Best of Forum VIII
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kllo - Sense
W Bełchatowie bardzo ładnie się jesień rozwija. Numer szyty pode mnie, ładny trip, z przestrzennym, rozmytym tłem, bardzo fajnymi wokalami, które nie tylko wychodzą na front w swojej oczywistej roli, ale też z całą masą fajnych wokaliz w tle, które dopełniają w/w rozmyte tło. Dobra, bredzę trochę, ale też taki narkotyczny klimat ma ten kawałek. Gratulacje Panie Murzyn. W kwestii feelsowych, przypomina mi to trochę okres kiedy byłem sam, między związkami, mieszkałem sam i słuchałem dużo lo-fi hip-hopu. Może to nie to samo, ale klimat momentami zbliżony. Może nie napisałem dużo, ale tu nie ma co pisać, tu trzeba słuchać.
Widowspeak - All Yours
Ciężkie czasy dla Musiałów, czy czy kiedykolwiek bywają lepsze? Indie jest spoko i ja generalnie lubię zarówno indie, jak i country (chociaż w tym wypadku, chyba jednak bym słowa ‘country’ nie użył). Wokal babeczki mocno beznamiętny, ale to chyba znak rozpoznawczy damskiego indie rocka, a może nie, nie wiem, ale kojarzę spore ilości podobnych numerów na OST-ach ze Zmierzchu, a jednak samo to skojarzenie, to dosyć spory komplement. Gitara zaiste jest jesienna i generalnie sympatyczne granie. Fotka na wikipedii wywala ‘indie’ poza skalę, więc nie mogę nie sprejzować. Czy to psia grzywa na okładce, czy to jakiś koń? Pytania, pytania.
Susanne Sundfor – Darlings
Fajnie sobie wyobrazić Wuja, siedzącego na jakimś kosowskim szczycie, słuchającego muzyki, kiedy w tle leci ta piosenka. Kawałek brzmi jak jakiś hymn, wyobrażam sobie jak to jest śpiewane podczas jakiegoś meczu piłkarskiego, ale robi się trochę niepoważnie, bo to już przywodzi na myśl Edytę Górniak na Mundialu w 2002 r. xD W każdym razie, kawałek trąci Wujem na kilometr, nawet powiem, że na tyle kilometrów, ile jest z Orzysza do Kosowa. Fajne, trochę złowieszcze zakończenie, kontrastujące z podniosłą, ale jasną resztą, no i kurde. DZWONECZKI na końcu. Wujas nas w tej 25tce karmi samymi dublami, ale można to wybaczyć, kiedy poziom jest wysoki.
Aerosmith - Janie's Got a Gun
Mam mieszane uczucia związane z Aerosmith. Z jednej strony bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy oglądałem teledysk do „Crazy” na MTV, w którym wdzięczy się Arwena, zanim została Arweną. Z drugiej strony, to nigdy nie była muzyka, która miała potencjał na coś więcej u mnie, podobnie jak Gunsi, czy AC/OC. Z tego względu, nigdy nie przesłuchałem żadnej płyty Aero i byłem odbiorcą tego, co do mnie dotarło siłą rzeczy, czyli z radia, telewizji, itd. Nie hejtuje tego, ale tez nigdy nie nabrałem ochoty na więcej, nie było tego momentu „kurde, może jednak posłuchać”, nawet po pijaku. I teraz też tego momentu nie ma. Fajna piosenka, ale to nadal nie jest muzyka, za którą zabrałbym się bez poczucia ‘obowiązku’. Ale miło, mimo wszystko. Refren ma taki 80s art rock quality, który mi się skojarzył np. z China Crisis, a nawet trochę z Roxy Music.
Tennyson - Beautiful World
Pamiętam jak broniłem magistra, to było w grudniu 2012 r., jakiś czas po tym, kiedy większość mojej grupy się już obroniła. Nie było w tym żadnej podniosłości, robienia sobie fotek przed uczelnią, itd., miało to raczej klimat załatwienia formalności, i to w takiej se atmosferze, bo recenzentka trochę mnie wyruchała (dzień przed kazała mi się wyluzować się, olać wszystko i włączyć sobie jakiś film, po czym na obronie dowalił mi takie pytanie, że nawet mój promotor podniósł brwi). W każdym razie, dzień jak co dzień, bez żadnego podsumowującego charakteru, czy coś. Jedyne co, że oficjalnie zyskałem status bezrobotnego. W każdym razie, w tym kontekście utwór nie jest dla mnie zbyt relogenny, ALE generalnie uważam, że jest bardzo spoko. Wyjątkowa ilość melancholii, jak na Pana Smokowskiego. Fajny bit, sympatyczna muzyka i piosenka. Jedną nogą w obecnych trendach, a drugą gdzieś, gdzie jeszcze funkcjonują ludzie reprezentujący ostatnie tchnienie dinozaurów. Tym samym, mimo wszystko, jakiś ‘końcowy’ akcent się pojawia.
Fajna kolejka, wszystko mi się podobało, nawet Aerokowalski.
W Bełchatowie bardzo ładnie się jesień rozwija. Numer szyty pode mnie, ładny trip, z przestrzennym, rozmytym tłem, bardzo fajnymi wokalami, które nie tylko wychodzą na front w swojej oczywistej roli, ale też z całą masą fajnych wokaliz w tle, które dopełniają w/w rozmyte tło. Dobra, bredzę trochę, ale też taki narkotyczny klimat ma ten kawałek. Gratulacje Panie Murzyn. W kwestii feelsowych, przypomina mi to trochę okres kiedy byłem sam, między związkami, mieszkałem sam i słuchałem dużo lo-fi hip-hopu. Może to nie to samo, ale klimat momentami zbliżony. Może nie napisałem dużo, ale tu nie ma co pisać, tu trzeba słuchać.
Widowspeak - All Yours
Ciężkie czasy dla Musiałów, czy czy kiedykolwiek bywają lepsze? Indie jest spoko i ja generalnie lubię zarówno indie, jak i country (chociaż w tym wypadku, chyba jednak bym słowa ‘country’ nie użył). Wokal babeczki mocno beznamiętny, ale to chyba znak rozpoznawczy damskiego indie rocka, a może nie, nie wiem, ale kojarzę spore ilości podobnych numerów na OST-ach ze Zmierzchu, a jednak samo to skojarzenie, to dosyć spory komplement. Gitara zaiste jest jesienna i generalnie sympatyczne granie. Fotka na wikipedii wywala ‘indie’ poza skalę, więc nie mogę nie sprejzować. Czy to psia grzywa na okładce, czy to jakiś koń? Pytania, pytania.
Susanne Sundfor – Darlings
Fajnie sobie wyobrazić Wuja, siedzącego na jakimś kosowskim szczycie, słuchającego muzyki, kiedy w tle leci ta piosenka. Kawałek brzmi jak jakiś hymn, wyobrażam sobie jak to jest śpiewane podczas jakiegoś meczu piłkarskiego, ale robi się trochę niepoważnie, bo to już przywodzi na myśl Edytę Górniak na Mundialu w 2002 r. xD W każdym razie, kawałek trąci Wujem na kilometr, nawet powiem, że na tyle kilometrów, ile jest z Orzysza do Kosowa. Fajne, trochę złowieszcze zakończenie, kontrastujące z podniosłą, ale jasną resztą, no i kurde. DZWONECZKI na końcu. Wujas nas w tej 25tce karmi samymi dublami, ale można to wybaczyć, kiedy poziom jest wysoki.
Aerosmith - Janie's Got a Gun
Mam mieszane uczucia związane z Aerosmith. Z jednej strony bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy oglądałem teledysk do „Crazy” na MTV, w którym wdzięczy się Arwena, zanim została Arweną. Z drugiej strony, to nigdy nie była muzyka, która miała potencjał na coś więcej u mnie, podobnie jak Gunsi, czy AC/OC. Z tego względu, nigdy nie przesłuchałem żadnej płyty Aero i byłem odbiorcą tego, co do mnie dotarło siłą rzeczy, czyli z radia, telewizji, itd. Nie hejtuje tego, ale tez nigdy nie nabrałem ochoty na więcej, nie było tego momentu „kurde, może jednak posłuchać”, nawet po pijaku. I teraz też tego momentu nie ma. Fajna piosenka, ale to nadal nie jest muzyka, za którą zabrałbym się bez poczucia ‘obowiązku’. Ale miło, mimo wszystko. Refren ma taki 80s art rock quality, który mi się skojarzył np. z China Crisis, a nawet trochę z Roxy Music.
Tennyson - Beautiful World
Pamiętam jak broniłem magistra, to było w grudniu 2012 r., jakiś czas po tym, kiedy większość mojej grupy się już obroniła. Nie było w tym żadnej podniosłości, robienia sobie fotek przed uczelnią, itd., miało to raczej klimat załatwienia formalności, i to w takiej se atmosferze, bo recenzentka trochę mnie wyruchała (dzień przed kazała mi się wyluzować się, olać wszystko i włączyć sobie jakiś film, po czym na obronie dowalił mi takie pytanie, że nawet mój promotor podniósł brwi). W każdym razie, dzień jak co dzień, bez żadnego podsumowującego charakteru, czy coś. Jedyne co, że oficjalnie zyskałem status bezrobotnego. W każdym razie, w tym kontekście utwór nie jest dla mnie zbyt relogenny, ALE generalnie uważam, że jest bardzo spoko. Wyjątkowa ilość melancholii, jak na Pana Smokowskiego. Fajny bit, sympatyczna muzyka i piosenka. Jedną nogą w obecnych trendach, a drugą gdzieś, gdzie jeszcze funkcjonują ludzie reprezentujący ostatnie tchnienie dinozaurów. Tym samym, mimo wszystko, jakiś ‘końcowy’ akcent się pojawia.
Fajna kolejka, wszystko mi się podobało, nawet Aerokowalski.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kllo – Sense
Powrót do Australii w bardzo dobrym stylu. Bardzo lubię smuteczkową muzykę, choć wcale nie mam obecnie powodu, żeby się smucić. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ale i tak lubię takie klimaty. Fajny nieśpieszny rytm, spoko melodia. Ładne to pianino. Sam początek bardzo obiecujący, taki brzmiący bardzo azjatycko. Słychać to zresztą przez cały utwór w tle. Dobry wokal. Czego chcieć więcej? Jest wszystko to, co lubię. Jest przede wszystkim zajebisty klimat. Jacek kontynuuje póki co naprawdę dobrą jesienną kolejkę w swoim wykonaniu.
Contemporary Noise Quintet - Million Faces
Straszył nas Hien od dawna tym jazzem. Ja wiadomo jaki mam stosunek do takiej muzyki. Ale póki co jest nieźle. Jacek nazywa to free jazzem. Mnie się z kolei wydaje, że to raczej rodzaj właśnie tego bardziej melodyjnego jazzu. Przynajmniej w pierwszej części i w końcówce, kiedy to powtarzana jest dosyć charakterystyczna zagrywka na pianinie. Ładnie pracuje perkusja. Szybka perka fajnie kontrastuje ale jednocześnie współgra z leniwymi klawiszami i trąbkami. W środkowej fazie robi się już lekki kocioł i chaos, ale nie jest źle. Jak na jazz jest naprawdę dobrze. Po prostu dobrze się tego słucha. Może i po zakończeniu i tak niewiele z tego pamiętam, ale ja tak z jazzem już mam.
Widowspeak - All Yours
Ja też znam wykonawców, których płyty są do siebie podobne. Ale jak nuta mi pasuje, to mi to podobieństwo w ogóle nie przeszkadza. All Yours jest po prostu piękne. Cóż za ładny klimacik! Ta śliczna gitara jest rzeczywiście country. Wokal idealny do tego typu muzyki. Bardzo fajna melodia i fajny rytm. No jest po prostu sielankowo i kolorowo. Na bank obczaję któryś z albumów i jak jest tak jak pisze Dev (że folkowo i country), to może się na jednym albumie nie skończyć.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Kurde mógłbym w sumie kropka w kropkę podpisać się pod tym, co napisał Hien. Nie odbieram zespołu Aerosmith negatywnie, ale grają chłopy taką muzykę, która jednak nigdy u mnie nie chwyciła. Znam ten numer doskonale. Pamiętam jeszcze Crazy i jakieś inne single. Ponadto niczego więcej nie słuchałem, bo nie czułem takiej potrzeby. Po prostu spoko rock, który nie wywołuje we mnie jednak większych emocji. Ale to jest chyba rzeczywiście najfajniejszy utwór Aerosmith, jaki Mentos mógł wybrać. Przynajmniej spośród tych, które znam
Tennyson - Beautiful World
I kolejny bardzo dobry utwór na koniec kolejki. Ładna produkcja, fajnie to brzmi. Podoba mi się melodia, podoba mi się perka, klawisze, inne elektroniczne dźwięki (np. odgłosy wody). Wpadający w ucho fajny refren. Gościu na wokalu też daje radę. Są momenty przestoju, czyli to co lubię. Sam początek bardzo efektowny. Generalnie utwór ma naprawdę przyjemny klimat i brzmienie. Aż jestem ciekawy innych utworów. Wpisuję ich więc na listę do sprawdzenie.
Bardzo ładna jesieniarska kolejka.
Powrót do Australii w bardzo dobrym stylu. Bardzo lubię smuteczkową muzykę, choć wcale nie mam obecnie powodu, żeby się smucić. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ale i tak lubię takie klimaty. Fajny nieśpieszny rytm, spoko melodia. Ładne to pianino. Sam początek bardzo obiecujący, taki brzmiący bardzo azjatycko. Słychać to zresztą przez cały utwór w tle. Dobry wokal. Czego chcieć więcej? Jest wszystko to, co lubię. Jest przede wszystkim zajebisty klimat. Jacek kontynuuje póki co naprawdę dobrą jesienną kolejkę w swoim wykonaniu.
Contemporary Noise Quintet - Million Faces
Straszył nas Hien od dawna tym jazzem. Ja wiadomo jaki mam stosunek do takiej muzyki. Ale póki co jest nieźle. Jacek nazywa to free jazzem. Mnie się z kolei wydaje, że to raczej rodzaj właśnie tego bardziej melodyjnego jazzu. Przynajmniej w pierwszej części i w końcówce, kiedy to powtarzana jest dosyć charakterystyczna zagrywka na pianinie. Ładnie pracuje perkusja. Szybka perka fajnie kontrastuje ale jednocześnie współgra z leniwymi klawiszami i trąbkami. W środkowej fazie robi się już lekki kocioł i chaos, ale nie jest źle. Jak na jazz jest naprawdę dobrze. Po prostu dobrze się tego słucha. Może i po zakończeniu i tak niewiele z tego pamiętam, ale ja tak z jazzem już mam.
Widowspeak - All Yours
Ja też znam wykonawców, których płyty są do siebie podobne. Ale jak nuta mi pasuje, to mi to podobieństwo w ogóle nie przeszkadza. All Yours jest po prostu piękne. Cóż za ładny klimacik! Ta śliczna gitara jest rzeczywiście country. Wokal idealny do tego typu muzyki. Bardzo fajna melodia i fajny rytm. No jest po prostu sielankowo i kolorowo. Na bank obczaję któryś z albumów i jak jest tak jak pisze Dev (że folkowo i country), to może się na jednym albumie nie skończyć.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Kurde mógłbym w sumie kropka w kropkę podpisać się pod tym, co napisał Hien. Nie odbieram zespołu Aerosmith negatywnie, ale grają chłopy taką muzykę, która jednak nigdy u mnie nie chwyciła. Znam ten numer doskonale. Pamiętam jeszcze Crazy i jakieś inne single. Ponadto niczego więcej nie słuchałem, bo nie czułem takiej potrzeby. Po prostu spoko rock, który nie wywołuje we mnie jednak większych emocji. Ale to jest chyba rzeczywiście najfajniejszy utwór Aerosmith, jaki Mentos mógł wybrać. Przynajmniej spośród tych, które znam
Tennyson - Beautiful World
I kolejny bardzo dobry utwór na koniec kolejki. Ładna produkcja, fajnie to brzmi. Podoba mi się melodia, podoba mi się perka, klawisze, inne elektroniczne dźwięki (np. odgłosy wody). Wpadający w ucho fajny refren. Gościu na wokalu też daje radę. Są momenty przestoju, czyli to co lubię. Sam początek bardzo efektowny. Generalnie utwór ma naprawdę przyjemny klimat i brzmienie. Aż jestem ciekawy innych utworów. Wpisuję ich więc na listę do sprawdzenie.
Bardzo ładna jesieniarska kolejka.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kllo - Sense
Jestem wrażliwcem, ale estetyka lo-fi muzak nie potrafi mnie skłonić do tak głębokich kminek. Wyjątkowo mało mudżyńska wrzutka, wyprana z czegoś więcej, choć kontekst emocjonalny osobisty dostarcza. Muzyka środka streamingów i sennych chwil radiowych. Przytłumione brzmienie, spokojny bit, młodzieżowo zamułkowe wokale. Robotyczne touch wżera się w mózg, ale nie jest to zbyt dobre uczucie. Numer też dość długi jak na takie brzmienia i klimaty, tak maks 3 minuty to jeszcze, a tu po prostu nie dzieje się za dużo na taki dystans. Myślę, że na plejce vel jutubowej szafie grającej w tym stylu może zostawać w głowie dzięki długości. W opisywanych klimatach czasem po prostu nie mam już emocjonalnej siły na jakąkolwiek muzykę. Zostają dźwięki otoczenia i przechodząca burza wewnątrz. W sytuacji RAMowej z trzy-cztery tego typu kawałki i pewnie wyłączyłbym radio, zaraz potem lampki i poszedł spać.
Contemporary Noise Quintet - Million Faces
Muzyka do kontemplowania na żywo, w warunkach domowych czegoś jej brakuje. Wrocławskie sneaky jesus grywają ostrzej, bardziej pokrętnie. Tutaj jest melodyjnie, z nerwem, ale całość brzmi jak wyrwana z czegoś jeszcze większego i równie luźno pospinanego. Tym bardziej jestem zaskoczony, że Twarzy Milion otwiera płytę. Kompletnie nie wiem, czego się dalej spodziewać. Może nie mam większej jazzowej wrażliwości na takie granie? Z drugiej strony to nie kliknie w każdym możliwym momencie. Z trzeciej nie jestem zmęczony, rozczarowany, brzmią spoko. Może po prostu rozkładają akcenty w niesatysfakcjonujący sposób. Wszystko podporządkowane klawiszom i pierdziawie, a one nie wydają mocarnych melodii. Wstęp okej, dalej ściana dźwięku też okej, brakuje więcej mięsa. Głębszych emocji też nie odczuwam. Solidne granie, którego kopniaki czuję na tyłku, ale to nie to.
Widowspeak - All Yours
Wracamy na orbitę aksamitnego muzaka. Tu więcej akustyki, mniej puszki laptopowej. Jest kilka charakterystycznych klisz, ale to dostatecznie przyjazne punkty zaczepienia. W obliczu ostatnich porcji muzycznych dostarczanych przez forumy czuję się, jakbym trochę wpadał w czarną dziurę xD Gitara jako najmocniejszy wyróżnik, poza tym niewiele potencjału do huku w głowie dłuższą chwilę po wyłączeniu. Możliwe, że po prostu kolejne utwory robią za moją roczną porcję tego typu muzyki. Już prawie się najadłem! Senne, niespieszne, ale nic we mnie głębszego nie pobudziło.
Susanne Sundfør - Darlings
Sundfor też mi się nie kojarzy jako artystka, która gotuje wyjątkowo gęste i zapamiętywalne aranże. Jest mrok jako zupełne tło dla wokalu, that's all folks, tak pamiętam odsłuch płytowy. Tutaj wjeżdża spokojna miniaturka o delikatnie ludowym, duchowo natchnionym klimacie. Duuży plus za te organowe brzmienia, bardzo przyjemne wrażenie. Harmonium na początku też eleganckie. Aż się prosi pociągnąć wszystko dalej, gaśnie w najlepszym momencie... i raczej służy jako anielskie pady bez większego rozbudowania. Taki sundforowy odpowiednik Eternal, no ale tam dzieje się znacznie więcej. Klimat w porządku, ale bardziej jak zapowiedź lub obiekt fascynacji poważnie wczutych fanów niż coś do pokochania z marszu. Brzmienie spoko, dużo tego słucham ostatnio i poza ambientami już mnie trochę męczy taki minimalizm heh Wokale w porządku. Nie spodziewam się czegoś innego po płycie. Kolejne propozycje pewnie też zaakceptuję, tyle że miłości nie będzie.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Seba wybudza z letargu no i okej, mnie w to graj. Początek niewiele mówił, ale tytułowa fraza obudziła w głowie dawno niesłyszane klimaty. Erosmis mają wiele znanych kawałków. Pierwsza myśl to chyba już na zawsze będzie skojarzenie z rodzinną historią wokół Armageddonu, w końcu do tego filmu zaangażowano przywołany zespół. Nie rozumiem ichniejszego sukcesu w latach 90', ale pozwalam sobie kilku rzeczy w życiu nie rozumieć i jest mi z tym dobrze. Rock z pazurem, choć wyraźnie nadgryziony produkcją z epoki. Na plus basik i fragment z run away. Reszta po prostu okej, całość niesie charyzma Tylera i tyle, co tu dużo pisać. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której sięgam po ich muzykę z własnej woli czy nagłej potrzeby przesłuchania szlagierów. Jakoś zlali się z całą masą popularnych rzeczy w stacjach lubujących się w puszczaniu OLDIES. Zostali na początku gimnazjum na antenie porzuconego Stars.TV. Może pod tym względem najbardziej rozumiem potrzebę podzielenia się nimi. Ja w podobnych wyprawach typu włóczenie tonąłem w King Crimsonach czy Wish You Were Here, także choć trochę rozumiem.
Wierzę, że macie coś więcej pod pazuchą! Wyszła taka kolejka, po której aż prosi się przyłożyć czymś znacznie lepszym.
Jestem wrażliwcem, ale estetyka lo-fi muzak nie potrafi mnie skłonić do tak głębokich kminek. Wyjątkowo mało mudżyńska wrzutka, wyprana z czegoś więcej, choć kontekst emocjonalny osobisty dostarcza. Muzyka środka streamingów i sennych chwil radiowych. Przytłumione brzmienie, spokojny bit, młodzieżowo zamułkowe wokale. Robotyczne touch wżera się w mózg, ale nie jest to zbyt dobre uczucie. Numer też dość długi jak na takie brzmienia i klimaty, tak maks 3 minuty to jeszcze, a tu po prostu nie dzieje się za dużo na taki dystans. Myślę, że na plejce vel jutubowej szafie grającej w tym stylu może zostawać w głowie dzięki długości. W opisywanych klimatach czasem po prostu nie mam już emocjonalnej siły na jakąkolwiek muzykę. Zostają dźwięki otoczenia i przechodząca burza wewnątrz. W sytuacji RAMowej z trzy-cztery tego typu kawałki i pewnie wyłączyłbym radio, zaraz potem lampki i poszedł spać.
Contemporary Noise Quintet - Million Faces
Muzyka do kontemplowania na żywo, w warunkach domowych czegoś jej brakuje. Wrocławskie sneaky jesus grywają ostrzej, bardziej pokrętnie. Tutaj jest melodyjnie, z nerwem, ale całość brzmi jak wyrwana z czegoś jeszcze większego i równie luźno pospinanego. Tym bardziej jestem zaskoczony, że Twarzy Milion otwiera płytę. Kompletnie nie wiem, czego się dalej spodziewać. Może nie mam większej jazzowej wrażliwości na takie granie? Z drugiej strony to nie kliknie w każdym możliwym momencie. Z trzeciej nie jestem zmęczony, rozczarowany, brzmią spoko. Może po prostu rozkładają akcenty w niesatysfakcjonujący sposób. Wszystko podporządkowane klawiszom i pierdziawie, a one nie wydają mocarnych melodii. Wstęp okej, dalej ściana dźwięku też okej, brakuje więcej mięsa. Głębszych emocji też nie odczuwam. Solidne granie, którego kopniaki czuję na tyłku, ale to nie to.
Widowspeak - All Yours
Wracamy na orbitę aksamitnego muzaka. Tu więcej akustyki, mniej puszki laptopowej. Jest kilka charakterystycznych klisz, ale to dostatecznie przyjazne punkty zaczepienia. W obliczu ostatnich porcji muzycznych dostarczanych przez forumy czuję się, jakbym trochę wpadał w czarną dziurę xD Gitara jako najmocniejszy wyróżnik, poza tym niewiele potencjału do huku w głowie dłuższą chwilę po wyłączeniu. Możliwe, że po prostu kolejne utwory robią za moją roczną porcję tego typu muzyki. Już prawie się najadłem! Senne, niespieszne, ale nic we mnie głębszego nie pobudziło.
Susanne Sundfør - Darlings
Sundfor też mi się nie kojarzy jako artystka, która gotuje wyjątkowo gęste i zapamiętywalne aranże. Jest mrok jako zupełne tło dla wokalu, that's all folks, tak pamiętam odsłuch płytowy. Tutaj wjeżdża spokojna miniaturka o delikatnie ludowym, duchowo natchnionym klimacie. Duuży plus za te organowe brzmienia, bardzo przyjemne wrażenie. Harmonium na początku też eleganckie. Aż się prosi pociągnąć wszystko dalej, gaśnie w najlepszym momencie... i raczej służy jako anielskie pady bez większego rozbudowania. Taki sundforowy odpowiednik Eternal, no ale tam dzieje się znacznie więcej. Klimat w porządku, ale bardziej jak zapowiedź lub obiekt fascynacji poważnie wczutych fanów niż coś do pokochania z marszu. Brzmienie spoko, dużo tego słucham ostatnio i poza ambientami już mnie trochę męczy taki minimalizm heh Wokale w porządku. Nie spodziewam się czegoś innego po płycie. Kolejne propozycje pewnie też zaakceptuję, tyle że miłości nie będzie.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Seba wybudza z letargu no i okej, mnie w to graj. Początek niewiele mówił, ale tytułowa fraza obudziła w głowie dawno niesłyszane klimaty. Erosmis mają wiele znanych kawałków. Pierwsza myśl to chyba już na zawsze będzie skojarzenie z rodzinną historią wokół Armageddonu, w końcu do tego filmu zaangażowano przywołany zespół. Nie rozumiem ichniejszego sukcesu w latach 90', ale pozwalam sobie kilku rzeczy w życiu nie rozumieć i jest mi z tym dobrze. Rock z pazurem, choć wyraźnie nadgryziony produkcją z epoki. Na plus basik i fragment z run away. Reszta po prostu okej, całość niesie charyzma Tylera i tyle, co tu dużo pisać. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której sięgam po ich muzykę z własnej woli czy nagłej potrzeby przesłuchania szlagierów. Jakoś zlali się z całą masą popularnych rzeczy w stacjach lubujących się w puszczaniu OLDIES. Zostali na początku gimnazjum na antenie porzuconego Stars.TV. Może pod tym względem najbardziej rozumiem potrzebę podzielenia się nimi. Ja w podobnych wyprawach typu włóczenie tonąłem w King Crimsonach czy Wish You Were Here, także choć trochę rozumiem.
Wierzę, że macie coś więcej pod pazuchą! Wyszła taka kolejka, po której aż prosi się przyłożyć czymś znacznie lepszym.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kilo - Well Worn
Heh, cóż za ironia losu, że akurat jesienią 2016 moje życie uczuciowe w ogóle zaczęło kiełkować, bo jakoś wtedy już zaczałem etap regularnego jeżdzenia do ówczesnej partnerki i siłą rzeczy nie dam rady tego kawałka ulokować w tym czasie oraz w kontekście pogodzenia się z brakiem bliskości jednocześnie. Tyle tylko, że gdy piszę te słowa jest rok 2025 i w którym to roku po niepowodzeniach z lat ubiegłych jestem na tym etapie co Murzyn tę blisko dekadę temu. Nie wykluczam stwierdzenia, że może tu leży klucz do tego, że mnie ten kawałek bierze? Bardzo przyjemny, chilloutowi/lo-fi kawałek do relaksu/uczenia się, na tyle, że aż sprawdzam resztę, a w moim przypadku TO JUŻ NAPRAWDĘ COŚ.
Contemporary Noise Quintet – Million Faces
Z tym free jazzem to dajcie spokój. Ja w sumie domyślam się skąd to skojarzenie, bo jest tu taki fragment, który można byłoby podpiąć pod free, ale kurde no - tylko fragment. Reszta brzmi po prostu jak jazz, ja sam nie znam się w gąszczu tych szufladek, ale ludzie używają określeń typu contemporary i na moje to ma sens. W każdym razie jestem pozytywnie zaskoczony, bo zaskakująco dużo się tu dzieję - na początku myślałem, że dostanę spoko "kawiarnianym" jazzem, ale w połowie dostałem tym "free" fragmentem a dalej czymś, co brzmi jak soundtrack do nieformalnej kontynuacji Psów, która faktycznie jest osadzona w duchu jedynki, a nie jakąś popłuczyną. W każdym fragmencie jednak jest to kawał dobrego jazzu, cytując klasyka. Buja to!
Widowspeak - All Yours
Opis Musiała jakiś taki lakoniczny, bo zawsze pełno w nich faktografii (okej, tu akurat jest), trivii i skojarzeń oraz wspomnień osobisto-historycznych, a tu jakoś tak tego brak lub mało. Rozumiem to, bo sam parę wrzut odpuściłem, nie mając bladego pojęcia co o nich napisać. Trochę mam wrażenie, że kolega jakby wyskoczył z odpowiedzią na moje Chairlift, ale moja realcja na ten kawałek jest jak dokładnie taka sama jak większości forum na moje Chairlift. Fajnie pani śpiewa, są gitarki, coś tam jeszcze jest, ale nie wiem czy będę wracać i nie spodziewam się tego. Siup na rzetelną półkę.
Susanne Sundfor – Darlings
Spoko, że jest przynajmniej dwóch devotee, którzy hype'ują piosenkę o imieniu Zuzanna. Niewielu, ale ciekawe, że jest ich akurat dwóch. Kurde, czegoś mi tu jednak brakuje. Mam wrażenie, jakby ten kawałek był niekompletny, jakbym słuchał jakiegoś intra czegoś dłuższego, no ale ja chyba po prostu potrzebuję tego, by w muzyce dużo się działo i w ogóle. Może jakbym słuchał tego na zboczu góry w Kosowie o świcie czy coś to by mi to zaskoczyło, ale no - nie słucham i raczej się nie zanosi. Doceniam, szanuję za wrzutę z powodów, które wymienił wyżej kolega Musiał, (jeszcze?) nie wielbię.
Tennyson - Beautiful World
Kończymy lato Tennysonem. O tegorocznym lecie nic nowego nie napiszę, o wykonawcy - nic, bo nie miałem do tej pory o nim pojęcia. W sumie ciekawa propozycja. Trochę indietronici, trochę lo-fi popu, ale przy tym to jest jakieś takie... Pozytywne i wholesome, jakkolwiek to zabrzmi. Nic więcej nie napiszę poza tym, że podoba mi się to.
Mam lekki niedosyt, ale generalnie to dobra kolejka
Heh, cóż za ironia losu, że akurat jesienią 2016 moje życie uczuciowe w ogóle zaczęło kiełkować, bo jakoś wtedy już zaczałem etap regularnego jeżdzenia do ówczesnej partnerki i siłą rzeczy nie dam rady tego kawałka ulokować w tym czasie oraz w kontekście pogodzenia się z brakiem bliskości jednocześnie. Tyle tylko, że gdy piszę te słowa jest rok 2025 i w którym to roku po niepowodzeniach z lat ubiegłych jestem na tym etapie co Murzyn tę blisko dekadę temu. Nie wykluczam stwierdzenia, że może tu leży klucz do tego, że mnie ten kawałek bierze? Bardzo przyjemny, chilloutowi/lo-fi kawałek do relaksu/uczenia się, na tyle, że aż sprawdzam resztę, a w moim przypadku TO JUŻ NAPRAWDĘ COŚ.
Contemporary Noise Quintet – Million Faces
Z tym free jazzem to dajcie spokój. Ja w sumie domyślam się skąd to skojarzenie, bo jest tu taki fragment, który można byłoby podpiąć pod free, ale kurde no - tylko fragment. Reszta brzmi po prostu jak jazz, ja sam nie znam się w gąszczu tych szufladek, ale ludzie używają określeń typu contemporary i na moje to ma sens. W każdym razie jestem pozytywnie zaskoczony, bo zaskakująco dużo się tu dzieję - na początku myślałem, że dostanę spoko "kawiarnianym" jazzem, ale w połowie dostałem tym "free" fragmentem a dalej czymś, co brzmi jak soundtrack do nieformalnej kontynuacji Psów, która faktycznie jest osadzona w duchu jedynki, a nie jakąś popłuczyną. W każdym fragmencie jednak jest to kawał dobrego jazzu, cytując klasyka. Buja to!
Widowspeak - All Yours
Opis Musiała jakiś taki lakoniczny, bo zawsze pełno w nich faktografii (okej, tu akurat jest), trivii i skojarzeń oraz wspomnień osobisto-historycznych, a tu jakoś tak tego brak lub mało. Rozumiem to, bo sam parę wrzut odpuściłem, nie mając bladego pojęcia co o nich napisać. Trochę mam wrażenie, że kolega jakby wyskoczył z odpowiedzią na moje Chairlift, ale moja realcja na ten kawałek jest jak dokładnie taka sama jak większości forum na moje Chairlift. Fajnie pani śpiewa, są gitarki, coś tam jeszcze jest, ale nie wiem czy będę wracać i nie spodziewam się tego. Siup na rzetelną półkę.
Susanne Sundfor – Darlings
Spoko, że jest przynajmniej dwóch devotee, którzy hype'ują piosenkę o imieniu Zuzanna. Niewielu, ale ciekawe, że jest ich akurat dwóch. Kurde, czegoś mi tu jednak brakuje. Mam wrażenie, jakby ten kawałek był niekompletny, jakbym słuchał jakiegoś intra czegoś dłuższego, no ale ja chyba po prostu potrzebuję tego, by w muzyce dużo się działo i w ogóle. Może jakbym słuchał tego na zboczu góry w Kosowie o świcie czy coś to by mi to zaskoczyło, ale no - nie słucham i raczej się nie zanosi. Doceniam, szanuję za wrzutę z powodów, które wymienił wyżej kolega Musiał, (jeszcze?) nie wielbię.
Tennyson - Beautiful World
Kończymy lato Tennysonem. O tegorocznym lecie nic nowego nie napiszę, o wykonawcy - nic, bo nie miałem do tej pory o nim pojęcia. W sumie ciekawa propozycja. Trochę indietronici, trochę lo-fi popu, ale przy tym to jest jakieś takie... Pozytywne i wholesome, jakkolwiek to zabrzmi. Nic więcej nie napiszę poza tym, że podoba mi się to.
Mam lekki niedosyt, ale generalnie to dobra kolejka
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nawet nie muszę sprawdzać lasta, wystarczy że miast nazwy utworu napisałeś nazwę całej epkimintaj pisze:04 paź 2025 22:43Kilo - Well Worn
Bardzo przyjemny, chilloutowi/lo-fi kawałek do relaksu/uczenia się, na tyle, że aż sprawdzam resztę, a w moim przypadku TO JUŻ NAPRAWDĘ COŚ.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Pam param pam pam.
Queen - The Show Must Go On (1991)
Jeden z największych hitów grupy z ostatniej ich płyty wydanej jeszcze za życia Mercury'ego. Jakby to napisał odwrócony Murzyn, takie queenowe Out of the Dark (jak u Falco). Dla niektórych przeruchane medialnie nadeksprecyjne byle co, dla innych arcydzieło będące podsumowaniem życia i twórczości jednego z najwybitniejszych wokalistów XX wieku, czy komuś się to podoba czy nie.
A mnie się długo średnio podobało, bo długo się z Queenami nie byłem w stanie polubić. Zdarzały się wyjątki, jak np. melczetowe I'm Going Slightly Mad czy A Kind of Magic, ale moją reakcją na dźwięki Bohemian Rhapsody kiedyś były odruchy wymiotne. Wyleczyłem się z tego, acz zdecydowanie wolę to symfoniczne, doniosłe i stadionowe do bólu oblicze Mercury'ego i reszty od ich początków.
Nie napiszę wiele więcej, bo pisać o takim numerze to jak tańczyć o architekturze. Dość powiedzieć, że dodaje mi zawsze energii i ułatwia dilowanie z rzeczywistością w słabszych momentach. A od przynajmniej tygodnia taki u mnie, well (studnia), bywa. Łeb do góry i cała naprzód, gdyż szoł mast goł on a trochę się dzieje. Uwielbiam ten kawałek, dedykuję go także bestce, bo ona zawsze musi go on.
I trochę także Dwizji, Smoku, patrzę na Ciebie -.-
https://youtu.be/3O0D6MvWFf4?si=t_dapX7jYfLd7VuI
Queen - The Show Must Go On (1991)
Jeden z największych hitów grupy z ostatniej ich płyty wydanej jeszcze za życia Mercury'ego. Jakby to napisał odwrócony Murzyn, takie queenowe Out of the Dark (jak u Falco). Dla niektórych przeruchane medialnie nadeksprecyjne byle co, dla innych arcydzieło będące podsumowaniem życia i twórczości jednego z najwybitniejszych wokalistów XX wieku, czy komuś się to podoba czy nie.
A mnie się długo średnio podobało, bo długo się z Queenami nie byłem w stanie polubić. Zdarzały się wyjątki, jak np. melczetowe I'm Going Slightly Mad czy A Kind of Magic, ale moją reakcją na dźwięki Bohemian Rhapsody kiedyś były odruchy wymiotne. Wyleczyłem się z tego, acz zdecydowanie wolę to symfoniczne, doniosłe i stadionowe do bólu oblicze Mercury'ego i reszty od ich początków.
Nie napiszę wiele więcej, bo pisać o takim numerze to jak tańczyć o architekturze. Dość powiedzieć, że dodaje mi zawsze energii i ułatwia dilowanie z rzeczywistością w słabszych momentach. A od przynajmniej tygodnia taki u mnie, well (studnia), bywa. Łeb do góry i cała naprzód, gdyż szoł mast goł on a trochę się dzieje. Uwielbiam ten kawałek, dedykuję go także bestce, bo ona zawsze musi go on.
I trochę także Dwizji, Smoku, patrzę na Ciebie -.-
https://youtu.be/3O0D6MvWFf4?si=t_dapX7jYfLd7VuI
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kindness - It'll Be OK
(2014)
Pierwszy kontakt z Kindness macie za sobą za sprawą bestki klipowej gdzie wrzucałem klip do This Is Not About Us, ale moja przygoda z tym projektem muzycznym Adama Bainbridge'a zaczęła się od innego klipu do utworu z tej samej płyty. Jesienią 2016 roku, jakoś tuż przed zapuszczeniem się w odmęty kanałów z niszową elektroniką takich jak Stamp The Wax moja wiedza nt. muzycznych nowinek pochodziła jak wiadomo z GTA a śledząc różne numery z GTA5 trafiłem na kanały muzycznych magazynów takich jak Vice czy i-D, i to właśnie na kanale i-D trafiłem na klip do jednego z numerów Kindness. Idąc za utworem sprawdziłem cały album Otherness z roku 2014 gdzie właśnie poznałem This Is Not About Us ale i więcej fajnych numerów. Tym sposobem obok wrzucanego do albumowej bestki Martyna to właśnie Kindness i jego płyta była mi soundtrackiem października 2016.
Na płycie mam kilku swoich ulubieńców do których lubię wracać po czasie - z całą płytą nie jest mi aż tak po drodze choć jest OK. Bardziej niż ok jest za to dla mnie właśnie zamykający ten album utwór It'll Be OK. Poprowadzony ciepłą basową pętlą i subtelnym głosem Adama Bainbridge'a kawałek ten był mi jakimś takim pokrzepiającym dla duszy balsamem w tamtym czasie życiowej pustki. Feelsy udzielają mi się zawsze w końcówce utworu zwłaszcza kiedy wjeżdżają smutne pady a następnie rzewne solo na saksie. Numer zasadniczo mówi o tym że na dobrą sprawę wystarczy ta jedna konkretna osoba w życiu obok żeby wszystko było O-K, rzecz w tym że w tamtym czasie właśnie brakowało mi tego elementu układanki, jedyną osobą która wtedy jeszcze była w pobliżu była moja kumpela, sąsiadka, pierwsza miłość ale ta znajomość była już mocno nadszarpnięta przez różne akcje do których jeszcze wrócę w mej opowieści. Tymczasem potrzebowałem nowego rozdziału, nowego rozdania w moim życiu. Traf chciał że właśnie tamtego października natknąłem się w moim miejscu pracy na moją dawną znajomą z którą moje drogi schodziły i się i rozchodziły wielokrotnie już, zasadniczo uznałem że ten temat jest już dawno zamknięty, ale tamto spotkanie nie dawało mi spokoju...
https://youtu.be/rrnwsZBiEQw?si=QEUgvhGAxQzbuXdi
(2014)
Pierwszy kontakt z Kindness macie za sobą za sprawą bestki klipowej gdzie wrzucałem klip do This Is Not About Us, ale moja przygoda z tym projektem muzycznym Adama Bainbridge'a zaczęła się od innego klipu do utworu z tej samej płyty. Jesienią 2016 roku, jakoś tuż przed zapuszczeniem się w odmęty kanałów z niszową elektroniką takich jak Stamp The Wax moja wiedza nt. muzycznych nowinek pochodziła jak wiadomo z GTA a śledząc różne numery z GTA5 trafiłem na kanały muzycznych magazynów takich jak Vice czy i-D, i to właśnie na kanale i-D trafiłem na klip do jednego z numerów Kindness. Idąc za utworem sprawdziłem cały album Otherness z roku 2014 gdzie właśnie poznałem This Is Not About Us ale i więcej fajnych numerów. Tym sposobem obok wrzucanego do albumowej bestki Martyna to właśnie Kindness i jego płyta była mi soundtrackiem października 2016.
Na płycie mam kilku swoich ulubieńców do których lubię wracać po czasie - z całą płytą nie jest mi aż tak po drodze choć jest OK. Bardziej niż ok jest za to dla mnie właśnie zamykający ten album utwór It'll Be OK. Poprowadzony ciepłą basową pętlą i subtelnym głosem Adama Bainbridge'a kawałek ten był mi jakimś takim pokrzepiającym dla duszy balsamem w tamtym czasie życiowej pustki. Feelsy udzielają mi się zawsze w końcówce utworu zwłaszcza kiedy wjeżdżają smutne pady a następnie rzewne solo na saksie. Numer zasadniczo mówi o tym że na dobrą sprawę wystarczy ta jedna konkretna osoba w życiu obok żeby wszystko było O-K, rzecz w tym że w tamtym czasie właśnie brakowało mi tego elementu układanki, jedyną osobą która wtedy jeszcze była w pobliżu była moja kumpela, sąsiadka, pierwsza miłość ale ta znajomość była już mocno nadszarpnięta przez różne akcje do których jeszcze wrócę w mej opowieści. Tymczasem potrzebowałem nowego rozdziału, nowego rozdania w moim życiu. Traf chciał że właśnie tamtego października natknąłem się w moim miejscu pracy na moją dawną znajomą z którą moje drogi schodziły i się i rozchodziły wielokrotnie już, zasadniczo uznałem że ten temat jest już dawno zamknięty, ale tamto spotkanie nie dawało mi spokoju...
https://youtu.be/rrnwsZBiEQw?si=QEUgvhGAxQzbuXdi
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bohren & der Club of Gore – Karin
Bohrenów poznałem w sposób czysto losowy, wyskoczyli mi jako polecajka przy playliście crime jazzowej na Tidalu. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że to jeden z najbardziej szanowanych dark jazzowych zespołów w Europie. Akurat szukałem muzyki, która stanowiłaby zgodną parę z lekturą książek Dashiella Hammetta, i to był strzał w dziesiątkę, o ile nie lepiej. Wieczory spędzone z tym kombo, to była czysta magia, literatura i muzyka to chyba najlepsze połączenie, zaraz obok filmu.
O ile najbardziej cenię dwa pierwsze albumy Bohren & the Club of Gore, gdzie więcej jest jazzowej gitary, niż saksofonu, który zdominował ich późniejszą (też doskonałą) twórczość, to wraz z dołączeniem Christopha Closera, doszedł nie tylko sax, ale też wibrafon. Jest to instrument, który kocham niezmiernie, więc nikogo nie zdziwi, że mój ulubiony numer Bohrenów, to kawałek na wibrafon.
Jazz Niemców jest bardzo wolny i monotonny, albo się to lubi, albo nie, ja uwielbiam. „Karin” to jeszcze ten zdecydowanie bardziej zwarty i melodyjny reprezentant bohrenozy. W tworzeniu klimatu noir, B&dCoG poruszają się w mistrzowski sposób, jeżeli ktoś lubi taką atmosferę, to nie może tego nie docenić.
https://youtu.be/4JoywLBaTSs?list=RD4JoywLBaTSs
Bohrenów poznałem w sposób czysto losowy, wyskoczyli mi jako polecajka przy playliście crime jazzowej na Tidalu. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że to jeden z najbardziej szanowanych dark jazzowych zespołów w Europie. Akurat szukałem muzyki, która stanowiłaby zgodną parę z lekturą książek Dashiella Hammetta, i to był strzał w dziesiątkę, o ile nie lepiej. Wieczory spędzone z tym kombo, to była czysta magia, literatura i muzyka to chyba najlepsze połączenie, zaraz obok filmu.
O ile najbardziej cenię dwa pierwsze albumy Bohren & the Club of Gore, gdzie więcej jest jazzowej gitary, niż saksofonu, który zdominował ich późniejszą (też doskonałą) twórczość, to wraz z dołączeniem Christopha Closera, doszedł nie tylko sax, ale też wibrafon. Jest to instrument, który kocham niezmiernie, więc nikogo nie zdziwi, że mój ulubiony numer Bohrenów, to kawałek na wibrafon.
Jazz Niemców jest bardzo wolny i monotonny, albo się to lubi, albo nie, ja uwielbiam. „Karin” to jeszcze ten zdecydowanie bardziej zwarty i melodyjny reprezentant bohrenozy. W tworzeniu klimatu noir, B&dCoG poruszają się w mistrzowski sposób, jeżeli ktoś lubi taką atmosferę, to nie może tego nie docenić.
https://youtu.be/4JoywLBaTSs?list=RD4JoywLBaTSs
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zaskoczyło mnie aż tak ciepłe przyjęcie EJROSÓW, tak samo jak fakt, że ledwo znacie Dream On. Jednak co bycie millenialsem to bycie millenialsem.
Björk - Jóga
Coś mi z tyłu głowy mówi, że ja tę islandzką pieśniarkę mogłem już wrzucać, choćby na fali koncertu sprzed dwóch lat, ale wyszukiwarka nic nie znajduje ani pod frazą Björk, ani Bjork, ani jakąkolwiek zbliżoną, toteż zakładam iż głosy w mojej głowie mnie baitują. Mniejsza z tym.
Björk to w sumie klasyczny przykład tzw. artysty drugiego szeregu. Taki, co go lubię, co go szanuję ale gdybym miał z jakichś przyczyn organizować festiwal swoich ulubionych rzeczy w życiu i wypisać lineup takowego to pewnie by się zmieściła, ale raczej nie na głównej scenie i raczej nie wypisałbym jej nazwiska największym fontem.
Ale w sumie jest ze mną od zawsze (czyli od 15 lat), mam z nią parę ciepłych prywatnych skojarzeń, o których mógłbym napisać, ale nie hcce mi się i nawet jakimś cudem zaliczyłem jej krakowski koncert, ale to akurat tylko i wyłącznie zasługa odpowiedniej znajomości oraz skontaktowania się z odpowiednią osobą w odpowiednim czasie. xd Swoją drogą - świetne widowisko audiowizualne, może trochę krótkie, ale generalnie polecam każdemu.
Dziś wybór może ciut bardziej oczywisty. Jóga kojarzy mi się z jesienią 3 lata temu. To był okres niezbyt szczególny, a nawet rzekłbym, że chujowy i pełen traum - gdy w końcu ogarnąłem przeprowadzkę i zamieszkałem w nowym lokum, w którym jestem i mieszkam do dziś, straciłem robotę. Nie była to praca marzeń (delikatnie mówiąc), a mój szef był może i sympatycznym, ale wyjątkowo głupim imbecylem (który i tak mnie wydymał bez mydła lol), ale miała tę zaletę, że chodzenie do niej pozwalało na uzyskanie jakichkolwiek środków pozwalających na przeżycie.
Sam ledwo pamiętam jakim cudem i jak przetrwałem ten okres, ale paradoksalnie nie kojarzy mi się tak źle - być może z racji faktu, że wyszedłem z założenia, że po prostu wyczerpałem limit pecha i że ze zmianą pory roku może nie tyle wszystko zmieni się o jakieś 180 stopni, ale w końcu przetrwam jakiś miesiąc bez usłyszenia czegoś, po czym mam ochotę pierdolnąć sobie w łeb.
I jakoś tak z tą właśnie nadzieją kojarzy mi się ten utwór znanej islandskiej piosenkarki. Do dziś pamiętam, jak słuchałem go w drodze na drugi koniec miasta, gdzie jechałem na rozmowę o pracę - całkiem obiecującą i nieporównywalnie lepszą od gówna w którym tkwiłem po uszy. Nie pamiętam już szczegółów, nie pamiętam jak wypadłem, ale czułem, że to jest ten moment, w którym wszystko się zmienia i nawet pamiętam, że Hien wrzucił wówczas jakoś w bestce utwór z opisem w podobnym stylu.
I tu urwę historię, bo głupio byłoby spuentować ją np. tekstem, że nie dostałem tej pracy. Po prostu - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=eAvawQblRKc
Björk - Jóga
Coś mi z tyłu głowy mówi, że ja tę islandzką pieśniarkę mogłem już wrzucać, choćby na fali koncertu sprzed dwóch lat, ale wyszukiwarka nic nie znajduje ani pod frazą Björk, ani Bjork, ani jakąkolwiek zbliżoną, toteż zakładam iż głosy w mojej głowie mnie baitują. Mniejsza z tym.
Björk to w sumie klasyczny przykład tzw. artysty drugiego szeregu. Taki, co go lubię, co go szanuję ale gdybym miał z jakichś przyczyn organizować festiwal swoich ulubionych rzeczy w życiu i wypisać lineup takowego to pewnie by się zmieściła, ale raczej nie na głównej scenie i raczej nie wypisałbym jej nazwiska największym fontem.
Ale w sumie jest ze mną od zawsze (czyli od 15 lat), mam z nią parę ciepłych prywatnych skojarzeń, o których mógłbym napisać, ale nie hcce mi się i nawet jakimś cudem zaliczyłem jej krakowski koncert, ale to akurat tylko i wyłącznie zasługa odpowiedniej znajomości oraz skontaktowania się z odpowiednią osobą w odpowiednim czasie. xd Swoją drogą - świetne widowisko audiowizualne, może trochę krótkie, ale generalnie polecam każdemu.
Dziś wybór może ciut bardziej oczywisty. Jóga kojarzy mi się z jesienią 3 lata temu. To był okres niezbyt szczególny, a nawet rzekłbym, że chujowy i pełen traum - gdy w końcu ogarnąłem przeprowadzkę i zamieszkałem w nowym lokum, w którym jestem i mieszkam do dziś, straciłem robotę. Nie była to praca marzeń (delikatnie mówiąc), a mój szef był może i sympatycznym, ale wyjątkowo głupim imbecylem (który i tak mnie wydymał bez mydła lol), ale miała tę zaletę, że chodzenie do niej pozwalało na uzyskanie jakichkolwiek środków pozwalających na przeżycie.
Sam ledwo pamiętam jakim cudem i jak przetrwałem ten okres, ale paradoksalnie nie kojarzy mi się tak źle - być może z racji faktu, że wyszedłem z założenia, że po prostu wyczerpałem limit pecha i że ze zmianą pory roku może nie tyle wszystko zmieni się o jakieś 180 stopni, ale w końcu przetrwam jakiś miesiąc bez usłyszenia czegoś, po czym mam ochotę pierdolnąć sobie w łeb.
I jakoś tak z tą właśnie nadzieją kojarzy mi się ten utwór znanej islandskiej piosenkarki. Do dziś pamiętam, jak słuchałem go w drodze na drugi koniec miasta, gdzie jechałem na rozmowę o pracę - całkiem obiecującą i nieporównywalnie lepszą od gówna w którym tkwiłem po uszy. Nie pamiętam już szczegółów, nie pamiętam jak wypadłem, ale czułem, że to jest ten moment, w którym wszystko się zmienia i nawet pamiętam, że Hien wrzucił wówczas jakoś w bestce utwór z opisem w podobnym stylu.
I tu urwę historię, bo głupio byłoby spuentować ją np. tekstem, że nie dostałem tej pracy. Po prostu - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=eAvawQblRKc
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nick Cave & The Bad Seeds, PJ Harvey – Henry Lee
Nie znam za dobrze twórczości Cave’a. Jeden album, parę singli i utworów z bestki. Trochę bardziej znam PJ, którą posłuchałem w szerszym zakresie. Oboje wykonawców to niewątpliwie ciekawe postaci. Oboje dysponują też ciekawymi wokalami. Szczególnie Nick jest pod tym względem charakterystyczny, niepodrabialny. A co jeśli dwie takie osobowości zechcą zaśpiewać wspólnie? Ano to, że może wyjść z tego niezły numer.
Henry Lee pochodzi z albumu Nicka Cave’a pt. Murder Ballads z 1996r. Album zawiera 10 nowych lub tradycyjnych utworów opowiadających o przestępstwach popełnionych zwykle w akcie zemsty. Tytułowy Henry Lee w w/w utworze zostaje zamordowany nożem przez zakochaną dziewczynę, która nie mogła się pogodzić z odrzuceniem. To właśnie przykład takiej charakterystycznej ballady, gdzie miłość idzie w parze ze zbrodnią. Ballady mającej gorzki posmak. Niepokojącej. A w przypadku Cave’a nietrudno o niepokojący klimat choćby dzięki jego niesamowitej barwie głosu.
To z tego albumu pochodzi też inny znany przebój Nicka Where The Wild Roses Grow zaśpiewany razem z Kylie Minogue.
https://www.youtube.com/watch?v=_sTc65f8Us0
Nie znam za dobrze twórczości Cave’a. Jeden album, parę singli i utworów z bestki. Trochę bardziej znam PJ, którą posłuchałem w szerszym zakresie. Oboje wykonawców to niewątpliwie ciekawe postaci. Oboje dysponują też ciekawymi wokalami. Szczególnie Nick jest pod tym względem charakterystyczny, niepodrabialny. A co jeśli dwie takie osobowości zechcą zaśpiewać wspólnie? Ano to, że może wyjść z tego niezły numer.
Henry Lee pochodzi z albumu Nicka Cave’a pt. Murder Ballads z 1996r. Album zawiera 10 nowych lub tradycyjnych utworów opowiadających o przestępstwach popełnionych zwykle w akcie zemsty. Tytułowy Henry Lee w w/w utworze zostaje zamordowany nożem przez zakochaną dziewczynę, która nie mogła się pogodzić z odrzuceniem. To właśnie przykład takiej charakterystycznej ballady, gdzie miłość idzie w parze ze zbrodnią. Ballady mającej gorzki posmak. Niepokojącej. A w przypadku Cave’a nietrudno o niepokojący klimat choćby dzięki jego niesamowitej barwie głosu.
To z tego albumu pochodzi też inny znany przebój Nicka Where The Wild Roses Grow zaśpiewany razem z Kylie Minogue.
https://www.youtube.com/watch?v=_sTc65f8Us0
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Chihei Hatakeyama – Phantasm (2009)
Jako zmęczony człowiek podrzucam coś prosto ze świata dźwięków słuchanych przed snem w ostatnich dniach. Wrocław zaatakowało jakieś wirusowe dziadostwo, dzięki czemu od dwóch tygodnie walczę z zatokami, chrypą, bólem wszystkiego. Jednocześnie udało się obronić magisterkę, przebyć pierwszy etap rozmowy o pracę, przybyć na Rzeźniczą, spędzić miło czas z najbliższymi i najważniejszymi. Poza tym nie mam siły na nic więcej. Dookoła dzieje się mnóstwo rzeczy, które w najbliższych dniach znajdą rozwiązanie, ujście, zakończenie. Ubolewam nad brakiem motywacji do regularnego posiedzenia przy zeszycie. Od lat głowa mniej paruje, gdy wiele rzeczy ginie na stronach kolejnych brulionów. Jutro po raz kolejny zabiorę go ze sobą, jak gdyby próbując się zmobilizować do czegokolwiek więcej. Przynajmniej noce uporządkowane. Ambientu słucham godzinami tygodniowo, z dziecięcych poszukiwań też można wyłowić ten kierunek zainteresowania. Liczby w rocznej statystyce nie będą tak spektakularne. Pewnie więcej będzie znanych i wyjątkowo zgranych nagrań. Tym razem ukłon dla Japończyka, który nawet jakiś czas temu wystąpił na wrocławskim Festiwalu Ambientalnym. Po GASie na Tauronie sprzed siedmiu lat wiem, że takie wydarzenia są warte grzechu. Wobec tego spróbuję zasugerować taką skromną symulację w osobistych odsłuchach. Kojąco, choć chłodno. Stojące dźwięki, ale całość subtelnie się rozwija. RYMiarze się nie znają. The River to naprawdę niezła płyta, choć dyskografia tego człowieka to też studnia bez dna, trudno racjonalnie wybrać dziesięć najlepszych. Mógłbym poprowadzić wybranych na ten szlak z lampionem w ręce, w razie co jestem gotowy. Na razie skromnie. Pogoda zniechęca do życia. Sen zimowy czasem jest w porządku. Polska zmusza do implementacji snu listopadowego, który dotyczy połowy roku. Po latach znalazłem swoje bezpieczne „rytmy" na ten stan. Pod pierzyną idzie wytrzymać.
https://www.youtube.com/watch?v=9qPKIYbOGn0
Jako zmęczony człowiek podrzucam coś prosto ze świata dźwięków słuchanych przed snem w ostatnich dniach. Wrocław zaatakowało jakieś wirusowe dziadostwo, dzięki czemu od dwóch tygodnie walczę z zatokami, chrypą, bólem wszystkiego. Jednocześnie udało się obronić magisterkę, przebyć pierwszy etap rozmowy o pracę, przybyć na Rzeźniczą, spędzić miło czas z najbliższymi i najważniejszymi. Poza tym nie mam siły na nic więcej. Dookoła dzieje się mnóstwo rzeczy, które w najbliższych dniach znajdą rozwiązanie, ujście, zakończenie. Ubolewam nad brakiem motywacji do regularnego posiedzenia przy zeszycie. Od lat głowa mniej paruje, gdy wiele rzeczy ginie na stronach kolejnych brulionów. Jutro po raz kolejny zabiorę go ze sobą, jak gdyby próbując się zmobilizować do czegokolwiek więcej. Przynajmniej noce uporządkowane. Ambientu słucham godzinami tygodniowo, z dziecięcych poszukiwań też można wyłowić ten kierunek zainteresowania. Liczby w rocznej statystyce nie będą tak spektakularne. Pewnie więcej będzie znanych i wyjątkowo zgranych nagrań. Tym razem ukłon dla Japończyka, który nawet jakiś czas temu wystąpił na wrocławskim Festiwalu Ambientalnym. Po GASie na Tauronie sprzed siedmiu lat wiem, że takie wydarzenia są warte grzechu. Wobec tego spróbuję zasugerować taką skromną symulację w osobistych odsłuchach. Kojąco, choć chłodno. Stojące dźwięki, ale całość subtelnie się rozwija. RYMiarze się nie znają. The River to naprawdę niezła płyta, choć dyskografia tego człowieka to też studnia bez dna, trudno racjonalnie wybrać dziesięć najlepszych. Mógłbym poprowadzić wybranych na ten szlak z lampionem w ręce, w razie co jestem gotowy. Na razie skromnie. Pogoda zniechęca do życia. Sen zimowy czasem jest w porządku. Polska zmusza do implementacji snu listopadowego, który dotyczy połowy roku. Po latach znalazłem swoje bezpieczne „rytmy" na ten stan. Pod pierzyną idzie wytrzymać.
https://www.youtube.com/watch?v=9qPKIYbOGn0
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Bez kituWrocław zaatakowało jakieś wirusowe dziadostwo, dzięki czemu od dwóch tygodnie walczę z zatokami, chrypą, bólem wszystkiego
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Coś dziwnego generalnie wisi w powietrzu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 6. (181.)
31. Queen - The Show Must Go On (devotional)
32. Kindness - It'll Be OK (stripped)
33. Bohren & Der Club of Gore - Karin (Hien)
34. Björk - Jóga (mintaj)
35. Nick Cave & The Bad Seeds feat. PJ Harvey - Henry Lee
36. Chihei Hatakeyama - Phantasm (Dragon)
31. Queen - The Show Must Go On (devotional)
32. Kindness - It'll Be OK (stripped)
33. Bohren & Der Club of Gore - Karin (Hien)
34. Björk - Jóga (mintaj)
35. Nick Cave & The Bad Seeds feat. PJ Harvey - Henry Lee
36. Chihei Hatakeyama - Phantasm (Dragon)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Queen - The Show Must Go On
Proponuję przestać zasłaniać się tym wyświechtanym tekstem o tańczeniu o architekturze, zwłaszcza kiedy jest się Adrianem M. i zazwyczaj tańczy się o architekturze całymi ścianami tekstu.
Ja powiem wprost, nie jestem w stanie zbyt wiele napisać a takich legendarnych kawałkach. Mógłbym napisać coś o Queen, ale jak pewnie nikogo nie zdziwi, planuję kiedyś tu wjechać z ich kawałkiem, i chowam sobie wszelkie wspomnienia na ten moment. No, ale coś tam napiszę.
Jestem w tym ułamku osób na forum, które znały i lubiły Queen kiedy Freddie jeszcze żył. To był krótki okres, a ja byłem maluchem, natomiast mogę spokojnie powiedzieć, że Queen było pierwszym zespołem, który autentycznie pokochałem. Z czasem, ta miłość może nie tyle osłabła, co po prostu rozłożyła się na inną muzyką, której słucham (a jest tego dużo), niemniej zawsze będę reagował sentymentalnie na dźwięki ich muzy. „The Show Must Go On” kojarzy mi się właśnie z tym czasem, kiedy kawałek wyszedł, a potem kiedy katowano go, jak Mercury zmarł. Dużo patosu, który jednak odpowiednio zmiękcza Mercury, który mimo bycia śmiertelnie poważnym i teatralnie ekspresyjnym, nawet na sekundę nie przestaje być cool. Dobra, kończę, bo jeszcze napisze więcej niż Musiał napisał we własnej wrzucie i będzie głupio.
Kindness - It'll Be OK
Czy ktoś to składa chronologicznie, w sensie, mam nadzieję, że z tego będzie ostatecznie książka pt. „Murzyn”, opatrzona odpowiednim „Murzyn: The Soundtrack”. Jaca miał sporo tych koleżanek, z którymi niby było coś więcej, ale się zesrało, więc zaczynam się trochę gubić. Wiadomo, nie będziemy tu zbyt energicznie operować imionami, ale trzeba jakoś zakluczować te kobiety, jakimś XYZ, czy coś xD Fajna piosenka, ma klimat jesieniarsko-indie, kojarzy mi się trocho z wolniejszymi rzeczami Toro y Moi. Lubię takie granie, chociaż tez często odbijam się od tego, że te piosenki brzmią podobnie i tutaj też raczej mamy reprezentanta bardzo typowego, więc fajnie się słucha kiedy ktoś wypchnie przed szereg z miłym backgroundem życiowym, ale tak to by zginęło w tłumie. Niemniej, jest to bardzo spoko piosenka, w bardzo fajnej formie, no i kurde. Sax solo. Murzyn dobrze jesieniuje.
Björk - Jóga
Nie chce mi się powtarzać, bo Bjork już nieraz wlatywała zarówno tu, jak i do albumowej, ale z nią to zawsze u mnie jest hit/miss. Tutaj akurat hit, to jest dobra piosenka i nawet takie rzeczy, które zazwyczaj mnie odrzucają (nadmiar orkiestry, przeprodukowanie, BJORK), tutaj są w odpowiednich dawkach i jakoś tak tu wszystko gra, może dlatego, że pod spodem jest całkiem niezła piosenka. Chętnie bym tego posłuchał w jakiejś mniej edgy aranżacji. No, ale siusiak, nie będę kwasił, doskonała Bjork.
Nick Cave & The Bad Seeds, PJ Harvey – Henry Lee
Wujasa wrzucającego Nicka C. się nie spodziewałem. Ok, wiadomo, gdyby nie DJ Harvej, to by się to nie wydarzyło, no ale nie da się ukryć, że to, że Cave akurat wtedy spotykał się z ta laską na współżycie, na pewno wpłynęło dodatnio na jego twórczość i nagrania w tamtym czasie. Ładny duet. Ja Kejwa zawsze wolałem bardziej solo niż w duetach, ale też te, które mu naprawdę wyszły, to mu naprawdę wyszły (heh) i to jest jeden z tych przykładów, zresztą chemia między nim, a PJ Harvey kipi z tego numeru, jak pomidorówka zostawiona godzinę temu.
Chihei Hatakeyama – Phantasm
Po latach, mogę się tylko cieszyć, że nie jestem jedną z tych osób, które bez słońca tracą chęć do życia, a deszcz, czy mgła wywołują u nich spazmy. Potrafię się dostosować praktycznie do każdej aury i czerpać z niej radość, więc nie reluję z doomerkim podejściem do pogody, ale też rozumiem, bo używając prostej metafory, gdyby ktoś mi kazał słuchać przez kilka miesięcy non stop nowego, polskiego hip-hopu, zamiast np. ambientu, czy pop punka, to też by mi się wszystkiego odechciało.
Piszę o pierdołach, a muzyka leci sobie w tle. Ja ambient docenić potrafię, wręcz jestem w tym gronie, które trochę zbyt entuzjastycznie podchodzi do kolejnych, bardzo zbliżonych do siebie wersji tego samego. O ile w dwizji już mnie to trochę męczy (ale z kompletnie innych powodów), o tyle tutaj mogę wchłaniać takie utwory jeden za drugim, bo jestem gąbką na ambient i tyle. Powiem nawet, że mam bardzo konkretne skojarzenie z tym kawałkiem, ale nie powiem z czym. Cieszę się, że Japończycy na stałe wchodzą do forumowego kanonu, czy to od strony bardziej konwencjonalnej (ode mnie), czy od strony ambientu (Smoku), a nawet w formie Azji pozostałej, od np. Wuja. Numer totalnie powielający milion innych ambientowych kawałków, ale akurat w tym gatunku, jest to dla mnie ok, jeżeli po prostu dobrze brzmi, a to brzmi bardzo dobrze.
Bardzo fajna kolejka. Śmieszna sprawa, że chyba najbardziej meham na Queen, ale tylko dlatego, że znam ten kawałek tak dobrze, że bym go poznał gdyby mi go puścić w nocy, od tyłu, z wyłączonym dźwiękiem. Poza tym, wszyscy panowie doskonale jesieniujecie, a pomijając już kontekst jesieniarski, wszystko to jest doskonała muzyka.
Proponuję przestać zasłaniać się tym wyświechtanym tekstem o tańczeniu o architekturze, zwłaszcza kiedy jest się Adrianem M. i zazwyczaj tańczy się o architekturze całymi ścianami tekstu.
Ja powiem wprost, nie jestem w stanie zbyt wiele napisać a takich legendarnych kawałkach. Mógłbym napisać coś o Queen, ale jak pewnie nikogo nie zdziwi, planuję kiedyś tu wjechać z ich kawałkiem, i chowam sobie wszelkie wspomnienia na ten moment. No, ale coś tam napiszę.
Jestem w tym ułamku osób na forum, które znały i lubiły Queen kiedy Freddie jeszcze żył. To był krótki okres, a ja byłem maluchem, natomiast mogę spokojnie powiedzieć, że Queen było pierwszym zespołem, który autentycznie pokochałem. Z czasem, ta miłość może nie tyle osłabła, co po prostu rozłożyła się na inną muzyką, której słucham (a jest tego dużo), niemniej zawsze będę reagował sentymentalnie na dźwięki ich muzy. „The Show Must Go On” kojarzy mi się właśnie z tym czasem, kiedy kawałek wyszedł, a potem kiedy katowano go, jak Mercury zmarł. Dużo patosu, który jednak odpowiednio zmiękcza Mercury, który mimo bycia śmiertelnie poważnym i teatralnie ekspresyjnym, nawet na sekundę nie przestaje być cool. Dobra, kończę, bo jeszcze napisze więcej niż Musiał napisał we własnej wrzucie i będzie głupio.
Kindness - It'll Be OK
Czy ktoś to składa chronologicznie, w sensie, mam nadzieję, że z tego będzie ostatecznie książka pt. „Murzyn”, opatrzona odpowiednim „Murzyn: The Soundtrack”. Jaca miał sporo tych koleżanek, z którymi niby było coś więcej, ale się zesrało, więc zaczynam się trochę gubić. Wiadomo, nie będziemy tu zbyt energicznie operować imionami, ale trzeba jakoś zakluczować te kobiety, jakimś XYZ, czy coś xD Fajna piosenka, ma klimat jesieniarsko-indie, kojarzy mi się trocho z wolniejszymi rzeczami Toro y Moi. Lubię takie granie, chociaż tez często odbijam się od tego, że te piosenki brzmią podobnie i tutaj też raczej mamy reprezentanta bardzo typowego, więc fajnie się słucha kiedy ktoś wypchnie przed szereg z miłym backgroundem życiowym, ale tak to by zginęło w tłumie. Niemniej, jest to bardzo spoko piosenka, w bardzo fajnej formie, no i kurde. Sax solo. Murzyn dobrze jesieniuje.
Björk - Jóga
Nie chce mi się powtarzać, bo Bjork już nieraz wlatywała zarówno tu, jak i do albumowej, ale z nią to zawsze u mnie jest hit/miss. Tutaj akurat hit, to jest dobra piosenka i nawet takie rzeczy, które zazwyczaj mnie odrzucają (nadmiar orkiestry, przeprodukowanie, BJORK), tutaj są w odpowiednich dawkach i jakoś tak tu wszystko gra, może dlatego, że pod spodem jest całkiem niezła piosenka. Chętnie bym tego posłuchał w jakiejś mniej edgy aranżacji. No, ale siusiak, nie będę kwasił, doskonała Bjork.
Nick Cave & The Bad Seeds, PJ Harvey – Henry Lee
Wujasa wrzucającego Nicka C. się nie spodziewałem. Ok, wiadomo, gdyby nie DJ Harvej, to by się to nie wydarzyło, no ale nie da się ukryć, że to, że Cave akurat wtedy spotykał się z ta laską na współżycie, na pewno wpłynęło dodatnio na jego twórczość i nagrania w tamtym czasie. Ładny duet. Ja Kejwa zawsze wolałem bardziej solo niż w duetach, ale też te, które mu naprawdę wyszły, to mu naprawdę wyszły (heh) i to jest jeden z tych przykładów, zresztą chemia między nim, a PJ Harvey kipi z tego numeru, jak pomidorówka zostawiona godzinę temu.
Chihei Hatakeyama – Phantasm
Po latach, mogę się tylko cieszyć, że nie jestem jedną z tych osób, które bez słońca tracą chęć do życia, a deszcz, czy mgła wywołują u nich spazmy. Potrafię się dostosować praktycznie do każdej aury i czerpać z niej radość, więc nie reluję z doomerkim podejściem do pogody, ale też rozumiem, bo używając prostej metafory, gdyby ktoś mi kazał słuchać przez kilka miesięcy non stop nowego, polskiego hip-hopu, zamiast np. ambientu, czy pop punka, to też by mi się wszystkiego odechciało.
Piszę o pierdołach, a muzyka leci sobie w tle. Ja ambient docenić potrafię, wręcz jestem w tym gronie, które trochę zbyt entuzjastycznie podchodzi do kolejnych, bardzo zbliżonych do siebie wersji tego samego. O ile w dwizji już mnie to trochę męczy (ale z kompletnie innych powodów), o tyle tutaj mogę wchłaniać takie utwory jeden za drugim, bo jestem gąbką na ambient i tyle. Powiem nawet, że mam bardzo konkretne skojarzenie z tym kawałkiem, ale nie powiem z czym. Cieszę się, że Japończycy na stałe wchodzą do forumowego kanonu, czy to od strony bardziej konwencjonalnej (ode mnie), czy od strony ambientu (Smoku), a nawet w formie Azji pozostałej, od np. Wuja. Numer totalnie powielający milion innych ambientowych kawałków, ale akurat w tym gatunku, jest to dla mnie ok, jeżeli po prostu dobrze brzmi, a to brzmi bardzo dobrze.
Bardzo fajna kolejka. Śmieszna sprawa, że chyba najbardziej meham na Queen, ale tylko dlatego, że znam ten kawałek tak dobrze, że bym go poznał gdyby mi go puścić w nocy, od tyłu, z wyłączonym dźwiękiem. Poza tym, wszyscy panowie doskonale jesieniujecie, a pomijając już kontekst jesieniarski, wszystko to jest doskonała muzyka.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie racja xd nieraz się do tego zbierałem i guzik z tego wyszłoHien pisze:08 paź 2025 11:39
Kindness - It'll Be OK
Czy ktoś to składa chronologicznie, w sensie, mam nadzieję, że z tego będzie ostatecznie książka pt. „Murzyn”, opatrzona odpowiednim „Murzyn: The Soundtrack”. Jaca miał sporo tych koleżanek, z którymi niby było coś więcej, ale się zesrało, więc zaczynam się trochę gubić. Wiadomo, nie będziemy tu zbyt energicznie operować imionami, ale trzeba jakoś zakluczować te kobiety, jakimś XYZ, czy coś xD
Z drugiej strony czy ktoś te literki będzie pamiętał gdy będę wracał do jakichś historii za czas jakiś jeszcze dajmy na to? Zobaczymy. Może spróbuję od kolejnej wrzuty dorzucić słowniczek xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bohren & Der Club of Gore - Karin
Hien lojalnie uprzedzał mnie że będziemy się "męczyć" z jego jazzowymi instrumentalami i tak przy pierwszych odsłuchach faktycznie trochę sobie powtarzałem w duchu że heh - chociaż był szczery. Wrażenie to jednakże zatarło się w momencie kiedy kolejka zaczęła się kompletować i zacząłem słuchać jej jako całości i wtedy spomiędzy tych Enjoyów, jazzowego obskjura, mojego numeru itd. wyłonił się obraz całkiem zgrabnej jesiennej playlisty. I to było potrzebne. Nie zrozumcie mnie źle, Karin to kawałek naprawdę przyjemnego grania i zrealizowanego klimatu ALE (bo zawsze muszę mieć jakieś ale) nie jest to może numer taki do słuchania sam w sobie w pojedynkę. Albo inaczej - nie jest to może numer z gatunku tych po które bym sięgał na pojedynczy odsłuch gdzieś w biegu dnia. Najlepiej chyba brzmi w otoczeniu innych numerów budujących ten klimat albo ewentualnie nawet sam w zapętleniu może lecieć sobie w tle wypełniając pomieszczenie ciepłym brzmieniem. Nie jest to kompozycja którą bym pamiętał po czasie, prędzej kojarzyć będę właśnie to ciepło i barwę wibrafonu. Mimo wszystko numer ma bardzo zgrabny vibe i takie utwory prędzej sobie cenię niż jazz z poprzedniej kolejki. Dla mnie osobiście przywodzi na myśli jakaś fajną grę wideo, przygodówkę w stylu noir w której mógłby on lecieć w jakimś napotkanym po drodze pomieszczeniu. I wtedy miałbym pewnie moment takiego zawieszenia gdzie snułbym się wokół oglądając otoczenie i pochłaniając atmosferę tego miejsca. Kupił mnie ten numer ostatecznie, może i pomocna była tu zmiana aury za oknem, jesień na pełnej weszła.
Björk - Jóga
Ojej, wieki mnie tu nie było. O tym że Jóga pięknym i wielkim utworem jest wiem nie od dziś, chyba poznałem ją nawet razem z wideoklipem siedząc u mojej kumpeli na herbacie przed laty. Jest to świetny kawałek po prostu i z tego względu mocno go osłuchałem i zabiłem na długi czas, nie pamiętam kiedy ostatnio go słuchałem. Elektronika drugiej połowy lat 90. to było kurde złoto jednak, mam duże braki w temacie i duży sentyment zarazem. Wspaniałe smyczki, dojechany BICIOR i bas bulgoczący niczym lawa z islandzkiego wulkan, unikalny klimat tamtej epoki, to se ne vrati ehhhh. Mógłbym coś tam coś tam narzekać że oklepane ale po co gdy sam dawno już nie słuchałem i przyjemnie było tu wpaść. Swoją drogą może czas sie zmierzyć z tym Homogenic bo nigdy jakoś nie miałem weny nad tym usiąść porządnie. I feel eMOtioNAL landSCAPES... magia.
Nick Cave & The Bad Seeds feat. PJ Harvey - Henry Lee
Zacznijmy od tego co mniej przyjemne - nie przepadam za Nickiem Cavem, nie kumam jego powiedzmy fenomenu i nie wiem czy się przekonam do jego muzy kiedykolwiek. Z drugiej strony kolo ma na koncie choćby taki projekt jak Grinderman którego No Pussy Blues tu wrzucałem i prejzuję jak najbardziej. W ogóle - może mylnie - jego muza kojarzy mi się jakby była targetem bardziej dla lasek, jakichś kurde alternatywek ale mam tu na myśli nie te współczesne a milenialsów i laski w moim wieku jakie przychodziły nie raz do różnych "rockowych" pubów w mojej mieścinie. I nie tylko rockowych w sumie, bo podobizny Nicka i właśnie PJ Harvey nawet widniały na ścianie wnętrza jednego z lokali jeszcze parę lat temu (to był chyba mój jedyny kontakt z PJ Harvey tak naprawdę no i może gdzieś tam słyszałem o niej, poza tym null wiedzy). I ten numer teraz kojarzy mi się właśnie z takimi miejscami jak tamto, wypełnionymi już nie licealistami ale studentami pijącymi zimową herbatę, grzane wino lub drinki a nie jakieś piwo z nalewaka. Pierwsze poważne związki, pierwsza dorywcza praca, ta pierwsza studencka "dorosłość". Numer jak najbardziej dostarcza pod kątem jesieniarskiego klimatu, choć okładka sugeruje wręcz kominkowy vibe, tak czy siak ciepła muza do ciepłego wnętrza gdy na dworze piździ. W kolejce ten numer siedzi całkiem ok - wracać zapewne nie będę bo jednak wokal Cave'a mnie trochę odrzuca, rozumiem że laski mogą przy nim może mięknąć, ja nie zamierzam.
Chihei Hatakeyama - Phantasm
Dragon już na zaś, na wszelki wypadek przy tych pierwszych objawach jesieni zaszywa się w swój ambientowy koc i zaczyna powoli hibernację. Phantasm to z jednej strony numer jakich wiele ale ma to co trzeba, idealnie oddaje ponury, szarobury vibe późnej jesieni (a nawet nie jesteśmy w połowie października!). Smoku dostarczał już tego typu rzeczy kilkakrotnie i po prostu - robi to ponownie. Długi, snujący się numer z niewielkimi zmianami i subtelnymi plamami dźwięku. Vibe faktycznie nieco w stylu GAS, tak zwłaszcza mi podpowiada ten szum tła tutaj. Ten numer przypomina mi nieco klimatem muzykę albo dźwięki które pojawiły się w hotelu The Great Northern w 3 sezonie Twin Peaks za którymi to błądził Ben Horne wraz ze swoją asystentką (IYKYK). Spoko ambient dający spoko skojarzenia czyli w rezultacie spoko wrzuta, zwłaszcza w kontekście tej kolejki siedzi bdb.
No i last, but not least...
Queen - The Show Must Go On
Z lekkim bólem przyznaję że Musiał zakosił mi wrzutkę. W dodatku jeszcze wrzucił ten numer w taki trochę bezjajeczny sposób nie dorzucajac już za dużo backgroundu no ale ok, kto ma wiedzieć ten wie. Numer absolutnie uwielbiam, zajebisty wokalny performance Freddy'ego, łabędzi śpiew legendy, jedno z najpiękniejszych muzycznych pożegnań chyba jakie znam (Bowie też "pięknie" odchodził z tego świata - Lazarus czy No Plan, złoto). Muzycznie wiadomo tona patosu typowego dla ballad z tamtego okresu. Ale to wszystko zapewne wiecie. Czego zaś nie wiecie to jak poznałem ten numer, i to miało być właśnie tłem dla mojej wrzutki i wiecie co - nie odpuszczę sobie tego, obiecałem sobie opowiedzieć Wam o tym kiedyś.
Numer ten poznałem w 2002 roku a to za sprawą... Mundialu w Korei i Japonii. Prawa do transmisji tej imprezy wykupił wówczas Polsat a że mieliśmy wówczas nawet Polsat Sport to miałem cały turniej w zasięgu ręki właściwie. Jarałem się jak dziecko, to był już taki pierwszy w pełni świadomy Mundial w moim żyćku ('98 połowicznie oglądałem, ale koszulka Zidane potem była kupiona heh). O ile nie spodziewałem się cudów po naszej kadrze (choć też nie spodziewałem się porażki z nieznaną mi zupełnie Koreą Płd.) o tyle cieszyłem się że zobaczę w akcji mojego ówczesnego idola, ulubionego piłkarza jakim był argentyński napastnik Gabriel Batistuta. Nawet nie potrafiłbym wyjaśnić dziś skąd wzięło się moje uwielbienie dla gościa którego nawet nie bardzo kojarzyłem ale to było jedno z nazwisk zapamiętanych z Mundialu we Francji jeszcze, potem ok. 2000 roku zacząłem regularnie kupować Bravo Sport i czytałem tam chyba też o nim bo był wówczas na fali - w sezonie 2000/2001 wraz z AS Roma zdobył mistrzostwo Włoch tworząc tam strzelecki duet z Francesco Tottim. I tak jakoś zostałem jego fanem i o ile mogłem śledziłem jego losy.
Tak doszedłem do Mundialu 2002 gdzie niestety los nie był łaskawy dla Argentyny, ale to był specyficzny turniej - w fazie grupowej odpadli wtedy nawet mistrzowie świata czyli Francuzi. Na tym samym etapie niestety odpadła wówczas i Argentyna która pokonała 1:0 Nigerię, przegrała 0:1 z Anglią (po karnym Beckhama) i na koniec zremisowała 1:1 ze Szwecją która to wyszła z grupy wraz z Angolami. To był wtedy mój mały piłkarski dramat o którego kulisach wtedy nawet nie wiedziałem za wiele. Po latach dopiero doczytałem co miało być może kluczowy wpływ na klęskę Argentyny - a była nią decyzja samego trenera, Marcelo Bielsy który uparcie nie chciał wstawić razem do składu Batistuty wraz z drugim snajperem drużyny jakim był młodszy wtedy Hernan Crespo. Obaj gracze byli wtedy na naprawdę świetnym etapie kariery, Batigol po zdobyciu rok wcześniej mistrzostwa zaś Crespo był też rok wcześniej królem strzelców ligi grając w drużynie lokalnego rywala - Lazio Rzym. Jednakże Bielsa uznał że to dwie klasyczne "dziewiątki" i nie znalazł miejsca dla obu na raz na boisku. W efekcie tego grając oparcie trójką z przodu (snajper - dziewiątka i dwóch skrzydłowych) Bielsa sięgał raz po jednego, raz po drugiego z nich. Krytyka za tą taktykę spadła na niego zwłaszcza po ostatnim na mundialu zremisowanym meczu ze Szwecją gdzie nie ugiął się i nie pozwolił zagrać im obok siebie, Argentyna zremisowała i pojechała do domu. Długi czas byłem pewien że Crespo i Batistuta byli rywalami albo wręcz wrogami z tego względu, nic bardziej mylnego jednak bo Panowie normalnie się dogadywali ale po prostu nie pasowali do wizji Bielsy w duecie.
Co ma do tego Queen? Ano to że po fazie pucharowej Polsat Sport puszczał między meczami wideoklipy z urywkami gry różnych ekip i tak np. pod mecze Irlandii podłożyli Whiskey In The Jar zaś pod klip ze spotkań Argentyny właśnie The Show Must Go On. Tym sposobem stał się ten numer symbolem takiej dotkliwej dla mnie jako kibica porażki, takiej rany wręcz która to powiedzmy zagoiła się wreszcie po wielu latach gdy Argentyna sięgnęła po złoty puchar na Mundialu w Katarze po najlepszym spotkaniu jakie w życiu miałem okazję oglądać pokonując w rzutach karnych Francję. Balsamem na fanowskie serce było widzieć potem na Facebooku fotkę siwego już Batistuty który będąc wówczas w Katarze nawet zdobył odcięty fragment siatki do której strzelano decydujące karne w finale.
I tak po latach mogę w końcu słuchać The Show Must Go On bez tamtej kibicowskiej traumy w głowie heh.
Hien lojalnie uprzedzał mnie że będziemy się "męczyć" z jego jazzowymi instrumentalami i tak przy pierwszych odsłuchach faktycznie trochę sobie powtarzałem w duchu że heh - chociaż był szczery. Wrażenie to jednakże zatarło się w momencie kiedy kolejka zaczęła się kompletować i zacząłem słuchać jej jako całości i wtedy spomiędzy tych Enjoyów, jazzowego obskjura, mojego numeru itd. wyłonił się obraz całkiem zgrabnej jesiennej playlisty. I to było potrzebne. Nie zrozumcie mnie źle, Karin to kawałek naprawdę przyjemnego grania i zrealizowanego klimatu ALE (bo zawsze muszę mieć jakieś ale) nie jest to może numer taki do słuchania sam w sobie w pojedynkę. Albo inaczej - nie jest to może numer z gatunku tych po które bym sięgał na pojedynczy odsłuch gdzieś w biegu dnia. Najlepiej chyba brzmi w otoczeniu innych numerów budujących ten klimat albo ewentualnie nawet sam w zapętleniu może lecieć sobie w tle wypełniając pomieszczenie ciepłym brzmieniem. Nie jest to kompozycja którą bym pamiętał po czasie, prędzej kojarzyć będę właśnie to ciepło i barwę wibrafonu. Mimo wszystko numer ma bardzo zgrabny vibe i takie utwory prędzej sobie cenię niż jazz z poprzedniej kolejki. Dla mnie osobiście przywodzi na myśli jakaś fajną grę wideo, przygodówkę w stylu noir w której mógłby on lecieć w jakimś napotkanym po drodze pomieszczeniu. I wtedy miałbym pewnie moment takiego zawieszenia gdzie snułbym się wokół oglądając otoczenie i pochłaniając atmosferę tego miejsca. Kupił mnie ten numer ostatecznie, może i pomocna była tu zmiana aury za oknem, jesień na pełnej weszła.
Björk - Jóga
Ojej, wieki mnie tu nie było. O tym że Jóga pięknym i wielkim utworem jest wiem nie od dziś, chyba poznałem ją nawet razem z wideoklipem siedząc u mojej kumpeli na herbacie przed laty. Jest to świetny kawałek po prostu i z tego względu mocno go osłuchałem i zabiłem na długi czas, nie pamiętam kiedy ostatnio go słuchałem. Elektronika drugiej połowy lat 90. to było kurde złoto jednak, mam duże braki w temacie i duży sentyment zarazem. Wspaniałe smyczki, dojechany BICIOR i bas bulgoczący niczym lawa z islandzkiego wulkan, unikalny klimat tamtej epoki, to se ne vrati ehhhh. Mógłbym coś tam coś tam narzekać że oklepane ale po co gdy sam dawno już nie słuchałem i przyjemnie było tu wpaść. Swoją drogą może czas sie zmierzyć z tym Homogenic bo nigdy jakoś nie miałem weny nad tym usiąść porządnie. I feel eMOtioNAL landSCAPES... magia.
Nick Cave & The Bad Seeds feat. PJ Harvey - Henry Lee
Zacznijmy od tego co mniej przyjemne - nie przepadam za Nickiem Cavem, nie kumam jego powiedzmy fenomenu i nie wiem czy się przekonam do jego muzy kiedykolwiek. Z drugiej strony kolo ma na koncie choćby taki projekt jak Grinderman którego No Pussy Blues tu wrzucałem i prejzuję jak najbardziej. W ogóle - może mylnie - jego muza kojarzy mi się jakby była targetem bardziej dla lasek, jakichś kurde alternatywek ale mam tu na myśli nie te współczesne a milenialsów i laski w moim wieku jakie przychodziły nie raz do różnych "rockowych" pubów w mojej mieścinie. I nie tylko rockowych w sumie, bo podobizny Nicka i właśnie PJ Harvey nawet widniały na ścianie wnętrza jednego z lokali jeszcze parę lat temu (to był chyba mój jedyny kontakt z PJ Harvey tak naprawdę no i może gdzieś tam słyszałem o niej, poza tym null wiedzy). I ten numer teraz kojarzy mi się właśnie z takimi miejscami jak tamto, wypełnionymi już nie licealistami ale studentami pijącymi zimową herbatę, grzane wino lub drinki a nie jakieś piwo z nalewaka. Pierwsze poważne związki, pierwsza dorywcza praca, ta pierwsza studencka "dorosłość". Numer jak najbardziej dostarcza pod kątem jesieniarskiego klimatu, choć okładka sugeruje wręcz kominkowy vibe, tak czy siak ciepła muza do ciepłego wnętrza gdy na dworze piździ. W kolejce ten numer siedzi całkiem ok - wracać zapewne nie będę bo jednak wokal Cave'a mnie trochę odrzuca, rozumiem że laski mogą przy nim może mięknąć, ja nie zamierzam.
Chihei Hatakeyama - Phantasm
Dragon już na zaś, na wszelki wypadek przy tych pierwszych objawach jesieni zaszywa się w swój ambientowy koc i zaczyna powoli hibernację. Phantasm to z jednej strony numer jakich wiele ale ma to co trzeba, idealnie oddaje ponury, szarobury vibe późnej jesieni (a nawet nie jesteśmy w połowie października!). Smoku dostarczał już tego typu rzeczy kilkakrotnie i po prostu - robi to ponownie. Długi, snujący się numer z niewielkimi zmianami i subtelnymi plamami dźwięku. Vibe faktycznie nieco w stylu GAS, tak zwłaszcza mi podpowiada ten szum tła tutaj. Ten numer przypomina mi nieco klimatem muzykę albo dźwięki które pojawiły się w hotelu The Great Northern w 3 sezonie Twin Peaks za którymi to błądził Ben Horne wraz ze swoją asystentką (IYKYK). Spoko ambient dający spoko skojarzenia czyli w rezultacie spoko wrzuta, zwłaszcza w kontekście tej kolejki siedzi bdb.
No i last, but not least...
Queen - The Show Must Go On
Z lekkim bólem przyznaję że Musiał zakosił mi wrzutkę. W dodatku jeszcze wrzucił ten numer w taki trochę bezjajeczny sposób nie dorzucajac już za dużo backgroundu no ale ok, kto ma wiedzieć ten wie. Numer absolutnie uwielbiam, zajebisty wokalny performance Freddy'ego, łabędzi śpiew legendy, jedno z najpiękniejszych muzycznych pożegnań chyba jakie znam (Bowie też "pięknie" odchodził z tego świata - Lazarus czy No Plan, złoto). Muzycznie wiadomo tona patosu typowego dla ballad z tamtego okresu. Ale to wszystko zapewne wiecie. Czego zaś nie wiecie to jak poznałem ten numer, i to miało być właśnie tłem dla mojej wrzutki i wiecie co - nie odpuszczę sobie tego, obiecałem sobie opowiedzieć Wam o tym kiedyś.
Numer ten poznałem w 2002 roku a to za sprawą... Mundialu w Korei i Japonii. Prawa do transmisji tej imprezy wykupił wówczas Polsat a że mieliśmy wówczas nawet Polsat Sport to miałem cały turniej w zasięgu ręki właściwie. Jarałem się jak dziecko, to był już taki pierwszy w pełni świadomy Mundial w moim żyćku ('98 połowicznie oglądałem, ale koszulka Zidane potem była kupiona heh). O ile nie spodziewałem się cudów po naszej kadrze (choć też nie spodziewałem się porażki z nieznaną mi zupełnie Koreą Płd.) o tyle cieszyłem się że zobaczę w akcji mojego ówczesnego idola, ulubionego piłkarza jakim był argentyński napastnik Gabriel Batistuta. Nawet nie potrafiłbym wyjaśnić dziś skąd wzięło się moje uwielbienie dla gościa którego nawet nie bardzo kojarzyłem ale to było jedno z nazwisk zapamiętanych z Mundialu we Francji jeszcze, potem ok. 2000 roku zacząłem regularnie kupować Bravo Sport i czytałem tam chyba też o nim bo był wówczas na fali - w sezonie 2000/2001 wraz z AS Roma zdobył mistrzostwo Włoch tworząc tam strzelecki duet z Francesco Tottim. I tak jakoś zostałem jego fanem i o ile mogłem śledziłem jego losy.
Tak doszedłem do Mundialu 2002 gdzie niestety los nie był łaskawy dla Argentyny, ale to był specyficzny turniej - w fazie grupowej odpadli wtedy nawet mistrzowie świata czyli Francuzi. Na tym samym etapie niestety odpadła wówczas i Argentyna która pokonała 1:0 Nigerię, przegrała 0:1 z Anglią (po karnym Beckhama) i na koniec zremisowała 1:1 ze Szwecją która to wyszła z grupy wraz z Angolami. To był wtedy mój mały piłkarski dramat o którego kulisach wtedy nawet nie wiedziałem za wiele. Po latach dopiero doczytałem co miało być może kluczowy wpływ na klęskę Argentyny - a była nią decyzja samego trenera, Marcelo Bielsy który uparcie nie chciał wstawić razem do składu Batistuty wraz z drugim snajperem drużyny jakim był młodszy wtedy Hernan Crespo. Obaj gracze byli wtedy na naprawdę świetnym etapie kariery, Batigol po zdobyciu rok wcześniej mistrzostwa zaś Crespo był też rok wcześniej królem strzelców ligi grając w drużynie lokalnego rywala - Lazio Rzym. Jednakże Bielsa uznał że to dwie klasyczne "dziewiątki" i nie znalazł miejsca dla obu na raz na boisku. W efekcie tego grając oparcie trójką z przodu (snajper - dziewiątka i dwóch skrzydłowych) Bielsa sięgał raz po jednego, raz po drugiego z nich. Krytyka za tą taktykę spadła na niego zwłaszcza po ostatnim na mundialu zremisowanym meczu ze Szwecją gdzie nie ugiął się i nie pozwolił zagrać im obok siebie, Argentyna zremisowała i pojechała do domu. Długi czas byłem pewien że Crespo i Batistuta byli rywalami albo wręcz wrogami z tego względu, nic bardziej mylnego jednak bo Panowie normalnie się dogadywali ale po prostu nie pasowali do wizji Bielsy w duecie.
Co ma do tego Queen? Ano to że po fazie pucharowej Polsat Sport puszczał między meczami wideoklipy z urywkami gry różnych ekip i tak np. pod mecze Irlandii podłożyli Whiskey In The Jar zaś pod klip ze spotkań Argentyny właśnie The Show Must Go On. Tym sposobem stał się ten numer symbolem takiej dotkliwej dla mnie jako kibica porażki, takiej rany wręcz która to powiedzmy zagoiła się wreszcie po wielu latach gdy Argentyna sięgnęła po złoty puchar na Mundialu w Katarze po najlepszym spotkaniu jakie w życiu miałem okazję oglądać pokonując w rzutach karnych Francję. Balsamem na fanowskie serce było widzieć potem na Facebooku fotkę siwego już Batistuty który będąc wówczas w Katarze nawet zdobył odcięty fragment siatki do której strzelano decydujące karne w finale.
I tak po latach mogę w końcu słuchać The Show Must Go On bez tamtej kibicowskiej traumy w głowie heh.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Queen - The Show Must Go On
Dev zbierze ode mnie oczywiście łatwe pochwały. Może i Enjoy zajechany przez stacje radiowe i telewizyjne, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Jak coś lubię, to lubię. Fanem wielkim Queenu nie jestem, choć w latach szkolnych zarzynałem album Innuendo. Dawno nie słuchałem go, ale pamiętam i nadal lubię wiele utworów z tej płyty. Między innymi The Show Must Go On. Prawda, że jest tutaj tona patosu, ale ja tam akurat patos w muzyce lubię. Świetny numer i tyle. Freddie oczywiście wypada jak zawsze rewelacyjnie na wokalu. W ogóle to gościu urodził się na Zanzibarze w Stone Town – najbrzydszym mieście jakie mi było dane w życiu widzieć podczas ubiegłorocznych wakacji. A trochę już tych miast widziałem. Nie ma co się tu dłużej rozwodzić. The Show Must Go On to klasyk i wielki numer i basta.
ps. Nie pamiętam tego utworu z MŚ w Korei w 2002r., ale na
pewno byłem wtedy wniebowzięty po odpadnięciu Argentyny.
Kindness - It'll Be OK
Wydaje mi się, że pamiętam Kindness z bestki clipowej. Mam wrażenie, że wtedy średnio mi się podobało, ale nie chce mi się szukać opisu. Tutaj jest za to całkiem ok. Wrzutka typowo murzynowa. Jacek często wrzuca utwory, które pod względej melodii rzeczywiście się niczym nie wyróżniają i mogłyby przepaść w tłumie. Ale jednak bronią się dobrym brzmieniem. It'll Be OK brzmi bardzo dobrze. Wyrazisty bas, fajnie cykające talerze, saksofon. Do tego dobry wokal. Dobra końcówka. No jest spoko. Ogólne wrażenie bardzo dobre. Natomiast w jackowych damsko-męskich opowieściach też się już chyba pogubiłem. Musiałbym chyba te wszystkie opisy jeszcze raz przeczytać i je jakoś chronologicznie ułożyć, żeby zakumać, która kobitka jest która.
Bohren & Der Club of Gore - Karin
Zgadzam się, że w tej chwili jesień weszła do bestki na pełnej. Zgadzam się też z Jackiem w kwestii, że ten utwór średnio może funkcjonuje w pojedynkę. Też w biegu dnia tego pewnie nie włączę tak o sam z siebie. Ale Karin w odpowiednim otoczeniu już jest jak najbardziej wartościową kompozycją. Niezwykle dostojną. Kreującą piękny klimat. Tak – to jest idealne określenie dla tego brzmienia – dostojność. I klimat gęsty jak smoła. No i wiadomo – wibrafon. Też jestem wielkim fanem tego instrumentu.
Jeżeli Hien dalej będzie nas raczył takim jazzem, to nie ma dla mnie problemu.
Björk - Jóga
Mentos zbiera ode mnie ekstremalnie łatwy prejz. Juz dawno nie słuchałem albumu Homogenic, ale dzisiaj dzięki Mentosowi to zrobię. Bo to świetna płyta i basta. Po pierwszych dźwiękach Jógi przeszył mnie zimnny dreszcz z wrażenia i zachwytu. Włączyłem drugi raz i to samo. Mam tak często, gdy coś bardzo lubię. A Jógę lubię kosmicznie. Te smyczki, bit, melodia. Niepowtarzalny wokal pani Guðmundsdóttir. Wszystko jest idealne, genialne. Nic więcej nie trzeba dodawać. Lubię takie przypominajki muzyczne.
Chihei Hatakeyama - Phantasm
Na początku gratuluję Robertowi obrony magisterki. Wierzę, że może czuć się zmęczony i szuka wytchnienia w takiej muzyce jak Phantasm. A muzyka to zacna. Kllimat jesieni uchwycony po mistrzowsku. I to takiej jesieni ponurej, deszczowej, zamglonej. Ja lubię taką aurę. Nie może przecież wciąż świecić słońce. Jak byłem w Syrii, to od lutego do października nie dane mi było zobaczyć na niebie choćby najmniejszej chmurki. I uwierzcie, że poranny widok bezchmurnego nieba z czasem działał mi na nerwy i odbierał chęć do czegokolwiek. Tak tęskniłem za jakąkolwiek pogodową odmianą!
Podoba mi się tutaj ten szum w tle przypominający odgłos padającego deszczu. Pojawiają się, jak to ujął Jacek, plamy dźwięków. Niby niewiele się dzieje, ale to w zupełności wystarcza. Klimat jest naprawdę błogi. Ma się ochotę w nim zanurzyć i po prostu nic nie robić. Akurat mam tydzień urlopu, więc czemu miałbym się temu nie poddać? Tym bardziej, że za oknem idealna pogoda. Ponuro i mgliście. To jest dobra pora na dobry ambient słuchany na przemian z np. Speak od no-man.
Jutro jadę na grzyby, więc myślę, że będzie dobra okazja na posłuchanie całego albumu pana Hatakeyama. Zapisuję sobie to nazwisko. I też się cieszę z coraz częstszej obecności azjatyckiej muzyki w naszej bestce.
Panowie zaserwowali doskonałą wręcz kolejkę. Do bólu jesieniarską i klimatyczną. To lubię.
Dev zbierze ode mnie oczywiście łatwe pochwały. Może i Enjoy zajechany przez stacje radiowe i telewizyjne, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Jak coś lubię, to lubię. Fanem wielkim Queenu nie jestem, choć w latach szkolnych zarzynałem album Innuendo. Dawno nie słuchałem go, ale pamiętam i nadal lubię wiele utworów z tej płyty. Między innymi The Show Must Go On. Prawda, że jest tutaj tona patosu, ale ja tam akurat patos w muzyce lubię. Świetny numer i tyle. Freddie oczywiście wypada jak zawsze rewelacyjnie na wokalu. W ogóle to gościu urodził się na Zanzibarze w Stone Town – najbrzydszym mieście jakie mi było dane w życiu widzieć podczas ubiegłorocznych wakacji. A trochę już tych miast widziałem. Nie ma co się tu dłużej rozwodzić. The Show Must Go On to klasyk i wielki numer i basta.
ps. Nie pamiętam tego utworu z MŚ w Korei w 2002r., ale na
Kindness - It'll Be OK
Wydaje mi się, że pamiętam Kindness z bestki clipowej. Mam wrażenie, że wtedy średnio mi się podobało, ale nie chce mi się szukać opisu. Tutaj jest za to całkiem ok. Wrzutka typowo murzynowa. Jacek często wrzuca utwory, które pod względej melodii rzeczywiście się niczym nie wyróżniają i mogłyby przepaść w tłumie. Ale jednak bronią się dobrym brzmieniem. It'll Be OK brzmi bardzo dobrze. Wyrazisty bas, fajnie cykające talerze, saksofon. Do tego dobry wokal. Dobra końcówka. No jest spoko. Ogólne wrażenie bardzo dobre. Natomiast w jackowych damsko-męskich opowieściach też się już chyba pogubiłem. Musiałbym chyba te wszystkie opisy jeszcze raz przeczytać i je jakoś chronologicznie ułożyć, żeby zakumać, która kobitka jest która.
Bohren & Der Club of Gore - Karin
Zgadzam się, że w tej chwili jesień weszła do bestki na pełnej. Zgadzam się też z Jackiem w kwestii, że ten utwór średnio może funkcjonuje w pojedynkę. Też w biegu dnia tego pewnie nie włączę tak o sam z siebie. Ale Karin w odpowiednim otoczeniu już jest jak najbardziej wartościową kompozycją. Niezwykle dostojną. Kreującą piękny klimat. Tak – to jest idealne określenie dla tego brzmienia – dostojność. I klimat gęsty jak smoła. No i wiadomo – wibrafon. Też jestem wielkim fanem tego instrumentu.
Jeżeli Hien dalej będzie nas raczył takim jazzem, to nie ma dla mnie problemu.
Björk - Jóga
Mentos zbiera ode mnie ekstremalnie łatwy prejz. Juz dawno nie słuchałem albumu Homogenic, ale dzisiaj dzięki Mentosowi to zrobię. Bo to świetna płyta i basta. Po pierwszych dźwiękach Jógi przeszył mnie zimnny dreszcz z wrażenia i zachwytu. Włączyłem drugi raz i to samo. Mam tak często, gdy coś bardzo lubię. A Jógę lubię kosmicznie. Te smyczki, bit, melodia. Niepowtarzalny wokal pani Guðmundsdóttir. Wszystko jest idealne, genialne. Nic więcej nie trzeba dodawać. Lubię takie przypominajki muzyczne.
Chihei Hatakeyama - Phantasm
Na początku gratuluję Robertowi obrony magisterki. Wierzę, że może czuć się zmęczony i szuka wytchnienia w takiej muzyce jak Phantasm. A muzyka to zacna. Kllimat jesieni uchwycony po mistrzowsku. I to takiej jesieni ponurej, deszczowej, zamglonej. Ja lubię taką aurę. Nie może przecież wciąż świecić słońce. Jak byłem w Syrii, to od lutego do października nie dane mi było zobaczyć na niebie choćby najmniejszej chmurki. I uwierzcie, że poranny widok bezchmurnego nieba z czasem działał mi na nerwy i odbierał chęć do czegokolwiek. Tak tęskniłem za jakąkolwiek pogodową odmianą!
Podoba mi się tutaj ten szum w tle przypominający odgłos padającego deszczu. Pojawiają się, jak to ujął Jacek, plamy dźwięków. Niby niewiele się dzieje, ale to w zupełności wystarcza. Klimat jest naprawdę błogi. Ma się ochotę w nim zanurzyć i po prostu nic nie robić. Akurat mam tydzień urlopu, więc czemu miałbym się temu nie poddać? Tym bardziej, że za oknem idealna pogoda. Ponuro i mgliście. To jest dobra pora na dobry ambient słuchany na przemian z np. Speak od no-man.
Jutro jadę na grzyby, więc myślę, że będzie dobra okazja na posłuchanie całego albumu pana Hatakeyama. Zapisuję sobie to nazwisko. I też się cieszę z coraz częstszej obecności azjatyckiej muzyki w naszej bestce.
Panowie zaserwowali doskonałą wręcz kolejkę. Do bólu jesieniarską i klimatyczną. To lubię.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kindness – It'll Be OK
Generalnie mogę już napisać jedną rzecz na pewno - Murzyn przebił mnie w storytellingu. Jego opowieści zawierają dokładnie tyle treści i jednocześnie są tak bardzo vague, jak należy. Jest w nich basically wszystko, ażeby zainteresować Czytelnika. Ja chyba za bardzo przesadzam z detalami... Nieważne zresztą. Utwór jest po prostu znakomity i doskonale reluję z jego przesłaniem i feelingiem samego Wrzucającego, gdyż od czasu zakończenia mojego ostatniego poważnego związku walczę o utrzymanie kolejnych relacji, ale średnio to wychodzi. Jednocześnie jesień, ale ta "podlejsza" z ponurą aurą, taką na inne granie. Inne, żeby przy tym się nie rozpadać w środku. Muzyka miodzio, nie jest taka, hmmm, jednoznaczna feelsowo, a przy tym tych feelsów dostarcza. Największą robotę robi ten powtarzany tekst na końcu, po którym wjeżdża sax (i to dopiero on podkreśla pady w tle jak należy). No i co? No się trochę rozpadłem w środku. Ale chociaż do naprawdę dobrej wrzutki.
Bohren & der Club of Gore – Karin
Wow, kiedy już wstawałem z podłogi, Munlup zadał cios nokautujący (a to przecież nie koniec kolejki) z kawałkiem, który jest gęsty jak zimny, dobry porter od klimatu (albo stout, nawet prędzej stout). Ostatnio piłem takiego stouta z dobrą kumpelą w pewnym pubie na warszawskim Ursynowie. Tak się składa, że dosłownie okno w okno z miejscem, w którym mieszkałem jeszcze 4 lata temu i taka muzyka podobnie i mnie mogła towarzyszyć podczas lektury niektórych pozycji z mojej biblioteki. Czasy się zmieniły, okoliczności tym bardziej, teraz jest vibe na włóczenie się po pustych, ciemnych i zimnych uliczkach, obowiązkowo wąskich, wyłożonych brukiem, gdzieś w podwórko pomknie kot uciekając przed mżawką... Powinienem z takimi brzmieniami pojechać gdzieś na północ Europy, gdyż stołeczne Stare Miasto zszedłem wzdłuż i wszerz już zbyt wiele razy. A może Kraków po raz kolejny? Nieee, prędzej Katowice. Albo lepiej - Bytom. Szkoda, że wszędzie serduszko boli. A wrzuta... wrzuta jest doskonała i tyle. Fenomenalna porcja muzyki, chylę copkę i idę dalej jesieniować, znaczy leżeć na deskach.
Björk – Jóga
powaliło Was z tą jesienią, PT Forumowicze. Plus dla mnie jest taki, że ten kawałek akurat poznałem wiosną, dokładniej zaś wiosną 2007 roku, kiedy to pchnięty do tego przez mojego wspominanego tutaj już wielokrotnie zioma znanego pod inicjałami KZ zassałem bjorkową bestkę. Był kwiecień, koniec kwietnia jeśli o ścisłość chodzi, ja zaś zachwycałem się Human Behaviour, All Is Full of Love i Venus As a Boy. W ogóle wiele lat żyłem przekonaniem, że Björk najfajniejsze rzeczy robiła, kiedy one najbardziej przypominały piosenki. Potrzebowałem czasu, by docenić jej eksperymentalny sznyt lat późniejszych. A Jóga i tak jest gdzieś pomiędzy, więc jak zawsze ciupciam kocopoły. Emotional landscapes? Be my guest, dziś mało jest od tej Islandki rzeczy, które by mnie nie poruszały. Kwestia dojrzałości słuchowej, tak sądzę. Owszem, ten utwór jest nieco "przeprodukowany", ale Björk można wiele wybaczyć. Tylko, kurde, przez własne odkrycia sprzed 18 już lat (a wtedy miałem 18 lat, słodki jeżu w morelach) za bardzo widzę tu mocno zielone liście na drzewach, za bardzo czuję zapach kolorowych kwiatów i promienie słoneczne, które autentycznie grzeją mi twarz. Z jesieniami bywa różnie, ale wiosny ostatnio bywają dla mnie łaskawe. Pażywiom uwidim, jak to mawiają na Wschodzie. Jóga - super <3
Nick Cave & the Bad Seeds – Henry Lee [feat. PJ Harvey]
I znów wracamy do mojego zioma pod inicjałami KZ, gdyż to i jemu zawdzięczam zapoznanie się z uniwersum Kejwa. Zabawnym znajduję fakt, że typ po Dig, Lazarus, Dig!!! stracił gościem i jego zespołem zainteresowanie niemal w całości, a moje dopiero co kwitnęło. Dziś znam Ci ja niemal całą jego dyskografię (niestety, wciąż niektórym krążkom poświęciłem za mało uwagi), podczas gdy on jest zaskoczony, że rok temu wyszło Wild God. Henry Lee był jednym z tych numerów, które suflował mi najmocniej. Co mogę powiedzieć, Murder Ballads to generalnie świetny album (choć takie Let Love In jest jeszcze lepsze), dobry storytelling w tekstach, wyborne instrumentarium, aranże, prostytutka, to pianino. Zawsze lubiłem HL i się to nie zmieni. Duet jest solidnie chemiczny, nic dziwnego, że po tym krótkim romansie Kejw zadedykował mu niemal cały następny krążek (tak na marginesie uważam Polly Jean za skrajnie nieatrakcyjną kobietę, no ale każdemu jego porno). Wspaniale jest tego słuchać, czuć ciężar jesieni coraz bardziej. Wuja dostarczył bardzo solidnie, wyjątkowy streak zalicza. Keep up the good work!
Chihei Hatakeyama – Phantasm
I na koniec wpada Smoku z - niemal jak zawsze - wyciągniętą na osi czasu kompozycją z backstory sugerującym powolne zapadanie w sen zimowy, im dłuższy tym lepszy. Ambient się nie kończy, zresztą, czego innego się spodziewałem? Fajne to jest, nie dłuży mi się ani nic, trochę usypia a trochę usmuca (???), zamyka głowę i niebo nad nią, gdy teraz słucham tego już po raz czwarty akurat zapada zmrok. Niby wcześnie, a człowiek już by spać szedł, bo ile można w pracy grzebać albo czytać historię Rumunii... To mógłby być soundtrack do jakiejś gry, nawet HL na Xen (określone miejsca), albo ja spacerujący zamglonym brzegiem jakiegoś stawu. Wzięło mnie na cheesy romantyzowanie, więc może się zamknę. I chyba nie powiem generalnie nic więcej, po prostu siadło, jak to często z ambientem u mnie bywa. Oniryczny klimat nieco obezwładnia, chyba mu się poddam i po prostu się położę.
Tzn. po prostu nie wstanę, bo dalej żem znokautowany.
Wyjątkowo piękne wejście w jesień, nawet jeśli dla mnie z podmuchem wiosny. Znak sygnał?
Generalnie mogę już napisać jedną rzecz na pewno - Murzyn przebił mnie w storytellingu. Jego opowieści zawierają dokładnie tyle treści i jednocześnie są tak bardzo vague, jak należy. Jest w nich basically wszystko, ażeby zainteresować Czytelnika. Ja chyba za bardzo przesadzam z detalami... Nieważne zresztą. Utwór jest po prostu znakomity i doskonale reluję z jego przesłaniem i feelingiem samego Wrzucającego, gdyż od czasu zakończenia mojego ostatniego poważnego związku walczę o utrzymanie kolejnych relacji, ale średnio to wychodzi. Jednocześnie jesień, ale ta "podlejsza" z ponurą aurą, taką na inne granie. Inne, żeby przy tym się nie rozpadać w środku. Muzyka miodzio, nie jest taka, hmmm, jednoznaczna feelsowo, a przy tym tych feelsów dostarcza. Największą robotę robi ten powtarzany tekst na końcu, po którym wjeżdża sax (i to dopiero on podkreśla pady w tle jak należy). No i co? No się trochę rozpadłem w środku. Ale chociaż do naprawdę dobrej wrzutki.
Bohren & der Club of Gore – Karin
Wow, kiedy już wstawałem z podłogi, Munlup zadał cios nokautujący (a to przecież nie koniec kolejki) z kawałkiem, który jest gęsty jak zimny, dobry porter od klimatu (albo stout, nawet prędzej stout). Ostatnio piłem takiego stouta z dobrą kumpelą w pewnym pubie na warszawskim Ursynowie. Tak się składa, że dosłownie okno w okno z miejscem, w którym mieszkałem jeszcze 4 lata temu i taka muzyka podobnie i mnie mogła towarzyszyć podczas lektury niektórych pozycji z mojej biblioteki. Czasy się zmieniły, okoliczności tym bardziej, teraz jest vibe na włóczenie się po pustych, ciemnych i zimnych uliczkach, obowiązkowo wąskich, wyłożonych brukiem, gdzieś w podwórko pomknie kot uciekając przed mżawką... Powinienem z takimi brzmieniami pojechać gdzieś na północ Europy, gdyż stołeczne Stare Miasto zszedłem wzdłuż i wszerz już zbyt wiele razy. A może Kraków po raz kolejny? Nieee, prędzej Katowice. Albo lepiej - Bytom. Szkoda, że wszędzie serduszko boli. A wrzuta... wrzuta jest doskonała i tyle. Fenomenalna porcja muzyki, chylę copkę i idę dalej jesieniować, znaczy leżeć na deskach.
Björk – Jóga
powaliło Was z tą jesienią, PT Forumowicze. Plus dla mnie jest taki, że ten kawałek akurat poznałem wiosną, dokładniej zaś wiosną 2007 roku, kiedy to pchnięty do tego przez mojego wspominanego tutaj już wielokrotnie zioma znanego pod inicjałami KZ zassałem bjorkową bestkę. Był kwiecień, koniec kwietnia jeśli o ścisłość chodzi, ja zaś zachwycałem się Human Behaviour, All Is Full of Love i Venus As a Boy. W ogóle wiele lat żyłem przekonaniem, że Björk najfajniejsze rzeczy robiła, kiedy one najbardziej przypominały piosenki. Potrzebowałem czasu, by docenić jej eksperymentalny sznyt lat późniejszych. A Jóga i tak jest gdzieś pomiędzy, więc jak zawsze ciupciam kocopoły. Emotional landscapes? Be my guest, dziś mało jest od tej Islandki rzeczy, które by mnie nie poruszały. Kwestia dojrzałości słuchowej, tak sądzę. Owszem, ten utwór jest nieco "przeprodukowany", ale Björk można wiele wybaczyć. Tylko, kurde, przez własne odkrycia sprzed 18 już lat (a wtedy miałem 18 lat, słodki jeżu w morelach) za bardzo widzę tu mocno zielone liście na drzewach, za bardzo czuję zapach kolorowych kwiatów i promienie słoneczne, które autentycznie grzeją mi twarz. Z jesieniami bywa różnie, ale wiosny ostatnio bywają dla mnie łaskawe. Pażywiom uwidim, jak to mawiają na Wschodzie. Jóga - super <3
Nick Cave & the Bad Seeds – Henry Lee [feat. PJ Harvey]
I znów wracamy do mojego zioma pod inicjałami KZ, gdyż to i jemu zawdzięczam zapoznanie się z uniwersum Kejwa. Zabawnym znajduję fakt, że typ po Dig, Lazarus, Dig!!! stracił gościem i jego zespołem zainteresowanie niemal w całości, a moje dopiero co kwitnęło. Dziś znam Ci ja niemal całą jego dyskografię (niestety, wciąż niektórym krążkom poświęciłem za mało uwagi), podczas gdy on jest zaskoczony, że rok temu wyszło Wild God. Henry Lee był jednym z tych numerów, które suflował mi najmocniej. Co mogę powiedzieć, Murder Ballads to generalnie świetny album (choć takie Let Love In jest jeszcze lepsze), dobry storytelling w tekstach, wyborne instrumentarium, aranże, prostytutka, to pianino. Zawsze lubiłem HL i się to nie zmieni. Duet jest solidnie chemiczny, nic dziwnego, że po tym krótkim romansie Kejw zadedykował mu niemal cały następny krążek (tak na marginesie uważam Polly Jean za skrajnie nieatrakcyjną kobietę, no ale każdemu jego porno). Wspaniale jest tego słuchać, czuć ciężar jesieni coraz bardziej. Wuja dostarczył bardzo solidnie, wyjątkowy streak zalicza. Keep up the good work!
Chihei Hatakeyama – Phantasm
I na koniec wpada Smoku z - niemal jak zawsze - wyciągniętą na osi czasu kompozycją z backstory sugerującym powolne zapadanie w sen zimowy, im dłuższy tym lepszy. Ambient się nie kończy, zresztą, czego innego się spodziewałem? Fajne to jest, nie dłuży mi się ani nic, trochę usypia a trochę usmuca (???), zamyka głowę i niebo nad nią, gdy teraz słucham tego już po raz czwarty akurat zapada zmrok. Niby wcześnie, a człowiek już by spać szedł, bo ile można w pracy grzebać albo czytać historię Rumunii... To mógłby być soundtrack do jakiejś gry, nawet HL na Xen (określone miejsca), albo ja spacerujący zamglonym brzegiem jakiegoś stawu. Wzięło mnie na cheesy romantyzowanie, więc może się zamknę. I chyba nie powiem generalnie nic więcej, po prostu siadło, jak to często z ambientem u mnie bywa. Oniryczny klimat nieco obezwładnia, chyba mu się poddam i po prostu się położę.
Tzn. po prostu nie wstanę, bo dalej żem znokautowany.
Wyjątkowo piękne wejście w jesień, nawet jeśli dla mnie z podmuchem wiosny. Znak sygnał?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Też się ostatnio zastanawiałem nad niekonwencjonalną urodą PJ Harvey, ale ostatecznie muszę uznać, że mi się ona podoba. Jeśli już, to przeraża mnie trochę jak bardzo jest wychudzona, ale poza tym zdecydowanie stawiam wyżej urodę interesującą, nad urodę ala cizia z okładki Glamour lub najnowszego numeru Chirurga Powszechnego.
Inna sprawa, że Kewj też jest od strony urody dosyć specyficznym gościem, ale raczej nikomu nie musi udowadniać, że charyzmą podbił niejedno kobiece serce (a i męskie z pewnością też).
Inna sprawa, że Kewj też jest od strony urody dosyć specyficznym gościem, ale raczej nikomu nie musi udowadniać, że charyzmą podbił niejedno kobiece serce (a i męskie z pewnością też).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn