Best of Forum VII
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nawet trochę jestem zaskoczony, że Future Perfect wszystkim podeszło, to jest dobry kawałek, ale ja tak uważam o wszystkim co wrzucam, a wiadomo, jak to potem wygląda.
Iris – Joy Kill
Iris poznałem koło 2005 r., wchłaniając zespoły elektroniczne na potęgę. Różnica była taka, że większość pochodziła z Niemiec lub z GB, natomiast Iris byli z USA, co wraz z Cause & Effect, czyniło ich rodzynkami. Do tego, pochodzili z Texasu, gdzie raczej z dziada pradziada nie słucha się Depeche Mode i innych. To nie koniec fantastyki z ich udziałem, bo jakiś czas po premierze płyty „Wrath”, której byłem mega fanem, stała się rzecz kuriozalna. Singiel „Appetite” z tego albumu dotarł na szczyt listy hot 20 Eski xD Wszystko dzięki niejakiemu Patrykowi, który w tamtym czasie rozkręcał w Szczecinie (stolicy electro w Polsce) wydawnictwo Vision, w ramach którego wydawał u nas trudno dostępne płyty z zagranicy. Patryk był zapaleńcem i bardzo mu zależało, żeby te zespoły dotarły do największej ilości słuchaczy. Robił to tak sprawnie, że udało mu się wcisnąć singla „Appetite” Esce, a numer zrobił potem swoje. Doszło do tego, że niezależny, amerykański zespół, którego słuchało u nas do tej pory kilkaset osób, wjechał na szczyt listy przebojów najbardziej mainstreamowego radia w Polsce. Na spotkanie z Iris, które odbyło się w Manufakturze w Łodzi, przyszło kilka tysięcy rozpiszczanych nastolatek, z egzemplarzami „Wrath” w łapie. To było coś kompletnie bezprecedensowego i jak dotąd, jednorazowego w tym małym grajdole. Stardom nie trwał długo i w sumie sława szybko zgasła, ale nigdy później i nigdzie indziej, Iris nie przeżyli czegoś takiego. Wokalista Reagan Jones, wspomina to do dziś. W każdym razie, pozostałem fanem Iris, wydali potem trzy zajebiste albumy i rozeszli się koło 2021 r. Zanim to się stało, wydali w 2019 r. płytę „Six”, z której wrzucam kawałek. Fajnie, kiedy po tylu latach i płytach, zespół nadal potrafi fanów miło zaskoczyć. Pewnego dnia, wracałem z Krakowa i wyjątkowo jechałem pociągiem z dworca Płaszów, to taki pizdo-dworczyk na obrzeżach miasta. Czułem się jak na dzikim zachodzie. Wsiadłem do pociągu i miałem akurat na telefonie świeżo wydany album „Six”. Zawsze lubiłem słuchać muzy jadąc pociągiem, patrząc za okno, itd., pogoda była super, humor dobry, trochę jak dzisiaj. Strasznie się zajarałem „Joy Kill”, co jest jednak czymś, po 15 latach słuchania tego zespołu. Dobre wspomnienia i fajny numer, to tylko tyle i aż tyle. Zostawiam Wam na majówkę kawałek luźnego, elektronicznego popu.
https://youtu.be/bgL7XWDLLh4
Iris – Joy Kill
Iris poznałem koło 2005 r., wchłaniając zespoły elektroniczne na potęgę. Różnica była taka, że większość pochodziła z Niemiec lub z GB, natomiast Iris byli z USA, co wraz z Cause & Effect, czyniło ich rodzynkami. Do tego, pochodzili z Texasu, gdzie raczej z dziada pradziada nie słucha się Depeche Mode i innych. To nie koniec fantastyki z ich udziałem, bo jakiś czas po premierze płyty „Wrath”, której byłem mega fanem, stała się rzecz kuriozalna. Singiel „Appetite” z tego albumu dotarł na szczyt listy hot 20 Eski xD Wszystko dzięki niejakiemu Patrykowi, który w tamtym czasie rozkręcał w Szczecinie (stolicy electro w Polsce) wydawnictwo Vision, w ramach którego wydawał u nas trudno dostępne płyty z zagranicy. Patryk był zapaleńcem i bardzo mu zależało, żeby te zespoły dotarły do największej ilości słuchaczy. Robił to tak sprawnie, że udało mu się wcisnąć singla „Appetite” Esce, a numer zrobił potem swoje. Doszło do tego, że niezależny, amerykański zespół, którego słuchało u nas do tej pory kilkaset osób, wjechał na szczyt listy przebojów najbardziej mainstreamowego radia w Polsce. Na spotkanie z Iris, które odbyło się w Manufakturze w Łodzi, przyszło kilka tysięcy rozpiszczanych nastolatek, z egzemplarzami „Wrath” w łapie. To było coś kompletnie bezprecedensowego i jak dotąd, jednorazowego w tym małym grajdole. Stardom nie trwał długo i w sumie sława szybko zgasła, ale nigdy później i nigdzie indziej, Iris nie przeżyli czegoś takiego. Wokalista Reagan Jones, wspomina to do dziś. W każdym razie, pozostałem fanem Iris, wydali potem trzy zajebiste albumy i rozeszli się koło 2021 r. Zanim to się stało, wydali w 2019 r. płytę „Six”, z której wrzucam kawałek. Fajnie, kiedy po tylu latach i płytach, zespół nadal potrafi fanów miło zaskoczyć. Pewnego dnia, wracałem z Krakowa i wyjątkowo jechałem pociągiem z dworca Płaszów, to taki pizdo-dworczyk na obrzeżach miasta. Czułem się jak na dzikim zachodzie. Wsiadłem do pociągu i miałem akurat na telefonie świeżo wydany album „Six”. Zawsze lubiłem słuchać muzy jadąc pociągiem, patrząc za okno, itd., pogoda była super, humor dobry, trochę jak dzisiaj. Strasznie się zajarałem „Joy Kill”, co jest jednak czymś, po 15 latach słuchania tego zespołu. Dobre wspomnienia i fajny numer, to tylko tyle i aż tyle. Zostawiam Wam na majówkę kawałek luźnego, elektronicznego popu.
https://youtu.be/bgL7XWDLLh4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains (2001)
Kim jest John Foxx to wszyscy wiedzą, zresztą, trudno nie wiedzieć, kiedy zna się mnie hehe. Tl;dr Foxx założył Ultravox w 1976 (albo 77, nie pamiętam dobrze), po 3 (albo 2) latach odszedł, zrobił karierę solową, która walnęła po czwartym albumie (to był 1985), więc gość wrócił do swojego prawdziwego nazwiska (Dennis Leigh) i zajął się pracą zawodową, czyli byciem grafikiem i wykładowcą akademickim. W 1990 powrócił na moment do świata muzyki za sprawą projektu Nation 12 realizowanego m.in. z Timem Simenonem, a potem w 1995 (chyba) poznał sobie niejakiego Louisa Gordona.
Kim był Gordon? A jakimś tam muzykiem domorosłym, i na dodatek fanem Foxxa. Goście się na tyle polubili, że postanowili zacząć współpracować. Szło im na tyle dobrze, iż zawiązali duet (ciekawe pod jaką nazwą HE HE), a następnie wypuścili jeden krążek, a potem drugi (z niego jest moja wrzuta), a potem jeszcze jeden i jeszcze dwa (w dodatku w tym samym roku), a także kompilację z własnymi nieco innymi miksami oraz 3 duże albumy live (i jeden "live ale w studio"). To chyba nieźle jak na 13 lat działania, a warto tutaj dodać, że to wyciągnięcie Foxxa z piwnicy dało mu srogiego wiatru w żagle, bo zaczął nagle (cóż za rymy) robić soundtracki do instalacji artystycznych, nagrywać ambienty, to w pojedynkę, to z Haroldem Buddem, Robinem Guthrie czy Stevem Jansenem, potem w 2009 założył z Bengem The Maths i zdaje się kopnął Gordona w żyć (albo i nie, w każdym razie od 2008 już nic razem nie robią). Foxx jak wino, im starszy tym lepszy, a nowy krążek wydał raptem 2 czy 3 tygodnie temu.
When It Rains to pokazówka twórczości tego duetu. Kiedy The Maths miało być "powrotem do korzeni" i analogowych synthów, tutaj wszystko jest cyfrowe. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wsiąkałem w twórczość Foxxa solo na pełnej (a zaczęło się to wiosną 2009), to byłem wręcz lekko odepchnięty faktem, iż cała ta ich muzyka brzmi na taką skrajnie wypolerowaną i bez żadnych wprost zanieczyszczeń dźwiękowych, że tak to ujmę. Ma być lajtowo, radiowo i tak, nie wiem, sztucznie? Dziś bym tych zarzutów nie powtórzył, tj. nadal wszystko jest na wysoki połysk, ale też to po prostu mi do nich pasuje.
Piosenka pochodzi z albumu The Pleasures of Electricity wydanego w 2001 roku. 11 (na edycji rozszerzonej 13) dość czilowych i nieprzekombinowanych utworów o ulubionej tematyce Foxxa, czyli miłości, mieście i miłości w mieście. Gdzieś po drodze samochody i podróże. Ten numer akurat jest o miłości, i - jak to u Foxxa bywa - dawnej, nieudanej, niespełnionej. Spotkanie byłych kochanków po latach gdzieś tam zupełnym przypadkiem i całkowite nic do powiedzenia sobie nawzajem, tylko chłodne i pełne żalu spojrzenia, a na Brackiej pada deszcz. Polecam i pozdrawiam, Fiotr Pronczewski.
https://www.youtube.com/watch?v=YZlozBQ_W1Y
Kim jest John Foxx to wszyscy wiedzą, zresztą, trudno nie wiedzieć, kiedy zna się mnie hehe. Tl;dr Foxx założył Ultravox w 1976 (albo 77, nie pamiętam dobrze), po 3 (albo 2) latach odszedł, zrobił karierę solową, która walnęła po czwartym albumie (to był 1985), więc gość wrócił do swojego prawdziwego nazwiska (Dennis Leigh) i zajął się pracą zawodową, czyli byciem grafikiem i wykładowcą akademickim. W 1990 powrócił na moment do świata muzyki za sprawą projektu Nation 12 realizowanego m.in. z Timem Simenonem, a potem w 1995 (chyba) poznał sobie niejakiego Louisa Gordona.
Kim był Gordon? A jakimś tam muzykiem domorosłym, i na dodatek fanem Foxxa. Goście się na tyle polubili, że postanowili zacząć współpracować. Szło im na tyle dobrze, iż zawiązali duet (ciekawe pod jaką nazwą HE HE), a następnie wypuścili jeden krążek, a potem drugi (z niego jest moja wrzuta), a potem jeszcze jeden i jeszcze dwa (w dodatku w tym samym roku), a także kompilację z własnymi nieco innymi miksami oraz 3 duże albumy live (i jeden "live ale w studio"). To chyba nieźle jak na 13 lat działania, a warto tutaj dodać, że to wyciągnięcie Foxxa z piwnicy dało mu srogiego wiatru w żagle, bo zaczął nagle (cóż za rymy) robić soundtracki do instalacji artystycznych, nagrywać ambienty, to w pojedynkę, to z Haroldem Buddem, Robinem Guthrie czy Stevem Jansenem, potem w 2009 założył z Bengem The Maths i zdaje się kopnął Gordona w żyć (albo i nie, w każdym razie od 2008 już nic razem nie robią). Foxx jak wino, im starszy tym lepszy, a nowy krążek wydał raptem 2 czy 3 tygodnie temu.
When It Rains to pokazówka twórczości tego duetu. Kiedy The Maths miało być "powrotem do korzeni" i analogowych synthów, tutaj wszystko jest cyfrowe. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wsiąkałem w twórczość Foxxa solo na pełnej (a zaczęło się to wiosną 2009), to byłem wręcz lekko odepchnięty faktem, iż cała ta ich muzyka brzmi na taką skrajnie wypolerowaną i bez żadnych wprost zanieczyszczeń dźwiękowych, że tak to ujmę. Ma być lajtowo, radiowo i tak, nie wiem, sztucznie? Dziś bym tych zarzutów nie powtórzył, tj. nadal wszystko jest na wysoki połysk, ale też to po prostu mi do nich pasuje.
Piosenka pochodzi z albumu The Pleasures of Electricity wydanego w 2001 roku. 11 (na edycji rozszerzonej 13) dość czilowych i nieprzekombinowanych utworów o ulubionej tematyce Foxxa, czyli miłości, mieście i miłości w mieście. Gdzieś po drodze samochody i podróże. Ten numer akurat jest o miłości, i - jak to u Foxxa bywa - dawnej, nieudanej, niespełnionej. Spotkanie byłych kochanków po latach gdzieś tam zupełnym przypadkiem i całkowite nic do powiedzenia sobie nawzajem, tylko chłodne i pełne żalu spojrzenia, a na Brackiej pada deszcz. Polecam i pozdrawiam, Fiotr Pronczewski.
https://www.youtube.com/watch?v=YZlozBQ_W1Y
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat (1983)
Dziś o epizodycznym bohaterze życia, czyli klimaty ojcowskie. Ślady republikańskie to jedno. Ten jeden koncert miał na CD i ogrywał go bez opamiętania, choć na pewno znał więcej piosenek. Na gruncie ciechowszczyzny były punkty wspólne z drugą połową. Był jednak jeden zespół, o którym zawsze myślę i myślałem przez Jego pryzmat. Bez niego nigdy bym tyle tego nie słyszał, nie kojarzył dobrze. W głowie zostaje prostokątne radio z wejściem na kasety (tylko) mający swoje lata już w 2010 roku, rzucam tak na oko i ucho. Jakiś blady granatowy kolor, sprzęt z zewnątrz oblany na stałe pojedynczymi plamami białej farby. Kasety brzmiały jeszcze w miarę dobrze, fale radiowe łapało z gorszym skutkiem, audiofile puryści to raczej nie jest określenie godne moich sfer. Nie na taką kondycję finansową. Były siatki z całą masą wykonawców na taśmie. Ten przeklęty debiut OZ pamiętam jeszcze sprzed 2006 roku, gdy leciał na Wrocławskiej z opisywanego sprzętu. Biała okładka, czerwony symbol zespołu, czarne tytuły z tyłu na zgięciu. Andzia to Gandzia, wiadomo. Obudź się i Party raczej też trudno nie znać. Nigdy mnie nie ciągnęło w tę stronę, bo jak na poziomie czysto osobistym punktów wspólnych jak na lekarstwo. Geny czy przejęte zachowania, podobieństwo wizualne... to nie wszystko. Wolałem to zostawić.
Do późniejszego oblicza OZ raczej nie wrócę. Mogę sobie jeszcze posprawdzać drugą płytę z Jarym, single z Robertem Janowskim, pozostałe ejtisowe próbki. Długowłose spermiarstwo nie było Jego domeną. Była w tym liryczność, tajemnica, gorycz, ale też naiwność. Ostatnimi dniami (czy już tygodniami) mam nawroty zasłuchiwania się w polskim. Tu też mnie kusiło po zetknięciu się z tekstami rozwianymi po sieci, wbrew rzadkiemu gadulstwu jeszcze mam czas na gubienie się tu i ówdzie. Po latach trochę zmieniłem podejście, drobiazgowe wnioski zachowam dla siebie. Przebieg życia świadczy o cechach wspomnianych chwilę wcześniej. Jakieś to nieuchwytnie rockerskie, patrząc z dystansu. Nie wiem, co sądziłby o mnie w roku pańskim 2025 i szczerze mówiąc nie myślę o tym. Efekt obcości wcześniej obecny czasem zastępuje próba zrozumienia, ale z perspektywy czasu łatwo się wymądrzać, choć trudniej sensownie zrozumieć. Gdzieś tam z tyłu głowy mam myśl, że może przynajmniej gdyby widział wiele spraw to po czasie przynajmniej skierowałby porozumiewawcze spojrzenie, jak przy okazji jednej z najkrótszych rozmów, które będą znaczyć dla mnie mnóstwo już do końca. Ten numer tekstowo i charakterem oddaje mój stosunek do niego, a poza tym jest najpewniej jednym z najlepszych kawałków OZ. Pod moje osobiste rozrachunki i refleksje dobrałbym sobie coś z drugiego longa, ale to może kiedy indziej (raczej nigdy). Tak pod piątą rocznicę mi przyszło do głowy.
https://youtu.be/L2C8FW48qMM
Dziś o epizodycznym bohaterze życia, czyli klimaty ojcowskie. Ślady republikańskie to jedno. Ten jeden koncert miał na CD i ogrywał go bez opamiętania, choć na pewno znał więcej piosenek. Na gruncie ciechowszczyzny były punkty wspólne z drugą połową. Był jednak jeden zespół, o którym zawsze myślę i myślałem przez Jego pryzmat. Bez niego nigdy bym tyle tego nie słyszał, nie kojarzył dobrze. W głowie zostaje prostokątne radio z wejściem na kasety (tylko) mający swoje lata już w 2010 roku, rzucam tak na oko i ucho. Jakiś blady granatowy kolor, sprzęt z zewnątrz oblany na stałe pojedynczymi plamami białej farby. Kasety brzmiały jeszcze w miarę dobrze, fale radiowe łapało z gorszym skutkiem, audiofile puryści to raczej nie jest określenie godne moich sfer. Nie na taką kondycję finansową. Były siatki z całą masą wykonawców na taśmie. Ten przeklęty debiut OZ pamiętam jeszcze sprzed 2006 roku, gdy leciał na Wrocławskiej z opisywanego sprzętu. Biała okładka, czerwony symbol zespołu, czarne tytuły z tyłu na zgięciu. Andzia to Gandzia, wiadomo. Obudź się i Party raczej też trudno nie znać. Nigdy mnie nie ciągnęło w tę stronę, bo jak na poziomie czysto osobistym punktów wspólnych jak na lekarstwo. Geny czy przejęte zachowania, podobieństwo wizualne... to nie wszystko. Wolałem to zostawić.
Do późniejszego oblicza OZ raczej nie wrócę. Mogę sobie jeszcze posprawdzać drugą płytę z Jarym, single z Robertem Janowskim, pozostałe ejtisowe próbki. Długowłose spermiarstwo nie było Jego domeną. Była w tym liryczność, tajemnica, gorycz, ale też naiwność. Ostatnimi dniami (czy już tygodniami) mam nawroty zasłuchiwania się w polskim. Tu też mnie kusiło po zetknięciu się z tekstami rozwianymi po sieci, wbrew rzadkiemu gadulstwu jeszcze mam czas na gubienie się tu i ówdzie. Po latach trochę zmieniłem podejście, drobiazgowe wnioski zachowam dla siebie. Przebieg życia świadczy o cechach wspomnianych chwilę wcześniej. Jakieś to nieuchwytnie rockerskie, patrząc z dystansu. Nie wiem, co sądziłby o mnie w roku pańskim 2025 i szczerze mówiąc nie myślę o tym. Efekt obcości wcześniej obecny czasem zastępuje próba zrozumienia, ale z perspektywy czasu łatwo się wymądrzać, choć trudniej sensownie zrozumieć. Gdzieś tam z tyłu głowy mam myśl, że może przynajmniej gdyby widział wiele spraw to po czasie przynajmniej skierowałby porozumiewawcze spojrzenie, jak przy okazji jednej z najkrótszych rozmów, które będą znaczyć dla mnie mnóstwo już do końca. Ten numer tekstowo i charakterem oddaje mój stosunek do niego, a poza tym jest najpewniej jednym z najlepszych kawałków OZ. Pod moje osobiste rozrachunki i refleksje dobrałbym sobie coś z drugiego longa, ale to może kiedy indziej (raczej nigdy). Tak pod piątą rocznicę mi przyszło do głowy.
https://youtu.be/L2C8FW48qMM
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Trochę beka z tego, że od dłuższego czasu prejzy od Murzyna wiążą się z mehaniem ze strony Hiena i vice versa. I mimo wszystko miło było przeczytać shodana propsującego muzyka jazzowego....
Moby - Disco Lies
Kisiłem se tę wrzutę na ś.p. beatkę teledyskową, ale nie ukrywam, że sam ją uśmierciłem swoim lenistwem. Trochę utyskuję, ale rzecz jasna nie na tyle, by mi się chciało ją nadrabiać (zresztą nadrabianie edycji zimowej w maju byłoby dziwne, a ja pamiętam, że tam nawet wrzucałem świąteczny klip). No to ten, w sumie niech wleci tu i teraz, bo czemu by nie.
Moby to taki kolo, co jest łysy i coś tam. Znam Play, podobało mi się, znam płytę z której pochodzi ten kawałek, tj. Last Night i podobała mi się i to jest jeden z tych wykonawców, których w sumie jakoś szczególnie często nie słucham, ale szanuję i lubię. Tak po prostu, bez głębszej historii. Naprawdę, nie jestem Musiałem i nie potrafię pisać o biografiach muzyków z dokładnością do godziny pierwszego pierdnięcia. xD
Sam kawałek jest dla mnie hymnem sylwestra 2023 i początku poprzedniego roku. To był okres, w którym było względnie spoko, bo zaakceptowałem zakończenie swojego "związku" z jesieni, to, że jestem piwniczakiem-jesieniarą, miałem spoko znajomków (których mam nadal lol) i wydawało mi się, że będę mieć stabilną sytuację zawodową, co akurat dość szybko się zmieniło.
Nie będzie jednak o załamaniach i traumach, wolę wspominać rzeczy miłe. Takie, jak np. "celebrowanie" tamtego sylwestra. Słowo celebrowanie trzeba wziąć w naprawdę gruby cudzysłów, chyba że uznamy, że pasuje do zaśnięcia przed telewizorem podczas seansu Ojca Chrzestnego i pobudki o 3, po której obejrzałem powtórkę sylwestra z Polsatem i śledziłem jak znajomy na czacie grupowym użala się na los.
Mimo to było fajnie, może dlatego, że nic mi nie przeszkadzało, nic nie musiałem i nawet zaczynałem akceptować to kim jestem i jaki jestem. No i w tle tego wszystkiego było dość dużo muzyki elektronicznej i tanecznej, w tym ten nieco przewrotny banger Mobiego, który zawsze traktowałem jako pastisz 70sowego disco. I pewnie znowu można byłoby mi zarzucić hipokryzję, bo niejednokrotnie niby pisałem, że muzyki niepoważnej nie poważam, ale wychodzę z założenia, że od każdej reguły są wyjątki.
No ale nic nie pocznę - ja kupuję ten motyw z disco które zamiast tekstu o gorącej lasce na gorącej imprezce ma tekst o odtrąceniu i zerwaniu, a chórki, które są momentami wręcz przegięte do bólu BUJAJĄ. To zdecydowanie ten poziom hipokryzji, z którym mogę żyć.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=QK1PUK49Hwk
Moby - Disco Lies
Kisiłem se tę wrzutę na ś.p. beatkę teledyskową, ale nie ukrywam, że sam ją uśmierciłem swoim lenistwem. Trochę utyskuję, ale rzecz jasna nie na tyle, by mi się chciało ją nadrabiać (zresztą nadrabianie edycji zimowej w maju byłoby dziwne, a ja pamiętam, że tam nawet wrzucałem świąteczny klip). No to ten, w sumie niech wleci tu i teraz, bo czemu by nie.
Moby to taki kolo, co jest łysy i coś tam. Znam Play, podobało mi się, znam płytę z której pochodzi ten kawałek, tj. Last Night i podobała mi się i to jest jeden z tych wykonawców, których w sumie jakoś szczególnie często nie słucham, ale szanuję i lubię. Tak po prostu, bez głębszej historii. Naprawdę, nie jestem Musiałem i nie potrafię pisać o biografiach muzyków z dokładnością do godziny pierwszego pierdnięcia. xD
Sam kawałek jest dla mnie hymnem sylwestra 2023 i początku poprzedniego roku. To był okres, w którym było względnie spoko, bo zaakceptowałem zakończenie swojego "związku" z jesieni, to, że jestem piwniczakiem-jesieniarą, miałem spoko znajomków (których mam nadal lol) i wydawało mi się, że będę mieć stabilną sytuację zawodową, co akurat dość szybko się zmieniło.
Nie będzie jednak o załamaniach i traumach, wolę wspominać rzeczy miłe. Takie, jak np. "celebrowanie" tamtego sylwestra. Słowo celebrowanie trzeba wziąć w naprawdę gruby cudzysłów, chyba że uznamy, że pasuje do zaśnięcia przed telewizorem podczas seansu Ojca Chrzestnego i pobudki o 3, po której obejrzałem powtórkę sylwestra z Polsatem i śledziłem jak znajomy na czacie grupowym użala się na los.
Mimo to było fajnie, może dlatego, że nic mi nie przeszkadzało, nic nie musiałem i nawet zaczynałem akceptować to kim jestem i jaki jestem. No i w tle tego wszystkiego było dość dużo muzyki elektronicznej i tanecznej, w tym ten nieco przewrotny banger Mobiego, który zawsze traktowałem jako pastisz 70sowego disco. I pewnie znowu można byłoby mi zarzucić hipokryzję, bo niejednokrotnie niby pisałem, że muzyki niepoważnej nie poważam, ale wychodzę z założenia, że od każdej reguły są wyjątki.
No ale nic nie pocznę - ja kupuję ten motyw z disco które zamiast tekstu o gorącej lasce na gorącej imprezce ma tekst o odtrąceniu i zerwaniu, a chórki, które są momentami wręcz przegięte do bólu BUJAJĄ. To zdecydowanie ten poziom hipokryzji, z którym mogę żyć.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=QK1PUK49Hwk
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Planowanie jest fajne, naprawdę, wymyślić sobie jakiś ciąg wrzutek i to potem wyegzekwować sumiennie - choćby tą australijską elektronikę przez ten miesiąc czasu - to jest spoko sprawa. Ale nie samymi sztywnymi planami człowiek żyje jednak, dobrze jest umieć wypośrodkować więc tym razem poleci wrzutka spontaniczna dość, numer który znam może od... miesiąca właśnie?
Joe McPhee - Shakey Jake
(1971)
W ostatnim czasie nie będę ukrywał że ja sam odczuwam chwilowe zmęczenie czy też wypalenie bestką i depeszwizją ale udział w naszych forumowych zabawach jest już na tyle wpisany w mój rytm tygodniowy że gorzej znosiłbym pominięcie choćby jednej okazji do tej forumowej muzycznej wymiany niż brak pauzy. Po ponad 150 kolejkach za nami które zajęły nam ponad 2... tfu, ponad 3 lata już (!!!) znamy się już trochę jak łyse konie, pewne klimaty się powtarzają, powoli powtarzają się i Ci sami wykonawcy, coraz trudniej chyba wzajemnie czymś się naprawdę zaskoczyć i porwać. To rodzi chwilami rozczarowania, zwątpienia, frustracje ale póki co raz na jakiś czas wciąż nam udaje się podtrzymywać tą iskrę która tli w nas płomyk zainteresowania co tam czai się za rogiem dalej w bestce.
Po cholerę czynię taki długi wstęp do mojej wrzutki? Ano dlatego że chociaż kawałek ten znam stosunkowo krótko, to dla mnie był naprawdę jakimś tam muzycznym przeżyciem i czymś innym, odświeżającym, fajną odtrutką na rutynę słuchania w kółko swojego własnego uklepanego kanonu chociażby szykując wrzutki do bestki. Tak się składa że ostatnimi czasy chcąc posłuchać czegoś interesującego co wzbudzało by jakaś iskrę we mnie chętnie naprawdę sięgam po jazz, bo wbrew temu jak zmehałem wrzutę Komedy muzyka ta ma naprawdę sporo świeżości do zaoferowania, ale Komeda to jednak nie są Murzyni których preferuję, to całkiem inna bajka. I tak jak sobie właśnie szukałem ostatnio czegoś ekscytującego wśród jazzu niedawno tak los wyszedł mi naprzeciw i sam podesłał numer skrojony idealnie by zaspokoić te moje potrzeby.
Wszystko zaczęło się od serialu Severance poleconego mi niedawno przez moją kumpelę, który powrócił właśnie wtedy z drugim sezonem po trzech latach przerwy i tym samym hajp na niego ostatnio wzrósł. Ja kompletnie nie kojarzyłem takiego serialu i w sumie się nie dziwię bo tenże streamuje na Apple TV którego nie mam, na szczęście w tej kwestii wyszła mi naprzeciw moja kumpela i pokierowała do "alternatywnego źródła" na literkę V. Tym sposobem odpaliłem sobie ów serial i choć początkowo byłem mocno sceptycznie nastawiony do jego konceptu tak równie szybko wkręciłem się w to specyficzne uniwersum jakie kreuje i wówczas w jednym z odcinków nastąpiło spotkanie z moją dzisiejszą wrzutą. Numer ten był soundtrackiem do wydarzenia zwanego w serialu jako MDE czyli Music Dance Experience. Owo MDE było nagrodą dla pracowników tajemniczej korporacji w której pracują główni bohaterowie którzy osiągnęli określony rezultat postępów swojej pracy. MDE polega na tym że na salę wjeżdża wózek z gramofonem, instrumentami i pudełkiem płyt, pracownik nagradzany tym wydarzeniem ma prawo wybrać sobie jeden instrument oraz jeden utwór z listy który opisany jest jedynie gatunkiem jaki przedstawia. We wspomnianej scenie bohaterka serialu stawia na "defiant jazz" (przetłumaczone w serialu jako "buntowniczy jazz") i przez następne 4-5 minut wszyscy oddają się pląsom w rytmach utworu którym jak udało mi się ustalić po czasie jest oczywiście Shakey Jake niejakiego Joe McPhee.
Jak już dotarłem do tego numeru okazało się że całość trwa nie kilka minut a ponad 13 i pochodzi z live albumu zatytułowanego Nation Time. Muszę Wam przyznać że spotkanie z tym numerem to naprawdę było ekscytujące EXPERIENCE dla mnie i stanowiło właśnie ten potrzebny powiew świeżości i odskocznię od tych odmętów muzyki jaką zalewamy się na forum. Myślę że zaskoczyło to nawet mnie samego że taki free jazzowy kolos tak może mi się podobać ale zwyczajnie dałem się porwać temu czarnemu żywiołowi. Mam nadzieję że przynajmniej dla niektórych z Was to również będzie ciekawe i przyjemne doświadczenie które trochę odświeży tą powoli kostniejącą bestkę.
Odpalcie ten kawałek i poddajcie się temu szaleństwu, zróbcie sobie przerwę na małe Music Dance Experience.
Shakey Jake:
https://youtu.be/YujwEeUYnnw?si=NSYLxtnaEvqFkITR
Music Dance Experience z serialu Severance:
https://youtu.be/XHRApHMKvC8?si=0BnFWWHjpwMIVz7j
Joe McPhee - Shakey Jake
(1971)
W ostatnim czasie nie będę ukrywał że ja sam odczuwam chwilowe zmęczenie czy też wypalenie bestką i depeszwizją ale udział w naszych forumowych zabawach jest już na tyle wpisany w mój rytm tygodniowy że gorzej znosiłbym pominięcie choćby jednej okazji do tej forumowej muzycznej wymiany niż brak pauzy. Po ponad 150 kolejkach za nami które zajęły nam ponad 2... tfu, ponad 3 lata już (!!!) znamy się już trochę jak łyse konie, pewne klimaty się powtarzają, powoli powtarzają się i Ci sami wykonawcy, coraz trudniej chyba wzajemnie czymś się naprawdę zaskoczyć i porwać. To rodzi chwilami rozczarowania, zwątpienia, frustracje ale póki co raz na jakiś czas wciąż nam udaje się podtrzymywać tą iskrę która tli w nas płomyk zainteresowania co tam czai się za rogiem dalej w bestce.
Po cholerę czynię taki długi wstęp do mojej wrzutki? Ano dlatego że chociaż kawałek ten znam stosunkowo krótko, to dla mnie był naprawdę jakimś tam muzycznym przeżyciem i czymś innym, odświeżającym, fajną odtrutką na rutynę słuchania w kółko swojego własnego uklepanego kanonu chociażby szykując wrzutki do bestki. Tak się składa że ostatnimi czasy chcąc posłuchać czegoś interesującego co wzbudzało by jakaś iskrę we mnie chętnie naprawdę sięgam po jazz, bo wbrew temu jak zmehałem wrzutę Komedy muzyka ta ma naprawdę sporo świeżości do zaoferowania, ale Komeda to jednak nie są Murzyni których preferuję, to całkiem inna bajka. I tak jak sobie właśnie szukałem ostatnio czegoś ekscytującego wśród jazzu niedawno tak los wyszedł mi naprzeciw i sam podesłał numer skrojony idealnie by zaspokoić te moje potrzeby.
Wszystko zaczęło się od serialu Severance poleconego mi niedawno przez moją kumpelę, który powrócił właśnie wtedy z drugim sezonem po trzech latach przerwy i tym samym hajp na niego ostatnio wzrósł. Ja kompletnie nie kojarzyłem takiego serialu i w sumie się nie dziwię bo tenże streamuje na Apple TV którego nie mam, na szczęście w tej kwestii wyszła mi naprzeciw moja kumpela i pokierowała do "alternatywnego źródła" na literkę V. Tym sposobem odpaliłem sobie ów serial i choć początkowo byłem mocno sceptycznie nastawiony do jego konceptu tak równie szybko wkręciłem się w to specyficzne uniwersum jakie kreuje i wówczas w jednym z odcinków nastąpiło spotkanie z moją dzisiejszą wrzutą. Numer ten był soundtrackiem do wydarzenia zwanego w serialu jako MDE czyli Music Dance Experience. Owo MDE było nagrodą dla pracowników tajemniczej korporacji w której pracują główni bohaterowie którzy osiągnęli określony rezultat postępów swojej pracy. MDE polega na tym że na salę wjeżdża wózek z gramofonem, instrumentami i pudełkiem płyt, pracownik nagradzany tym wydarzeniem ma prawo wybrać sobie jeden instrument oraz jeden utwór z listy który opisany jest jedynie gatunkiem jaki przedstawia. We wspomnianej scenie bohaterka serialu stawia na "defiant jazz" (przetłumaczone w serialu jako "buntowniczy jazz") i przez następne 4-5 minut wszyscy oddają się pląsom w rytmach utworu którym jak udało mi się ustalić po czasie jest oczywiście Shakey Jake niejakiego Joe McPhee.
Jak już dotarłem do tego numeru okazało się że całość trwa nie kilka minut a ponad 13 i pochodzi z live albumu zatytułowanego Nation Time. Muszę Wam przyznać że spotkanie z tym numerem to naprawdę było ekscytujące EXPERIENCE dla mnie i stanowiło właśnie ten potrzebny powiew świeżości i odskocznię od tych odmętów muzyki jaką zalewamy się na forum. Myślę że zaskoczyło to nawet mnie samego że taki free jazzowy kolos tak może mi się podobać ale zwyczajnie dałem się porwać temu czarnemu żywiołowi. Mam nadzieję że przynajmniej dla niektórych z Was to również będzie ciekawe i przyjemne doświadczenie które trochę odświeży tą powoli kostniejącą bestkę.
Odpalcie ten kawałek i poddajcie się temu szaleństwu, zróbcie sobie przerwę na małe Music Dance Experience.
Shakey Jake:
https://youtu.be/YujwEeUYnnw?si=NSYLxtnaEvqFkITR
Music Dance Experience z serialu Severance:
https://youtu.be/XHRApHMKvC8?si=0BnFWWHjpwMIVz7j
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 10. (160.)
50. Iris – Joy Kill (Hien)
51. John Foxx & Louis Gordon - When It Rains (devotional)
52. Oddział Zamknięty - Ten wasz świat (Dragon)
53. Moby - Disco Lies (mintaj)
54. Joe McPhee - Shakey Jake (stripped)
50. Iris – Joy Kill (Hien)
51. John Foxx & Louis Gordon - When It Rains (devotional)
52. Oddział Zamknięty - Ten wasz świat (Dragon)
53. Moby - Disco Lies (mintaj)
54. Joe McPhee - Shakey Jake (stripped)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Iris Joy Kill
Całkiem strawny domorosły elektropop. Jednym uchem wpada, drugim wypada, nie wybija się szczególnie. Hien opowiada o kontekście związanym z błyskiem popularnościowym, a ja podczas słuchania jego wrzutki myślałem, że to nawet właśnie żywcem wyjęty sprzed dwudziestu lat. Chropowate brzmienie elektroniczne, wokal z rodziny wilsonowo-timowej. Całość trochę ma zduszony miks i pod koniec nudzi, ale generalnie bez przypierniczu. Po prostu bez znaków szczególnych, dzięki którym chciałbym sięgnąć po więcej. Na plus brak czucia amerykańskości. Z drugiej strony przejścia trochę zbyt chamskie, bardziej laptopowe wrażenie.
John Foxx & Louis Gordon When It Rains
Dev regularnie podrzuca nam solidne garści foksowego grania. Tu znowu coś innego, wciąż bardzo podobnego do reszty udostępnionej, a jednak tutaj coś mi kliknęło. Serio, to może być pierwszy kawałek, który puszczałem sobie w serii kompletnie poza kontekstem bestkowym. Dalej wciąż aranże jak z jakiejś wersji demo, ale w tym pomyśle jest metoda i ciekawy kontrast. Z jednej solidny groove, z drugiej ładnie dziadujące wokale. Jest trochę melancholijnie, gorzko i surowo zarazem, mimo to buja w odpowiednich chwilach. Jak zwykle przestrzeń dla pięknej różnicy - niby wypolerowane, a i tak brzmi znacznie lepiej i "wiarygodniej" niż cała ława ludożerki produkującej jeszcze gorszą brzmieniowo popelinę niby w stylu lat 80' czy trochę wcześniej. Szczególnie ten klawisz narastający pewną chwilę, na Memento Mori można znaleźć kilka podobnych. Równie dobrze można go przekleić na Trans Europe Express, nikt by nie zauważył. Drobiazgi robią różnicę, budują klimacik. Niby cyfra, ale czuć rękę gościa z epoki. Kraftwerk w XXI wieku to równie dobry przykład takiego zjawiska. Podoba mi się, daję potężny kciuk w górę.
Moby Disco Lies
Każdy ma swoje odklejki, więc pewnie nikogo nie zdziwię tym, że dla mnie Moby to od zawsze ziomek od wokali na jednym z kawałków alanowych na Bloodline i tyle. Nic więcej, żadnych większych poszukiwań czy przeczesywania dyskografii Pana Łysego. Zero punktów zaczepienia, zero posłuchu u znajomych. Przespane miejsce. Same Dysko Kłamstwa całkiem zaskakują, bo przede wszystkim brzmią mocno klasycznie. Taki wczesnonajtisowy rejw na zwolnionych obrotach. Całkiem sporo ciekawych rzeczy, choć brakuje konkretu - rytmicznego lub melodyjnego. Końcówka jakby żywcem wyjęta z pierwszych płyt Orbitali, we właściwym kawałku soczyste brassy. Noo, może te wokale właśnie posysają najbardziej? Nie wiem, brzmi naprawdę nieźle. Rzetelnie nie ma już takiej aury jak dawniej, ale pasowałoby jak ulał w tej sytuacji. Czy pastisz disco? Możliwe, możliwe, choć ja chyba jestem zwolennikiem przegania aż do granic, czyli bardziej na tymonową modłę. Tutaj jeden rabin powie tak, drugi srabin powie nie. Największa ciekawostka kolejki.
Joe McPhee Shakey Jake
Kolejna ścianka dżezu, kolejna powstrzymana nerwica przy pierwszym odsłuchu. Mimo różnych wysiłków i wielu kontaktów to raczej wciąż będzie obca mi ziemia. Jak chaos, to raczej bardziej uporządkowany. W oryginalnym miksie wszystko idzie mocno do przodu, pstrokate solówki atakują ze skrajnych stron, a perkusyjna rąbanka zwalnia tylko na chwilę gdzieś bliżej końca. Experience jak experience, w tym wszystkim można znaleźć jakiś wsobny porządek. Z drugiej strony osiąga jakiś zaawansowany poziom wejścia na luźno, gdy już się człowiek oswoi po kilku minutach. Dla wczutych słuchaczy gratka. Koniec końców zostaję z tym perkusyjnym jazgotem i garścią ozdobników, bo solówki czy organy kompletnie gasną w tym wszystkim. Nie czuję takiej muzyki. U Komedy są przynajmniej jakieś łatwiej przyswajalne przystanki po drodze, przyjemniej to uporządkować, choć paradoksalnie tam klimacik cięższy, a tu pozorna lekkość i pozytywny szał lokowania w pamięci ducha nagrywek tamtego dnia. Przebijając się przez bestkę w duchu takich stylistycznych wystrzałów wytrwam do końca, ale z wielu starć wyjdę mocno pokiereszowany. W kulturę serialową już nie wejdę i to równie świadomie z wyboru (bo film to jest jeden performance i punkt skupienia) co bez chęci przepalania kasy i czasu, ale we fragmencie utwór wypadł bardziej korzystnie. Ja odpalam się szaleńczo na rzeczach, przy których dewotisy rezygnują z chęci opisu, także tutaj mijanka - choć wczutę Jacy jak najbardziej rozumiem.
Całkiem strawny domorosły elektropop. Jednym uchem wpada, drugim wypada, nie wybija się szczególnie. Hien opowiada o kontekście związanym z błyskiem popularnościowym, a ja podczas słuchania jego wrzutki myślałem, że to nawet właśnie żywcem wyjęty sprzed dwudziestu lat. Chropowate brzmienie elektroniczne, wokal z rodziny wilsonowo-timowej. Całość trochę ma zduszony miks i pod koniec nudzi, ale generalnie bez przypierniczu. Po prostu bez znaków szczególnych, dzięki którym chciałbym sięgnąć po więcej. Na plus brak czucia amerykańskości. Z drugiej strony przejścia trochę zbyt chamskie, bardziej laptopowe wrażenie.
John Foxx & Louis Gordon When It Rains
Dev regularnie podrzuca nam solidne garści foksowego grania. Tu znowu coś innego, wciąż bardzo podobnego do reszty udostępnionej, a jednak tutaj coś mi kliknęło. Serio, to może być pierwszy kawałek, który puszczałem sobie w serii kompletnie poza kontekstem bestkowym. Dalej wciąż aranże jak z jakiejś wersji demo, ale w tym pomyśle jest metoda i ciekawy kontrast. Z jednej solidny groove, z drugiej ładnie dziadujące wokale. Jest trochę melancholijnie, gorzko i surowo zarazem, mimo to buja w odpowiednich chwilach. Jak zwykle przestrzeń dla pięknej różnicy - niby wypolerowane, a i tak brzmi znacznie lepiej i "wiarygodniej" niż cała ława ludożerki produkującej jeszcze gorszą brzmieniowo popelinę niby w stylu lat 80' czy trochę wcześniej. Szczególnie ten klawisz narastający pewną chwilę, na Memento Mori można znaleźć kilka podobnych. Równie dobrze można go przekleić na Trans Europe Express, nikt by nie zauważył. Drobiazgi robią różnicę, budują klimacik. Niby cyfra, ale czuć rękę gościa z epoki. Kraftwerk w XXI wieku to równie dobry przykład takiego zjawiska. Podoba mi się, daję potężny kciuk w górę.
Moby Disco Lies
Każdy ma swoje odklejki, więc pewnie nikogo nie zdziwię tym, że dla mnie Moby to od zawsze ziomek od wokali na jednym z kawałków alanowych na Bloodline i tyle. Nic więcej, żadnych większych poszukiwań czy przeczesywania dyskografii Pana Łysego. Zero punktów zaczepienia, zero posłuchu u znajomych. Przespane miejsce. Same Dysko Kłamstwa całkiem zaskakują, bo przede wszystkim brzmią mocno klasycznie. Taki wczesnonajtisowy rejw na zwolnionych obrotach. Całkiem sporo ciekawych rzeczy, choć brakuje konkretu - rytmicznego lub melodyjnego. Końcówka jakby żywcem wyjęta z pierwszych płyt Orbitali, we właściwym kawałku soczyste brassy. Noo, może te wokale właśnie posysają najbardziej? Nie wiem, brzmi naprawdę nieźle. Rzetelnie nie ma już takiej aury jak dawniej, ale pasowałoby jak ulał w tej sytuacji. Czy pastisz disco? Możliwe, możliwe, choć ja chyba jestem zwolennikiem przegania aż do granic, czyli bardziej na tymonową modłę. Tutaj jeden rabin powie tak, drugi srabin powie nie. Największa ciekawostka kolejki.
Joe McPhee Shakey Jake
Kolejna ścianka dżezu, kolejna powstrzymana nerwica przy pierwszym odsłuchu. Mimo różnych wysiłków i wielu kontaktów to raczej wciąż będzie obca mi ziemia. Jak chaos, to raczej bardziej uporządkowany. W oryginalnym miksie wszystko idzie mocno do przodu, pstrokate solówki atakują ze skrajnych stron, a perkusyjna rąbanka zwalnia tylko na chwilę gdzieś bliżej końca. Experience jak experience, w tym wszystkim można znaleźć jakiś wsobny porządek. Z drugiej strony osiąga jakiś zaawansowany poziom wejścia na luźno, gdy już się człowiek oswoi po kilku minutach. Dla wczutych słuchaczy gratka. Koniec końców zostaję z tym perkusyjnym jazgotem i garścią ozdobników, bo solówki czy organy kompletnie gasną w tym wszystkim. Nie czuję takiej muzyki. U Komedy są przynajmniej jakieś łatwiej przyswajalne przystanki po drodze, przyjemniej to uporządkować, choć paradoksalnie tam klimacik cięższy, a tu pozorna lekkość i pozytywny szał lokowania w pamięci ducha nagrywek tamtego dnia. Przebijając się przez bestkę w duchu takich stylistycznych wystrzałów wytrwam do końca, ale z wielu starć wyjdę mocno pokiereszowany. W kulturę serialową już nie wejdę i to równie świadomie z wyboru (bo film to jest jeden performance i punkt skupienia) co bez chęci przepalania kasy i czasu, ale we fragmencie utwór wypadł bardziej korzystnie. Ja odpalam się szaleńczo na rzeczach, przy których dewotisy rezygnują z chęci opisu, także tutaj mijanka - choć wczutę Jacy jak najbardziej rozumiem.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Iris - Joy Kill
Munlup się będzie wkurzał ale i tak napiszę że wracamy w klimaty CHEAP elektroniki hehe. Ale to jest akurat ten fajny cheap electropop który brzmi dla mnie jak takie trochę odpryski po DM. Synthy może brzmią tanio (tak, ciągnę to już w trzecim kolejnym zdaniu!) ale numer jest spoko, najlepiej robi tu refren zdecydowanie, wtedy numer nabiera odpowiedniej werwy i nie przeszkadza wówczas to że ta elektronika brzmi nieco płasko i bez wyrazu. Hook jest dobry, numer chwyta, podoba mi się i tyle.
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains
Trochę beka ale słuchając sobie tego na jednej playliście zgłupiałem w tym momencie bo myślałem że to jakaś zajebista coda do Joy Kill wchodzi xD może to dlatego że cyfrowa elektronika mi się kojarzy cheap po prostu, ale tu jest w sumie może ciut lepiej, basik nieco tłustszy dużo robi. Wokalnie może mniej, w ogóle byłbym się pomylił bo miałem coś mówić że to brzmi jak Karl Hyde ale całkiem możliwe że zakodowałem wokal Foxxa z Interplay, zdążyłem go zapomnieć i teraz mylę już bohaterów musiałowych wrzutek. Nieważne, znów dostajemy kawałek naprawdę dobrego electropopu i to jak ten numer uzupełnia się z Joy Kill w tej kolejce to jest dla mnie złoto. Jedna z lepszych wrzutek deva, i nawet zastanawiam się - może trzeba by wrócić do Interplay? Hmmm. John Foxx dostarcza.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
PRL-owski wolnościowy rock n roll jako punkt wyjścia do mocno osobistej notki o rodzicielu, rzadki moment kiedy mamy ze Smokiem nieco podobne doświadczenia. Muzyki OZ nie kojarzę świadomie tak naprawdę więc fajnie ugryźć to z czystą kartą w głowie. Zasadniczo dostałem dokładnie to co lubię, energiczne rockowe granie plus swiadome przesłanie w tekście. Ogólnie kolejny taki polski klasyczek do kolekcji do słuchania obok numerów Perfectu, Tiltu itp. kapel z epoki. Napiętnowany marzeniami - wkrętne mocno. Dobry początek znajomości z OZ, dotychczas to była jedna z kapel które mógłbym postrzegać jedynie przez pryzmat dinozaurów grających na miejskich festynach.
Moby - Disco Lies
Nie wiem czy bardziej zaskoczył mentos tą wrzutką czy Dragon pisząc że w sumie nie zna jego twórczości zbytnio, ale to pokrzepiające że mamy w bestkach jeszcze sporo fajnego materiału do przerobienia. Zgrabne nu-disco z takim lekkim przerysowaniem, prawdę mówiąc nawet się zdziwiłem rokiem wydania, ten wokal disco divy umiejscawiał mi ten numer gdzieś w latach 90. obok choćby Horny. Tbh nie widzę nic zaskakującego w zestawieniu tanecznego disco z heartbreakowym przesłaniem, ta muzyka miała wiele takich przebojów, hell - weźmy za przykład choćby I Will Survive. Ja fuzje smutku i tańca zawsze przyjmuję bardzo chętnie i tak samo jaram się tym numerem Moby'ego, mentos umie jeszcze dostarczać nieoczywiste dla niego bangery.
Świetna kolejka, doskonała wręcz, życzę sobie takiego poziomu już zawsze.
Munlup się będzie wkurzał ale i tak napiszę że wracamy w klimaty CHEAP elektroniki hehe. Ale to jest akurat ten fajny cheap electropop który brzmi dla mnie jak takie trochę odpryski po DM. Synthy może brzmią tanio (tak, ciągnę to już w trzecim kolejnym zdaniu!) ale numer jest spoko, najlepiej robi tu refren zdecydowanie, wtedy numer nabiera odpowiedniej werwy i nie przeszkadza wówczas to że ta elektronika brzmi nieco płasko i bez wyrazu. Hook jest dobry, numer chwyta, podoba mi się i tyle.
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains
Trochę beka ale słuchając sobie tego na jednej playliście zgłupiałem w tym momencie bo myślałem że to jakaś zajebista coda do Joy Kill wchodzi xD może to dlatego że cyfrowa elektronika mi się kojarzy cheap po prostu, ale tu jest w sumie może ciut lepiej, basik nieco tłustszy dużo robi. Wokalnie może mniej, w ogóle byłbym się pomylił bo miałem coś mówić że to brzmi jak Karl Hyde ale całkiem możliwe że zakodowałem wokal Foxxa z Interplay, zdążyłem go zapomnieć i teraz mylę już bohaterów musiałowych wrzutek. Nieważne, znów dostajemy kawałek naprawdę dobrego electropopu i to jak ten numer uzupełnia się z Joy Kill w tej kolejce to jest dla mnie złoto. Jedna z lepszych wrzutek deva, i nawet zastanawiam się - może trzeba by wrócić do Interplay? Hmmm. John Foxx dostarcza.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
PRL-owski wolnościowy rock n roll jako punkt wyjścia do mocno osobistej notki o rodzicielu, rzadki moment kiedy mamy ze Smokiem nieco podobne doświadczenia. Muzyki OZ nie kojarzę świadomie tak naprawdę więc fajnie ugryźć to z czystą kartą w głowie. Zasadniczo dostałem dokładnie to co lubię, energiczne rockowe granie plus swiadome przesłanie w tekście. Ogólnie kolejny taki polski klasyczek do kolekcji do słuchania obok numerów Perfectu, Tiltu itp. kapel z epoki. Napiętnowany marzeniami - wkrętne mocno. Dobry początek znajomości z OZ, dotychczas to była jedna z kapel które mógłbym postrzegać jedynie przez pryzmat dinozaurów grających na miejskich festynach.
Moby - Disco Lies
Nie wiem czy bardziej zaskoczył mentos tą wrzutką czy Dragon pisząc że w sumie nie zna jego twórczości zbytnio, ale to pokrzepiające że mamy w bestkach jeszcze sporo fajnego materiału do przerobienia. Zgrabne nu-disco z takim lekkim przerysowaniem, prawdę mówiąc nawet się zdziwiłem rokiem wydania, ten wokal disco divy umiejscawiał mi ten numer gdzieś w latach 90. obok choćby Horny. Tbh nie widzę nic zaskakującego w zestawieniu tanecznego disco z heartbreakowym przesłaniem, ta muzyka miała wiele takich przebojów, hell - weźmy za przykład choćby I Will Survive. Ja fuzje smutku i tańca zawsze przyjmuję bardzo chętnie i tak samo jaram się tym numerem Moby'ego, mentos umie jeszcze dostarczać nieoczywiste dla niego bangery.
Świetna kolejka, doskonała wręcz, życzę sobie takiego poziomu już zawsze.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains
Foxx the John kolejny. Od razu napiszę co mi się nie podoba, żeby mieć z dupy, a mianowicie odrzuca mnie wokal. Takie gderanie starego dziada, które przypomina trochę Ridżłeja, ale bez tego fajnego swagu, którym charakteryzuje się w/w, co powoduje, że Stana oraz Wall of Vdoopooz jego udziałem, słucha się z przyjemnością. Tutaj jest słabo, Foxx niestety nie dostarcza, chociaż kupuję to rozliczenie z nieudaną miłością w starczym wieku. Muzycznie natomiast jest wypaśnie, fajny minimal, lekko halloween klimaty, przyjemna atmosfera. Jest dobrze, chociaż z serii okołoFoxxowej, Musiał dawał rzeczy, które mi bardziej siadły. Fajne outro, ostatnio mam jakiś fetysz na outra. Zakładam, że jedną z fot z sesji do okładki, Foxx oddał Wilsonowi. Rok się zgadza.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
Mam wiosną lepszy moment na słuchanie polskiej muzyki z epoki, na pewno tak mam z Republilka, ale nie tylko. Na OZ się nie znam, tzn. znam to co wszyscy, czyli hity. Nie dopchałem się jeszcze do niczego więcej, bo nie poganiam poznawania rodzimych zespołów, więc traktuję to jako kolejną lekcję. Początek brzmi tak jakby zaraz Joy Division miało wjechać z „Ice Age”, ciekawe, czy Oddział Zamknięty się inspirował. Zakładam, może zbyt śmiało, że każdy gitarowy zespół, z lekkim angstem, się w tamtych czasach inspirował. W każdy razie, od początku znajome charakterystyczne zaśpiewy, muzyka fajna, brzmienie szorstkie i post-punkowe, o ile nie momentami punkowe. Jest spoko. Znajoma polska aura, robi swoje. Ojcowizna zawsze nadaje muzyce jakiegoś niewyjaśnionego, drogocennego pierwiastka, a już zwłaszcza kiedy tylko wspomnienia i drobne linki pozostają. Często, są to drzwi do niedostępnego, muzycznego świata.
Moby - Disco Lies
Lubię Moby’ego za wiele rzeczy, za muzę, za działalność pro-zwierzęcą, za to, że jest fajnym typem. Usłyszałem go pierwszy raz jak wydał Play, potem już poznawałem trochę losowo czyli Hotel, Ambient i kilka innych albumów, w tym wydane parę lat temu ambienty, co całościowo chyba z 5h trwały. Nie spieszę się, bo fajnie mieć raz na jakiś czas nowy album Moby’ego do sprawdzenia. „Disco Lies” często lata w radiu, więc stykam się z tym kawałkiem raz na jakiś czas, nie muszę go włączać. Moby to firma, która ma same dyplomy na ścianie w biurze i max pozytywnych ocen na Znanym Lekarzu, trudno znaleźć jakiś numer, który by był słaby, a już na pewno z tych, które stały się hitami. Facet jest orkiestrą, potrafi zrobić coś z niczego, dobrze to wyprodukować, a potem jeszcze sprzedać piwnicznikom na samotnych sylwestrach. Czego chcieć więcej.
Joe McPhee - Shakey Jake
Fajnie, że mogę tę muzykę poznawać bez znajomości serialu, niech tak pozostanie. Z jazzem u mnie trochę jak z ambientem, rzadko się zdarza żeby mi się nie podobało. Gęsto tutaj jest. Dwa różne sax sola naraz, w dwóch kanałach, to jest coś czego nie pamiętam żebym przeżył. Zabieg o tyle niespotykany, że przeczy jako takiej idei solówki. W tym kontekście, pasuje określenie „buntowniczy jazz”, bo jest tutaj jakieś wypięcie się na normy, specyficzna agresja i intensywność.
Wszystko poza tymi saxami, brzmi jak podkład karaoke, jest schowane baardzo w tle, tak jakby sugerowano, żeby się na tym nie skupiać, bo to tylko tory, a liczy się pociąg. No i pociąg całkiem dostarcza. Potem saxy wymieniają inne instrumenty, jakieś rhodesy, gitary, zakończenie przypomina mi niemal bardziej rozbudowaną, funky i szaloną wersję „Laughing Stock”. Martwi mnie tylko, że Murzyn się raczej wynudzi na moim jesiennym bloku jazzowym, bo nie będzie tam wiele tak szybkiego i żywego jazzu. No, ale trudno. Szejki Dżejk jest super, ale tbh nie odczuwam żadnego skostnienia w bestce. Jeżeli inni to czują, to współczuję.
Foxx the John kolejny. Od razu napiszę co mi się nie podoba, żeby mieć z dupy, a mianowicie odrzuca mnie wokal. Takie gderanie starego dziada, które przypomina trochę Ridżłeja, ale bez tego fajnego swagu, którym charakteryzuje się w/w, co powoduje, że Stana oraz Wall of Vdoopooz jego udziałem, słucha się z przyjemnością. Tutaj jest słabo, Foxx niestety nie dostarcza, chociaż kupuję to rozliczenie z nieudaną miłością w starczym wieku. Muzycznie natomiast jest wypaśnie, fajny minimal, lekko halloween klimaty, przyjemna atmosfera. Jest dobrze, chociaż z serii okołoFoxxowej, Musiał dawał rzeczy, które mi bardziej siadły. Fajne outro, ostatnio mam jakiś fetysz na outra. Zakładam, że jedną z fot z sesji do okładki, Foxx oddał Wilsonowi. Rok się zgadza.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
Mam wiosną lepszy moment na słuchanie polskiej muzyki z epoki, na pewno tak mam z Republilka, ale nie tylko. Na OZ się nie znam, tzn. znam to co wszyscy, czyli hity. Nie dopchałem się jeszcze do niczego więcej, bo nie poganiam poznawania rodzimych zespołów, więc traktuję to jako kolejną lekcję. Początek brzmi tak jakby zaraz Joy Division miało wjechać z „Ice Age”, ciekawe, czy Oddział Zamknięty się inspirował. Zakładam, może zbyt śmiało, że każdy gitarowy zespół, z lekkim angstem, się w tamtych czasach inspirował. W każdy razie, od początku znajome charakterystyczne zaśpiewy, muzyka fajna, brzmienie szorstkie i post-punkowe, o ile nie momentami punkowe. Jest spoko. Znajoma polska aura, robi swoje. Ojcowizna zawsze nadaje muzyce jakiegoś niewyjaśnionego, drogocennego pierwiastka, a już zwłaszcza kiedy tylko wspomnienia i drobne linki pozostają. Często, są to drzwi do niedostępnego, muzycznego świata.
Moby - Disco Lies
Lubię Moby’ego za wiele rzeczy, za muzę, za działalność pro-zwierzęcą, za to, że jest fajnym typem. Usłyszałem go pierwszy raz jak wydał Play, potem już poznawałem trochę losowo czyli Hotel, Ambient i kilka innych albumów, w tym wydane parę lat temu ambienty, co całościowo chyba z 5h trwały. Nie spieszę się, bo fajnie mieć raz na jakiś czas nowy album Moby’ego do sprawdzenia. „Disco Lies” często lata w radiu, więc stykam się z tym kawałkiem raz na jakiś czas, nie muszę go włączać. Moby to firma, która ma same dyplomy na ścianie w biurze i max pozytywnych ocen na Znanym Lekarzu, trudno znaleźć jakiś numer, który by był słaby, a już na pewno z tych, które stały się hitami. Facet jest orkiestrą, potrafi zrobić coś z niczego, dobrze to wyprodukować, a potem jeszcze sprzedać piwnicznikom na samotnych sylwestrach. Czego chcieć więcej.
Joe McPhee - Shakey Jake
Fajnie, że mogę tę muzykę poznawać bez znajomości serialu, niech tak pozostanie. Z jazzem u mnie trochę jak z ambientem, rzadko się zdarza żeby mi się nie podobało. Gęsto tutaj jest. Dwa różne sax sola naraz, w dwóch kanałach, to jest coś czego nie pamiętam żebym przeżył. Zabieg o tyle niespotykany, że przeczy jako takiej idei solówki. W tym kontekście, pasuje określenie „buntowniczy jazz”, bo jest tutaj jakieś wypięcie się na normy, specyficzna agresja i intensywność.
Wszystko poza tymi saxami, brzmi jak podkład karaoke, jest schowane baardzo w tle, tak jakby sugerowano, żeby się na tym nie skupiać, bo to tylko tory, a liczy się pociąg. No i pociąg całkiem dostarcza. Potem saxy wymieniają inne instrumenty, jakieś rhodesy, gitary, zakończenie przypomina mi niemal bardziej rozbudowaną, funky i szaloną wersję „Laughing Stock”. Martwi mnie tylko, że Murzyn się raczej wynudzi na moim jesiennym bloku jazzowym, bo nie będzie tam wiele tak szybkiego i żywego jazzu. No, ale trudno. Szejki Dżejk jest super, ale tbh nie odczuwam żadnego skostnienia w bestce. Jeżeli inni to czują, to współczuję.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Iris - Joy Kill
Nie tylko nie słyszałem wcześniej nazwy tego bandu, ale także nie słyszałem wcześniej Appetite, czego upewniłem się puściwszy sobie ten kawałek licząc na odpalenie jakichś głęboko ukrytych wspomnień sprzed dwóch dekad. Taki siusiak, w ogóle tego nie kojarzę, Eska? Co? Kiedy? Co do samego Joy Kill zaś to nie wiem, czy bardziej jestem pod wrażeniem ciekawej historii bandu zapodanej przez Munlupa (trochę Blacklist vibes, zespół powstał w 2002 czy tam 2003 - a więc podobnie jak Editorsi - wypuścili jedno EP w 2005, drugie dopiero w 2007, długograj w 2009 a follow-up musiał czekać 13 lat lol). Numer jest super; niby mamy do czynienia z bazarową w głębi elektroniką, ale to się wszystko razem ładnie broni, to kapitalne pulsujące intro, te wszystkie saw-wave'y, ten lekko polukrowany mostek, wokal, no mogę tak wymieniać i wymieniać. Git majonez wszystko, Hien potrafi wyciągnąć królka z kapelusza, Joy Kill jest jednym z nich. Tak na marginesie dodam, że jak za pierwszy razem puściłem ten numer, to pozwoliłem następnym się po prostu kolejkować i tak siadło mi pół Six. Na pewno przesłucham całość!
Oddział Zamknięty - Ten Wasz Świat
Heh, lubię te bestki nie tylko ze względu na możliwość zapoznania się z czymś zupełnie nowym dla mnie, ale też dlatego, że mogę usiąść do rzeczy, które już niby przecież znam i z którymi się dawno temu osłuchałem, tylko jakoś nie robiłem tego, powiedzmy, z głową. No bo co 19-latek może o muzyce wiedzieć... Nie chcę siebie tutaj deprecjonować, ale zupełnie inaczej się czegoś słucha bez koncentrowania się jedynie na rzeczach typu "podoba mi się-nie podoba mi się". Np. dopiero teraz się jorgnąłem, że gitary Pogorzelskiego brzmią trochę tak, jakby nagrywał je Geordie Walker z Killing Joke (RIP BTW). Oczywiście i ten album Mój Stary w swej kolekcji miał (ma nadal, ale on tych winyli już w ogóle nie rusza, wepchnął je gdzieś do piwnicy i nie pamięta, gdzie dokładnie), także słuchałem, nie powiem. Abstrahując już od mniej lub bardziej polityczno-społecznych konotacji tych kawałków to jest po prostu całkiem niezła - jak na swoje czasy - muzyka. Podoba mi się vibe tej polskiej zimno-nowofalowego rocka, który jak bardzo nie mógł być ejtisowy podobnie do Zachodu, tak bardzo taki jest. Tylko wokal Jaryczewskiego jak zawsze mnie drażni, no ale taka to barwa jego głosu. Overall - bardzo fajny numer.
Moby - Disco Lies
Kurde, znam Moby'ego, lubię - a przynajmniej myślę, że tak mogę powiedzieć - zaś ten utwór słyszę po raz pierwszy w życiu i teraz się zastanawiam, w jakim radio wspomnianym przez Munlupa to grają xD Bo raczej na pewno nie jest to Zetka (no, przynajmniej tak myślę). Moby jest super, poczynając od maleńkiej współpracy z Wilderem przez Play po kilka naprawdę świetnych singli i całych albumów (Hotel FTW). Muszę widzę bardziej wsiąknąć w niektóre z jego dzieł mocniej, albowiem widzę (czy raczej słyszę), iż czai się tam wiele ukrytego złota. Disco Lies rozwala, ma świetną energię, vibe i w ogóle wszystko. Shayna Steele (kto to w ogóle jest?) dostarcza wokalnie, cały utwór ma taki agresywny vibe, ale też nie ZA bardzo dzięki zastosowanemu bicikowi. I to wszystko w niecałe trzy i pół minuty? Dawać mnie więcej, samo gęste widzę <3 Podoba mi się talent Mentosa do wyciągania takich rzeczy spod ziemi i ciskania nimi w moją mordę. Kolejny złoty strzał zaliczony, jestem bardzo kontent!
Joe McPhee - Shakey Jake
>ale Komeda to jednak nie są Murzyni których preferuję(...)
Czyli na Zachodzie bez zmian, Murzyn wrzuca Murzynów i słucha Murzynów i preferuje Murzynów. A tak na serio, słucham sobie i słucham i słucham i chyba rozumiem, skąd pomysł na nazwanie tego we wzmiankowanym serialu "defiant jazz". Całość ma nie tyle agresywny, co po prostu dominujący vibe w którym dzieje się wszystko wszędzie (i na raz). Pościgi, wybuchy, strzelaniny, mordobicia i tańce takowoż, bo i czemu nie. Saksofony atakują mnie ze wszystkich stron, brakuje tylko frontu. Czuję, że jestem dźgany saksofonem, nagle mój komputer zamienia się w saksofon i w ułamku sekundy tracę twarz (również jest saksofonem). Ten chaos widzę jednak ma jakiś zamysł, tylko trochę... za długi. 13 minut na takie wbijanie gwoździ czaszką małego kotka to trochę zbyt długo. Szczęśliwie po 7-mej minucie wchodzą też inne instrumenty (sama perka aż tak nie męczy, powiem więcej - jest świetna), niemniej jednak troszkę za dużo tutaj chaosu dla mnie. Całość mogła być spokojnie o połowę krótsza i nikt by nie ucierpiał. A co do serialu, chyba z gorylion ludzi mi go polecał, ale ja ani za AppleTV nie zamierzam płacić, ani sobie wirusować komputera wypływając do popularnej zatoki. Może kiedyś.
PS. Znałem kiedyś jednego Jake'a. Można powiedzieć, że był całkiem shakey.
Nie tylko nie słyszałem wcześniej nazwy tego bandu, ale także nie słyszałem wcześniej Appetite, czego upewniłem się puściwszy sobie ten kawałek licząc na odpalenie jakichś głęboko ukrytych wspomnień sprzed dwóch dekad. Taki siusiak, w ogóle tego nie kojarzę, Eska? Co? Kiedy? Co do samego Joy Kill zaś to nie wiem, czy bardziej jestem pod wrażeniem ciekawej historii bandu zapodanej przez Munlupa (trochę Blacklist vibes, zespół powstał w 2002 czy tam 2003 - a więc podobnie jak Editorsi - wypuścili jedno EP w 2005, drugie dopiero w 2007, długograj w 2009 a follow-up musiał czekać 13 lat lol). Numer jest super; niby mamy do czynienia z bazarową w głębi elektroniką, ale to się wszystko razem ładnie broni, to kapitalne pulsujące intro, te wszystkie saw-wave'y, ten lekko polukrowany mostek, wokal, no mogę tak wymieniać i wymieniać. Git majonez wszystko, Hien potrafi wyciągnąć królka z kapelusza, Joy Kill jest jednym z nich. Tak na marginesie dodam, że jak za pierwszy razem puściłem ten numer, to pozwoliłem następnym się po prostu kolejkować i tak siadło mi pół Six. Na pewno przesłucham całość!
Oddział Zamknięty - Ten Wasz Świat
Heh, lubię te bestki nie tylko ze względu na możliwość zapoznania się z czymś zupełnie nowym dla mnie, ale też dlatego, że mogę usiąść do rzeczy, które już niby przecież znam i z którymi się dawno temu osłuchałem, tylko jakoś nie robiłem tego, powiedzmy, z głową. No bo co 19-latek może o muzyce wiedzieć... Nie chcę siebie tutaj deprecjonować, ale zupełnie inaczej się czegoś słucha bez koncentrowania się jedynie na rzeczach typu "podoba mi się-nie podoba mi się". Np. dopiero teraz się jorgnąłem, że gitary Pogorzelskiego brzmią trochę tak, jakby nagrywał je Geordie Walker z Killing Joke (RIP BTW). Oczywiście i ten album Mój Stary w swej kolekcji miał (ma nadal, ale on tych winyli już w ogóle nie rusza, wepchnął je gdzieś do piwnicy i nie pamięta, gdzie dokładnie), także słuchałem, nie powiem. Abstrahując już od mniej lub bardziej polityczno-społecznych konotacji tych kawałków to jest po prostu całkiem niezła - jak na swoje czasy - muzyka. Podoba mi się vibe tej polskiej zimno-nowofalowego rocka, który jak bardzo nie mógł być ejtisowy podobnie do Zachodu, tak bardzo taki jest. Tylko wokal Jaryczewskiego jak zawsze mnie drażni, no ale taka to barwa jego głosu. Overall - bardzo fajny numer.
Moby - Disco Lies
Kurde, znam Moby'ego, lubię - a przynajmniej myślę, że tak mogę powiedzieć - zaś ten utwór słyszę po raz pierwszy w życiu i teraz się zastanawiam, w jakim radio wspomnianym przez Munlupa to grają xD Bo raczej na pewno nie jest to Zetka (no, przynajmniej tak myślę). Moby jest super, poczynając od maleńkiej współpracy z Wilderem przez Play po kilka naprawdę świetnych singli i całych albumów (Hotel FTW). Muszę widzę bardziej wsiąknąć w niektóre z jego dzieł mocniej, albowiem widzę (czy raczej słyszę), iż czai się tam wiele ukrytego złota. Disco Lies rozwala, ma świetną energię, vibe i w ogóle wszystko. Shayna Steele (kto to w ogóle jest?) dostarcza wokalnie, cały utwór ma taki agresywny vibe, ale też nie ZA bardzo dzięki zastosowanemu bicikowi. I to wszystko w niecałe trzy i pół minuty? Dawać mnie więcej, samo gęste widzę <3 Podoba mi się talent Mentosa do wyciągania takich rzeczy spod ziemi i ciskania nimi w moją mordę. Kolejny złoty strzał zaliczony, jestem bardzo kontent!
Joe McPhee - Shakey Jake
>ale Komeda to jednak nie są Murzyni których preferuję(...)
Czyli na Zachodzie bez zmian, Murzyn wrzuca Murzynów i słucha Murzynów i preferuje Murzynów. A tak na serio, słucham sobie i słucham i słucham i chyba rozumiem, skąd pomysł na nazwanie tego we wzmiankowanym serialu "defiant jazz". Całość ma nie tyle agresywny, co po prostu dominujący vibe w którym dzieje się wszystko wszędzie (i na raz). Pościgi, wybuchy, strzelaniny, mordobicia i tańce takowoż, bo i czemu nie. Saksofony atakują mnie ze wszystkich stron, brakuje tylko frontu. Czuję, że jestem dźgany saksofonem, nagle mój komputer zamienia się w saksofon i w ułamku sekundy tracę twarz (również jest saksofonem). Ten chaos widzę jednak ma jakiś zamysł, tylko trochę... za długi. 13 minut na takie wbijanie gwoździ czaszką małego kotka to trochę zbyt długo. Szczęśliwie po 7-mej minucie wchodzą też inne instrumenty (sama perka aż tak nie męczy, powiem więcej - jest świetna), niemniej jednak troszkę za dużo tutaj chaosu dla mnie. Całość mogła być spokojnie o połowę krótsza i nikt by nie ucierpiał. A co do serialu, chyba z gorylion ludzi mi go polecał, ale ja ani za AppleTV nie zamierzam płacić, ani sobie wirusować komputera wypływając do popularnej zatoki. Może kiedyś.
PS. Znałem kiedyś jednego Jake'a. Można powiedzieć, że był całkiem shakey.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Iris - Joy Kill
Historia sprzedana przez munlupa brzmi niesamowicie i tbh to jestem aż trochę w szoku, że miała miejsce w 2005 roku, bo wydawało mi się, że to już chyba był ten okres, w którym te wszystkie Eski sreski (byle nie kreski) były na tyle sprofilowane pod potencjalnego słuchacza, że taka sytuacja raczej nie powinna mieć już racji bytu. Z drugiej strony jednak mam wrażenie, że myśmy potrzebowali tych paru lat w Unii, by móc stwierdzić, że żyjemy w jako-tako cywilizowanym kraju. A sama wrzuta? No po prostu spoko electropop. Taka muzyka raczej bardzo rzadko mnie porywa, a znacznie częściej męczy, zatem mam nadzieję, że Kuba nie rozedrze szat po tym jak stwierdzę, że w sumie to przyjemnie się tego słuchało i tyle.
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains
No i ten, no i tego. Przegladając sobie ten temat pobieżnie podczas powrotu z jakichś bliżej niesprecyzowanych przyczyn zapamiętałem, że Hien napisał o tym, że wkurza go tu wokal. I z jakichś przyczyn utkwiło mi to w pamięci, bo faktycznie jest on… specyficzny. Nie umiem się do końca określić, bo z jednej strony faktycznie jest ciekawy i przyciąga uwagę, z drugiej - trochę jednak wkurza, bo mam wrażenie, że ktoś w dziwny sposób próbował uzyskać efekt głosu starca i nie do końca mu to wyszło. Minimal synthy w tle są spoko, ale też nie umiem się jakoś nimi podjarać. No fajne to i będę miał to w pamięci, licząc, że ta wrzuta we mnie zakiełkuje.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
Nie mam osobistych historii z Oddziałem Zamkniętym, może poza tym, że znam ziomka, który kiedyś stwierdził, że to najlepszy zespół w dziejach, ale chłop stwierdził tak o w zasadzie każdym polskim zespole rockowym. Ten ich debiut chyba spoko był, a tak go przynajmniej pamiętam i widzę, że akurat dostaliśmy jego przedstawiciela. Może to jest naiwne, może to jest zbyt rockerskie, może momentami też zbyt skrojone pod listę przebojów Trójki, ale… coś w tym jest szczerego, naturalnego, bezpretensjonalnego. W sumie okej.
Joe McPhee - Shakey Jake
Ta, rozumiem doskonale ten fragment o cyklu tygodniowym. Niby często łapię się na tym, że rano myślę, że nie chce mi się siedzieć i dłubać nad tą cholerną depeszwizją/bestką, po czym zawsze się zabieram, bo wiem, że jakbym tego nie zrobił, to wy bylibyście na mnie źli, a ja na siebie - chyba jeszcze bardziej, bo nie po to przynosiłem tę zabawę na to forum i w ogóle. Doskonale też rozumiem podjarki i zajawki związane z odkryciami z innych baniek, bo w sumie sam się nimi często dzieliłem; zazwyczaj bez efektu, czemu w wielu przypadkach się nie dziwię. W tym przypadku będę się dziwić jakimkolwiek krytycznym głosom, bo wiem o absencji Shodana i wiem, że mowa o jazzie niewrzuconym przeze mnie. W każdym razie trąci to fusion, odlatuje to momentami mocno w free i generalnie BUJA. Serialu nie znam, ale wizja świata, w którym dostaję możliwość gibania się pod taką muzykę w ramach nagrody za wyniki w pracy nie jest taka znowu tragiczna. Mocarna i ciekawa rzecz.
Przyjemna kolejka
Historia sprzedana przez munlupa brzmi niesamowicie i tbh to jestem aż trochę w szoku, że miała miejsce w 2005 roku, bo wydawało mi się, że to już chyba był ten okres, w którym te wszystkie Eski sreski (byle nie kreski) były na tyle sprofilowane pod potencjalnego słuchacza, że taka sytuacja raczej nie powinna mieć już racji bytu. Z drugiej strony jednak mam wrażenie, że myśmy potrzebowali tych paru lat w Unii, by móc stwierdzić, że żyjemy w jako-tako cywilizowanym kraju. A sama wrzuta? No po prostu spoko electropop. Taka muzyka raczej bardzo rzadko mnie porywa, a znacznie częściej męczy, zatem mam nadzieję, że Kuba nie rozedrze szat po tym jak stwierdzę, że w sumie to przyjemnie się tego słuchało i tyle.
John Foxx & Louis Gordon - When It Rains
No i ten, no i tego. Przegladając sobie ten temat pobieżnie podczas powrotu z jakichś bliżej niesprecyzowanych przyczyn zapamiętałem, że Hien napisał o tym, że wkurza go tu wokal. I z jakichś przyczyn utkwiło mi to w pamięci, bo faktycznie jest on… specyficzny. Nie umiem się do końca określić, bo z jednej strony faktycznie jest ciekawy i przyciąga uwagę, z drugiej - trochę jednak wkurza, bo mam wrażenie, że ktoś w dziwny sposób próbował uzyskać efekt głosu starca i nie do końca mu to wyszło. Minimal synthy w tle są spoko, ale też nie umiem się jakoś nimi podjarać. No fajne to i będę miał to w pamięci, licząc, że ta wrzuta we mnie zakiełkuje.
Oddział Zamknięty - Ten wasz świat
Nie mam osobistych historii z Oddziałem Zamkniętym, może poza tym, że znam ziomka, który kiedyś stwierdził, że to najlepszy zespół w dziejach, ale chłop stwierdził tak o w zasadzie każdym polskim zespole rockowym. Ten ich debiut chyba spoko był, a tak go przynajmniej pamiętam i widzę, że akurat dostaliśmy jego przedstawiciela. Może to jest naiwne, może to jest zbyt rockerskie, może momentami też zbyt skrojone pod listę przebojów Trójki, ale… coś w tym jest szczerego, naturalnego, bezpretensjonalnego. W sumie okej.
Joe McPhee - Shakey Jake
Ta, rozumiem doskonale ten fragment o cyklu tygodniowym. Niby często łapię się na tym, że rano myślę, że nie chce mi się siedzieć i dłubać nad tą cholerną depeszwizją/bestką, po czym zawsze się zabieram, bo wiem, że jakbym tego nie zrobił, to wy bylibyście na mnie źli, a ja na siebie - chyba jeszcze bardziej, bo nie po to przynosiłem tę zabawę na to forum i w ogóle. Doskonale też rozumiem podjarki i zajawki związane z odkryciami z innych baniek, bo w sumie sam się nimi często dzieliłem; zazwyczaj bez efektu, czemu w wielu przypadkach się nie dziwię. W tym przypadku będę się dziwić jakimkolwiek krytycznym głosom, bo wiem o absencji Shodana i wiem, że mowa o jazzie niewrzuconym przeze mnie. W każdym razie trąci to fusion, odlatuje to momentami mocno w free i generalnie BUJA. Serialu nie znam, ale wizja świata, w którym dostaję możliwość gibania się pod taką muzykę w ramach nagrody za wyniki w pracy nie jest taka znowu tragiczna. Mocarna i ciekawa rzecz.
Przyjemna kolejka
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dlatego nie czytam Waszych recenzji, zanim swoich nie napiszę, żeby się nie sugerować. Np. Wuja, to czasami mam wrażenie, że większość swoich recenzji poświęca na odnoszenie się do opinii z innych recenzji, niż swoim własnym wnioskom.mintaj pisze:07 maja 2025 01:59zapamiętałem, że Hien napisał o tym, że wkurza go tu wokal. I z jakichś przyczyn utkwiło mi to w pamięci, bo faktycznie jest on… specyficzny.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No ja zazwyczaj też i to z tego samego powodu HEH
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przyjemnie było chwilę odsapnąć i zebrać myśli ale przede mną wolny weekend więc zostawię to tu teraz.
Cypress Hill - Illusions
(1995)
Jak sięgam wstecz pamięcią do lat dzieciństwa to muszę przyznać że w kolekcji kaset mojego brata chyba jednak przeważały gangsta rapowe klimaty ze słonecznej Kalifornii, ale w sumie nic w tym dziwnego - lata 93-96 to był moment szczytowej formy tego nurtu i jego dominacji w głównym nurcie mediów. Bankowo pamiętam kasety Dr. Dre i Warrena G śmigające na domowym "jamniku", Cypress jeśli dobrze kojarzę też, m. in. właśnie album Cypress Hill III: Temples of Boom z 1995 roku. Wiele tych rapowych klasyków nasłuchałem się mimowolnie w latach 90., pozniej w którymś momencie chyba odtwarzacze kaset trafił szlag ale pamięć o tych numerach wróciła gdy po 2004 roku brat na świeżo zakupionym kompie zaczął gromadzić empetrójki w czym pomagałem i ja. W liceum miałem takiego jednego ziomka który jarał się rapem i regularnie wymienialiśmy się płytą CD-RW na której wypalaliśmy sobie muzykę. Nie jestem już pewien czy wówczas może nie przyniosłem coś Cypress Hill do domu.
W każdym bądź razie - te lata podświadomego atakowania mnie tymi melodiami i bitami owocowały po latach bo odświeżając sobie te utwory później z miejsca się tym jarałem, szybko łapałem hype na tą klasykę i podejrzewam że to właśnie dlatego że już ją przerobiłem tylko zdążyłem przez lata zapomnieć, powiedzmy że tą prace domową miałem już odrobioną - wiecie jak to jest już po samej bestce że pierwsze kilka odsłuchów czasem nawet trzeba na siłę odbębnić a potem (jak muza jest dobra) coś klika i jest z górki.
Cypress Hill - gdyby ktoś nie wiedział - to grupa rapowa z Los Angeles w której skład wchodzą raperzy B-Real i Sen Dog oraz producent DJ Muggs (ten sam który remiksował choćby... Freelove dla Depeche Mode - do dzisiaj trudno mi uwierzyć w to collabo heh). Illusions to doskonały przykład niezwykle nastrojowej produkcji jaką DJ Muggs wyczarował na tej płycie CH. Najpierw wstęp z hinduskim sitarem, później dopiero przejście w ten spooky, taki upalony ziołem, paranoiczny klimat tego kawałka, ten loop gitary i wibrafonu to jest czyste złoto. Numer ten właśnie traktuje nieco o nadmiernym paleniu zielska co jak wiadomo ma swoje skutki uboczne w postaci lęków, koszmarów itp. ale dla B-Real sięganie po marihuanę wydaje się być jedyną w miarę sensowną ucieczką od stresów codzienności życia na krawędzi w LA. Co prawda ja sam nijak nie jestem w stanie relować z kimś kto spotyka się ze śmiercią na codzień i nigdy nawet mnie nie kusiło by spróbować zioła niemniej zawsze na tyle byłem zafascynowany kulturą hip hopową i społecznymi aspektami życia mniejszości rasowych w USA że po prostu łykam ten egzotyczny dla mnie vibe zwłaszcza że Ci ludzie potrafią czasem wyczarować tak unikatowe brzmienie jak tutaj.
https://youtu.be/WJpTZmaWv2A?si=PcQCGUNsWK1P7DL-
Cypress Hill - Illusions
(1995)
Jak sięgam wstecz pamięcią do lat dzieciństwa to muszę przyznać że w kolekcji kaset mojego brata chyba jednak przeważały gangsta rapowe klimaty ze słonecznej Kalifornii, ale w sumie nic w tym dziwnego - lata 93-96 to był moment szczytowej formy tego nurtu i jego dominacji w głównym nurcie mediów. Bankowo pamiętam kasety Dr. Dre i Warrena G śmigające na domowym "jamniku", Cypress jeśli dobrze kojarzę też, m. in. właśnie album Cypress Hill III: Temples of Boom z 1995 roku. Wiele tych rapowych klasyków nasłuchałem się mimowolnie w latach 90., pozniej w którymś momencie chyba odtwarzacze kaset trafił szlag ale pamięć o tych numerach wróciła gdy po 2004 roku brat na świeżo zakupionym kompie zaczął gromadzić empetrójki w czym pomagałem i ja. W liceum miałem takiego jednego ziomka który jarał się rapem i regularnie wymienialiśmy się płytą CD-RW na której wypalaliśmy sobie muzykę. Nie jestem już pewien czy wówczas może nie przyniosłem coś Cypress Hill do domu.
W każdym bądź razie - te lata podświadomego atakowania mnie tymi melodiami i bitami owocowały po latach bo odświeżając sobie te utwory później z miejsca się tym jarałem, szybko łapałem hype na tą klasykę i podejrzewam że to właśnie dlatego że już ją przerobiłem tylko zdążyłem przez lata zapomnieć, powiedzmy że tą prace domową miałem już odrobioną - wiecie jak to jest już po samej bestce że pierwsze kilka odsłuchów czasem nawet trzeba na siłę odbębnić a potem (jak muza jest dobra) coś klika i jest z górki.
Cypress Hill - gdyby ktoś nie wiedział - to grupa rapowa z Los Angeles w której skład wchodzą raperzy B-Real i Sen Dog oraz producent DJ Muggs (ten sam który remiksował choćby... Freelove dla Depeche Mode - do dzisiaj trudno mi uwierzyć w to collabo heh). Illusions to doskonały przykład niezwykle nastrojowej produkcji jaką DJ Muggs wyczarował na tej płycie CH. Najpierw wstęp z hinduskim sitarem, później dopiero przejście w ten spooky, taki upalony ziołem, paranoiczny klimat tego kawałka, ten loop gitary i wibrafonu to jest czyste złoto. Numer ten właśnie traktuje nieco o nadmiernym paleniu zielska co jak wiadomo ma swoje skutki uboczne w postaci lęków, koszmarów itp. ale dla B-Real sięganie po marihuanę wydaje się być jedyną w miarę sensowną ucieczką od stresów codzienności życia na krawędzi w LA. Co prawda ja sam nijak nie jestem w stanie relować z kimś kto spotyka się ze śmiercią na codzień i nigdy nawet mnie nie kusiło by spróbować zioła niemniej zawsze na tyle byłem zafascynowany kulturą hip hopową i społecznymi aspektami życia mniejszości rasowych w USA że po prostu łykam ten egzotyczny dla mnie vibe zwłaszcza że Ci ludzie potrafią czasem wyczarować tak unikatowe brzmienie jak tutaj.
https://youtu.be/WJpTZmaWv2A?si=PcQCGUNsWK1P7DL-
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Joost – Europapa
W przyszłym tygodniu startują finały Eurowizji, więc czas na kolejnego reprezentanta tej serii.
Zeszłoroczny konkurs był niesamowicie dołującym doświadczeniem. Piosenki były wyjątkowo nijakie, sposób potraktowania kwestii uczestnictwa Izraela żałosny (podmienianie odgłosów publiki w tv, żeby nie było słychać buczenia), no i Joost. Nie chcę poświęcać za dużo miejsca kwestii jego dyskwalifikacji, ale po roku, kiedy już wszystkie fakty wyszły na jaw, jest raczej oczywiste, że facet nie zrobił niczego złego, a został zwyczajnie oszukany i wyruchany przez organizatorów. To była wisienka na torcie zjebania Ojro 2024, co dla mnie, jako fana konkursu, było mocnym ciosem w jaja. Zwłaszcza, że „Europapa” to był od początku mój faworyt. Mam zasadę, że nie słucham piosenek reprezentantów aż do półfinałów i transmisji w tv. Pierwszy dzień półfinałów to były nudy, z wyjątkiem Windows95Mana (którego „No Rules” było swego czasu w Dwizji) i może poza Chorwacją. Szczerze mówiąc, to nawet Luna wypadła wtedy lepiej niż większość uczestników. Natomiast drugi dzień półfinałów wypadł lepiej, a ukoronowaniem był właśnie „Europapa”. Pamiętam jak cały chodziłem podczas tego występu, wszystko wtedy siadło – muzyka, tekst, image i przesłanie. Joost napisał „Europapę” dla ojca, który uczył go, że świat nie ma granic. Numer był pierwszym od nie wiem kiedy kawałkiem na Ojrowizji, który reprezentował happy hardcore, ale w mocno gęstym wydaniu. Na koniec Joost dorzucił dosyć wzruszającą kodę, z dedykacją dla swojego taty. Dla mnie, Joost był idealnym kandydatem na zwycięzcę, łącząc typowy dla Eurowizji humorystyczny show, z osobistym przekazem i naprawdę dobrą piosenką w tle. Skończyło się, jak się skończyło. Ostatecznie jednak, Joost wyszedł z tego z tarczą, bo zyskał tysiące fanów na całym świecie, w tym mnie.
ps. Wrzucam wideo fanowskie, ponieważ wszystkie oficjalne wrzuty mają outro osobno (prawdopodobnie ze względu na długość utworu, który w pełnej wersji przekracza regulaminowe, eurowizyjne 3 minuty), a w ten sposób (z outrem) Joost to wykonywał od początku i to jest właściwa wersja.
https://youtu.be/A9L-IwcXI38
W przyszłym tygodniu startują finały Eurowizji, więc czas na kolejnego reprezentanta tej serii.
Zeszłoroczny konkurs był niesamowicie dołującym doświadczeniem. Piosenki były wyjątkowo nijakie, sposób potraktowania kwestii uczestnictwa Izraela żałosny (podmienianie odgłosów publiki w tv, żeby nie było słychać buczenia), no i Joost. Nie chcę poświęcać za dużo miejsca kwestii jego dyskwalifikacji, ale po roku, kiedy już wszystkie fakty wyszły na jaw, jest raczej oczywiste, że facet nie zrobił niczego złego, a został zwyczajnie oszukany i wyruchany przez organizatorów. To była wisienka na torcie zjebania Ojro 2024, co dla mnie, jako fana konkursu, było mocnym ciosem w jaja. Zwłaszcza, że „Europapa” to był od początku mój faworyt. Mam zasadę, że nie słucham piosenek reprezentantów aż do półfinałów i transmisji w tv. Pierwszy dzień półfinałów to były nudy, z wyjątkiem Windows95Mana (którego „No Rules” było swego czasu w Dwizji) i może poza Chorwacją. Szczerze mówiąc, to nawet Luna wypadła wtedy lepiej niż większość uczestników. Natomiast drugi dzień półfinałów wypadł lepiej, a ukoronowaniem był właśnie „Europapa”. Pamiętam jak cały chodziłem podczas tego występu, wszystko wtedy siadło – muzyka, tekst, image i przesłanie. Joost napisał „Europapę” dla ojca, który uczył go, że świat nie ma granic. Numer był pierwszym od nie wiem kiedy kawałkiem na Ojrowizji, który reprezentował happy hardcore, ale w mocno gęstym wydaniu. Na koniec Joost dorzucił dosyć wzruszającą kodę, z dedykacją dla swojego taty. Dla mnie, Joost był idealnym kandydatem na zwycięzcę, łącząc typowy dla Eurowizji humorystyczny show, z osobistym przekazem i naprawdę dobrą piosenką w tle. Skończyło się, jak się skończyło. Ostatecznie jednak, Joost wyszedł z tego z tarczą, bo zyskał tysiące fanów na całym świecie, w tym mnie.
ps. Wrzucam wideo fanowskie, ponieważ wszystkie oficjalne wrzuty mają outro osobno (prawdopodobnie ze względu na długość utworu, który w pełnej wersji przekracza regulaminowe, eurowizyjne 3 minuty), a w ten sposób (z outrem) Joost to wykonywał od początku i to jest właściwa wersja.
https://youtu.be/A9L-IwcXI38
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Monika Linkyte – Po Dangum
Wracam do zabawy po krótkiej nieobecności z utworem, którego właściwie nawet do teraz nie miałem na swojej liście do bestki. No ale jeżeli Hien zaczął temat Eurowizji, to sobie przypomniałem o pani Linkyte i uznałem, że to dobra okazja żeby ją zaprezentować.
Rzadko oglądam Eurowizję, ale czasami mi się zdarza. W 2023r. akurat sobie na YT po czasie trochę obczajałem niektóre występy. Między innymi reprezentantki Litwy Moniki Linkyte. Wykonywała całkiem niezły utwór Stay. Z ciekawości włączyłem sobie jej jedyny album Walk With Me z 2015r. W sumie nic szczególnie specjalnego, ale spodobał mi się utwór otwierający album - Po Dangum. Kawałek przyjemnego radiowego popu zaśpiewany ładnym głosem w ładnym litewskim języku. I chyba właśnie to mi się tu najbardziej podoba.
https://www.youtube.com/watch?v=N2KGQv0hX7o
Wracam do zabawy po krótkiej nieobecności z utworem, którego właściwie nawet do teraz nie miałem na swojej liście do bestki. No ale jeżeli Hien zaczął temat Eurowizji, to sobie przypomniałem o pani Linkyte i uznałem, że to dobra okazja żeby ją zaprezentować.
Rzadko oglądam Eurowizję, ale czasami mi się zdarza. W 2023r. akurat sobie na YT po czasie trochę obczajałem niektóre występy. Między innymi reprezentantki Litwy Moniki Linkyte. Wykonywała całkiem niezły utwór Stay. Z ciekawości włączyłem sobie jej jedyny album Walk With Me z 2015r. W sumie nic szczególnie specjalnego, ale spodobał mi się utwór otwierający album - Po Dangum. Kawałek przyjemnego radiowego popu zaśpiewany ładnym głosem w ładnym litewskim języku. I chyba właśnie to mi się tu najbardziej podoba.
https://www.youtube.com/watch?v=N2KGQv0hX7o
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jeff Mills - The Bells (1997)
Było głęboko z głowy, teraz bardziej w pląsach. Może mi się odwidzieć, ale może tak uda się odczarować Pogodowych Bogów. Oni atakują dziesięcioma stopniami, choróbskiem, aurą do umierania i gnicia w domu, co nie sprzyja aktywnościom intelektualnym. Ja proponuję natomiast klubowe bangery, których na moje przepalone ucho trochę wstyd nie znać. Jeff nie był pionierem-awangardystą, po prostu dopracował styl detroit techno do perfekcji. Surowo, ostro, a jednocześnie stylowo, bardzo charakterystycznie. W tamtych czasach smażył EPki jedna za drugą z zadziwiającą regularnością... Dzwonki słyszałem już dawno temu. O ile za młodu były dla mnie zbyt intensywne, tak teraz stanowią fundament w myśleniu o techno. Późniejszych konceptów i wyborów artystycznych nie kumam, za dużo kombinowania i muzycznego wodolejstwa, a za mało konkretu. Mimo to kiedyś należałoby zawitać na secie Millsa, gdyby jeszcze kiedyś zagrał w Polsce.
https://www.youtube.com/watch?v=o63zBR1_jrc [do słuchania]
https://www.youtube.com/watch?v=KevUFO2moZI [do wczuty]
Było głęboko z głowy, teraz bardziej w pląsach. Może mi się odwidzieć, ale może tak uda się odczarować Pogodowych Bogów. Oni atakują dziesięcioma stopniami, choróbskiem, aurą do umierania i gnicia w domu, co nie sprzyja aktywnościom intelektualnym. Ja proponuję natomiast klubowe bangery, których na moje przepalone ucho trochę wstyd nie znać. Jeff nie był pionierem-awangardystą, po prostu dopracował styl detroit techno do perfekcji. Surowo, ostro, a jednocześnie stylowo, bardzo charakterystycznie. W tamtych czasach smażył EPki jedna za drugą z zadziwiającą regularnością... Dzwonki słyszałem już dawno temu. O ile za młodu były dla mnie zbyt intensywne, tak teraz stanowią fundament w myśleniu o techno. Późniejszych konceptów i wyborów artystycznych nie kumam, za dużo kombinowania i muzycznego wodolejstwa, a za mało konkretu. Mimo to kiedyś należałoby zawitać na secie Millsa, gdyby jeszcze kiedyś zagrał w Polsce.
https://www.youtube.com/watch?v=o63zBR1_jrc [do słuchania]
https://www.youtube.com/watch?v=KevUFO2moZI [do wczuty]
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jamal - Peron (2013)
Generalnie Jamal to strasznie pretensjonalne byle co. Ten numer trochę też, ale jakbym się nie starał sam jestem często mocno pretensjonalny. Utwór z kategorii "ciemne zakamarki już-nie-romantycznej duszy Musiała". Pierwszy raz usłyszałem go - no surprise - w jakimś 2013. Wówczas pod wpływem różnych zdarzeń relowałem i z tekstem i ogólnym wajbem w stosunku do jednej osoby, dziś są resztki innej. Wzięło, ugryzło mnie i nie chce puścić. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć, artystę mam w dupie, więc jego typowego devowego bio nie będzie. Wiedziałem, że prędzej czy później wrzucę ten kawałek, trochę jak ze Special Needs od Placebo. No i to... tyle chyba. Mogę jedynie jeszcze dodać, że nigdy nie lubiłem tego numeru z polismanem przeszukującym mnie (btw, nigdy nie przeszukiwał mnie żaden polisman).
Na moje nieszczęście refren Peronu to dla mnie wyciskacz feelsów. Zaś tytuł nie ma nic wspólnego z mikolstwem. A szkoda.
https://youtu.be/qrx1YVPNJr4?si=w2p9jDpPUiYNsY3f
Generalnie Jamal to strasznie pretensjonalne byle co. Ten numer trochę też, ale jakbym się nie starał sam jestem często mocno pretensjonalny. Utwór z kategorii "ciemne zakamarki już-nie-romantycznej duszy Musiała". Pierwszy raz usłyszałem go - no surprise - w jakimś 2013. Wówczas pod wpływem różnych zdarzeń relowałem i z tekstem i ogólnym wajbem w stosunku do jednej osoby, dziś są resztki innej. Wzięło, ugryzło mnie i nie chce puścić. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć, artystę mam w dupie, więc jego typowego devowego bio nie będzie. Wiedziałem, że prędzej czy później wrzucę ten kawałek, trochę jak ze Special Needs od Placebo. No i to... tyle chyba. Mogę jedynie jeszcze dodać, że nigdy nie lubiłem tego numeru z polismanem przeszukującym mnie (btw, nigdy nie przeszukiwał mnie żaden polisman).
Na moje nieszczęście refren Peronu to dla mnie wyciskacz feelsów. Zaś tytuł nie ma nic wspólnego z mikolstwem. A szkoda.
https://youtu.be/qrx1YVPNJr4?si=w2p9jDpPUiYNsY3f
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fajnie, że Moby się przyjął i dostał prejzy, w tym zarówno od Hiena, jak i Murzyna. Jednak się da!
A żeby uniknąć niepotrzebnej inby później, to tylko napiszę już teraz, że dla samej zasady reprezentant izraela powinien dostać bana na Eurowizję, tak samo jak potencjalny przedstawiciel rosji czy innej zbrodniczej nacji.
Phil Collins - I Don't Care Anymore
Ta wrzuta to będzie kolejny przykład mojej hipokryzji i braku konsekwencji. Bo szczerze mówiąc, jest jeden kawałek Phila który w moim prywatnym topie znajduje się wyżej i nawet bym zaryzykował tezę, że jest dla mnie ciut ważniejszy, ale tak się składa, że ten kawałek to ten słynny ENDŻOJ w jego dyskografii. I niby powinienem mieć to w dupie, bo nieraz endżoje sam wrzucałem, a gęby już nie zetrę, ale po prostu jakoś tak mi teraz głupio. Może to zmienię w jakimś 2031, może nigdy.
Phil Collins to taki odpowiednik sympatycznego wujka, z którym w sumie człowiek rzadko wchodzi w interakcje, ale generalnie to jak wchodzi to sprawia wrażenie spoko człowieka, nawet jeśli nie do końca z mojej bajki. Nie będę ukrywać, że znam jego solową dyskografię jakoś dogłębnie, ale po obcowaniu z Face Value jakoś tak śmiem przypuszczać, że to raczej artysta singlowy niż albumowy i nie będę mu tego wypominać, bo single miewał fajne.
Czemu wrzucam I Don't Care Anymore? Powiedzmy, że jakoś luźno to próbuję powiązać z niedawno wypuszczonym trailerem GTA 6, który sprawia, że czuje się staro, bo zamiast hajpować i się nim jarać, dziwnie boję się, że nie udźwignie oczekiwań (albo sam sobie podświadomie je zaniżam, by dostać jedną z tzw. gier życia, nwm). Bo ten no... tak, ta piosenka była w piątce, na dodatek w jednej z cutscenek, które mocno mi zapadły w pamięć.
I powiedzmy też, że to był klasyczny przypadek trafienia w odpowiedni czas i miejsce, bo tak się składa, że gdy ogrywałem tę gierkę, może nie byłem po rozstaniu z jakąś prukwą niczym podmiot liryczny, ale powiedzmy, że zamknąłem za sobą parę furtek w swoim życiu i jakoś tak faktycznie potrafiłem NIE DBAĆ WIĘCEJ.
No i ten. Tyle w sumie. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=H5qX4_HSJs4
A żeby uniknąć niepotrzebnej inby później, to tylko napiszę już teraz, że dla samej zasady reprezentant izraela powinien dostać bana na Eurowizję, tak samo jak potencjalny przedstawiciel rosji czy innej zbrodniczej nacji.
Phil Collins - I Don't Care Anymore
Ta wrzuta to będzie kolejny przykład mojej hipokryzji i braku konsekwencji. Bo szczerze mówiąc, jest jeden kawałek Phila który w moim prywatnym topie znajduje się wyżej i nawet bym zaryzykował tezę, że jest dla mnie ciut ważniejszy, ale tak się składa, że ten kawałek to ten słynny ENDŻOJ w jego dyskografii. I niby powinienem mieć to w dupie, bo nieraz endżoje sam wrzucałem, a gęby już nie zetrę, ale po prostu jakoś tak mi teraz głupio. Może to zmienię w jakimś 2031, może nigdy.
Phil Collins to taki odpowiednik sympatycznego wujka, z którym w sumie człowiek rzadko wchodzi w interakcje, ale generalnie to jak wchodzi to sprawia wrażenie spoko człowieka, nawet jeśli nie do końca z mojej bajki. Nie będę ukrywać, że znam jego solową dyskografię jakoś dogłębnie, ale po obcowaniu z Face Value jakoś tak śmiem przypuszczać, że to raczej artysta singlowy niż albumowy i nie będę mu tego wypominać, bo single miewał fajne.
Czemu wrzucam I Don't Care Anymore? Powiedzmy, że jakoś luźno to próbuję powiązać z niedawno wypuszczonym trailerem GTA 6, który sprawia, że czuje się staro, bo zamiast hajpować i się nim jarać, dziwnie boję się, że nie udźwignie oczekiwań (albo sam sobie podświadomie je zaniżam, by dostać jedną z tzw. gier życia, nwm). Bo ten no... tak, ta piosenka była w piątce, na dodatek w jednej z cutscenek, które mocno mi zapadły w pamięć.
I powiedzmy też, że to był klasyczny przypadek trafienia w odpowiedni czas i miejsce, bo tak się składa, że gdy ogrywałem tę gierkę, może nie byłem po rozstaniu z jakąś prukwą niczym podmiot liryczny, ale powiedzmy, że zamknąłem za sobą parę furtek w swoim życiu i jakoś tak faktycznie potrafiłem NIE DBAĆ WIĘCEJ.
No i ten. Tyle w sumie. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=H5qX4_HSJs4
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Pewnie by nie było problemu gdyby nie to, że EBU dostaje hajs od MoroccanOil. Generalnie inba już się dzieje, wielu wykonawców, a wręcz państw, naciska na bana dla Izraela, ale nic z tego nie będzie.mintaj pisze:10 maja 2025 21:38A żeby uniknąć niepotrzebnej inby później, to tylko napiszę już teraz, że dla samej zasady reprezentant izraela powinien dostać bana na Eurowizję, tak samo jak potencjalny przedstawiciel rosji czy innej zbrodniczej nacji.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn