Best of Forum VIII

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum VIII

Post 10 paź 2025 08:33

Zdecydowanie zgadzam się z Hienem. Sama uroda to nie wszystko. Zresztą ja też zawsze stawiam naturalność na pierwszym miejscu. Nawet, jeżeli ta naturalność nie jest doskonała.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 paź 2025 16:01

Queen - The Show Must Go On

Już się człowiekowi wydawało, że się zbliża gustem do forum, a tu nagle się dowiaduję, że prawie nikt nie kojarzy Dream On i są tu osoby, które wolą stadionowe oraz pompatyczne Queen z lat późniejszych. Jak dobrze wiecie, cenię ten zespół za zupełnie coś innego, tj. świetne, eklektyczne i dobrze wyprodukowane albumy z lat 70 - te wszystkie ich evergreeny z lat późniejszych słyszałem na tyle często, że naprawdę nie mam potrzeby sobie ich puszczać kiedykolwiek. I mam tu zgrzyt, bo z jednej strony ta wrzuta to idealny przykład ogranego klasyka, a z drugiej - mam sentyment wynikający choćby z tego, że wieńczył pierwszą samodzielnie zanabytą przeze mnie płytę, którą była druga część składanki best of tego zespołu. Z trzeciej to nie włączyłem sam z siebie tego kawałka przez jakieś kilkanaście lat - nawet nie hiperbolizuję jakoś bardzo w tym momencie. I z jednej strony wróciłem bez bólu i zgrzytania zębami, a z drugiej nie wydaje mi się, bym miał to czynić w najbliższym czasie. Potwierdziło się tylko jedno - najciężej pisze mi się o muzyce, którą doskonale znam.

Kindness - It'll Be OK

Chciałem zacząć od wypisania swoich skojarzeń z październikiem 2016, ale tbh nie mam nic ciekawego do napisania, bo pewnie o tym, że byłem wtedy na koncercie Pr0bl3mu, co to się odbył z przepotężną obsuwą to pisałem ze 100 razy. W zamian za to napiszę, że propozycja Jacy to chyba najciekawsze moje odkrycie tej kolejki, bo to kolejna dawka spoko elektroniki. Bardzo fajny, ciepły bas, dużo ciekawych zabiegów jak chociaż ten fragment po drugiej minucie, który trąci jakimś vaporem wręcz czy jeszcze fajniejsza saksofonowa końcówka. Fajnie, że jednocześnie dzieje się tu relatywnie dużo, ale przy tym nie mam żadnego uczucia przeładowania i ten kawałek po prostu jest lekki i płynie (jak mydło w płynie). Doceniam, szanuję, daję znak jakości.

Bohren & der Club of Gore – Karin

Hien trafił w aurę, bo jesień to idealna pora pod tego typu muzykę. Zazwyczaj w okolicach 1 listopada nie jeżdzę w swoje rodzinne strony w celu odwiedzania grobów bliskich, tylko szwędam się wieczorami po ciemnym i praktycznie opustoszałym Wrocławiu (omijam cmentarze) - właściwie to dopiero pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że to coś pokroju tradycji u mnie, bo kultywuję to od cholera wie kiedy. Zdaję sobie sprawę, że to trochę banalne i sztampowe porównanie, coś jak jazz i zadymiona knajpa, ale co ja poradzę, że mi pasuje? Zabrzmi to zabawnie w konteście następnej wrzuty, ale jestem w stanie zrozumieć osoby, które uznają ten utwór za banalny i oczywisty, ale osobiście mam to w nosie, bo ja te klisze i ten klimat kupuję.

Nick Cave & The Bad Seeds, PJ Harvey – Henry Lee

Też zaczynałem przygodę z Cave'm od morderczych ballad lata temu i tak se myślę, że to niekoniecznie był najlepszy pomysł, bo trochę się odbiłem. Za mało słyszałem, nie ta wrażliwość i w ogóle nie do końca moja bajka. Generalnie to może nie powiem, że mam problem z Cave'm, bo są rzeczy z jego dyskografii które wielbię, ale przeważająca większość tych które znam jest dla mnie "tylko" okej. I Henry Lee zalicza się do tej kategorii, bo niby słyszę chemię między duetem wokalnym i udało się wytworzyć mikroklimat speluny, w której przebywają źli jegomoście itepe itede, ale jednocześnie nie do końca to do mnie trafia. I tu będzie ta zabawna część, bo doskonale rozumiem wszystkie słowa zachwytu, komplementy i w ogóle, ale mimo chęci nie jestem w stanie ich podzielać.

Chihei Hatakeyama – Phantasm

Faktycznie, jest coś w powietrzu w tym mieście, bo (przynajmniej) drugi raz w życiu dopadł mnie COVID. Pozdrawiam wybitnych lekarzy oraz ekspertów ds. geopolityki, którzy uznali, że ta choroba nigdy nie istniała lub przestała istnieć w 2022 roku bardzo serdecznie swoim środkowym palcem. Może nie zdycham i nie wymagam hospitalizacji, ale generalnie jest tak średnio, widzowie ergo ostatnie kilka dni spędziłem na leżeniu, spaniu i oglądaniu pierdół w telewizorze. Z jednej strony to nawet fajnie, bo mam wrażenie, że mój organizm domagał się przerwy od nieustannego zapierdolu, z drugiej - jakoś tak wolę być zdrowym czy coś, no i ile można na tej dupie siedzieć. W każdym razie ten ambient brzmi mniej-więcej tak jak się czułem przez ostatnie kilka dni i nie - nie chodzi o to, że jest słaby. Po prostu pasuje do tego klimatu zamulania pod kocykiem na łóżeczku w zimne, jesienne popołudnie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 paź 2025 01:18

Queen - The Show Must Go On

To gdzieś się decyduje w latach młodzieńczych. Albo pozwala wejść w to z wyraźną sympatią albo już tego raczej nie nadrobisz. Mnie tam do dzisiaj za dużo Kłinów w przestrzeni publicznej, więc pewnie jeszcze z 300 lat potrzebuję, by znowu sięgnąć samodzielnie po ich którąkolwiek płytę. W pewnym momencie odkryłem single z poprzedniczki, The Miracle, i zapragnąłem sprawdzić całość. Innuendo też za mną. Mistrzowie szlagierów, charakternych pojedynczych wystrzałów. Płyt nie mogę słuchać, nie potrzebuję. Podziwiam za obcą mi zdolność słuchania tego w ramach osobistej wczuty czy pogłębionych doświadczeń wynikających z czegoś więcej niż puszczanie w radiu i telewizji. Tych pierwszych rzeczy z lat 70' to nie da się słuchać przez koncepty i napuszenie wręcz musicalowe. Tutaj dochodzi jeszcze odpowiednia czasowo pompa rocka z jajami, nadekspresje wokalne, kibel na perkusji. Stosunkowo dużo za to klawiszologii i ponakładanych pasaży. Możliwe, że pierwszy raz w historii przesłuchałem ten numer w pełnym skupieniu. No i wystarczy. Nieznośny patos, przesadzona teatralizacja, efekciarstwo bez zatrzymania. Zespół bardziej miss niż hit.

Kindness - It'll Be OK

Nie grałem w nowsze odsłony GTA, więc nie umiem stwierdzić, ale soundtracki same w sobie zupełnie nie zachęcają. W Czwórce słuchałbym chyba tylko radia z JMJ, dopóki nie zarżnąłbym tych nagrań do ostatniego tchnienia. Piątka przy okazji lektury list radiostacji wydała się jeszcze bardziej nijaka. Może inne okoliczności życiowe pomogą zagrać? Na razie troszkę odbijam się od dość średniego leniwego popu ze sznytem r&b. Nudziarstwo w aranżu, wokal nieangażujący, całość po zatrzymaniu w połowie ewoluuje w coś kompletnie nijakiego. Ani atmosferycznie, ani feelsy, ani artystycznie hop siup. Co na tej płycie robi Kelela? Tutaj autor ma moją ciekawość... poza tym usypiacz zmierzający nigdzie, sorki.

Bohren & Der Club of Gore - Karin

Hien we wrzutce depeszwizyjnej przesadził i to wręcz niemożebnie, nie da się tego słuchać więcej niż raz. Aż mi się przypomniały próby kopania się z ichniejszymi popularniejszymi nagraniami sprzed kilku lat. Zawsze kończyły się zasypianiem lub wkurwem na słuchanie wyjątkowo nudnego i niewyróżniającego muzaka. Tu powstrzymują lejce wodolejstwa, co na plus. Krótki motyw godny nowoczesnego filmu z platformy streamingowej, którego akcję osadzono w latach 40'. Neo-noir i zadymione kluby jazzowe dla ludzi, którzy nie doświadczyli tych zjawisk u zarania. Bardziej jak ciekawostka do posłuchania na kilka minut albo zrzucone wyjątkowo głęboko tło dla filmu czy właśnie literatury. Może tyle wystarczy?

Björk - Jóga

Seba pięknie ratuje kolejkę, wyprzedzając towarzystwo o siedem mil utworem, który równie dobrze sam mógłbym wrzucić. Dawno nie był tak blisko zakurzenia mi wrzutki i zrobił to z klasą. Po Homogenic i Vespertine nie potrafiłem przez lata znaleźć czegoś więcej w jej dyskografii... pomogły zajęcia filmoznawcze i koledzy PT Forumowicze. Jóga to jeden z TYCH utworów, który pozwala uciec naprawdę daleko, nawet gdy wciąż tylko słuchasz go autobusem z dziesiątkami ludzi w środku na wyciągnięcie ręki w centrum miasta. Piękny tekst, Bjork jeszcze wyjątkowo melodyjna. Drugą połowę wrażenia wywołuje robota producencka. Mark Bell to Wielki Przedwieczny, który w odpowiedniej rzeczywistości zgarnął jeszcze większe niż w naszej zasłużone laury. Mądrze umieszczone na drugim planie smyki oddają pole elektronicznej magii. Exciter to ciepło, Homogenic to zimowy chłód bez uciekania w minimalizmy. Nieraz wzruszyłem się ponad ciarki na rękach. Jedna z jej najlepszych piosenek bez dwóch zdań. Bjork jak dodatkowy instrument uderza w bardzo czułe tony razem z całym surowym krajobrazem.

Nick Cave & The Bad Seeds feat. PJ Harvey - Henry Lee

Z Nikiem Kejwem miałem wiele więcej udanych kontaktów w porównaniu z wyżej opisywanymi Bohrenami. Może w całości przesłuchałem tylko Ghosteen, ale to naprawdę dobra płyta, a poza tym bohater wrzutki odpowiada za wiele udanych kompozycji. Pamiętam kiedyś wrzucony kadr z Polonii 1, gdzie w epoce puszczano wspominany singiel z Kylie Minogue. W sumie tamten utwór podoba mi się bardziej. Mniej typowy dla Kejwa, ale przynajmniej nie aż tak eins zwei drei jak tu. Od tematyki raczej się odbijam, tego typu realizacji nie szukam. W tej otoczce okołospelunowo-bajkowej na dłuższą metę po prostu bym się zraził. Waga nazwisk na mnie nie działa. Rzetelnie napisane, w porządku zaśpiewane, ale nie warte wyjątkowo wysokich słów, nie na moją wrażliwość.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 paź 2025 07:17

Żeby jakoś uprościć przemieszczanie się po tych moich opowieściach na potrzeby bestki uznałem że jak coś ponazywam te wszystkie damy mego życia jakoś chronologicznie, dlatego moją kumpelę z osiedla i pierwszą miłość zarazem będę określał mianem A. (m. in. wrzuty Roy Ayers, RHCP, Das EFX...) zaś moją ukochaną kobietę która była mi latami przyjaciółką z którą długo nie potrafiliśmy się dotrzeć mianem B. (wrzuty HST, Blue Foundation, Cheryl Cole). Na dobrą sprawę w bestce przewijały się jeszcze dwie inne kobiety - C. (z wrzuty Outkast) oraz D. (z wielu wrzutek pierwszej bestki - jak Pezet czy Gregory Porter - czy tego australijskiego ciągu wrzut minionej wiosny).

Patrząc na ten zestaw można rzec że byłem trochę jak główny bohater gry Leisure Suit Larry Goes Looking for Love (in Several Wrong Places)...

Pozwolę sobie wlecieć już dziś z tym NUMEREM nim się rozmyślę.

Kanye West - Say You Will
(2008)
❤️

To będzie chyba moja ostatnia taka emocjonalna bomba do odpalenia w bestce. Skoro już wspominałem o A. przy okazji Das EFX to pomyślałem że wrócę jeszcze na moment do ostatniej istotnej dla mnie historii związanej z nią nim na dobre przejdę do przyjemniejszych opowieści związanych z kim innym.

Jak już wiecie z moich opowieści po nieudanym miłosnym coming oucie przed A. w roku 2008 nie zerwaliśmy ostatecznie znajomości (choć nawet próbowałem), kurz nieco opadł, nadal się kumplowaliśmy a ja starałem się szukać swojego szczęścia gdzie indziej. Ona w międzyczasie zaliczyła jeden nieudany związek a później wielokrotnie pakowała się w kolejne damskie przyjaźnie z których każda jedna i tak kończyła się kolejną dramą. Czas leciał i nic nie zapowiadało tego co miało się wydarzyć.

Otóż pewnego wieczoru, jesienią 2012 roku siedząc przy piwie i będąc już nieco rozluźnionymi nie wiedzieć czemu coś jej strzeliło do głowy, ot głupota, zwykła ciekawość, ona coś palnęła (niepotrzebnie), ja pociągnąłem temat (tym bardziej niepotrzebnie), koniec końców doszło między nami do pocałunku. Problem tkwił w tym że dla niej była to błahostka, jakiś chwilowy impuls, wiadomo jak powiadają - ciekawość do pierwszy stopień do piekła. A ja, no cóż - nie powinienem był tego robić ale nie potrafiłem sobie odmówić, w końcu długo o tym marzyłem. Wtedy wszystko odżyło, te długo duszone we mnie uczucia, do tego te lata sercowych niepowodzeń pod różnymi adresami (czyt. B. i C.) uwierzyłem że oto wreszcie mam moje 5 minut i bardzo chciałem przekuć to w coś więcej. Dość szybko jednak zrozumiałem że nie ma na to szans a ona zrozumiała swój błąd, choć oczywiście nie miała sobie nic do zarzucenia, wszak niczego mi nie obiecywała. To mnie zabolało jak nigdy dotąd, poczułem się mimo wszystko oszukany i wykorzystany. Wiedziała przecież co do niej czułem wcześniej, myślę że gdyby naprawdę zależało jej na mojej osobie nie igrała by z tym. To poważnie nadwyrężyło w tamtym czasie moje zaufanie do ludzi i wraz z długotrwałym okresem spędzonym na bezrobociu sprawiło że w 2013 roku znalazłem się na krawędzi depresji.

Z tego względu stworzyłem w tamtym czasie taki folder na kompie w którym lądowała muzyka dla mnie niejako terapeutyczna, to były po prostu utwory bliskie sercu w tamtym czasie, z dużym ładunkiem emocjonalnym, robiące mi feelsy, folder ten zamiast zwykłej nazwy został przeze mnie opisany po prostu symbolem serca. Say You Will było dla mnie jednym ze sztandarowych pozycji które się tam znalazły bo właśnie opowiada o kobiecie która tworzy jakieś złudzenia, daje nadzieje nie mające żadnego pokrycia w rzeczywistości. Piosenka ta ten otwierała płytę 808s & Heartbreak będącą przełomowym punktem w karierze Kanye Westa. Wydany zaledwie rok po jego wielkim komercyjnym sukcesie jakim było Graduation nowy album ukazał nieco inną twarz artysty wówczas zmagającego się z ciosami od losu - stracił wówczas matkę a niedługo później rozstał się ze swoją narzeczoną. Pogrążony w żałobie Kanye postanowił zamiast tradycyjnej rapowej muzyki nagrać album popowy, eksperymentalny, łączący brzmienie automatu perkusyjnego Roland TR-808, elektronikę i śpiewając wszystko z użyciem efektu auto-tune, którym był zafascynowany od czasu kolaboracji z raperem T-Painem na poprzedniej płycie. W momencie premiery albumu myślę że był on nieco niedoceniany, ja sam się od niego trochę odbiłem, jednak po latach trudno nie zauważyć mocnego wpływu tego albumu na obecny wygląd muzyki rap czy współczesnego r&b. Say You Will był jednym z utworów na tej płycie które pomagały mi jakoś radzić sobie z tym rozczarowaniem jakie przynosiła mi tamta znajomość a tamten folder to można powiedzieć był taki zalążek mojej osobistej muzycznej bestki. Numer jest długi ale głównie dlatego że tak naprawdę druga jego połowa to sam instrumental, specyficzny zabieg ale bardzo mi się on podoba, to trochę tak jakby Kanye zdawał sobie sprawę z wagi ciężaru utworu i dawał słuchaczowi drugie tyle by ochłonąć i przetrawić emocje z nim związane. Bardzo podoba mi się ta prosta pikająca elektroniczna zagrywka jak ze starej telewizyjnej gry typu Pong (podobno mające jakby imitować pikający monitor serca) i te ciężkie plemienne bębny z automatu 808, do tego pianino i chóralne pady podkreślają powagę numeru, nie czarujmy się - tu odbywa się bez mała taki muzyczny pogrzeb.

https://youtu.be/d9BMPmfxaoM?si=Y-TjgGA5YnY2vdSl
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 paź 2025 11:39

Camouflage - Winter (1996)

Jaca robi coraz ciekawsze backstories dla swoich numerów. W sumie pomyślałem sobie, że i u mnie panuje w tych moich opisach potworny chaos jeśli chodzi o osoby i okresy, do których poszczególne moje wrzuty się odnoszą. Czy jestem w stanie ten chaos posprzątać? Czy mogę jeszcze tę narrację poprawić? Nie wiem, spróbujmy.

Jest październik roku pańskiego 2011. Zaraz 15, co oznacza koncert Johna Foxxa i jego zespołu The Maths w krakowskim Muzeum Inżynierii Miejskiej. Bilet dzierżę w łapie od dawna, będąc tak hardkorowym fanem jak ja nie mogę pozwolić sobie na to, by mnie tam nie było. Jesień jest podobna do tej teraz - zimno, ciemno i ponuro. Z tym, że wtedy było jeszcze zimniej. Momentami temperatura w ciągu dnia spadała w okolice zera, czuć było mróz, który dobiera się do kości. Mnie mimo wszystko JESZCZE nie było źle, choć definitywnego końca dobiegła moja pierwsza dorosła przygoda pt. 4 Miesiące Musiała w Krakowie. Pojechałem tam za pewnym dziewczęciem, nazwijmy je E., w którym zakochany byłem od dobrych paru lat, ale nigdzie to za specjalnie nie szło (bo i nie mogło). Zrządzeniem losu na wiosnę tamtego roku (czyli 2011) rozstaliśmy się oboje z naszymi ówczesnym osobami partnerskimi i jakoś tak się złożyło, że znów wylądowaliśmy w swoich życiach (i nie tylko tam). Gdy tylko natrafiła się okazja - bez większego zastanowienia wziąłem garstkę posiadanych jako biedny student oszczędności i wystrzeliłem na południe. Siedziałem tam z przerwami do początku października właśnie, a ostatnią wizytę w dawnej stolicy zaliczyliśmy oboje dokładnie na okazję koncertu Foxxa w ramach Unsound Festivalu (przy okazji zobaczyłem też na żywo pół Throbbing Gristle, czyli duet Chris & Cosey, co z kolei pchnęło mnie w stronę zainteresowania się ich muzą nieco bardziej).

E. nie mieszkała już wówczas w Krakowie, ze względów, powiedzmy, akademickich musiała przenieść się do nieodległych Katowic. Wybyliśmy z nich dzień wcześniej, ażeby jeszcze wziąć udział w domówce zorganizowanej przez jej dobrą kumpelę, oczywiście w Krk. Pamiętam po dziś dzień podróż jednym z ostatnich eksploatowanych ED72, obite tkaniną siedzenia, szeroki korytarz, "firaneczki" w oknach, wszechobecną żółć i czerwień liści, no i to potwornie lodowate, przeszywające człowieka na wskroś powietrze. Plus, a jakże, smog czy tam inne dymy. Katowice cuchnęły przepotwornie, ale jednocześnie wyjątkowo mi się ten klimat spodobał. Ilekroć później podróżowałem na Górny Śląsk, szukałem tego samego wajbu. Może jakiejś skrzywienie z czasów łódzkich, trudno powiedzieć. W każdym razie, z racji nie posiadania już stałej bazy noclegowej w Krakowie, zmuszeni byliśmy do wynajęcia pokoju w jakimś hostelu. Przez mgłę pamiętam, gdzie ów hostel się znajdował (ale było to jakoś w sąsiedztwie AGH), niemniej jednak utknęły mi w głowie trzy rzeczy - fakt, iż pokój mieliśmy na samej górze w starej kamienicy, więc był dość niski, z okna był przepiękny widok na okolicę, a ja stałem w oknie i jarałem wiśniowe djarumy słuchając przez dobre 20 minut właśnie tego kawałka, który tu wrzucam. E. brała w tym czasie prysznic albo coś takiego. Ten obrazek, Kraków u progu niemalże zimy (przypominam - skrajny ziąb) oraz Winter od Camouflage zapamiętam na zawsze.

No właśnie, nie do końca Camouflage, bo ten numer to cover. Rzecz ciekawa, jeden z tych coverów, co to są sto razy lepsze od oryginału. Oryginał nagrał nieistniejący już od dawna brytyjski zespół The Sound. Znam jedną ich płytę (From the Lions Mouth) z której pamiętam dobrze jeden ich numer (Sense of Purpose) i powiem jedynie tyle, że jest spoko. Oryginalne Winter pochodzi z ich czwartego krążka i jest, jak już wspomniałem, takie se. Makuflaż wydobyli z tego utworu duszę i zrobili to w sposób przepiękny. Piosenka jednak długo gniła w szufladzie dla ludzi takich jak ja, gdyż choć pochodzi mniej więcej z okolic Spice Crackers, to oficjalnie pojawiła się jedynie na nieco obskjurowej kompilacji Treasury z 1996 roku. Towarzyszyli jej tam tacy wykonawcy, jak np. munlupowe Twice a Man, Psyche lub De/Vision. Ja jednak odkryłem Winter przez makuflażowy official, czyli składankę Archive #01, która to składanka miała premierę dopiero w roku 2007, więc, bagatela, 11 lat później. Żeby było weselej, Meyn i drużyna postanowili wypuścić ten utwór JESZCZE raz, w grudniu 2021, tym razem jako stand-alone singiel do samodzielnego zassania z neta. Nie mam absolutnie pojęcia, czy kiedykolwiek wykonywali Winter na żywo, ale podejrzewam, że nie. Szkoda, bo jest to małe arcydzieło. I co tu dużo mówić... Wtedy, jesienią 2011 powoli przeczuwałem, że wydźwięk tej piosenki będzie dla mnie nieco "proroczy". Niewiele się pomyliłem, a prawdę mówiąc, to w ogóle się nie pomyliłem.

Już trzy tygodnie później pomiędzy mną a E. doszło do tak potwornego falloutu, że z jego skutkami mierzyłem się następne trzy lata. Oraz pod jego wpływem (między innymi) wyjechałem do Warszawy we wrześniu 2012. Dziś jest nieco lepiej z podobnymi tematami, ale też The Sound rezonuje ze mną, jak dawno nie rezonowało. Zapraszam.

https://www.youtube.com/watch?v=eftIe71 ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 paź 2025 09:30

Tex Murphy Quartet – Brew and Stew

Historia powstania tego utworu, jak i całego albumu, jest dosyć obszerna, więc postaram się streszczać. Jedną z najbardziej popularnych gier przygodowych w latach 90 był Tex Murphy, który jako jeden z pierwszych, produkował wysokiej jakości mariaż filmu i gry komputerowej. W 2013 r., szykowano jego powrót, a co za tym idzie, odpalono kickstartera. Album „Music of Tex Murphy”, był jedną z atrakcji konkretnego perka. Na płycie znalazły się utwory z poprzednich części gry, zaaranżowane i nagrane na nowo przez tak zwany Tex Murphy Quartet, pod przywództwem Bobby’ego Jamesa, który pracował nad soundtrackiem do najnowszej części, która miała wyjść w 2014 r. (i wyszła). Bobby, to jazzman, perkusista, zatem zebrał swoich kolegów ze szkoły muzycznej: Steve’a Lindemanna (pianino), Matta Larsena (kontrabas) i Davida Hallidaya (saksofon), żeby popełnić to dzieło. Oryginalna muzyka z tych gier, to było niewiele więcej niż midi, a przypadku takich utworów, jak „Brew and Stew”, trwająca jakieś 2 minuty. Tex Murphy Quartet podeszli do sprawy po jazzowemu, więc obierali główny motyw, jako punkt wyjściowy, po czym przez kolejne minuty improwizowali na około tego tematu. Wyszło to wspaniale.

W kwestii zakulisowych, to na tle ostatnich opowieści Jacy i Musiała, i galerii kobiet ABC, moje wspomnienia tutaj będą raczej przyziemne, bo ten album kojarzy mi się z chodzeniem na grzyby. Sezon w pełni, w miniony weekend nazbierałem kilka koszyków różnego rodzaju grzybów i jestem zadowolony. Na tym etapie, nie wiem nawet, co my zrobimy z tymi wszystkimi grzybami, suszone jeszcze zalegają z zeszłego roku, marynowane czasami wychodzą, czasami nie, mrożone też jeszcze są. No, ale sam akt zbierania jest tutaj największa zabawą. Tym samym, czekam na te recenzje, składające się w 90% z tematu grzybobrania, ale trudno, szło się przyzwyczaić.

https://youtu.be/Y3azkTRWY0Y
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 13 paź 2025 09:48

ja w życiu na grzybach byłem z parę razy może więc słowem o tym nie pomne
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 paź 2025 10:41

Opowiesci o grzybach zostawię na reckę zatem

Tymczasem napiszę że bardzo lubiłem Mean Streets i specyficzny klimat tej gry, chociaż zdaje się jej nigdy nie przeszedłem z bratem

P.S.

i za szczyla sobie zrobiłem legitymację detektywistyczną, byłem Texem Murphym :--
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 13 paź 2025 12:57

Porcupine Tree - Heartattack In a Laybay

Stevena Wilsona znam, lubię i szanuję od dobrych kilkunastu lat. Poznałem go oczywiście dzięki temu forum i osobie Hiena. Gościu odpowiada za całą masę niesamowitej muzyki. Nie wszystko co wyszło spod jego ręki mi się podoba. Jest kilka albumów PT jak i jego solowych, których po prostu nie słucham. Ale jak już coś lubię, to bezwarunkowo.
W ostatnich latach Wilson najbardziej dostarcza solowo. Natomiast jeżeli chodzi o Porcupine Tree, to najbardziej cenię sobie okres od 1995 do 2007r. Album In Absentia pochodzi z 2002r. Dosyć wybuchowy kawałek muzyki z jedną piękną balladą w postaci Heartattack In a Laybay. Wilson i spółka nagrali ją w swoim stylu. Jest pięknie i nastrojowo jak to tylko możliwe. Dobry tekst i wokal Wilsona, który osobiście bardzo lubię. Świetne chórki. Jest nieprzeciętny klimat. Klimat, na którym mi tej jesieni bardzo zależy.

https://www.youtube.com/watch?v=GKjhKwF ... rt_radio=1
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 13 paź 2025 13:23

no cóż, zebrałem łatwy prejz, ale ciężko o coś innego gdy się wrzuca Bjork

Magazine - Parade

Wpadając na pomysł wrzucenia tej wrzuty zainspirowałem się luźno innymi tematami z tego forum. O tym, że jedną z inspiracji była depeszwizja pewnie wpadł każdy, który zna ten zespół choćby i pobieżnie, ale dość luźno też zainspirowałem się wrzutą Murzyna w temacie poświęconym Best of naszego ukochanego zespołu.

Bo jak zapewne wiecie z moich rozlicznych wypierdów w tym temacie, w 2013 roku parę aspektów w moim życiu wyglądało do złudzenia podobnie - brak jakiejkolwiek sensownej pracy (kaman, gdzie takowa na wsi w tamtych czasach xd) czy niepowodzenia w życiu towarzyskim i generalnie to pierwsze poważniejsze zetknięcie w dorosłym życiu z chorobą o nazwie DEPRESJA. Z perspektywy czasu uważam, że to nawet zabawne, że nabawiłem się jej dosłownie na samym początku roku. O ile pierwszy stycznia zleciał mi bezboleśnie, tak następnego dnia dosłownie obudziłem się z intensywnie silnym poczuciem beznadziei oraz marności swojego żywota, zupełnie tak jakby to cholerstwo czekało na atak do następnego roku kalendarzowego, ale jednocześnie też miało wolne w Nowy Rok.

I choć ten stan trwał jakiś czas, akurat w miarę szybko udało mi się z niego wykaraskać. Tu akurat też miała swój udział pewna kobieta, którą poznałem W INTERNECIE i przez którą najpierw z tego dołka wyszedłem, a potem wpakowałem z powrotem z większym hukiem. Nikogo nie winię z perspektywy czasu, bo ani jej winą nie było to, że nie chciała wdać się w poważniejszą relację z niepoważnym szczylem z drugiego końca Polski, ani moją fakt, iż odpierdoliło mi po otrzymaniu atencji ze strony płci przeciwnej.

I tak pierwotnie to nawet chciałem, by ta wzmianka o roku 2013 była wstępem, bo jednak ten utwór w pierwszej chwili skojarzył się z rokiem poprzedzającym tenże, ale pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że ten zespół i ten kawałek były ze mną przez dużą część czasu w tym formułującym mnie okresie. Nawet go kiedyś podesłałem tejże kobiecie.

No i kaman, czy kogoś zaciekawiłaby historia o tym, że jechałem sobie Krakowa po coś tam słuchając tego kawałka kiedyśtam, było szaro no i ten? Poza tym niech będzie, że to będzie suplemenent do trwającej właśnie depeszwizji. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=e1cSw-iKUJY

PS nie wiem co się dzieje z tą laską teraz, ale ostatni kontakt mieliśmy jakoś niedługo przed pandemią i wiem, że wyjechała z jakimś typem do UK i tam mieszkała.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 paź 2025 23:39

Tangerine Dream - In 256 Zeichen (2022)

Cały czas jestem mocno ambiwalentny w kwestii postedgarowskiego Tangerine Dream. Trudno faktycznie zmierzyć ilość nagranych, pozostawionych przez Froese dźwięków na płytach wydanych po styczniu 2015 roku. Stałe słychać ewolucję stylu, na szczęście ekipa pogrobowców nie idzie w masówkę. Zastanawia mnie częstotliwość tras. Mam nadzieję, że nie będzie z tego wieczny tasiemiec, z którego nie zostanie nic na poziomie pierwotnej energii czy związków z klasycznymi składami. Przygoda Schnaussa nie trwała aż tak długo, zastąpił go Paul Frick. Raum jest więc mniej bogaty w pogłos. Myślę też, że brzmienie zeszlachetniało. Nie ma piszczałek, new age'owych klawiszy rodem z lat 90'. Poprzedzająca EPka odstręczała nijakością. Continuum z Probe 6-8 doceniłem dopiero w otoczeniu Raum. Przy bliższym wsłuchaniu zacząłem wyłapywać patenty, skojarzenia brzmieniowe czy kompozycyjne. Quantum Key wyjątkowo chłodne, ale wręcz futurystyczne. Quantum Gate bardziej matematyczne, z nutami IDM, ale szlachetnie dogęszczonymi nowymi generacjami moogów i innych syntezatorów. Raum za to stanowi dojrzałą ewolucję tropów tam zaszytych. Perka brzmi poważniej, nie ma szczególnych zapychaczy. Więcej emocji, atmosfery sesji studyjnych, kontemplacji. In 256 Zeichen to najlepszy przykład. Kolejne powroty pomogły dostrzec tutaj szkielet podobny do utworów o tej długości nagrywanych na początku lat 80' jeszcze ze Schmoellingiem w składzie. Suitka idealna do wypełnienia jednej strony winyla. Trzyczęściowa refleksyjna podróż z delikatnymi nutami psychodelicznymi. Bardziej kojąca niż atakująca słuchacza. W ten sposób Mandarynkowy Sen przełamuje granice czasu, wciąż się aktualizuje, nie tracąc na wierności wytyczonych 50 lat temu nurtów czy gatunków. Myślę, że jesienią może trafić na podatny grunt. Cieszy, że Thorsten wobec TD ma znacznie więcej ciekawych pomysłów niż w przypadku kariery solowej... Edgar miał rękę do współpracowników.

Muzyka TD pozwala uciec od codzienności. Klasycy elektroniki kuli piękne równoległe światy artystyczne, w których utonąłem bez reszty w okresie burz i napięć pod czaszką. Na tak jakościowe rzeczy reaguję czasem jak małe dziecko. Nawet nówki od Żara tak na mnie nie działają. Chyba tylko Depeche Mode jest wyżej. Jeśli docenicie to na swój sposób, też elegancko.

https://youtu.be/m9yXrfiuQ9M?si=joR0caE7N4IxhsRY
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 14 paź 2025 08:41

Kolejka 7. (182.)

37. Kanye West - Say You Will (stripped)
38. Camouflage - Winter (devotional)
39. Tex Murphy Quartet - Brew and Stew (Hien)
40. Porcupine Tree - Heartattack In a Layby (shodan)
41. Magazine - Parade (mintaj)
42. Tangerine Dream - In 256 Zeichen (Dragon)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 paź 2025 09:44

Kanye West - Say You Will

Ciekawa sprawa, bo Jaca pisze o folderze z muzyką terapeutyczną, po czym opisuje go jako coś, czego nigdy, u siebie, nie nazwałbym terapeutycznym, czyli jako folder z muzyką mocno nacechowaną emocjonalnie, a do tego, sądząc po wrzuconym kawałku Kanye, mocno dołującą. Ja, kiedy jestem w depresji, nie potrafię się jeszcze bardziej dobijać takimi kawałkami, prędzej by mnie to doprowadziło na skraj przepaści, niż jakiegokolwiek spokoju ducha. No, ale ja, to ja, a Jaca tutaj z kolejnym odcinkiem historii życia. Lektura z tym kawałkiem Kanye w tle, robi wrażenie, może trochę kliszowo, no ale, takie jest życie (kliszowe). Kawałek jest dobry, ale to jeden z tych numerów, do których sam bym pewnie nie wracał z własnej woli, bo chyba za bardzo wali tu pogrzebem i patosem, a auto-tune na wokalu Knaye, tworzy taki śmieszny WTF w tym kontekście. Szanuję i doceniam, dobra wrzuta z dobrym bg.

Camouflage - Winter


Nie wiem, czy wykonywanie takich rzeczy jak „Winter” na koncercie miałoby sens. Pod sceną ludzie, w tym połowa to najebani depesze, drący mordę „grejt komandment” i wyobraź sobie jak oni próbuję się przebić z tym wolnym coverem. A idź Pan w siusiak. W każdym razie, jest to wybitny kawałek w wykonaniu Camouflage. Sposób w jaki zostało to dźwiękowo obudowane, to jest właśnie Camouflage, które lubię. Z tej szkoły lekko VHSwych syntezatorów, korzystał potem Andy Sega z Iris. Background Musiała znam dobrze z opowieści, więc nie będę się tu rozpisywał szczególnie. Panowie dowalili srogo damsko-męskimi wspominkami, ja nie dołączę do tego grona na razie (bo zbieram grzyby).

Porcupine Tree - Heartattack In a Laybay


Ten kawałek kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Drugą jest to, że na jakimś promo „In Absentii”, wydrukowano tytuł błędnie jako „Heat Attack in a Layby” i bawi mnie to do dziś. Pierwszą jest 2009 r., kiedy „In Abesntia” leciała u mnie dosyć ekstensywnie, wypełniając ostatnie wtedy (na szczęście) wieczory jako człowiek samotny. Piosenka o facecie, który ma atak serca w zatoczce i myśli o tym, że nie jest gotowy na śmierć. Steven Wilson w zarodku, chociaż i tak jest to odstępstwo na tej płycie, gdzie połowa utworów tyczy się seryjnych morderców, porywaczy, a nawet nekrofilii (a jaki piękny ten ostatni jest). W każdym razie, nie będę udawał, że jest obiektywny w kwestii Wilsona. Powiem tylko, że końcówka z tymi nałożonymi wokalami, to jest top muzyki dla mnie.

Magazine - Parade

Wracamy do opowieści damsko-męskich. Naszła mnie już jakiś czas temu taka myśl (którą dzieliłem się z Murzynem), że chyba te utwory, które najbardziej wiążą się z przykrymi sytuacjami w moim życiu, naturalnie z czasem odrzucam i nie są one już w moim topie życia, a w efekcie, nie lądują tutaj, z tymi zajebistymi historiami, jak zostałem emocjonalnie skopany i poniżony xD
Ale uspokajam, będą jeszcze ode mnie historie o odrzuceniu i koszach, po prostu będą to rzeczy, które z perspektywy traktuję jednak jako błogosławieństwo losu. W każdym razie, Seba wrzucił zajebsity kawałek zajebistego zespołu. Sax solo, to już podstawa. Mam słabość to gadano/śpiewanego wokalu Howarda Devoto. Może kiedyś skorzystam z tej nitki i wrzucę (tu lub w sąsiednich) taki jeden kawałek związany z Howardem. No, ale. Świetna wrzuta Seby i TEN piękny fade out. Ludzie, którzy twierdzą, że fade out to dowód na to, że twórcom brakuje fantazji na zakończenie utworu, powinni być kastrowani, żeby się nie rozmnażali.

Tangerine Dream - In 256 Zeichen

Lubię nowsze Tangerine Dream, uważam że temat ciągnięty jest w sposób naturalny i to może być grupa, która będzie istniała na zawsze, na pewno jest potencjał żeby tak było (w przeciwieństwie do Kraftwerk, którzy zawsze byli bardzo hermetyczni). Ten numer kojarzy mi się z soundtrackiem do „Lotusa 3” i levelem „Fog”. Akurat ostatnio spadło trochę mgły na Polskę, więc backdrop jest perfekcyjny. Thorsten Quaeschning to bardzo charyzmatyczny gość i to się przebija w muzyce, a jednak odcisnąć charyzmę w instrumentalnej muzyce nie jest tak łatwo (w muzyce elektronicznej niekwestionowanym guru jest oczywiście Jarre). Zajebiście to wszystko przełamane jest skrzypcami. Jest w tym coś filmowego, ale jednocześnie bez ciężaru filmowego obrazu. To mi przypomina, że mam zaległe całe godziny z serii „sessions” TD, i o ile nie jest to coś, co każdy doceni, nawet fan TD, to jednak wspomnienia z koncertu nadal mnie rozkładają, kiedy przywalili 20+ minutowym, improwizowanym bisem. Pomyśleć, że oni potrafią takie rzeczy jak w/w kawałek, stworzyć od ręki. W każdym razie, doskonały numer.

Bardzo dobra kolejka. Trochę wypadam w niej dziwnie, bo jako jedyny nie wrzuciłem kawałka smuciarskiego, a do tego bez jakiegoś odrzucenia w tle, no ale ja chodzę na grzyby, a nie rozpamiętuje dawne dzieje (wyjątkowo).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 paź 2025 12:01

Camouflage - Winter

Fajna, klasycznie brzmiącą elektronika. Nie znam oryginału The Sound i nie sprawdzałem żeby się nie sugerować i nie biasować. Całkiem dobry utwór, podoba mi się klimat wytworzony tutaj. Ciekawy jest ten fragment gdy wchodzi najpierw jakby rozstrojony bas a potem te arpy pobrzmiewające jakimś Jarrem czy Mandarynkami. Wszystko fajnie, może jedynie jeszcze ciut wcześnie na takie zimowe hibernowanie się, wciąż jest dobrze choć za miesiąc mogłoby jeszcze lepiej siedzieć.

Porcupine Tree - Heartattack in a Layby

Wujas powraca do uniwersum Wilsona, ten człowiek nie daje od siebie odpocząć na tym forum. Byłem ciekaw jakiego to dubla shodan wyciągnie z rękawa bo wrzucane na pierwszy ogień Normal to do dziś chyba jedyny lubiany przez mnie kawałek PT do którego mogę z przyjemnością wracać. Tym razem otrzymujemy jednak senną balladę przypominającą mi bardziej równie zamulony numer Wilsona który kiedyś wrzucał Hien. Zasadniczo nie powinienem być zdziwiony, Artur raczej jest w tej frakcji forum która lubi takie smutaskowanie o tej porze, ja z kolei niekoniecznie. Chyba wolę PT w nieco żywszym wydaniu.

Magazine - Parade

Miło widzieć że dzieląc się bardziej osobistymi wynurzeniami poniekąd skłaniam i innych do takiej wylewności. Nie znam całkiem Magazine, widzę że to jakaś klasyka która mnie ominęła. Słuchając tego utworu i czytając connieco o tej płycie nasunął mi się podobny wniosek wyłuszczony przez kogoś z recenzentów internetowych - wydaje mi się że ich muzyka trochę za bardzo popiera się na tych klawiszach, one tu grają pierwsze skrzypce że tak powiem, mają fajne brzmienie które przykuwa moja uwagę ale poza nimi nie jest to nic szczególnego. Drugim istotnym elementem jest tu też tekst, który w połączeniu z tym backgroundem z wrzuty sprawia że łatwiej mi się utożsamić z taką sytuacją. Mocno mentosowa wrzuta, może przez to że ma w sobie jakiś taki rozlazły vibe lekkiej wyjebki.

Tangerine Dream - In 256 Zeichen

Dragon nam się hibernuje ambientem już, mocno Wam się zamułka widzę włączyła ledwo jesień weszła. Tangerine Dream zasadniczo trudno się czepiać chociaż o ile pamiętam pierwsza wrzuta utworowa jaką Smoku dawał nie przypadła mi do gustu wtedy. Tu jest lepiej, być może dlatego że numer faktycznie brzmi jak wyjęty z lat 80. Te arpy mają dla mnie vibe kina sensacyjnego tamtej ery, może podszytego jakimś tech-noir. Bardzo filmowy kawałek. Podoba mi się też to przełamanie klasycznej elektroniki brzmieniem skrzypiec. Dość bezpieczna wrzuta z dragońskiej bańki.

Tex Murphy Quartet - Brew and Stew

Wrzucający wspomina o grzybach, ja natomiast dużo bardziej widziałbym ten kominkowy numer odpalony w sezonie świątecznym. Ogólnie jazz nijak nigdy nie kojarzył mi się z lasem, tu wyczuwam wybitnie klimat lounge roomu, skórzanych foteli, dębowych mebli i drogich alkoholi w miłym towarzystwie. Ta melodia saksofonu chwilami nawet kojarzy mi się jakby z jakimś popularnym świątecznym tematem, zwłaszcza ten fragment po 27 sekundzie. Muzy nie kojarzę bo oryginał pochodzi z Under a Killing Moon o którym mogłem jedynie pomarzyć czytując Secret Service, losy Texa Murphy'ego poznałem grywając w Mean Streets będące początkiem całej serii. Generalnie ta wrzutka to kawałek takiego najbardziej rasowo brzmiącego jazzowego muzaku który robi odpowiedni vibe w odpowiednich okolicznościach. Może kiedyś poszukam całej płyty i obadam ale to najpewniej w grudniu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 paź 2025 16:15

Hien pisze:
16 paź 2025 09:44
Thorsten Quaeschning to bardzo charyzmatyczny gość i to się przebija w muzyce, a jednak odcisnąć charyzmę w instrumentalnej muzyce nie jest tak łatwo (w muzyce elektronicznej niekwestionowanym guru jest oczywiście Jarre).
Lubię w TD to, że Frezer naprawdę szukał charyzmatycznych kompozytorów. Techniczność Franka, liryczność Schmoellinga, kameralność Baumanna... no i ta rozwijająca się forma Thorstena. Jak na początku wątpiłem, tak po Raum już jestem pewien ich jakości. Dobrał sobie dodatkowo drugiego długowłosego nerda od klawiszy i to musi działać.
mi przypomina, że mam zaległe całe godziny z serii „sessions” TD
Zatrzymałem się na trójce. Nie wszystkie wrzucili na Spofi, a może zamiast powtórek z ambientów zajrzę i tam heh
stripped pisze:
16 paź 2025 12:01
Tangerine Dream zasadniczo trudno się czepiać chociaż o ile pamiętam pierwsza wrzuta utworowa jaką Smoku dawał nie przypadła mi do gustu wtedy. (...) Podoba mi się też to przełamanie klasycznej elektroniki brzmieniem skrzypiec.
Kurde, akurat Genesis postawiłbym wyżej heh dla mnie wtedy świeżo po Mala Kunia i śmierci Edgara to był pozytywny i jakościowy szok. Wersja koncertowa to już wgl banger

Hoshiko niedoceniony wkład w muzykę TD. Nie wiem czy coś dorzuca na klawiszach, ale skrzypce to stały element ich muzyki już prawie 15 lat.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 paź 2025 18:16

Czy na pewnie niedoceniony? Wszędzie gdzie czytam o nowszym TD, a już zwłaszcza o koncertach, to chórem ją ludzie wymieniają wśród największych zalet. Na koncercie robiła super robotę. Grała kiedy muzyka potrzebowała, a pomiędzy, stała jak posąg i słuchała kolegów. Bardzo enigmatyczna postać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 paź 2025 19:34

Hmm... Nie śledzę aż tak wieści koncertowych ostatnio, ale skoro tak jest to spoko. Definitywnie minęły czasy bycia kwiatkiem do kożucha na żywo.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 paź 2025 16:33

Dragon raz wrzuca 19 minutowy numer i już zatkało kolejkę :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 paź 2025 12:00

Panowie, pls
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 19 paź 2025 12:22

Kanye West – Say You Will

To jest może jakiś trzeci numer Westa, który odpalam z własnej woli a jestem niemal pewien, że pozostałe odpalałem też dzięki tej zabawie. Trzymam się od gościa tak bardzo daleko, jak to tylko możliwe. Numer... cóż, ważniejszy jest background, a Murzyn po raz setny dostarczył go w dobrej formie i treści, więc co mogę powiedzieć... Wielokrotnie byłem w podobnym położeniu, nawet jeszcze raptem 2 czy 3 lata temu, więc i rozumiem ten wajb i reluję i tak dalej. Muszę jednocześnie przyznać, że mimo bardzo takiego sobie autotune'a, to numer jest całkiem niezły, i pod kątem tych nieśmiertelnych bitów programowanych na jedno kopyto przez cały krążek (podobno, tzn. tak wynika z opisów, ale nigdy go nie słuchałem i nie zamierzam), i pod kątem klawisza w tle. Całość daje taki piękny, mocno hartbrejkowy klimat, który idealnie pasuje do aury za oknem i mojego paskudnego samopoczucia, gdyż się, kurde, pochorowałem. Przynajmniej nie z miłości hehe. Więcej niż po prostu przyzwoity utwór, cieszyłem się bardzo jak zobaczyłem, że się będzie kręcić przez ponad 6 minut. Muzycznie to prawdziwa uczta i tyle w temacie. A jeśli chodzi o pozostałe historie Murzyna... czekam z niecierpliwością, bo tu idzie naprawdę solidny storytelling <3

Tex Murphy Quartet – Brew and Stew

Po wpisaniu nazwy wykonawcy i tytułu w YT wyskoczył mi trwający trochę ponad 40 sekund dżingiel. Odpalam, i, kurde, spodobał mi się, ale wiedziałem, że to nie to xD niemniej jednak homage dla głównego motywu wyszedł świetnie. Nie mogę jedynie skojarzyć tego brzmienia z grzybami, w sensie, wiadomo, każdemu jego (jej?) porno, ale do łażenia po lesie to mnie grają w głowie pewne motywy ze Skyrim Atmospheres. Tu jest mimo wszystko bardzo jesiennie, w sensie ja w ogóle mam takie poczucie, że dla mnie jazz to głównie muza na jesień. Ale zdecydowanie taką "polską złotą", padający deszcz ma u mnie inny soundtrack. Widać (a raczej słychać), że pan Bobby James zna się na rzeczy i zebrał do kupy ludzi, którzy również znają się na rzeczy. Czy razem mogliby zbierać grzyby? Nie wiem. Na marginesie dodam, iż gra jest mi kompletnie nieznana, choć kojarzę tytuł "Tex Murphy". Motywu z gry też nigdy wcześniej nie słyszałem, no ale to raczej nie trudne, skoro się w to nie grało. Ja w ogóle mało przygodówkowy, zaliczyłem tylko Syberię i Zegarmistrza, zaś ta ostatnia pozycja tak mi rozorała łeb swoim poziomem skomplikowania, że do gatunku nie wróciłem już nigdy. Powiem tylko tyle - bardzo dobry kawałek, świetna porcja jesiennego grania. I chyba jeszcze słońce wyszło za oknem...

Porcupine Tree – Heartattack in a Layby

Jeżozwierzowe Drzewo to wykonawca, którego znam niewiele pozycji - wrzutkę z forum, Lightbulb Sun (no bo projektantem okładki był Foxx), In Absentia właśnie. Mówię o pozycjach w całości, takich przesłuchanych od deski do deski. Absentię polecił mi swego czasu imć Munlup, zajęło mi... zaskakująco mało czasu wówczas, żeby zassać ten krążek i go odsłuchać. Pamiętam, że ciągnąłem go jeszcze z Chomika w ogóle, co samo w sobie jest lekko absurdalne, bo przecież na takim SS był łatwiej dostępny... Nie słuchałem całe lata, gdyż jestem lebiegą, ale od pierwszych dźwięków rozpoznałem ten numer, pewnych rzeczy się jednak nie zapomina. Niemniej jednak potrzebowałem, by dotarł niemal do końca, aby przypomnieć sobie cóż takiego najbardziej mi w nim zapadło w pamięć - to są właśnie te ponakładane na siebie wokale na sam koniec przy akompaniamencie soczystego reverbu. Doskonale wchodzi ten segment, zresztą, cały numer (ale ma fenomenalne podsumowanie). Nie znałem jego "backgroundu" storytellingowego, czytam teraz w recce Munlupa, że tu się autentycznie o zawał rozchodzi, well, chyba się do kardiologa wybiorę... Wuja znów dostarcza ostro jesiennie i dostarcza wybornie <3

Magazine – Parade

Na początek podziękowanie dla Miętusa za przypomnienie mi, jakim złotem był album Real Life. A Parade doskonałym jego zakończeniem. Ile to już lat minęło... zbyt dużo. Niewielką fazę na Magazine złapałem późną jesienią 2009, jej drugi atak był w 2011, kiedy to usłyszałem cover A Song From Under the Floorboards od Simple Minds. Też była krótka, ale na "magazynową" niezbyt rozbudowaną dyskografię to wciąż jak znalazł. Parade? Wspaniałe. Klawisze Formuli, który potem czarował u Visage, lekki basik Adamsona, który potem też czarował u Visage a potem Kejwa a potem jeszcze lepiej czarował sam, gitary McGeocha, no i ten nieco mamroczący Devoto, czy da się bardziej post punkowo? Zapewne, zawsze znajdzie się większa ryba, ale klimacik jest wyśmienity, nie samymi gitarami i oszczędną perkusją takie granie żyje. No i ten sax, też dokłada do obrazka. Czuję, że listopad znów będzie "magazynowy" dla mnie. Btw, soczyście słychać, iż ten krążek produkował im John Leckie, który później wziął się za pierwsze albumy Simple Minds, niektóre zabiegi są niemal identyczne. Reszta jest milczeniem, milczenie jest złotem, ergo reszta to złoto. Tego kawałka ofc. Bardzo dobra propozycja!

Tangerine Dream – In 256 Zeichen

Nie będę udawał eksperta, którym nie jestem, na temat Mandarynkowego Snu mam blade pojęcie, znam ich parę płyt (również dzięki temu forum), parę pojedynczych utworów, znam całą jedną bestkę, zabierałem się do czegoś jesienią 2005 ale z różnym skutkiem, nie ogarniam okresów ante/post-Froese, więc skoncentruję się po prostu na dobrej muzyce. A muzyka jest to dobra, co tu dużo mówić, Dragon zna się na uniwersum ambientowym i ewidentnie ma w sobie jesieniarskie ciągoty. Z tym, że to znów dla mnie taka jesień z głębi. Jakiś czas temu byłem z przyjaciółmi na grzybach. Nie znaleźliśmy ich bardzo wiele, ale szarość nieba nad lasem i mgła unosząca się nad łąkami w oddali robiła mi klimat właśnie pod takie granie (szkoda tylko, że najpewniej w efekcie tej wycieczki się pochorowałem). Murzyn pisze o kinie sensacyjnym z ejtisów, Munlup o dość przedpotopowej grze (chyba chodzi o tę ścigałkę), w sumie nie mogę się ani pod jednym ani drugim podpisać. Może i film, tak, ale bardziej przygodowy, zwłaszcza od wejścia tych skrzypiec. Albo np. jazda przez późnopaździernikowy Wałbrzych ze słuchawkami na uszach będąc przyklejonym do szyby w autobusie. Akurat na te 20 minut, choć uczciwie muszę przyznać, że w ogóle mi się ten numer zbyt długi nie wydał. Zważywszy na fakt, że najfajniejsze rzeczy dzieją się w nim tak od mniej więcej 12 minuty w górę... Good, yep, very well.

I znów wyszła jesieniarska kolejka, wliczając w to KANIE i munlupowe jazzy (a nawet przede wszystkim dzięki nim), a gdzie Magazine, gdzie TD i PT (Forumowicze), aż się lepiej poczułem. Zawijam się więc w koc i piję kolejnego Coldrexa. Polecam i pozdrawiam (a zwłaszcza to drugie).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl