia, cipkę), bo nie spodziewałem się takiego Pixies, ale też czy to jest Pixies jakie lubię? Zacytuję tutaj pewnego poetę: nie wiem. To jest rozkimna na dłużej, ale ogólnie kiwam głową z uznaniem.
Roxy Music - Jealous Guy
Powiedziałbym, że Musiał se marnuje Roxy Music, ale jesteśmy już dawno po zniesieniu bana na duble, więc jest to bez znaczenia (chociaż też zaczynam widzieć, że te ograniczenia pełniły jednak funkcję kontroli jakości). Znam „Jealous Guy”, ale zdecydowanie wolę wersję Lennona. Ta jest ok, ale jednak nie umywa się do oryginalnych kawałków RM, choćby do wspominanego już kilka razy „Avalon”. Oczywiście, Ferry i zespół nie odwalają gówna, wszystko co robią jest na wysokim poziomie, ale jak to z coverami bywa, czasami trudno nie potraktować takich rzeczy jako kaprysu, który poza spełnieniem ciągot wykonawcy, nie wyszedł jakoś porażająco. Generalnie chwalę, bo tak jak napisałem, RM zawsze utrzymują poziom, we wszystkim robili, niemniej zdecydowanie wolę inne kawałki.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Wrzucanie Biga na tym forum, to w zasadzie recepta na sukces. Dla mnie też gruby był jednym z większych odkryć naszych zabaw, pomimo że w sumie jest wykonawca mainstreamowy, a co za tym idzie, powinienem być bardziej zorientowany, a tu gówno. Niestety nadal mam dziury w hip-hopie i jeżeli miałbym wyróżnić w tej zabawie kogoś za walory edukacyjne, to wygrałby Murzyn. No, ale ok, ja tu stawiam laurki Jacy, a nagle dotarło do mnie, że to nie jego wrzuta xD Chociaż i tak czuję się jakby Murzyn wrzucił dwa numery do kolejki. Oczywiście kawałek chwalę, ok może nie jest to tak dobre, jak to co prezentował Jaca, ale mam wrażenie, że Biggie nie nagrał słabych rzeczy i nie dziwię się, że fani jarali się nawet jakimiś wygrzebanymi po jego śmierci odrzutami, czy nieskończonymi numerami, bo jednak facet sypał dobrem, a z wiadomych względów, więcej już tego nie zrobi. Gdybym miał też wskazać najbardziej jaskrawy przykład amerykanskiego rapera, którego talenty okołomuzyczne, równały się z talentem do pakowania się w kłopoty, to też medal by trafił do grubego. Jedyne co mi nie siedzi w tym kawałku, to ten warszawski, hipsterski klimat początku lat 10tych i tych wszystkich retro 80s bandów, no ale Bigi był sto lat przed nimi, jak to murzyn.
Kolejeczka, jak to mawiają, w dupeczkę. Generalnie dobra, chociaż kilka numerów bardziej szanuję niż się pojarałem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
David Bowie - New Angels of Promise
Kurczę, obawiałem się cały czas jednak tego Bowiego z lat 90. pomimo faktu że dotychczasowe spotkania z nim w bestce klipowej czy depeszwizji były całkiem spoko. Ale oto jest i ten którego się obawiałem i którego zbytnio nie czuję. Ubrany w takie ostrzejsze, nieco doomerskie gitarowe brzmienie, choć jednocześnie gdzieś tam niosący za sobą echa lat 70. W zwrotkach jest znośnie bo wokal się wybija bardziej a gitary dorzucają pojedyncze akcenty ale gdy wchodzi refren trochę za bardzo się to wszystko zlewa w hałaśliwą masę dla mnie, głośne przejścia też mi nie leżą. Wolę chyba Bowiego w innych klimatach po prostu.
Pixies - Que Sera Sera
Oryginału nawet nie znałem chyba, obczaiłem teraz ale w sumie to mi powiewa. Wersja Pixies dla mnie dużo fajniejsza. Nie wiem teraz na ile to autosugestia ale słuchając faktycznie czuję to w czołówce filmu czy serialu pod napisy początkowe. Naprawdę zgrabnie odświeżona piosenka, wzięto dobrą melodię i okraszono ją fajną nową aranżacją. Pixies wrzucone przez Wujka samo w sobie już jest zaskoczeniem - dodatkowym jest fakt że mi to kurczę siedzi jednak bardziej chyba niż rzeczy z Doolittle których nie pamiętam już nawet.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Ejtisy na obecnym etapie mojego życia nie stanowią już podstawy mojej muzycznej diety jak te 20 lat temu. Obecnie wracam do takich brzmień dość rzadko i już naprawdę do starannie wyselekcjonowanych numerów, zresztą patrząc wstecz na moją własną bestkę widzę że chyba głównie obskjury się przewijały, na tę kilka hitów które mnie nadal grzeją przyjedzie dopiero pora. Ale do rzeczy, kapelę ową znam jedynie z Little Lies które widywałem w tv dawniej, numer zapodany przez Smoka ma w sobie nieco większą zawartość rocka w pop rocku, żywy pulsujący groove w refrenie fajnie kontrastujący z lekkimi wokalami. Muszę w swoim czasie wlecieć z podobnie bujającym deep cutem pewnej znanej kapeli. Numer jest spoko, może nie powala na kolana ale warto było poznać i być może równie warto będzie sprawdzić cały album by móc samemu wyłuskać coś pod siebie. Póki co uznam to za udaną zachętę.
Roxy Music - Jealous Guy
Ahhh Jealous Guy, cudowna piosenka którą poznałem - a jakże - najpierw dzięki Roxy Music właśnie. Ejtisy, stacja VH1, to było istotne źródło muzy dla mnie młodszego o te 20 lat. Polubiłem numer od pierwszego odsłuchu nie mając jeszcze pojęcia że mam do czynienia z coverem. Zapoznanie z oryginałem sprawiło że przepadłem na dobre, Lennon w oryginale jednak zrobił to z większą gracją i IMO lepiej oddaje emocje. Teraz po latach powiedzmy że szanuję RM ale bardziej jednak za ich własne dokonania, jestem w szoku że tym numerem przebili Avalon czy More Than This które są DOSKONAŁE, ten cover teraz trochę trąci tandetą dla mnie, ot dobry numer ubrany w ejtisowe klisze, elektryczna gitara, saksofon, syntezator, szmery bajery, chciałem pochwalić gwizdane solo ale to przecież wywodzi się z oryginału, Bryan Ferry śpiewający trochę jakby miał się rozlecieć tak średnio mi leży tu, gdybym miał wystawić tej wersji laurkę to przede wszystkim za niezwykle prosty i cudownie estetyczny wideoklip z którego bije niezwykła ejtisowa elegancja, polecam kto nie zna:
https://youtu.be/hRzGzRqNj58?si=oop0phMsecn9pkPJ
The Notorious B.I.G - Juicy
Ahhh... Bigi Bigi, no tu mam wreszcie jakieś pole do popisu, tu listy miłosne pisać mogę xD Juicy, zajebiście się ciesze że mentos W KOŃCU z tym wjechał bo po cichu na to liczyłem widząc że poserduszkował ten numer na laście. Bo to jest numer który po prostu trzeba poznać jak się chce trochę liznąć hip hopu, to jest totalny Enjoy jeśli chodzi o Biggiego i kanon. Jest to też highlight jego debiutu ale jest on ogólnie na tyle dobry że pierwotnie to właśnie Ready To Die miało wlecieć do albumowej. Brak mi słów by opisać moją miłość do tego numeru bo jest to jednocześnie ten błyszczący diamentami i szampanem płynący JIGGY rap a zarazem oddający hołd oldskulowi przez te wzmianki o klasyce - every saturday Rap Attack, Mr. Magic, Marley Marl, było szaro buro ale był rap i się żyło a teraz jest dobrze. Pod tym względem reluję nawet mocno z tym numerem, najlepiej w słowa ubrał to Big chyba w podsumowujących ostatnich linijkach - "Uh, damn right I like the life I live/'Cause I went from negative to positive and it's all good", ale z tym reluję nie tylko ja bo i pewnie wielu słuchaczy czy nawet raperów. Szukając inspiracji od Biggiego nie muszę szukać wcale daleko, linijki zainspirowane Juicy mogliście już usłyszeć dzięki bestce albumowej gdzie niejaki Reno nawijał wszak "wiem o czym mówił Biggie - urodziny to były najgorsze dni" (birthdays was the worst days, now we sip champagne when we thirsty). Ale ale, przejdźmy od laurek do trivii bo z powstaniem Juicy wiąże się dłuższa historia. Pierwsza - chronologicznie znana ludziom jako pierwsza - to ta że pierwotną wersje bitu zrobił tak naprawdę Pete Rock, ale Puffy usłyszał ten sampel i polecił swoim producentom czyli Track Masters zrobić bardziej radio friendly wersję tzn opartą na bicie pochodzącym z oryginału grupy Mtume. Wersja Pete Rocka miała inny bit, i co najlepsze ostatecznie została wykorzystana jako bonus singla podpisana jako remiks, możecie posłuchać jej tu:
https://youtu.be/zskEt7rAyXE?si=xfablZJda448Iiz_
Nie był to pierwszy ani ostatni raz kiedyś Puffy podpieprzył komuś sampelek, może dojdziemy do jeszcze innej histori w tym temacie kiedyś.
Druga historia - znana od niedawna bardziej - to ta że zaszło podejrzenie że pomysł na Juicy został skradziony mało znanemu raperowi znanemu jako... Notorious B1, który rok wcześniej nagrał utwór Big Daddy, posłuchajcie sami:
https://youtu.be/KBUNlLnhLXE?si=x2D_nxmY05bITZpn
Trzeba przyznać że biorąc pod uwagę wykorzystanie sampla z Juicy Fruit oraz ksywę Notorious B1 niektórzy byli przekonani że stąd wzięło się Juicy i ksywa Biggiego, znanego wcześniej jako Biggie Smalls. Teoria ta jednak upadła gdyż podobno Big używał ksywki Notorious B.I.G. jeszcze przed '93 rokiem (chociaż nie jestem pewien, Wikipedia podaje że to właśnie ok 93 roku zmienił ksywę gdy podpisywał kontrakt z Bad Boy Records). Ostatecznie trudno stwierdzić jak było, jeśli już to podejrzewam że pomysł mógł zostać podrzucony przez Puffa.
Wielki przebój, duże nazwiska i dziwna historia za tym wszystkim ale nie umniejsza to mojemu prejzowi dla tego numeru, no i dzięki mentosowi będę w stanie swobodnie kiedyś uraczyć Was jeszcze pewnym deep cutem z tej płyty.
Kurczę, obawiałem się cały czas jednak tego Bowiego z lat 90. pomimo faktu że dotychczasowe spotkania z nim w bestce klipowej czy depeszwizji były całkiem spoko. Ale oto jest i ten którego się obawiałem i którego zbytnio nie czuję. Ubrany w takie ostrzejsze, nieco doomerskie gitarowe brzmienie, choć jednocześnie gdzieś tam niosący za sobą echa lat 70. W zwrotkach jest znośnie bo wokal się wybija bardziej a gitary dorzucają pojedyncze akcenty ale gdy wchodzi refren trochę za bardzo się to wszystko zlewa w hałaśliwą masę dla mnie, głośne przejścia też mi nie leżą. Wolę chyba Bowiego w innych klimatach po prostu.
Pixies - Que Sera Sera
Oryginału nawet nie znałem chyba, obczaiłem teraz ale w sumie to mi powiewa. Wersja Pixies dla mnie dużo fajniejsza. Nie wiem teraz na ile to autosugestia ale słuchając faktycznie czuję to w czołówce filmu czy serialu pod napisy początkowe. Naprawdę zgrabnie odświeżona piosenka, wzięto dobrą melodię i okraszono ją fajną nową aranżacją. Pixies wrzucone przez Wujka samo w sobie już jest zaskoczeniem - dodatkowym jest fakt że mi to kurczę siedzi jednak bardziej chyba niż rzeczy z Doolittle których nie pamiętam już nawet.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Ejtisy na obecnym etapie mojego życia nie stanowią już podstawy mojej muzycznej diety jak te 20 lat temu. Obecnie wracam do takich brzmień dość rzadko i już naprawdę do starannie wyselekcjonowanych numerów, zresztą patrząc wstecz na moją własną bestkę widzę że chyba głównie obskjury się przewijały, na tę kilka hitów które mnie nadal grzeją przyjedzie dopiero pora. Ale do rzeczy, kapelę ową znam jedynie z Little Lies które widywałem w tv dawniej, numer zapodany przez Smoka ma w sobie nieco większą zawartość rocka w pop rocku, żywy pulsujący groove w refrenie fajnie kontrastujący z lekkimi wokalami. Muszę w swoim czasie wlecieć z podobnie bujającym deep cutem pewnej znanej kapeli. Numer jest spoko, może nie powala na kolana ale warto było poznać i być może równie warto będzie sprawdzić cały album by móc samemu wyłuskać coś pod siebie. Póki co uznam to za udaną zachętę.
Roxy Music - Jealous Guy
Ahhh Jealous Guy, cudowna piosenka którą poznałem - a jakże - najpierw dzięki Roxy Music właśnie. Ejtisy, stacja VH1, to było istotne źródło muzy dla mnie młodszego o te 20 lat. Polubiłem numer od pierwszego odsłuchu nie mając jeszcze pojęcia że mam do czynienia z coverem. Zapoznanie z oryginałem sprawiło że przepadłem na dobre, Lennon w oryginale jednak zrobił to z większą gracją i IMO lepiej oddaje emocje. Teraz po latach powiedzmy że szanuję RM ale bardziej jednak za ich własne dokonania, jestem w szoku że tym numerem przebili Avalon czy More Than This które są DOSKONAŁE, ten cover teraz trochę trąci tandetą dla mnie, ot dobry numer ubrany w ejtisowe klisze, elektryczna gitara, saksofon, syntezator, szmery bajery, chciałem pochwalić gwizdane solo ale to przecież wywodzi się z oryginału, Bryan Ferry śpiewający trochę jakby miał się rozlecieć tak średnio mi leży tu, gdybym miał wystawić tej wersji laurkę to przede wszystkim za niezwykle prosty i cudownie estetyczny wideoklip z którego bije niezwykła ejtisowa elegancja, polecam kto nie zna:
https://youtu.be/hRzGzRqNj58?si=oop0phMsecn9pkPJ
The Notorious B.I.G - Juicy
Ahhh... Bigi Bigi, no tu mam wreszcie jakieś pole do popisu, tu listy miłosne pisać mogę xD Juicy, zajebiście się ciesze że mentos W KOŃCU z tym wjechał bo po cichu na to liczyłem widząc że poserduszkował ten numer na laście. Bo to jest numer który po prostu trzeba poznać jak się chce trochę liznąć hip hopu, to jest totalny Enjoy jeśli chodzi o Biggiego i kanon. Jest to też highlight jego debiutu ale jest on ogólnie na tyle dobry że pierwotnie to właśnie Ready To Die miało wlecieć do albumowej. Brak mi słów by opisać moją miłość do tego numeru bo jest to jednocześnie ten błyszczący diamentami i szampanem płynący JIGGY rap a zarazem oddający hołd oldskulowi przez te wzmianki o klasyce - every saturday Rap Attack, Mr. Magic, Marley Marl, było szaro buro ale był rap i się żyło a teraz jest dobrze. Pod tym względem reluję nawet mocno z tym numerem, najlepiej w słowa ubrał to Big chyba w podsumowujących ostatnich linijkach - "Uh, damn right I like the life I live/'Cause I went from negative to positive and it's all good", ale z tym reluję nie tylko ja bo i pewnie wielu słuchaczy czy nawet raperów. Szukając inspiracji od Biggiego nie muszę szukać wcale daleko, linijki zainspirowane Juicy mogliście już usłyszeć dzięki bestce albumowej gdzie niejaki Reno nawijał wszak "wiem o czym mówił Biggie - urodziny to były najgorsze dni" (birthdays was the worst days, now we sip champagne when we thirsty). Ale ale, przejdźmy od laurek do trivii bo z powstaniem Juicy wiąże się dłuższa historia. Pierwsza - chronologicznie znana ludziom jako pierwsza - to ta że pierwotną wersje bitu zrobił tak naprawdę Pete Rock, ale Puffy usłyszał ten sampel i polecił swoim producentom czyli Track Masters zrobić bardziej radio friendly wersję tzn opartą na bicie pochodzącym z oryginału grupy Mtume. Wersja Pete Rocka miała inny bit, i co najlepsze ostatecznie została wykorzystana jako bonus singla podpisana jako remiks, możecie posłuchać jej tu:
https://youtu.be/zskEt7rAyXE?si=xfablZJda448Iiz_
Nie był to pierwszy ani ostatni raz kiedyś Puffy podpieprzył komuś sampelek, może dojdziemy do jeszcze innej histori w tym temacie kiedyś.
Druga historia - znana od niedawna bardziej - to ta że zaszło podejrzenie że pomysł na Juicy został skradziony mało znanemu raperowi znanemu jako... Notorious B1, który rok wcześniej nagrał utwór Big Daddy, posłuchajcie sami:
https://youtu.be/KBUNlLnhLXE?si=x2D_nxmY05bITZpn
Trzeba przyznać że biorąc pod uwagę wykorzystanie sampla z Juicy Fruit oraz ksywę Notorious B1 niektórzy byli przekonani że stąd wzięło się Juicy i ksywa Biggiego, znanego wcześniej jako Biggie Smalls. Teoria ta jednak upadła gdyż podobno Big używał ksywki Notorious B.I.G. jeszcze przed '93 rokiem (chociaż nie jestem pewien, Wikipedia podaje że to właśnie ok 93 roku zmienił ksywę gdy podpisywał kontrakt z Bad Boy Records). Ostatecznie trudno stwierdzić jak było, jeśli już to podejrzewam że pomysł mógł zostać podrzucony przez Puffa.
Wielki przebój, duże nazwiska i dziwna historia za tym wszystkim ale nie umniejsza to mojemu prejzowi dla tego numeru, no i dzięki mentosowi będę w stanie swobodnie kiedyś uraczyć Was jeszcze pewnym deep cutem z tej płyty.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Roisin Murphy - Ten Miles High
Znam dwa utwory Moloko, z których jeden jest powiedzmy w miarę ok, a drugi mnie zawsze strasznie irytował. Pamiętam też, że nie lubiłem zbytnio głosu wokalistki tego zespołu. I w utworze Ten Miles High jej wokal też wypada w sumie najsłabiej. Po prostu nie pasuje mi barwa jej głosu. Brzmienie utworu jest spoko. Dobry początek. Fajna syntezatorowa zagrywka plus uderzenia w klawisz. Potem powoli dochodzą inne dźwięki, pojawia się miejscami bit. Taki dosyć taneczny, choć może bardziej pasowałby jakiś surowszy w brzmieniu. Melodia też jak najbardziej na plus. W ogóle całkiem przemyślana kompozycja. Wszystko się ładnie zgrywa ze sobą bez efektu jakiegoś przeładowania. Dobry utwór.
David Bowie – New Angels of Promise
Bowie to naprawdę barwna postać. Dzięki tej bestce go tak naprawdę lepiej poznałem od muzycznej strony, choć mam jeszcze sporo do nadrobienia. Zawsze go w niewytłumaczalny sposób lubiłem, choć nie słuchałem. Dorobił się sporej dyskografii. Jego muzyka ulegała sporym ewolucjom. Nie wszystko od Bowiego mi się podoba. Zdążyłem zauważyć, że nie bardzo podchodzi mi jego wczesna rockowa twórczość. Za to od lat 90’ to już jest coś, co mnie zainteresowało. Jeszcze nie znam akurat albumu Hours, ale się nadrobi.
Na początku kręciłem trochę nosem na NAoP. Myślałem w ogóle, że to coś wcześniejszego. Bo rzeczywiście to dosyć rockowy utwór, ale szybko się przegryzło. W ogóle jak zobaczyłem te filmiki z gry, to czułem się oczarowany. Ta prastara grafika, uroczo kanciaste lokacje, samochody wyglądające bardziej jak grudki ziemi niż auta. I w tle ta nuta. Już zawsze będę ten utwór kojarzył z Omikronem mimo, iż w tą grę nie grałem. Niemniej NEoP to naprawdę zgrabny utwór. Bardzo dobrze brzmi gitara, bas i perkusja. No i wokal Davida zawsze daje radę. Plus świetny, azjatycko brzmiący początek i zakończenie utworu.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Nie byłem w stanie wymienić żadnego utworu od FM, więc puściłem sobie kilka najczęściej odtwarzanych singli na YT. I okazało się, że oczywiście znam taki Everywhere. Nawet nie wiedziałem, że to Fleetwood Mac. Co do Isn’t It Midnight – rzetelny kawałek eitisowej muzyki. Tą eitisowość słychać każdej sekundy. Nie ma zaskoczenia w żadnym momencie, choć nie jest to też żadnym zarzutem. Utwór dosyć melodyjny, motoryczny, lekko brzmiący. Wszystko jest ok z wyjątkiem jednego – nie porywa mnie to. Nie moja banieczka. Oczywiście jak leci to nie przełączę, nawet nogą potupię, ale żebym chciał z własnej woli takiej muzyki słuchać, to niekoniecznie. Nie czuję niestety zainteresowania.
Roxy Music - Jealous Guy
Nie czuję też zainteresowania Roxy Music. Co prawda Avalon raczej chwaliłem z tego co pamiętam, ale pamiętam też, że kiedyś RM bardzo nie lubiłem. Wszystko co słyszałem gdzieś w eterze mnie odrzucało. Tutaj mogę napisać w sumie to samo co w przypadku Fleetwood Mac. Rzetelne to, wykonane na dobrym poziomie ale serca nie porusza ni cholery. Czuję kompletną obojętność. Tym bardziej, że to cover utworu Lennona. A ja ani Beatlesów ani solowych poczynań członków zespołu nie lubiłem i nie lubię. Pewnie co niektórych też zadziwię, ale nie przepadam też za wokalem Ferry’ego.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Słowa uznania dla Mentosa za powroty do wykonawcy poznanego podczas tej zabawy, bo jednak nie da się ukryć, ze mało kto do czyichś wrzutek wraca (z wyjątkiem mnie ofc). Zazwyczaj kończy się jedynie na szumnych zapowiedziach. Ale wróćmy do Juicy. Biggi „na wokalu” jak zwykle rewelacyjny. To jest chyba najlepszy głos w hip-hopie jaki dane mi było słyszeć. Sam utwór jednak, mimo iż rzetelny, nie ma nawet startu do większości numerów z Life After Death. Kiedyś nawet sprawdzałem ten pierwszy album Biggiego, ale się jakoś nie wkręciłem. To jednak nie ta sama półka co jego następca. Mimo wszystko jest dosyć dobrze z wyjątkiem refrenu śpiewanego damskim głosem, który nie tylko mi się nie podoba, ale nawet przeszkadza.
Znam dwa utwory Moloko, z których jeden jest powiedzmy w miarę ok, a drugi mnie zawsze strasznie irytował. Pamiętam też, że nie lubiłem zbytnio głosu wokalistki tego zespołu. I w utworze Ten Miles High jej wokal też wypada w sumie najsłabiej. Po prostu nie pasuje mi barwa jej głosu. Brzmienie utworu jest spoko. Dobry początek. Fajna syntezatorowa zagrywka plus uderzenia w klawisz. Potem powoli dochodzą inne dźwięki, pojawia się miejscami bit. Taki dosyć taneczny, choć może bardziej pasowałby jakiś surowszy w brzmieniu. Melodia też jak najbardziej na plus. W ogóle całkiem przemyślana kompozycja. Wszystko się ładnie zgrywa ze sobą bez efektu jakiegoś przeładowania. Dobry utwór.
David Bowie – New Angels of Promise
Bowie to naprawdę barwna postać. Dzięki tej bestce go tak naprawdę lepiej poznałem od muzycznej strony, choć mam jeszcze sporo do nadrobienia. Zawsze go w niewytłumaczalny sposób lubiłem, choć nie słuchałem. Dorobił się sporej dyskografii. Jego muzyka ulegała sporym ewolucjom. Nie wszystko od Bowiego mi się podoba. Zdążyłem zauważyć, że nie bardzo podchodzi mi jego wczesna rockowa twórczość. Za to od lat 90’ to już jest coś, co mnie zainteresowało. Jeszcze nie znam akurat albumu Hours, ale się nadrobi.
Na początku kręciłem trochę nosem na NAoP. Myślałem w ogóle, że to coś wcześniejszego. Bo rzeczywiście to dosyć rockowy utwór, ale szybko się przegryzło. W ogóle jak zobaczyłem te filmiki z gry, to czułem się oczarowany. Ta prastara grafika, uroczo kanciaste lokacje, samochody wyglądające bardziej jak grudki ziemi niż auta. I w tle ta nuta. Już zawsze będę ten utwór kojarzył z Omikronem mimo, iż w tą grę nie grałem. Niemniej NEoP to naprawdę zgrabny utwór. Bardzo dobrze brzmi gitara, bas i perkusja. No i wokal Davida zawsze daje radę. Plus świetny, azjatycko brzmiący początek i zakończenie utworu.
Fleetwood Mac - Isn't It Midnight
Nie byłem w stanie wymienić żadnego utworu od FM, więc puściłem sobie kilka najczęściej odtwarzanych singli na YT. I okazało się, że oczywiście znam taki Everywhere. Nawet nie wiedziałem, że to Fleetwood Mac. Co do Isn’t It Midnight – rzetelny kawałek eitisowej muzyki. Tą eitisowość słychać każdej sekundy. Nie ma zaskoczenia w żadnym momencie, choć nie jest to też żadnym zarzutem. Utwór dosyć melodyjny, motoryczny, lekko brzmiący. Wszystko jest ok z wyjątkiem jednego – nie porywa mnie to. Nie moja banieczka. Oczywiście jak leci to nie przełączę, nawet nogą potupię, ale żebym chciał z własnej woli takiej muzyki słuchać, to niekoniecznie. Nie czuję niestety zainteresowania.
Roxy Music - Jealous Guy
Nie czuję też zainteresowania Roxy Music. Co prawda Avalon raczej chwaliłem z tego co pamiętam, ale pamiętam też, że kiedyś RM bardzo nie lubiłem. Wszystko co słyszałem gdzieś w eterze mnie odrzucało. Tutaj mogę napisać w sumie to samo co w przypadku Fleetwood Mac. Rzetelne to, wykonane na dobrym poziomie ale serca nie porusza ni cholery. Czuję kompletną obojętność. Tym bardziej, że to cover utworu Lennona. A ja ani Beatlesów ani solowych poczynań członków zespołu nie lubiłem i nie lubię. Pewnie co niektórych też zadziwię, ale nie przepadam też za wokalem Ferry’ego.
The Notorious B.I.G. - Juicy
Słowa uznania dla Mentosa za powroty do wykonawcy poznanego podczas tej zabawy, bo jednak nie da się ukryć, ze mało kto do czyichś wrzutek wraca (z wyjątkiem mnie ofc). Zazwyczaj kończy się jedynie na szumnych zapowiedziach. Ale wróćmy do Juicy. Biggi „na wokalu” jak zwykle rewelacyjny. To jest chyba najlepszy głos w hip-hopie jaki dane mi było słyszeć. Sam utwór jednak, mimo iż rzetelny, nie ma nawet startu do większości numerów z Life After Death. Kiedyś nawet sprawdzałem ten pierwszy album Biggiego, ale się jakoś nie wkręciłem. To jednak nie ta sama półka co jego następca. Mimo wszystko jest dosyć dobrze z wyjątkiem refrenu śpiewanego damskim głosem, który nie tylko mi się nie podoba, ale nawet przeszkadza.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To nawet nie jest moja wrzuta ale oczy mam jak 5 zeta czytając te recki Juicy xD
Zawsze uważałem - i zdania nie zmieniam - że Life After Death choć dopieszczone i bardzo dobre całościowo nigdy nie miało podjazdu jeśli chodzi o przeboje na singlach do debiutu a tu kurde czytam że no RZETELNE
Zawsze uważałem - i zdania nie zmieniam - że Life After Death choć dopieszczone i bardzo dobre całościowo nigdy nie miało podjazdu jeśli chodzi o przeboje na singlach do debiutu a tu kurde czytam że no RZETELNE
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup