Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lis 2025 14:56

Do Musiała, Seby, Wuja... w zasadzie każdego poza Murzynem, jest mi daleko, więc raz jeden mi daruj.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lis 2025 15:05

Jak domkniemy temat do południa w poniedziałek to luz. Liczę że pozostali przed Tobą wlecą.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lis 2025 15:07

Z pewnością tak będzie. Ja się pojawię jakoś, mam nadzieję, najpóźniej do godziny 12.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 16 lis 2025 23:06

Wypraszam sobie - ja zwlekam, bo jestem leniwy

Talk Talk - The Party's Over

W paru miejscach na tym forum zdarzyło mi się napomknąć, że nasz kolega Adrian ma niesamowitą rękę do wrzucania artystów, których bardzo sobie cenię, szanuję i w ogóle, przy jednoczesnym dobieraniu przykładów twórczości, które cenię i szanuje nieco mniej. Brian Eno, niedawno Tears for Fears - lista mogłaby iść (gdybym pamiętał jakiekolwiek inne przykłady). I niby ta recenzja mogłaby być w tym tonie. Mogłaby, ale jednak nie będzie.

Bo z jednej strony to faktycznie jest najsłabsza płyta popularnych GADU GADU i co ja wam będę ukrywać - gdybym miał sam wybierać którą płytę tego zespołu tutaj wam sprzedać, to wzmiankowany album byłby gdzieś tak piąty w kolejności. Jest jednak mały szkopuł. Polega on na tym, że o zespole Talk Talk mógłbym powiedzieć wiele - w tym to, że najzwyczajniej w świecie słabych rzeczy nie nagrywał. A poniższa płyta to sztandarowy wręcz przykład tej debiutanckiej płyty, na której zespół później nagrywający rzeczy wielkie był na początku swojej drogi i szukał swojego stylu.

To jest wspaniała okazja, by się powyzłośliwiać i napisać coś w stylu, że ta podroż była naprawdę długa i bolesna, a zespół zaliczył rewolucję nie tylko pod względem stylistycznym, a poziomu artystycznego. I właściwie częściowo byłaby to prawda. Tyle tylko, że z takimi częściowymi prawdami zawsze jest jakieś ale. I tu nie jest inaczej, bo w tym konkretnym przypadku najsłabsza płyta nadal wiąże się "tylko" z porcją dobrego i solidnego synthpopu.

A wy dobrze wiecie, że mi to wystarcza.

Zgodnie ze swoją niepisaną tradycją nie będę lecieć chronologicznie i skupię się na paru utworach i kwestiach, które przyciągneły moją uwagę podczas obcowania z tym albumem. I zacznę nietypowo, bo od brzmienia. Kolega Jacek celnie spostrzegł, że jest ono lekko MUDDY i generalnie to nawet się zgadzam, że to nie jest najlepiej brzmiąca i wyprodukowana płyta na świecie. Ale jeśli mam być szczery - mi to nie tylko nie przeszkadza, ale nawet odpowiada bo dzęki temu mam wrażenie, że po prostu ta płyta jest JAKAŚ. I może nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że gdyby była wyprodukowana znacznie lepiej to mój odbiór mógłby być gorszy, bo bym pewnikiem stwierdził, że to generyczny synthpop z paroma przebojami, paromami niezłymi rzeczami i paroma o takimi że można posłuchać.

Bo to nie jest tak, że nie ma tu hooków, chwytliwych momentów i fajnych melodii, bo są. Ale nagranie płyty zawierającej niemal wyłącznie same takowe jest właściwie niemożliwe, a w przypadku jeśli nie ma się za sobą sztabu producentów, muzyków i cholera wie kogo - praktycznie niemożliwe. Tu też się tego nie udało dokonać, ale ten specyficzny "zamulony" sound maskuje te braki w sposób na tyle przekonujący, że ja to kupuję.

Dobra, utwory. Nie ma bata, muszę wyróżnić TALK TALK, bo to rzecz unikalna w całe dyskografii, bo nawet te późniejsze single co to leciały po GTAch i różnych takich nie były AŻ TAK przebojowe, chyba jedyna taka rzecz która brzmi jak wyciągnięta z dyskografii jakiegoś Duran Duran czy innego Frankie Goes to Hollywood. Hiperchwytliwe skandowanie tytułowej frazy, agresywnie wściekłe synthy w połączeniu z wyżej opisywanym soundem dają mieszankę wybuchową, ale przy tym jak najbardziej smaczną. Też bym otwierał album tym utworem, bo jest na nim po prostu najlepszy.

A cała reszta... Cóż, to jedna z tych "solidnych siódemek" gdzie generalnie poziom jest całkiem równy i poza utworem z nazwą zespołu nie ma tu jakichś rzeczy, które mocno by się wybijały in plus. Wskażę więc kilka mocniejszych momentów w moim mniemaniu. TODAY może nie jest arcyprzebojem, ale po prostu mi się podobało - pod paroma aspektami to repryza TT. HATE ma bardzo spoko motyw na klawiszach i ten podniosły mostek i byłoby zajebiste, gdyby nie to skandowanie w tle, a tak jest "tylko" bardzo dobre. Szczerze mówiąc, to chyba najbardziej irytująca rzecz na tym albumie, bo mam wrażenie, ze jest tego tu za dużo, jest za częste i szybko zaczyna to męczyć.

HAVE YOU HEARD THE NEWS to dobry wybór. Może nie zestawiłbym tego w jednym szeregu z The Cure, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym, w sensie brzmieniowo to jest na tyle odległa i inna rzecz, że w siusiak by mi się gryzło, nawet jeśli słychać tu podobny klimat i vibe. Ale kupuję to w wykonaniu Hollisa i spółki. ANOTHER WORD to kolejny rasowy synthpop i nie wiem, możecie mnie wyśmiać, ale momentami serio mi pobrzmiewają tutaj echa Papa Dance. Podobało mi się to.

I nie mógłbym nie uwzględnić w wyróżnionej sekcji wieńczącego dzieło CANDY - chyba najlepszej próbki tego, co nas czeka w przyszłości. Ładne, subtelne, klimatyczne, Robert bodaj wspomniał coś o Republice i faktycznie - te bębny momentami brzmią jakby Sławomir Ciesielski pomylił studia nagraniowe. Śliczne, subtelne i przy okazji dodam, że mam wrażenie ten utwór jest tym, czym chciał być tytułowy, ale mu nie wyszło.

Na plus dodam fakt, że materiału jest na tyle mało, że nie mam prawa pisać o jakimkolwiek przesycie, chociaż nie ukrywam, że miewałem wrażenie, że większość piosenek jest pod względem budowy na przysłowiowe jedno kopyto. Nie, to nie tak, że chciałem dostać tu jakieś progresywne fiksum dyrdym, ale miałem wrażenie, że każda piosenka zaczynała się od podobnego intra, w mniej-więcej tym samym czasie wjeżdzały poszczególne części, a przy tym wszystko brzmiało niemal identyczne pod względem klimatu (to ostatnie stwierdził Neil Tennant w swojej recenzji zresztą).

Ale to nie jest tak, że mi to jakoś bardzo znowu przeszkadało, bo jednak synthpop i nie spodziewam się tu odkrywania koła na nowo. Kolejny solidniak na półkę. Dziękuję za uwagę.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lis 2025 10:07

Talk Talk – The Party’s Over

Jako człowiek, który ma łatę największego fana „Speak & Spell” na tym forum, rozumiem w pełni zachwyt, sentyment, a nawet zdroworozsądkowy prejz dla tego, czym w dyskografii Talk Talk jest ich debiut. Niemniej, sam tego zachwytu nie podzielam. Nietrudno się domyślić, po której stronie mocy jestem w kwestii „wersji” tego zerspołu. O ile, naturalnie, nie trzeba opowiadać się za żadną stroną i można czerpać radość ze wszystkiego, to ja tej radości jakoś zbyt wiele nie wynoszę z „The Party Is Over”. Niemniej, jest to fascynujący zespół, biorąc pod uwagę, że zaczynali od najtypowszej, kserokopijnej stylówy ejtisowej, a skończyli na czymś, co nie podlega epokom, erom, ani okresom, i mogłoby zostać nagrane wczoraj, a nawet za 30 lat od teraz.

Mark Hollis zawsze pobrzmiewał mi dziwnie w tym plastikowym kontekście. Jego memłany wokal nie do końca klei się z cukierkowymi podkładami. W kwestii reszty, czyli muzyki, utworów ogólnie, itd., to tak.

„Talk Talk” pamiętam z tego wczesnego dema, kiedy bliżej temu kawałkowi było do przedstawicieli post-punka, niż new romantic. Przy takiej przemianie, coś się traci, coś zyskuje, w moich uszach raczej traci, bo to generalnie jest naprawdę spoko piosenka, ale lukrowa aranżacja, odbiera jej specyficzny angst i w zasadzie nie wiadomo, o co tu chodzi.

„It’s So Serious” zaczyna się klawiszami przywodzącymi na myśl „Enola Gay”, a potem robi się generalnie jeszcze mnie oryginalnie. Refren to jedyne, co wypycha ten kawałek przed szereg, ale też w porównaniu do tego co zespół robił chwilę potem na „It’s My Life”, to tez nie ma co się szczególnie zachwycać.

„Today” to jeden z moich ulubionych momentów. Charakterystyczny bas ala „Renee”, minimalistyczny automat, art rock pobrzmiewający lekko Sylvianem. Dużo elementów, które u mnie zdecydowanie budzą uśmiech.

„The Party’s Over” trochę przynudza. Obligatoryjne, ejtisowe nawiązania do azjatyckiej muzyki, nie robią tutaj takiego wrażenia, jak w niektórych innych kawałkach z epoki. Nagrody imienia Richarda Barbieri bym tu nie przyznawał. Poza tym, nie jest aż tak źle, nadal jest to poziom w miarę przyzwoity, chociaż bardziej na tle muzyki z lat 80, niż na tle dyskografii Talk Talk.

„Hate” to dziwny kawałek. Ma te creepy architekturę, dziwaczne organy, intesywną perkusję, która zapewne ma podkreślić naturę tekstu. Hollis nawet drze tu mordę w jednym momencie, co zawsze mnie bawi. Niemniej, razem z tymi weselnymi klawiszami i uporczywym „o o o o o”, jest to dziwactwo, do którego mi się średnio chce wracać.

„Have You Heard the News?” budzi u mnie skojarzenia z wczesnym zespołem Tima Bownessa, który mocno inspirował się takim graniem. Ten bas jest nie do podrobienia. Zdecydowanie jeden przyjemniejszych momentów płyty, gdzie ten proto-art-rock pudruje sztuczność perkusji i klawiszy.
Wiele takich kawałków Talk Talk, bardzo zyskało na późniejszych wykonaniach koncertowych, ale nie koncertówki tutaj recenzujemy.

„Mirror Man” jest sympatyczny. Powtarzający motyw na klawiszu irytuje, elementy imitujące smyczki (a może to nawet prawdziwe smyczki) wprowadzają niepotrzebnego nadęcia w kontekście prostego singla, a Hollis znowu stęka, jakby nie powiem co próbował zrobić. Nadal jednak, jest to kawałek sympatyczny. Tylko tyle i aż tyle.

„Another World” brzmi niemal jak parodia ejtisów, nagrana w ciągu ostatnich paru lat. Jest tu takie nagromadzenie klisz, jarmarku i średniej jakości remizowego weseliska, że trudno uwierzyć, że to wyszło przez przypadek. Znowu jakieś wokalizy „łooo hoo hoo łee heee” maskujące brak pomysłu na tekst, a potem Hollis śpiewa „ic anawe łeee”. Fade out jest tak nagły i niespodziewany, że opis tego kawałka również zakończę w ten sposób.

„Candy” to kolejny kawałek z rodziny tych bardziej art oraz chyba najbardziej proroczy utwór na płycie, ponieważ jednoznacznie zwiastuje zmiany, które będą następowały na kolejnych albumach (podobnie jak „Renee” zwiastował „The Color of Spring”). Przyjemna rzecz w gąszczu plastiku, chociaż sam utwór nie jest też na jakimś rzucającym na kolana poziomie.

No nic, mamy to. Uważam się za dużego fana Talk Talk, ale ten debiut zawsze mnie męczył. To nie jest zła muzyka, ale bardzo napiętnowana klasycznymi płytami, które ten zespół nagrał później. W odizolowaniu od nich, nadal nie jest to jakiś fenomen na tle tego, co było grane w tamtej dekadzie. Hollis się wyróżnia, ale nie zawsze na plus względem takiego cukierkowego, plastikowego grania. Ta relacja raczej już się nie zmieni. Powiedzmy, że szanuję „The Party’s Over” za to i owo, lubię niektóre piosenki, ale nawet do nich raczej nie wracam. Jeżeli ten album faktycznie był małym fortelem, żeby zarobić kasę i grać to, co zespół naprawdę chciał grać, to cud się stał, że im się udało. Niemniej, viva Talk Talk.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2025 22:33

Talk Talk – The Party’s Over

W przeciwieństwie do większości tutaj obecnych ja zespół Talk Talk dotychczas znałem tylko z paru singli. Dopiero w bestce albumowej posłuchałem ich w większym zakresie. I początki były trudne, bo ta płyta była trudna. Laughing Stock jednak przemówiło do mnie i to dosyć mocno. Tutaj widzimy zespół z zupełnie innej strony. To zupełnie inna muzyka. Jest przebojowo i do bólu ejtisowo. Od razu powiem, że wolę twarz zespołu z 1991 roku. No ale to nie znaczy, że The Party’s Over jest złe. Ale po kolei.

Talk Talk bardzo efektownie otwiera album. To zdecydowanie najbardziej przebojowy numer na płycie. Fajna galopująca perkusja nadaje utworowi rytm. Dobry bas. Dużo innych dźwięków pięknie się przeplata ze sobą. Są i klawiszowe zagrywki i bardzo ładna gitara. A Refren jest zabójczo przebojowy. Wręcz zaraźliwy. Hollis pięknie wystrzeliwuje seryjnie z ust słowo Talk. Efektowne to. W ogóle wokalista świetnie się odnajduje w tym utworze.

It’s So Serios zaczyna się bardzo podobnie do Enola Gay od OMD. Ta klawiszowe zagrywka jest bardzo podobna. Mam wrażenie, że słyszałem już kiedyś ten utwór. Albo oni tu po prostu brzmią bardzo w stylu, z jakiego ich pamiętam z młodości. Fajnie pracuje bas. Znowu jest bardzo melodyjnie i przebojowo. Jest dobrze.

Today to kolejny hit. Od razu rusza z kopyta. Fajny bas i pady. Hollis wciąż daje radę mimo szybkiego tempa. No i znowu zaraźliwy refren. Te zakrzyki Today są fajne.

The Party’s Over mocno zwalnia tempo. Utwór trochę przydługi. Jest niezły, choć nie wyjątkowy. Hollis zawodzi po swojemu. Ten utwór ma taki trochę podniosły, hymnowy wydźwięk. Elementy azjatyckie fajne. Lubię takie dźwięki.

Hate to trochę zjazd w dół. Jest bardzo podobnie pod względem stylu do Today, ale jednak gorzej. Fajny początek. Perka potem znowu galopuje i jest nieźle. Zwrotka bardzo typowa dla zespołu. Tylko męczące są te różne okrzyki, a w szczególności „oooooo”. Porcelanowe klawisze pojawiające się często i gęsto fajne. Fajny jest też mostek, ale tym razem nietypowo zawodzi mnie refren.

Have You Heard The News budzi skojarzenia z różnymi bliżej niesprecyzowanymi utworami. Jest tu i fajny filmowy klimat jak z jakiegoś niepokojącego serialu. Jednocześnie są dziwnie tanio brzmiące niektóre partie klawiszowe. Utwór generalnie dobry, choć nie doskonały.

Mirror Man jest bardzo spoko. Ta klawiszowa zagrywka słyszana od początku bardzo fajna. Bas też pięknie brzęczy. No i mamy wreszcie smyki. Ja naprawdę je uwielbiam. Natomiast w refrenie powiewa trochę orientem. Zagrywki jakby żywcem podjebane od jakiegoś Tarkana. No i jeszcze coś brzmiącego jak wibrafon. Bardzo ładne. Tak sobie myślę, że to jest obok otwieracza mój ulubiony utwór.

Another World ma ładną melodię zwrotek. Ale reszta nadaje się tylko do niszczarki. Skojarzenia z Papa Dance nie są wcale bezpodstawne. No i te ponowne zaśpiewy typu „łooo-ooo-ooo” totalnie wkurzające. Klawisze momentami podwędzone od jakiegoś zespołu disco polo. Jarmarczna muzyka prosto z polskiego wesela.

Candy zaczyna się od dobrze znanego basowego brzmienia i… strasznie tandetnych klawiszy. Niestety te klawisze powtarzają się przez cały numer. Ale poza tym utwór jest fajny. Piękne pianino i naprawdę fajna perkusja. Szczególnie w mostku ten werbel świetny. Hollis pięknie jęczy. No i eleganckie zakończenie. Idealne dla dobrego zakończenia albumu.

No i tak o to dobrnęliśmy do końca. Album jest całkiem dobry. Świetnie się zaczyna i dobrze kończy. Czasami utwory mam wrażenie są nazbyt powtarzalne. Przy kilku utworach miałem wrażenie typu „ej, czy tego przed chwilą nie było?”. Jest jeden wyrzutek w postaci Another World. Ale poza tym jest jednak dobrze. Jak na debiut jest spoko. Jeżeli późniejsze albumy są naprawdę dużo lepsze, to trzeba po nie sięgnąć bez szemrania.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lis 2025 23:08

Mega że tylko ja nie wspomniałem o tym podobieństwie its so serious do OMD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2025 23:51

Niedomyślny jesteś. Albo nie znasz w ogóle OMD. :D
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 lis 2025 21:54

Dobra, kilka słów podsumowania. W sumie spodziewałem się takiego a nie innego odbioru, ja jestem zbiasowany przez ejtisy więc mnie się ten album podoba, choć faktycznie takie Another World uważam za nieco tani filler, ale niech będzie - nostalgia wygrywa. Ja w 2005 dopiero odkrywałem ejtisy i The Party's Over stanowiło dla mnie kamień milowy, bardzo chłonąłem tego typu muzę wówczas. Faktem jest, że nie jest to najlepszy krążek TT, ale też to TT, a oni w mojej opinii złych krążków nie mieli. Tak czy inaczej dziękuję po prostu za recki, nie wrzucam tu płyt dla zbierania prejzu, ciekawsze są dla mnie osobiste doświadczenia PT Forumowiczów. Także, no, The Party's Over i czas na Tomorrow's Harvest.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 lis 2025 10:24

Elegancka plyta to jest i tyle. Następna też hehhe
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lis 2025 11:04

Lecimy dalej. Proszę o recenzje do 7 grudnia najpóźniej.


Boards of Canada - Tommorow's Harvest
mintaj pisze:
07 sie 2025 12:31

Nie wiem kiedy ta płyta dokładnie wleci - znając tempo tej zabawy (na które i ja mam wpływ, by nie było) może to nastąpić równie dobrze co pod koniec tego roku, jak i w marcu lub czerwcu następnego roku. Jakaś tam część mnie niby myślała o tym, by poczekać z wrzuceniem jej w okresie, gdy prawdopodobieństwo trafienia na nią przez was w czerwcu będzie wyższe, ale nie tylko męczy mnie to sezonowanie muzyki na poszczególne pory roku, ale też najzwyczajniej w świecie nie chce mi się z tym czaić. xD Trudno, docenicie tę płytę jesienią. Lub nie.

Jakimś cudem nie napisałem o swojej historii z BoC wrzucając fragment tej płyty do utworówki - zamiast tego wybrałem pieprzenie jakichś głupot o tym jak wyglądało moje życie w 2013. Zabawne, że wydawało mi się, że to jest ciekawe, może to kogokolwiek obchodzić i w ogóle jest warte opublikowania publicznie. Wiele rzeczy poznałem przez tę zabawę, ale parę sobie też uświadomiłem i jedną z nich jest to, że raczej nie powinienem nastawiać się na żadnego Pulitzera kiedykolwiek.

Ale wracając - z Boards of Canada zetknąłem się pierwszy raz w tym nieszczęsnym okresie pasożytowania o którym pisałem w utworowej - może to był 2012, raczej rok później. W ramach pierwszego podejścia dałem se ich debiut i najzwyczajniej w świecie się od niego odbiłem. Nie pamiętam już dlaczego, może to była dyspozycja dnia, może coś tam nie zaskoczyło, nie ma to większego znaczenia.

Drugie podejście miało miejsce w okresie premiery opisywanej tu płyty - był to maj, może czerwiec. Powoli odbijałem się od dna, starając się wykaraskać mentalnie z dupy w której psychicznie wówczas byłem. Zacząłem częściej wychodzić do znajomych, pracować, nawet zapisałem się na te cholerne studia. I tak sobie myślę, że to chyba było ważniejsze w kontekście "kupienia" przeze mnie tej płyty, niż ówczesna aura za oknem, nawet jeśli ta płyta idealnie do niej pasowała i moim pierwszym skojarzeniem z tamtej epoki jest puszczanie jej regularnie ciepłymi, letnimi popołudniami.

Najzwyczajniej w świecie to trochę spalone, trochę duchologiczne brzmienie trafiło idealnie do ówczesnego mnie - młodego, pogubionego człowieka, który mimo wszystko jednak miał jakieś tam nadzieje i oczekiwania. Dziwnie używać mi słowa NADZIEJA, choćby dlatego iż go nie lubię i jest mocno bałamutne, ale ta płyta właśnie z tym mi się kojarzy. Z nadzieją na wyrwanie się z tej wiochy, gdzie centrum wszechświata było pobliskie małe miasto (nienawidzę ich do tej pory) i jako-taką stablizację.

I dlatego jestem ciekaw tego jak wam ta płyta siądzię z waszym obecnym mindsetem i słuchana o tej porze, czyli zapewne późną jesienią. Dlatego właśnie uznałem, że choćby i z tego powodu nie będę czekać do lata, bo jestem ciekaw jak wy odbierzecie ten album w tym kontekście.

Pro forma nadmienię szybko o poszczególnych kompozycjach Palace Posy pewnie już pamiętacie, jakbym miał wyróżniać poszczególne fragmenty, to bym pewnie uwzględnił Reach for The Dead, Split Your Infinites, Nothing Is Real oraz New Seeds, ale będę szczery - kocham tu wszystko i to jest jeden z tych krążków na którym nie ma fałszywej nuty i niepotrzebnego dźwięku.

Dobra, bierzcie i słuchajta tego.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... W7FbZ_c7AM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 lis 2025 19:10

Boards of Canada - Tomorrow's Harvest (2013)

Gdyby nie Seba, najpewniej jeszcze długo bym nie wrócił do całości. Muzykę tego duetu znam tak długo, że nawet RYM nie jest w stanie pomóc - praktycznie cała dyskografia oceniona w dniu założenia konta, a było to prawie 9 lat temu. Świetnie brzmiące IDMy, agregaty melancholii i wspomnień, jedno z lepszych muzycznych doświadczeń, które wciąż mogę w dużym stopniu powtarzać przy dłuższych odsłuchach. Nagrali nawet numer nazwany od daty moich urodzin (choć przed moimi narodzinami) - mam do czego wracać czysto okolicznościowo. Tomorrow's Harvest to ostatni akt ich działania. Seba sugeruje podążanie za mindsetem i aurą pory słuchania, proszę bardzo. Nie potrzebuję wielu odsłuchów, to by było wręcz katowanie tej muzyki. Nie po tylu latach, nie po tylu wspomnieniach. Kilka dni wcześniej wrzuciłem całość dla odświeżenia przebiegu. Dzisiaj jest 23 listopada 2025 roku i zrobiłem to drugi raz, ostatni. Jak rzadko kiedy panowie są tutaj konsekwentni i spójni. Ich płyty do tej pory cechowały się wyraźnymi przebłyskami pozytywów, zmian nastrojów, nawet najbardziej subtelnie przemyconych, ale wciąż obecnych. Tutaj trwają w tworzeniu emocjonalnej czarnej dziury. Wsysa, zjada, nie pozostawia zbyt wielu niedopowiedzeń. Postapokaliptycznie od stóp do głów. Z dobrą produkcją, choć bardzo oszczędnymi porcjami melodii. Bez duchologii, bo gdy świat na krawędzi, to i wspomnienia gdzieś schodzą na dalszy plan. Gdy wracam do wybranych fragmentów, to zawsze zestaw jest w sporym rozproszeniu. Znacie moje słabostki i elektroniczne korzenie. Jest tutaj wiele punktów wspólnych, inspiracji. Do niektórych rzeczy sam z siebie nie potrzebuję wracać w ogóle. Najmocniej atakuje w całości.

Gemini. Tu jeszcze sam wstęp przywodzi na myśl zabiegi ze starszych płyt, jakiś sygnał wywoławczy, ale w kontekście płyty prędzej jak znak do nadchodzącej demolki. Potem te rozproszenia, dysonanse, soczyste analogowe akordy... Wciąż oni, choć już nie oni. Potem wręcz synthwave'y przed falą tego typu grania. Ogon już dawno zjedzony. A BoC jak zwykle przed wszystkimi. W tle jak gdyby radioaktywnie Kraftwerk mruga.

Reach For The Dead. W sumie tutaj można zamknąć temat. CO. ZA. KLIMAT. Jednocześnie tak bardzo typowa dla nich perka, pięknie gęsty aranż, a do tego zapadająca w pamięć (choć nie aż tak wyrazista) melodia. Patrzysz na okładkę, nie możesz nie słyszeć tego utworu. Jeśli ta płyta była w ogóle potrzebna, to przynajmniej dla tak pięknego momentu. Do słuchania, nie pisania. To co tygrysy lubią najbardziej. Wokale, szeptanki daleko w tle. Też potrafili ewoluować jak Autechre, zawsze wszywając gdzieś swoje klasyczne patenty. Pady potęga.

White Cyclosa. Gwałtowne wygaszenie i zmiana. Trochę tego nie lubię. Im dalej w las, tym wraca dobre, ale sam początek mocno wytrąca z uderzenia. Może po prostu nie przepadam za tym konkretnym brzmieniem, trochę jak filtr z telefonu komórkowego, starego radia, trochę cheesy ćwierkanie. Za to dalej dzieją się piękności. Może chodzi o stan permanentnej gotowości, niepewności. W sumie odpowiednie dla postapo scenerii. Helikoptery zbędne, tego nie kumam. To w ogóle nie po ichniejszemu.

Jacquard Causeway. Z tym specyficznym rytmem walczyłem pewnie najdłużej. Do tej pory budzi trochę mieszane uczucia. W niezgrabności jest metoda, ale po prostu jest ociupinkę za długo bez wyraźnego progresu. Było gęsto, jest po prostu dziwnie, jak gdyby wyjść z siebie. Musi wejść coś w tle, by uporządkować cały rozgardiasz. Od razu lepiej. Moralne niepokoje atakują.

Telepath. Jedna z lepszych miniaturek na płycie. Znowu trochę kraftwerkująca, ale te opływające klawisze robią taaaką robotę. Stary patent na nowo, który wychodzi rewelacyjne. Doskonałe nocą, ale taki las jesieniarską porą pod wieczór w deszczu... to brzmi brzmieć genialnie. I trochę przerażająco. Czyli genialnie. Nummern na trudne czasy.

Cold Earth. Gdy Reach For The Dead jak dla mnie za ciężkie, powroty do materiału stąd zawsze zaczynam od tego kawałka. Tutaj początkowy "sygnał" jest wszyty w całość. Wyjątkowo dziwne, surrealistyczne pląsy. Nie ma zbyt wiele nadziei, zostaje ciekawość wobec tego, co może nas spotkać. Lubię te dodatkowe fajerwerki w środku, kawałek przyjemnie się rozwija, chwilami mocniej narasta, ale zawsze wraca do punktu wyjścia. Mocny punkt płyty.

Transmisiones ferox. Lubię ten fragment, bo tu brzmieniowo przypominają TD na chwilę przed i po śmiercią Edgara. Picture Music Klausa też tutaj jest. Zupełny przerywnik, ale oni po prostu są w tym specjalistami. Sięgają po środki, które słyszałem w wielu innych miejscach, tyle że i tak potrafią odcisnąć na tym autorski ślad.

Sick Times. Podobnie zbudowany jak Cold Earth, ale tu bardziej jak muzyka tła, wyrazista pętla z początku oddaje pole delikatnej bujance rytmicznej. Najbardziej lubię moment, gdy wchodzi wokalna sałatka. Końcówkę mniej, numer trochę się rozłazi.

Collapse. Przypomniałem sobie o nim przy okazji poprzedniego odsłuchu. Nie aż tak wyrazisty jak inne, po prostu. Mimo to ewoluuje w całkiem sympatyczne bardzo dobrze znajome rzeczy. Całość wyróżniają te specyficzne szmery.

Palace Posy. Bomba z opóźnionym zapłonem, zgadzam się ze sobą. Po Cold Earth obowiązkowo zawsze jest też i ten kawałek. Przyjemne oczekiwanie na pozornie niezbyt mocny finał, ale gdy ktoś nie jest aż tak wczuty w takie rytmy, to po prostu nie zrozumie. Nie żeby zaraz reagować jak Jamie Lee Curtis w memie o ambienciarzach... ale trochę tak. Niepokój obecny, niespieszne narastanie robi robotę. Gęsty bas, mocarne pady, godna pętla perkusyjna. Demoniczne alter ego powiedziałoby: gdy mam za dużo piosenek na odsłuchu, wracam z dumą i przyjemnością do tego typu wokali hehe Świetna rzecz.

Split Your Infinites. W początkowych latach osłuchiwania płyty raczej pomijałem. Postapo podporządkowane tej niepozornej rytmice. Tak porządnie brzmiące synthowe slide'y prędzej czy później i tak dadzą się wyłapać. Znowu jak muzyka tła, nie ma w tym nic złego. Na ich płytach od zawsze są momenty o różnych temperaturach. Po prostu letnio ciepłe w porównaniu do reszty. Muzyka oczekiwania na coś. Końcówka ma sporo ukrytych moogowych patentów sprzed pół wieku, fajniutka!

Uritual. Wręcz dark ambientowy moment. Chyba nigdy nie brzmieli tak wyraźnie złowrogo jak tu. Udany przystanek.

Nothing Is Real. Zaraz potem jedyny jakkolwiek pozytywny fragment. Trochę jak wyrwany z Music Has The Right..., tylko delikatnie przearanżowany. Ta sama rodzina co Bocuma czy Roygbiv. Po tylu latach mam jedno wyraźnie odkrycie. Lubię mocno wczuwać się w rzeczy, ale nawet to niby mroczniejsze tło nigdy nie wygrywa. Gdyby nie to, jak płyta brzmi dalej, zgodziłbym się z Sebą. W opisywanej sytuacji TH raczej nie sprzyjałoby myślom ucieczki z pogrążającego zadupia... chyba że bym bardziej pamiętał o tym kawałku.

Sundown. No właśnie, mamy małą powtórkę ze Split, tyle że bardziej ambientową. Niby przestój, ale jednak czuć, że dalej czai się coś mroczniejszego. Zmierzch dnia. Zmierzch płyty. Kolejna udana miniaturka i tyle. Roach by się nie powstydził zarówno przed berlinową rąbanką trwającą 20 minut lub dwa razy dłuższą improwizacją dronową.

New Seeds. Kurczę, to quasi gitarowe wejście jest takie BAD ASS. Jeden z lepiej przemyślanych kawałków. Dzieje się dużo, wszystko ma ręce i nogi. W czasach szkolnych przespany kawałek, z czasem wrócił do łask. Teraz nie ma powrotów bez niego. Budzi pewność siebie, ale też tę tajemnicę i niepewność dzięki typowym klawiszowym zabiegom w dalszej części.

Come To Dust. Idealna klamra, przeciwwaga dla Reach For The Dead. Tamten wprowadza nastrój kompletnej bomby, tutaj wchodzą głębsze przemyślenia i wrażenia: "może nie będzie tak źle?". Nie ma wyraźnego zakończenia, jest oczekiwanie bez jednoznacznej odpowiedzi. Dla mnie raczej w szarych barwach... ale za to brzmi wspaniale. Quasi chóralne brzmienia pod koniec dopełniają efektu zniszczenia. Najpierw niskotonowe klawisze, mostek, a potem właśnie znowu postapo zestawienie. Znowu najwyższa półka pomysłów. Tu zawsze kończyłem krótsze przygody. Dla całej płyty trzeba jednak czegoś więcej, oni nigdy ich kończą tak mocnymi uderzeniami.

Semena mertvykh. To jest właśnie to pozostawienie braku wątpliwości. Dym, kurz, zerwana taśma, różnorakie przejawy skali szarości, izolacja, mrok. Po takiej opowieści naprawdę nie potrzeba kolejnych prób, misja zakończona. Wciąż zbiera owoce, aktualizacje zbędne.

Nawet nie potrafiłbym sobie wyobrazić kolejnej płyty BoC. Nowinki w elektronice kompletnie nie pasują do ich muzyki. Vaporwave zjadają już podręczniki i niezaspokojone nerdy. Duchologia obejmuje dekady, które już nawet ja pamiętam z dzieciństwa. Takiego Podcastexu przestałem słuchać, gdy weszli w pierwszą dekadę XXI wieku, w ogóle tego nie potrzebuję. Nie wiem, czy motywowana jest przerwa w wydawaniu muzyki przez szanowny duet, ale trzymam kciuki za trwanie w tym postanowieniu. Tomorrow's Harvest wciąż jest całkiem aktualne. Pogrobowy klimat służy równie mocno. Czasy coraz mniej ciekawe, ludzie coraz śmielej przejawiają głupotę, nie czując wstydu przy dzieleniu się nią z innymi. Wojny, pandemie i radykalizmy zjadają mózgi. A liberałowie pozornie bezradni tylko pomnażają kabonę. Już dawno przeliczyli wartość empatii oraz życia ludzkiego, teraz po prostu trwa budowanie odpowiednich narracji na ten temat. Chcę powiedzieć, że chyba następna płyta BoC musiałaby być jeszcze mocniejsza, a to chyba byłoby już zupełnie przeciwskuteczne. Trzeba byłoby wejść na ścieżkę bycia edgy, a to już kompletnie pogrąża. Po co się powtarzać? Szczególnie, że jest do czego wracać. Tutaj wciąż tkwią momenty do odkrycia. Nie mówiąc już o kawałkach poukrywanych na kompilacjach, gościnnych remiksach... a winyla Campfire Headphase wreszcie kupię, bo mam na czym go włączyć. Tomorrow's Harvest powinienem mieć przynajmniej na CD. Zdecydowanie warto, kawałek pięknego grania.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lis 2025 19:42

Track by track, a ja się zastanawiam czy chociaż o jednym numerze coś wycisnę xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 lis 2025 19:43

Zanim usiadłem do pisania też tak myślałem hehe
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lis 2025 19:45

p o c i e s z a j ą c e
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 lis 2025 19:54

A mówiąc serio: nie wiem jak reszta, ale ja tam track by track zawsze uznaję za dodatkową robotę. Jak ktoś chce ogólnie napisać, to spoko - szczególnie jeśli w ten sposób też może sporo ciekawego powiedzieć. Ja jako wczuty fan BoC i tak bym raczej zrobił to tak, jak zrobiłem heh
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lis 2025 20:08

Kumam

Po prostu poczułem się maluczki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 23 lis 2025 20:41

Ja przyznaje że czuje się za krótki by pisać o tych płytach tutaj track by track, tj niby mógłbym cos napisać, ale żeby napisać coś ciekawego/błyskotliwego to już gorzej

Plus sam nie jestem fanem takich recenzji
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lis 2025 20:42

Wojciech Mann style <3
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 lis 2025 10:47

Prośba/propozycja taka abyście nie czekali z recenzjami na ostatnią chwilę, chciałbym żebyśmy zakończyli recki w sobotę 6 grudnia a niedziela - ostatni dzień - byłby wtedy dla wrzucającego żeby się odnieść (lub nie). I tak bym chciał robić od teraz, żeby nie opóźniać kolejnej kolejki znowu o dzień/dwa, ostatni dzień po prostu zostawić wrzucającemu - czy go wykorzysta to jego sprawa.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup