Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Perry Blake - Songs for Someone
Od pewnego czasu mam wrażenie, że w praktycznie każdej recenzji w ramach tej zabawy powtarzam te same teksty o tym, że jestem wtórny i się powtarzam. Niby mógłbym - znowu! - napisać, że to kwestia tego, że jestem nudny, repetytywny i nie mam nic ciekawego do powodzenia, ale mam jakieś dziwne wrażenie, że sedno problemu nie leży wyłącznie w tym.
Bo niby można byłoby napisać, że to tylko i wyłącznie moja wina, że setny raz w tej zabawie nie znam typa z czegokolwiek więcej niż skaninąd rzetelny utwór z bestki utworowej, którego, jak zawsze przed recenzją nie pamiętałem, ale który po powrocie okazał się być całkiem przyjemny. Tylko czy na serio powinienem się obwiniać o to, że nie znam relatywnie niszowego muzyka?
Niby też mogę się obwiniać o to, że moje ogólne stanowisko na temat tej płyty mógłbym przekopiować z ostatniej chociaż recenzji Finka. Tak, to kolejna płyta której miło się słucha w tle, zawiera ładne piosenki, niektóre ciut ładniejsze, niektóre ciut gorsze, ale generalnie to takie miłe plumkanie w tle, w którym nie ma nic, co by mnie tak szczerze porwało. I kolejna, która z racji tego faktu nie jest zła, ale która też nie do końca jest z mojej bajki. Tylko czy serio powinienem się obwiniać o to, że szukam w muzyce czegoś innego niż reszta tego forum?
Być może rozczaruję Musiała tym, że zamiast napisać co myślę o tej płycie i omówić płytę kawałek po kawałku zadaję jakieś kretyńskie, retoryczne pytania, ale życie to generalnie sztuka rozczarowań czy coś. Chyba bym się pochlastał, gdybym miał opisywać tę płytę utwór po utworze. Szczerze mówiąc, to jest ten poziom poprawności, że ciężko było mi wyróżnić cokolwiek in plus oraz in minus, i niby z jednej fajnie, że nic mnie tu nie odtrąciło, ale z tym, żeby coś we mnie zostało to już gorzej.
Ta sytuacja ma swoje plusy, bo jednak pozwala podważyć pogląd, że muzyka niewywołująca silnych emocji jest lepsza niż ta, która irytuje (tak, patrzę na ciebie beznadziejna ostatnia edycjo Depeszwizji). Schody się robią, gdy trzeba o niej coś napisać. Ja generalnie to lubię smęty i pościelówy, co prawda zdecydowanie mniej w wykonaniu męskim, ale cholera - na tej płycie prawie nie ma niczego innego! Praktycznie nie słyszę żadnych zmian emocji ani nastroju, co jest poważnym zarzutem przy materiale, który szczególnie krótki nie jest.
Nie będę ukrywać, że najbardziej moją uwagę przykuły te trzy utwory, w których randomowo ni z gruchy, ni pietruchy na końcu pojawiała się coda, która brzmiała jakby była wycięta z Low czy innego Bowiego z lat 70. Nie rozumiem tego zabiegu, nie rozumiem dlaczego się pojawiał akurat w tych, a nie innych miejscach, ale po prostu se jest i być może to ja nie powinienem zadawać zbędnych pytań.
Ale dobra, bo mimo wszystko ograniczanie się do tego byłoby dla tej płyty mocno krzywdzące. Coś tam wyróżnię, by nie było. Otwieracz może nie zachwycił mnie jak Murzyna, ale przyznam Perremu co Blejkowe - daje radę. Faktycznie dobra, przyjemna piosenka, w której wszystko jest na swoim miejscu i której ciężko cokolwiek zarzucić, może poza tym, że nie ma na albumie zbyt wielu podobnie dobrych rzeczy. Nawet wokal mnie tu nie męczy, a to dużo jak na tę płytę. SONGS FOR SOMEONE też jest przyjemną, lekką pościelówą, która ma swój urok.
THE FOX IN WINTER przywołuje u mnie skojarzenia z Goodnight Lovers ogólnym całokształte oraz Seamusem Pink Floyd przez te gitarki. Ciekawe skojarzenia i w sumie ciekawy kawałek. TROPIC OF CANCER przyciągnęło mnie tytułem brzmiącym jak pewien inny zespół oraz tym, że pojawiło się na trackliście w momencie, w którym zaczynałem powoli czuć znużenie i przykuło mą uwagę zmianą nastroju i ciekawym, "wiosennym" klimatem. Doskonale rozumiem, że mogło to trafić do serca młodego korposzczura tę dekadę temu. COMING HOME zaś sprawdza się jako zamykacz i też jakoś tak do mnie trafia.
A co nie siadło? No takie LIES LIES LIES - podobnie jak Murzyn nie jestem fanem "klapnięć" w refrenie. Sam koncept nawet kupię, ale tu zdecydowanie brakuje jakiejkolwiek mocy, a anemiczny wokal Blake'a totalnie pogłębia efekt, a raczej jego brak. Możliwym, że to efekt długości i pozycji na trackliście, ale sorry not sorry, oceniam płyty jako całość i z racji tego TRAVELLING mnie odrzuciło. Inna sprawa to to, że mam wrażenie, iż to nie jest jedyny powód dla którego uważam to za nijaką, mdłą i generyczną balladę. Fakt, że Blake to brzmi jak wykastrowany Tom Yorke nie pomaga. W WE COULDN'T DECIDE brzmi jeszcze gorzej, na dodatek mediewialistyczny instrumental mnie męczy i drażni.
A reszta? No reszta to w sumie była i tyle mogę o niej powiedzieć. Przygodę z Perry Blakiem na przestrzeni pełnego longplay'a oceniam ambiwalentnie, bo niby trochę chwaliłem, ale całość jest dla mnie stanowczo zbyt długa i to raczej nigdy nie będzie do końca moja rzecz i to nawet pod warunkiem, że Suzanne Vega nagrałaby swoją wersję tej płyty. Pan z bródką i minką jakby co nawywijał ląduje na rzetelnej półce.
Od pewnego czasu mam wrażenie, że w praktycznie każdej recenzji w ramach tej zabawy powtarzam te same teksty o tym, że jestem wtórny i się powtarzam. Niby mógłbym - znowu! - napisać, że to kwestia tego, że jestem nudny, repetytywny i nie mam nic ciekawego do powodzenia, ale mam jakieś dziwne wrażenie, że sedno problemu nie leży wyłącznie w tym.
Bo niby można byłoby napisać, że to tylko i wyłącznie moja wina, że setny raz w tej zabawie nie znam typa z czegokolwiek więcej niż skaninąd rzetelny utwór z bestki utworowej, którego, jak zawsze przed recenzją nie pamiętałem, ale który po powrocie okazał się być całkiem przyjemny. Tylko czy na serio powinienem się obwiniać o to, że nie znam relatywnie niszowego muzyka?
Niby też mogę się obwiniać o to, że moje ogólne stanowisko na temat tej płyty mógłbym przekopiować z ostatniej chociaż recenzji Finka. Tak, to kolejna płyta której miło się słucha w tle, zawiera ładne piosenki, niektóre ciut ładniejsze, niektóre ciut gorsze, ale generalnie to takie miłe plumkanie w tle, w którym nie ma nic, co by mnie tak szczerze porwało. I kolejna, która z racji tego faktu nie jest zła, ale która też nie do końca jest z mojej bajki. Tylko czy serio powinienem się obwiniać o to, że szukam w muzyce czegoś innego niż reszta tego forum?
Być może rozczaruję Musiała tym, że zamiast napisać co myślę o tej płycie i omówić płytę kawałek po kawałku zadaję jakieś kretyńskie, retoryczne pytania, ale życie to generalnie sztuka rozczarowań czy coś. Chyba bym się pochlastał, gdybym miał opisywać tę płytę utwór po utworze. Szczerze mówiąc, to jest ten poziom poprawności, że ciężko było mi wyróżnić cokolwiek in plus oraz in minus, i niby z jednej fajnie, że nic mnie tu nie odtrąciło, ale z tym, żeby coś we mnie zostało to już gorzej.
Ta sytuacja ma swoje plusy, bo jednak pozwala podważyć pogląd, że muzyka niewywołująca silnych emocji jest lepsza niż ta, która irytuje (tak, patrzę na ciebie beznadziejna ostatnia edycjo Depeszwizji). Schody się robią, gdy trzeba o niej coś napisać. Ja generalnie to lubię smęty i pościelówy, co prawda zdecydowanie mniej w wykonaniu męskim, ale cholera - na tej płycie prawie nie ma niczego innego! Praktycznie nie słyszę żadnych zmian emocji ani nastroju, co jest poważnym zarzutem przy materiale, który szczególnie krótki nie jest.
Nie będę ukrywać, że najbardziej moją uwagę przykuły te trzy utwory, w których randomowo ni z gruchy, ni pietruchy na końcu pojawiała się coda, która brzmiała jakby była wycięta z Low czy innego Bowiego z lat 70. Nie rozumiem tego zabiegu, nie rozumiem dlaczego się pojawiał akurat w tych, a nie innych miejscach, ale po prostu se jest i być może to ja nie powinienem zadawać zbędnych pytań.
Ale dobra, bo mimo wszystko ograniczanie się do tego byłoby dla tej płyty mocno krzywdzące. Coś tam wyróżnię, by nie było. Otwieracz może nie zachwycił mnie jak Murzyna, ale przyznam Perremu co Blejkowe - daje radę. Faktycznie dobra, przyjemna piosenka, w której wszystko jest na swoim miejscu i której ciężko cokolwiek zarzucić, może poza tym, że nie ma na albumie zbyt wielu podobnie dobrych rzeczy. Nawet wokal mnie tu nie męczy, a to dużo jak na tę płytę. SONGS FOR SOMEONE też jest przyjemną, lekką pościelówą, która ma swój urok.
THE FOX IN WINTER przywołuje u mnie skojarzenia z Goodnight Lovers ogólnym całokształte oraz Seamusem Pink Floyd przez te gitarki. Ciekawe skojarzenia i w sumie ciekawy kawałek. TROPIC OF CANCER przyciągnęło mnie tytułem brzmiącym jak pewien inny zespół oraz tym, że pojawiło się na trackliście w momencie, w którym zaczynałem powoli czuć znużenie i przykuło mą uwagę zmianą nastroju i ciekawym, "wiosennym" klimatem. Doskonale rozumiem, że mogło to trafić do serca młodego korposzczura tę dekadę temu. COMING HOME zaś sprawdza się jako zamykacz i też jakoś tak do mnie trafia.
A co nie siadło? No takie LIES LIES LIES - podobnie jak Murzyn nie jestem fanem "klapnięć" w refrenie. Sam koncept nawet kupię, ale tu zdecydowanie brakuje jakiejkolwiek mocy, a anemiczny wokal Blake'a totalnie pogłębia efekt, a raczej jego brak. Możliwym, że to efekt długości i pozycji na trackliście, ale sorry not sorry, oceniam płyty jako całość i z racji tego TRAVELLING mnie odrzuciło. Inna sprawa to to, że mam wrażenie, iż to nie jest jedyny powód dla którego uważam to za nijaką, mdłą i generyczną balladę. Fakt, że Blake to brzmi jak wykastrowany Tom Yorke nie pomaga. W WE COULDN'T DECIDE brzmi jeszcze gorzej, na dodatek mediewialistyczny instrumental mnie męczy i drażni.
A reszta? No reszta to w sumie była i tyle mogę o niej powiedzieć. Przygodę z Perry Blakiem na przestrzeni pełnego longplay'a oceniam ambiwalentnie, bo niby trochę chwaliłem, ale całość jest dla mnie stanowczo zbyt długa i to raczej nigdy nie będzie do końca moja rzecz i to nawet pod warunkiem, że Suzanne Vega nagrałaby swoją wersję tej płyty. Pan z bródką i minką jakby co nawywijał ląduje na rzetelnej półce.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Perry Blake - Songs for Someone
Na wstępie, przepraszam Musiała, że tak długo trzeba było czekać na tę recenzję, to nie jest w moim stylu. Nie miałem problemu ze zrecenzowaniem tej płyty, po prostu nie miałem czasu jej słuchać, a to nie jest byle jaki album. Tego nie powinno się słuchać gdzieś w locie, w pracy między jednym gównem, a drugim, z hałasem w tle, itd. Płyta jest długa, a ja mam jeszcze jeden bonusowy kawałek. Jeżeli jakieś wątpliwości miałem, to właśnie w związku z długością albumu, czy te klimaty dadzą radę na takim dystansie.
„We Are Not Stars” to bardzo fajny utwór, ale niepotrzebna jest ta elektronika w tle, w czym zwłaszcza utwierdziłem się po przesłuchaniu reszty albumu, gdzie takich zabiegów nie ma, a jest ok. Poza tym nie mam żadnych zarzutów, wokalnie Perry lekko trąci tu Heppnerem, na szczęście później już mu się to nie zdarza. Zarówno ten, jak i wiele kolejnych kawałków na tym albumie, budzi skojarzenia z Blackiem, i to są bardzo dobre skojarzenia. Widać, że oni myśleli podobnie o muzyce, często słychać podobne rozwiązania zarówno w piosenkopisarstwie, jak i brzmieniu gotowych utworów. Dobry i obiecujący opener.
„When I’m Over You” piękna ballada, mocno smuciarsko, ale mnie to odpowiada. Dużo fajnych falsetów, a muzycznie w zasadzie same dobre rzeczy. „Lies, Lies, Lies” zaś zaczyna się jak coś od Dead Sea Navigators (np. wrzucane przeze mnie do dwizji „Funeral in Berlin”). Wibrafon poraża od pierwszych dźwięków. Potem kawałek trochę zmienia kierunek, niestety, ale nadal jest to kawał dobrego i klimatycznego grania. Rzucę Musiałem, ale nie pamiętam, żeby mi faceta kiedykowiek puszczał, czy wysyłał.
„The Fox in Winter” to jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Jest tu wszystko co lubię w muzyce. Wszystko sobie płynie, atmosfera gęsta jak budyń, ale z doskonałą dawką lekkości, a do tego absolutnie fenomenalne wokale. Miks Piano Magic, Nicka D. i wielu innych rzeczy, a koktail wyszedł wyjątkowo unikatowy. „Ava” bardzo ładnie wpływa po poprzednim kawałku, kolejny pokaz wspaniałych melodii i wokali. Nie chce się powtarzać, ale te numery mają bardzo podobne plusy. To jest po prostu bardzo wysoka półka piosenkopisarstwa i aranżerstwa. „Song for Someone” ma ciekawą orkiestrację, która brzmi trochę jak efekty z klawisza, bardzo ambientowo. Perry, póki co, w każdym utworzy zaskakuje czymś nowym.
„You’re Not Alone” ma chyba pecha w umiejscowieniu, bo na tym etapie wydaje się być trochę powtórką z rozrywki. Ładna piosenka, ale chyba zbytnio ciągnie ten sam klimat co kilka poprzednich propozycji. Na szczęście nie trwa to długo i lekka zmiana następuje z „Native New Yorker”, jednym z moich ulubieńców. Trąbka, rozmarzony klimat i elektronika, która tutaj w ogóle mi nie przeszkadza. „Tropic of Cancer” to kolejna rewelacja. Zaczyna się jak „Breathe” Pink Floyd, ale potem skręca w ten przyjemny, sielski klimat Perry’ego. Bardzo mi się ten numer kojarzy z Momusem, zarówno wokalnie, jak i muzycznie. Ciekawe, czy Perry jest fanem.
Zaczyna się „Travelling” i myślę sobie ‘o, jakaś babka na wokalu”, ale po chwili dotarło do mnie, że to po prostu Perry wysoko. To jest niesamowite jaką ten facet ma skalę. W tle lekko folkujące skrzypce, a do tego akustyk, czyli bardzo w stylu debiutu Nicka Drake’a. Mówiąc krótko, zajebiste.
Ładne, kwaśne outro. W refrenie „We Coudn’t Decide” to już chyba musi być jakaś babka. A MOŻE NIE? Kawałek brzmi trochę jak „Drug” The Czars, to średniowieczne instrumentarium bardzo mocno wpływa na vibe. Jest ciekawie, znowu zaskoczenie, mimo że klimat spójny z resztą.
„The End Of The Affair” ma bardzo luzacką, loungową atmosferę. Taki numer, co by mógł lecieć w poczekalni w jakimś spa, czy coś, brzmi to koszmarnie, ale to absolutnie nie jest pejoratywne porównanie. Ciekawe potrójne zakończenie. O „Coming Home” mogę w zasadzie napisać to samo, bardzo luzacko, relaksacyjnie, jakaś nienachalna elektronika w tle, świetne wokale, a wszystko to ozdabia naprawdę fajną piosenkę. Hidden miniaturka też bardzo spoko.
Ja mam jeszcze dorzucone „Ordinary Day”, numer z trip-hopowym bitem, trąbką ala kawałki Randy’ego Newmana i filmową orkiestracją. Tutaj już na bank jest babeczka, bo jest wymieniona w feacie. Ładna piosenka.
Perry balansuje na granicy w „Song for Someone”. Czasami wydaje się, że przesadzi, że kolejnego kawałka w takim samym stylu już się nie kupi, że to nie zadziała na dystansie niemal godziny. I w takich momentach, facet zaskakuje czymś nowym, mimo że nadal w podobnej atmosferze, co sprawia, że album jest jak najbardziej spójny. Nawet „You’re Not Alone” nie powodował już takich zgrzytów przy kolejnych przesłuchaniach. Czasami słuchając Blacka, zastanawiałem się co by było, gdyby bardziej poszedł w takim, lub innym kierunku, i ten album Perry’ego stanowi dla mnie odpowiedź z alternatywnego świata. Bo Perry to taki bardziej nieposkromiony Black. Nie dziwi mnie to w ogóle, bo to album od Musiała. Całość jest naprawdę bardzo dobra pod każdym względem. Piosenki, brzmienie, wokale, wszystko tutaj robi duże wrażenie, ale ostatecznie, bez analiz, doskonale się tego słucha. Gratuluje Musiałowi doskonałej wrzuty!
Na wstępie, przepraszam Musiała, że tak długo trzeba było czekać na tę recenzję, to nie jest w moim stylu. Nie miałem problemu ze zrecenzowaniem tej płyty, po prostu nie miałem czasu jej słuchać, a to nie jest byle jaki album. Tego nie powinno się słuchać gdzieś w locie, w pracy między jednym gównem, a drugim, z hałasem w tle, itd. Płyta jest długa, a ja mam jeszcze jeden bonusowy kawałek. Jeżeli jakieś wątpliwości miałem, to właśnie w związku z długością albumu, czy te klimaty dadzą radę na takim dystansie.
„We Are Not Stars” to bardzo fajny utwór, ale niepotrzebna jest ta elektronika w tle, w czym zwłaszcza utwierdziłem się po przesłuchaniu reszty albumu, gdzie takich zabiegów nie ma, a jest ok. Poza tym nie mam żadnych zarzutów, wokalnie Perry lekko trąci tu Heppnerem, na szczęście później już mu się to nie zdarza. Zarówno ten, jak i wiele kolejnych kawałków na tym albumie, budzi skojarzenia z Blackiem, i to są bardzo dobre skojarzenia. Widać, że oni myśleli podobnie o muzyce, często słychać podobne rozwiązania zarówno w piosenkopisarstwie, jak i brzmieniu gotowych utworów. Dobry i obiecujący opener.
„When I’m Over You” piękna ballada, mocno smuciarsko, ale mnie to odpowiada. Dużo fajnych falsetów, a muzycznie w zasadzie same dobre rzeczy. „Lies, Lies, Lies” zaś zaczyna się jak coś od Dead Sea Navigators (np. wrzucane przeze mnie do dwizji „Funeral in Berlin”). Wibrafon poraża od pierwszych dźwięków. Potem kawałek trochę zmienia kierunek, niestety, ale nadal jest to kawał dobrego i klimatycznego grania. Rzucę Musiałem, ale nie pamiętam, żeby mi faceta kiedykowiek puszczał, czy wysyłał.
„The Fox in Winter” to jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Jest tu wszystko co lubię w muzyce. Wszystko sobie płynie, atmosfera gęsta jak budyń, ale z doskonałą dawką lekkości, a do tego absolutnie fenomenalne wokale. Miks Piano Magic, Nicka D. i wielu innych rzeczy, a koktail wyszedł wyjątkowo unikatowy. „Ava” bardzo ładnie wpływa po poprzednim kawałku, kolejny pokaz wspaniałych melodii i wokali. Nie chce się powtarzać, ale te numery mają bardzo podobne plusy. To jest po prostu bardzo wysoka półka piosenkopisarstwa i aranżerstwa. „Song for Someone” ma ciekawą orkiestrację, która brzmi trochę jak efekty z klawisza, bardzo ambientowo. Perry, póki co, w każdym utworzy zaskakuje czymś nowym.
„You’re Not Alone” ma chyba pecha w umiejscowieniu, bo na tym etapie wydaje się być trochę powtórką z rozrywki. Ładna piosenka, ale chyba zbytnio ciągnie ten sam klimat co kilka poprzednich propozycji. Na szczęście nie trwa to długo i lekka zmiana następuje z „Native New Yorker”, jednym z moich ulubieńców. Trąbka, rozmarzony klimat i elektronika, która tutaj w ogóle mi nie przeszkadza. „Tropic of Cancer” to kolejna rewelacja. Zaczyna się jak „Breathe” Pink Floyd, ale potem skręca w ten przyjemny, sielski klimat Perry’ego. Bardzo mi się ten numer kojarzy z Momusem, zarówno wokalnie, jak i muzycznie. Ciekawe, czy Perry jest fanem.
Zaczyna się „Travelling” i myślę sobie ‘o, jakaś babka na wokalu”, ale po chwili dotarło do mnie, że to po prostu Perry wysoko. To jest niesamowite jaką ten facet ma skalę. W tle lekko folkujące skrzypce, a do tego akustyk, czyli bardzo w stylu debiutu Nicka Drake’a. Mówiąc krótko, zajebiste.
Ładne, kwaśne outro. W refrenie „We Coudn’t Decide” to już chyba musi być jakaś babka. A MOŻE NIE? Kawałek brzmi trochę jak „Drug” The Czars, to średniowieczne instrumentarium bardzo mocno wpływa na vibe. Jest ciekawie, znowu zaskoczenie, mimo że klimat spójny z resztą.
„The End Of The Affair” ma bardzo luzacką, loungową atmosferę. Taki numer, co by mógł lecieć w poczekalni w jakimś spa, czy coś, brzmi to koszmarnie, ale to absolutnie nie jest pejoratywne porównanie. Ciekawe potrójne zakończenie. O „Coming Home” mogę w zasadzie napisać to samo, bardzo luzacko, relaksacyjnie, jakaś nienachalna elektronika w tle, świetne wokale, a wszystko to ozdabia naprawdę fajną piosenkę. Hidden miniaturka też bardzo spoko.
Ja mam jeszcze dorzucone „Ordinary Day”, numer z trip-hopowym bitem, trąbką ala kawałki Randy’ego Newmana i filmową orkiestracją. Tutaj już na bank jest babeczka, bo jest wymieniona w feacie. Ładna piosenka.
Perry balansuje na granicy w „Song for Someone”. Czasami wydaje się, że przesadzi, że kolejnego kawałka w takim samym stylu już się nie kupi, że to nie zadziała na dystansie niemal godziny. I w takich momentach, facet zaskakuje czymś nowym, mimo że nadal w podobnej atmosferze, co sprawia, że album jest jak najbardziej spójny. Nawet „You’re Not Alone” nie powodował już takich zgrzytów przy kolejnych przesłuchaniach. Czasami słuchając Blacka, zastanawiałem się co by było, gdyby bardziej poszedł w takim, lub innym kierunku, i ten album Perry’ego stanowi dla mnie odpowiedź z alternatywnego świata. Bo Perry to taki bardziej nieposkromiony Black. Nie dziwi mnie to w ogóle, bo to album od Musiała. Całość jest naprawdę bardzo dobra pod każdym względem. Piosenki, brzmienie, wokale, wszystko tutaj robi duże wrażenie, ale ostatecznie, bez analiz, doskonale się tego słucha. Gratuluje Musiałowi doskonałej wrzuty!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
dzisiaj to już wykluczone pisanie na temat inny niż wiadomy, jutro definitywnie wleci recka
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Perry Blake Songs for Someone
Jak dla mnie ten jeden kawałek w bestce singlówce to było zdecydowanie za dużo. Niby trip hopy, próba budowania gęstego klimatu, ale nos i ucho słusznie podpowiadały tropy. Albumówka nam spuchła i ropieje, trzeba słuchać kolejnej jesieniarskiej płyty w stylu, którego nie lubię, a który jednocześnie jest tu ceniony, w połowie maja. Kopałem się trzy tygodnie, ale to nie jest muzyka, której służyłoby szybkie ogranie i odbębnienie. Z drugiej strony to fizycznie niemożliwe. Złapałem się na ostatni odsłuch podczas wyprawy kolejowej. Druga kawa tego dnia, a w trakcie kolejna walka ze snem. Chciałem usiąść bliżej wczoraj, ale wówczas nawet 10 minut kosmicznego ambientu popchnęło mnie w odmęty drzemki. Weekend wykluczony, niedziela wręcz absolutnie. Wcześniej ostre przeziębienie, wycieczki wrocławskie, pisanie magisterki. Ostatecznie jest wtorek... i jest studium refleksji o Pieśniach dla Kogoś Tam prosto z głowy, czyli niczego.
We Are Not Stars
senny opener z przyjemnym groovem, ładne basy, tetryckie tempo i perka typu kibloklapa, chłop aż tak nie irytuje manierą, schulzowskie 80s intro smykowe - przeciągnięty na siłę
When I'm Over You
szybki wzrost przesadzonego przegięcia, połączenie zaśpiewów starobabowych i bossa novy na kiju... ajajaj
Lies Lies Lies
więcej dodatków, bogatszy aranż, hipnotyczna melodia... i wokalnie mocniej, bo bez harmonii by tego nie było, jest tu sympatyczna przewrotność (outro zbędne)
Fox in Winter
filler z samych zaśpiewów, raczej do pomijania, szczególnie o tej porze roku, bez żadnego wyrazistego elementu
Ava
tutaj tribalowo-jazzowo-muzakowa perkusja wprowadza trochę różnorodności, a jednocześnie wyjątkowo mocno irytujące akcenty, generalnie śpiew... masakra, strasznie jednostajne
Song for Someone
automat dodaje odrobinę więcej życia, ale koniec końców też słuzy do wystukiwania klapy... kawałek nie zdąży się rozwinąć i już pędzi dalej w interludy, za bardzo poszatkowane
You're Not Alone
trzeci smutas na jedno to samo kopyto, fragmenty z bitem jak przyjemny zalążek tego, jak generalnie powinna brzmieć cała płyta... takiej melancholijnej elektroniki trzeba tu znacznie więcej, drugie outro zbędne
Native New Yorker II
nie wiem czy to kwestia miksu, jakości nagrań czy czego, ale tu wokale chwilami wręcz tak jakby "śnieżyły", elektroniczne brzmienia i tromba bomba wnoszą sporo odświeżenia, więcej życia, radioramowatości, z drugiej strony ten fałszywy synthowy świst... no wali wtyczką darmową normalnie, aż wstyd - poza tym jest okej
Tropic of Cancer
no dobra, wciąż sanatoryjne tempo, ale robotę robią dodatki - tu prawie fripptronics na początku, pojedyncze efekty w środku, przyjemny dwugłos
Travelling
tu smyki na pełnym dystansie nadają filmowego klimatu wręcz, wokalnie też trochę inaczej chwilami (na szczęście), jeden z lepszych kawałków
We Couldn't Decide
wszystko poza tytułowym zaśpiewem jest trochę do dupy i podobne jota w jotę do większości rzeczy, mniej fillerowate niż poprzednie najmocniejsze smęciki... trochę baśniowości wręcz
End of the Affair
czyli jednak da się bardziej na bogato, hipnotycznie a nie sennie, znowu sporo niskich tonów się znalazło... kolejny dobry kawałek, groove i telewizyjny refren (jak z obyczajówki z epoki) robią robotę tm... nie mam tych przeciągniętych interludów tutaj, ale z drugiej strony nie ma pianinka! ciągnie się przez 90% płyty, przynajmniej tu cisza...
Coming Home
wokalny jumpscare, członek ci w pupę autorze... nie dość, że zmiksowane na różne sposoby to jeszcze o różnym poziomie głośności... przynajmniej im dalej w las, tym nawet mamy autorską wariację r&b, fajne są te zaśpiewy typu 'I don't wanna daaaj, du du du du duuu'... kolejna niespodzianka na koniec zbędna
Zawsze tak mam, że w momencie domknięcia sprawy znajduję kilka faworytów. Siłą rzeczy da się wyróżnić lepsze-gorsze nawet przy generalnie średnich płytach - tak jak tutaj. Senny klimat podbija praktyczny brak basu, jednostajność kompozycji, klepanie mniej więcej identycznych interpretacji wokalnych. Chłop chyba nie ma z czego, a sama specyficzność głosu działa w pojedynczych przypadkach. Chwilami jest wręcz niezrozumiały, czyli na płaszczyźnie emocji robi się radykalnie neutralnie. Druga część wyraźnie lepsza od pierwszej, ale i tak całość jakby sklejona z różnych sesji oraz bez choćby jednego odsłuchu po wszystkim. Ogólnie wrażenie: senna, usypiająca, po prostu męcząca w odbiorze. Raz sama gitara jest dobrze zmiksowana, raz całość brzmi jak demówka laptopowa bez większych poprawek. Od początku do końca nieznośna zmienność. Na plus elektroniczne plamy trochę jak z uniwersum twórców typu Ian Boddy czy TD za czasów Franke i Haslingera, ale stanowczo za mało. Za dużo samego pianinka, przygrywania gitarowego bez ikry. Im więcej instrumentów, tym na Pieśniach dla Kogoś Tam lepiej. Kameralnie klisze przy ognisku były najgorsze. Albo wybory podczas produkcji? Numer o singlowym charakterze z dwuminutowym zakończeniem, pięciominutowy zapychacz... No trudno. Przynajmniej dwa kawałki spoko.
Jak dla mnie ten jeden kawałek w bestce singlówce to było zdecydowanie za dużo. Niby trip hopy, próba budowania gęstego klimatu, ale nos i ucho słusznie podpowiadały tropy. Albumówka nam spuchła i ropieje, trzeba słuchać kolejnej jesieniarskiej płyty w stylu, którego nie lubię, a który jednocześnie jest tu ceniony, w połowie maja. Kopałem się trzy tygodnie, ale to nie jest muzyka, której służyłoby szybkie ogranie i odbębnienie. Z drugiej strony to fizycznie niemożliwe. Złapałem się na ostatni odsłuch podczas wyprawy kolejowej. Druga kawa tego dnia, a w trakcie kolejna walka ze snem. Chciałem usiąść bliżej wczoraj, ale wówczas nawet 10 minut kosmicznego ambientu popchnęło mnie w odmęty drzemki. Weekend wykluczony, niedziela wręcz absolutnie. Wcześniej ostre przeziębienie, wycieczki wrocławskie, pisanie magisterki. Ostatecznie jest wtorek... i jest studium refleksji o Pieśniach dla Kogoś Tam prosto z głowy, czyli niczego.
We Are Not Stars
senny opener z przyjemnym groovem, ładne basy, tetryckie tempo i perka typu kibloklapa, chłop aż tak nie irytuje manierą, schulzowskie 80s intro smykowe - przeciągnięty na siłę
When I'm Over You
szybki wzrost przesadzonego przegięcia, połączenie zaśpiewów starobabowych i bossa novy na kiju... ajajaj
Lies Lies Lies
więcej dodatków, bogatszy aranż, hipnotyczna melodia... i wokalnie mocniej, bo bez harmonii by tego nie było, jest tu sympatyczna przewrotność (outro zbędne)
Fox in Winter
filler z samych zaśpiewów, raczej do pomijania, szczególnie o tej porze roku, bez żadnego wyrazistego elementu
Ava
tutaj tribalowo-jazzowo-muzakowa perkusja wprowadza trochę różnorodności, a jednocześnie wyjątkowo mocno irytujące akcenty, generalnie śpiew... masakra, strasznie jednostajne
Song for Someone
automat dodaje odrobinę więcej życia, ale koniec końców też słuzy do wystukiwania klapy... kawałek nie zdąży się rozwinąć i już pędzi dalej w interludy, za bardzo poszatkowane
You're Not Alone
trzeci smutas na jedno to samo kopyto, fragmenty z bitem jak przyjemny zalążek tego, jak generalnie powinna brzmieć cała płyta... takiej melancholijnej elektroniki trzeba tu znacznie więcej, drugie outro zbędne
Native New Yorker II
nie wiem czy to kwestia miksu, jakości nagrań czy czego, ale tu wokale chwilami wręcz tak jakby "śnieżyły", elektroniczne brzmienia i tromba bomba wnoszą sporo odświeżenia, więcej życia, radioramowatości, z drugiej strony ten fałszywy synthowy świst... no wali wtyczką darmową normalnie, aż wstyd - poza tym jest okej
Tropic of Cancer
no dobra, wciąż sanatoryjne tempo, ale robotę robią dodatki - tu prawie fripptronics na początku, pojedyncze efekty w środku, przyjemny dwugłos
Travelling
tu smyki na pełnym dystansie nadają filmowego klimatu wręcz, wokalnie też trochę inaczej chwilami (na szczęście), jeden z lepszych kawałków
We Couldn't Decide
wszystko poza tytułowym zaśpiewem jest trochę do dupy i podobne jota w jotę do większości rzeczy, mniej fillerowate niż poprzednie najmocniejsze smęciki... trochę baśniowości wręcz
End of the Affair
czyli jednak da się bardziej na bogato, hipnotycznie a nie sennie, znowu sporo niskich tonów się znalazło... kolejny dobry kawałek, groove i telewizyjny refren (jak z obyczajówki z epoki) robią robotę tm... nie mam tych przeciągniętych interludów tutaj, ale z drugiej strony nie ma pianinka! ciągnie się przez 90% płyty, przynajmniej tu cisza...
Coming Home
wokalny jumpscare, członek ci w pupę autorze... nie dość, że zmiksowane na różne sposoby to jeszcze o różnym poziomie głośności... przynajmniej im dalej w las, tym nawet mamy autorską wariację r&b, fajne są te zaśpiewy typu 'I don't wanna daaaj, du du du du duuu'... kolejna niespodzianka na koniec zbędna
Zawsze tak mam, że w momencie domknięcia sprawy znajduję kilka faworytów. Siłą rzeczy da się wyróżnić lepsze-gorsze nawet przy generalnie średnich płytach - tak jak tutaj. Senny klimat podbija praktyczny brak basu, jednostajność kompozycji, klepanie mniej więcej identycznych interpretacji wokalnych. Chłop chyba nie ma z czego, a sama specyficzność głosu działa w pojedynczych przypadkach. Chwilami jest wręcz niezrozumiały, czyli na płaszczyźnie emocji robi się radykalnie neutralnie. Druga część wyraźnie lepsza od pierwszej, ale i tak całość jakby sklejona z różnych sesji oraz bez choćby jednego odsłuchu po wszystkim. Ogólnie wrażenie: senna, usypiająca, po prostu męcząca w odbiorze. Raz sama gitara jest dobrze zmiksowana, raz całość brzmi jak demówka laptopowa bez większych poprawek. Od początku do końca nieznośna zmienność. Na plus elektroniczne plamy trochę jak z uniwersum twórców typu Ian Boddy czy TD za czasów Franke i Haslingera, ale stanowczo za mało. Za dużo samego pianinka, przygrywania gitarowego bez ikry. Im więcej instrumentów, tym na Pieśniach dla Kogoś Tam lepiej. Kameralnie klisze przy ognisku były najgorsze. Albo wybory podczas produkcji? Numer o singlowym charakterze z dwuminutowym zakończeniem, pięciominutowy zapychacz... No trudno. Przynajmniej dwa kawałki spoko.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujas zlituj się nad nami
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Może po prostu przejdźmy już dalej
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak Ci dewotis nam szybko dorastają, nawet nie wiem kiedy przeszedłeś od zamulania do poganiania innych 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Sam tego nie rozumiem
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja kiedyś prężnie uczestniczył, a teraz zawsze jest ostatni, zawsze zalega, zawsze zamula. Po czterech tygodniach, to nawet argument osłuchania jest średni.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Łoo Jezu, raz w życiu Mentosowi udało się być przedostatnim i już z tego powodu dokazuje.stripped pisze:22 maja 2025 08:32Jak Ci dewotis nam szybko dorastają, nawet nie wiem kiedy przeszedłeś od zamulania do poganiania innych![]()
Spokojnie panowie. Wszystko ma swój powód. Nic nie jest przypadkowe.Hien pisze:22 maja 2025 10:36Wuja kiedyś prężnie uczestniczył, a teraz zawsze jest ostatni, zawsze zalega, zawsze zamula. Po czterech tygodniach, to nawet argument osłuchania jest średni.
Perry Blake - Songs for Someone
Po Weeping Tree czułem zainteresowanie Perrym. Ciekawy byłem jak gościu wypadnie na dystansie pełnego albumu. Pierwszy zapoznawszy odsłuch trochę ostudził mój zapał. Wydawało mi się, że to zbyt duża dawka muzyki w tym samym klimacie i stylu. Podobało mi się kilka pierwszych utworów, ale potem dostawałem muzycznej zadyszki. Zrobiłem więc sobie dłuższą przerwę zanim powróciłem do Songs for Someone. Drugi i trzeci odsłuch niewiele zmienił. Tych kilka pierwszych utworów doceniałem, ale reszta wciąż mi się rozmywała. Potem coś jednak drgnęło. Zintensyfikowałem kolejne odsłuchy. Melodie zaczęły mi się wyraźniej zarysowywać w świadomości. Zacząłem je rozróżniać, bardziej doceniać poszczególne utwory. I w końcu mogę powiedzieć, że podchodzę do opisywania moich wrażeń wyraźnie zadowolony.
We Are Not Stars akurat od samego początku mi się podobało i dało mi pozytywnego kopa w ryj. Już sam początek intrygujący. To pianino robi nastrój, jakby to była muzyka z jakiegoś dreszczowca. Doskonała melodia, szczególnie w refrenie. Świetne brzmienie. Bardzo się osobiście cieszę z użytej tutaj elektroniki i trochę szkoda, że później na albumie jest jej znacznie mniej. Wokalnie też super. Bardzo dobre, wręcz rewelacyjne otwarcie.
When I’m Over You to bardzo ładna i nastrojowa ballada. Zaczyna się od fajnych falsetów zaśpiewanych przy akompaniamencie pianina. Jeszcze parę lat temu bym takie wokale na wejściu odrzucił. Teraz bardzo lubię i doceniam. Jest smutnawo, klimatycznie. Jest fajnie.
Lies Lies Lies to na pewno jeden z moich ulubieńców. Przepiękna melodia w świetnej aranżacji. Smyki, pianino, wibrafon, klaśnięcia, wokal – wszystko jest cudne. I jeszcze fajna coda.
The Fox In Winter dostarcza najbardziej sielski klimat z dotychczasowych utworów. Jest naprawdę pięknie. Każdy dźwięk, każdy instrument dostarcza przyjemności. Można się naprawdę rozmarzyć i rozanielić. W kilku miejscach miałem skojarzenia z różnymi innymi rzeczami. I były to zawsze miłe skojarzenia.
Ava zaczyna się od odgłosów burzy co budzi kolejne dobre skojarzenia z Crying in the Rain. Potem przechodzi to w bardzo rytmiczną balladę, która śmiało pasowałaby stylowo do dowolnej płyty Blacka/Colina Vearncombe’a. Piękna melodia, wokale i piękny aranż.
Songs For Someone to kolejna dobra kompozycja, która brzmi bardzo przyjemnie. Podoba mi się ta skromna latino gitara w mostku. Pianino i smyki oczywiście rządzą na pierwszym planie, ale wszystko jest bardzo uporządkowane. Wokale jak najbardziej na plus. Ładny utwór.
You’re Are Not Alone może i nie wnosi wiele nowego. Może jest powtórką z rozrywki, ale to nadal bardzo dobra i przyjemna nuta. Perry ładnie zawodzi na wokalu. Na początku właśnie takie utwory jak ten i poprzedni mi się zlewały w jedno. Na obecnym etapie nie mam już z tym żadnego problemu. Wystarczyło lepiej się z albumem zapoznać.
Native New Yorker II wg mnie wcale nie ma jesiennego klimatu. To bardzo wiosenny, a może nawet letni utwór. Mógłbym tego w letnie popołudnia słuchać na ogrodzie w pakiecie z Wherever There Is Light od no-man. Nadaje się idealnie. Krótko mówiąc ładny utwór.
Tropic of Cancer posiada wszystkie zalety swoich poprzedników, czyli ładną melodię, pianino, smyki, wokale. Perry wyraźnie ma talent do tworzenia przyjemnych kompozycji i przychodzi mu to z łatwością.
Przy Travelling serce znów się ożywia bardziej. Też myślałem na początku, że to śpiewa jakaś kobieta. Tymczasem to Perry. Niesamowite zdolności wokalne posiada. Utwór się zaczyna i za sprawą tych fujarek/fletów mam od razu skojarzenia z The Kelly Family. Przepiękna melodia w równie pięknej aranżacji. Jestem wrażliwy na takie rzeczy.
We Couldn’t Decide też mocno mi się z czymś kojarzy. Fajne barokowe klawisze. Charakterystyczna melodia. W chórkach na pewno jest jakiś damski głos. Bardzo fajny króciutki utworek.
The End of the Affair ma znów bardzo dobrą melodię. I ładne pianino. Dziwny zabieg z tym wyciszeniem i dwukrotnym wjeżdżaniem z czymś niby zupełnie od czapy. Ale ładne te instrumentalne fragmenty jednak. Aż dziw mnie teraz bierze, że tyle czasu zajęło mi docenienie takich utworów jak ten. Pisząc te słowa słucham tych piosenek po raz kolejny, niektórych nawet po kilka razy i każdy kolejny odsłuch jest coraz bardziej satysfakcjonujący.
Coming Home to po prostu bardzo ładne zakończenie albumu mimo, że utwór mocno kojarzy mi się z którymś z wcześniejszych utworów. Ładna partia gitarowa i klawisze w mostku.
Gdybym ten tekst pisał tydzień temu, to byłoby jednak trochę marudzenia, kręcenia nosem. Bo przy kilku pierwszych odsłuchach po początkowym zadowoleniu później jednak przebierałem nogami ze zniecierpliwienia. Te ostatnie dni znowu sporo zmieniły. Wychodzi na to, że pochwaliłem praktycznie każdy utwór. Może i album jest utrzymany w całości w jednym rytmie, jednym klimacie. Może to się wydawać komuś nudne i monotonne. Mnie też na początku tak się wydawało. Ale w pewnym momencie wszystko się zmieniło. Osłuchałem się na tyle, że każdy utwór bez wyjątku mi się podoba. I to bardzo. Bo to jest takie smuteczkowe przynudzanie jakie lubię. Trzeba tylko odpowiedniej ilość czasu i odsłuchów, żeby się w to wciągnąć. Jak już to nastąpi, to nie ma odwrotu. To piękny i klimatyczny album.
Do Jamesa Blake'a na moje playlisty dołącza w glorii i chwale inny Blake - Perry. Na pewno sprawdzę inne jego albumy. A szczególnie jestem zainteresowany tym elektronicznym albumem, którego Dev... nie poleca.
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bardzo dziękuję wszystkim za recenzje!
Bardzo miło było mi je czytać, nawet te nie do końca przychylne, albowiem dały mi nieco inną perspektywę na niektóre utwory. Spodziewałem się w sumie, że Hien zapropsuje, obstawiałem jednakowoż, że Dragonowi też może się podobać, zaś Wuja pół na pół. Wyszło na odwrót hehe (a i też nie do końca). Polecam chętnym zapoznanie się z innymi albumami Blejka, na Spotifaju jest wszystko. Zwłaszcza sugeruję Still Lives i Californię (ta ostatnia jak znalazł na lato). Z kolei w Songs of Praise z 2019 uderza w klimaty lekko synthpopowe. Każdy znajdzie coś dla siebie, tak myślę.
Lecimy!
Lecimy!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No to czas na Autechre 
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Autechre - Untilted [2005]
Dragon pisze:15 mar 2025 02:19
To jest jednak bestka albumowa życiowa, więc ja już nic nie poradzę na kobyłki po kobyłach. Dwadzieścia płyt, holy moly! Do dubli raczej nie dożyję, a kilku ważnych wykonawców powinienem podrzucić jeszcze w pełnej dawce. Bardzo podoba mi się domknięcie pewnej historii z pierwszego tekstu w bestkach o Autechre. Czerwiec 2022, wtedy marzyłem o zobaczeniu ich na żywo. Półtora roku później marzenie stało się rzeczywistością. Pełnoprawny fanatyk (choć nie bardzo radykalny) domknął wieki dziecięce znajomości. Ile to już lat, a za mną TNMK, Unsound, Opener... nie jest źle.
Początkowo myślałem o czymś w rodzaju przystawki, ale dla chcącego nic trudnego - dyskografia duetu Booth/Brown to wspaniała podróż w nieznane, pasjonujące, eksperymentalne, a czasem i wkurviające. Wliczone w koszta, widziały gały co brały i gdy rytmy na Incunabuli czy Amber pokochały. Tak, „lekcje z Autechre" naprawdę się zdarzały. Tak, do pewnego momentu słuchałem ich nagrań chronologicznie w oparciu o całkiem dobre podsumowanie ich dokonań na Screenagers. Nie, tych NTSów i elseqów nie da się słuchać, płyty powyżej 2 godzin z totalnie losowymi kolażami to już bardziej test na cierpliwość niż sztuka warta uwagi. Działalność artystyczna czasem wymaga rzemiosła w zakresie SELEKCJI. Zupełnie inaczej działa sekcja nagrań koncertowych, ale pełnoprawne „studyjne" projekty takiej długości... można sobie wmawiać albo się oszukiwać. Czekam na poważnych ludzi, którzy powiedzą, że naprawdę pokonali te kobyły i znaleźli w nich coś, do czego wracają regularnie.
Autechre to jest wyzwanie, jesteście duzi, przez trzy i pół roku pośrednio powinniście być na takie rzeczy godnie przygotowani. Mojej drogi nie powtórzycie, a że chcę się podzielić moją ulubioną płytą... którą uważam jednocześnie za punkt dojścia w kolejnym etapie, gdy już dawno porzucili prostsze formy... niby znajdziecie jeszcze mocniejsze rzeczy, ale na moje ucho tutaj jest przy tym mnóstwo zabawy. Lawina gliczy, łamańców rytmicznych, zabawy przestrzenią czy percepcją słuchacza - dla mnie bomba, choć sam „uczyłem" się tej płyty jakiś czas. Pewnego dnia już w czasach liceum kliknęło w pełnym formacie. Efekt uboczny? Pierwsze płyty słuchane na świeżo po takich ciosach wydają się wręcz prostackie, do nich też trzeba znowu odpowiedniego dostrojenia. Tacy oni są. Matematyka, granice potencjału sprzętu dostępnego pod ręką, kwestie tego gdzie jeszcze muzycznie, a kiedy już nie... Wymagający materiał, choć wprawne uszy mogą wyłapać ciekawsze inspiracje, a przynajmniej satysfakcjonujące momenty oddechu.
Kiedy nie umiałem sobie poradzić to po prostu liczyłem do czterech. W ten niesłychanie skomplikowany sposób chaos stał się uporządkowany, pozorna losowość zyskała sens, a stopień rozbudowania wcale nie jest taki wysoki. Untilted to płyta, gdzie najkrótszy kawałek wcale nie jest najprostszy w odbiorze, a najdłuższy to ten najtrudniejszy. Kiedyś wyczytałem na ich temat ciekawą uwagę, że im dalej w las, tym na płytach jest coraz mniej człowieka albo ludzkie emocje rozkładają się w mniej oczywisty sposób. Dla mnie chwilami te pstrokate, agresywne, nieprzyjemne brzmienia potrafią nagle wywołać jakieś wrażenia. Rzeczy pokroju zaskakującego elektro outro w Augmatic Disport, klubowo-filmowe napięcie w Pro Radii, futurystyczny ambient drugiej połowy Sublimit (początek po prostu buja), to już coś. Potem The Trees, znowu Augmatic Disport, LCC po części też wykorzystują porównywalny patent co... wrzucane Piezo. Słuchaczu, ty sobie musisz najpierw w głowie pozamiatać dźwiękowe przeszkadzajki, bo pod nimi kryje się zupełnie „zwyczajna" muzyka. Z drugiej strony Iera i Fermium jak takie muzyczne monolity, które ulegają jakiejś dziwnej dekonstrukcji. Jeszcze Ipacial Section zbudowany jak progresywny kawałek, spokojne można wydzielić cztery sekcje... a końcówka też pospolita.
Spisałem to wszystko dla ułatwienia, a może ulegam wrażeniu, że już nie ma tu miejsca na wyzwania? Będę jak rzadko kiedy mocno zaskoczony, gdy ktoś je przyjmie i znajdzie tu coś dla siebie. Trudno do takiej muzyki wracać jak do piosenek, motywów klasycznych... ale mnie się zdarzało w epoce hardego osłuchiwania. W dniu, kiedy podrzucam tę płytę, słuchałem jej kolejny raz. Naprawdę robi wrażenie, gdy myślę o tym, jak mógł wyglądać proces twórczy. Jak wiele się tutaj zgadza, ile sensu i efektownych aranży szczególnie w pierwszej połowie. Sprawiała przyjemność bez szczególnego masochizmu. Spod tego chłodu wychodzi czasem wiele lekkości, dystansu, tylko forma na pierwsze rzuty ucha może odrzucić. To będzie ciekawe heh
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... Q6qbAmK9Iw
PS Myślę sobie, że materiał z krakowskiego setu sprzed niecałych dwóch lat był trudniejszy w odbiorze. Swoją drogą znakomity, oni wciąż artystycznie ewoluują.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Proponuję nie czekać trzy tygodnie na recenzowanie kolejnych płyt.
Autechre - Untilted
Będzie jakby bez wstępu bo w sumie poprzedniego spotkania z Autechre w utworowej nawet nie pamiętam, podchodziłem do albumu bez oczekiwań (może z jakimiś obawami?) a w ogóle to to zdanie nie jest wstępem.
Pierwszy utwór z buta otwiera nam płytę bezpardonowo wchodząc kaskadami perkusyjnych łamańców. Bit jest mocno sterylny, zimny, odrobinę metaliczny. Kiedy po chwili dochodzę do wniosku że rytm nie jest aż tak skomplikowany i raptem powtarza się jedna pętla wówczas nagle dopiero rozwiązuje się worek z chaosem w tym kawałku. Napierdalanka się zagęszcza, lasery strzelają, kosmos wiruje, czasoprzestrzeń się zakrzywia. Potem znów uspokojenie a w tle przygrywa synth brzmiący jak z 8-bitowego soundtracku do starej gry wideo. Później pod spodem słyszę jak przelewa sie delikatnie taka basowa magma. Jeszcze lepiej ten bas brzmi w końcówce gdy parę przeszkadzajek cichnie w miksie.
Ipacial Section kojarzy mi się bardziej industrialnie jakby ktoś tam wiercił tudzież walił młotem pneumatycznym, takie Masło i Serek ale bez popowego pierwiastka xD Autechre prężnie wiercą dziury w betonowych ścianach oraz tłuką płyty chodnikowe. Potem bezdomny tłucze po metalowych garnkach próbując zarobić grosza na świeżą bułkę i tanie wino. Później nagle w 6. minucie w chaos wkrada się jakiś porządek, mamy nieco wyciszony fragment z naciskiem bardziej na rwane synthy i stopę. Później słyszę flesz aparatu, ktoś zdjęcia robi? Może to muzeum sztuki nowoczesnej tak a nie naprawdęplac budowy? Ale żeby tak z fleszem... No ale nic, lecimy dalej a następne jest Pro Radii, cokolwiek to znaczy... Ten numer otwierają donośne plemienne bębny jakby. Pogłos jest konkretny, przestrzeń duża, może jakaś hala zatem? Później robi się bardziej metalicznie za sprawą talerzy itp. przeszkadzajek. Pojawiają się też pierwsze wokalne sample. Przeróżne pikania i popiskiwania, trochę jak stary modem łączący się z internetem. Dalej już numer rozjeżdża się w trochę nudnej łupance niestety jak dla mnie. Augmatic Disport to kolejna porcja wielkomiejskiego industrialnego hałasu, plac budowy w centrum miasta który z czasem przekształca się w festiwal elektronicznego glitchowania, jak podróż po płycie głównej wielkiego komputera przez kolejne mikroprocesory, kondensatory i radiatory. Na koniec z tego komunikacyjnego chaosu wyłania się prosty bit 4x4, chwila spokoju dla mojego umysłu przesyconego bodźcami. Iera to ciąg dalszy matematycznego tłuczenia rytmów, a ja tak po prostu zwyczajnie nie lubię takiej muzyki, do tego trzeba mieć chyba trochę inny umysł, ja niestety jestem humanistą heee. Przypomina mi to wszystko niektóre numery Plaid czy Aphex Twin którymi męczył mnie czasem jeden mój znajomy. Jestem na NIE - po raz piąty już podczas odsłuchu tej płyty, na ten moment matematyczne szanse na to że cokolwiek znajdę dla siebie na tej płycie obliczam na jakieś 0,000003636262%. Fermium jest nieco delikatniejsze w brzmieniu, bardziej stonowane, mniej twarde - ale nadal nie miękkie heh. Szczerze za bardzo nawet nie wiem co o nim napisać bo to dla mnie kolejna napieprzanka z tym że tym razem bardziej metalicznie brzmiąca. Najlepsza jest końcówka gdy numer się wycisza. O! Następny w kolejce The Trees (Tetris heh) zaczyna się jakoś kurde normalniej jakby? Prosty rytm pozwala utrzymać moją uwagę, do tego dochodzi jakieś kręcenie gałkami, robi mi to miłe skojarzenia z początkami acid house'u a potem zaczyna się plasterkowanie tego rytmu po czym znowu wracamy w jakieś podróże po Neostradzie, TRZASKi, glitche, takie tam. Miłe złego początki zatem to były jedynie ech. Pod koniec obowiązkowa chwila na wyciszenie przed ostatnim już numerem na płycie. Sublimit otwiera fajna pętla brejkowa, daje to cień nadziei na pozytywne zakończenie tej przygody z Autechre. Nawet mi to nieco przypomina późniejsze footworkowe dokonania Machinedruma. Lubię te perkusyjne sałatki ale najbardziej chyba kiedy ten rytm jest stały i zapadam w bezpieczny trans. Rytm zaczyna się z czasem rwać ALE dostajemy w zamian fajne brzmienie, takie ejtisowe dość te bębny i cięte synthy, pozytywne zaskoczenie. Po 7 minutach wyciszenie i słychać tylko wystrzały z laserów. Dalej jednak... numer że tak powiem rozpływa się w dość typowym brzmieniu tej płyty Autechre po prostu. Dla mnie no bonus bo numer nie przykuwa mojej uwagi do końca.
Krótkim słowem podsumowania - przesłuchałem ale w sumie i tak nic z tego nie pamiętam a nie chce mi się ślęczeć nad tym nie wiadomo ile odsłuchów by pewnie i tak dojść do zbliżonych wniosków co teraz. Nie przepadam za taką muzą, nie jest to muzyka dla mnie, Autechre pewnie dowozi ale lepiej niech dowozi to do kogoś kto odbierze to zamówienie i zje ze smakiem. Będąc młodszym mógłbym się może odrobinę zachłysnąć tym wszystkim tutaj ale teraz będąc ciut bardziej osłuchanym po prostu wiem co lubię a czego nie i jeśli mogę wolę poświęcić czas na inne rzeczy.
Autechre - Untilted
Będzie jakby bez wstępu bo w sumie poprzedniego spotkania z Autechre w utworowej nawet nie pamiętam, podchodziłem do albumu bez oczekiwań (może z jakimiś obawami?) a w ogóle to to zdanie nie jest wstępem.
Pierwszy utwór z buta otwiera nam płytę bezpardonowo wchodząc kaskadami perkusyjnych łamańców. Bit jest mocno sterylny, zimny, odrobinę metaliczny. Kiedy po chwili dochodzę do wniosku że rytm nie jest aż tak skomplikowany i raptem powtarza się jedna pętla wówczas nagle dopiero rozwiązuje się worek z chaosem w tym kawałku. Napierdalanka się zagęszcza, lasery strzelają, kosmos wiruje, czasoprzestrzeń się zakrzywia. Potem znów uspokojenie a w tle przygrywa synth brzmiący jak z 8-bitowego soundtracku do starej gry wideo. Później pod spodem słyszę jak przelewa sie delikatnie taka basowa magma. Jeszcze lepiej ten bas brzmi w końcówce gdy parę przeszkadzajek cichnie w miksie.
Ipacial Section kojarzy mi się bardziej industrialnie jakby ktoś tam wiercił tudzież walił młotem pneumatycznym, takie Masło i Serek ale bez popowego pierwiastka xD Autechre prężnie wiercą dziury w betonowych ścianach oraz tłuką płyty chodnikowe. Potem bezdomny tłucze po metalowych garnkach próbując zarobić grosza na świeżą bułkę i tanie wino. Później nagle w 6. minucie w chaos wkrada się jakiś porządek, mamy nieco wyciszony fragment z naciskiem bardziej na rwane synthy i stopę. Później słyszę flesz aparatu, ktoś zdjęcia robi? Może to muzeum sztuki nowoczesnej tak a nie naprawdęplac budowy? Ale żeby tak z fleszem... No ale nic, lecimy dalej a następne jest Pro Radii, cokolwiek to znaczy... Ten numer otwierają donośne plemienne bębny jakby. Pogłos jest konkretny, przestrzeń duża, może jakaś hala zatem? Później robi się bardziej metalicznie za sprawą talerzy itp. przeszkadzajek. Pojawiają się też pierwsze wokalne sample. Przeróżne pikania i popiskiwania, trochę jak stary modem łączący się z internetem. Dalej już numer rozjeżdża się w trochę nudnej łupance niestety jak dla mnie. Augmatic Disport to kolejna porcja wielkomiejskiego industrialnego hałasu, plac budowy w centrum miasta który z czasem przekształca się w festiwal elektronicznego glitchowania, jak podróż po płycie głównej wielkiego komputera przez kolejne mikroprocesory, kondensatory i radiatory. Na koniec z tego komunikacyjnego chaosu wyłania się prosty bit 4x4, chwila spokoju dla mojego umysłu przesyconego bodźcami. Iera to ciąg dalszy matematycznego tłuczenia rytmów, a ja tak po prostu zwyczajnie nie lubię takiej muzyki, do tego trzeba mieć chyba trochę inny umysł, ja niestety jestem humanistą heee. Przypomina mi to wszystko niektóre numery Plaid czy Aphex Twin którymi męczył mnie czasem jeden mój znajomy. Jestem na NIE - po raz piąty już podczas odsłuchu tej płyty, na ten moment matematyczne szanse na to że cokolwiek znajdę dla siebie na tej płycie obliczam na jakieś 0,000003636262%. Fermium jest nieco delikatniejsze w brzmieniu, bardziej stonowane, mniej twarde - ale nadal nie miękkie heh. Szczerze za bardzo nawet nie wiem co o nim napisać bo to dla mnie kolejna napieprzanka z tym że tym razem bardziej metalicznie brzmiąca. Najlepsza jest końcówka gdy numer się wycisza. O! Następny w kolejce The Trees (Tetris heh) zaczyna się jakoś kurde normalniej jakby? Prosty rytm pozwala utrzymać moją uwagę, do tego dochodzi jakieś kręcenie gałkami, robi mi to miłe skojarzenia z początkami acid house'u a potem zaczyna się plasterkowanie tego rytmu po czym znowu wracamy w jakieś podróże po Neostradzie, TRZASKi, glitche, takie tam. Miłe złego początki zatem to były jedynie ech. Pod koniec obowiązkowa chwila na wyciszenie przed ostatnim już numerem na płycie. Sublimit otwiera fajna pętla brejkowa, daje to cień nadziei na pozytywne zakończenie tej przygody z Autechre. Nawet mi to nieco przypomina późniejsze footworkowe dokonania Machinedruma. Lubię te perkusyjne sałatki ale najbardziej chyba kiedy ten rytm jest stały i zapadam w bezpieczny trans. Rytm zaczyna się z czasem rwać ALE dostajemy w zamian fajne brzmienie, takie ejtisowe dość te bębny i cięte synthy, pozytywne zaskoczenie. Po 7 minutach wyciszenie i słychać tylko wystrzały z laserów. Dalej jednak... numer że tak powiem rozpływa się w dość typowym brzmieniu tej płyty Autechre po prostu. Dla mnie no bonus bo numer nie przykuwa mojej uwagi do końca.
Krótkim słowem podsumowania - przesłuchałem ale w sumie i tak nic z tego nie pamiętam a nie chce mi się ślęczeć nad tym nie wiadomo ile odsłuchów by pewnie i tak dojść do zbliżonych wniosków co teraz. Nie przepadam za taką muzą, nie jest to muzyka dla mnie, Autechre pewnie dowozi ale lepiej niech dowozi to do kogoś kto odbierze to zamówienie i zje ze smakiem. Będąc młodszym mógłbym się może odrobinę zachłysnąć tym wszystkim tutaj ale teraz będąc ciut bardziej osłuchanym po prostu wiem co lubię a czego nie i jeśli mogę wolę poświęcić czas na inne rzeczy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Słuchajcie Autechre, jutro mijają 2 tygodnie kolejki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ludzie prostytutka xD
Autechre - Untilted
Autechre-śmechre. Nie powiem, żeby to był jeden z najważniejszych przystanków w mojej muzycznej edukacji, ale na pewno był i to był dość istotny. W tej bestce raczej bez większych szans, chyba że za jakieś 10-15 lat, w tej drugiej - pewnie prędzej niż się spodziewacie. Nie wracam za często chociażby z powodu tego o czym pisał Robert, tzn. faktu, że to nie jest muzyka do słuchania do przysłowiowego "na co dzień", plus faktycznie tyle tego narąbali, że nie sposób tego wszystkiego ogarnąć. Niby onegdaj podchodziłem do tej trzygodzinnej kobyły, co to się zwała Exai, ale przyznam szczerze, że nie jestem w stanie o niej nic konkretnego napisać. Chociaż może do niej dojrzeję, diabli wiedzą…
Generalnie jednak w temacie AUTEKRE trzymam się raczej bardziej tych wspomnianych przez Dragona pierwszych płyt. Nie ma tam tego, co nazywam przerostem formy nad treścią, rzekłbym nawet, że są bardzo dobrze wyważone plus słychać jeszcze ten szeroko pojęty pierwiastek ludzki. Może to kwestia tego, że powstały one jeszcze w czasach, gdy komputery i technologie nie zdominowały w całości naszego życia, ale też nie były jakąś abstrakcyjną ciekawostką rodem z filmu sci-fi? Nie wiem, ale się domyślam.
Z perspektywy człowieka, który wychodził poza wczesne Autechre dawno, rzadko i incydentalnie podchodziłem, jak prawie zawsze tutaj, z TAKĄ PEWNĄ NIEŚMIAŁOŚCIĄ. I dostałem… w sumie to, czego mogłem się spodziewać. Z jednej strony ten album doskonale karmi moje ADHD - jest tu gęsto, jest tu dużo połamańców, breaków, zmian tempa i chujów mujów dzikich węży, a generalnie to dobrze wiecie, że ja to lubie jak jest DZIWNIE i INTENSYWNIE. No i tu tak jest. No i jest i fajnie i podoba mi się.
Z drugiej, kurczę… No nie chciałem używać tego cholernego słowa RZETELNY, ale za bardzo mnie korci, by to zrobić. Bo wiecie no, ja wiem, że jest wyświechtane, bo go używam w przypadku co 3 płyty z jakimś śpiewającym panem, która nawet jest ładna czy coś, ale do której nigdy nie chce mi się wracać. Tu raczej wracać będę, bo to po prostu rzecz o wiele bardziej z mojej bajki, ale sęk w tym, że nie wiem kiedy i jak często. Bo chyba mój "problem" z tą płytą jest poniekąd w mojej głowie, bo widząc słowo Autechre i znak jakości Roberta zakładałem, że dostanę jakiejś zmieniające życie i wykręcające jelita na lewo dzieło.
I nie chcę byście potraktowali tego jako roastu, bo ostatnią taką dobrą rzeczą jaką odkryłem w tej zabawie to chyba była Grace Jones pierdyliard lat temu, ale wiecie jak to jest z oczekiwaniami i takimi tam.
Coś tam jednak wypadałoby skrobnąć o muzyce, co nie? No to tradycyjnie, jak to miewam w swoim zwyczaju napomknę o rzeczach, które przyciągnęły moją uwagę SZCZEGÓLNIEJ. LCC zaczyna się intensywnie, jest połamaną, intensywną sieczką przez te kilka pierwszych minut, by w połowie nagle się wyciszyć i skręcić w motywy niemal ambientowe i jest to super dziwaczne, a jednocześnie super fajne. PRO RADII ma faktycznie motywy, które brzmią jak OST do jakiegoś NIEPOKOJĄCEGO filmu i też przyciągnęło moją uwagę. FERMIN fajnie się DEEKONSTRUUJE. Ciężko mi coś wyróżniać, bo poziom jest dość wyrównany, no i poza tym wszystko brzmi jak jedno i to samo elektroniczne plumkanie nagrane na tle jakiegoś placu budowy hehe.
Nic ciekawszego w tej materii nie napiszę. Autechre niby mnie rozczarowało, ale to ciągle rozczarowanie z gatunku tych, gdy się dostało fajny prezent pod choinkę, ale liczyło na nowego Switcha.
Autechre - Untilted
Autechre-śmechre. Nie powiem, żeby to był jeden z najważniejszych przystanków w mojej muzycznej edukacji, ale na pewno był i to był dość istotny. W tej bestce raczej bez większych szans, chyba że za jakieś 10-15 lat, w tej drugiej - pewnie prędzej niż się spodziewacie. Nie wracam za często chociażby z powodu tego o czym pisał Robert, tzn. faktu, że to nie jest muzyka do słuchania do przysłowiowego "na co dzień", plus faktycznie tyle tego narąbali, że nie sposób tego wszystkiego ogarnąć. Niby onegdaj podchodziłem do tej trzygodzinnej kobyły, co to się zwała Exai, ale przyznam szczerze, że nie jestem w stanie o niej nic konkretnego napisać. Chociaż może do niej dojrzeję, diabli wiedzą…
Generalnie jednak w temacie AUTEKRE trzymam się raczej bardziej tych wspomnianych przez Dragona pierwszych płyt. Nie ma tam tego, co nazywam przerostem formy nad treścią, rzekłbym nawet, że są bardzo dobrze wyważone plus słychać jeszcze ten szeroko pojęty pierwiastek ludzki. Może to kwestia tego, że powstały one jeszcze w czasach, gdy komputery i technologie nie zdominowały w całości naszego życia, ale też nie były jakąś abstrakcyjną ciekawostką rodem z filmu sci-fi? Nie wiem, ale się domyślam.
Z perspektywy człowieka, który wychodził poza wczesne Autechre dawno, rzadko i incydentalnie podchodziłem, jak prawie zawsze tutaj, z TAKĄ PEWNĄ NIEŚMIAŁOŚCIĄ. I dostałem… w sumie to, czego mogłem się spodziewać. Z jednej strony ten album doskonale karmi moje ADHD - jest tu gęsto, jest tu dużo połamańców, breaków, zmian tempa i chujów mujów dzikich węży, a generalnie to dobrze wiecie, że ja to lubie jak jest DZIWNIE i INTENSYWNIE. No i tu tak jest. No i jest i fajnie i podoba mi się.
Z drugiej, kurczę… No nie chciałem używać tego cholernego słowa RZETELNY, ale za bardzo mnie korci, by to zrobić. Bo wiecie no, ja wiem, że jest wyświechtane, bo go używam w przypadku co 3 płyty z jakimś śpiewającym panem, która nawet jest ładna czy coś, ale do której nigdy nie chce mi się wracać. Tu raczej wracać będę, bo to po prostu rzecz o wiele bardziej z mojej bajki, ale sęk w tym, że nie wiem kiedy i jak często. Bo chyba mój "problem" z tą płytą jest poniekąd w mojej głowie, bo widząc słowo Autechre i znak jakości Roberta zakładałem, że dostanę jakiejś zmieniające życie i wykręcające jelita na lewo dzieło.
I nie chcę byście potraktowali tego jako roastu, bo ostatnią taką dobrą rzeczą jaką odkryłem w tej zabawie to chyba była Grace Jones pierdyliard lat temu, ale wiecie jak to jest z oczekiwaniami i takimi tam.
Coś tam jednak wypadałoby skrobnąć o muzyce, co nie? No to tradycyjnie, jak to miewam w swoim zwyczaju napomknę o rzeczach, które przyciągnęły moją uwagę SZCZEGÓLNIEJ. LCC zaczyna się intensywnie, jest połamaną, intensywną sieczką przez te kilka pierwszych minut, by w połowie nagle się wyciszyć i skręcić w motywy niemal ambientowe i jest to super dziwaczne, a jednocześnie super fajne. PRO RADII ma faktycznie motywy, które brzmią jak OST do jakiegoś NIEPOKOJĄCEGO filmu i też przyciągnęło moją uwagę. FERMIN fajnie się DEEKONSTRUUJE. Ciężko mi coś wyróżniać, bo poziom jest dość wyrównany, no i poza tym wszystko brzmi jak jedno i to samo elektroniczne plumkanie nagrane na tle jakiegoś placu budowy hehe.
Nic ciekawszego w tej materii nie napiszę. Autechre niby mnie rozczarowało, ale to ciągle rozczarowanie z gatunku tych, gdy się dostało fajny prezent pod choinkę, ale liczyło na nowego Switcha.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
słuhacze WALCZO, ale średnia 25 dni na kolejkę chyba wjeżdża na stałe
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
W sumie jako ten który nie zamula jak reszta mógłbym rzucać kamieniami, ale no kurde xd
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ano tak się to trawi
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup