Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wrzucacie niestrawne rzeczy hm? 
nie no też mam poczucie że ta zabawa powoli zdycha kurde
nie no też mam poczucie że ta zabawa powoli zdycha kurde
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale po co to smęcenie? Zabawa może wrzuciła niższy bieg, ale bez przesady z tym zdychaniem. W przypadku albumów, myślę że to nie jest jakaś wielka tragedia, że zajmuje to więcej czasu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja wrzucam swoje ulubione, jeśli mam słuchać i wrzucać tylko w kanonie tego, co zawsze, to moja obecność jest tu absolutnie zbędna
W przeciwieństwie do Jacy też rozumiem spowolnienie, a w przeciwieństwie do siebie sprzed kilku miesięcy nie odczuwam większego zdychania albumówki
W przeciwieństwie do Jacy też rozumiem spowolnienie, a w przeciwieństwie do siebie sprzed kilku miesięcy nie odczuwam większego zdychania albumówki
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nic tam nie zdycha. Trafił się dosyć wymagający album to fakt. Ale te 3 tygodnie na album to wcale nie jest też tak źle. Lato minie to pewnie znów przyspieszymy. 
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
3 tygodnie zleciały, słabiutko. Panowie ogarnijcie tyłki proszę ja Was
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dziś wjadę, ale jeszcze jeden spin jest konieczny.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mój ulubiony żart na tym forum
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gdybyśmy wszyscy mieli tak długie doby, to byśmy robili albumy w tydzień.
Autechre - Untitled
Autechre, to nazwa, którą kojarzę z eteru, ale od zawsze świadomie omijałem, bo odstraszała mnie treść pochwał dla tej muzyki. Kult pierdu-pierdu elektroniki, to coś, co mnie w dużej mierze ominęło, a kiedy akurat nie omijało, to ja przechodziłem na drugą stronę ulicy. To jest taki rodzaj muzy, który u mnie działa ekstremalnie rzadko, ale zdarza się. Głównie jest to coś, co stanowi remedium w sytuacjach, kiedy mam ochotę posłuchać jakiejś muzyki, ale nie czuję się na coś emocjonalnie angażującego, czy tradycyjnego. Wtedy monotonna, pierdząca elektronika sprawdza się u mnie najlepiej. Nie chodzi o to, że potrzebuje kompletnego tła i muzaka, nie w tym rzecz, wręcz przedziwnie. Lubię się powsłuchiwać w takie pierdzenie i to mnie uspokaja, resetuje. Z tego względu, nie bałem się jakoś bardzo, że sobie z „Untitled” nie poradzę, bardziej bałem się tego, że nie będę miał za bardzo co pisać o tym albumie, lub że będę miał problem żeby docenić to konkretne pierdzenie, ze względu na uniwersalność tego typu brzmienia w moich uszach. No, bo umówmy się, na ile różnych sposobów można piernąć pachą w przester? Puryści na bank potrafią rozróżnić jeden album od drugiego, po jednym piernięciu, ale ja jestem szarakiem. Będę posługiwał się amatorskim językiem, więc ostrzegam.
„LCC” zaczyna się domowo, bowiem dźwiękami, do których przyzwyczaił mnie Thom Yorke. Jestem pewien, że on się na nich powoływał nieraz, nie chce mi się sprawdzić, ale to by było szokujące gdyby okazało się nieprawdą. Ciekawe wprowadzenie i tyle w sumie, najlepsze dopiero nadejdzie.
„Ipical Section” kupuje mnie bardziej, bo przyspiesza. Uważam, że taki pierdolnik jest znacznie strawniejszy przy szybszym tempie. Na soundtracku do „Shogo”, bywały takie cięte motywy, które przechodziły niemal w drumy, ale jednak nimi nie były. Mam więc kolejna ułatwiającą furtkę. „Pro Radii” ma ten rodzaj ciętego bitu, jaki zapodał Steven Wilson w „Inclination”, więc kolejna furtka ułatwiająca. Zdążyłem się przyzwyczaić, że tutaj trafne rzemiosło robi wystarczająca robotę żeby mi się spodobało i tak w istocie tutaj jest.
„Augmatic Disport” brzmi jakby jakiemuś biednemu popowemu wykonawcy z ejtisów, zrąbał się automat perkusyjny. Całe studio chodzi biadoląc i nie potrafi tego naprawić, przypadkowy loop leci, nikt nie umie tego wyłączyć, klapa od sracza wali, ale nie ma nałożonego reverba, więc producent załamuje ręce, no bo jak to brzmi. Ano 20 lat później, to jest MUZYKA, proszę Państwa. Koszmar jednego, jest mokrym snem drugiego. Loop przechodzi potem w coś, co przypomina moment kiedy Windows się zwiesił, ale zanim wystrzeli niebieski ekran, to dźwięk jest zamrożony w tej szaleńczej, zapętlonej mikrosekundzie. Gorzej, że potem wchodzą jakieś bardziej klarowne dźwięki, i to już działa tak sobie. Druga połowa zdecydowanie gorsza niż pierwsza, w tle pojawia się wręcz jakaś melodia, dajcie spokój. Te ośmiobitowce nie były potrzebne, wystarczył sam bit, no ale ok, rozumiem, to nie może być tylko bit, to jest NOISE. Rozpierdalająca jest końcówka, z tym niemal konwencjonalnym rytmem, człowiek dostaje w ryj normalnością i nie powiem, robi to wrażenie.
„Iera” kojarzy mi się z minimal techno, które Martin pakował do pre-setów na koncertach DM w latach 2001-2006. Zresztą on sam tez się bawił w tego typu muzykę i elementy tego, oczywiście odpowiednio ugrzecznione, można znaleźć na jego drugim i trzecim solo, a w jeszcze bardziej plastycznej formie na „Exciterze”. Jak wtedy mnie to nie do końca przekonywało u niego, tak dziś nie przekonuje w rozwiniętej formie u speców, przynajmniej w tak gołym wydaniu, a nie jako tło do jakiegoś kawałka Radiohead na „The King of Limbs”. NIEMNIEJ, nie hejtuję, po prostu wcześniejsze kawałki były trochę fajniejsze. Podoba mi się efekt elektronicznego padającego deszczu, który niemal przypomina trzaski winylowej płyty.
„Fermium” brzmi jak muza z menu jakiejś gry logicznej typu „Kula World” (fun fact, do „Kula World” muzę robili Twice a Man). Widzę, że to ma tylko niecałe 6 min, więc wiem, że szału tu nie będzie, bo to nie ma czasu żeby się rozwinąć. Nie pomyliłem się. no-man mają taki remiks, który to przypomina, tylko tamten remix jest dużo bardziej hardcorowy i nieprzystępny. Końcówka niemal jak z „Terminatora”.
„The Trees” to bardziej złowieszcze klimaty. Głęboko w tle czai się ledwo słyszalny basowy syntezator, który od razy skojarzył mi się z muzą z „Mario”, kiedy się zjeżdża rurą do kanałów (nie, to nie jest zawoalowany diss). Potem on znika i pozostaje po prostu fajny rytm. Lubię takie pętle złożone sprytnie z samego noisu, niby mocno już przestarzały zabieg, ale kaman, nadal brzmi super. Końcówka to niemal bezkształtna breja, ale jest to fajne odświeżenie.
Na końcu majaczy kolos – „Sublimit”, niemal jak final boss w jakiejś grze, wiadomo że tam jest, wiadomo, że będzie miał dużo hp i 4 formy. Zaczyna się standardowo (hehe), dla zmyłki, że wcale nie będzie tak hardcorowo. Po 3 minucie wchodzi z zaskoczenia jakieś disco. Druga forma. Kolejna zmyła, bo nie jest wcale trudniej, ale lecimy dalej. Kolejna forma też jakaś taka wręcz przyjazna, co się dzieje? Następna forma, to już tylko skromny bit i jakieś dzwoneczki w tle, coś z czym od razu poczułem się jak w domu, bo po raz kolejny (zaczynam brzmieć jak Wuja) mam skojarzenia z muzyką z gier, zwłaszcza futurystycznych racerów w stylu Extreme-G, Wipeout, czy F-Zero. Wszystko to rozwija się powoli w mieszanine poprzednich form. Gdybym miał porównac ten numer do jakiegoś faktycznego final bossa z gier, to byłaby to Ultimecia z Final Fantasy VIII. Na początku walka jest dosyć typowa, ale potem wszystko zaczyna zwalniać, przypominać jakiś sen, nie wiadomo do końca co się dzieje i nagle koniec + 30-minuowe outro w fmv. Ten album musiał zakończyć się fade outem, przeciez taka muza nie może mieć końca. Szanuję.
Czasami mam wrażenie, że moja otwartość na muzykę nie ma żadnych granic, ale wszyscy tu wiemy, że to nie jest do końca prawda. Póki co jednak udajmy, że tak jest. Nie miałem żadnych problemów z „Untitled”, pomimo niewielkiego osłuchania z tego typu muzyką. Potrafię sobie ustawić mindset do słuchania takich rzeczy. Żeby nie rozwlekać, przejdę do sedna. „Untitled” to jest dobry album. Wiem, że będę miał ochotę do niego wracać w pewnych sytuacjach, wiem co mi się w nim podobało. Nadal się nie znam, ale to nie ważne. Kryterium nr 1 spełnione.
Autechre - Untitled
Autechre, to nazwa, którą kojarzę z eteru, ale od zawsze świadomie omijałem, bo odstraszała mnie treść pochwał dla tej muzyki. Kult pierdu-pierdu elektroniki, to coś, co mnie w dużej mierze ominęło, a kiedy akurat nie omijało, to ja przechodziłem na drugą stronę ulicy. To jest taki rodzaj muzy, który u mnie działa ekstremalnie rzadko, ale zdarza się. Głównie jest to coś, co stanowi remedium w sytuacjach, kiedy mam ochotę posłuchać jakiejś muzyki, ale nie czuję się na coś emocjonalnie angażującego, czy tradycyjnego. Wtedy monotonna, pierdząca elektronika sprawdza się u mnie najlepiej. Nie chodzi o to, że potrzebuje kompletnego tła i muzaka, nie w tym rzecz, wręcz przedziwnie. Lubię się powsłuchiwać w takie pierdzenie i to mnie uspokaja, resetuje. Z tego względu, nie bałem się jakoś bardzo, że sobie z „Untitled” nie poradzę, bardziej bałem się tego, że nie będę miał za bardzo co pisać o tym albumie, lub że będę miał problem żeby docenić to konkretne pierdzenie, ze względu na uniwersalność tego typu brzmienia w moich uszach. No, bo umówmy się, na ile różnych sposobów można piernąć pachą w przester? Puryści na bank potrafią rozróżnić jeden album od drugiego, po jednym piernięciu, ale ja jestem szarakiem. Będę posługiwał się amatorskim językiem, więc ostrzegam.
„LCC” zaczyna się domowo, bowiem dźwiękami, do których przyzwyczaił mnie Thom Yorke. Jestem pewien, że on się na nich powoływał nieraz, nie chce mi się sprawdzić, ale to by było szokujące gdyby okazało się nieprawdą. Ciekawe wprowadzenie i tyle w sumie, najlepsze dopiero nadejdzie.
„Ipical Section” kupuje mnie bardziej, bo przyspiesza. Uważam, że taki pierdolnik jest znacznie strawniejszy przy szybszym tempie. Na soundtracku do „Shogo”, bywały takie cięte motywy, które przechodziły niemal w drumy, ale jednak nimi nie były. Mam więc kolejna ułatwiającą furtkę. „Pro Radii” ma ten rodzaj ciętego bitu, jaki zapodał Steven Wilson w „Inclination”, więc kolejna furtka ułatwiająca. Zdążyłem się przyzwyczaić, że tutaj trafne rzemiosło robi wystarczająca robotę żeby mi się spodobało i tak w istocie tutaj jest.
„Augmatic Disport” brzmi jakby jakiemuś biednemu popowemu wykonawcy z ejtisów, zrąbał się automat perkusyjny. Całe studio chodzi biadoląc i nie potrafi tego naprawić, przypadkowy loop leci, nikt nie umie tego wyłączyć, klapa od sracza wali, ale nie ma nałożonego reverba, więc producent załamuje ręce, no bo jak to brzmi. Ano 20 lat później, to jest MUZYKA, proszę Państwa. Koszmar jednego, jest mokrym snem drugiego. Loop przechodzi potem w coś, co przypomina moment kiedy Windows się zwiesił, ale zanim wystrzeli niebieski ekran, to dźwięk jest zamrożony w tej szaleńczej, zapętlonej mikrosekundzie. Gorzej, że potem wchodzą jakieś bardziej klarowne dźwięki, i to już działa tak sobie. Druga połowa zdecydowanie gorsza niż pierwsza, w tle pojawia się wręcz jakaś melodia, dajcie spokój. Te ośmiobitowce nie były potrzebne, wystarczył sam bit, no ale ok, rozumiem, to nie może być tylko bit, to jest NOISE. Rozpierdalająca jest końcówka, z tym niemal konwencjonalnym rytmem, człowiek dostaje w ryj normalnością i nie powiem, robi to wrażenie.
„Iera” kojarzy mi się z minimal techno, które Martin pakował do pre-setów na koncertach DM w latach 2001-2006. Zresztą on sam tez się bawił w tego typu muzykę i elementy tego, oczywiście odpowiednio ugrzecznione, można znaleźć na jego drugim i trzecim solo, a w jeszcze bardziej plastycznej formie na „Exciterze”. Jak wtedy mnie to nie do końca przekonywało u niego, tak dziś nie przekonuje w rozwiniętej formie u speców, przynajmniej w tak gołym wydaniu, a nie jako tło do jakiegoś kawałka Radiohead na „The King of Limbs”. NIEMNIEJ, nie hejtuję, po prostu wcześniejsze kawałki były trochę fajniejsze. Podoba mi się efekt elektronicznego padającego deszczu, który niemal przypomina trzaski winylowej płyty.
„Fermium” brzmi jak muza z menu jakiejś gry logicznej typu „Kula World” (fun fact, do „Kula World” muzę robili Twice a Man). Widzę, że to ma tylko niecałe 6 min, więc wiem, że szału tu nie będzie, bo to nie ma czasu żeby się rozwinąć. Nie pomyliłem się. no-man mają taki remiks, który to przypomina, tylko tamten remix jest dużo bardziej hardcorowy i nieprzystępny. Końcówka niemal jak z „Terminatora”.
„The Trees” to bardziej złowieszcze klimaty. Głęboko w tle czai się ledwo słyszalny basowy syntezator, który od razy skojarzył mi się z muzą z „Mario”, kiedy się zjeżdża rurą do kanałów (nie, to nie jest zawoalowany diss). Potem on znika i pozostaje po prostu fajny rytm. Lubię takie pętle złożone sprytnie z samego noisu, niby mocno już przestarzały zabieg, ale kaman, nadal brzmi super. Końcówka to niemal bezkształtna breja, ale jest to fajne odświeżenie.
Na końcu majaczy kolos – „Sublimit”, niemal jak final boss w jakiejś grze, wiadomo że tam jest, wiadomo, że będzie miał dużo hp i 4 formy. Zaczyna się standardowo (hehe), dla zmyłki, że wcale nie będzie tak hardcorowo. Po 3 minucie wchodzi z zaskoczenia jakieś disco. Druga forma. Kolejna zmyła, bo nie jest wcale trudniej, ale lecimy dalej. Kolejna forma też jakaś taka wręcz przyjazna, co się dzieje? Następna forma, to już tylko skromny bit i jakieś dzwoneczki w tle, coś z czym od razu poczułem się jak w domu, bo po raz kolejny (zaczynam brzmieć jak Wuja) mam skojarzenia z muzyką z gier, zwłaszcza futurystycznych racerów w stylu Extreme-G, Wipeout, czy F-Zero. Wszystko to rozwija się powoli w mieszanine poprzednich form. Gdybym miał porównac ten numer do jakiegoś faktycznego final bossa z gier, to byłaby to Ultimecia z Final Fantasy VIII. Na początku walka jest dosyć typowa, ale potem wszystko zaczyna zwalniać, przypominać jakiś sen, nie wiadomo do końca co się dzieje i nagle koniec + 30-minuowe outro w fmv. Ten album musiał zakończyć się fade outem, przeciez taka muza nie może mieć końca. Szanuję.
Czasami mam wrażenie, że moja otwartość na muzykę nie ma żadnych granic, ale wszyscy tu wiemy, że to nie jest do końca prawda. Póki co jednak udajmy, że tak jest. Nie miałem żadnych problemów z „Untitled”, pomimo niewielkiego osłuchania z tego typu muzyką. Potrafię sobie ustawić mindset do słuchania takich rzeczy. Żeby nie rozwlekać, przejdę do sedna. „Untitled” to jest dobry album. Wiem, że będę miał ochotę do niego wracać w pewnych sytuacjach, wiem co mi się w nim podobało. Nadal się nie znam, ale to nie ważne. Kryterium nr 1 spełnione.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Autechre – Untilted
Autor wrzutki czyli Dragon w swoim opisie zamieścił dwie istotne wypowiedzi: „Autechre to jest wyzwanie” oraz „sam uczyłem się tej płyty jakiś czas”. Rzeczywiście album Untilted to jest dla mnie wyzwanie. Ja nie będę tutaj pisał, że moja otwartość na muzykę nie ma żadnych granic, bo to nieprawda. Każdy słuchacz na świecie ma te granice. Jeden większe, drugi mniejsze, ale każdy je ma. Druga wypowiedź Dragona świadczy o tym, że nawet on, zaprawiony w boju od najmłodszych lat miał z tą muzyką swoje przejścia. Czy więc ja, słuchacz nie mający dotychczas nawet styczności z tego rodzaju dziwolągami, miałem jakiekolwiek szanse na powodzenie w tym starciu?
Pierwszy odsłuch to prawdziwe zderzenie z tirem. Po trzecim utworze wyłączyłem album w popłochu i przez dwa tygodnie nie miałem odwagi do niego powrócić. No ale czas płynął i trzeba się było w końcu przełamać i powrócić do albumu. Więc słuchałem, ale w małych dawkach. Po 2-3 utwory. Na więcej nie było mnie stać. A i tak nic z tych odsłuchów nie pamiętałem. To znaczy pamiętałem jedno – że to jedna wielka napierdalanka bez jakiegokolwiek sensu. Rozważałem nawet czy nie powtórzyć precedensu Murzyna, czyli rezygnację z bestki albumowej i powrót do niej zaraz po zakończeniu omawiania albumu Untilted. No ale nie byłbym sobą, gdybym jednak przynajmniej nie spróbował powalczyć.
Pierwszy przesłuch całego albumu nastąpił któregoś dnia podczas treningu na siłowni. Byłem sam, ćwiczyłem sobie i miałem dobrą okazję, żeby próbować się wreszcie porządnie wsłuchać w album, a przede wszystkim w rzeczy, które są poukrywane niejako nieco głębiej pod tymi tonami gliczy i rytmicznych łamańców. I pojawił się taki pierwszy promyczek jakiejkolwiek nadziei – Pro Radii. Dzisiaj też z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to mój zdecydowanie ulubiony utwór. Bo ten numer ma naprawdę gęsty klimat. Musiałem jednak wykonać kilka prób, zanim zaczęliśmy się lubić. Na początku ta sympatia była taka jeszcze ulotna. Na siłę chciałem znaleźć na albumie jakikolwiek punkt zaczepienia, jakikolwiek plusik i właśnie Pro Radii takim czymś było. W miarę kolejnych odsłuchów muszę powiedzieć, że nasza przyjaźń, znaczy się moja i tego utworu, coraz bardziej się zacieśniała. Te łamańce też tutaj są obecne, ale mam wrażenie, że są prowadzone w dużo bardziej kontrolowany sposób. I ich brzmienie też dużo bardziej mi odpowiada niż w innych utworach. Poza tym pod tą warstwą rytmiki naprawdę dzieją się fajne rzeczy. Trzeba to tylko chcieć wyłapać. Klimat jest gęsty i niepokojący jak diabli. Szczególnie w pierwszych 3-4 minutach. Początek brzmi tak, jakby jacyś giganci walili w ogromne bębny. Do tego świetna elektronika i mocno niepokojące sample wokalne. Po ok. 3,5 minuty utwór się nieco zmienia, ale nadal jest klimatycznie. Sekcja rytmiczna brzmi wspaniale.
Zacząłem od utworu nr 3, bo to jak pisałem mój absolutny ulubieniec. Chwilami nawet wywoływał u mnie skojarzenia z Andreą Parker, co na pewno było dla mnie miłe.
LCC rozpoczyna album w niezbyt zachęcający sposób. Od początku i bez ostrzeżenia mamy solidną naparzankę, która do teraz potrafi powodować grymas na mojej twarzy. Odgłosy jakby ktoś strzelał z bicza bez opamiętania przy okazji tłukąc w jakąś rurę czy puszkę. Na szczęście po nieco ponad 3 minutach coś się zmienia. Wchodzą klawisze w tle. Rytm się nieco uspokaja. Te klawisze są niby proste, niby nic wielkiego, ale robią różnicę. Utwór brzmi już zupełnie inaczej. Dużo lepiej. W okolicach 5-tej minuty klawisze zmieniają się i brzmią jeszcze fajniej. Robi się ciekawy klimacik. W końcowym rozrachunku utworu nie spisuję na straty, bo jednak po nieciekawym początku robi się potem ok. Tym bardziej, że w końcówce dochodzą kolejne dźwięki, które bardzo mi się podobają.
Ipacial Section to trochę podobna historia. Znów od początku wjeżdża fest pierdolnik i to w jeszcze szybszym tempie. Jest dość metalicznie. Murzyn miał fajne skojarzenia z placem budowy. Potem w miarę trwania utworu pojawiają się różne ciekawe brzmienia. Dragon podzielił ten utwór na 4 sekcje i tak rzeczywiście jest. Kilka razy zmienia się charakter utworu, choć jego główna konstrukcja jest przez większość czasu podobna. Dopiero końcowa faza mocno zmienia styl i klimat. I ta końcowa faza, kiedy napieprzanka cichnie, podoba mi się najbardziej.
Augmatic Disport to już od początku totalny chaos. Jakby ktoś człowiekowi gwoździem po mózgu jeździł. Ale po tylu odsłuchach i w tym chaosie się nawet częściowo odnajduję. Tym bardziej, ze po narowistym początku utwór z czasem znowu pomału normalnieje. Widzę, że Autechre stosuje póki co wciąż ten sam patent – od pierwszych sekund walić słuchacza mocno butem w mordę, potem w miarę upływu czasu zmniejszać siłę uderzenia, a czasami w końcówce może i nawet przejść do lekkiego pogłaskania. Dla mnie druga połowa Augmatic Disport zdecydowanie lepsza jednak. Rytmiczna końcówka jest naprawdę spoko. W sumie dobrze, że to jest skonstruowane w taki a nie inny sposób. Gorzej by było jakby po dobrym początku utwór zmierzał w stronę chaosu.
Iera podoba mi się od pierwszych sekund. Rytm spokojniejszy, utrzymany w ryzach. Dużo różnych dźwięków, które fajnie ze sobą współgrają. Te klawisze robią zajebisty klimat. Hienowi utwór nr 2 kojarzył się z soundtrackiem do Shogo. Mnie z Shogo mocno kojarzy się natomiast automat perkusyjny w ostatniej minucie Iery. Od razu tak ciepełko robi się na sercu.
Fermium to utwór jeszcze lepszy od Iery. To utwór jak na ten album bardzo melodyjny wręcz. Druga połowa trochę inna z mnóstwem metaliczno-dzwoneczkowych brzmień. No i jeszcze genialna, mega klimatyczna końcówka. Miodzio.
The Trees to kontynuacja fajnego klimatu. Zgodzę się z Hienem, że ta nuta jest złowieszcza. Taka zimna i bezduszna. Wyobrażam sobie przy tym świat opanowany przez złowrogie maszyny, gdzie człowiek nie ma nic do powiedzenia. Takie matrixowe wręcz klimaty. W końcówce fajne wyciszenie.
No i na koniec Sublimit – prawie 16-minutowy kolosik. Od początku brzmi ciekawie. Może to naparzanie klapą od kibla troche niepotrzebne ale nie będę już marudził. Podoba mi się opis Hiena o final bossie i różnych jego formach. Tak to rzeczywiście wygląda. Znowu co kilka minut zmienia się charakter utworu. Na początku takie zabiegi mnie irytowały i poczytywałem to jako wadę. Teraz po rzetelnym osłuchaniu się z albumem postrzegam to jako zaletę. Po około 5 minutach, czyli w fazie nr 3 znowu słyszę pewne echa Shogo. Te skojarzenia narzucają się same czyli coś w tym musi być. Ja grałem w tę grę i słyszałem ten soundtrack tak wiele razy, że nie mogę się mylić. Zresztą faza ostatnia, czyli ta spokojniejsza z dzwoneczkami też z powodzeniem mogłaby robić za ścieżkę dźwiękową do ww gry. Gry, w której azjatyckie metropolie opanowane były przez wielkie mechy i mechaniczne pająki. Czyli wszystko zgodnie z moimi wyobrażeniami, o których pisałem przy okazji The Trees.
Teraz trzeba to wszystko podsumować. Wczoraj zaczynając pisać te wypociny myślałem, że będzie to tekst średnio pozytywny. Że będę miał mnóstwo powodów do narzekań. W ogóle trudno mi było zabrać się za ten opis, bo myślałem, że nie będę miał wiele do powiedzenia. Może kilka ogólnych uwag i tyle. A już w ogóle nie wyobrażałem sobie opisywania utworu po utworze. No bo jak opisywać 8 utworów z osobna, skoro wszystko brzmi jak jedna wielka chaotyczna napierdalanka. I po raz kolejny sam siebie mocno zadziwiłem. Przez dwa ostatnie dni znowu wszystko się diametralnie zmieniło. Ja zawsze opisując album słucham go w tym czasie po raz kolejny. Czasami niektóre utwory wielokrotnie. I nie wiem czy to kwestia tych kolejnych zmasowanych odsłuchów, czy może fakt, że chcąc coś opisać człowiek słucha materiału rzetelniej, uczciwiej, uważniej? Zmusza się do wzmożonego wysiłku, na który wcześniej nie było go stać? W każdym razie już podczas tych ostatnich odsłuchów i dokonywanych opisów odkrywam rzeczy, które wcześniej mi umykały. Rzeczy wcześniej zupełnie niezrozumiałe zaczynają nabierać sensu. I tak było i tym razem. Właściwie najmniej satysfakcjonujący jest dla mnie początek albumu. Tam rzeczywiście jest sporo chaosu i perkusyjno-elektronicznych łamańców, Ale potem im dalej, tym jest lepiej. Moi faworyci to oczywiście Pro Radii, Iera i Fermium. Tam jest najlepszy klimat. Tak gęsty, że można by jeść go łyżką. W ogóle to co na początku wydawało mi się jedną wielką i bezkształtną muzyczną breją z miarę kolejnych odsłuchów zaczynało nabierać odpowiedniego kształtu i sensu. Po raz kolejny przekonałem się, że jednak upór i wytrwałość popłaca. Mogłem walnąć jakiś ogólnikowy i sztukancki opis po 2-3 odsłuchach i mieć problem z głowy. Ale to to nie w moim stylu. Nie po to jestem w tej zabawie, żeby iść na łatwiznę. Żeby koncentrować się tylko na rzeczach łatwych, ze swojej bajki. Finalne docenienie albumu, który przysporzył mi tak wielu problemów jest naprawdę satysfakcjonujące.
Pewnie Murzyn śmieje się ze mnie teraz. Bo pamięta moje wcześniejsze lamenty na temat Untilted. Gdy mnie któregoś dnia zapytał jak tam Autechre, to odpowiedziałem mu, że przypominając mi o konieczności słuchania tego albumu zwyczajnie zepsuł mi humor. Bo tak naprawdę było. No ale od tamtego czasu upłynęło jednak sporo czasu i nastąpiło sporo odsłuchów. Teraz bez problemu potrafię odróżnić poszczególne utwory. Potrafię z pamięci wskazać miejsce każdego z nich na albumie a nawet pamiętam większość tytułów. Mnie samego to dziwi. Niemniej kolejne muzyczne bariery mogę uznać za przełamane.
Czy będę wracał do tego albumu? Bez wątpienia. Oczywiście pewnie nie za często, bo nie zawsze człowiek ma nastrój na taką nutę. Ale na pewno nie raz zdarzy się, że najdzie mnie ochota na takie bezduszne granie.
Autor wrzutki czyli Dragon w swoim opisie zamieścił dwie istotne wypowiedzi: „Autechre to jest wyzwanie” oraz „sam uczyłem się tej płyty jakiś czas”. Rzeczywiście album Untilted to jest dla mnie wyzwanie. Ja nie będę tutaj pisał, że moja otwartość na muzykę nie ma żadnych granic, bo to nieprawda. Każdy słuchacz na świecie ma te granice. Jeden większe, drugi mniejsze, ale każdy je ma. Druga wypowiedź Dragona świadczy o tym, że nawet on, zaprawiony w boju od najmłodszych lat miał z tą muzyką swoje przejścia. Czy więc ja, słuchacz nie mający dotychczas nawet styczności z tego rodzaju dziwolągami, miałem jakiekolwiek szanse na powodzenie w tym starciu?
Pierwszy odsłuch to prawdziwe zderzenie z tirem. Po trzecim utworze wyłączyłem album w popłochu i przez dwa tygodnie nie miałem odwagi do niego powrócić. No ale czas płynął i trzeba się było w końcu przełamać i powrócić do albumu. Więc słuchałem, ale w małych dawkach. Po 2-3 utwory. Na więcej nie było mnie stać. A i tak nic z tych odsłuchów nie pamiętałem. To znaczy pamiętałem jedno – że to jedna wielka napierdalanka bez jakiegokolwiek sensu. Rozważałem nawet czy nie powtórzyć precedensu Murzyna, czyli rezygnację z bestki albumowej i powrót do niej zaraz po zakończeniu omawiania albumu Untilted. No ale nie byłbym sobą, gdybym jednak przynajmniej nie spróbował powalczyć.
Pierwszy przesłuch całego albumu nastąpił któregoś dnia podczas treningu na siłowni. Byłem sam, ćwiczyłem sobie i miałem dobrą okazję, żeby próbować się wreszcie porządnie wsłuchać w album, a przede wszystkim w rzeczy, które są poukrywane niejako nieco głębiej pod tymi tonami gliczy i rytmicznych łamańców. I pojawił się taki pierwszy promyczek jakiejkolwiek nadziei – Pro Radii. Dzisiaj też z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to mój zdecydowanie ulubiony utwór. Bo ten numer ma naprawdę gęsty klimat. Musiałem jednak wykonać kilka prób, zanim zaczęliśmy się lubić. Na początku ta sympatia była taka jeszcze ulotna. Na siłę chciałem znaleźć na albumie jakikolwiek punkt zaczepienia, jakikolwiek plusik i właśnie Pro Radii takim czymś było. W miarę kolejnych odsłuchów muszę powiedzieć, że nasza przyjaźń, znaczy się moja i tego utworu, coraz bardziej się zacieśniała. Te łamańce też tutaj są obecne, ale mam wrażenie, że są prowadzone w dużo bardziej kontrolowany sposób. I ich brzmienie też dużo bardziej mi odpowiada niż w innych utworach. Poza tym pod tą warstwą rytmiki naprawdę dzieją się fajne rzeczy. Trzeba to tylko chcieć wyłapać. Klimat jest gęsty i niepokojący jak diabli. Szczególnie w pierwszych 3-4 minutach. Początek brzmi tak, jakby jacyś giganci walili w ogromne bębny. Do tego świetna elektronika i mocno niepokojące sample wokalne. Po ok. 3,5 minuty utwór się nieco zmienia, ale nadal jest klimatycznie. Sekcja rytmiczna brzmi wspaniale.
Zacząłem od utworu nr 3, bo to jak pisałem mój absolutny ulubieniec. Chwilami nawet wywoływał u mnie skojarzenia z Andreą Parker, co na pewno było dla mnie miłe.
LCC rozpoczyna album w niezbyt zachęcający sposób. Od początku i bez ostrzeżenia mamy solidną naparzankę, która do teraz potrafi powodować grymas na mojej twarzy. Odgłosy jakby ktoś strzelał z bicza bez opamiętania przy okazji tłukąc w jakąś rurę czy puszkę. Na szczęście po nieco ponad 3 minutach coś się zmienia. Wchodzą klawisze w tle. Rytm się nieco uspokaja. Te klawisze są niby proste, niby nic wielkiego, ale robią różnicę. Utwór brzmi już zupełnie inaczej. Dużo lepiej. W okolicach 5-tej minuty klawisze zmieniają się i brzmią jeszcze fajniej. Robi się ciekawy klimacik. W końcowym rozrachunku utworu nie spisuję na straty, bo jednak po nieciekawym początku robi się potem ok. Tym bardziej, że w końcówce dochodzą kolejne dźwięki, które bardzo mi się podobają.
Ipacial Section to trochę podobna historia. Znów od początku wjeżdża fest pierdolnik i to w jeszcze szybszym tempie. Jest dość metalicznie. Murzyn miał fajne skojarzenia z placem budowy. Potem w miarę trwania utworu pojawiają się różne ciekawe brzmienia. Dragon podzielił ten utwór na 4 sekcje i tak rzeczywiście jest. Kilka razy zmienia się charakter utworu, choć jego główna konstrukcja jest przez większość czasu podobna. Dopiero końcowa faza mocno zmienia styl i klimat. I ta końcowa faza, kiedy napieprzanka cichnie, podoba mi się najbardziej.
Augmatic Disport to już od początku totalny chaos. Jakby ktoś człowiekowi gwoździem po mózgu jeździł. Ale po tylu odsłuchach i w tym chaosie się nawet częściowo odnajduję. Tym bardziej, ze po narowistym początku utwór z czasem znowu pomału normalnieje. Widzę, że Autechre stosuje póki co wciąż ten sam patent – od pierwszych sekund walić słuchacza mocno butem w mordę, potem w miarę upływu czasu zmniejszać siłę uderzenia, a czasami w końcówce może i nawet przejść do lekkiego pogłaskania. Dla mnie druga połowa Augmatic Disport zdecydowanie lepsza jednak. Rytmiczna końcówka jest naprawdę spoko. W sumie dobrze, że to jest skonstruowane w taki a nie inny sposób. Gorzej by było jakby po dobrym początku utwór zmierzał w stronę chaosu.
Iera podoba mi się od pierwszych sekund. Rytm spokojniejszy, utrzymany w ryzach. Dużo różnych dźwięków, które fajnie ze sobą współgrają. Te klawisze robią zajebisty klimat. Hienowi utwór nr 2 kojarzył się z soundtrackiem do Shogo. Mnie z Shogo mocno kojarzy się natomiast automat perkusyjny w ostatniej minucie Iery. Od razu tak ciepełko robi się na sercu.
Fermium to utwór jeszcze lepszy od Iery. To utwór jak na ten album bardzo melodyjny wręcz. Druga połowa trochę inna z mnóstwem metaliczno-dzwoneczkowych brzmień. No i jeszcze genialna, mega klimatyczna końcówka. Miodzio.
The Trees to kontynuacja fajnego klimatu. Zgodzę się z Hienem, że ta nuta jest złowieszcza. Taka zimna i bezduszna. Wyobrażam sobie przy tym świat opanowany przez złowrogie maszyny, gdzie człowiek nie ma nic do powiedzenia. Takie matrixowe wręcz klimaty. W końcówce fajne wyciszenie.
No i na koniec Sublimit – prawie 16-minutowy kolosik. Od początku brzmi ciekawie. Może to naparzanie klapą od kibla troche niepotrzebne ale nie będę już marudził. Podoba mi się opis Hiena o final bossie i różnych jego formach. Tak to rzeczywiście wygląda. Znowu co kilka minut zmienia się charakter utworu. Na początku takie zabiegi mnie irytowały i poczytywałem to jako wadę. Teraz po rzetelnym osłuchaniu się z albumem postrzegam to jako zaletę. Po około 5 minutach, czyli w fazie nr 3 znowu słyszę pewne echa Shogo. Te skojarzenia narzucają się same czyli coś w tym musi być. Ja grałem w tę grę i słyszałem ten soundtrack tak wiele razy, że nie mogę się mylić. Zresztą faza ostatnia, czyli ta spokojniejsza z dzwoneczkami też z powodzeniem mogłaby robić za ścieżkę dźwiękową do ww gry. Gry, w której azjatyckie metropolie opanowane były przez wielkie mechy i mechaniczne pająki. Czyli wszystko zgodnie z moimi wyobrażeniami, o których pisałem przy okazji The Trees.
Teraz trzeba to wszystko podsumować. Wczoraj zaczynając pisać te wypociny myślałem, że będzie to tekst średnio pozytywny. Że będę miał mnóstwo powodów do narzekań. W ogóle trudno mi było zabrać się za ten opis, bo myślałem, że nie będę miał wiele do powiedzenia. Może kilka ogólnych uwag i tyle. A już w ogóle nie wyobrażałem sobie opisywania utworu po utworze. No bo jak opisywać 8 utworów z osobna, skoro wszystko brzmi jak jedna wielka chaotyczna napierdalanka. I po raz kolejny sam siebie mocno zadziwiłem. Przez dwa ostatnie dni znowu wszystko się diametralnie zmieniło. Ja zawsze opisując album słucham go w tym czasie po raz kolejny. Czasami niektóre utwory wielokrotnie. I nie wiem czy to kwestia tych kolejnych zmasowanych odsłuchów, czy może fakt, że chcąc coś opisać człowiek słucha materiału rzetelniej, uczciwiej, uważniej? Zmusza się do wzmożonego wysiłku, na który wcześniej nie było go stać? W każdym razie już podczas tych ostatnich odsłuchów i dokonywanych opisów odkrywam rzeczy, które wcześniej mi umykały. Rzeczy wcześniej zupełnie niezrozumiałe zaczynają nabierać sensu. I tak było i tym razem. Właściwie najmniej satysfakcjonujący jest dla mnie początek albumu. Tam rzeczywiście jest sporo chaosu i perkusyjno-elektronicznych łamańców, Ale potem im dalej, tym jest lepiej. Moi faworyci to oczywiście Pro Radii, Iera i Fermium. Tam jest najlepszy klimat. Tak gęsty, że można by jeść go łyżką. W ogóle to co na początku wydawało mi się jedną wielką i bezkształtną muzyczną breją z miarę kolejnych odsłuchów zaczynało nabierać odpowiedniego kształtu i sensu. Po raz kolejny przekonałem się, że jednak upór i wytrwałość popłaca. Mogłem walnąć jakiś ogólnikowy i sztukancki opis po 2-3 odsłuchach i mieć problem z głowy. Ale to to nie w moim stylu. Nie po to jestem w tej zabawie, żeby iść na łatwiznę. Żeby koncentrować się tylko na rzeczach łatwych, ze swojej bajki. Finalne docenienie albumu, który przysporzył mi tak wielu problemów jest naprawdę satysfakcjonujące.
Pewnie Murzyn śmieje się ze mnie teraz. Bo pamięta moje wcześniejsze lamenty na temat Untilted. Gdy mnie któregoś dnia zapytał jak tam Autechre, to odpowiedziałem mu, że przypominając mi o konieczności słuchania tego albumu zwyczajnie zepsuł mi humor. Bo tak naprawdę było. No ale od tamtego czasu upłynęło jednak sporo czasu i nastąpiło sporo odsłuchów. Teraz bez problemu potrafię odróżnić poszczególne utwory. Potrafię z pamięci wskazać miejsce każdego z nich na albumie a nawet pamiętam większość tytułów. Mnie samego to dziwi. Niemniej kolejne muzyczne bariery mogę uznać za przełamane.
Czy będę wracał do tego albumu? Bez wątpienia. Oczywiście pewnie nie za często, bo nie zawsze człowiek ma nastrój na taką nutę. Ale na pewno nie raz zdarzy się, że najdzie mnie ochota na takie bezduszne granie.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan, szanuję, ja potrzebowałem znacznie więcej czasu żeby aż tak się ułożyło 
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Autechre - Untilted
Jezu ;___; przepraszam najmocniej, ale dawno mnie nic tak nie zmęczyło. I szczerze, to zabieram się do tej recki po raz nie wiem który, chyba piąty, potwornie zmęczyły mnie próby rozkładania tego krążka na czynniki pierwsze. Szczęśliwie nagle do mnie dotarło, że wcale NIE MUSZĘ tego robić. Więc, guess what, NIE BĘDĘ.
Nie będzie to też jednak typowy wysryw na album, który mi nie siadł i w związku z tym jest gunwem, bo aż tyle to nie. Co to znaczy? Czy to po raz kolejny załącza się dualistyczna natura Musiała? Możliwe, a w sumie to nie. No to o co chodzi? Przecież ja lubię takie plumkające rzeczy, przeszkadzającą elektronikę i różne dźwiękowe potykacze, które paradoksalnie pozwalają mi się skoncentrować, etc. No, tak, ale nie do końca. Otóż ja lubię taki stuff, ale w bardzo konkretnych dawkach, albo od bardzo konkretnych wykonawców. I klimat takich przeszkadzajek też musi być określony, jeśli nie jest, no to się nie polubimy. Tutaj się nie polubiliśmy.
Ja dosłownie daruję sobie rozbijanie tego albumu na poszczególne numery, albowiem wszystko brzmiało mi tutaj niemal tak samo. I tak, JA WIEM, że są między nimi różnice, czasem zasadnicze, ale fuck it, po prostu nie mam siły. Myślałem, że będę jednym z pierwszych, którzy wjadą tutaj z tym krążkiem, w sensie z recką, a tymczasem jestem chyba ostatnim i cierpię niesamowicie, że muszę w ogóle do tego wracać. Powiem więcej - ja zawsze podczas pisania robię sobie jeszcze jeden odsłuch, czy to dla zasady, czy dla przyjemności, czy też dlatego, że jeszcze może mi coś w głowie zaskoczyć, czego wcześniej nie było, nie grało. Teraz tak... nie jest.
Siedzę i słucham najświeższej Depeszwizji i się jaram, co może być zaskakujące, gdyż ta kipi od proga, a mój stosunek doń, no, znacie. Wciąż jest to lepsze od Untitled, nie poradzę. Co ciekawe, to jest także przykład takiego albumu, który z każdym kolejnym odsłuchem u mnie... tracił, więc wyszedł mi odwrotny Wuja. O ile na samym początku nawet coś klikało, tak zauważyłem, że to się działo w tych wyżej wspomnianych określonych sytuacjach, moodzie na ten czy drugi utwór, nie zaś trwający ponad godzinę festiwal zacinającej się płyty w napędzie starego i spracowanego laptopa od Toshiby. Zostałem muzycznie przeorany, dosłownie, pozostawiony bez sił i nadziei na cokolwiek.
I mogę tu pisać, że takie Pro Radii czy The Trees miały swoje momenty, ale prawda jest taka, że cały ten krążek był dla mnie w swojej całości (powtarzam to słowo w jednym zdaniu, ale hui) doświadczeniem mniej więcej tak samo przyjemnym, jak słuchanie sąsiada wiercącego dziury w ścianie udarówką o 19 w niedzielę (a mam takiego sąsiada). Niby można, czasem nawet jest to super rzecz, ale częściej jednak nie, i np. dla mnie tym razem nie. Jako pojedyncze utwory - tak, odnajdywałem tam coś fajnego, dobrze się do tego pracuje, dobrze się też... cziluje, ale na wielkim wyciszeniu (muza ledwo zauważalna), traktując to jak ambient gdzieś w tle (dosłownie).
Kiedy włączałem Untilted żeby porządnie, od początku do końca uporać się z tym dziełem, to za każdym niemal razem umierałem w środeczku. Dawno żaden krążek mnie tak nie zmęczył, w końcu sam stałem się zaprzeczeniem jego tytułu, bo tilted to byłem we wszystkie strony. Proszę o wybaczenie, gdyż widzę, że tu wszyscy podnieceni. A ode mnie totalny no bonus.
Jezu ;___; przepraszam najmocniej, ale dawno mnie nic tak nie zmęczyło. I szczerze, to zabieram się do tej recki po raz nie wiem który, chyba piąty, potwornie zmęczyły mnie próby rozkładania tego krążka na czynniki pierwsze. Szczęśliwie nagle do mnie dotarło, że wcale NIE MUSZĘ tego robić. Więc, guess what, NIE BĘDĘ.
Nie będzie to też jednak typowy wysryw na album, który mi nie siadł i w związku z tym jest gunwem, bo aż tyle to nie. Co to znaczy? Czy to po raz kolejny załącza się dualistyczna natura Musiała? Możliwe, a w sumie to nie. No to o co chodzi? Przecież ja lubię takie plumkające rzeczy, przeszkadzającą elektronikę i różne dźwiękowe potykacze, które paradoksalnie pozwalają mi się skoncentrować, etc. No, tak, ale nie do końca. Otóż ja lubię taki stuff, ale w bardzo konkretnych dawkach, albo od bardzo konkretnych wykonawców. I klimat takich przeszkadzajek też musi być określony, jeśli nie jest, no to się nie polubimy. Tutaj się nie polubiliśmy.
Ja dosłownie daruję sobie rozbijanie tego albumu na poszczególne numery, albowiem wszystko brzmiało mi tutaj niemal tak samo. I tak, JA WIEM, że są między nimi różnice, czasem zasadnicze, ale fuck it, po prostu nie mam siły. Myślałem, że będę jednym z pierwszych, którzy wjadą tutaj z tym krążkiem, w sensie z recką, a tymczasem jestem chyba ostatnim i cierpię niesamowicie, że muszę w ogóle do tego wracać. Powiem więcej - ja zawsze podczas pisania robię sobie jeszcze jeden odsłuch, czy to dla zasady, czy dla przyjemności, czy też dlatego, że jeszcze może mi coś w głowie zaskoczyć, czego wcześniej nie było, nie grało. Teraz tak... nie jest.
Siedzę i słucham najświeższej Depeszwizji i się jaram, co może być zaskakujące, gdyż ta kipi od proga, a mój stosunek doń, no, znacie. Wciąż jest to lepsze od Untitled, nie poradzę. Co ciekawe, to jest także przykład takiego albumu, który z każdym kolejnym odsłuchem u mnie... tracił, więc wyszedł mi odwrotny Wuja. O ile na samym początku nawet coś klikało, tak zauważyłem, że to się działo w tych wyżej wspomnianych określonych sytuacjach, moodzie na ten czy drugi utwór, nie zaś trwający ponad godzinę festiwal zacinającej się płyty w napędzie starego i spracowanego laptopa od Toshiby. Zostałem muzycznie przeorany, dosłownie, pozostawiony bez sił i nadziei na cokolwiek.
I mogę tu pisać, że takie Pro Radii czy The Trees miały swoje momenty, ale prawda jest taka, że cały ten krążek był dla mnie w swojej całości (powtarzam to słowo w jednym zdaniu, ale hui) doświadczeniem mniej więcej tak samo przyjemnym, jak słuchanie sąsiada wiercącego dziury w ścianie udarówką o 19 w niedzielę (a mam takiego sąsiada). Niby można, czasem nawet jest to super rzecz, ale częściej jednak nie, i np. dla mnie tym razem nie. Jako pojedyncze utwory - tak, odnajdywałem tam coś fajnego, dobrze się do tego pracuje, dobrze się też... cziluje, ale na wielkim wyciszeniu (muza ledwo zauważalna), traktując to jak ambient gdzieś w tle (dosłownie).
Kiedy włączałem Untilted żeby porządnie, od początku do końca uporać się z tym dziełem, to za każdym niemal razem umierałem w środeczku. Dawno żaden krążek mnie tak nie zmęczył, w końcu sam stałem się zaprzeczeniem jego tytułu, bo tilted to byłem we wszystkie strony. Proszę o wybaczenie, gdyż widzę, że tu wszyscy podnieceni. A ode mnie totalny no bonus.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ave, Dragon, morituri te salutant
Prosimy o podsumowanko
Prosimy o podsumowanko
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Przecież dosłownie tylko shodan napisał recenzje która można byłoby uznać za entuzjastycznągdyż widzę, że tu wszyscy podnieceni
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przecież to Musiał, on nie czytał pewnie pozostałych recenzji ponad tą po której wlatywał
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wjadę tu późnym wieczorem, a od jutra może wjeżdżać Helios
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Może złego słowa tu użyłem, ale imciowie Mentos i Munlup też zadowoleni w ostatecznym rozrachunkumintaj pisze:17 cze 2025 19:41Przecież dosłownie tylko shodan napisał recenzje która można byłoby uznać za entuzjastycznągdyż widzę, że tu wszyscy podnieceni
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Niby tak, ale obaj imciowie mieli ALE (a na pewno ja)
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Moje ALE to w sumie tyle, że ostatecznie to tylko rytmiczne popierdywania. Ale fajne.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W razie jak się tak wczytać w wasze teksty to nie jest aż tak źle, jak myślałem ze każdym razem, gdy chciałem wrzucić tę płytę. Eksperyment się udał - nie tylko ziarno gliczy zasiane, do tego dochodzi jeszcze totalnie różny odbiór. Wszystkie wyraźniejsze propsy to miód na moje serduszko nie mniejszy niż bilet na ichniejszy występ na Unsoundzie. Świetnie, że każdy z was szukał, szukał i znalazł odpowiednie skojarzenia. Kanonada pierdzeń, wierceń, walenia w rur... na poziomie języka, porównań i odczuć sama lektura dała mi dużo frajdy xD Niektórym nawet pomogły moje wskazówki, co na plus.
Gdyby nie wysokie ceny płyt, to tę kupiłbym jako pierwszą (może obok EPek z połowy najtisów, Amber czy Oversteps?). Najdalej mi do takiego słuchania w tle, niezobowiązującego - wtedy wkurw i migrena ala Musiał gwarantowany. Autechre słuchane w większych ilościach działa jak klasyczny Klaus, czyli raczej wyraźnie izoluje od świata codziennego. Im więcej koncentracji, tym lepiej. Wcale nie trzeba matematycznego umysłu do tego, akurat ja nie muszę szczególnie mocno pod tym względem świrować pawiana, jak to mawiają młodzi heh Spokojnie można te brzmienia rozróżnić, ale to dla odważnych, wyjątkowo ciekawskich i osłuchanych w tym mikroświecie. Z drugiej strony wyraźnie słyszę różnice między basami, padami, "perkusją" czy tymi mechanicznymi figurami. Trudno to nazwać inaczej.
Pro Radii na waszych playlistach to będzie znak, że jednak zaraziło i weszło w krwioobieg - przynajmniej na najniższym poziomie.
to dawać te heliosy teraz
Gdyby nie wysokie ceny płyt, to tę kupiłbym jako pierwszą (może obok EPek z połowy najtisów, Amber czy Oversteps?). Najdalej mi do takiego słuchania w tle, niezobowiązującego - wtedy wkurw i migrena ala Musiał gwarantowany. Autechre słuchane w większych ilościach działa jak klasyczny Klaus, czyli raczej wyraźnie izoluje od świata codziennego. Im więcej koncentracji, tym lepiej. Wcale nie trzeba matematycznego umysłu do tego, akurat ja nie muszę szczególnie mocno pod tym względem świrować pawiana, jak to mawiają młodzi heh Spokojnie można te brzmienia rozróżnić, ale to dla odważnych, wyjątkowo ciekawskich i osłuchanych w tym mikroświecie. Z drugiej strony wyraźnie słyszę różnice między basami, padami, "perkusją" czy tymi mechanicznymi figurami. Trudno to nazwać inaczej.
Pro Radii na waszych playlistach to będzie znak, że jednak zaraziło i weszło w krwioobieg - przynajmniej na najniższym poziomie.
to dawać te heliosy teraz