Best of Forum VII
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum VII
*NSYNC feat. Nelly - Girlfriend (The Neptunes Remix)
Pamiętam, że bardzo niewiele było boys bandów, które kiedyś tolerowałem. NSYNC mnie szczerze irytował. A w szczególności Timberlake. Od tego czasu sporo się zmieniło. Zacząłem doceniać facetów śpiewających falsetem, a już album FutureSex/LoveSounds w ogóle mi takiego Timberlake’a odczarował. To co kiedyś było wg mnie jego największą wadą teraz jest największą zaletą. Dlatego fragmenty wykonywane przez Justina są najjaśniejszymi punktami utworu Girlfriend. Wystarczy barwa jego głosu i już jest ok. Za to Nelly od zawsze jawił mi się jako taki raper z przedszkola. I jego partie są raczej nijakie. Sam utwór szału nie robi. Nie widzę w nim nic niepodrabialnego niestety. Sam Timberlake to za mało, żebym zapisał ten utwór w pamięci. Wolę Justina solo.
Marek Biliński – Dom w Dolinie Mgieł
Generalnie utworek jest niby ok. Płynie sobie nie wadząc nikomu, jednocześnie nie potrafi mnie w specjalnie porwać. Nie mam żadnych skojarzeń z nim związanych, nie potrafię go umiejscowić w żadnej niezwykłej scenerii. Nawet tym kosmosem mi to zbytnio nie pachnie. Dom w Dolinie Mgieł nie wyróżnia się wbrew zapowiedziom melodią. Niby zaczyna się obiecująco, a potem się to jakoś rozmywa. Nie wyróżnia się też brzmieniem. Po prostu jest poprawny i nic więcej.
Visage - Visa-age
Nie wiem, czy mam jakiś słabszy dzień czy co, ale nic mi się w tej kolejce póki co nie podoba. Nie znam zespołu Visage, choć utwór Fade to grey akurat tak. Ale oczywiście nie wiedziałem, kto go wykonuje. W każdym razie Fade to gray jest utworem o kilka klas lepszym od Visa-age. Niemniej to synthpopowe brzmienie z lat 80’, które tak pasuje Musiałowi mnie pozostawia jednak kompletnie obojętnym. A nawet mocno mnie zniechęca. Refren jest rzeczywiście taki jakiś denerwujący. Na pewno nie nazwałbym go chwytliwym. Niestety nie mogę o tym numerze powiedzieć wiele dobrego. Po prostu nie moja bajka. I żadna ilość odsłuchów tego nie zmieni.
Republika - Poranna Wiadomość
To prawda, że Mentos lubi rzeczy nietypowe. Jakieś dziwolągi, których by nikt inny nie wrzucił. Czasami to działa, czasami nie. Tutaj na mnie raczej nie działa. Znam chyba tylko jeden album Republiki plus parę singli. I to są generalnie dobre rzeczy, choć mam wrażenie, że poznawanie ich teraz to jednak dla mnie za późno. Te 30 lat temu mogłoby mi się przyjąć jak to było z np. Kultem czy Hey. Poranna wiadomość nie zaciekawia mnie. Nie jestem jakoś zaaferowany tym, do czego jest to odliczanie ani o czym szepczą ci ludzie. Najciekawiej brzmi to niskie pianino i country gitarka, ale to za mało. Jako fragment albumu pewnie to spełnia swoją rolę. Mam wrażenie, że to taki odpowiednik Spacewalkera. Na albumie jako przerywnik jeszcze do przełknięcia. Jako osobny byt to już tak sobie.
Pamiętam, że bardzo niewiele było boys bandów, które kiedyś tolerowałem. NSYNC mnie szczerze irytował. A w szczególności Timberlake. Od tego czasu sporo się zmieniło. Zacząłem doceniać facetów śpiewających falsetem, a już album FutureSex/LoveSounds w ogóle mi takiego Timberlake’a odczarował. To co kiedyś było wg mnie jego największą wadą teraz jest największą zaletą. Dlatego fragmenty wykonywane przez Justina są najjaśniejszymi punktami utworu Girlfriend. Wystarczy barwa jego głosu i już jest ok. Za to Nelly od zawsze jawił mi się jako taki raper z przedszkola. I jego partie są raczej nijakie. Sam utwór szału nie robi. Nie widzę w nim nic niepodrabialnego niestety. Sam Timberlake to za mało, żebym zapisał ten utwór w pamięci. Wolę Justina solo.
Marek Biliński – Dom w Dolinie Mgieł
Generalnie utworek jest niby ok. Płynie sobie nie wadząc nikomu, jednocześnie nie potrafi mnie w specjalnie porwać. Nie mam żadnych skojarzeń z nim związanych, nie potrafię go umiejscowić w żadnej niezwykłej scenerii. Nawet tym kosmosem mi to zbytnio nie pachnie. Dom w Dolinie Mgieł nie wyróżnia się wbrew zapowiedziom melodią. Niby zaczyna się obiecująco, a potem się to jakoś rozmywa. Nie wyróżnia się też brzmieniem. Po prostu jest poprawny i nic więcej.
Visage - Visa-age
Nie wiem, czy mam jakiś słabszy dzień czy co, ale nic mi się w tej kolejce póki co nie podoba. Nie znam zespołu Visage, choć utwór Fade to grey akurat tak. Ale oczywiście nie wiedziałem, kto go wykonuje. W każdym razie Fade to gray jest utworem o kilka klas lepszym od Visa-age. Niemniej to synthpopowe brzmienie z lat 80’, które tak pasuje Musiałowi mnie pozostawia jednak kompletnie obojętnym. A nawet mocno mnie zniechęca. Refren jest rzeczywiście taki jakiś denerwujący. Na pewno nie nazwałbym go chwytliwym. Niestety nie mogę o tym numerze powiedzieć wiele dobrego. Po prostu nie moja bajka. I żadna ilość odsłuchów tego nie zmieni.
Republika - Poranna Wiadomość
To prawda, że Mentos lubi rzeczy nietypowe. Jakieś dziwolągi, których by nikt inny nie wrzucił. Czasami to działa, czasami nie. Tutaj na mnie raczej nie działa. Znam chyba tylko jeden album Republiki plus parę singli. I to są generalnie dobre rzeczy, choć mam wrażenie, że poznawanie ich teraz to jednak dla mnie za późno. Te 30 lat temu mogłoby mi się przyjąć jak to było z np. Kultem czy Hey. Poranna wiadomość nie zaciekawia mnie. Nie jestem jakoś zaaferowany tym, do czego jest to odliczanie ani o czym szepczą ci ludzie. Najciekawiej brzmi to niskie pianino i country gitarka, ale to za mało. Jako fragment albumu pewnie to spełnia swoją rolę. Mam wrażenie, że to taki odpowiednik Spacewalkera. Na albumie jako przerywnik jeszcze do przełknięcia. Jako osobny byt to już tak sobie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bob James - Nautilus
(1974)
Czas przedstawić Wam moje drugie (a może drugie najważniejsze?) po Expansions podejście do muzyki z gatunku jazz fusion. Z braku kompa z netem nie byłem w stanie nijak na własną rękę poszerzać mojej znajomości tego gatunku muzyki, telewizja ani radio nie serwują jej w naszym kraju raczej, dlatego kolejna wiedza w temacie przyszła mi więc dopiero w 2005 roku wraz z premierą Grand Theft Auto: San Andreas na pecety.
Zasadniczo sytuacja była tu bardzo podobna do tej z Vice City ponieważ tak naprawdę żadna ze stacji radiowych nie grała stricte jazz-funkowej muzyki i wrzucany przeze mnie utwór Boba Jamesa był takim jedynym rodzynkiem na playliście Master Sounds 98.3, stacji grającej szeroko pojęty "rare groove". Terminem tym określa się różne utwory przeważnie z gatunków czarnej muzyki które po latach były trudno dostępne, często nie doczekały się wznowień czy reedycji na kompaktach. W przypadku tej stacji określenie to było raczej na wyrost, dużą część muzyki tam granej to był funk spod znaku Jamesa Browna (poza nim samym byli tam artyści których muzykę produkował - Bobby Byrd, Lyn Collins, The JBs czy Maceo & The Macks), Bob James zaś ze swoim Nautilus wyróżniał się brzmieniem swojego elektrycznego pianina.
Ten numer (tu żadne zaskoczenie jak już ktoś czai moje wrzutki) ma po prostu VIBE, i to ponownie jak w przypadku Expansions taki czarny, wieczorny vibe rodem z filmów z lat 70. Do tego mamy bardzo dobry groove pod spodem, ta linia basu jest epicka po prostu a na koniec dorzucę jedynie że Nautilus jest jednym z najczęściej samplowanych utworów (Wikipedia wspomina coś o ponad 350 przypadkach użycia sampli z niego), czasem samplowana była linia basu, czasem te klawisze, ja sam na swej drodze poznawania rapu spotkałem się z tymi samplami kilkakrotnie (z głowy mogę wymienić Run-DMC, Jeru The Damaja czy Ghostface Killah). Niedawno oglądałem nawet jakieś filmiki na YT na temat tego numeru i sam Bob James wypowiadał się że nigdy nie przypuszczałby że losy tego numeru tak się potoczą - i tu nawiążę do tego co kiedyś pisałem na forum nt. układania tracklisty na płytach winylowych. W rozmowie z producentem hip hopowym 9th Wonderem autor Nautilusa wyjaśnił że podczas nagrywania tego numeru nikt nie uważał go za coś wyjątkowego, to był po prostu kolejny luźny numer który wylądował na końcu strony B albumu, uznany za jeden ze słabszych z sesji nagraniowych. Dlaczego na końcu strony? Dlatego że najlepsze utwory umieszczano na początku strony gdzie są szersze rowki na płycie winylowej i tym samym lepsze brzmienie, to co uznawano za słabsze tym samym wrzucano na koniec. Historia jednak zweryfikowała jego wartość i to co dla jazzowych snobów było fillerem dla producentów hip hopu stało się solidnym filarem na którym niejeden swój przebój oparli.
Tak więc kolejny raz zapraszam Was do zatopienia się w wyrafinowanym wieczornym brzmieniu jazzmanów z lat 70.
https://youtu.be/2XPfkYs6O8I
(1974)
Czas przedstawić Wam moje drugie (a może drugie najważniejsze?) po Expansions podejście do muzyki z gatunku jazz fusion. Z braku kompa z netem nie byłem w stanie nijak na własną rękę poszerzać mojej znajomości tego gatunku muzyki, telewizja ani radio nie serwują jej w naszym kraju raczej, dlatego kolejna wiedza w temacie przyszła mi więc dopiero w 2005 roku wraz z premierą Grand Theft Auto: San Andreas na pecety.
Zasadniczo sytuacja była tu bardzo podobna do tej z Vice City ponieważ tak naprawdę żadna ze stacji radiowych nie grała stricte jazz-funkowej muzyki i wrzucany przeze mnie utwór Boba Jamesa był takim jedynym rodzynkiem na playliście Master Sounds 98.3, stacji grającej szeroko pojęty "rare groove". Terminem tym określa się różne utwory przeważnie z gatunków czarnej muzyki które po latach były trudno dostępne, często nie doczekały się wznowień czy reedycji na kompaktach. W przypadku tej stacji określenie to było raczej na wyrost, dużą część muzyki tam granej to był funk spod znaku Jamesa Browna (poza nim samym byli tam artyści których muzykę produkował - Bobby Byrd, Lyn Collins, The JBs czy Maceo & The Macks), Bob James zaś ze swoim Nautilus wyróżniał się brzmieniem swojego elektrycznego pianina.
Ten numer (tu żadne zaskoczenie jak już ktoś czai moje wrzutki) ma po prostu VIBE, i to ponownie jak w przypadku Expansions taki czarny, wieczorny vibe rodem z filmów z lat 70. Do tego mamy bardzo dobry groove pod spodem, ta linia basu jest epicka po prostu a na koniec dorzucę jedynie że Nautilus jest jednym z najczęściej samplowanych utworów (Wikipedia wspomina coś o ponad 350 przypadkach użycia sampli z niego), czasem samplowana była linia basu, czasem te klawisze, ja sam na swej drodze poznawania rapu spotkałem się z tymi samplami kilkakrotnie (z głowy mogę wymienić Run-DMC, Jeru The Damaja czy Ghostface Killah). Niedawno oglądałem nawet jakieś filmiki na YT na temat tego numeru i sam Bob James wypowiadał się że nigdy nie przypuszczałby że losy tego numeru tak się potoczą - i tu nawiążę do tego co kiedyś pisałem na forum nt. układania tracklisty na płytach winylowych. W rozmowie z producentem hip hopowym 9th Wonderem autor Nautilusa wyjaśnił że podczas nagrywania tego numeru nikt nie uważał go za coś wyjątkowego, to był po prostu kolejny luźny numer który wylądował na końcu strony B albumu, uznany za jeden ze słabszych z sesji nagraniowych. Dlaczego na końcu strony? Dlatego że najlepsze utwory umieszczano na początku strony gdzie są szersze rowki na płycie winylowej i tym samym lepsze brzmienie, to co uznawano za słabsze tym samym wrzucano na koniec. Historia jednak zweryfikowała jego wartość i to co dla jazzowych snobów było fillerem dla producentów hip hopu stało się solidnym filarem na którym niejeden swój przebój oparli.
Tak więc kolejny raz zapraszam Was do zatopienia się w wyrafinowanym wieczornym brzmieniu jazzmanów z lat 70.
https://youtu.be/2XPfkYs6O8I
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
XDDDDDDDDDD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Azbest – Burza Nad Miastem
Idąc rano do pracy, czując jak bluza robi mi się coraz cięższa od wody, stwierdziłem, że rozpoczynanie serii letniej nie ma w tej chwili sensu. Dzięki temu, nadarza się okazja, aby wrzucić coś innego, a aura nie mogłaby być odpowiedniejsza. Oto legendarny zespół Azbest. Można powiedzieć, że wrzucam po raz pierwszy zespół, w którym sam grałem, ale „Burza” powstała zanim dołączyłem i ostatecznie, poza koncertami i próbami, niczego do niej nie dołożyłem.
Azbest powstał w 2005 r., kiedy Bartini studiował we Wrocku. To było chyba 3 typa, pitolących sobie wesoło i niewiele z tego wyszło. Za prawdziwe narodziny Azbestu, as garstka ludzi know it, uważam 2007 r., kiedy Bartini, który został w zespole sam, zaprosił do niego Adriana Musiała, znanego jako Dewotional. Na Musiała spadło 80% odpowiedzialności za muzykę, no i chłop dostarczył, oj dostarczył. „Burza Nad Miastem” wyszła jako singiel w 2008 r. Musiał zrobił okładkę i kilka doskonałych remiksów.
Dla mnie ta historia zaczyna się w 2009 r., kiedy wróciłem na Devotees i zacząłem się naprawdę udzielać. Jedną z pierwszych osób rodzaju męskiego, oprócz takich legend jak Murzyn, Wuja, czy Rajca, z którymi załapałem dobry kontakt, był właśnie Dev. Szybko się okazało, że nie tylko pochodzimy z tych samych okolic Polski, ale też lubimy podobne zespoły, mamy podobne poczucie humoru i generalnie nadajemy na tych samych falach. Na jakimś etapie, Musiał zwrócił mi uwagę na temat o Azbeście, który to temat nazywał się wtedy „Azbest – nowe newsy o zespole” (komu to przeszkadzało?). Z początku podchodziłem do tego w dosyć arogancki sposób, bo co to mogło być? Pewnie jakaś młodzieńcza zabawa wczesnym Fruity Loopsem, słabe teksty, chujowa jakość nagrania mikrofonem PCtowym, itd. W końcu jednak Musiał nakłonił mnie do zassania singla „Burza Nad Miastem”, chyba nawet mi go wysłał na privie. Włączyłem i kurde, wzorem efektu motyla, niewykluczone, że w dalszej perspektywie, zmieniło się całe moje życie. Okazało się, że to wcale nie jest jakieś turbo-amatorskie gówno. To brzmiało dla mnie wtedy ekstermalnie pro. Muzyka była rewelacyjna, elektronika zajebsita, kompozycja interesująca, wokal Bartiniego i tekst intrygujące, a gitara basowa, która pojawia się na samym końcu, była wisienką na torcie (nadal byłem pod wielkim wpływem Joy Division). Po wielkiej fali zachwytu, przyszła wielka fala zazdrości, bo ja zawsze chciałem być w zespole. Robienie muzyki solo było fajne, ale brakowało mi czegoś, co mieli np. Joy Divison. Brakowało mi wspólnego grania, wspólnego montowania kawałków, jakiegoś zespołowego braterstwa, ludzi, z którymi można było dzielić radochę z tworzenia muzyki. Kilka osób z Żaka, miało wtedy zespoły i ja im wszystkim potwornie zazdrościłem. Wyobrażałem sobie wtedy, jak Azbest gra koncert w klubie Agrafka w Zgierzu, możecie się śmiać, ale dla mnie wtedy zagranie w Agrafce, to był jakiś claim to fame.
Znajomość z Devem w końcu przeniosła się na real, ale po dwóch falstartach, bo za pierwszym razem Musiałowi padł telefon i się nie znaleźliśmy w umówionym miejscu, czyli w okolicach nieistniejącego już przejścia podziemnego na skrzyżowaniu Piotrkowskiej i Mickiewicza, a za drugim razem, kiedy byliśmy umówieni W ZGIERZU żeby iść na koncert moich ziomów do KLUBU AGRAFKA, to Musiał został zabrany przez ojca do lasu i znowu padł mu telefon. Szczerze mówiąc, znając Musiała, równie dobrze to mogła być ściema, ale tego się już nigdy nie dowiem, bo i sam Musiał się nigdy do tego nie przyzna (jak mawiał Tony Wilson, jeśli masz do wyboru prawdę i legendę, wybierz legendę). Ostatecznie spotkaliśmy się pod Silver Screenem jakiś czas później i reszta jest długą i dziwną historią.
Dev nie zaprosił mnie do Azbestu od razu. Oficjalne, ale jednocześnie nieformalne zaproszenie na próbę we Wrocławiu, dostałem dopiero pod koniec 2010 r., ale spietrałem bo myślałem, że będę za słaby (jak mało wiedziałem). Ostatecznie, udało nam się spotkać rok później i w zasadzie od pierwszych chwil, wiedzieliśmy, że ten skład się klei.
„Burza Nad Miastem” była ogrywana na próbach w przeróżny sposób, zarówno na łyso, jak i z żywą perkusją i gitarą. Gitara została na wykonanie koncertowe i dwa przykłady nadal wiszą na YT, niemniej kiedy przyszło do pracy nad płytą, „Burza” była jedynym kawałkiem, do którego nie chciałem nic dogrywać, ani nawet robić nowego miksu. To było to słynne „lightning in a bottle” pod każdym względem. Wykonanie, pomysły, produkcja, wszystko wyszło chłopakom tak perfekcyjnie, że ruszać to w jakikolwiek sposób byłoby świętokradztwem. Do dziś uważam, że „Burza Nad Miastem” jest najlepszym kawałkiem Azbestu i jego absolutną wizytówką oraz świadectwem niezwykłego talentu Deva.
Miasto brudne, miasto zaspane, dworzec w Łodzi o 6 nad ranem.
https://youtu.be/p6ksDtRFOK8?list=RDp6ksDtRFOK8
Idąc rano do pracy, czując jak bluza robi mi się coraz cięższa od wody, stwierdziłem, że rozpoczynanie serii letniej nie ma w tej chwili sensu. Dzięki temu, nadarza się okazja, aby wrzucić coś innego, a aura nie mogłaby być odpowiedniejsza. Oto legendarny zespół Azbest. Można powiedzieć, że wrzucam po raz pierwszy zespół, w którym sam grałem, ale „Burza” powstała zanim dołączyłem i ostatecznie, poza koncertami i próbami, niczego do niej nie dołożyłem.
Azbest powstał w 2005 r., kiedy Bartini studiował we Wrocku. To było chyba 3 typa, pitolących sobie wesoło i niewiele z tego wyszło. Za prawdziwe narodziny Azbestu, as garstka ludzi know it, uważam 2007 r., kiedy Bartini, który został w zespole sam, zaprosił do niego Adriana Musiała, znanego jako Dewotional. Na Musiała spadło 80% odpowiedzialności za muzykę, no i chłop dostarczył, oj dostarczył. „Burza Nad Miastem” wyszła jako singiel w 2008 r. Musiał zrobił okładkę i kilka doskonałych remiksów.
Dla mnie ta historia zaczyna się w 2009 r., kiedy wróciłem na Devotees i zacząłem się naprawdę udzielać. Jedną z pierwszych osób rodzaju męskiego, oprócz takich legend jak Murzyn, Wuja, czy Rajca, z którymi załapałem dobry kontakt, był właśnie Dev. Szybko się okazało, że nie tylko pochodzimy z tych samych okolic Polski, ale też lubimy podobne zespoły, mamy podobne poczucie humoru i generalnie nadajemy na tych samych falach. Na jakimś etapie, Musiał zwrócił mi uwagę na temat o Azbeście, który to temat nazywał się wtedy „Azbest – nowe newsy o zespole” (komu to przeszkadzało?). Z początku podchodziłem do tego w dosyć arogancki sposób, bo co to mogło być? Pewnie jakaś młodzieńcza zabawa wczesnym Fruity Loopsem, słabe teksty, chujowa jakość nagrania mikrofonem PCtowym, itd. W końcu jednak Musiał nakłonił mnie do zassania singla „Burza Nad Miastem”, chyba nawet mi go wysłał na privie. Włączyłem i kurde, wzorem efektu motyla, niewykluczone, że w dalszej perspektywie, zmieniło się całe moje życie. Okazało się, że to wcale nie jest jakieś turbo-amatorskie gówno. To brzmiało dla mnie wtedy ekstermalnie pro. Muzyka była rewelacyjna, elektronika zajebsita, kompozycja interesująca, wokal Bartiniego i tekst intrygujące, a gitara basowa, która pojawia się na samym końcu, była wisienką na torcie (nadal byłem pod wielkim wpływem Joy Division). Po wielkiej fali zachwytu, przyszła wielka fala zazdrości, bo ja zawsze chciałem być w zespole. Robienie muzyki solo było fajne, ale brakowało mi czegoś, co mieli np. Joy Divison. Brakowało mi wspólnego grania, wspólnego montowania kawałków, jakiegoś zespołowego braterstwa, ludzi, z którymi można było dzielić radochę z tworzenia muzyki. Kilka osób z Żaka, miało wtedy zespoły i ja im wszystkim potwornie zazdrościłem. Wyobrażałem sobie wtedy, jak Azbest gra koncert w klubie Agrafka w Zgierzu, możecie się śmiać, ale dla mnie wtedy zagranie w Agrafce, to był jakiś claim to fame.
Znajomość z Devem w końcu przeniosła się na real, ale po dwóch falstartach, bo za pierwszym razem Musiałowi padł telefon i się nie znaleźliśmy w umówionym miejscu, czyli w okolicach nieistniejącego już przejścia podziemnego na skrzyżowaniu Piotrkowskiej i Mickiewicza, a za drugim razem, kiedy byliśmy umówieni W ZGIERZU żeby iść na koncert moich ziomów do KLUBU AGRAFKA, to Musiał został zabrany przez ojca do lasu i znowu padł mu telefon. Szczerze mówiąc, znając Musiała, równie dobrze to mogła być ściema, ale tego się już nigdy nie dowiem, bo i sam Musiał się nigdy do tego nie przyzna (jak mawiał Tony Wilson, jeśli masz do wyboru prawdę i legendę, wybierz legendę). Ostatecznie spotkaliśmy się pod Silver Screenem jakiś czas później i reszta jest długą i dziwną historią.
Dev nie zaprosił mnie do Azbestu od razu. Oficjalne, ale jednocześnie nieformalne zaproszenie na próbę we Wrocławiu, dostałem dopiero pod koniec 2010 r., ale spietrałem bo myślałem, że będę za słaby (jak mało wiedziałem). Ostatecznie, udało nam się spotkać rok później i w zasadzie od pierwszych chwil, wiedzieliśmy, że ten skład się klei.
„Burza Nad Miastem” była ogrywana na próbach w przeróżny sposób, zarówno na łyso, jak i z żywą perkusją i gitarą. Gitara została na wykonanie koncertowe i dwa przykłady nadal wiszą na YT, niemniej kiedy przyszło do pracy nad płytą, „Burza” była jedynym kawałkiem, do którego nie chciałem nic dogrywać, ani nawet robić nowego miksu. To było to słynne „lightning in a bottle” pod każdym względem. Wykonanie, pomysły, produkcja, wszystko wyszło chłopakom tak perfekcyjnie, że ruszać to w jakikolwiek sposób byłoby świętokradztwem. Do dziś uważam, że „Burza Nad Miastem” jest najlepszym kawałkiem Azbestu i jego absolutną wizytówką oraz świadectwem niezwykłego talentu Deva.
Miasto brudne, miasto zaspane, dworzec w Łodzi o 6 nad ranem.
https://youtu.be/p6ksDtRFOK8?list=RDp6ksDtRFOK8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jak zwykle można liczyć na cierpliwość Graczy, ukłony
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
że co tam znowu Ci nie pasuje?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
DOMYŚL SIĘ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
The Blue Nile - From a Late Night Train (1989)
Najpierw był paskudny luty 2022 roku, potem tylko na chwilę tylko trochę mniej paskudna wiosna, a potem znów paskudne lato. Początek tamtego roku wyznaczał m.in. Chris Botti, który już zawitał do tej bestki, znalazł się nawet w Depeszwizji. Na swoim drugim albumie miał małe kolabo z zespołem, którego nazwę już gdzieś kiedyś słyszałem, ale niewiele więcej - The Blue Nile. Muszę przyznać, że bardzo mi to kolabo siadło, z kilku powodów. Po pierwsze, była to wyjątkowo nastrojowa i czilowa, choć wyraziście melancholijna piosenka. Po drugie, relowałem z jej przesłaniem jak diabli wówczas, albowiem - surprise surprise - byłem smutny. Zarówno muzyka jak i wokal głosu The Blue Nile, czyli Paula Buchanana siadły mi wyjątkowo. Na tyle, iż postanowiłem zapoznać się bliżej z owym bandem (band to może za duże słowo, to było dosłownie dwóch kolesi). I zassałem coś w ciemno, bo dlaczego nie.
No dobra, nie aż tak bardzo w ciemno, gdyż przy swoim wyborze czymś tam się kierowałem. Hats, a więc krążek, od którego zdecydowałem się zacząć (a na którym poprzestałem lol), ukazał się równo miesiąc po moich narodzinach, 16-go października 1989 roku. Okazał się być zaskakująco dobry, muza to taki miks Living in a Box od strony ducha i totalnie spokojnego jazzu w stylu właśnie Bottiego jeśli chodzi o "ciało". A Buchanan w ogóle momentami brzmi jak Jim Kerr z końca najntisów (cóż, TBN też są ze Szkocji, więc...). No ale do brzegu - moje uszy już od pierwszego kontaktu usiadły na jednej piosence - tej najsmutniejszej, najbardziej dołującej, najbardziej wkurzającej i rozdrapującej rany niedawnego jeszcze wtedy i ciężkiego dla mnie rozstania. Kopałem się z tym numerem trochę, byłem niemal gotów zapodać go rok temu, gdy akurat dostałem kosza od innej laski.
Ale wrzucam go teraz, gdy od jeszcze innej laski dostałem całkowitą odwrotność kosza. Dlaczego więc? Bo pomyślałem, że będzie to dobry moment na małe rozliczenie z tamtą przeszłością, która - ze względu na mój potwornie nostalgiczno-sentymentalny charakter - i tak zostanie ze mną na zawsze w takim czy innym stopniu. Kiedy pierwszy raz słuchałem tego numeru było niby lato, ale padało. Teraz też jest niby lato, ale pada, zrobiło się zimno i nieprzyjemnie, minęły już 3 lata i rana zdaje się być już zabliźniona. No, ale ze mną nigdy nie wiadomo, prawda? Wiadomo jednak, że From a Late Night Train pachnie filmem zdecydowanie mocniej od Visa-age, a i film jest bardziej noir niż poprzedni. Przynajmniej perspektywa na najbliższą przyszłość jest nieco lepsza. Kto to może wiedzieć...
https://youtu.be/cVNfv_4HAxk?si=ayjk59h-1KCmpa0a
Najpierw był paskudny luty 2022 roku, potem tylko na chwilę tylko trochę mniej paskudna wiosna, a potem znów paskudne lato. Początek tamtego roku wyznaczał m.in. Chris Botti, który już zawitał do tej bestki, znalazł się nawet w Depeszwizji. Na swoim drugim albumie miał małe kolabo z zespołem, którego nazwę już gdzieś kiedyś słyszałem, ale niewiele więcej - The Blue Nile. Muszę przyznać, że bardzo mi to kolabo siadło, z kilku powodów. Po pierwsze, była to wyjątkowo nastrojowa i czilowa, choć wyraziście melancholijna piosenka. Po drugie, relowałem z jej przesłaniem jak diabli wówczas, albowiem - surprise surprise - byłem smutny. Zarówno muzyka jak i wokal głosu The Blue Nile, czyli Paula Buchanana siadły mi wyjątkowo. Na tyle, iż postanowiłem zapoznać się bliżej z owym bandem (band to może za duże słowo, to było dosłownie dwóch kolesi). I zassałem coś w ciemno, bo dlaczego nie.
No dobra, nie aż tak bardzo w ciemno, gdyż przy swoim wyborze czymś tam się kierowałem. Hats, a więc krążek, od którego zdecydowałem się zacząć (a na którym poprzestałem lol), ukazał się równo miesiąc po moich narodzinach, 16-go października 1989 roku. Okazał się być zaskakująco dobry, muza to taki miks Living in a Box od strony ducha i totalnie spokojnego jazzu w stylu właśnie Bottiego jeśli chodzi o "ciało". A Buchanan w ogóle momentami brzmi jak Jim Kerr z końca najntisów (cóż, TBN też są ze Szkocji, więc...). No ale do brzegu - moje uszy już od pierwszego kontaktu usiadły na jednej piosence - tej najsmutniejszej, najbardziej dołującej, najbardziej wkurzającej i rozdrapującej rany niedawnego jeszcze wtedy i ciężkiego dla mnie rozstania. Kopałem się z tym numerem trochę, byłem niemal gotów zapodać go rok temu, gdy akurat dostałem kosza od innej laski.
Ale wrzucam go teraz, gdy od jeszcze innej laski dostałem całkowitą odwrotność kosza. Dlaczego więc? Bo pomyślałem, że będzie to dobry moment na małe rozliczenie z tamtą przeszłością, która - ze względu na mój potwornie nostalgiczno-sentymentalny charakter - i tak zostanie ze mną na zawsze w takim czy innym stopniu. Kiedy pierwszy raz słuchałem tego numeru było niby lato, ale padało. Teraz też jest niby lato, ale pada, zrobiło się zimno i nieprzyjemnie, minęły już 3 lata i rana zdaje się być już zabliźniona. No, ale ze mną nigdy nie wiadomo, prawda? Wiadomo jednak, że From a Late Night Train pachnie filmem zdecydowanie mocniej od Visa-age, a i film jest bardziej noir niż poprzedni. Przynajmniej perspektywa na najbliższą przyszłość jest nieco lepsza. Kto to może wiedzieć...
https://youtu.be/cVNfv_4HAxk?si=ayjk59h-1KCmpa0a
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A bo chciałeś recki napisać zdaje się cos chyba pisałeś sorki nie załapałem tego wątku, uciekło
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, ale to nie będziemy rozciągać kolejki ze względu na nadprogramowe recki, pls xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jeśli koledze zależy może zapodać razem z kolejną wrzutą po prostu czy jak 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, tak by było uczciwie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
najgorzej tak czekać, choć chyba gorsze jest czytanie, na szczęście z obydwu zjawisk skutecznie forumy rezygnują
*NSYNC (feat. Nelly) Girlfriend (The Neptunes Remix)
Faktycznie letniaczek do zimnego łokcia. Znaczy się odczuwam podobny dystans, tak samo do pogody jak do popu/r&B w tym formacie, bo ostatnio nie za dużo podróży samochodowych plus pogoda się załamała delikutaśnie, ale wciąż czuję klimacik i potencjalne sytuacje do słuchania w lepszej sytuacji. Do lepszych męskich rytmów w tym stylu trzeba by głębiej dokopać. Chwilami numer brzmi jak coś od Craiga Davida, co na plus. Lekki bicior, akcent gitarowy, to całkiem w porządku. Dla mnie kawałek w tej wersji trochę za długi, pod koniec dzieje się ciut za dużo, ale to przy okazji super uważnego odsłuchu. Na refren z tytułową Lasią trzeba poczekać, a to zdecydowanie najlepszy fragment. Niezłe, choć wiem, że mojej mamie pasowałoby bardziej heh Ma więcej słabości do boysbandowych zjawisk w tym stylu.
Marek Biliński Dom w dolinie mgieł
O ile wcześniejsza obecność Bilińskiego w bestce wiązała się z wyłowieniem najlepszego kąska z E/=mc2, tak teraz wjechał pełnoprawny singlowy klasyk. Ucieczka z Tropiku była w klipowej, tam wleciała z pełnią piękna epoki. Tutaj nie wiem, czy powstał klip. Bardzo możliwe, że do telewizorni powstało coś równie budżetowego, ale aż tak nie siedzę w mikroświecie Pana Marka. Ucieczka bardziej przebojowa i rozrywkowa, Dom dostojniejszy, poważniejszy, choć też chwilami frywolny. Zabawa stereo, kosmiczne efekty w tle co jakiś czas przyjemne. Przede wszystkim pięknie poprowadzona melodia i dopracowane brzmienie (mimo ograniczeń sprzętowych), to jest klucz. Najlepsze cechy stylu Bilińskiego skondensowane i zapakowane w jednej z potężniejszych realizacji. Trochę TD przez sekwencje, sporo Żara przez melodie i przeszkadzajki. Od początku do końca z głową, serduchem, przyjemnością. Może koncert to za dużo, bo chyba jednak więcej rzeczy nie lubię niż lubię xD Jeśli gra na żywo to piękna rzecz. Urywki występu Żara w Dolinie Charlotty przypomniały mi, dlaczego wolałbym uniknąć tego typu rozczarowania po raz kolejny... A tutaj klasa. Dziękuje, Pan Hien i Pan Marek.
Visage Visa-Age
Mmm... new wave zderzony z Kraftwerkiem (a może nawet YMO, tylko czy oni mogli ich słyszeć?) prosto z samego początku EPOKI, fajnie. Wracam myślami do czasów, gdy gorliwie chciałem sprawdzić więcej muzyki od szyldów, które singlowo kształtowały muzycznie moją bardzo wczesną młodość. Fade to Grey trudno nie kojarzyć, a pierwszy Wizaż to kawałek dobrego grania. Bezwstydnie można postawić koło Japonii, YMO, Buggles? Coś w ten deseń. Zapomniałem niektórych fragmentów, ale widząc tytuł, od razu do głowy wrócił specyficzny refren. Niezły obskjur (jak dla mnie), jedna z niewielu rzeczy, która została po kilku bliższych kontaktach z płytą na początku pandemii. Dużo syntezatorów, jest wokoder. Klawisz w stylu akordeonu wypada całkiem zabawnie. Cała reszta bez większego zarzutu. Ten trip rumuński to może być najlepsza okazja do rzucenia się w wir Wizażu. Lekkie zwrotki, potem pokręcony refren, tak... delikatny udawany mrok, który robi robotę, nieźle urozmaica. Do takiej muzyki sięgam rzadko, ale ona po prostu wymaga odpowiednio nastroju czy potrzeby, bez żadnych uwag w związku z samym kawałkiem. Muzyka z czasu Hermaszewskiego, ale do wypierniczenia w kosmos zasługuje bardziej żona pana Sławosza vel córka dewelopera (okładka Beat Boya wali paździerzem xd). Za to Visa-Age aged pretty well, I must say.
Republika Poranna wiadomość
Z perspektywy delikatnie wczutego fana (naznaczonego rodzinnie) zgadzam się, że Republika to bardziej zespół momentów... ale ich długograje (lecz nie wszystkie) to są prawie tak mocne pozycje co single z pierwszego okresu istnienia hehe Sam wybór kawałka zaskoczył bardzo. Chyba jedna z mniej republikańskich rzeczy z lat 80', słuchana w izolacji od Nieustannego tanga jeszcze bardziej odstaje od tego, z czym generalnie ich się kojarzy (myślenie Telefonami i innymi Białymi Flagami). RYM podpowiada generalnie przespanie, bo w czystych liczbach wypada gorzej od całej reszty. Repkę lubię przede wszystkim za stylowe granie plus lirykę Ciechowskiego, ten specyficzny nerw, skalę emocji, czasem nawet bardzo bezpośrednio wyrażanych. Tutaj nie odnajduję się do końca. Tytuł niby coś podpowiada, ale połowy nie rozumiem, a połowę odbieram za jakieś banialuki. W kontekście płyty trochę jak niepotrzebne outro, które jeszcze coś dopowiada, dorzuca, poszerza konteksty. Dużo stylu, atmosfery, a na koniec dla mnie mało treści. Kurczę, wychodzi na to, że muszę postawić kciuk w bok z lekkim odchyłem ku górze.
Sara James Salty
Ja nie wiem, Shodan, jak dla mnie na tym odcinku nie odpuszczasz niezależnie czy burza czy grad czy śnieg czy skwar xD Może na polskim podwórku to jest faktycznie jakieś wokalne odświeżenie i podniesienie poziomu. Na moje wcale tak nie jest. Numer jest solidnie neutralny, zaśpiewany bez większego powera w zestawieniu z kimkolwiek. Delikatny rys synthowy w tle, coś tam smykowego jeszcze weszło. W środeczku szczypta metaforyki, mamy to. Z drugiej strony wolałbym takie rzeczy w lokalnych radiach niż gówniane remiksy klasyki czy kawałki z wyciętymi całymi liniami melodycznymi hitów sprzed 30-40 lat. Ten przynajmniej niczego nie udaje, ani też nie rości sobie praw do tykania kijem dawno zgranych rzeczy. Muzyka do picia kawy w Green Cafe Nero wczesnym popołudniem z widokiem na wielkomiejski szum, natłok wrażeń...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
Takkyu Ishino - KBG 3:47am (1998)
Umysł Żara pasjonuje mnie z wielu różnych względów. Oprócz ręki do syntezatorów, głowy do kompozycji i energii do regularnego występowania mimo upływu lat musi być pozytywnie kopniętym człowiekiem. Jak on wpadł na tych Japończyków pod koniec lat 90'? Dwa lata temu na Forumowej Liście Przebojów pierwszy raz podrzucałem ślady zainteresowania muzyką Ishino. Działo się to wiele lat po poważnym oburzeniu na wspólne pojedyncze występy Żara z japońską sceną techno oraz album z remiksami utworów z Oxygene 7-13. Wypuścił to w tym samym roku co Takkyu swoje Berlin Trax właśnie. Buńczuczny gimnazjalista ochłodził głowę, zrozumiał konteksty, przeprosił się z muzyką klubową na pełnej. Mogłem wrócić do poznanych informacji i podążać dalej w tym kierunku. Ishino chyba też był obecny w flashowym Ishkurze z tego co pamiętam... dwa różne światy kusiły do zgłębienia tematu.
Takkyu nie gra konwencjonalnie. We wspomnianym temacie pisałem o 'disko techno beatz'. To raczej człowiek zdystansowany... przynajmniej tak myślę, gdy przyglądam się niektórym okładkom (Throbbing Disco Cat) czy przysłuchuję części kawałków na Berlin Trax. Lubię te wszystkie oblicza, ale tutaj raczej spróbuję zachęcić i nakłonić do sprawdzenia całości niż wystrzelać się z bardziej popularnych rzeczy (jeśli w ogóle tak można mówić w tym przypadku). Potrafi mieszać techno z elektro, funky akcentami. W czasach ambientowego Roberta muszę jednak wyskoczyć ze stylowym dubowym nocnym graniem. Obok elektro funky zabawek potrafił ukryć kawał surowego, ale jednocześnie bardzo klimatycznego grania. Takiego Ishino z dziką przyjemnością sprawdziłbym w otoczeniu nocnego Tokyo lub za dnia podczas przejażdżki Maglevem czy innymi Shinkansenem... choć to drugie może przy innym bangerze. Rekomendowane w godzinach wieczornych i później. Sam tytuł podpowiedź znakomita, ale takiego poświęcenia nie trzeba.
https://www.youtube.com/watch?v=uH85zGKbt5Q
*NSYNC (feat. Nelly) Girlfriend (The Neptunes Remix)
Faktycznie letniaczek do zimnego łokcia. Znaczy się odczuwam podobny dystans, tak samo do pogody jak do popu/r&B w tym formacie, bo ostatnio nie za dużo podróży samochodowych plus pogoda się załamała delikutaśnie, ale wciąż czuję klimacik i potencjalne sytuacje do słuchania w lepszej sytuacji. Do lepszych męskich rytmów w tym stylu trzeba by głębiej dokopać. Chwilami numer brzmi jak coś od Craiga Davida, co na plus. Lekki bicior, akcent gitarowy, to całkiem w porządku. Dla mnie kawałek w tej wersji trochę za długi, pod koniec dzieje się ciut za dużo, ale to przy okazji super uważnego odsłuchu. Na refren z tytułową Lasią trzeba poczekać, a to zdecydowanie najlepszy fragment. Niezłe, choć wiem, że mojej mamie pasowałoby bardziej heh Ma więcej słabości do boysbandowych zjawisk w tym stylu.
Marek Biliński Dom w dolinie mgieł
O ile wcześniejsza obecność Bilińskiego w bestce wiązała się z wyłowieniem najlepszego kąska z E/=mc2, tak teraz wjechał pełnoprawny singlowy klasyk. Ucieczka z Tropiku była w klipowej, tam wleciała z pełnią piękna epoki. Tutaj nie wiem, czy powstał klip. Bardzo możliwe, że do telewizorni powstało coś równie budżetowego, ale aż tak nie siedzę w mikroświecie Pana Marka. Ucieczka bardziej przebojowa i rozrywkowa, Dom dostojniejszy, poważniejszy, choć też chwilami frywolny. Zabawa stereo, kosmiczne efekty w tle co jakiś czas przyjemne. Przede wszystkim pięknie poprowadzona melodia i dopracowane brzmienie (mimo ograniczeń sprzętowych), to jest klucz. Najlepsze cechy stylu Bilińskiego skondensowane i zapakowane w jednej z potężniejszych realizacji. Trochę TD przez sekwencje, sporo Żara przez melodie i przeszkadzajki. Od początku do końca z głową, serduchem, przyjemnością. Może koncert to za dużo, bo chyba jednak więcej rzeczy nie lubię niż lubię xD Jeśli gra na żywo to piękna rzecz. Urywki występu Żara w Dolinie Charlotty przypomniały mi, dlaczego wolałbym uniknąć tego typu rozczarowania po raz kolejny... A tutaj klasa. Dziękuje, Pan Hien i Pan Marek.
Visage Visa-Age
Mmm... new wave zderzony z Kraftwerkiem (a może nawet YMO, tylko czy oni mogli ich słyszeć?) prosto z samego początku EPOKI, fajnie. Wracam myślami do czasów, gdy gorliwie chciałem sprawdzić więcej muzyki od szyldów, które singlowo kształtowały muzycznie moją bardzo wczesną młodość. Fade to Grey trudno nie kojarzyć, a pierwszy Wizaż to kawałek dobrego grania. Bezwstydnie można postawić koło Japonii, YMO, Buggles? Coś w ten deseń. Zapomniałem niektórych fragmentów, ale widząc tytuł, od razu do głowy wrócił specyficzny refren. Niezły obskjur (jak dla mnie), jedna z niewielu rzeczy, która została po kilku bliższych kontaktach z płytą na początku pandemii. Dużo syntezatorów, jest wokoder. Klawisz w stylu akordeonu wypada całkiem zabawnie. Cała reszta bez większego zarzutu. Ten trip rumuński to może być najlepsza okazja do rzucenia się w wir Wizażu. Lekkie zwrotki, potem pokręcony refren, tak... delikatny udawany mrok, który robi robotę, nieźle urozmaica. Do takiej muzyki sięgam rzadko, ale ona po prostu wymaga odpowiednio nastroju czy potrzeby, bez żadnych uwag w związku z samym kawałkiem. Muzyka z czasu Hermaszewskiego, ale do wypierniczenia w kosmos zasługuje bardziej żona pana Sławosza vel córka dewelopera (okładka Beat Boya wali paździerzem xd). Za to Visa-Age aged pretty well, I must say.
Republika Poranna wiadomość
Z perspektywy delikatnie wczutego fana (naznaczonego rodzinnie) zgadzam się, że Republika to bardziej zespół momentów... ale ich długograje (lecz nie wszystkie) to są prawie tak mocne pozycje co single z pierwszego okresu istnienia hehe Sam wybór kawałka zaskoczył bardzo. Chyba jedna z mniej republikańskich rzeczy z lat 80', słuchana w izolacji od Nieustannego tanga jeszcze bardziej odstaje od tego, z czym generalnie ich się kojarzy (myślenie Telefonami i innymi Białymi Flagami). RYM podpowiada generalnie przespanie, bo w czystych liczbach wypada gorzej od całej reszty. Repkę lubię przede wszystkim za stylowe granie plus lirykę Ciechowskiego, ten specyficzny nerw, skalę emocji, czasem nawet bardzo bezpośrednio wyrażanych. Tutaj nie odnajduję się do końca. Tytuł niby coś podpowiada, ale połowy nie rozumiem, a połowę odbieram za jakieś banialuki. W kontekście płyty trochę jak niepotrzebne outro, które jeszcze coś dopowiada, dorzuca, poszerza konteksty. Dużo stylu, atmosfery, a na koniec dla mnie mało treści. Kurczę, wychodzi na to, że muszę postawić kciuk w bok z lekkim odchyłem ku górze.
Sara James Salty
Ja nie wiem, Shodan, jak dla mnie na tym odcinku nie odpuszczasz niezależnie czy burza czy grad czy śnieg czy skwar xD Może na polskim podwórku to jest faktycznie jakieś wokalne odświeżenie i podniesienie poziomu. Na moje wcale tak nie jest. Numer jest solidnie neutralny, zaśpiewany bez większego powera w zestawieniu z kimkolwiek. Delikatny rys synthowy w tle, coś tam smykowego jeszcze weszło. W środeczku szczypta metaforyki, mamy to. Z drugiej strony wolałbym takie rzeczy w lokalnych radiach niż gówniane remiksy klasyki czy kawałki z wyciętymi całymi liniami melodycznymi hitów sprzed 30-40 lat. Ten przynajmniej niczego nie udaje, ani też nie rości sobie praw do tykania kijem dawno zgranych rzeczy. Muzyka do picia kawy w Green Cafe Nero wczesnym popołudniem z widokiem na wielkomiejski szum, natłok wrażeń...
- - - - - - - - - - - - - - - - -
Takkyu Ishino - KBG 3:47am (1998)
Umysł Żara pasjonuje mnie z wielu różnych względów. Oprócz ręki do syntezatorów, głowy do kompozycji i energii do regularnego występowania mimo upływu lat musi być pozytywnie kopniętym człowiekiem. Jak on wpadł na tych Japończyków pod koniec lat 90'? Dwa lata temu na Forumowej Liście Przebojów pierwszy raz podrzucałem ślady zainteresowania muzyką Ishino. Działo się to wiele lat po poważnym oburzeniu na wspólne pojedyncze występy Żara z japońską sceną techno oraz album z remiksami utworów z Oxygene 7-13. Wypuścił to w tym samym roku co Takkyu swoje Berlin Trax właśnie. Buńczuczny gimnazjalista ochłodził głowę, zrozumiał konteksty, przeprosił się z muzyką klubową na pełnej. Mogłem wrócić do poznanych informacji i podążać dalej w tym kierunku. Ishino chyba też był obecny w flashowym Ishkurze z tego co pamiętam... dwa różne światy kusiły do zgłębienia tematu.
Takkyu nie gra konwencjonalnie. We wspomnianym temacie pisałem o 'disko techno beatz'. To raczej człowiek zdystansowany... przynajmniej tak myślę, gdy przyglądam się niektórym okładkom (Throbbing Disco Cat) czy przysłuchuję części kawałków na Berlin Trax. Lubię te wszystkie oblicza, ale tutaj raczej spróbuję zachęcić i nakłonić do sprawdzenia całości niż wystrzelać się z bardziej popularnych rzeczy (jeśli w ogóle tak można mówić w tym przypadku). Potrafi mieszać techno z elektro, funky akcentami. W czasach ambientowego Roberta muszę jednak wyskoczyć ze stylowym dubowym nocnym graniem. Obok elektro funky zabawek potrafił ukryć kawał surowego, ale jednocześnie bardzo klimatycznego grania. Takiego Ishino z dziką przyjemnością sprawdziłbym w otoczeniu nocnego Tokyo lub za dnia podczas przejażdżki Maglevem czy innymi Shinkansenem... choć to drugie może przy innym bangerze. Rekomendowane w godzinach wieczornych i później. Sam tytuł podpowiedź znakomita, ale takiego poświęcenia nie trzeba.
https://www.youtube.com/watch?v=uH85zGKbt5Q
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Biliński live jest do sprawdzenia na yt, to co widziałem zrobiło na mnie wrażenie, chociaż akurat Dom w Dolinie opiera o remix z 90s, który jest no, nie tym. Niemniej, pójdę na jego koncert przy pierwszej okazji jaka się nadarzy. Za to minimal sound to było niezłe przeżycie. W pewnym momencie Marek puścił jakiś arp basowy i do tego zaczął grać jakiś ambient, brzmiało to kosmicznie i nikt nie wiedział co to jest. Facet nadal potrafi zaskoczyć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
O, łatwiej mnie przekonać ambientowymi improwizacjami heh może do Wrocławia dopłynie jeszcze
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Republika widzę że siadła jako tako, ale rozumiem to.
Nie będzie nic lokalnego bo z ciekawości nawet obczajalismy rumuńskie telewizje muzyczne (nie wiecie ile oni tego tu mają xd) i chała większa niż u nas
Swans - The Apostate
To będzie na awangardowo. Dawno nie pisałem o swojej trudnej relacji z tym zespołem - czasem mi się wydaje, że nadal ich lubię, ale generalnie to chyba jednak mnie męczą i tocsamo jak zespół z poprzedniej wrzuty - to zespół momentów.
Ale niektóre bronią się dla mnie do dziś, jak np. Ten zamykacz płyty z psem. Ona generalnie inicjuje ten współczesny okres w ich twórczości który mnie męczy, bo ich płyty to absurdalnie długie kobyły, ale różni się od reszty tym, że tego da się jeszcze słuchać.
I zaraz sprawdzicie to sami. APOSTATA to długa, monumentalna kobyła, może bym nawet użył słowa progresywna, ale bez przesady. Majestat, transowosc, energia, coś tam jeszcze.
Not fun fact: odległość z domu rodzinnego do sklepu na mojej wsi wynosiła mniej więcej długość tego utworu.
Bierzcie i słuchajcie tego
https://youtu.be/NECLTV7LcPY?si=FYsyRf8wvLT1AaSl
Nie będzie nic lokalnego bo z ciekawości nawet obczajalismy rumuńskie telewizje muzyczne (nie wiecie ile oni tego tu mają xd) i chała większa niż u nas
Swans - The Apostate
To będzie na awangardowo. Dawno nie pisałem o swojej trudnej relacji z tym zespołem - czasem mi się wydaje, że nadal ich lubię, ale generalnie to chyba jednak mnie męczą i tocsamo jak zespół z poprzedniej wrzuty - to zespół momentów.
Ale niektóre bronią się dla mnie do dziś, jak np. Ten zamykacz płyty z psem. Ona generalnie inicjuje ten współczesny okres w ich twórczości który mnie męczy, bo ich płyty to absurdalnie długie kobyły, ale różni się od reszty tym, że tego da się jeszcze słuchać.
I zaraz sprawdzicie to sami. APOSTATA to długa, monumentalna kobyła, może bym nawet użył słowa progresywna, ale bez przesady. Majestat, transowosc, energia, coś tam jeszcze.
Not fun fact: odległość z domu rodzinnego do sklepu na mojej wsi wynosiła mniej więcej długość tego utworu.
Bierzcie i słuchajcie tego
https://youtu.be/NECLTV7LcPY?si=FYsyRf8wvLT1AaSl
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Seba nawet z Rumunii jest w stanie wrzucić numer szybciej niż Wuja.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Robin Thicke - Blurred Lines feat. T.I. i Pharrell Williams
O Robinie Thicke w sumie nie wiem wiele więcej poza tym, że chłopina śpiewa. I to dobrze śpiewa. W ogóle jak te 12 lat temu utwór Blurred Lines latał po stacjach radiowych, to nie mogłem się wyzbyć skojarzeń z Princem. Nie wiedziałem kto wykonuje ten utwór, ale te falsety były tak mocno w stylu Księcia. Naprawdę od jakiegoś czasu uwielbiam takie wysokie męskie wokale. Mocno do tego przyczynili się tacy wykonawcy jak Timberlake czy Thom Yorke. Czy Prince właśnie. Mocno podobała mi się też oczywiście sama piosenka. Świetny rytm, świetny bas (te zejścia) i perka. Mocno melodyjny i bujający numer. Dwaj panowie na feacie też dokładają swoje – dobry fragment T.I. i okrzyki Pharrella Williamsa. Lubię bardzo tego ostatniego. No ale główną gwiazdą jest sam Thicke dysponujący naprawdę wszechstronnym głosem.
Piosenka stała się jednym z najlepiej sprzedających się singli wszech czasów oraz znalazła się na szczycie list przebojów w kilkudziesięciu krajach. Jednocześnie otrzymała generalnie negatywne recenzje od krytyków muzycznych za rzekome treści seksistowskie. Czytałem tekst i w sumie nie czuję się jakoś wielce zgorszony. W każdym razie utwór niezmiennie lubię od tych kilkunastu lat.
https://www.youtube.com/watch?v=CeKpscEfM28
O Robinie Thicke w sumie nie wiem wiele więcej poza tym, że chłopina śpiewa. I to dobrze śpiewa. W ogóle jak te 12 lat temu utwór Blurred Lines latał po stacjach radiowych, to nie mogłem się wyzbyć skojarzeń z Princem. Nie wiedziałem kto wykonuje ten utwór, ale te falsety były tak mocno w stylu Księcia. Naprawdę od jakiegoś czasu uwielbiam takie wysokie męskie wokale. Mocno do tego przyczynili się tacy wykonawcy jak Timberlake czy Thom Yorke. Czy Prince właśnie. Mocno podobała mi się też oczywiście sama piosenka. Świetny rytm, świetny bas (te zejścia) i perka. Mocno melodyjny i bujający numer. Dwaj panowie na feacie też dokładają swoje – dobry fragment T.I. i okrzyki Pharrella Williamsa. Lubię bardzo tego ostatniego. No ale główną gwiazdą jest sam Thicke dysponujący naprawdę wszechstronnym głosem.
Piosenka stała się jednym z najlepiej sprzedających się singli wszech czasów oraz znalazła się na szczycie list przebojów w kilkudziesięciu krajach. Jednocześnie otrzymała generalnie negatywne recenzje od krytyków muzycznych za rzekome treści seksistowskie. Czytałem tekst i w sumie nie czuję się jakoś wielce zgorszony. W każdym razie utwór niezmiennie lubię od tych kilkunastu lat.
https://www.youtube.com/watch?v=CeKpscEfM28
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 19. (169.)
102. Bob James - Nautilus (stripped)
103. Azbest - Burza nad miastem (Hien)
104. The Blue Nile - From a Late Night Train (devotional)
105. Takkyu Ishino - KBG 3:47am (Dragon)
106. Swans - Apostate (mintaj)
107. Robin Thicke feat. T.I. & Pharell Williams - Blurred Lines (shodan)
102. Bob James - Nautilus (stripped)
103. Azbest - Burza nad miastem (Hien)
104. The Blue Nile - From a Late Night Train (devotional)
105. Takkyu Ishino - KBG 3:47am (Dragon)
106. Swans - Apostate (mintaj)
107. Robin Thicke feat. T.I. & Pharell Williams - Blurred Lines (shodan)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Azbest - Burza nad miastem
Aż musiałem skorzystać z linka zapodanego przez wrzucającego bo już nieco zapomniałem jak to leciało... w oryginale. Bo tak naprawdę utwór ten dożywotnio będzie grał rent-free w mojej głowie ale w postaci remiksu który zrobiłem chłopakom jakoś wtedy w 2012 roku bodajże. To była pierwsza nasza kolaboracja i miło wspominam tamte doświadczenia, pierwszy raz nasze forumowe drogi się wtedy skrzyżowały i to był zaczątek jakichś kontaktów wychodzących poza granice forum.
Sama Burza... zestarzała się tak sobie myślę, ten potwornie toporny rytm perkusji, specyficzny "flow" Bartiniego i ten za głośno grający synth, ogólnie jakość miksu tego nagrania męczy ucho nieco. Chyba to co najbardziej uświadamia mi powrót do tego nagrania to fakt ile dobrego do zespołu wniósł potem Kuba ze swoją gitarą i jak mniemam też jakimiś pomysłami. Sentyment mam po latach do remiksu bardziej i numer już nierozłącznie kojarzę z pętlami z Blasphemous Rumours, jestem zbiasowany w tym przypadku.
The Blue Nile - From a Late Night Train
Od dłuższego czasu chyba nie słyszałem tak ładnego utworu w bestce. To jest taki stuprocentowy "munlupizm" jak to nazywam ale tym razem wjeżdża z nim zgierzanin. Oszczędność środków i zgrabne ich wykorzystanie, piano i smyczkopodobne pady chyba, do tego dęciak i smutny pan na wokalu i wszystko jasne - "it's over now, but I can't let go". Podoba mi się to jak ten numer się nagle zaczyna, leci sobie praktycznie cały na prostej pętli i potem nagle się kończy, bardzo fajnie się go słucha w pojedynkę na zapętleniu. Vibe taki bardziej na sierpień/wrzesień może ale chwilowe załamanie pogody zrobiło podobną aurę i wszystko się zgadzało przy odsłuchu. Duży props.
Takkyu Ishino - KBG 3:47am
Dragon z jednej strony reklamuje Pana Ishino jakoby nagrywał numery z fajnym funky czy electro podbiciem ale osobiście woli jednak dubowe techno więc uraczył nas numerem którego monotonia skutecznie zabija moje dalsze chęci szperania w tej muzyce. To techno preferowane przez Dragona ma takie... nie wiem jak to ująć, suche, duszne brzmienie bardzo, jest oszczędnie, bas buczy, stopa taka płaska dość, rytm sztywny, najlepszy (albo nieco lepszy) moment jest w 4. minucie gdy wchodzą te chłodne pady. Generalnie jednak całe to brzmienie mi się nie podoba, dobór dźwięków w tym numerze sprawia że całość jest nudna, nieciekawa, monotonna, słuchanie tego numeru to dla mnie zwyczajnie walka z czasem...
Swans - Apostate
...tylko jak w takim razie nazwać słuchanie 23-minutowego utworu moich "ukochanych" Swansów, eh? No dobra, nie będę taki stronniczy bo o ile w bestce ich jechałem równo tak w depeszwizji Volcano całkiem pochwaliłem i mi się podobało. Tu jednak mamy do czynienia z "awangardową" kobyłą. Po cichu widząc czas trwania utworu liczyłem że MOŻE będzie to coś pokroju tych lepszych wrzutek GY!BE no ale nie, jak dla mnie to nie. Klimat ciężki i gęsty jak ołów, ponury, psychodeliczny jakby. Numer rozkręca się dopiero w połowie kiedy po cięższym wstępie wchodzi zwrotka i takie trochę neurotyczne jąkane śpiewanie. Kapela gra całkiem nieźle mogę przyznać jak już numer wszedł na właściwe obroty. Podsumowując powiedziałbym że szkoda że dorzucili męczący 13-minutowy wstęp do nienajgorszego 10-minutowego utworu, proporcje w ostatecznym rozrachunku sprawiają że pewnie tu nie wrócę.
Robin Thicke feat. T.I. & Pharell Williams - Blurred Lines
HEYHEYHEY! Kolejkę zamyka Wujas radiowym przebojem sprzed dekady. Numer ten bardziej niż z samym Robinem kojarzę z Pharellem tak naprawdę bo 2013 rok to był moment kiedy chłop wskoczył na kolejny poziom mainstreamowej rozpoznawalności (Blurred Lines, do tego Get Lucky z Daft Punk a rok później Happy i solowy album). T.I. już od czasu gościnnego udziału na płycie FutureSex/LoveSounds też wszedł już na ten poziom radiowego głównego nurtu i sporadycznie pojawiał się tu i tam. Sam Thicke tak jak się pojawił tak słuch o nim zaginął raczej, myślę że w pamięci większości osób będzie gwiazdą tego jednego przeboju. Samo Blurred Lines buja jak należy ale nie wiadomo dziś na ile to zasługa Pharella a na ile zarzucanego mu kopiowania brzmienia "Got to Give It Up" autorstwa Marvina Gaye'a, w procesie o plagiat doszło do precedensu wówczas bo choć utwór nie sampluje ani nie kopiuje wprost linii melodycznych od Marcina Gaye'a o tyle sąd uznał że niejako skopiowany został feeling tamtego utworu, czy słusznie - nie mi osądzać, podobieństwa są ale czy aż tak duże? Po latach numer wciąż brzmi dobrze i buja, nie będę się czepiał detali.
Przedziwna kolejka. Ale każda kolejka w której chwalę głównie Musiała jest dziwna. Łódź i Orzysz ok, sekcja wrocławska jest mi najdalsza.
Aż musiałem skorzystać z linka zapodanego przez wrzucającego bo już nieco zapomniałem jak to leciało... w oryginale. Bo tak naprawdę utwór ten dożywotnio będzie grał rent-free w mojej głowie ale w postaci remiksu który zrobiłem chłopakom jakoś wtedy w 2012 roku bodajże. To była pierwsza nasza kolaboracja i miło wspominam tamte doświadczenia, pierwszy raz nasze forumowe drogi się wtedy skrzyżowały i to był zaczątek jakichś kontaktów wychodzących poza granice forum.
Sama Burza... zestarzała się tak sobie myślę, ten potwornie toporny rytm perkusji, specyficzny "flow" Bartiniego i ten za głośno grający synth, ogólnie jakość miksu tego nagrania męczy ucho nieco. Chyba to co najbardziej uświadamia mi powrót do tego nagrania to fakt ile dobrego do zespołu wniósł potem Kuba ze swoją gitarą i jak mniemam też jakimiś pomysłami. Sentyment mam po latach do remiksu bardziej i numer już nierozłącznie kojarzę z pętlami z Blasphemous Rumours, jestem zbiasowany w tym przypadku.
The Blue Nile - From a Late Night Train
Od dłuższego czasu chyba nie słyszałem tak ładnego utworu w bestce. To jest taki stuprocentowy "munlupizm" jak to nazywam ale tym razem wjeżdża z nim zgierzanin. Oszczędność środków i zgrabne ich wykorzystanie, piano i smyczkopodobne pady chyba, do tego dęciak i smutny pan na wokalu i wszystko jasne - "it's over now, but I can't let go". Podoba mi się to jak ten numer się nagle zaczyna, leci sobie praktycznie cały na prostej pętli i potem nagle się kończy, bardzo fajnie się go słucha w pojedynkę na zapętleniu. Vibe taki bardziej na sierpień/wrzesień może ale chwilowe załamanie pogody zrobiło podobną aurę i wszystko się zgadzało przy odsłuchu. Duży props.
Takkyu Ishino - KBG 3:47am
Dragon z jednej strony reklamuje Pana Ishino jakoby nagrywał numery z fajnym funky czy electro podbiciem ale osobiście woli jednak dubowe techno więc uraczył nas numerem którego monotonia skutecznie zabija moje dalsze chęci szperania w tej muzyce. To techno preferowane przez Dragona ma takie... nie wiem jak to ująć, suche, duszne brzmienie bardzo, jest oszczędnie, bas buczy, stopa taka płaska dość, rytm sztywny, najlepszy (albo nieco lepszy) moment jest w 4. minucie gdy wchodzą te chłodne pady. Generalnie jednak całe to brzmienie mi się nie podoba, dobór dźwięków w tym numerze sprawia że całość jest nudna, nieciekawa, monotonna, słuchanie tego numeru to dla mnie zwyczajnie walka z czasem...
Swans - Apostate
...tylko jak w takim razie nazwać słuchanie 23-minutowego utworu moich "ukochanych" Swansów, eh? No dobra, nie będę taki stronniczy bo o ile w bestce ich jechałem równo tak w depeszwizji Volcano całkiem pochwaliłem i mi się podobało. Tu jednak mamy do czynienia z "awangardową" kobyłą. Po cichu widząc czas trwania utworu liczyłem że MOŻE będzie to coś pokroju tych lepszych wrzutek GY!BE no ale nie, jak dla mnie to nie. Klimat ciężki i gęsty jak ołów, ponury, psychodeliczny jakby. Numer rozkręca się dopiero w połowie kiedy po cięższym wstępie wchodzi zwrotka i takie trochę neurotyczne jąkane śpiewanie. Kapela gra całkiem nieźle mogę przyznać jak już numer wszedł na właściwe obroty. Podsumowując powiedziałbym że szkoda że dorzucili męczący 13-minutowy wstęp do nienajgorszego 10-minutowego utworu, proporcje w ostatecznym rozrachunku sprawiają że pewnie tu nie wrócę.
Robin Thicke feat. T.I. & Pharell Williams - Blurred Lines
HEYHEYHEY! Kolejkę zamyka Wujas radiowym przebojem sprzed dekady. Numer ten bardziej niż z samym Robinem kojarzę z Pharellem tak naprawdę bo 2013 rok to był moment kiedy chłop wskoczył na kolejny poziom mainstreamowej rozpoznawalności (Blurred Lines, do tego Get Lucky z Daft Punk a rok później Happy i solowy album). T.I. już od czasu gościnnego udziału na płycie FutureSex/LoveSounds też wszedł już na ten poziom radiowego głównego nurtu i sporadycznie pojawiał się tu i tam. Sam Thicke tak jak się pojawił tak słuch o nim zaginął raczej, myślę że w pamięci większości osób będzie gwiazdą tego jednego przeboju. Samo Blurred Lines buja jak należy ale nie wiadomo dziś na ile to zasługa Pharella a na ile zarzucanego mu kopiowania brzmienia "Got to Give It Up" autorstwa Marvina Gaye'a, w procesie o plagiat doszło do precedensu wówczas bo choć utwór nie sampluje ani nie kopiuje wprost linii melodycznych od Marcina Gaye'a o tyle sąd uznał że niejako skopiowany został feeling tamtego utworu, czy słusznie - nie mi osądzać, podobieństwa są ale czy aż tak duże? Po latach numer wciąż brzmi dobrze i buja, nie będę się czepiał detali.
Przedziwna kolejka. Ale każda kolejka w której chwalę głównie Musiała jest dziwna. Łódź i Orzysz ok, sekcja wrocławska jest mi najdalsza.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup