Best of Forum VII
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum VII
Jacek, żadna zmarnowa szansa. Uwielbiam Clinta od tak wielu lat, że nie wrzucenie go tutaj byłoby sporym nietaktem. A od kiedy dopuszczalne są duble, to wciąż jest miejsce dla innych utworów.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja zawsze może wrócić z Gorylami.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ładne mid zesrańsko Jacy, na zmianę pogody znane zjawisko
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
że
co
co
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A podobno
Dragon pisze:12 kwie 2025 14:59ej nie każda odpowiedź to jest zesranie, proszę nie robić tu Hiena kolejnego
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zmieńmy może nazwę tej zabawy na BEST OF KAŁ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
END CZIKEN
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No to był trochę kijowy czas w mejnstrimie więc co poradzę, ogólnie spsuło sie od tamtej pory i w ogóle KIEDYŚ TO BYŁO
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Cóż, nie wrzuciłem tego kawałka jako przedstawiciela mainstreamu czy rzeczy do słuchania podczas siusiania, więc zachowam tę płytką opinię w serduszku. Zesranie nie-zesranie, myślałem że wyczulenie na kontekst i jakieś elementarne zapoznanie po 150+ kolejkach wejdzie w krew.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nawet jeśli ten numer traktuje o czymś istotnym to nasze doświadczenia z Gagą różnią się o 180 stopni, nie lubiłem i NIESTETY ale nadal nie lubię tamtej Gagi. Bywa w bestce i tak nieraz że bardziej osobiste wrzuty zbierają cięgi, co zrobić
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ten edgy sekator potem był zbędny 
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Chet Faker Melt
Cóż po tym tercecie? Całkiem ładny fletowo/melotrono przerywnik, ale poza tym solidny średni standard nie do rozróżnienia z poprzednimi wrzutkami. Kolejny luzak do słuchania bez większej wczuty. Te oszczędne łamańce rytmiczne niezłe, ale w tym synthowym sosie niekoniecznie. R&B z puchy godne Radia Ram, trzeci track ze swoistej ichniejszej kompilacji jackowej w tym woluminie bestkowym. Wokalnie bez ikry, wciąż, a klimatycznie na lekkiej wielkomiejskiej przebieżce. Zblazowanie w takim mało wzajemnie odczuwalnym sosie. Gościnka faktycznie równie mocno bez wyrazu, jakby dla samego rozróżnienia i większego dziania się. Zasłyszane przy okazji miejskiego tuptania nie zaszkodzi. Poza tym czas na coś innego.
Gorillaz Clint Eastwood
Z Gorillaz nie jest tak źle o tyle, że na Demon Days jest wiele więcej udanych kawałków. Nie zasługuje na miano dostarczyciela jednego bangera. W refrenie jest coś przyciągającego, przyjemny klimacik. Brzmi znajomo, choć akurat pamiętałbym częstsze świadomie odsłuchy, a raczej ich nie było. Nie czuję podjarki shodanowej głosem pana nawijacza, ot dla mnie raczej zwyczajne zwrotki. Całość nawet z lekka jest dość nużąca, wisi na wyraźnym kontraście, ale on mnie kompletnie nie robi. W przeszłości bez pamiętnego pierwszego kontaktu (co innego z Feel Good Inc), teraz bez szczerej zajawy. W kategorii tytuł Clint Eastwood wolę numer Słonia, choć też nie wracam za często. Endżjoj jak endżoj, dla mnie przespany. Po kilku odsłuchach wciąż jestem niedobudzony.
Centrozoon Pop Killer
Na Bownessa mogę już reagować alergicznie. Tu trochę bardziej klubowo, tam za to jakieś elektropopy z rozpustną produkcją, a za rogiem czai się pastelowy liryczny rock. Wszystko zaśpiewane tak samo, ciągle te same emocje, na delikatnym zaśpiewie to co najwyżej jakieś szepty czy bardziej abstrakcyjne partie czy metrum co najwyżej pomoże. Przynajmniej aranż zaskoczył za kolejnym razem. Ma coś w sobie z elektroniki do gier arcade czy współcześnie dziejących się fabuł z otwartym światem. Klimatyczna, dość tajemnicza, nawet te gitaropodobne dźwięki są spoko. Plejada nazwisk, które całkiem nieźle kojarzę. Reuter i pan Bernhard wydają w stajni Iana Boddy'ego, a to już blisko ARC, Redshift... Zapiszę sobie którąś z płyt w wybranej konfiguracji na nocne ewaporacje. Nabrać się na dziesiąty worek z tym samym miauczącym kotem wykluczone, ale końcowe wrażenie singlowe? W porządku.
Eno/Hyde To Us All
Taka przyjemniejsza wariacja nt. Edgeland. Tam pierwsze deszcze, a tu pierwsze przebłyski słońca w dobrze skrojonym parku. Wraz z wjazdem wokalu robi się aż za bardzo dziadziusiowo, ale jednocześnie wciąż czuć takie enowskie uporządkowanie, spójność. Nie wiem jak z jego późniejszymi projektami, bo nie zaglądam wszędzie, ale tu jest całkiem znośnie. Przyjemny bezpieczny standard, lekko kliszowy. Dziwne, że kończy płytę, bo w oderwaniu brzmi bardziej jak przerywnik, zdarza się.
Primus Scissor Man
Niezły pomysł na potencjalne duble związane z Drums and Wires heh Seba wspomniał o XTC, po pierwszym odsłuchu słuchacz sprawdza... i w sumie... jakoś szczególnie nie ma za dużej różnicy w porównaniu z oryginałem. Kompletnie nie znam tego zespołu, nie wiem czego mógłbym się dalej spodziewać. Ten wykon całkiem spoko. Dalsze perkusyjne zabawy o charakterze lekkiej improwizacji też ujdą, bo to po prostu dobry numer. Odegrany względnie od linijki nie traci walorów, można tylko zapytać o potrzebę nagrania tego w takiej formie. Czasem myślę o RYMie wciąż jak o podstawowym źródle poszukiwań, choć teraz przy znacznie bardziej ograniczonej skali, dostępnym czasie, a przede wszystkim chęciach to już zupełnie nie to samo co w sezonach pandemicznych, chwilę przed i po... ale próba przebicia się przez EjSiDiSi, szacunek.
Cóż po tym tercecie? Całkiem ładny fletowo/melotrono przerywnik, ale poza tym solidny średni standard nie do rozróżnienia z poprzednimi wrzutkami. Kolejny luzak do słuchania bez większej wczuty. Te oszczędne łamańce rytmiczne niezłe, ale w tym synthowym sosie niekoniecznie. R&B z puchy godne Radia Ram, trzeci track ze swoistej ichniejszej kompilacji jackowej w tym woluminie bestkowym. Wokalnie bez ikry, wciąż, a klimatycznie na lekkiej wielkomiejskiej przebieżce. Zblazowanie w takim mało wzajemnie odczuwalnym sosie. Gościnka faktycznie równie mocno bez wyrazu, jakby dla samego rozróżnienia i większego dziania się. Zasłyszane przy okazji miejskiego tuptania nie zaszkodzi. Poza tym czas na coś innego.
Gorillaz Clint Eastwood
Z Gorillaz nie jest tak źle o tyle, że na Demon Days jest wiele więcej udanych kawałków. Nie zasługuje na miano dostarczyciela jednego bangera. W refrenie jest coś przyciągającego, przyjemny klimacik. Brzmi znajomo, choć akurat pamiętałbym częstsze świadomie odsłuchy, a raczej ich nie było. Nie czuję podjarki shodanowej głosem pana nawijacza, ot dla mnie raczej zwyczajne zwrotki. Całość nawet z lekka jest dość nużąca, wisi na wyraźnym kontraście, ale on mnie kompletnie nie robi. W przeszłości bez pamiętnego pierwszego kontaktu (co innego z Feel Good Inc), teraz bez szczerej zajawy. W kategorii tytuł Clint Eastwood wolę numer Słonia, choć też nie wracam za często. Endżjoj jak endżoj, dla mnie przespany. Po kilku odsłuchach wciąż jestem niedobudzony.
Centrozoon Pop Killer
Na Bownessa mogę już reagować alergicznie. Tu trochę bardziej klubowo, tam za to jakieś elektropopy z rozpustną produkcją, a za rogiem czai się pastelowy liryczny rock. Wszystko zaśpiewane tak samo, ciągle te same emocje, na delikatnym zaśpiewie to co najwyżej jakieś szepty czy bardziej abstrakcyjne partie czy metrum co najwyżej pomoże. Przynajmniej aranż zaskoczył za kolejnym razem. Ma coś w sobie z elektroniki do gier arcade czy współcześnie dziejących się fabuł z otwartym światem. Klimatyczna, dość tajemnicza, nawet te gitaropodobne dźwięki są spoko. Plejada nazwisk, które całkiem nieźle kojarzę. Reuter i pan Bernhard wydają w stajni Iana Boddy'ego, a to już blisko ARC, Redshift... Zapiszę sobie którąś z płyt w wybranej konfiguracji na nocne ewaporacje. Nabrać się na dziesiąty worek z tym samym miauczącym kotem wykluczone, ale końcowe wrażenie singlowe? W porządku.
Eno/Hyde To Us All
Taka przyjemniejsza wariacja nt. Edgeland. Tam pierwsze deszcze, a tu pierwsze przebłyski słońca w dobrze skrojonym parku. Wraz z wjazdem wokalu robi się aż za bardzo dziadziusiowo, ale jednocześnie wciąż czuć takie enowskie uporządkowanie, spójność. Nie wiem jak z jego późniejszymi projektami, bo nie zaglądam wszędzie, ale tu jest całkiem znośnie. Przyjemny bezpieczny standard, lekko kliszowy. Dziwne, że kończy płytę, bo w oderwaniu brzmi bardziej jak przerywnik, zdarza się.
Primus Scissor Man
Niezły pomysł na potencjalne duble związane z Drums and Wires heh Seba wspomniał o XTC, po pierwszym odsłuchu słuchacz sprawdza... i w sumie... jakoś szczególnie nie ma za dużej różnicy w porównaniu z oryginałem. Kompletnie nie znam tego zespołu, nie wiem czego mógłbym się dalej spodziewać. Ten wykon całkiem spoko. Dalsze perkusyjne zabawy o charakterze lekkiej improwizacji też ujdą, bo to po prostu dobry numer. Odegrany względnie od linijki nie traci walorów, można tylko zapytać o potrzebę nagrania tego w takiej formie. Czasem myślę o RYMie wciąż jak o podstawowym źródle poszukiwań, choć teraz przy znacznie bardziej ograniczonej skali, dostępnym czasie, a przede wszystkim chęciach to już zupełnie nie to samo co w sezonach pandemicznych, chwilę przed i po... ale próba przebicia się przez EjSiDiSi, szacunek.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Chet Faker feat. Kilo Kish – Melt
Jak dla mnie to Jacek może te klimaty ciągnąć nawet do końca rundy. Bo mi zwyczajnie pasują. Trzeci z rzędu utwór z Fakerem na wokalu. I ten wokal też mi bardzo pasuje. Dodatkowo gościnnie mamy tu ładny damski głos. Lubię utwory utrzymane w takim nieśpiesznym tempie. Dobra melodia, fajny melotron i klawisze w tle. Bardzo dobrze w ogóle ten utwór brzmi. Ja już sam z siebie zacząłem ostatnio sprawdzać te murzyńsko-australijskie wynalazki muzyczne i wygląda to całkiem obiecująco. I nie zamierzam odpuszczać, bo sporo dobroci się trafia.
Centrozoon - Pop Killer
Ooo jak na wokalu występuje Tim Bowness, to nie może być źle. Przy pierwszym odsłuchu byłem nieźle zaskoczony, bo opis przeczytałem dopiero potem. Czasami mnie naprawdę dziwi w ilu różnych projektach muzycznych niektórzy muzycy potrafią się udzielać. I w przypadku Bownessa jest tu mowa nawet o kilku nie piosenkach a wręcz całych płytach z Centrozoon. Muszę sobie to zapisać do sprawdzenia, bo nuta jest całkiem fajna. Dobre elektroniczne brzmienia zawsze mnie przyciągają, a do tego głos Tima działa na mnie jak balsam.
Eno/Hyde - To Us All
Z początku tak się może trochę nawet nudziłem. Nie zwróciłem też uwagi na wiosenny klimat utworu. Dopiero jak przeczytałem opis Deva to pomyślałem, że ten wiosenny klimat właściwie rzeczywiście tam jest. Czasami człowiek czegoś słucha zwyczajnie bez odpowiedniego nastawienia, w nieodpowiedni sposób. Przy sporządzaniu sałatki z kurczakiem w pochmurny dzień lub słuchaniu wieczorem to nie działało jak trzeba. Odsłuchiwane w pogodne popołudnie na ogrodzie w hamaku już sprawdzało się dużo lepiej. Prosta w sumie melodia i dosyć krótka. Słychać kilka rodzajów gitar. I właściwie całkiem przyjemna to miniaturka. Może nawet na próbę liznę ten album, który zachwalał Dev?
Lady Gaga – Paparazzi
Lubię Lady Gagę i już. A najbardziej właśnie album The Fame, z którego pochodzi Paparazzi. Jest tam jeszcze parę innych kilerów prawdę mówiąc. Paparazzi to jest przykład utworu, gdzie sama melodia po prostu przykuwa uwagę słuchacza. Jest zwyczajnie bardzo dobra i niezwykle chwytliwa. Szczególnie rewelacyjny refren. Do tego brzmienie jakie lubię. Wszystko się zgadza. Bardzo dobry, radiowy numer, który się z czasem wcale nie chce znudzić. Bardzo lubię też głos Gagi. No jestem po prostu fanem tej pani od jakiegoś czasu i złego słowa o niej nie powiem.
Primus - Scissor Man
Zdziwiłem się, że to cover zespołu XTC, bo mimo, iż jakoś przesadnie mojego serca w albumówce nie podbili, to pamiętam ich jednak z dużo lepszej strony. Ten utwór jest dla mnie dosyć irytujący. Przesłuchałem również oryginał w wykonaniu XTC w nadziei, że jest lepszy, ale nie jest. Kompletnie nie moja bajka niestety. Nie moje brzmienie. Już Mentos kilka razy wrzucał rzeczy z podobnego kręgu i zawsze się odbijałem. Strasznie denerwuje mnie tu wokalista, szczególnie jak - chyba w refrenie - uparcie… miauczy. Takie granie na gitarach mi też nie pasuje. Sama konwencja utworu mi nie pasuje. Po prostu wszystko mi tu nie pasuje i nic z tym nie zrobię. Wracam do australijskich brzmień i Gagi.
Jak dla mnie to Jacek może te klimaty ciągnąć nawet do końca rundy. Bo mi zwyczajnie pasują. Trzeci z rzędu utwór z Fakerem na wokalu. I ten wokal też mi bardzo pasuje. Dodatkowo gościnnie mamy tu ładny damski głos. Lubię utwory utrzymane w takim nieśpiesznym tempie. Dobra melodia, fajny melotron i klawisze w tle. Bardzo dobrze w ogóle ten utwór brzmi. Ja już sam z siebie zacząłem ostatnio sprawdzać te murzyńsko-australijskie wynalazki muzyczne i wygląda to całkiem obiecująco. I nie zamierzam odpuszczać, bo sporo dobroci się trafia.
Centrozoon - Pop Killer
Ooo jak na wokalu występuje Tim Bowness, to nie może być źle. Przy pierwszym odsłuchu byłem nieźle zaskoczony, bo opis przeczytałem dopiero potem. Czasami mnie naprawdę dziwi w ilu różnych projektach muzycznych niektórzy muzycy potrafią się udzielać. I w przypadku Bownessa jest tu mowa nawet o kilku nie piosenkach a wręcz całych płytach z Centrozoon. Muszę sobie to zapisać do sprawdzenia, bo nuta jest całkiem fajna. Dobre elektroniczne brzmienia zawsze mnie przyciągają, a do tego głos Tima działa na mnie jak balsam.
Eno/Hyde - To Us All
Z początku tak się może trochę nawet nudziłem. Nie zwróciłem też uwagi na wiosenny klimat utworu. Dopiero jak przeczytałem opis Deva to pomyślałem, że ten wiosenny klimat właściwie rzeczywiście tam jest. Czasami człowiek czegoś słucha zwyczajnie bez odpowiedniego nastawienia, w nieodpowiedni sposób. Przy sporządzaniu sałatki z kurczakiem w pochmurny dzień lub słuchaniu wieczorem to nie działało jak trzeba. Odsłuchiwane w pogodne popołudnie na ogrodzie w hamaku już sprawdzało się dużo lepiej. Prosta w sumie melodia i dosyć krótka. Słychać kilka rodzajów gitar. I właściwie całkiem przyjemna to miniaturka. Może nawet na próbę liznę ten album, który zachwalał Dev?
Lady Gaga – Paparazzi
Lubię Lady Gagę i już. A najbardziej właśnie album The Fame, z którego pochodzi Paparazzi. Jest tam jeszcze parę innych kilerów prawdę mówiąc. Paparazzi to jest przykład utworu, gdzie sama melodia po prostu przykuwa uwagę słuchacza. Jest zwyczajnie bardzo dobra i niezwykle chwytliwa. Szczególnie rewelacyjny refren. Do tego brzmienie jakie lubię. Wszystko się zgadza. Bardzo dobry, radiowy numer, który się z czasem wcale nie chce znudzić. Bardzo lubię też głos Gagi. No jestem po prostu fanem tej pani od jakiegoś czasu i złego słowa o niej nie powiem.
Primus - Scissor Man
Zdziwiłem się, że to cover zespołu XTC, bo mimo, iż jakoś przesadnie mojego serca w albumówce nie podbili, to pamiętam ich jednak z dużo lepszej strony. Ten utwór jest dla mnie dosyć irytujący. Przesłuchałem również oryginał w wykonaniu XTC w nadziei, że jest lepszy, ale nie jest. Kompletnie nie moja bajka niestety. Nie moje brzmienie. Już Mentos kilka razy wrzucał rzeczy z podobnego kręgu i zawsze się odbijałem. Strasznie denerwuje mnie tu wokalista, szczególnie jak - chyba w refrenie - uparcie… miauczy. Takie granie na gitarach mi też nie pasuje. Sama konwencja utworu mi nie pasuje. Po prostu wszystko mi tu nie pasuje i nic z tym nie zrobię. Wracam do australijskich brzmień i Gagi.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Chet Faker po raz trzeci + Kilo Kish - Melt
Ciekawa sprawa, że Munlup propsuje te hipsteryzmy, a mnie już na tym etapie trochę męczą. Możliwym jednak jest, że zwyczajnie mam dosyć wszelkich "zakochanych klimatów". Bowiem ten numer w dobrym settingu - tak podejrzewam - wszedłby mi jak złoto, właściwie nie mogę się do czegoś BARDZO przypierdolić, brzmienia może nieco chamskie faktycznie, ale zmysłowość stwierdzono. Zwyczajnie moje życie romantyczne umarło, trup leży na kanapie i zaczyna ostro ciupciać, a ja jakoś nie mogę się zebrać na jego ostateczne pogrzebanie w ziemi (co niedługo i tak nastąpi). Faker w ogóle brzmi tutaj trochę jak Yannis Philippakis z Foals, totalnie potrafię sobie wyobrazić cover tego numeru w ich wykonaniu, pewnie pomyliłbym go z jakimś alternate mixem czy coś w tym stylu. Niemniej jednak meham.
Gorillaz - Clint Eastwood
Z Gorillaz najfajniejszą rzeczą jest "historia powstania" tego zespołu. Albarn spoko, bo lubię pojedyncze numery Blur (tylko nie Song 2, mam hehe złe skojarzenia), resztę znam piąte przez dziesiąte. Ciekawa jest moja relacja z tym bandem, ponieważ ja wiedziałem, że coś takiego powstało i że jest popularne, nawet widywałem klipy na stacjach muzycznych, ale... nie słyszałem muzyki. Jak to możliwe? Ponieważ przypadło to na okres, kiedy maniakalnie oglądałem teledyski różnorakie w TV ale słuchałem eee własnej muzyki z empetrójki a wcześniej discmana. Lekko schizofreniczne doświadczenie, ale polecam. Wracając - dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że Feel Good Inc. to ten numer, który słyszałem już setki razy, ale nie miałem pojęcia, kto go wykonuje. Tbh podobnie mam teraz - pierwszy raz w życiu słyszę ten numer WIEDZĄC, że to Gorillaz, po tak poza tym to słyszałem go pierdylion razy. Co mam do powiedzenia... lajtowe bardzo, nie mam pojęcia, co ma piosenka wspólnego ze swoim tytułem, ale nieważne. W sam raz do powolnej jazdy na rowerze przez jakąś "neighbourhood" wziętą żywcem z planszy Neighbourhood z gry Re-volt (dobra gra była, szkoda, że nie da się jej nigdzie legalnie kupić na tym etapie). Trochę trip-hopu, trochę alternatywy, gites majonez.
Centrozoon - Pop Killer
Kurde, pamiętam historię z pomysłem na cover tego numeru i pamiętam sam numer lol, Munlup ewidentnie mi go wcześniej suflował. Bardzo fajna piosenka, Bowness w specyficznym entourage, trochę tak, jakby nagrał coś z Schillerem (mam nadzieję, że nie obrażam teraz Tymoteusza). Ma w sobie coś z wczesnej wiosny, więc myślę, iż perfekcyjnie by mi siadł pod koniec marca, względnie w pierwszych dniach kwietnia - jeszcze deszczowych i zimnych, ale już z jakąś tam zielenią manifestującą się na chęchach i drzewkach. Akurat taki entourage miałem w bodaj przedostatni dzień w Tokio, jak pojechałem na wyspę Toyosu, która ma przez swój charakter bardzo filmowy, cóż, charakter (odrobina flory, równiutkie i zabudowane po niebiosa nabrzeża, wielkie estakady dla śmiesznych pociągów). Prostota muzyczna, czilera utopia i... zero Frippa (tzn. no wiadomo, że zero Frippa, ale nawet jakoś z obecnych tam gitar nie mogę wyciągnąć jego ducha... może potrzebuję więcej odsłuchań). Bardzo dobra piosenka, jaram się!
Laga Dyga - Paparazzi
Słuchało się, słuchało... Choć muszę też nadmienić, że piosenka o następcy Pana Jawła zawsze siadała mi najmniej. Dziś jest nieco lepiej, wtedy dawno temu myślałem sobie, że na tle pozostałych jej singli Papa Razzi jest po prostu blady, gdzie temu do Poker Face czy choćby Just Dance (które uwielbiam do dziś). Gaga wydawała mi się wówczas jedną z pierdyliona popowych gwiazdek, które po prostu tworzą jakieś tam hiciorki, o których za 10 lat nikt nie będzie pamiętał. Byłem, rzecz jasna, w błędzie, karierę zrobiła srogą, muzykę robi jeszcze sroższą, Abracadabra jest fantastyczna i tyle. Dużo lepiej się słucha Papy Razziego po czasie z lepszym backgroundem i lepszym zrozumieniem tekstu. Propsuję, bardzo fajny numer od naprawdę świetnej artystki. Smoku niby zarąbał klasykiem, ale to taki klasyk, co się człowiekowi nie nudzi (w przeciwieństwie do całej tony Endżojów). Git gud.
XTC, znaczy, Primus - Scissor Man
Kurde, aż sobie musiałem oryginał odświeżyć. Głównie po to, aby stwierdzić, że ten cover jest... lepszy xD znaczy, ok, znawca XTC ze mnie żaden, gdyby nie Hien i jego wrzutka albumowa to pewnie byłbym dziś kompletnie zielony, ale trochę mi wstyd, bo Drums and Wires to jednak kompletna klasyka jeśli chodzi o ejtisy (prawie, bo to 1979, ale z jakiegoś powodu często się to w poczet "długich ejtisów" zalicza) i wstyd tego nie znać. Podoba mi się lekkość tego numeru, tzn. tej wersji, daje lepsze wrażenie bycia nagranym "na setkę" niż samo XTC. I ma bardziej psychodeliczny sznyt. Zwłaszcza, jak dołoży się do tego okładeczkę (gdzie Miętus zdecydowanie mruga do mnie okiem z tą katakaną... a może to hiragana? Nie, to musi być katakana plus ze dwa znaki kanji), no to już w ogóle się ze sobą wszystko ładnie łączy. Pokręcony jest ten kawałek jak diabli, ale tak nie do końca do docenienia w pełni na trzeźwo. Względnie do jazdy rowerem, która kończy się ucieczką do rowu. Bauhaus też jest gdzieś blisko... Dobre to, dużo dobre!
Ciekawa sprawa, że Munlup propsuje te hipsteryzmy, a mnie już na tym etapie trochę męczą. Możliwym jednak jest, że zwyczajnie mam dosyć wszelkich "zakochanych klimatów". Bowiem ten numer w dobrym settingu - tak podejrzewam - wszedłby mi jak złoto, właściwie nie mogę się do czegoś BARDZO przypierdolić, brzmienia może nieco chamskie faktycznie, ale zmysłowość stwierdzono. Zwyczajnie moje życie romantyczne umarło, trup leży na kanapie i zaczyna ostro ciupciać, a ja jakoś nie mogę się zebrać na jego ostateczne pogrzebanie w ziemi (co niedługo i tak nastąpi). Faker w ogóle brzmi tutaj trochę jak Yannis Philippakis z Foals, totalnie potrafię sobie wyobrazić cover tego numeru w ich wykonaniu, pewnie pomyliłbym go z jakimś alternate mixem czy coś w tym stylu. Niemniej jednak meham.
Gorillaz - Clint Eastwood
Z Gorillaz najfajniejszą rzeczą jest "historia powstania" tego zespołu. Albarn spoko, bo lubię pojedyncze numery Blur (tylko nie Song 2, mam hehe złe skojarzenia), resztę znam piąte przez dziesiąte. Ciekawa jest moja relacja z tym bandem, ponieważ ja wiedziałem, że coś takiego powstało i że jest popularne, nawet widywałem klipy na stacjach muzycznych, ale... nie słyszałem muzyki. Jak to możliwe? Ponieważ przypadło to na okres, kiedy maniakalnie oglądałem teledyski różnorakie w TV ale słuchałem eee własnej muzyki z empetrójki a wcześniej discmana. Lekko schizofreniczne doświadczenie, ale polecam. Wracając - dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że Feel Good Inc. to ten numer, który słyszałem już setki razy, ale nie miałem pojęcia, kto go wykonuje. Tbh podobnie mam teraz - pierwszy raz w życiu słyszę ten numer WIEDZĄC, że to Gorillaz, po tak poza tym to słyszałem go pierdylion razy. Co mam do powiedzenia... lajtowe bardzo, nie mam pojęcia, co ma piosenka wspólnego ze swoim tytułem, ale nieważne. W sam raz do powolnej jazdy na rowerze przez jakąś "neighbourhood" wziętą żywcem z planszy Neighbourhood z gry Re-volt (dobra gra była, szkoda, że nie da się jej nigdzie legalnie kupić na tym etapie). Trochę trip-hopu, trochę alternatywy, gites majonez.
Centrozoon - Pop Killer
Kurde, pamiętam historię z pomysłem na cover tego numeru i pamiętam sam numer lol, Munlup ewidentnie mi go wcześniej suflował. Bardzo fajna piosenka, Bowness w specyficznym entourage, trochę tak, jakby nagrał coś z Schillerem (mam nadzieję, że nie obrażam teraz Tymoteusza). Ma w sobie coś z wczesnej wiosny, więc myślę, iż perfekcyjnie by mi siadł pod koniec marca, względnie w pierwszych dniach kwietnia - jeszcze deszczowych i zimnych, ale już z jakąś tam zielenią manifestującą się na chęchach i drzewkach. Akurat taki entourage miałem w bodaj przedostatni dzień w Tokio, jak pojechałem na wyspę Toyosu, która ma przez swój charakter bardzo filmowy, cóż, charakter (odrobina flory, równiutkie i zabudowane po niebiosa nabrzeża, wielkie estakady dla śmiesznych pociągów). Prostota muzyczna, czilera utopia i... zero Frippa (tzn. no wiadomo, że zero Frippa, ale nawet jakoś z obecnych tam gitar nie mogę wyciągnąć jego ducha... może potrzebuję więcej odsłuchań). Bardzo dobra piosenka, jaram się!
Laga Dyga - Paparazzi
Słuchało się, słuchało... Choć muszę też nadmienić, że piosenka o następcy Pana Jawła zawsze siadała mi najmniej. Dziś jest nieco lepiej, wtedy dawno temu myślałem sobie, że na tle pozostałych jej singli Papa Razzi jest po prostu blady, gdzie temu do Poker Face czy choćby Just Dance (które uwielbiam do dziś). Gaga wydawała mi się wówczas jedną z pierdyliona popowych gwiazdek, które po prostu tworzą jakieś tam hiciorki, o których za 10 lat nikt nie będzie pamiętał. Byłem, rzecz jasna, w błędzie, karierę zrobiła srogą, muzykę robi jeszcze sroższą, Abracadabra jest fantastyczna i tyle. Dużo lepiej się słucha Papy Razziego po czasie z lepszym backgroundem i lepszym zrozumieniem tekstu. Propsuję, bardzo fajny numer od naprawdę świetnej artystki. Smoku niby zarąbał klasykiem, ale to taki klasyk, co się człowiekowi nie nudzi (w przeciwieństwie do całej tony Endżojów). Git gud.
XTC, znaczy, Primus - Scissor Man
Kurde, aż sobie musiałem oryginał odświeżyć. Głównie po to, aby stwierdzić, że ten cover jest... lepszy xD znaczy, ok, znawca XTC ze mnie żaden, gdyby nie Hien i jego wrzutka albumowa to pewnie byłbym dziś kompletnie zielony, ale trochę mi wstyd, bo Drums and Wires to jednak kompletna klasyka jeśli chodzi o ejtisy (prawie, bo to 1979, ale z jakiegoś powodu często się to w poczet "długich ejtisów" zalicza) i wstyd tego nie znać. Podoba mi się lekkość tego numeru, tzn. tej wersji, daje lepsze wrażenie bycia nagranym "na setkę" niż samo XTC. I ma bardziej psychodeliczny sznyt. Zwłaszcza, jak dołoży się do tego okładeczkę (gdzie Miętus zdecydowanie mruga do mnie okiem z tą katakaną... a może to hiragana? Nie, to musi być katakana plus ze dwa znaki kanji), no to już w ogóle się ze sobą wszystko ładnie łączy. Pokręcony jest ten kawałek jak diabli, ale tak nie do końca do docenienia w pełni na trzeźwo. Względnie do jazdy rowerem, która kończy się ucieczką do rowu. Bauhaus też jest gdzieś blisko... Dobre to, dużo dobre!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt
Od razu napiszę, że też nie pamięam takiej serii, bo niby wrzucałem 3x Suzanne Vegę, ale raz pod innym szyldem i jednak dwie wrzuty dzieliło dobre pół roku, więc to na pewno nie jest podręcznikowy hattrick jak ten murzyńskiego. I ponownie będę tutaj krążyć w kategoriach spoko-rzetelnych, bo z perspektywy niezakochanego Mentosa AD 2025 jest to rzecz tylko i aż dobra. Fajne, przyjemne elektroniczki, może warstwa liryczna faktycznie nie powala, a zwrotka typiary jest najbardziej typową gościnną zwrotką typiary, jaką w życiu słyszałem, ale nie powiem, by mi to jakoś mocno wadziło. Przyjemny vibe, całkiem niewykluczone, że w pewnym momencie ot tak odpali, a nawet jeśli nie, to i tak szanuję. Lekki props.
Gorillaz - Clint Eastwood
Ja akurat Gorillaz znam dość długo, bo jeszcze w okresie licealnym z jakichś przyczyn postanowiłem sprawdzić co to takiego i z czym to się je, o czym mogę napisać nieco szerzej i to nawet szybciej niż się wam wydaje. Lubię i szanuję ten projekt, chociażby za koncept fikcyjnego zespołu z animowanymi awatarami, ale też od lat słucham incydentalnie, raczej nie sprawdzam co tam wydają i co tam u nich. Może powinienem, bo fakt, że w swoim czasie w składzie tego projektu była postać z Atomówek jest dla mnie przynajmniej abstrakcyjny. xd A ten, no, Clint Eastwood to jest jeden z tych śmiesznych kawałków, o których wiem, że są gigaprzebojami, ale nie umiem przyporządkować muzyki do tytułu, co tradycyjnie zwalam na karb mojej głupoty. W tym przypadku nawet sobie to cenię, bo dzięki temu ten kawałek nie zdołał mi się osłuchać i spoko, bo… kurna, jest po prostu bardzo spoko. Niby prosty jak budowa cepa, bo ani ten bit nie jest szczególnie skomplikowany, a melodica jest pomysłem tyle oczywistym, co genialnym, ale mam wrażenie, że to właśnie w tym siła tego kawałka. Niesamowicie BUJA i ma ten mityczny VIBE, a to są rzeczy, których w muzyce szukam. Chyle copkę.
Centrozoon – Pop Killer
Kurczę, dziwne to. Czuję lekki dysonans słysząc Bownessa na tle elektropopowej sieki, bo z reguły to słyszałem go na tle rzeczy z zupełnie innej bajki. Ale nie chcę tu dissować jego wokalu tudzież nań najeżdzać, bo zdecydowanie nie jest to największy mój problem z tym utworem. Znacznie gorszym jest dla mnie to, że warstwa muzyczna jest dla mnie w najlepszym razie poprawna. Ot, taki tam elektropop z lat zerowych, który jest niby okej, ale zupełnie go nie czuję i mnie nie porywa. Nawet konotacje z King Crimson nie pomagają, a tbh to przeszło mi przez głowę, że tu gdzieś może być problem, bo ten cały Markus nie czuje takiej muzyki? A może to kwestia tego, że jakoś nie mam głowy do takiej muzyki w tym momencie? To są pytania, które sobie zadaję, odkładając ten utwór na półkę z napisem POPRAWNE.
Eno/Hyde - To Us All
Karla Hyde kojarzę jakoś tam - chyba był okej, ale też nie pamiętam, bym wracał jakoś szczególnie często i intensywnie. Późny Eno to jakby nie moja bajka, przynajmniej pamiętając te koszmarną wrzutę z pierwszej edycji. Po zsumowaniu powyższych prawdopodobieństwo tego, że będę i tutaj kręcił nosem powinno być relatywnie wysokie, ale primo - muzyka to nie matematyka, secundo - te próbki były zbyt małe, by być szczególnie miarodajne. Ostatecznie więc propsuję, i to bardzo. Jest w tym coś unikalnego, nieuchwytnego, pewnie to zasługa tych miliarda gitar i charakterystycznego brzmienia Eno, przez które ten wspomniany przez Musiała optymizm wybrzmiewa, i to na dodatek bardzo przekonująco. Sekcja wokalna na początku mnie trochę drażniła, bo jest ciut cheesy i powiedzmy, że intensywna, ale po paru odsłuchach zaakceptowałem ją i nie wyobrażam sobie tego utworu bez niej. Bdb rzecz.
Lady Gaga - Paparazzi
Faktycznie śmiesznie się czyta z perspektywy dziada czosnkowego o tym, że komuś Lady Gaga kojarzy się z byciem pacholęciem i tym podobnym. Szczyt popularności Gagi przypada w moim przypadku na okres bycia tzw. młodym dorosłym i tbh mam wrażenie, że laska stała się wszechobecna w momencie, gdy poszedłem do liceum i przestała być w momencie, gdy je zakończyłem. xD Tak, wiem, że nagrywała płyty, grała dla Bidena, występowała w filmach itd., ale mam wrażenie, że już nie miała takiego impactu ani jej nowości nie były tak często grane w radiostacjach. To w sumie ciekawy temat, bo mam wrażenie, że to nawet nie jest kwestia tyle wypalenia się nią, co tego, że jakoś wtedy upowszechniły się social media, streamingi itp. i od tamtej pory ciężko o tak WSZECHOBECNE gwiazdy kultury masowej.
A ten, no, co do kawałka - no buja i jest spoko. Co prawda z singli z debiutu jest jednym z tych słabszych niż lepszych (chyba tylko POKEROWA TWARZ siada mi mniej, ale to może ze względu na jej nadekspozycję w swoim czasie), ale to raczej świadczy lepiej o tamtych utworach niż gorzej o tym. A, i produkcja bardzo spoko, zwłaszcza jak na tamtą epokę. Pozdrawiam i propsuję.
Bardzo fajna kolejka panocki hej.
Od razu napiszę, że też nie pamięam takiej serii, bo niby wrzucałem 3x Suzanne Vegę, ale raz pod innym szyldem i jednak dwie wrzuty dzieliło dobre pół roku, więc to na pewno nie jest podręcznikowy hattrick jak ten murzyńskiego. I ponownie będę tutaj krążyć w kategoriach spoko-rzetelnych, bo z perspektywy niezakochanego Mentosa AD 2025 jest to rzecz tylko i aż dobra. Fajne, przyjemne elektroniczki, może warstwa liryczna faktycznie nie powala, a zwrotka typiary jest najbardziej typową gościnną zwrotką typiary, jaką w życiu słyszałem, ale nie powiem, by mi to jakoś mocno wadziło. Przyjemny vibe, całkiem niewykluczone, że w pewnym momencie ot tak odpali, a nawet jeśli nie, to i tak szanuję. Lekki props.
Gorillaz - Clint Eastwood
Ja akurat Gorillaz znam dość długo, bo jeszcze w okresie licealnym z jakichś przyczyn postanowiłem sprawdzić co to takiego i z czym to się je, o czym mogę napisać nieco szerzej i to nawet szybciej niż się wam wydaje. Lubię i szanuję ten projekt, chociażby za koncept fikcyjnego zespołu z animowanymi awatarami, ale też od lat słucham incydentalnie, raczej nie sprawdzam co tam wydają i co tam u nich. Może powinienem, bo fakt, że w swoim czasie w składzie tego projektu była postać z Atomówek jest dla mnie przynajmniej abstrakcyjny. xd A ten, no, Clint Eastwood to jest jeden z tych śmiesznych kawałków, o których wiem, że są gigaprzebojami, ale nie umiem przyporządkować muzyki do tytułu, co tradycyjnie zwalam na karb mojej głupoty. W tym przypadku nawet sobie to cenię, bo dzięki temu ten kawałek nie zdołał mi się osłuchać i spoko, bo… kurna, jest po prostu bardzo spoko. Niby prosty jak budowa cepa, bo ani ten bit nie jest szczególnie skomplikowany, a melodica jest pomysłem tyle oczywistym, co genialnym, ale mam wrażenie, że to właśnie w tym siła tego kawałka. Niesamowicie BUJA i ma ten mityczny VIBE, a to są rzeczy, których w muzyce szukam. Chyle copkę.
Centrozoon – Pop Killer
Kurczę, dziwne to. Czuję lekki dysonans słysząc Bownessa na tle elektropopowej sieki, bo z reguły to słyszałem go na tle rzeczy z zupełnie innej bajki. Ale nie chcę tu dissować jego wokalu tudzież nań najeżdzać, bo zdecydowanie nie jest to największy mój problem z tym utworem. Znacznie gorszym jest dla mnie to, że warstwa muzyczna jest dla mnie w najlepszym razie poprawna. Ot, taki tam elektropop z lat zerowych, który jest niby okej, ale zupełnie go nie czuję i mnie nie porywa. Nawet konotacje z King Crimson nie pomagają, a tbh to przeszło mi przez głowę, że tu gdzieś może być problem, bo ten cały Markus nie czuje takiej muzyki? A może to kwestia tego, że jakoś nie mam głowy do takiej muzyki w tym momencie? To są pytania, które sobie zadaję, odkładając ten utwór na półkę z napisem POPRAWNE.
Eno/Hyde - To Us All
Karla Hyde kojarzę jakoś tam - chyba był okej, ale też nie pamiętam, bym wracał jakoś szczególnie często i intensywnie. Późny Eno to jakby nie moja bajka, przynajmniej pamiętając te koszmarną wrzutę z pierwszej edycji. Po zsumowaniu powyższych prawdopodobieństwo tego, że będę i tutaj kręcił nosem powinno być relatywnie wysokie, ale primo - muzyka to nie matematyka, secundo - te próbki były zbyt małe, by być szczególnie miarodajne. Ostatecznie więc propsuję, i to bardzo. Jest w tym coś unikalnego, nieuchwytnego, pewnie to zasługa tych miliarda gitar i charakterystycznego brzmienia Eno, przez które ten wspomniany przez Musiała optymizm wybrzmiewa, i to na dodatek bardzo przekonująco. Sekcja wokalna na początku mnie trochę drażniła, bo jest ciut cheesy i powiedzmy, że intensywna, ale po paru odsłuchach zaakceptowałem ją i nie wyobrażam sobie tego utworu bez niej. Bdb rzecz.
Lady Gaga - Paparazzi
Faktycznie śmiesznie się czyta z perspektywy dziada czosnkowego o tym, że komuś Lady Gaga kojarzy się z byciem pacholęciem i tym podobnym. Szczyt popularności Gagi przypada w moim przypadku na okres bycia tzw. młodym dorosłym i tbh mam wrażenie, że laska stała się wszechobecna w momencie, gdy poszedłem do liceum i przestała być w momencie, gdy je zakończyłem. xD Tak, wiem, że nagrywała płyty, grała dla Bidena, występowała w filmach itd., ale mam wrażenie, że już nie miała takiego impactu ani jej nowości nie były tak często grane w radiostacjach. To w sumie ciekawy temat, bo mam wrażenie, że to nawet nie jest kwestia tyle wypalenia się nią, co tego, że jakoś wtedy upowszechniły się social media, streamingi itp. i od tamtej pory ciężko o tak WSZECHOBECNE gwiazdy kultury masowej.
A ten, no, co do kawałka - no buja i jest spoko. Co prawda z singli z debiutu jest jednym z tych słabszych niż lepszych (chyba tylko POKEROWA TWARZ siada mi mniej, ale to może ze względu na jej nadekspozycję w swoim czasie), ale to raczej świadczy lepiej o tamtych utworach niż gorzej o tym. A, i produkcja bardzo spoko, zwłaszcza jak na tamtą epokę. Pozdrawiam i propsuję.
Bardzo fajna kolejka panocki hej.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Cieszę się że powyższy tercet Fejkerowy mam już za sobą, mogę przejść dalej, ale fajnie było przy okazji dowiedzieć się że przecież ten flecikowy klawisz to był mellotron, ja w tej materii jestem kurde jednak CIEMNY heh.
George Maple - Vacant Space
(2015)
Chet Faker idzie w odstawkę na jakiś czas, ale za to powróci drugi bohater mojej australijskiej opowieści bo za debiutancki singiel wokalistki znanej pod pseudonimem George Maple odpowiada nie kto inny jak Flume. Rok 2015, kolejny rozdział moich odkrywek z Antypodów, kolejne wydawnictwo - tym razem kobiece. Gdy usłyszałem po raz pierwszy George Maple (tak naprawdę nazywa się Jessica Higgs) wokalnie skojarzyła mi się z Jessie Ware a że muzycznie błąkała się też w tych samych klimatach elektoniki wymieszanej z r&b tym łatwiej było mi je połączyć w głowie.
Vacant Space było debiutanckim singlem z epki o tym samym tytule i z miejsca chwyciło. Uważam że to naprawdę piękny kawałek przedstawiający wypalenie uczucia między dwójką osób, lub przynajmniej jednostronnego wypalenia. Maple zgrabnie opisuje sytuację w której trwa w tej relacji z drugą osobą, zmusza się do pewnych zachowań z tym związanych a jednocześnie w głębi duszy zastanawia się czy ta druga osoba udaje tak samo jak ona. W tej spokojnej nutce najbardziej cenię sobie chyba te zgrabne pauzy, chwile wyciszenia, momenty suspensu delikatnie budujące napięcie. I tą bezsilność w głosie gdy śpiewa o tym że ona już nic nie czuje. Przemawia to do mnie po prostu, nie ma co się tu więcej rozpisywać, trzeba to po prostu poczuć czego życzę Wam drodzy bestkowi słuchacze.
https://youtu.be/kyYznc8PJi0?si=nuqr0wD4wLsufBlx
George Maple - Vacant Space
(2015)
Chet Faker idzie w odstawkę na jakiś czas, ale za to powróci drugi bohater mojej australijskiej opowieści bo za debiutancki singiel wokalistki znanej pod pseudonimem George Maple odpowiada nie kto inny jak Flume. Rok 2015, kolejny rozdział moich odkrywek z Antypodów, kolejne wydawnictwo - tym razem kobiece. Gdy usłyszałem po raz pierwszy George Maple (tak naprawdę nazywa się Jessica Higgs) wokalnie skojarzyła mi się z Jessie Ware a że muzycznie błąkała się też w tych samych klimatach elektoniki wymieszanej z r&b tym łatwiej było mi je połączyć w głowie.
Vacant Space było debiutanckim singlem z epki o tym samym tytule i z miejsca chwyciło. Uważam że to naprawdę piękny kawałek przedstawiający wypalenie uczucia między dwójką osób, lub przynajmniej jednostronnego wypalenia. Maple zgrabnie opisuje sytuację w której trwa w tej relacji z drugą osobą, zmusza się do pewnych zachowań z tym związanych a jednocześnie w głębi duszy zastanawia się czy ta druga osoba udaje tak samo jak ona. W tej spokojnej nutce najbardziej cenię sobie chyba te zgrabne pauzy, chwile wyciszenia, momenty suspensu delikatnie budujące napięcie. I tą bezsilność w głosie gdy śpiewa o tym że ona już nic nie czuje. Przemawia to do mnie po prostu, nie ma co się tu więcej rozpisywać, trzeba to po prostu poczuć czego życzę Wam drodzy bestkowi słuchacze.
https://youtu.be/kyYznc8PJi0?si=nuqr0wD4wLsufBlx
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Durutti Column – Future Perfect
Znany jestem z tego, że często zachodzę pewnych wykonawców od dupy strony i wrzucam rzeczy, które funkcjonują daleko od przyjętego kanonu. To jest kolejny odcinek z tej serii. Dla większości ludzi, The Durutti Column i Vini Reilly kojarzą się z post-punkiem i smutowaniem na gitarach. Też tak ten band odbierałem, dopóki nie trafiłem na album „Fidelity” z 1996 r., który stanowi świadectwo re-inventingu starej marki, w stylu jakiego żaden szanujący się i rozwijający muzyk by się nie powstydził. Reilly nagrał w latach 90 kilka albumów elektronicznych z czego w/w jest chyba najbardziej znany. Na wokalu w kilku kawałkach występuje Eley Rudge, w tym „Future Perfect”, który stanowi chyba największe osiągnięcie Viniego w tamtym czasie i w takiej stylistyce. O ile „Fidelity”, jako całość, nie jest albumem, który jakoś szczególnie wgniata w ziemię, tak do tego utworu mam niesamowitą słabość, uważam że jest doskonały pod każdym względem. Z osobistych wynurzeń, numer kojarzy mi się z bardzo przyjemnym wyjazdem do Sandomierza, które to miasto rośnie powoli w mojej topce zakątków Polski. Pomijając oczywisty claim to fame w postaci „Ojca Mateusza”, to jest tam sporo zajebistych rzeczy do zobaczenia, zwiedzenia, przeżycia, do tego kilka wybitnych knajp z lokalnym żarciem (bez zdzierania portfela), a okolice rynku by night, to jest po prostu przeżycie niezwykłe, jakbym został przetransportowany do The City z „Thiefa”. Wspomnienia bez ekscesów, heartbreaków, walk ulicznych, zasypiania na krawężniku, itd., ale chyba już jestem w tym wieku, że ekscytuje mnie normalność. „Future Perfect” jest takim chillem zamkniętym w 5 minutach, który stanowi dla mnie furtkę do takeij normalności.
https://youtu.be/zv3m7mEbPZw?list=RDzv3m7mEbPZw
Znany jestem z tego, że często zachodzę pewnych wykonawców od dupy strony i wrzucam rzeczy, które funkcjonują daleko od przyjętego kanonu. To jest kolejny odcinek z tej serii. Dla większości ludzi, The Durutti Column i Vini Reilly kojarzą się z post-punkiem i smutowaniem na gitarach. Też tak ten band odbierałem, dopóki nie trafiłem na album „Fidelity” z 1996 r., który stanowi świadectwo re-inventingu starej marki, w stylu jakiego żaden szanujący się i rozwijający muzyk by się nie powstydził. Reilly nagrał w latach 90 kilka albumów elektronicznych z czego w/w jest chyba najbardziej znany. Na wokalu w kilku kawałkach występuje Eley Rudge, w tym „Future Perfect”, który stanowi chyba największe osiągnięcie Viniego w tamtym czasie i w takiej stylistyce. O ile „Fidelity”, jako całość, nie jest albumem, który jakoś szczególnie wgniata w ziemię, tak do tego utworu mam niesamowitą słabość, uważam że jest doskonały pod każdym względem. Z osobistych wynurzeń, numer kojarzy mi się z bardzo przyjemnym wyjazdem do Sandomierza, które to miasto rośnie powoli w mojej topce zakątków Polski. Pomijając oczywisty claim to fame w postaci „Ojca Mateusza”, to jest tam sporo zajebistych rzeczy do zobaczenia, zwiedzenia, przeżycia, do tego kilka wybitnych knajp z lokalnym żarciem (bez zdzierania portfela), a okolice rynku by night, to jest po prostu przeżycie niezwykłe, jakbym został przetransportowany do The City z „Thiefa”. Wspomnienia bez ekscesów, heartbreaków, walk ulicznych, zasypiania na krawężniku, itd., ale chyba już jestem w tym wieku, że ekscytuje mnie normalność. „Future Perfect” jest takim chillem zamkniętym w 5 minutach, który stanowi dla mnie furtkę do takeij normalności.
https://youtu.be/zv3m7mEbPZw?list=RDzv3m7mEbPZw
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Durutti Column zatkało kakao
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup