Mike Oldfield - Guitars
Zacznę od cytatu:
devotional pisze:(...)ale przyznam, że z nieskrywaną przyjemnością zapoznam się z całym albumem Guitars.
No więc NIE ZAPOZNAŁEM SIĘ wtedy, ale też jakoś chyba nie miałem na to weny po prostu, albowiem zaobserwowałem, że częściej i chętniej sięgam po całe płyty, z których pochodzą co lepsze wrzutki zapodawane przez wrzucających. Czasem wystarczy mi ciekawość, jak teraz np. wyszło z Kotvaldem i jestem w kropce, bo nie mogę wydostać się z pułapki serowości czeskiej muzyki. Czy oni nagrywają cokolwiek na poważnie?
Tymczasem wracając do tematu, obawiam się, że gdybym wtedy zassał Guitars, bądź chociaż odpalił Spotify czy tam inne YouTube, to bym się jeno... rozczarował. Tzn. teraz też się rozczarowałem, ale chyba w tym konkretnym wypadku wolałem się rozczarować później niż wcześniej. Nie wiem, NIE WIEM. Samo Cochise bardzo mnie pozytywnie wówczas nakręciło, wróciłem do swojej recki sprzed roku i widzę, żem utwór mocno zapropsował. Wcale mnie to nie dziwi, powtórzę te same słowa ponownie, to jest po prostu świetny kawałek z jednym wielkim gitarowym multi-layerem, który wyszedł bardziej niż dobrze i stworzył ten specyficzny, soundtrackowy wręcz klimat najntisowej muzyki. Bardzo byłbym zadowolony, gdyby reszta Guitars brzmiała tak samo, bo właściwie dlaczego nie? Zwłaszcza, że to Oldfield, więc się trochę tego wręcz spodziewałem.
No i przyszło rozczarowanko. Może nie "całe", nie "kompletne" czy też "zupełne", ale spore jego dawki zostały mi zapodane i nic nie mogę z tym zrobić. Całościowy klimat płyta zachowuje względem swojego otwieracza (mam tu na myśli właściwie duet Muse + Cochise, bo to drugie traktuję jako rozwinięcie tego pierwszego, albo wręcz jako część, nazwijmy to robocz, trylogii), niemniej jednak momentami zamienia się w autoparodię, by strawestować imć Murzyna już się tu wypowiadającego. O ile bowiem zarówno Muse, jak i Cochise i jak i - uwaga - Embers budują ten lekko new age'owy wręcz charakter tego albumu, tak cała reszta - z małymi tylko przerwami - brzmi słabo i nawet tandetnie, a to już trochę smutek, gdy weźmie się pod uwagę twórcę i jego dorobek artystyczny. A może w drugą stronę? Może mógł sobie na to zwyczajnie pozwolić?
W takim wypadku częściowo zwracam honor. Częściowo jedynie, albowiem wciąż płyta zostawiła mnie zmehanego i mehającego. Ale do rzeczy - o ile, jak już wspomniałem, Muse, Cochise i Embers wypadają wprost doskonale, tak później zaczyna się trochę psuć. Podoba mi się bardzo ten lekko eteryczny nastrój wszystkich trzech wyżej wymienionych przeze mnie kawałków, zwłaszcza Embers wypada tutaj naprawdę fajnie, wręcz świeżo. Stanowi też dla mnie przedłużenie Muse poprzez Cochise co sprawia, że całego "potrójnego openingu" słucha się chyba najlepiej. Skojarzenia zewnętrzne? The American Dollar z rzeczy nastrojowo-postrockowo-instrumentalnych, ale w takim, powiedzmy, popowym wydaniu. Może też trochę Mogwai, ale tak przed Mogwai, przynajmniej tym "właściwym", no bo już wtedy istnieli trololo. Bardzo dobrze to wchodzi.
Summit Day trochę się wyłamuje, tworzy taki happy-up klimat, który jednocześnie pachnie mi zimnym, wrześniowym porankiem późnego lata, niepozbawionego jednak słońca. Jeśli szkockie wzniesienia czymś brzmią, to brzmią mi właśnie tym numerem. Gaelicko-celtyckie przyprawy to drugie, co w tym kawałku czuję (zaraz po tym zimnym, wrześniowym poranku etc. etc.), chyba najwięcej właśnie Summit Day Oldfielda na tym Oldfieldzie (choć większość krążka to bardziej Mike Newfield hehe). Zrobiło się mniej wprost nostalgicznie, bardziej ilustracyjnie, faktycznie jakby zamknąć oczy to idzie zobaczyć oczyma wyobraźni jakiś zlot krasnoludów czy innych leprekaunów, z powodzeniem ten kawałek mógłby reklamować trzecią odsłonę Heroes of Might and Magic, która ukazała się niecały rok później na rynku. Jednocześnie coś się tutaj zapowiada, wyraźnie.
Jest to inny kierunek, w którym Guitars zaczynają podążać, i za załomem okazuje się, że to nie jest mój kierunek, bądź najmniej przynajmniej preferowany. Out of Sight brzmi już tak, jak to rzekł imć Murzyn, pod którego słowami znów pragnę się podpisać - Twój Stary<TM> z gitarą i octatrackiem w piwnicy postanawia zrealizować swoje marzenie o zostaniu gwiazdą rocka. Że ma słuch i jakieś wyczucie to słychać, ale słychać też, że bije z niego tani sentyment pt. "KIEDY CLAPTON DOTYKAŁ STRUN OCZY ŁEZ PEŁNE" i inne takie, z których to na Muzbawkach wszelakich się nabijają (i nie tylko tam). Serio, ten numer jest słaby jak diabli, brzmi plastikowo, wręcz jak lepszej jakości MIDI rejestrowane jako łejw przy pomocy audacitowego "record what you hear" na lepszym banku brzmień jakiegoś SoundBlastera Audigy sprzed 20 lat.
Potem nadchodzi B Blues i... no dobra, karta się minimalnie odwraca, choć po pierwszych dwóch-trzech odsłuchach chciałem ten numer zjechać przepotwornie. Trochę się z nim przegryzłem ale to głównie dlatego, iż na tle Out of Sight (czy później Out of Mind) wypada on nie aż tak źle. Wciąż, klimat "Twój Stary w piwnicy z tanią podróbą stratocastera, tanim multiefektem z Chin podpiętym do taniego komputera z Windowsem XP" zostaje zachowany. Ja rozumiem, signum temporis, to był rok 1998 i takie rzeczy przechodziły, ale Oldfield totalnie odpina tutaj wrotki (i na większości płyty). Jakby chciał napluć wszystkim w mordę stwierdzeniem "TO JEST MOJE I ROBIĘ CO CHCĘ I MAM OCHOTĘ NA TAKI ALBUM I WUJA MI ZROBICIE". No i spoko, tylko czemu brzmi to tak płaczliwie słabo, aż skręca człowieka w środeczku, bardzo.
Nadchodzi "kobyła" w postaci Czterech Wiatrów na cztery strony świata i cztery różne motywy brzmieniowe. Tak naprawdę ciekawie robi się tutaj "od połowy", albowiem dwóch pierwszych części nie zauważałem aż przez 4 (hehe) odsłuchy płyty, potem wyklarował się ten drugi chociaż (pierwszy do teraz przelatuje mi przez uszy). Wyróżniają się, o co nietrudno, ten wschodni i zachodni, albowiem jadą na tak okrutnych wprost kliszach, że zęby bolą. Co nie oznacza, że brzmią słabo - akurat nie, choć też bardzo soundtrackowo. Twangująca gitara ciągnąca Dzikim Zachodem wprost ze spaghetti westernów Sergia Leone przypomina mi Marca Morelanda z Wall of Voodoo, który wszak wzorował się na Morriconem, więc nie powinno to być zaskakujące. Ale właśnie przez wczesne WoV mam do tego brzmienia sentyment, więc ostatecznie propsuję.
Na szczęście zaraz mamy powrót do para-ambientu z przy akompaniamencie gitar w postaci numeru Enigmatism, który jednak wciąż trzyma ten delikatny odorek Niedoszłej Gwiazdy Rocka<TM>. No ale co, można brzmieć tanio i jednocześnie fajnie, to jeden z tych przypadków. Klimacik zostaje jednak szybko zgaszony absolutnie fatalnym Out of Mind, które bardzo wiernie towarzyszy swojemu "imiennikowi" z pierwszej połowy płyty. Jeszcze gdyby zostać przy tym stricte akustycznym brzmieniu z otwarcia, dodać jakieś padziki i mamy lekki country vibe, to nie, musiały wjechać te przestery na kiju. Melodia może i catchy (no ale w końcu to Oldfield), ale wykonanie brzmi zwyczajnie źle (choć trochę lepiej niż w Out of Sight, które dostaje ode mnie Order Kupy Krążka). Tutaj poziomy serowości są zbyt wysokie, zaś plastikowość wyorbitowała poza skalę.
A potem... potem już jest koniec, jest From the Ashes i po wszystkim, jest From the Ashes a ja jestem back to ashes, zaś połowa Guitars to jest ashes to ashes, bez funk to funky. Powtarzam więc - jestem zawiedziony. Szkoda, bo album w swojej połowie jest dobry, ta połowa jest naprawdę dobra, zaś druga połowa jest do zapomnienia. Nawet zamykacz nie brzmi tak źle, ale nawet on musiał zostać zepsuty tym fatalnym... zakończeniem, jakby użyć najtańszych brzmieniowo sampli z eJaya i stwierdzić, że tak, mamy banger. To takie rozwiązania na poziomie ATB, nie Oldfielda, ale rozumiem, taką miał wizję i hui. Rozumiem też munlupową nostalgię, bo to silny czynnik, trudny do przeskoczenia a na pewno zignorowania.
Koniec końców i ja różne rzeczy zabierałem ze sobą w podróże, i różne po prostu były zabierane przez moich rodziców, zaś ja się z nimi siłą rzeczy zapoznawałem. I też lubię parę takich rzeczy, które uchodzą za "kupowate" bądx zbyt cheesy, by je traktować poważnie. I ja wiem, że to nie jest tak, że Guitars to jakiś wypadek przy pracy, bo taka Oceania brzmi przecież podobnie, ale jest jak jest, w skali szkolnej daję 3+ z lekkim smutkiem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl