Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Best of Forum (Albumy) vol. 3

Post 28 lip 2025 10:56

No i po ponad 3,5 roku naszej zabawy zaczynamy 3 dziesiątkę albumowych zmagań na naszym forum.

Jako pierwszy leci

Mike Oldfield – Guitars
Hien pisze:
15 lip 2025 10:38

Długo czekałem żeby ten album wrzucić. W zasadzie sporo napisałem już kiedy rok temu zapodałem „Cochise” do utworowej, ale podejrzewam, że mało kto cokolwiek z tego pamięta.
Oldfielda poznałem jakoś w okolicach wydania „Tubular Bells III”, wcześniej mogłem kojarzyć ze słyszenia „Moonlight Shadow”, ale nie pamiętam żeby tak było. Mój ojciec kupił ten album na kasecie i opowiedział mi, kim jest Mike Oldfield, w jakich okolicznościach nagrał pierwsze Dzwony i jak młody wtedy był. Pamiętam, że sama ta opowieść była dla mnie niesamowicie inspirująca. Miałem 12 lat i chciałem od razu kupić sobie trójkąt (bo z jakiegoś powodu, prawdopodobnie ze względu na okładkę płyty, byłem pewien, że tak wyglądają dzwony rurowe) i nagrać album w młodym wieku, jak Mike. Same Dzwony 3 nadal wspominam bardzo miło, i o ile może nie są to Dzwony, od których komukolwiek bym polecił poznawanie twórczości faceta, tak jako album sam w sobie, nadal się to robi, zwłaszcza otwarcie.

Rok później, również w okresie wakacyjnym, kupiliśmy „Guitars”, które akurat wyszło. No i to był dla mnie zonk, bo to była tak bardzo inna muzyka, jak tylko się dało. Do tej pory, nie spotkałem się jeszcze z tak drastycznym przeskokiem stylistycznym z albumu na album, ale też na tym etapie, moje osłuchanie z muzyką ogólnie, nie było na wysokim poziomie. To były czasy przez szerokim dostępem do internetu, do muzyki w internecie, itd. Muzykę poznawało się powoli, płyty kupowało z rozwagą, bo kosztowały lwią część tygodniówki, itd.

Byliśmy wtedy w Rowach i jakoś w tym czasie, Oldfield grał koncert w Katowicach (mój top koncertów, na których nie byłem, a powinienem być, zaraz obok Genesis w 1998/2007 i U2 w 2005). Czytałem wtedy „Białego Kła” Londona i jakoś tak idealnie mi „Guitars” pasowało jako soundtrack do zimowych krajobrazów i gęstych lasów, przez które jechały psie zaprzęgi. Jednocześnie, trwało upalne lato i codziennie wychodziłem na plażę, więc ten album kojarzy mi się jednocześnie z ze śniegiem i latem. Pasuje idealnie do obu wariantów.

„Guitars”, to był niejako eksperyment Oldfielda, która założył, że nagra album tylko przy użyciu gitar. Żeby nie było za łatwo, na płycie pojawiają się również perkusja i klawisze. Jak to możliwe? Tak, że Mike podłączył gitarę do syntezatora i z jej pomocą odgrywał syntetyczne dźwięki oraz elementy perkusyjne. Fanom King Crimson, nie są obce takie zabiegi. Trochę fortel, ale też czy Mike skłamał? Nie skłamał. Zresztą, te wszystkie niegitarowe rzeczy zagrane na gitarach, to w dużej mierze tło dla tradycyjnych gitar, które są zawsze na pierwszym planie.

Nie chcę opisywać każdego utworu, ale na pewno zwrócę uwagę na duet „Muse”/”Cochise”, który otwiera ten album w taki sposób, że tak jak wtedy, w 1999 r., jak i teraz, powala mnie to na kolana. Oba kawałki są tak piękne, że trudno nie docenić talentu Mike’a już po tej, nie tak znowu popularnej, płycie. To samo zresztą dzieje się „Embers”, które jest mistrzostwem klimatu, lub w intrygującym „Four Winds”, w którym Mike pragnął przedstawić muzycznie cztery strony świata.
Płyta jest bardzo różnorodna pod względem wpływów, gatunków i inspiracji, a jednocześnie wszystko to stanowi spójny album, którego dobrze słucha się w całości.

Nie polecam słuchać tego w pracy, czy na chujowych głośnikach od kompa, na których nie słychać basu (to do Murzyna). Albo słuchawki, albo nie ma sensu zaczynać. Wuja oczywiście może z tym iść do lasu i jak najbardziej będzie to dobry pomysł. Grunt żeby to był moment spokoju, a nie wrzucenie na ruszt przy okazji, między jedną sprawą, a drugą.

https://www.youtube.com/watch?v=L8LvGSJ ... Zs&index=2
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 sie 2025 08:01

Mike Oldfield - Guitars

Pamiętam że wrzucane przez Kubę do utworowej Cochise zrobiło na mnie wówczas naprawde dobre wrażenie, na tyle dobre że sięgnąłem też po ten album. Zapamiętałem jedynie że podobał mi się początek płyty a potem trochę poziom się rozmywał i zbytnio nie wracałem. No ale teraz trzeba skoro jednak postanowiłem nie robić sobie przerwy to jadę dalej i mierzę się z tym albumem ponownie.

Pamięć mnie nie zawiodła - tak jak pisał o tym Hien i ja podobnie odbieram Muse jako taki wstęp nie tylko do płyty ale nawet do następnego Cochise. Lirycznie, akustycznie, nostalgicznie. Cochise jakby buduje na tych samych patentach ale to rozbudowuje i dorzuca gitarę elektryczną. Z tym graniem na gitarze elektrycznej będę miał jednak zgryz w późniejszych numerach na płycie, ale o tym za chwilę. Po tym udanym początkowym duecie wjeżdża Embers w którym mamy już gitarę odpalającą brzmienia syntezatorów. I numer ten utrzymuje podobny klimat co ten nostalgiczny duet otwierajacy album z tą różnicą że tu rzekłbym robi się bardziej filmowo nawet, ja mam skojarzenia z soundtrackami Michała Lorenca do filmów typu "Psy" czy "300 mil do nieba". Albo z Ciechowskim i muzyką do Mojej Angeliki. Czwarty na albumie Summit Day jedzie dalej tym samym wzruszającym klimatem że to już trochę brzmi na tym etapie jak autoplagiat czy może nawet pastisz samego siebie. Tu jeszcze gitara elektryczna jest spoko. Problem robi się gdy wjeżdżamy w ostrzejsze klimaty jak w Out of Sight (sample perki z Led Zeppelin jeszcze spoko, to jest taki dość uniwersalny temat), najgorzej jednak wypada to w Out of Mind gdzie faktycznie mam wrażenie że Oldfield postradał zmysły, w takim wydaniu wypada jak rockowy try-hard, gość z kryzysem wieku średniego który nagle zapragnął być gwiazdą rocka (sorry ale to skojarzenie nasuwa mi się samo gdy zerkam na okładkę, widzę tą jeansową kurtkę i balejaż na łbie). Ten ostatni numer to prawdziwy potworek niestety. B. Blues czerpie z blues rocka i hard rocka, ten główny riff brzmi jak dla mnie mocno kliszowo. Four Winds może i ma jakiś koncept ale dla mnie wypada on tak sobie. Pierwsza strona świata razi mnie tą przesterowaną gitarą (szkoda że kiedy Mike chce uderzyć w ostrzejszy klimat zdecydował się na takie konkretne brzmienie), druga strona spokojna nawet przyjemna, w trzeciej (bodajże wschód) wjeżdża coś jakby sitar, zachód zaś trąci - well, Dzikim Zachodem. Taki muzyczny BIGOS, myślę że ten zamysł wypadłby lepiej gdyby to były 4 nieco dłuższe utwory jeden po drugim bo w tej konfiguracji nie chcę do tego wracać, zwłaszcza że numer zaczyna się od najsłabszego fragmentu jak dla mnie.
Co tam nam jeszcze zostało? Enigmatism, no ten numer opiera się na tych patentach z początku płyty bardziej, ładne melodie na gitarze akustycznej, Oldfield lepiej wypada w spokojnych, kameralnych klimatach. Ten synth pobrzmiewa mi jakimś zakończeniem programu w TVP, no ładnie gra na nostalgicznych strunach tu Pan gitarzysta. Zamykający album From The Ashes zaczyna się w podobnym tonie ale w połowie Oldfield chyba uznał że trzeba czymś do*ebać na sam koniec i wjeżdża taki mocno patosowy segment i gitarowa koncówka jakby kończył rockowy koncert niemalże, jeśli mam być szczery to mi to nie leży.


Powiem tak - moim zdaniem ten koncept nagrania płyty przy użyciu samych gitar wypada dużo lepiej i ciekawiej na papierze niż w rzeczywistości. No bo jednak ciężko utrzymać zainteresowanie słuchacza na poziomie całej płyty korzystając z paru patentów na krzyż. Ta spokojna, melancholijna część albumu się Oldfieldowi udała, kiedy jednak wjeżdża z przesterem i ostrzejszym graniem... jak dla mnie meh. Eksperyment w postaci Four Winds - jakaś próba wyłamania się ze schematów zawsze ale mogły być z tego spokojnie 4 kawałki, choćby po 2,5 minuty ale każdy inny i może nawet ze 2-3 całkiem niezłe z tego wszystkiego. Zastanawiam się dla kogo właściwie jest ta płyta - dla fanów Oldfielda czy może dla fanów gitarowego grania? Ostatecznie myślę że przede wszystkim dla Kuby żeby mógł ją wyłuskać i nam tu przedstawić, powiedzmy że było to na swój sposób interesujące. Ja z tych paru spokojnych numerów chyba zrobię sobie krótką playlistę do której czasami wrócę po prostu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 05 sie 2025 10:27

No, to chyba jest sedno, bo to nie jest popularny i szczególnie ceniony album wśród fanów, a puryści gitar, spoza kręgu miłośników Majka, to raczej wysiadają przy dźwiękach elektronicznych. Nie wczytywałem się jakoś bardzo w recenzje tego albumu.

Zgodzę się, że chętniej bym posłuchał rozwiniętych fragmentów "Four Winds", zwłaszcza siedzą mi dwójka i trójka. Dwójka siedzi mi głównie z tymi skojarzeniami z "Białego Kła", bo widzę zaprzęg ciągnięty przez husky, śnieżne krajobrazy, zachód słońca nad iglastym lasem, itd.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 sie 2025 10:28

Jak tam idzie słuchanie?

Wiem że z racji wujasowych urlopów ta kolejka się przedłuży może o dzień-dwa ale liczę że reszta nie będzie czekać na ostatnią chwilę, Wujas wierzę że jak wróci to szybko napisze.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 08 sie 2025 11:43

Ja podejrzewam wjazd w niedzielę
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 08 sie 2025 20:23

Mike Oldfield - Guitars (1999)

Lubię takie przypadki i zbiegi czasowe. Zaczyna się od wertowania YouTube'a. Podczas kolejnego okrążenia przy starotelewizyjnych wrzutkach trafiam na pewien klimatyczny kawałek. Zaraz się okazuje, że to właśnie Mike Oldfield. Ostatecznie ostatni miesiąc mocno osadzony w rytmach Songs of Distant Earth oraz Gitarek. Dzięki temu łatwiej było wyczuć podobieństwa, charakterystyczne patenty w tym okresie twórczości. Jakub upodobał sobie raczenie naszego szacownego grona płytami typu koncepcyjne wyzwania. Tu coś tylko na moogu, tam tylko gitary. Treściwa strawa dla głowy, ale czasem sama muzyka nie dojeżdża. Jednocześnie to nie są takie wyrachowane wrzutki oparte tylko na wymyślnej idei stojącej za. Zawsze kryje się historia, głębszy sens, konkretny klimacik. Ja z Oldfieldem mam różne perypetie. Nie poznałem większości płyt, jak już to w sporym rozstrzale czasowym. Dziecięce kontakty przez single z Crises - spoko. Bronią się pięknie do dziś. Potem Dzwony Rurowe, ale to było rozczarowanie, o matulu! Dalej zaskoczyły Hergest Ridge i Ommadawn. W tym roku na razie solidna reprezentacja najtisów. Nie pałam do jego muzyki miłością obfitą i bezgraniczną, ale sprawdza się na tyle, że jeszcze trochę tam posiedzę.

Po Songs of Distant Earth wiem, że najwięcej dobrego mogę powiedzieć o jego bardziej elektronicznych czy atmosferycznych rzeczach. Rozumiem konkret czy zwarcie szeregów, ale akurat w takich sytuacjach jeśli nie ma niesamowicie mocnych melodii to dołożenie przejść, czas na mocniejsze wybrzmienie czy takie klimatyczne zawieszenia są naprawdę okej. Nie ma się czego wstydzić. Zyskuje na użyteczności, działa na wyobraźnię, całość lepiej się odbiera jako spójną opowieść. W przypadku Guitars mamy lekko ponad 40 minut nagrań. Myślę sobie tak - po człon się tak spieszyć? Szczególnie, że tutaj podstawową różnicę robią, hmm, takie konkretne gatunkowe realizacje. Mamy coś hard rockowego, trochę bluesa, filmowe elektro miniatury, akustyczne perełki (pamiętacie Popol Vuh?) albo atak na rzeczy z różnych stron świata. Wszystko spaja autorska odpowiedź na frippotronics czy wręcz brzmienie jak z podsyłanej przez Jakuba płyty No-Man. Spokojne pady w stylu muzyki new age, space ambientu, dla mnie taka idealna odpowiedź na to, jak w ten sposób oddać kolor niebieski. Zobaczcie sobie potem okładki Speak, ProjekKct Three, włączcie dowolny utwór z tych płyt. Chyba nie najgorsze skojarzenie i wcale nie takie rzadkie.

Płyta jest niezła, ale brakuje mi takich dobrze zrobionych momentów przestoju czy klimatycznego tła. Czasem naprawdę wypada jak gitara podpięta pod midi i inne zabawki studyjne. Tylko chwilami jest jakaś głębia, a przy tym znika wrażenia włączenia jakiejś wersji demonstracyjnej czegokolwiek tylko duszyczka zapragnie. Zdecydowanie najlepiej wypada w segmencie filmowych melodyjek rodem z filmowych najtisów... czy po prostu płyt Tangerine Dream. Embers jeszcze nie docelowa moc, ale Enigmatism już tak. Świetny jest też początek. Niby Muse powinno być dłuższe, jednak w takiej formie to taki brylancik jak fortepianowe drobnostki u Aphexa. Spójne, klimatyczne, piękne. Cochise siłą rozpędu i kontrastu uzupełnia jak trzeba. B Blues to z kolei chyba najciekawsze rozwinięcie czegoś więcej ponad brzmieniowy standard, jaki Oldfield osiągnął. Równie mocno bywa chwilami w Czterech Wiatrach, choć tam akurat przy akcentach flamenco, country czy hinduskich skojarzeniach robi się trochę tanio. Do tego przejścia są dość chamskie... ale sam pomysł naprawdę ciekawy. Czyli mamy zachód, północ, wschód, południe? Tak bym to słyszał. Reszta aż tak się nie wyróżnia, chyba że drobnymi wpadkami (poza finałem: rozwiniętą powtórka z Embers). Sampel Led Zeppelinów trochę losowy i śmieszny. Na Songs of Distant Earth użył go dwa razy, po Mezzanine trudno wpleść równie skutecznie. Przynajmniej jest dość zabawowo. Największa przeginka na Out of Mind, ten syntetyczny bit jeszcze w miarę, ale typowy hurra optymizm i hard rockowa energia w TAK skrojonym klimacie... drobna pomyłka.

Gitarki dały mi całkiem sporo przyjemności. Szkoda, że chwilami są po łebkach, ale to dość typowe dla Oldfielda, idzie wytrzymać. Jego dłuższe utwory to najczęściej rzeczy gęste aż do przesady. Chyba, że Tubular Bells, tam po prostu gadulstwo psuje 3/4 efektu. Tutaj brakuje kilku minut w stylu nie natchnionego wirtuoza gitary, a mistrza syntezatorowego klimatu. Nawet tło robi w taki mocno angażujący sposób, nie zawsze tak trzeba, szczególnie w tak spójnym materiale. Poza tym miłe zaskoczenie.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 sie 2025 20:33

Tam jest zdaje się kolejno

Północ
Południe
Wschód
Zachód

cytuję Wiki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 08 sie 2025 20:38

To ja zostaję przy swoim heh
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 sie 2025 21:07

Dragon pisze:
08 sie 2025 20:23
Jakub upodobał sobie raczenie naszego szacownego grona płytami typu koncepcyjne wyzwania. Tu coś tylko na moogu, tam tylko gitary.
Kurde, nie zwróciłem na to uwagi, ale faktycznie zdarza mi się wrzucać takie albumy. Nie wiem, może to jakieś wrodzone ciągoty do płyt, które miały jakieś kreatywne założenie polegające na odgórnym ograniczeniu instrumentarium, ale "Guitars" poznałem na długo zanim zacząłem w ogóle w taki sposób myśleć o muzyce. Myślę, że póki co nie zaproponowałem jeszcze albumu w tym stylu, który by totalnie poległ będąc eksperymentalną wydmuszka, ale rozumiem obawy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 sie 2025 13:06

Mike Oldfield - Guitars

Zacznę od cytatu:
devotional pisze:(...)ale przyznam, że z nieskrywaną przyjemnością zapoznam się z całym albumem Guitars.
No więc NIE ZAPOZNAŁEM SIĘ wtedy, ale też jakoś chyba nie miałem na to weny po prostu, albowiem zaobserwowałem, że częściej i chętniej sięgam po całe płyty, z których pochodzą co lepsze wrzutki zapodawane przez wrzucających. Czasem wystarczy mi ciekawość, jak teraz np. wyszło z Kotvaldem i jestem w kropce, bo nie mogę wydostać się z pułapki serowości czeskiej muzyki. Czy oni nagrywają cokolwiek na poważnie?

Tymczasem wracając do tematu, obawiam się, że gdybym wtedy zassał Guitars, bądź chociaż odpalił Spotify czy tam inne YouTube, to bym się jeno... rozczarował. Tzn. teraz też się rozczarowałem, ale chyba w tym konkretnym wypadku wolałem się rozczarować później niż wcześniej. Nie wiem, NIE WIEM. Samo Cochise bardzo mnie pozytywnie wówczas nakręciło, wróciłem do swojej recki sprzed roku i widzę, żem utwór mocno zapropsował. Wcale mnie to nie dziwi, powtórzę te same słowa ponownie, to jest po prostu świetny kawałek z jednym wielkim gitarowym multi-layerem, który wyszedł bardziej niż dobrze i stworzył ten specyficzny, soundtrackowy wręcz klimat najntisowej muzyki. Bardzo byłbym zadowolony, gdyby reszta Guitars brzmiała tak samo, bo właściwie dlaczego nie? Zwłaszcza, że to Oldfield, więc się trochę tego wręcz spodziewałem.

No i przyszło rozczarowanko. Może nie "całe", nie "kompletne" czy też "zupełne", ale spore jego dawki zostały mi zapodane i nic nie mogę z tym zrobić. Całościowy klimat płyta zachowuje względem swojego otwieracza (mam tu na myśli właściwie duet Muse + Cochise, bo to drugie traktuję jako rozwinięcie tego pierwszego, albo wręcz jako część, nazwijmy to robocz, trylogii), niemniej jednak momentami zamienia się w autoparodię, by strawestować imć Murzyna już się tu wypowiadającego. O ile bowiem zarówno Muse, jak i Cochise i jak i - uwaga - Embers budują ten lekko new age'owy wręcz charakter tego albumu, tak cała reszta - z małymi tylko przerwami - brzmi słabo i nawet tandetnie, a to już trochę smutek, gdy weźmie się pod uwagę twórcę i jego dorobek artystyczny. A może w drugą stronę? Może mógł sobie na to zwyczajnie pozwolić?

W takim wypadku częściowo zwracam honor. Częściowo jedynie, albowiem wciąż płyta zostawiła mnie zmehanego i mehającego. Ale do rzeczy - o ile, jak już wspomniałem, Muse, Cochise i Embers wypadają wprost doskonale, tak później zaczyna się trochę psuć. Podoba mi się bardzo ten lekko eteryczny nastrój wszystkich trzech wyżej wymienionych przeze mnie kawałków, zwłaszcza Embers wypada tutaj naprawdę fajnie, wręcz świeżo. Stanowi też dla mnie przedłużenie Muse poprzez Cochise co sprawia, że całego "potrójnego openingu" słucha się chyba najlepiej. Skojarzenia zewnętrzne? The American Dollar z rzeczy nastrojowo-postrockowo-instrumentalnych, ale w takim, powiedzmy, popowym wydaniu. Może też trochę Mogwai, ale tak przed Mogwai, przynajmniej tym "właściwym", no bo już wtedy istnieli trololo. Bardzo dobrze to wchodzi.

Summit Day trochę się wyłamuje, tworzy taki happy-up klimat, który jednocześnie pachnie mi zimnym, wrześniowym porankiem późnego lata, niepozbawionego jednak słońca. Jeśli szkockie wzniesienia czymś brzmią, to brzmią mi właśnie tym numerem. Gaelicko-celtyckie przyprawy to drugie, co w tym kawałku czuję (zaraz po tym zimnym, wrześniowym poranku etc. etc.), chyba najwięcej właśnie Summit Day Oldfielda na tym Oldfieldzie (choć większość krążka to bardziej Mike Newfield hehe). Zrobiło się mniej wprost nostalgicznie, bardziej ilustracyjnie, faktycznie jakby zamknąć oczy to idzie zobaczyć oczyma wyobraźni jakiś zlot krasnoludów czy innych leprekaunów, z powodzeniem ten kawałek mógłby reklamować trzecią odsłonę Heroes of Might and Magic, która ukazała się niecały rok później na rynku. Jednocześnie coś się tutaj zapowiada, wyraźnie.

Jest to inny kierunek, w którym Guitars zaczynają podążać, i za załomem okazuje się, że to nie jest mój kierunek, bądź najmniej przynajmniej preferowany. Out of Sight brzmi już tak, jak to rzekł imć Murzyn, pod którego słowami znów pragnę się podpisać - Twój Stary<TM> z gitarą i octatrackiem w piwnicy postanawia zrealizować swoje marzenie o zostaniu gwiazdą rocka. Że ma słuch i jakieś wyczucie to słychać, ale słychać też, że bije z niego tani sentyment pt. "KIEDY CLAPTON DOTYKAŁ STRUN OCZY ŁEZ PEŁNE" i inne takie, z których to na Muzbawkach wszelakich się nabijają (i nie tylko tam). Serio, ten numer jest słaby jak diabli, brzmi plastikowo, wręcz jak lepszej jakości MIDI rejestrowane jako łejw przy pomocy audacitowego "record what you hear" na lepszym banku brzmień jakiegoś SoundBlastera Audigy sprzed 20 lat.

Potem nadchodzi B Blues i... no dobra, karta się minimalnie odwraca, choć po pierwszych dwóch-trzech odsłuchach chciałem ten numer zjechać przepotwornie. Trochę się z nim przegryzłem ale to głównie dlatego, iż na tle Out of Sight (czy później Out of Mind) wypada on nie aż tak źle. Wciąż, klimat "Twój Stary w piwnicy z tanią podróbą stratocastera, tanim multiefektem z Chin podpiętym do taniego komputera z Windowsem XP" zostaje zachowany. Ja rozumiem, signum temporis, to był rok 1998 i takie rzeczy przechodziły, ale Oldfield totalnie odpina tutaj wrotki (i na większości płyty). Jakby chciał napluć wszystkim w mordę stwierdzeniem "TO JEST MOJE I ROBIĘ CO CHCĘ I MAM OCHOTĘ NA TAKI ALBUM I WUJA MI ZROBICIE". No i spoko, tylko czemu brzmi to tak płaczliwie słabo, aż skręca człowieka w środeczku, bardzo.

Nadchodzi "kobyła" w postaci Czterech Wiatrów na cztery strony świata i cztery różne motywy brzmieniowe. Tak naprawdę ciekawie robi się tutaj "od połowy", albowiem dwóch pierwszych części nie zauważałem aż przez 4 (hehe) odsłuchy płyty, potem wyklarował się ten drugi chociaż (pierwszy do teraz przelatuje mi przez uszy). Wyróżniają się, o co nietrudno, ten wschodni i zachodni, albowiem jadą na tak okrutnych wprost kliszach, że zęby bolą. Co nie oznacza, że brzmią słabo - akurat nie, choć też bardzo soundtrackowo. Twangująca gitara ciągnąca Dzikim Zachodem wprost ze spaghetti westernów Sergia Leone przypomina mi Marca Morelanda z Wall of Voodoo, który wszak wzorował się na Morriconem, więc nie powinno to być zaskakujące. Ale właśnie przez wczesne WoV mam do tego brzmienia sentyment, więc ostatecznie propsuję.

Na szczęście zaraz mamy powrót do para-ambientu z przy akompaniamencie gitar w postaci numeru Enigmatism, który jednak wciąż trzyma ten delikatny odorek Niedoszłej Gwiazdy Rocka<TM>. No ale co, można brzmieć tanio i jednocześnie fajnie, to jeden z tych przypadków. Klimacik zostaje jednak szybko zgaszony absolutnie fatalnym Out of Mind, które bardzo wiernie towarzyszy swojemu "imiennikowi" z pierwszej połowy płyty. Jeszcze gdyby zostać przy tym stricte akustycznym brzmieniu z otwarcia, dodać jakieś padziki i mamy lekki country vibe, to nie, musiały wjechać te przestery na kiju. Melodia może i catchy (no ale w końcu to Oldfield), ale wykonanie brzmi zwyczajnie źle (choć trochę lepiej niż w Out of Sight, które dostaje ode mnie Order Kupy Krążka). Tutaj poziomy serowości są zbyt wysokie, zaś plastikowość wyorbitowała poza skalę.

A potem... potem już jest koniec, jest From the Ashes i po wszystkim, jest From the Ashes a ja jestem back to ashes, zaś połowa Guitars to jest ashes to ashes, bez funk to funky. Powtarzam więc - jestem zawiedziony. Szkoda, bo album w swojej połowie jest dobry, ta połowa jest naprawdę dobra, zaś druga połowa jest do zapomnienia. Nawet zamykacz nie brzmi tak źle, ale nawet on musiał zostać zepsuty tym fatalnym... zakończeniem, jakby użyć najtańszych brzmieniowo sampli z eJaya i stwierdzić, że tak, mamy banger. To takie rozwiązania na poziomie ATB, nie Oldfielda, ale rozumiem, taką miał wizję i hui. Rozumiem też munlupową nostalgię, bo to silny czynnik, trudny do przeskoczenia a na pewno zignorowania.

Koniec końców i ja różne rzeczy zabierałem ze sobą w podróże, i różne po prostu były zabierane przez moich rodziców, zaś ja się z nimi siłą rzeczy zapoznawałem. I też lubię parę takich rzeczy, które uchodzą za "kupowate" bądx zbyt cheesy, by je traktować poważnie. I ja wiem, że to nie jest tak, że Guitars to jakiś wypadek przy pracy, bo taka Oceania brzmi przecież podobnie, ale jest jak jest, w skali szkolnej daję 3+ z lekkim smutkiem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 sie 2025 14:54

Dobra Panowie, 3 tygodnie już, zamykajmy ten album
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 sie 2025 13:38

GUITARS

Nie będę ukrywać, że moja "przygoda" z Oldfieldem jest o wiele mniej porywająca i interesująca niz OPa, a jedyne zetknięcie z nim pod koniec 90sów miało miejsce gdy w wieku 6-7 lat czytałem katalog wysyłkowego klubu Świata Książki, w którym znajdował się dział poświęcony płytom i w którym to była dostępna bodaj trzecia część Dzwonów. Ja sam jej nie słuchałem, bo świadomie Staropolonanina poznałem znacznie później i po prawdzie - zatrzymałem się na Dzwonach Rurowych part 1, Ommadown oraz wiadomych przebojach. Nie są to płyty złe, ba, są to płyty dobre, ale to ponowny przykład artysty, którego z różnych przyczyn nie eksplorowałem głębiej.

No i tu w sukurs przychodzi beatka. Dzięki Bogu, nie dostaliśmy Dzwonów Rurorowych 2136 lub Dzwonów Rurowych vs. Hedora, tylko ten słynny album o nazwie Guitars, który kojarzę w sumie tylko z tego, że Kuba wrzucił go lata temu na forum i którego koncept mnie zaciekawił. Możliwe, ze nawet w swoim czasie go przesłuchałem, ale nigdzie nie mogę znaleźć na to dowodów, a nawet jeśli to musiało być to tak dawno, że nic z niego nie pamiętam ergo podchodzę z tzw. Czystą głową.

Pomimo tego, a może właśnie dlatego, otrzymałem album, który mógłbym nazwać względnie bezpiecznym i poprawnym. To nie jest żadna wielka wada, ale powiedzmy, że rozumiem dlaczego nie trafił do kanonu najwybitniejszych płyt Staropolanina.

Bo to też nie jest źle, gdy moje skojarzenia i myśli dryfują blisko względem soundtracków z gier, programów telewizyjnych i cholera wie czego, bo muzyka z takowych jest spoko i zdarza mi się jej słuchać bez nomen omen kontekstu. Ale jednak po cichu liczyłem na coś więcej, jakiś emocjonalny kop w nery, jakieś coś, co poczuję i trafi do mnie w pełni.

Po cichu, bo jednak na głos zakładałem, że tak będzie, o czym możecie sami się przekonać czytając com pisał o COCHISE rok temu. Nadal uważam, że to jeden z mocniejszych puntków tego albumu i w sumie podtrzymuję wiele rzeczy, które pisałem wtedy, ale rok później i w kontekście całości z jakichś przyczyn aż tak się nie jaram. Bardzo dobry utwór, ale o dziwo wolę go słuchać w oderwaniu od tej płyty niż na niej samej. Nadmienię jeszcze, że podoba mi się ta "rywalizacja" gitar, która w dalszej części tego albumu brzmi różnie, tak tu brzmi jak trzeba. Nawet intro w postaci MUSE (swoją drogą Muse/Cochise to idealny lineup na któreś Dni Łodzi) jakoś mnie nie bierze - jest okej, ale w sumie nie jest mi do niczego potrzebne.

Z rzeczy które mi siadły ciut bardziej na pewno wyróżnię EMBERS. Mógłbym się śmiać, że to niby soundtrack z planszy z gierki po zakończeniu etapu na pustyni, ale w gruncie rzeczy - COŚ w tym jest, jakaś magia, jakaś nostalgia. Podobny vibe nostalgiczno-sentymentalno-napisowo-końcowy ma SUMMIT DAY. Jestem ckliwy, więc nawet to do mnie trafia.

Chciałem napisać, że FOUR WINDS to najbardziej progresywny moment na tej płycie, co w sumie nie odbiegałoby mocno od prawdy, ale warto byłoby zaznaczyć, że progresywność w tym przypadku to dosłownie zagranie paru różnych piosenek w ramach jednego utworu. Niby są trochę oczywiste, nawet trącą trochę kliszą (tak, mam na myśli ten "westernowy" fragment), ale w gruncie rzeczy jest to rzecz całkiem przyjemna. Znając historię Kuby związaną z tą płytą w pełni rozumiem czemu ją tu wrzucił, bo pewnie sam bym się tym podjarał, gdybym miał 12 lat i znał relatywnie niewiele innych rzeczy.

Pro forma jeszcze nadmienię, że FROM THE ASHES sprawdza się jako zamykacz i przejdę może nie do narzekania, co do rzeczy, które już w moim mniemaniu były średnie.

OUT OF SIGHT męczy mnie tym brzmieniem przesterowanej gitary. Nie wiem co Oldfield zrobił by osiągnąć to brzmienie, ale proszę - niech nie robi tego więcej, bo nie jestem w stanie tego słuchać. Sam kawałek też jest nie jest jakiś szczególnie wybitny. Ot, taki tam rocker, który może brzmiąc normalnie bym zdzierżył. Ten sam zarzut mogę podnieść względem kolejnego utworu - B BLUES. Niby jakiś zły nie jest, ale żebym sam z siebie go miał włączyć to nie. O tym, że jest tu ENIGMATISM pamiętam z tracklisty, bo samego utworu nie pamiętam prawie wcale to a wcale.

I na koniec zostawiam OUT OF MIND. Na które pierwotnie chciałem wylać wiadro pomyj, bo kaman - obiektywnie byłoby za co. Mam wrażenie, że to brzmi jak jakiś pastisz tudzież tribute dla szeroko pojętego hard rocka z lat 70. Ciężko stwierdzić, bo to była w gruncie rzeczy tak śmieszna muzyka, że po prawdzie jedno i drugie brzmiałoby tak samo. Dodając do tego to groteskowe brzmienie gitary elektrycznej o którym pisałem wyżej i generalny vibe pijanego starego wyciagającego gitarę z piwnicy oraz wspominającego czasy młodości dostaliśmy... To coś. Coś, co w pierwszej kolejności chciałem zjechać ale prawdę powiedziawszy granica kiczu, groteski i szeroko pojętego PRZEGIĘCIA została tu przekroczona tak, że nie jestem w stanie tego traktować inaczej niż czegoś pokroju mema.

No i ten. Gdy rok temu pisałem w utworówce o Cochise, założyłem, że ten album nie okaże się ani bombą, ani niewypałem, tylko okaże się być niezły. Wyszło na moje. I CO TERAS?
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 sie 2025 17:44

stripped pisze:
17 sie 2025 14:54
Dobra Panowie, 3 tygodnie już, zamykajmy ten album
Ja jestem już w domu i od jutra wracam do gry w bestkach.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 sie 2025 13:44

Mike Oldfield - Guitars

Hien zasugerował jak najlepiej posłuchać tego albumu. I słusznie, bo to w przypadku Guitars ma wg mnie duże znaczenie. Mnie akurat tego mówić nie trzeba, bo ja słucham albumów w różnych okolicznościach dając im szansę zaistnieć w każdy możliwy sposób. Tym razem do lasu Guitars nie wziąłem, bo w lesie akurat nie byłem. Wszak trafiły się inne, jeszcze lepsze okoliczności. Ale po kolei.

Dwa pierwsze odsłuchy odbyły się w warunkach domowych. I szczerze mówiąc z wyjątkiem początku trochę się nudziłem. No ale potem pojechałem do Indonezji i w drugim, wypoczynkowym tygodniu, posłuchałem Guitars już tak, jak należy. Bo czy można wyobrazić sobie lepsze warunki dla takiej muzyki niż gorące lato, piaszczysta plaża, ocean, palmy i totalny relaks? Nawet na leżaku przy hotelowym basenie słuchało się tego dobrze. Bo co jak co, ale teren wokół hoteli Indonezyjczycy potrafią urządzić w oszałamiający sposób. Nasze bungalowe budyneczki i basen były otoczone tak pięknymi alejkami i taką ilością fantastycznej zieleni, iż miało się wrażenie, że leży się w sercu jakiejś tropikalnej dżungli. No i w takich oto warunkach przyszło mi słuchać Guitars. I wtedy ta płyta nabrała dla mnie prawdziwych rumieńców.

Hien wyróżnił w swoim tekście 3 pierwsze utwory. I to jest rzeczywiście najpiękniejszy fragment albumu. Ten fragment zresztą podobał mi się od samego początku. Muse pięknie wprowadza słuchacza w klimat albumu. Bardzo relaksująca nuta z ładną gitarową zagrywką.
Cochise pamiętam z bestki utworowej i miałem ten utwór na liście „Polubione utwory”. Znów ta sama piękna gitara, nieco żywsze tempo, ale wciąż bardzo rozmarzony klimat.
No to co w takim razie powiedzieć o Embers? Przy tym utworze to już serce zupełnie rozmięka. Jest tak bardzo klimatycznie, uroczo, baśniowo wręcz. Wpatrywanie się w morskie fale przy Embers to doprawdy niezwykłe przeżycie. Miewałem nawet ciary muszę przyznać. W ogóle ten klimat i to brzmienie mocno kojarzy mi się z soundtrackiem do filmu „Braveheart”.
Summit Day kontynuuje rozpieszczanie zmysłów. Znów bardzo spokojna muzyka, tak bardzo relaksacyjna, jak to tylko możliwe.

Teraz przechodzimy do tej części płyty, która mi na początku niezbyt odpowiadała. Klimat się zmienia. Ja oczywiście byłem mocno zawiedziony, że nie jest już tak sielsko jak dotychczas. Bo oto wraz z Out of Sight wjeżdżają ostrzejsze gitary. Robi się głośniej, żywiej. Mike pokazuje swoje umiejętności gry na gitarze. Popycha album w nieco inne rejony. Jeżeli mam być szczery to oczywiście wolałbym, żeby od początku do końca było tak, jak podczas pierwszych czterech piosenek. Ale mimo wszystko w miarę kolejnych odsłuchów doceniłem też i te „mocniejsze” utwory. Bo im też nie sposób odmówić melodyjności i uroku. I mimo, iż są żwawsze i głośniejsze, to jednak wciąż dają słuchaczowi sporą dawkę relaksu. Jak choćby bardzo dobre B Blues.
Four Winds to taki 9-minutowy kolosik. Słuchając go bez patrzenia na playlistę długo miałem takie przedświadczenie, że to kilka krótszych utworów. Dopiero z czasem zorientowałem się, że to jeden długi numer zbudowany niejako z czterech połączonych ze sobą części. I każda część jest inna. Najgorsza ta pierwsza - zawsze trochę z niecierpliwością wyczekuję jej końca, bo jednak trochę wytrąca mnie z klimatu. Ale im dalej tym lepiej. Najfajniejsza jest ostatnia część - trochę taka kowbojska nuta bym powiedział.
Enigmatism jest całkiem spoko. Ta gitara brzmiąca jak jakiś flet bardzo ładna.
Out of Mind zaczyna się spokojnie i niewinnie. Folkowo. Później atakują chyba najbardziej agresywne gitary na płycie. Perkusja też daje czadu. Nie jest to złe oczywiście, ale to raczej też fragment albumu mniej przeze mnie lubiany.
From the Ashes na koniec znowu przenosi nas w piękne, bajkowe rejony z początku płyty. Znów jest chillowo , wręcz nostalgicznie. W ogóle ten utwór to takie jakby przedłużenie Embers, które bardzo dobrze nadaje się na zamknięcie płyty.

Pomimo, że generalnie nie jestem miłośnikiem takich instrumentalnych albumów, to jednak polubiłem i doceniłem Guitars. Z początku wydawało mi się, że jest za bardzo monotonnie. Początek albumu super, ale z biegiem czasu te gitary zaczynały mnie nużyć. Wydawało mi się, że tam jest za dużo tego samego. No ale kiedy lepiej się z tą muzyką zapoznałem, kiedy podczas odsłuchów zadziałała magia balijskich scenerii, wtedy przestało mi to przeszkadzać. Nawet potem słuchając tego w domu myślami byłem jednak wciąż na plaży. Bo to tak właśnie działa.
Guitars miało prawdopodobnie szczęście, że Hien dobrze wycyrklował z nim w letni, urlopowy okres. Bo przynajmniej w moim przypadku to się wyśmienicie sprawdziło. Hien wspomniał też, że dobrze się tego słucha w zimowych sceneriach. Jestem ciekawy czy tak jest i na pewno sam to za kilka miesięcy sprawdzę.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 sie 2025 08:05

Podsumowanko i zaczynamy Japońców
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 sie 2025 08:51

Nie mam w zasadzie nic do napisania na podsumowanie więc lećmy dalej
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 sie 2025 09:22

Skoro taka wola to jedziemy z

Polaris – Home
shodan pisze:
16 lip 2025 13:41
Opis będzie krótki, bo mimo wszystko moja przyjaźń z tym zespołem nie jest długa. Gdy 1-go stycznia 2023r. Hien wrzucił w 51 kolejce utwór o jakże wdzięcznym tytule 光と影, to byłem nim szczerze zachwycony i pięć dni później wystawiłem mu prawdziwą laurkę. Zapamiętałem ten zespół, ale po więcej z różnych przyczyn sięgnąłem dopiero rok później. Pościągałem sobie wszystkie albumu Japończyków dzięki życzliwości Hiena, który udostępnił mi pliki. Byłem już wtedy lekko osłuchany z innym japońskim zespołem grającym podobną nutę, czyli Fishmans. W związku z tym muzyka Polaris zatrybiła z marszu. A szczególnie ukochałem sobie ich debiutancki album z 2002r. pt. Home. To z niego pochodzi zarówno utwór 光と影, jak i Slow Motion, który swego czasu prezentowałem z Depeszwizji. Ale podoba mi się cały album, który jest na bardzo wysokim i wyrównanym poziomie. Nie ma tam absolutnie słabych momentów. Płyta trwa ponad godzinę pomimo, iż zawiera tylko 10 utworów, z czego trzy bardzo krótkie. Ale jest też kilka numerów 10+. Jednak zawsze przelatuje mi szybko i niepostrzeżenie. Po prostu słucha się tego tak dobrze, że nie wiadomo kiedy się kończy.
Jako, że poznałem ten zespół za sprawą naszego forumowego kolegi Jakuba, to już jakiś czas temu oczywiście zapytałem go o zgodę na użycie Home w albumówce. Chciałem po prostu uniknąć ewentualnego i nieumyślnego podebrania komuś wrzutki. Uzyskałem akceptację, więc prezentuję Wam oto to dzieło.
Będzie lekka robota przynajmniej dla jednego z Was. ;)

https://www.youtube.com/watch?v=JwAzhcC ... rt_radio=1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 sie 2025 17:12

Polaris - Home

Wracamy do Polaris za sprawą płyty którą zachwycił się Wujas, swoją drogą to chyba pierwszy taki album w bestce który pojawia się tu będąc "sprzedany" komuś już w trakcie trwania bestek. Dotychczasowe dwa spotkania z Polaris wspominam jako OK ale nic mi też w głowie nie zostało, zobaczymy czy ta płyta to zmieni.

Intro nie wymaga dłuższej rozkminy, jest krótkie i dość przyjemne, pętla na gitarce i zwiewne wokalne chórki tworzą dość sielską atmosferę. Numer jest na tyle krótki i nieskomplikowany że w sumie też zbytnio nie zapada w pamięć, ot po prostu sobie jest zbytnio nie wadząc.

Drugi numer na płycie trwa umiarkowane jak na ten album 6 minut. Jest to lekkie gitarowe granie, takie trochę pop rockiem/indie popem pachnące, wokalista coś tam śpiewa ale znając angielski rozumiem jedynie refrenowe "home's where I want to beeeee". Nie, nie czyniłem tego wysiłku żeby szukać tłumaczeń tekstów tej japońskiej kapeli, może Wujek mi wybaczy. Pomimo faktu że to już taki treściwszy i pełnoprawny utwór w odróżnieniu od intra ten zasadniczo jest mi jednakowo obojętny.

Następnie dostajemy... przerywnik w postaci miniaturki zwanej "spin" takiej myślę w sam raz na jeden... spin? Sorry jest to dla mnie zwykły wypełniacz tracklisty.

Czwarty w kolejności jest numer który Hien wrzucał do bestki utworowej na otwarcie roku 2023 bodajże (3 bestka). Zasadniczo nawet chwaliłem wówczas ten kawałek i pamiętam że podobała mi się tamta kolejka bestki i mam sentyment do tej 3 bestki trochę. Pisałem też że nieco mi się to granie jakoś kojarzyło z Myslovitz i coś w tym jest ale też nie za dużo, zrzuciłbym to na karb po prostu że tak się grało w tamtej epoce trochę, trochę to takie shoegaze'owe może? A może mylę teraz pojęcia jako laik zwyczajnie. Ciepłe brzmienie, nieco smuteczkowe ale bez smęcenia, z zimową szarówką kojarzy mi się obecnie ten numer. Zasadniczo nadal jest spoko ale nadal też nie zrobił u mnie takiej furory jak różne inne munlupizmy i do murzyńskiego kanonu się nie wdarł. Jest to też pierwszy pełnoprawny długasek na tej płycie trwając ponad 10 minut.

Utwór piąty to taki umiarkowany długasek, mamy nieco 7 minut a to już wychodzi poza ramy zwyczajnego numeru w moim postrzeganiu. Mamy żywsze tempo, znów lekki i weselszy vibe, taki azjatycko beztroski i happy że tak powiem z braku lepszego określenia, ale prawdę mówiąc po prostu mi to nie robi. Chłopaki jak dla mnie przynudzają w tego typu numerach.

Szósty jest balladowy numer You Are My Song i tak jak przed chwilą marudziłem na wesoły poprzedni utworek tak ten balladowy smutasek, o ile można go tak określić - jest niestety jeszcze gorszy. Tu już robi się jakoś cringe'owo w moim mniemaniu. Od samego początku ten kawałek mnie totalnie odrzucał i nadal uważam go za najgorszy na albumie. Pozytyw jest jeden - do końca albumu już nie powinno być tak źle.

No i kiedy Murzyn już tracił resztki nadziei związanych z tą płytą wtedy wchodzi on - rycerz na białym koniu tej płyty czyli kolejny długasek pt. Slow Motion znany nam już skądinąd z depeszwizji dzięki shodanowi. O ile pamiętam Wujas wrzucił go do edycji 10+ gdzie chyba umiarkowanie go doceniłem jakoś w połowie punktowej skali i trochę o nim zapomniałem. Dobrze że jednak zmuszony zostałem wrócić do niego przy okazji tej płyty bo teraz dopiero w pełni go doceniłem i polubiłem. I to jest już jak najbardziej przedstawiciel kanonu moich ukochanych melancholijnych długasków, długi numer, jednostajny groove, hipnotyczna pętla gitarowa i ten ciepło smutny munlupowy vibe, aż dziw ale tym razem mogę pochwalić Wuja za nosa bo to fantastyczny kawałek i dołączył u mnie do grona sobie podobnych których w znakomitej większości dostarczał do tej pory na tym forum Kuba (innym japońskim przedstawicielem na mojej długasowej plejce jest choćby Yurameki In The Air).

No także tego, zaliczyliśmy zatem już dno tej płyty i zaraz potem wdrapaliśmy się na sam szczyt, zostaje zatem chyba nam jakieś plateau do końca tej płyty? Ale najpierw rzecz jasna - kolejny przerywnik, miniaturka, fillerek w postaci
6:37 a.m. Tym razem bardziej klimatyczny, mający dziwny, nieco niepokojący nastrój.

Przedostatni numer to kolejny przedstawiciel ponad 10 minutowych długasów. Jeśli pytacie po cholerę przy każdym numerze wspominam o tym ile trwają - być może dlatego by je jakoś odróżniać od siebie albo pogrupować albo w sumie nie wiem bo ten numer nie ma się nijak do dwóch poprzednich znanych z bestki utworowej i dewizji. Po prostu sobie jest... Żeby zapamiętać który to zapiszę sobie tu teraz że to ten w którym śpiewają AJ NOŁ TENO NAKANI, choć nic mi to nie mówi. Nie wiem no, słuchając go za każdym razem naprawdę nudziłem się jak mops nie mogąc znaleźć tu nic dla siebie, bo choć na papierze numer długi, groove jednostajny ale gdzieś vibe nie ten, nie jest to takie munlupizowanie już jak dla mnie a bardziej właśnie nudy na pudy, być może wokal i to przeciąganie słów jest dla mnie męczące?

Zostaje zatem ostatni już numer na płycie, kolejny 10-minutowiec, dwa pierwsze były spoko, poprzedni był słabiutki, ten ma żywsze tempo czyli znów wracamy w te weselsze indie pop rockowe klimaty. Myślę że w tym miejscu jest to nawet i może wskazana pobudka po tamtym zamulaczu, takie szturchnięcie w ramię kiedy słuchacz już przysypiał przed napisami końcowymi. Bo ten numer ma taki vibe happy endu, zostawia słuchacza z pozytywną nutą w głowie i jakimś miłym skojarzeniem a to istotne żeby miał on potem chęć wracać do tej płyty. Tak widzę że w sumie za wiele nie chwaliłem na tej płycie niech zatem będzie że to trzeci najlepszy kawałek z albumu po tych dwóch które już znałem. Warta wyróżnienia jest ta pauza w 6:40, pierdoła ale cieszy, ogólnie znów mam poczucie że chłopaki tu jakoś tak po polsku grają. Myślę że biorąc pod uwagę że dwa utwory z płyty znałem wcześniej a tego jednego zbytnio nie kojarzyłem nawet do ostatniego odsłuchu to rzutem na taśmę można go chyba uznać za największy grower albumu. Ta instrumentalna końcówka się fajnie ciągnie w nieskończoność, tu im sie udało.



Suma summarum no nie jest to płyta którą bym łykał w całości i w tej postaci tu zapewne wracał nie będę. Propsy za Slow Motion, ten numer ze mną zostanie, generalnie chyba już mi wystarczy japońskiej muzy na jakiś czas po spotkaniach z Fishmans i Polaris. To nie moje klimaty tak do końca, choć zdarza im się trafić w sedno czasem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 sie 2025 15:23

Polaris – Home

Miłym aspektem późniejszego etapu bestek jest to, że czasami zataczamy koło i trafiamy na płyty zespołów, które sami komuś sprzedaliśmy w ramach tej zabawy. Polaris, kiedy ich zapremierowałem sto lat temu, pewnego styczniowego dnia, zebrało wtedy bardzo dobre recenzje od chyba każdego. Wujas zwłaszcza stał się podatny na japońszczyznę, na tym forum to chyba on ma rekordowe ilości przesłuchań Fishmans, a w przypadku Polaris, to nawet mnie w tyle zostawił.

O tym, jak poznałem zespół, już pisałem, ale przypomnę tego, że w jego skład wchodzi TEN basista Fishmans. O tym, że jest on w moim top5 basistów z całego świata, mogłem również już pisać. Facet dosłownie niesie każdy numer swoim groovem, a jednak żeby się tak odznaczyć będąc basistą (z których toczy się bekę i generalnie czasami podważa jakąkolwiek istotność ich roli w zespołach), to trzeba mieć w sobie to coś. No, ale nie tylko Yuzuru błyszczy w Polaris, bo Yusuke Oya pisze świetne piosenki, ma rewelacyjny wokal i do tego jest doskonałym gitarzystą. Dla mnie, Polaris to takie japońskie no-man, pod tym względem, że jest to dwóch typów, którzy mają między sobą niepowtarzalną więź, a ta owocuje niezwykłą i klimatyczną muzyką.

„Home” to chyba ich najbardziej znana płyta. Na fali rozlania się muzyki Fishmans po świecie, via RYM, skorzystali tez Polaris, i ten album wymieniany jest nieraz jednych tchem koło klasyków Rybaży. Debiut, to jedna z tych płyt, o których trudno mi się pisze w rozbiciu na utwory, bo lubię jej słuchać w całości, i jako całość to działa niesamowicie. Pominę opisy krótszych kawałków, bo często są to intra lub outra kawałków, lub małe wyimki, czasami gitarowe, czasami bardziej ambientowe. Trudno o nich mówić w oderwaniu od całości, bo ich rola nie jest wyciąganie przed szereg (co nie znaczy, że one nie potrafią się tak obronić). Paradoksalnie, nie będę się też trzymał kolejności, żeby nie opisywać po drobnicy albumu, który każdy z was słyszał. “光と影”, to ten długas, co go wrzucałem te parę lat temu (potem też w krótkiej wersji z klipem). Pamiętam, że się wtedy cykałem i rozważałem zaprezentowanie tego kawałka w wersji singlowej, bo długość i monotonność oryginału może się odbić na odbiorze i po prostu ściągnąć uwagę na to, na co nie powinno. Ostatecznie stwierdziłem, że do diabła z tym, wlatuje normalna wersja. Okazało się, że nikomu nie przeszkadzały te 10 minut+, kawałek się obronił. I to bardzo dobrze opisuje cały ten album, bo długasów nie brakuje. Co ciekawe, to nie są długasy w rozumieniu np. progresywnym, że ok, kawałek ma 15 minut, ale tam są tak naprawdę fragmenty 10 utworów, a jeszcze milion zmian, tak zwanych „sól” oraz zmyłek. Polaris tacy nie są. Te utwory są proste i teoretycznie nie nadają się do wydłużania w nieskończoność, a jednak, jest coś tak hipnotycznego w ich muzyce, w tych pięknych wokalnych fragmentach kiedy Yusuke po prostu nuci jakieś lalala, tiriri, czy tututu. A kawałek leci i nawet nie wiadomo kiedy zlatuje te kilkanaście minut, bez żadnych zmian, segmentów, itd., po prostu lecąc to samo w loopie. Ryzykowne, ale kiedy ma się fach w łapie i fantazję, to to działa. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nie na każdego Polaris tak działa, no ale to moja recenzja. Różnice między kawałkami zespołu, trudno uchwycić w tekście (bo nie znamy japońskiego, poza jakimiś śladowymi fragmentami po angielsku), w brzmieniu jako takim, czy nawet po tytułach, bo nawet mnie trudno się czasami połapać, co jest co. Różnice tkwią bardziej w nastroju, bo np. “光と影” ma w sobie tę zajebistą dawkę melancholii i smutku, połączonej z tym charakterystycznym uczuciem, że stanie się coś dobrego, tak ”愛の手の中に” uderza w bardziej introspektywne tony i kojarzy się z obserwowaniem deszczu padającego za oknem. To są subtelne różnice, bo generalnie cały output Polaris można streścić zwrotami „melancholijne” i „sentymentalne”, ale przecież nie zawsze jesteśmy sentymentalni w ten sam sposób. „季節” też porusza się w tym kręgu, jest tu zdecydowanie więcej smutku, ale też znacznie żywszy podkład, no i TEN groove Yuzuru Kashiwabary. Można tańczyć, będąc w smutnym i melancholijnym nastroju? Nie ma się chyba wyboru, bo przy tym kawałku, człowiek bezwiednie zaczyna podrygiwać. Jeżeli przekazem jest „smuć się, ale nie trać nadziei”, to Polaris robią to dobrze, a do tego robią to samą muzyką. Ja również nie tłumaczyłem sobie tekstów, tzn. widziałem parę przekałdów na angielski, ale z tekstami Japończyków kwestia jest taka, że nawet na nasze warunki, bywają one mocno ckliwe. Nie są złe, ale też ich interpretacja wymagałaby nie tylko suchego tłumaczenia, ale głębszego wejścia w głowy Japończyków, to jak myślą, itd., albowiem są to ludzie bardzo wrażliwi i czasami proste słowa u nich wystarczą. „Slow Motion” to również coś, co przywodzi na myśl obserwowanie padającego deszczu, ale z drugiej strony, wchodzące lub zachodzące słońce tez pasuje. Ostatecznie, melancholia może dopaść człowieka niezależnie od pogody, czy pory dnia, a Polaris serwują to wszystko w wyjątkowo uniwersalnym wydaniu. No, ale są jeszcze krótsze utwory, które nie polegają aż tak bardzo na hipnotyczności wykonań Polarisów.

Tu wkracza „You Are My Song”, który jest kawałkiem tak pięknym, że wręcz nie chce mi się o tym pisać, bo nie umiem znaleźć odpowiednich słów. Ani nie ma tutaj masywnego czasu trwania, ani nie ma też charakterystycznego bujania Yuzuru, którym potrafiłby sprzedać wszystko. To jest niemal Yusuke solo, ale jak ten człowiek tu brzmi i jaki utwór przedstawia. Nie ma sensu się silić na jakieś słowa. „ねじまわし„ to chyba najbardziej inny kawałek na całym albumie (pomijając kilka miniaturek skręcających w bardziej eksperymentalne rejony). Mniej tu czystego zadumania, więcej konkretnego rytmu. Tutaj chyba najbardziej czuć ducha Fishmans, co ciekawe w elementach, które oni sami bardzo rzadko ze sobą łączyli (albo było skocznie, ale relatywnie wesoło, w ostateczności neutralnie, albo smutno, wolno, i instrumentalnie w rejonach innych zabiegów muzycznych). „天気図„ zostawiam na koniec, bo to kolejny, dosyć inny utwór. Atmosfera bardzo podobna do reszty, ale za to jest to zdecydowanie najbardziej rytmiczny kawałek na albumie. Yuzuru mógłby grać to solo, a efekt by był równie mocny. Japońskich smuteczków nie brakuje, ale są one niejako trzymane na baczność przez tę, z braku innego słowa, taneczność kawałka.

Uwielbiam ten album, tak jak zresztą wszystko to, co Polaris słyszałem (a nie spieszę się z rozgrzebywaniem ich dyskografii, w strachu, że w końcu zabraknie mi płyt). Dla fanów tej płyty (okaże się ilu ich będzie), polecam towarzyszące „Home” mini albumy pt” „Polaris” i „Tide”. Jest kilka powtórek, ale np. jest singlowa wersja „季節”(dla niecierpliwych), jeszcze dłuższa (ponad 12 minut) wersja „Slow Motion” oraz trochę ciekawych miniaturek i dłuższych instrumentali, np. „4:30 am”, które stanowi naturalne intro do „光と影.

Piękna płyta na okres kiedy w zasadzie pożegnaliśmy mentalnie lato, ale jesień jeszcze się nie rozwinęła, więc jesteśmy w zawieszeniu. Wujowi polecam też koncertówki Polaris, zwłaszcza te wczesne, bo kawałki potrafią się jeszcze bardziej rozrastać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 04 wrz 2025 17:41

Przypominam o Polaris, 2 tygodnie minęły zaczynamy trzeci i wierzę że ostatni
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup