Best of Forum IX
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dub Pistols - Cyclone
Grałem kiedyś w THPS2, mogło być po latach dołączone do jakiegoś pisma o grach bądź po prostu trafił w moje ręce pirat. Pamiętam, że bawiłem się całkiem nieźle przy tej grze, choć jakie mam umiejętności jazdy na desce to niech Munlup opowie, bo widział (plot twist - żadne). Muzy z niej w ogóle nie pamiętam, ale taki miałem problem z grami z licencjonowaną muzą, że albo utwór lub dwa lub trzy mi utknęły w głowie (np. z NFSU tylko Get Low lol), albo żaden (nie mówimy o GTA). Strasznie fajny ten kawałek, wkręca się diabelsko, sposób, w jaki wyśpiewywany jest refren zajeżdża mi wręcz jakąś wokalną grą słów, szybko łeb zaczął mi się bujać. Murzyn jak wyciągnie dip kata to głowa mała (dla mnie to deep cut i o). O grupie, rzecz jasna, nie słyszałem, ale chyba ten kawałek mi wystarczy.
The Orb - Khàron
Jak poprzednie kosmowrzutki tej edycji od Smoka mnie nie ruszyły jakoś mocno, tak tutaj czuję się porwany w przestrzeń, uniwersum, które przypomina o moich własnych początkach z ambientem, kiedy najpierw jesienią 2005 sięgnąłem po Music for Airports, a już w lutym kolejnego roku po The Plateaux of Mirror. A potem wleciał sam Budd, a potem Foxx z Buddem, a potem więcej Eno (I DORMIENTI, THURSDAY AFTERNOON, ON LAND DO CHOLERY!), zaś wiele wiosen później zapoznałem się głębiej z twórczością Banco de Gaia (gdzie też bywały ambienciki solidne naprawdę). The Orb... nazwę znam, ale nie sięgałem jakoś bardzo poza bestką, wszak wrzucał ich Melczet (nim definitywnie przepadł). Lub za mało (bo mogłem w tzw. latach formacyjnych, kiedy Soulseek pracował u mnie dosłownie 24/7 ze względu na słaby transfer i wyszukiwanie przeze mnie totalnych śmieci w epoce przed box setami ze wszystkim; pamiętam ich remiks jednego kawałka Yello, ale był taki se), i tak - nie ma czego żałować, a trzeba się cieszyć, że jeszcze tyle muzyki zostało do odkrycia. Wspaniała kompozycja, czil i delikatny transik na pełnej, w sam raz na moje skołatane dziś nerwy (aż do końca kwietnia nie będzie lepiej). A moment, w którym wchodzą synthy jest wprost dopierdolony i nie znajdę lepszego słowa na to. Ciekawy skok jakościowy, albowiem Orbus Terrarum trochę zmehałem. Najwyraźniej są wydania i są wydania. No tutaj jest wspaniale i tyle, chylę copkę <3
The Cure - Going Nowhere
Rzecz którą najbardziej pamiętam z odsłuchu tego krążka The Cure jest to, że nigdy nie pamiętam odsłuchu tego krążka The Cure. Kiedy sięgałem po coraz to więcej rzeczy od Smitha i Spółki przez pierwszą połowę 2007 roku (koincydencja czasowa z Hienem niemalże hehe), to czułem rosnące zniechęcenie aż do Bloodflowers, które wyrwało mnie z kapci (jakby, Out of This World czy The Loudest Sound to są wybitne numery i nie zapraszam do dyskusji). Zaś The Cure... no, musiało się odleżeć. Długo wracałem tylko do Anniversary w zasadzie, bo miało dla mnie tego "ducha". Najwyraźniej nie dojrzałem, ponieważ po czasie stwierdziłem, że nawet kiedyś niemal znienawidzony przeze mnie Mint Car jest super. Więc tak - płyta wciąż nie jest moim faworytem, ale Going Nowhere broni się dla mnie i teraz, choć kawałek to kjurowy dość tanio, albo zbyt mocno nawiązujący do ich dawniejszej twórczości. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę, niektórym wolno żreć własny ogon w opór. Oczywiście najlepsze jest munlupowe backstory - ja o rzeczonej Ance mogłem już słyszeć (i zapewne tak było), ale mój mózg ewidentnie wyzerował detale by móc podążać za zapodawaną w bestce narracją. Znów - reluję w jakiś sposób, całkowicie rozumiem "gadanie ze światem przez statusy GG", sam tak robiłem back in the day. Czuję się zainspirowany do zrobienia własnej opowieści w tej formule, zobaczymy, co z tego będzie. Może za rok, może za dwa. A tymczasem kłaniam się nisko za świetny kawałek i świetny kawałek historii ^^
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
Jezu, jakieś hiraganowo-katakanowe rzeczy (plus kanji) z muzą rodem z porzuconych, liminalnych tokijskich arcade'ów (pachinko? nie potrafiłem zrozumieć fenomenu tej gry, za to przerażali mnie wpatrzeni jak Polacy w minimalną w ekrany i kulki ludzie). Albo liminalny kryminał umieszczony w inspirowanych mangą backroomsach. Generalnie to jest trochę muza do dłuższych rolek tiktokowo-instagramowych. Ale ma ten piękny, noirowy vibe, który swego czasu w innej formie zapodawali tu Munlup i Murzyn. Faktycznie, trochę ta muza brejowata, ale mnie to akurat osobiście pasuje, więc czuję się kupiony. Pod czytanie powieści o smutnych, przynajmniej dwukrotnie rozwiedzionych i wiecznie wstawionych detektywach z Tą Jedną Nigdy Nierozwiązaną Sprawą jak znalazł. Kiedyś sobie to puszczę, jak będę w swoim długim ciemnym płaszczu pocinał przez wyludnioną warszawską starówkę jakąś listopadową i deszczową nocą. Klimacik jest, co tu dużo mówić. Tak więc ja szanuję nawet, jeśli to jest wrzuta z sufitu. Ale jakoś nie wierzę w brak ciekawych historii Mentosa. Jakby, kaman, spotkanie z Drendą. Ja to mogłem najwyżej... no, nic nie mogłem. Tylko słuchać takiej muzy i łazić po Ursusie.
Bomfunk MC's - B-boys and Fly Girls
W zasadzie ten kawałek uświadomił mi, że jedyne co znam od Bomfunków to ten nieszczęsny Frifrifrifristajla. Trochę... szkoda, bo być może nagrali jeszcze sporo ciekawej muzy do której zwyczajnie nie miałem okazji podejść, bo wszędzie ten cholerny FREESTYLER. Dziś też chyba do niczego innego się nie wraca. Ale gdyby zaserwowano mi B-boys etc. nawet kiedy miałem te, powiedzmy, 10-11 lat, to raczej bym tego nie chwycił. Melodyjności w tym mało (ale parę rozwiązań z tzw. słynnej kasety jest), chwytliwe ani trochę, cóż, nie tym razem generalnie. Fajnie usłyszeć coś innego, tylko szkoda, że akurat niefajnego xD Nie no, wyjdę trochę na marudę pewnie, ale trudno. Kolejka miała dobry rozpęd, tu go nieco utraciła, choć może to jeden z tych numerów co zyskuje z czasem, albo w innych okolicznościach. Chociaż akurat bit jest dobry, aż się czasy szkolnych dyskotek przypominają. Naprawdę to było dawno temu kurde.
Grałem kiedyś w THPS2, mogło być po latach dołączone do jakiegoś pisma o grach bądź po prostu trafił w moje ręce pirat. Pamiętam, że bawiłem się całkiem nieźle przy tej grze, choć jakie mam umiejętności jazdy na desce to niech Munlup opowie, bo widział (plot twist - żadne). Muzy z niej w ogóle nie pamiętam, ale taki miałem problem z grami z licencjonowaną muzą, że albo utwór lub dwa lub trzy mi utknęły w głowie (np. z NFSU tylko Get Low lol), albo żaden (nie mówimy o GTA). Strasznie fajny ten kawałek, wkręca się diabelsko, sposób, w jaki wyśpiewywany jest refren zajeżdża mi wręcz jakąś wokalną grą słów, szybko łeb zaczął mi się bujać. Murzyn jak wyciągnie dip kata to głowa mała (dla mnie to deep cut i o). O grupie, rzecz jasna, nie słyszałem, ale chyba ten kawałek mi wystarczy.
The Orb - Khàron
Jak poprzednie kosmowrzutki tej edycji od Smoka mnie nie ruszyły jakoś mocno, tak tutaj czuję się porwany w przestrzeń, uniwersum, które przypomina o moich własnych początkach z ambientem, kiedy najpierw jesienią 2005 sięgnąłem po Music for Airports, a już w lutym kolejnego roku po The Plateaux of Mirror. A potem wleciał sam Budd, a potem Foxx z Buddem, a potem więcej Eno (I DORMIENTI, THURSDAY AFTERNOON, ON LAND DO CHOLERY!), zaś wiele wiosen później zapoznałem się głębiej z twórczością Banco de Gaia (gdzie też bywały ambienciki solidne naprawdę). The Orb... nazwę znam, ale nie sięgałem jakoś bardzo poza bestką, wszak wrzucał ich Melczet (nim definitywnie przepadł). Lub za mało (bo mogłem w tzw. latach formacyjnych, kiedy Soulseek pracował u mnie dosłownie 24/7 ze względu na słaby transfer i wyszukiwanie przeze mnie totalnych śmieci w epoce przed box setami ze wszystkim; pamiętam ich remiks jednego kawałka Yello, ale był taki se), i tak - nie ma czego żałować, a trzeba się cieszyć, że jeszcze tyle muzyki zostało do odkrycia. Wspaniała kompozycja, czil i delikatny transik na pełnej, w sam raz na moje skołatane dziś nerwy (aż do końca kwietnia nie będzie lepiej). A moment, w którym wchodzą synthy jest wprost dopierdolony i nie znajdę lepszego słowa na to. Ciekawy skok jakościowy, albowiem Orbus Terrarum trochę zmehałem. Najwyraźniej są wydania i są wydania. No tutaj jest wspaniale i tyle, chylę copkę <3
The Cure - Going Nowhere
Rzecz którą najbardziej pamiętam z odsłuchu tego krążka The Cure jest to, że nigdy nie pamiętam odsłuchu tego krążka The Cure. Kiedy sięgałem po coraz to więcej rzeczy od Smitha i Spółki przez pierwszą połowę 2007 roku (koincydencja czasowa z Hienem niemalże hehe), to czułem rosnące zniechęcenie aż do Bloodflowers, które wyrwało mnie z kapci (jakby, Out of This World czy The Loudest Sound to są wybitne numery i nie zapraszam do dyskusji). Zaś The Cure... no, musiało się odleżeć. Długo wracałem tylko do Anniversary w zasadzie, bo miało dla mnie tego "ducha". Najwyraźniej nie dojrzałem, ponieważ po czasie stwierdziłem, że nawet kiedyś niemal znienawidzony przeze mnie Mint Car jest super. Więc tak - płyta wciąż nie jest moim faworytem, ale Going Nowhere broni się dla mnie i teraz, choć kawałek to kjurowy dość tanio, albo zbyt mocno nawiązujący do ich dawniejszej twórczości. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę, niektórym wolno żreć własny ogon w opór. Oczywiście najlepsze jest munlupowe backstory - ja o rzeczonej Ance mogłem już słyszeć (i zapewne tak było), ale mój mózg ewidentnie wyzerował detale by móc podążać za zapodawaną w bestce narracją. Znów - reluję w jakiś sposób, całkowicie rozumiem "gadanie ze światem przez statusy GG", sam tak robiłem back in the day. Czuję się zainspirowany do zrobienia własnej opowieści w tej formule, zobaczymy, co z tego będzie. Może za rok, może za dwa. A tymczasem kłaniam się nisko za świetny kawałek i świetny kawałek historii ^^
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
Jezu, jakieś hiraganowo-katakanowe rzeczy (plus kanji) z muzą rodem z porzuconych, liminalnych tokijskich arcade'ów (pachinko? nie potrafiłem zrozumieć fenomenu tej gry, za to przerażali mnie wpatrzeni jak Polacy w minimalną w ekrany i kulki ludzie). Albo liminalny kryminał umieszczony w inspirowanych mangą backroomsach. Generalnie to jest trochę muza do dłuższych rolek tiktokowo-instagramowych. Ale ma ten piękny, noirowy vibe, który swego czasu w innej formie zapodawali tu Munlup i Murzyn. Faktycznie, trochę ta muza brejowata, ale mnie to akurat osobiście pasuje, więc czuję się kupiony. Pod czytanie powieści o smutnych, przynajmniej dwukrotnie rozwiedzionych i wiecznie wstawionych detektywach z Tą Jedną Nigdy Nierozwiązaną Sprawą jak znalazł. Kiedyś sobie to puszczę, jak będę w swoim długim ciemnym płaszczu pocinał przez wyludnioną warszawską starówkę jakąś listopadową i deszczową nocą. Klimacik jest, co tu dużo mówić. Tak więc ja szanuję nawet, jeśli to jest wrzuta z sufitu. Ale jakoś nie wierzę w brak ciekawych historii Mentosa. Jakby, kaman, spotkanie z Drendą. Ja to mogłem najwyżej... no, nic nie mogłem. Tylko słuchać takiej muzy i łazić po Ursusie.
Bomfunk MC's - B-boys and Fly Girls
W zasadzie ten kawałek uświadomił mi, że jedyne co znam od Bomfunków to ten nieszczęsny Frifrifrifristajla. Trochę... szkoda, bo być może nagrali jeszcze sporo ciekawej muzy do której zwyczajnie nie miałem okazji podejść, bo wszędzie ten cholerny FREESTYLER. Dziś też chyba do niczego innego się nie wraca. Ale gdyby zaserwowano mi B-boys etc. nawet kiedy miałem te, powiedzmy, 10-11 lat, to raczej bym tego nie chwycił. Melodyjności w tym mało (ale parę rozwiązań z tzw. słynnej kasety jest), chwytliwe ani trochę, cóż, nie tym razem generalnie. Fajnie usłyszeć coś innego, tylko szkoda, że akurat niefajnego xD Nie no, wyjdę trochę na marudę pewnie, ale trudno. Kolejka miała dobry rozpęd, tu go nieco utraciła, choć może to jeden z tych numerów co zyskuje z czasem, albo w innych okolicznościach. Chociaż akurat bit jest dobry, aż się czasy szkolnych dyskotek przypominają. Naprawdę to było dawno temu kurde.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dub Pistols - Cyclone
Skejtery... jedyne pokrewieństwo to jedna z misji (?) w Spyro na Playstation, gdzie jeździło na desce i robiło określone wyzwanie. Przegraliśmy w to z bratem dziesiątki godzin. Sam numer pasuje do ilustrowania czegoś dynamicznego. Akrobacje na motorach, powtórki zawodów na snowboardzie, skejtery też pasują, jak najbardziej. Lekkie brejki adekwatne do epoki, z której pochodzą. Trochę na jazzowo, trochę dubowo, rap oczywiście najgorszy (no bo nie za bardzo o niego chodzi), ale refren wynagradza. Solidnie.
The Cure - Going Nowhere
Nie mam ręki rysownika, umiałbym niewiele więcej ponad załączona okładka do płyty The Cure. Kontekst wyraźnie sprzyja pewnej interpretacji, ale to jest taka pozornie prosta, choć głęboka emocjonalnie piosenka. Nie wiem jak na moje 21 lat - gdyby moje miłości gimnazjalne słuchały tego zamiast BMTH, to na luzie skrobałbym na piórniku cytaty z Going Nowhere. Gadu Gadu już przebrzmiało, a z Ask FM wychodziłem. Kontur emocji jednoczesnie posępny, emo, depresyjny, bez nadziei. Zaskakująco zwyczajne jak na rzecz ze Smithem na wokalu. Chyba rzecz dla fanatoli.
Led Er Est - Man and Tree
Niby całkiem dobrze wchodzi w klimacik zblazowania i psychodeli, ale równie mocno zobojętnia. Śpiewanko od niechcenia sprzyja temu, by podejść do tego kawałka z dużym dystansem. Całkiem zwyczajna perka z automatu, dużo wodnistych brzmień, mało wyrazistych pasaży. Na pewno zgadzam się, że brzmi bardzo hipstersko. Samo to słowo dziś wypada równie dobrze co podrzucony kawałek, jego największa popularności chyba przypada na ten sam okres. Wyjątkowo oklepane, nie wiem, po prostu mnie znudziło. Moev byli lepsiejsi.
telepath - japońskie
Dobrze znam ten elektro projekt, bo to w końcu połowa 2814. Poza tym było jeszcze kilka innych vaporowych pseudonimów. Sam mam czym rzucić spod tego szyldu, choć nie wiem jak z legalnością wykorzystania sampli i obecnością w streamingach. Rozdzielanie na podgatunki w muzie okołoduchologicznej tego typu to jest harda nerdoza, nawet nie zaczynam. Osobno zakłócenia typu zepsuta kaseta, brzmienia z zamkniętej kilka lat temu galerii handlowej z Geantem i Tesco, slut... slushwave? No ok, niech będzie. Sporo pogłosu, porno jazzujący element obecny, ni to new age, ni to world music jak u Hassella. Niepozorne wdziera się pod kopułę. Znowu mam 9 lat i trafiam na pornoanonse w nocy na TVN Turbo, straszy white noise ze zgubionego kanału w analogowej kablówce, czarują multipipy, a moja chrzestna posiada dekoder Cyfry+ z interfejsem jak z Wizji. Bawiłem się dobrze. Moje muzyczne rejony, jak to często bywa z Sebą. Hongkong Express też spoko!
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Massive Attack, Mike Oldfield, Bomfunk MCs i Led Zeppelin. Pewne perkusyjne dźwięki są po prostu za dobre, by ich nie wykorzystać w setce różnych utworów, stylistyk. Po pierwsze: oczywiście do tej pory nie znałem. Po drugie: siłą rzeczy nie cierpi na przegrzanie jak Freestyler, ale poza tym jest po prostu lepsze. Też bym tego słuchał do przeglądarówki o motorach czy monster trackach. Latające lasie? Wystarczy jednoślad. Przede wszystkim nie ma jakichś żenujących elementów aranżu, brzmi naprawdę godnie. Wujas odnalazł coś do polubienia w miejscu, którego bym nigdy nie określił jako przyjazne. Szacuneczek.
Zmęczony ostatnimi dniami. Całkiem zadowolony z kolejki.
Skejtery... jedyne pokrewieństwo to jedna z misji (?) w Spyro na Playstation, gdzie jeździło na desce i robiło określone wyzwanie. Przegraliśmy w to z bratem dziesiątki godzin. Sam numer pasuje do ilustrowania czegoś dynamicznego. Akrobacje na motorach, powtórki zawodów na snowboardzie, skejtery też pasują, jak najbardziej. Lekkie brejki adekwatne do epoki, z której pochodzą. Trochę na jazzowo, trochę dubowo, rap oczywiście najgorszy (no bo nie za bardzo o niego chodzi), ale refren wynagradza. Solidnie.
The Cure - Going Nowhere
Nie mam ręki rysownika, umiałbym niewiele więcej ponad załączona okładka do płyty The Cure. Kontekst wyraźnie sprzyja pewnej interpretacji, ale to jest taka pozornie prosta, choć głęboka emocjonalnie piosenka. Nie wiem jak na moje 21 lat - gdyby moje miłości gimnazjalne słuchały tego zamiast BMTH, to na luzie skrobałbym na piórniku cytaty z Going Nowhere. Gadu Gadu już przebrzmiało, a z Ask FM wychodziłem. Kontur emocji jednoczesnie posępny, emo, depresyjny, bez nadziei. Zaskakująco zwyczajne jak na rzecz ze Smithem na wokalu. Chyba rzecz dla fanatoli.
Led Er Est - Man and Tree
Niby całkiem dobrze wchodzi w klimacik zblazowania i psychodeli, ale równie mocno zobojętnia. Śpiewanko od niechcenia sprzyja temu, by podejść do tego kawałka z dużym dystansem. Całkiem zwyczajna perka z automatu, dużo wodnistych brzmień, mało wyrazistych pasaży. Na pewno zgadzam się, że brzmi bardzo hipstersko. Samo to słowo dziś wypada równie dobrze co podrzucony kawałek, jego największa popularności chyba przypada na ten sam okres. Wyjątkowo oklepane, nie wiem, po prostu mnie znudziło. Moev byli lepsiejsi.
telepath - japońskie
Dobrze znam ten elektro projekt, bo to w końcu połowa 2814. Poza tym było jeszcze kilka innych vaporowych pseudonimów. Sam mam czym rzucić spod tego szyldu, choć nie wiem jak z legalnością wykorzystania sampli i obecnością w streamingach. Rozdzielanie na podgatunki w muzie okołoduchologicznej tego typu to jest harda nerdoza, nawet nie zaczynam. Osobno zakłócenia typu zepsuta kaseta, brzmienia z zamkniętej kilka lat temu galerii handlowej z Geantem i Tesco, slut... slushwave? No ok, niech będzie. Sporo pogłosu, porno jazzujący element obecny, ni to new age, ni to world music jak u Hassella. Niepozorne wdziera się pod kopułę. Znowu mam 9 lat i trafiam na pornoanonse w nocy na TVN Turbo, straszy white noise ze zgubionego kanału w analogowej kablówce, czarują multipipy, a moja chrzestna posiada dekoder Cyfry+ z interfejsem jak z Wizji. Bawiłem się dobrze. Moje muzyczne rejony, jak to często bywa z Sebą. Hongkong Express też spoko!
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Massive Attack, Mike Oldfield, Bomfunk MCs i Led Zeppelin. Pewne perkusyjne dźwięki są po prostu za dobre, by ich nie wykorzystać w setce różnych utworów, stylistyk. Po pierwsze: oczywiście do tej pory nie znałem. Po drugie: siłą rzeczy nie cierpi na przegrzanie jak Freestyler, ale poza tym jest po prostu lepsze. Też bym tego słuchał do przeglądarówki o motorach czy monster trackach. Latające lasie? Wystarczy jednoślad. Przede wszystkim nie ma jakichś żenujących elementów aranżu, brzmi naprawdę godnie. Wujas odnalazł coś do polubienia w miejscu, którego bym nigdy nie określił jako przyjazne. Szacuneczek.
Zmęczony ostatnimi dniami. Całkiem zadowolony z kolejki.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Panowie chyba już zajęci malowaniem pisanek
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jedni piszą laurki a inni już malują pisanki
Będę dzisiaj w późniejszych godzinkach
Będę dzisiaj w późniejszych godzinkach
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dub Pistols - Cyclone
No, w końcu ktoś tknął Hawk-core. Gdyby Murzyn z tym nie wszedł, to ja bym pewnie „Cyclone” kiedyś wrzucił, ale kiedy nie mam pojęcia. Jeden z bardziej klimatycznych kawałków z całej serii THPS, kiedy słyszę ten refren, te trąbki i skrecze, od razu rzuca mną nostalgia i przypominają mi się chwile spędzone przy kompie/konsoli. Bardzo fajna mieszanka hip-hopu i innych stylistycznych wpływów, np. ska. Przez ostatnie lata, sprawdzam płyty zespołów, które do tej pory znane mi były tylko za pojedynczych utworów z THPS, więc i do Dub Pistols pewnie niedługo dojdę. Ehh, sentymenty. Ten OST jest nie do ruszenia.
The Orb — Khàron
The Orb, z jakiegoś powodu, nigdy nie chciało mi się sprawdzać, poza tym jednym momentem kiedy wydali album z Gilmourem, przesłuchałem go i w sumie tyle. Kawałek wrzucony przez Dragonowicza, to bardzo sympatyczny ambient. Nie wiem, czy można wiele więcej powiedzieć o nim. Ładny arp, przyjemne pady, eleganckie pianino. Dla mnie może mniej kosmiczny niż poprzednie propozycje, ale nadal zalatuje próżnią i brakiem atmosfery (to żart, jak coś). Powiem nawet, co się pewnie Robertowi średnio spodoba, że mocno mi się ten kawałek kojarzy z wczesnym no-man, zwłaszcza to pianino i ambienty w tle. Na razie się nie rzucę na The Orb, bo mam zaległe albumu podrzucone przez Dragona w taki lub inny sposób, ale może kiedyś, no kto wie.
Led Er Est - Man and Tree
Nie mam teraz kompletnie ochoty na fejkowe ejtisy, zwłaszcza takie naśladujące wykonawców, którzy nie umieli śpiewać i mieli tylko jeden, najprostszy automat perkusyjny (mimo, że lubię minimal). Pisze to od razu, bo generalnie kawałek jest ok i nawet to plumkanie na klawiszach mi się podoba, ale przyznam jednocześnie, że z ulgą przyjąłem zakończenie numeru. Musiał-core, najtypowszy, który czasami mi wchodzi, a czasami odrzuca na kilometr. Obiektywizm, to jest jednak coś, do czego człowiek musi się czasami zmuszać, więc sorry, że ta recenzja jest wystękana, ale nie chce się pastwić nad czymś, co jest spoko, ale zwyczajnie mi teraz nie wchodzi.
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
prostytutka, to jest taka muzyka, że jednocześnie bym ją zjechał i wychwalał. Jeżeli to jest ukradzione i po prostu zwolnione, to trochę siusiak, ale jeśli ktoś to faktycznie nagrał, albo chociaż posklejał sam, to już ok. Klimat, ZNOWU, kojarzy mi się z wczesnym no-manem (to naśladowania Karna na basie), ale też z wczesnym Munlupem i tym śmiesznym początkiem lat 90, który był de facto jeszcze obiema nogami w poprzedniej dekadzie. Ostatnio oglądamy sobie z żoną Borewicza na TVP Historia, i kiedy słucham tej muzy, to od razu mam przed oczami nocną Warszawę z 1981 r., małe i duże fiaty oraz syrenki zaparkowane rządkiem pod blokami, każdy z fają w gębie, Piotr Fronczewski wymachujący szklaną butelką coli, żeby nikt nie przeoczył i Bronisław Cieślak, śpiący w koszuli, pod wielkim dywanem zawieszonym na ścianie. Nie da się nie docenić tak ładnie wygenerowanej atmosfery.
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Wuja prezentuje nam dyskografię Bomfunk MC’s po utworach, sprytne. W ogóle, wyobraziłem sobie, jak żona Wujowi w 2005 puszcza Taylor Swift, a ten się oburza, że co to za gówno xD
Kurde, nie znałem tego kawałka. Ja generalnie od BMC’s znałem świadomie tylko Freestylera, ale i tak spodziewałem się, że jak usłyszę to „B-Boys”, to pewnie nagle się okaże, że kojarzę kawałek, tymczasem nie zadzwoniło w żadnym kościele. Fajny numer, przypomina mi odrobinę Fatboy Slima z tamtych czasów, można było wtedy mieć łatwy hit takim powtarzaniem motyów i w tamtych czasach byłem sporym fanem tej sceny, po prostu mi się to podobało. Gdybym miał Wuja wrzutę na mp3, to pewnie był słuchał w kółko. Trochę nie rozumiem, jak ja mogłem tego wcześniej nie słyszeć. Czego się człowiek nie nauczy w tej bestce.
Jako, że sam wjeżdżam późno, to nie będę hitleryzował, ale fajnie by było dzisiaj tę kolejkę zamknąć.
No, w końcu ktoś tknął Hawk-core. Gdyby Murzyn z tym nie wszedł, to ja bym pewnie „Cyclone” kiedyś wrzucił, ale kiedy nie mam pojęcia. Jeden z bardziej klimatycznych kawałków z całej serii THPS, kiedy słyszę ten refren, te trąbki i skrecze, od razu rzuca mną nostalgia i przypominają mi się chwile spędzone przy kompie/konsoli. Bardzo fajna mieszanka hip-hopu i innych stylistycznych wpływów, np. ska. Przez ostatnie lata, sprawdzam płyty zespołów, które do tej pory znane mi były tylko za pojedynczych utworów z THPS, więc i do Dub Pistols pewnie niedługo dojdę. Ehh, sentymenty. Ten OST jest nie do ruszenia.
The Orb — Khàron
The Orb, z jakiegoś powodu, nigdy nie chciało mi się sprawdzać, poza tym jednym momentem kiedy wydali album z Gilmourem, przesłuchałem go i w sumie tyle. Kawałek wrzucony przez Dragonowicza, to bardzo sympatyczny ambient. Nie wiem, czy można wiele więcej powiedzieć o nim. Ładny arp, przyjemne pady, eleganckie pianino. Dla mnie może mniej kosmiczny niż poprzednie propozycje, ale nadal zalatuje próżnią i brakiem atmosfery (to żart, jak coś). Powiem nawet, co się pewnie Robertowi średnio spodoba, że mocno mi się ten kawałek kojarzy z wczesnym no-man, zwłaszcza to pianino i ambienty w tle. Na razie się nie rzucę na The Orb, bo mam zaległe albumu podrzucone przez Dragona w taki lub inny sposób, ale może kiedyś, no kto wie.
Led Er Est - Man and Tree
Nie mam teraz kompletnie ochoty na fejkowe ejtisy, zwłaszcza takie naśladujące wykonawców, którzy nie umieli śpiewać i mieli tylko jeden, najprostszy automat perkusyjny (mimo, że lubię minimal). Pisze to od razu, bo generalnie kawałek jest ok i nawet to plumkanie na klawiszach mi się podoba, ale przyznam jednocześnie, że z ulgą przyjąłem zakończenie numeru. Musiał-core, najtypowszy, który czasami mi wchodzi, a czasami odrzuca na kilometr. Obiektywizm, to jest jednak coś, do czego człowiek musi się czasami zmuszać, więc sorry, że ta recenzja jest wystękana, ale nie chce się pastwić nad czymś, co jest spoko, ale zwyczajnie mi teraz nie wchodzi.
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
prostytutka, to jest taka muzyka, że jednocześnie bym ją zjechał i wychwalał. Jeżeli to jest ukradzione i po prostu zwolnione, to trochę siusiak, ale jeśli ktoś to faktycznie nagrał, albo chociaż posklejał sam, to już ok. Klimat, ZNOWU, kojarzy mi się z wczesnym no-manem (to naśladowania Karna na basie), ale też z wczesnym Munlupem i tym śmiesznym początkiem lat 90, który był de facto jeszcze obiema nogami w poprzedniej dekadzie. Ostatnio oglądamy sobie z żoną Borewicza na TVP Historia, i kiedy słucham tej muzy, to od razu mam przed oczami nocną Warszawę z 1981 r., małe i duże fiaty oraz syrenki zaparkowane rządkiem pod blokami, każdy z fają w gębie, Piotr Fronczewski wymachujący szklaną butelką coli, żeby nikt nie przeoczył i Bronisław Cieślak, śpiący w koszuli, pod wielkim dywanem zawieszonym na ścianie. Nie da się nie docenić tak ładnie wygenerowanej atmosfery.
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Wuja prezentuje nam dyskografię Bomfunk MC’s po utworach, sprytne. W ogóle, wyobraziłem sobie, jak żona Wujowi w 2005 puszcza Taylor Swift, a ten się oburza, że co to za gówno xD
Kurde, nie znałem tego kawałka. Ja generalnie od BMC’s znałem świadomie tylko Freestylera, ale i tak spodziewałem się, że jak usłyszę to „B-Boys”, to pewnie nagle się okaże, że kojarzę kawałek, tymczasem nie zadzwoniło w żadnym kościele. Fajny numer, przypomina mi odrobinę Fatboy Slima z tamtych czasów, można było wtedy mieć łatwy hit takim powtarzaniem motyów i w tamtych czasach byłem sporym fanem tej sceny, po prostu mi się to podobało. Gdybym miał Wuja wrzutę na mp3, to pewnie był słuchał w kółko. Trochę nie rozumiem, jak ja mogłem tego wcześniej nie słyszeć. Czego się człowiek nie nauczy w tej bestce.
Jako, że sam wjeżdżam późno, to nie będę hitleryzował, ale fajnie by było dzisiaj tę kolejkę zamknąć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Orb - Kharon
Wyjątkowo udana ambientowa wrzutka, bardzo dobra produkcja, świetnie to brzmi. Pianinko wisienką na tym rozmytym dźwiękowym torcie, nadaje też całości wiosennego klimatu. Chętnie bym przy tym poleżał na kanapie w takim stanie półświadomości na granicy jawy i snu przy uchylonym oknie wdychając zapach ziemi świeżo zroszonej deszczem. Lubię takie długaski przy których nie czuć boleśnie tego upływu czasu.
The Cure - Going Nowhere
Dłuższą chwilę zachodziłem w głowę jakim cudem Kuba wrzucił numer z płyty której słuchałem i nawet lubiłem a którego nie kojarzę - ot sprawa prosta, miałem najwyraźniej zassaną wersję amerykańską tej płyty na której nie było tego utworu. Po latach coś doczytałem że był jeszcze taki bonus-nie-bonus track jak Going Nowhere ale chyba już się nie wgryzłem mocniej. W każdym razie The Cure z 2004 r. to był IMO album na którym oni wycisnęli esencję z tego co w ich brzmieniu było najlepsze od lekkiego jangly popu po mroczne gotyckie dźwięki. Pewnikiem gdybym znał Going Nowhere w tym 2008 bodajże kiedy go poznawałem też mógłbym mieć taki sam opis ustawiony na GG wzdychając do tej czy owej. Fajny track i fajnie wrócić do tego wydania Kjurów.
telepath - ???
Proszę wybaczyć mnie że nie będę tych szlaczków tytułowych już kopiował. Vaporwave to muza nastawiona na sentymentalny vibe i tego jest tu cała tona. Dla mnie to taka muza na którą trzeba mieć odpowiedni moment i w sumie nawet pod wiosenne scenerie to pasuje gdy patrzę za okno na mokre ulice z jednej strony i zieleniejące trawniki z drugiej. Moment zawieszenia w przyrodzie i moment zawieszenia w muzyce. Powiedzmy po prostu że przyjemnie się tego słuchało.
Bomfunk MC's - B-Boys & Fly Girls
Taki dziwny ten numer trochę, z jednej strony taka Bania u Cygana z drugiej jeszcze gitarowy riff i kwasowe przejścia w stylu Josha Winka... Trochę zwykła łupanina a drugą nogą niemalże jak coś co pogrywałoby właśnie w grach sportowych typu Fifka czy Tony Hawk. Mimo wszystko numer jest raczej prosty, ma toporne brzmienie i nie jest to coś do czego chciałbym wracać. Siłą wyobraźni wyobrażam sobie Wujasa z żelowym jeżykiem na głowie i okularach przeciwsłonecznych gibiącego sie przy tym w tamtej epoce i to chociaż wywołuje uśmiech na twarzy.
Led Er Est - Man and Tree
Tbh jakoś nie pomyślałbym nawet by nazwać ten numer udawanymi ejtisami. Brzmi jak typowa hipsteriada końca lat zerowych czy początku dziesiętnych. Jeśli mam być szczery to chyba już jestem nieco znudzony takimi wrzutkami. Generalnie nie bardzo wiem co napisać o tym kawałku bo jest taki... Nijaki? Automat perkusyjny i nad nim jakaś nieuporządkowana maź instrumentów do tego wokal nieco zawodzący w stylu jakiegoś Roberta Szmita? Nie czuję tego, jestem zmęczony takim graniem więc po prostu napiszę że to jest yyy nie dla mnie i nie będę do tego wracał.
Wyjątkowo udana ambientowa wrzutka, bardzo dobra produkcja, świetnie to brzmi. Pianinko wisienką na tym rozmytym dźwiękowym torcie, nadaje też całości wiosennego klimatu. Chętnie bym przy tym poleżał na kanapie w takim stanie półświadomości na granicy jawy i snu przy uchylonym oknie wdychając zapach ziemi świeżo zroszonej deszczem. Lubię takie długaski przy których nie czuć boleśnie tego upływu czasu.
The Cure - Going Nowhere
Dłuższą chwilę zachodziłem w głowę jakim cudem Kuba wrzucił numer z płyty której słuchałem i nawet lubiłem a którego nie kojarzę - ot sprawa prosta, miałem najwyraźniej zassaną wersję amerykańską tej płyty na której nie było tego utworu. Po latach coś doczytałem że był jeszcze taki bonus-nie-bonus track jak Going Nowhere ale chyba już się nie wgryzłem mocniej. W każdym razie The Cure z 2004 r. to był IMO album na którym oni wycisnęli esencję z tego co w ich brzmieniu było najlepsze od lekkiego jangly popu po mroczne gotyckie dźwięki. Pewnikiem gdybym znał Going Nowhere w tym 2008 bodajże kiedy go poznawałem też mógłbym mieć taki sam opis ustawiony na GG wzdychając do tej czy owej. Fajny track i fajnie wrócić do tego wydania Kjurów.
telepath - ???
Proszę wybaczyć mnie że nie będę tych szlaczków tytułowych już kopiował. Vaporwave to muza nastawiona na sentymentalny vibe i tego jest tu cała tona. Dla mnie to taka muza na którą trzeba mieć odpowiedni moment i w sumie nawet pod wiosenne scenerie to pasuje gdy patrzę za okno na mokre ulice z jednej strony i zieleniejące trawniki z drugiej. Moment zawieszenia w przyrodzie i moment zawieszenia w muzyce. Powiedzmy po prostu że przyjemnie się tego słuchało.
Bomfunk MC's - B-Boys & Fly Girls
Taki dziwny ten numer trochę, z jednej strony taka Bania u Cygana z drugiej jeszcze gitarowy riff i kwasowe przejścia w stylu Josha Winka... Trochę zwykła łupanina a drugą nogą niemalże jak coś co pogrywałoby właśnie w grach sportowych typu Fifka czy Tony Hawk. Mimo wszystko numer jest raczej prosty, ma toporne brzmienie i nie jest to coś do czego chciałbym wracać. Siłą wyobraźni wyobrażam sobie Wujasa z żelowym jeżykiem na głowie i okularach przeciwsłonecznych gibiącego sie przy tym w tamtej epoce i to chociaż wywołuje uśmiech na twarzy.
Led Er Est - Man and Tree
Tbh jakoś nie pomyślałbym nawet by nazwać ten numer udawanymi ejtisami. Brzmi jak typowa hipsteriada końca lat zerowych czy początku dziesiętnych. Jeśli mam być szczery to chyba już jestem nieco znudzony takimi wrzutkami. Generalnie nie bardzo wiem co napisać o tym kawałku bo jest taki... Nijaki? Automat perkusyjny i nad nim jakaś nieuporządkowana maź instrumentów do tego wokal nieco zawodzący w stylu jakiegoś Roberta Szmita? Nie czuję tego, jestem zmęczony takim graniem więc po prostu napiszę że to jest yyy nie dla mnie i nie będę do tego wracał.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, właśnie GN nie był bonusem, tylko go zwyczajnie Amerykanom wycięli, co jest kuriozalne i nie zrozumiem, co to miało na celu. Niemniej, Robert potwierdzał, że album oficjalnie kończy się na GN. Też miałem najpierw tę wykastrowaną wersję, bo była popularniejsza w necie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dla mnie to nawet dziwne bo The Promise brzmi jak taki kolos na zamknięcie albumu heh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Promise spoko zamyka album, ale GN jest takim fajnym ps. na zasadzie kołysanki na dobranoc. W ogóle to jest zajebisty album.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jest spoko i chyba niedoceniony też.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja, Seba? Od jutra lecimy dalej
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dub Pistols - Cyclone
Gry z serii THPS były kiedyś dołączane do CD Action. Było to w czasach, kiedy jeszcze regularnie kupowałem to pismo. THPS 2 mam chyba nawet do dzisiaj w szufladzie, ale nigdy w to nie grałem. Jakoś nie pociągała mnie wizja jeżdżenia na desce. Co do samego utworu – całkiem niezły. Myślę, że idealnie nadaje się jako podkład do gry typu THPS. Ale i bez gry dobrze się słucha. Fajny refren szczególnie. Trąbki robią dobrą robotę. W ogóle fajny vibe ma ten numer. Taki optymistyczny, luzacki i nieźle buja.
The Orb - Khàron
Tak mi się jakoś wydawało, że już ich w bestce słuchaliśmy. Sprawdziłem dla pewności i tak, Melki dawno temu wrzucał ich album. Album, który dosyć chwaliłem, choć z początku łatwo nie było. Tutaj mamy kawałek kosmicznego ambientu. Bardzo kosmicznego w przeciwieństwie do poprzedniej propozycji Dragona. Utwór płynie sobie przez 12 minut, a człowiek nie chce, żeby się to skończyło. Tak relaksująca i odprężająca to jest nuta. Pianino robi niesamowicie dobre wrażenie. A wchodzące w pewnym momencie synthy dają utworowi właśnie tego kosmicznego posmaku. Kosmicznej podróży po bezkresnych galaktykach. No ale przede wszystkim to pianino błyszczy. Super muzyka. Czekam niecierpliwie na zapowiadany album od The Orb. W ogóle muszę też wrócić po czasie do albumu Orbvs Terrarvm.
The Cure – Going Nowhere
Nie znałem za bardzo Kiurów od tej strony. Może w ogóle znam ich mniej niż powinienem? Ale ta melancholijna i smutna strona zespołu prezentowana w Going Nowhere bardzo mi się podoba. Wiecie, że lubię smutkowanie w muzyce. Lubię słuchać smutnej nuty bez względu na mój nastrój. Lubię gdy jestem szczęśliwy. Jeszcze bardziej lubię, gdy mnie coś trapi lub gnębi. Bo smutna muzyka jest najpiękniejsza. Oczami wyobraźni widzę młodego Jakuba wzdychającego do dziewczyny przy dźwiękach tego utworu. Ja za młodu też byłem bardzo niezdecydowany i nieśmiały. Wiele fajnych dziewczyn pewnie przez to przeleciało mi koło nosa. Były okazje, a ja nie wiedziałem, co mam zrobić. Mogłem sobie tylko wzdychać przy nucie podobnego typu. Bo tak to już jest, że człowiek przygnębiony lubi się jeszcze bardziej pognębić taką muzyką.
Led Er Est - Man and Tree
No cóż, nie będę łaskawszy od poprzedników, bo mi ten utwór też nie podszedł. Dev miał w historii bestek sporo zarówno perełek jak i nijakich wrzutek. Man and Tree moim zdaniem niewątpliwie przynależy do tej drugiej grupy. Właściwie nic mi się tu nie podoba. Ani warstwa dźwiękowa, ani tym bardziej irytujący wokal. Linia melodyczna też do zapomnienia. Tak więc nie tym razem.
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
No tutaj też mi za bardzo nie po drodze niestety. Niby jest tutaj sporo klimatu, ale to nie klimat dla mnie. W życiu bym nie powiedział, że to jakaś odmiana vaporwave’u. A już na pewno bym nie powiedział, że to ma coś wspólnego z klimatami azjatyckimi jak sugerował Musiał. Bardziej mi się kojarzy z Polską z czasów PRL, serio. Z czymś w rodzaju Budki Suflera czy coś podobnego. Dęciaki raz potrafią zrobić na mnie mega wrażenie, innym razem potrafią zniechęcić. Tutaj raczej występuje to drugie. Ten bas też mi nie pasuje. No niestety tym razem postoję. Jest tu klimat jak mówiłem, typowo nocny klimat. Ale niekoniecznie taki, jakiego bym oczekiwał.
Gry z serii THPS były kiedyś dołączane do CD Action. Było to w czasach, kiedy jeszcze regularnie kupowałem to pismo. THPS 2 mam chyba nawet do dzisiaj w szufladzie, ale nigdy w to nie grałem. Jakoś nie pociągała mnie wizja jeżdżenia na desce. Co do samego utworu – całkiem niezły. Myślę, że idealnie nadaje się jako podkład do gry typu THPS. Ale i bez gry dobrze się słucha. Fajny refren szczególnie. Trąbki robią dobrą robotę. W ogóle fajny vibe ma ten numer. Taki optymistyczny, luzacki i nieźle buja.
The Orb - Khàron
Tak mi się jakoś wydawało, że już ich w bestce słuchaliśmy. Sprawdziłem dla pewności i tak, Melki dawno temu wrzucał ich album. Album, który dosyć chwaliłem, choć z początku łatwo nie było. Tutaj mamy kawałek kosmicznego ambientu. Bardzo kosmicznego w przeciwieństwie do poprzedniej propozycji Dragona. Utwór płynie sobie przez 12 minut, a człowiek nie chce, żeby się to skończyło. Tak relaksująca i odprężająca to jest nuta. Pianino robi niesamowicie dobre wrażenie. A wchodzące w pewnym momencie synthy dają utworowi właśnie tego kosmicznego posmaku. Kosmicznej podróży po bezkresnych galaktykach. No ale przede wszystkim to pianino błyszczy. Super muzyka. Czekam niecierpliwie na zapowiadany album od The Orb. W ogóle muszę też wrócić po czasie do albumu Orbvs Terrarvm.
The Cure – Going Nowhere
Nie znałem za bardzo Kiurów od tej strony. Może w ogóle znam ich mniej niż powinienem? Ale ta melancholijna i smutna strona zespołu prezentowana w Going Nowhere bardzo mi się podoba. Wiecie, że lubię smutkowanie w muzyce. Lubię słuchać smutnej nuty bez względu na mój nastrój. Lubię gdy jestem szczęśliwy. Jeszcze bardziej lubię, gdy mnie coś trapi lub gnębi. Bo smutna muzyka jest najpiękniejsza. Oczami wyobraźni widzę młodego Jakuba wzdychającego do dziewczyny przy dźwiękach tego utworu. Ja za młodu też byłem bardzo niezdecydowany i nieśmiały. Wiele fajnych dziewczyn pewnie przez to przeleciało mi koło nosa. Były okazje, a ja nie wiedziałem, co mam zrobić. Mogłem sobie tylko wzdychać przy nucie podobnego typu. Bo tak to już jest, że człowiek przygnębiony lubi się jeszcze bardziej pognębić taką muzyką.
Led Er Est - Man and Tree
No cóż, nie będę łaskawszy od poprzedników, bo mi ten utwór też nie podszedł. Dev miał w historii bestek sporo zarówno perełek jak i nijakich wrzutek. Man and Tree moim zdaniem niewątpliwie przynależy do tej drugiej grupy. Właściwie nic mi się tu nie podoba. Ani warstwa dźwiękowa, ani tym bardziej irytujący wokal. Linia melodyczna też do zapomnienia. Tak więc nie tym razem.
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
No tutaj też mi za bardzo nie po drodze niestety. Niby jest tutaj sporo klimatu, ale to nie klimat dla mnie. W życiu bym nie powiedział, że to jakaś odmiana vaporwave’u. A już na pewno bym nie powiedział, że to ma coś wspólnego z klimatami azjatyckimi jak sugerował Musiał. Bardziej mi się kojarzy z Polską z czasów PRL, serio. Z czymś w rodzaju Budki Suflera czy coś podobnego. Dęciaki raz potrafią zrobić na mnie mega wrażenie, innym razem potrafią zniechęcić. Tutaj raczej występuje to drugie. Ten bas też mi nie pasuje. No niestety tym razem postoję. Jest tu klimat jak mówiłem, typowo nocny klimat. Ale niekoniecznie taki, jakiego bym oczekiwał.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Dub Pistols - Cyclone
Demo Tonego Halika 2 to jedno z tych dem, w które w swoim czasie grał każdy kto miał komputer czy konsolę (to drugie przypuszczam, bo w mojej bańce nie było nikogo kogo byłoby stac na konsolę w tamtych czasach). Ja tam też byłem, muze pamiętam, ale bardziej jako taką która dawała cool Vibe niż coś konkretnego. Teraz, gdy jestem starszy i daje wnukom Western Original, uważam że to po prostu COOL kawałek. Przez te dęciaki mam skojarzenia ze ska i jest to takie ska, które brzmi cool, bo jest o wiele bardziej eklektyczne, a zatem ciekawsze. Utwór też w pytę. Solidna okejka.
The Orb — Khàron
Kojarzę debiut The Orb i nawet go sobie cenię. Jeden z tych projektów które kojarzę od zawsze, może przez to że kilkanascie lat temu w Teraz Rocku widziałem reklamy ich wspólnej płyty z Gilmourem i z jakichś przyczyn je zapamiętałem. Z jednej strony bardziej cenię niż wielbię, z drugiej - ani przez myśl by mi nie przeszło podważać statusu klasyka. Khàron sprawiło, że utrzymałem się w tej opinii. Ciężko mi tu coś konkretnego napisać, bo na tym etapie nawet nie chce mi się pisać o tym, że słyszałem to setki razy i nadal mi się podoba. Xd Ale z grubsza tak jest. Fajna około mandarynkowa wstawka na syntezatorach w połowie i ten no. Fajnie jest. Może outro trochę średnie, ale to detal. Summa summarum wrażenie ogólne dość pozytywne.
The Cure – Going Nowhere
Też miałem logikę na studiach, ale co ciekawe nie miałem z nie żadnego problemu, mimo tego że w liceum orłem nie byłem. Być może niekoniecznie wynika to z braku moich zdolności matematycznych, ale nie brnijmy w meandry mojej psychiki. Zamiast tego przejdźmy płynnie do muzyki (joł). Tej płyty Kjurów nie znam, bo nie będę ukrywać, ale mam pare braków w ich dyskografii, zwłaszcza późniejszej i braki te sukcesywnie nadrabiam. Zabrzmię jak lizus, ale po tym kawałku mam wrażenie że nastąpi to prędzej, bo jest po prostu świetny. Ja już tu kiedyś pisałem, że jedną z rzeczy które oddzielają wielkich artystów od średnich jest to, że potrafią pisać o rzeczach pozornie banalnych i wyświechtanych w niebanalny i przejmujący sposób. A Robert jest jednym z nich. Giga props i czekam na ciag dalszy telenoweli.
Led Er Est - Man and Tree
Ciekawe. Trochę tracące coldwave'm, trochę minimal synthem, trochę szeroko pojętym INDIE i brzmieniowo mocno ulokowane w swojej epoce. Brak talentu wokalnego tudzież muzycznego imo niedostrzegalny, zresztą to ten typ muzyki w której szczególnie mi to nie przeszkadza. Kompozycja z gatunku przyjemnych i solidnych, generalnie doceniam i mógłbym dać solidne 7/10 na rymie, by potem wrócić 3 razy w życiu. Mimo tego z jakichś przyczyn chce sprawdzić więcej. Daje rzetelke.
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Mam wrażenie że wuja robi tu za eksperta od jakichś obskurnych i nieznanych utworów zespołów określanych jako one hit wonders. Tak, wiem, ten kawałek był hitem w Finlandii i średnio pasuje, ale uznajmy, że na potrzeby tej notki założyłem, że przeciętny Kowalski zna tylko Frestajlo łakonakofą. Generalnie to zazwyczaj jak je próbowałem poznawać nieco lepiej, to okazywało się że nie bez przyczyny słyną tylko z pojedynczych przebojów, ale czasem zdarzyło się trafić na perełkę lub coś niezłego. To jest przedstawiciel tej drugiej grupy - zaskakująco dobry, klasyczny BANGER, który buja i nie mam bladego pojęcia czemu nie stał się klasykiem.
Fajna kolejka panowie
Demo Tonego Halika 2 to jedno z tych dem, w które w swoim czasie grał każdy kto miał komputer czy konsolę (to drugie przypuszczam, bo w mojej bańce nie było nikogo kogo byłoby stac na konsolę w tamtych czasach). Ja tam też byłem, muze pamiętam, ale bardziej jako taką która dawała cool Vibe niż coś konkretnego. Teraz, gdy jestem starszy i daje wnukom Western Original, uważam że to po prostu COOL kawałek. Przez te dęciaki mam skojarzenia ze ska i jest to takie ska, które brzmi cool, bo jest o wiele bardziej eklektyczne, a zatem ciekawsze. Utwór też w pytę. Solidna okejka.
The Orb — Khàron
Kojarzę debiut The Orb i nawet go sobie cenię. Jeden z tych projektów które kojarzę od zawsze, może przez to że kilkanascie lat temu w Teraz Rocku widziałem reklamy ich wspólnej płyty z Gilmourem i z jakichś przyczyn je zapamiętałem. Z jednej strony bardziej cenię niż wielbię, z drugiej - ani przez myśl by mi nie przeszło podważać statusu klasyka. Khàron sprawiło, że utrzymałem się w tej opinii. Ciężko mi tu coś konkretnego napisać, bo na tym etapie nawet nie chce mi się pisać o tym, że słyszałem to setki razy i nadal mi się podoba. Xd Ale z grubsza tak jest. Fajna około mandarynkowa wstawka na syntezatorach w połowie i ten no. Fajnie jest. Może outro trochę średnie, ale to detal. Summa summarum wrażenie ogólne dość pozytywne.
The Cure – Going Nowhere
Też miałem logikę na studiach, ale co ciekawe nie miałem z nie żadnego problemu, mimo tego że w liceum orłem nie byłem. Być może niekoniecznie wynika to z braku moich zdolności matematycznych, ale nie brnijmy w meandry mojej psychiki. Zamiast tego przejdźmy płynnie do muzyki (joł). Tej płyty Kjurów nie znam, bo nie będę ukrywać, ale mam pare braków w ich dyskografii, zwłaszcza późniejszej i braki te sukcesywnie nadrabiam. Zabrzmię jak lizus, ale po tym kawałku mam wrażenie że nastąpi to prędzej, bo jest po prostu świetny. Ja już tu kiedyś pisałem, że jedną z rzeczy które oddzielają wielkich artystów od średnich jest to, że potrafią pisać o rzeczach pozornie banalnych i wyświechtanych w niebanalny i przejmujący sposób. A Robert jest jednym z nich. Giga props i czekam na ciag dalszy telenoweli.
Led Er Est - Man and Tree
Ciekawe. Trochę tracące coldwave'm, trochę minimal synthem, trochę szeroko pojętym INDIE i brzmieniowo mocno ulokowane w swojej epoce. Brak talentu wokalnego tudzież muzycznego imo niedostrzegalny, zresztą to ten typ muzyki w której szczególnie mi to nie przeszkadza. Kompozycja z gatunku przyjemnych i solidnych, generalnie doceniam i mógłbym dać solidne 7/10 na rymie, by potem wrócić 3 razy w życiu. Mimo tego z jakichś przyczyn chce sprawdzić więcej. Daje rzetelke.
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Mam wrażenie że wuja robi tu za eksperta od jakichś obskurnych i nieznanych utworów zespołów określanych jako one hit wonders. Tak, wiem, ten kawałek był hitem w Finlandii i średnio pasuje, ale uznajmy, że na potrzeby tej notki założyłem, że przeciętny Kowalski zna tylko Frestajlo łakonakofą. Generalnie to zazwyczaj jak je próbowałem poznawać nieco lepiej, to okazywało się że nie bez przyczyny słyną tylko z pojedynczych przebojów, ale czasem zdarzyło się trafić na perełkę lub coś niezłego. To jest przedstawiciel tej drugiej grupy - zaskakująco dobry, klasyczny BANGER, który buja i nie mam bladego pojęcia czemu nie stał się klasykiem.
Fajna kolejka panowie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dzień dobry.
Minnie Riperton - Lovin' You
(1973)
Kwiecień plecień co prawda ale mam nadzieję że zimowe temperatury odejdą zaraz w zapomnienie i po prostu zawita prawdziwa WIOSNA. Po trochu zatem będę zaklinał przyrodę i puszczał w eter cieplejsze wiosenne wrzutki w nadziei że przyciągnę tym odpowiednią energię z kosmosu i pomyślne wiatry. Słodka i urocza Minnie Riperton sama była delikatna niczym pierwsze wiosenne kwiaty, szkoda że długo nie było dane słuchaczom cieszyć się nowymi dokonaniami tej soulowej wokalistki o pięciooktawowej skali głosu gdyż zmarła młodo na raka piersi w wieku zaledwie 31 lat. Niemniej pozostawiła po sobie dorobek 6 albumów z czego ostatni wydany został już po jej śmierci. Karierę zaczynała śpiewając chórki u takich gwiazd jak Etta James, Fontella Bass czy Chuck Berry, później była wokalistką grupy Rotary Connection grającej psychodeliczny soul. Najbardziej znanym z jej utworów jest chyba właśnie wrzucany dziś przeze mnie Lovin' You, który to tak świadomie kojarzę chyba dopiero z jednej z soulowych składanek kupionych na winylu jakoś w czasach jeszcze przed narodzinami mojego syna. Utwór ten jest taką ciepłą, sielską balladą, niezwykle uroczym w moim mniemaniu wyznaniem uczuć do drugiej osoby i jest to piosenka którą oboje z moją żoną najbardziej polubiliśmy ze wspomnianej kompilacji i którą bardzo chętnie nieraz fałszowaliśmy nieudolnie naśladując wysokie rejestry wokalu Riperton z refrenu. Co ciekawe piosenkę tę Minnie napisała jako... kołysankę dla swojej córki Mai Rudolph a na gitarze akompaniuje jej tu mąż Richard. We wstępie i później w tle tego nagrania słychać jakby poranny śpiew ptaków dlatego też najbardziej kojarzę ten kawałek z wiosenną porą kiedy przyroda budzi się do życia. Wierzę że są wśród naszych forumowiczy osoby które kupią ten klimat w ciemno.
https://youtu.be/KhaUnHJjS8A?is=pnQeR6dVInjMPhoA
Minnie Riperton - Lovin' You
(1973)
Kwiecień plecień co prawda ale mam nadzieję że zimowe temperatury odejdą zaraz w zapomnienie i po prostu zawita prawdziwa WIOSNA. Po trochu zatem będę zaklinał przyrodę i puszczał w eter cieplejsze wiosenne wrzutki w nadziei że przyciągnę tym odpowiednią energię z kosmosu i pomyślne wiatry. Słodka i urocza Minnie Riperton sama była delikatna niczym pierwsze wiosenne kwiaty, szkoda że długo nie było dane słuchaczom cieszyć się nowymi dokonaniami tej soulowej wokalistki o pięciooktawowej skali głosu gdyż zmarła młodo na raka piersi w wieku zaledwie 31 lat. Niemniej pozostawiła po sobie dorobek 6 albumów z czego ostatni wydany został już po jej śmierci. Karierę zaczynała śpiewając chórki u takich gwiazd jak Etta James, Fontella Bass czy Chuck Berry, później była wokalistką grupy Rotary Connection grającej psychodeliczny soul. Najbardziej znanym z jej utworów jest chyba właśnie wrzucany dziś przeze mnie Lovin' You, który to tak świadomie kojarzę chyba dopiero z jednej z soulowych składanek kupionych na winylu jakoś w czasach jeszcze przed narodzinami mojego syna. Utwór ten jest taką ciepłą, sielską balladą, niezwykle uroczym w moim mniemaniu wyznaniem uczuć do drugiej osoby i jest to piosenka którą oboje z moją żoną najbardziej polubiliśmy ze wspomnianej kompilacji i którą bardzo chętnie nieraz fałszowaliśmy nieudolnie naśladując wysokie rejestry wokalu Riperton z refrenu. Co ciekawe piosenkę tę Minnie napisała jako... kołysankę dla swojej córki Mai Rudolph a na gitarze akompaniuje jej tu mąż Richard. We wstępie i później w tle tego nagrania słychać jakby poranny śpiew ptaków dlatego też najbardziej kojarzę ten kawałek z wiosenną porą kiedy przyroda budzi się do życia. Wierzę że są wśród naszych forumowiczy osoby które kupią ten klimat w ciemno.
https://youtu.be/KhaUnHJjS8A?is=pnQeR6dVInjMPhoA
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
The Associates - The Affectionate Punch (1980)
To był dopiero zespół! Którego w zasadzie... nie znam lol, minus garstka singli i może dwa-trzy niesinglowe utwory. Słabo jak na dość oszczędną dyskografię. Za to zaskakująco dużo wiem o połowie tego duetu (bo to głównie duet był), czyli nieżyjącym już Billym Mackenziem (drugie pół, czyli Alan Rankine, też już nie żyje). Mackenzie był bowiem gościnnym wokalistą na kilku numerach Yello (m.in. fenomenalne Capri Calling czy Moon on Ice), zaśpiewał też dla Apollo 440. No i, przede wszystkim, był dobrym ziomkiem Roberta Smitha z Kjurów. Po śmierci Mackenziego Smith napisał na jego cześć numer o tytule Cut Here. Taka ciekawostka. Inną ciekawostką jest, że Michael Dempsey, czyli oryginalny basista Kjurów z ich pierwszego albumu był później basistą The Associates. Mackenzie nieszczęśliwie popełnił samobójstwo w roku 1997. Tyle Wikipedii.
Wrzucany numer poznałem przez post-punkową kompilację To the Outside of Everything, której słuchałem namiętnie jesienią 2021. Ale to właśnie z kwietniem roku następnego kojarzę go najbardziej. Mijały dwa miesiące od mojego dość paskudnego brejkapu, powoli "wracałem na rynek" a towarzyszyły temu rzeczy niestworzone. Wśród nich był między innymi pewien bardzo natarczywy mąż pewnej zupełnie nienatarczywej żony, bardzo osobliwa laska od stłuczonego lustra i - nazwijmy ją w ten sposób - R. To był początek cokolwiek interesującej historii (za to bardzo dalekiej od przyjemnej). Jakoś tak się złożyło, iż cisnąłem The Affectionate Punch niemal na repeacie kawał kwietnia poczynając od pierwszych jego dni, gdyż tekst i ogólny mood numeru jakoś mi pasowały do okoliczności. Mijają już 4 lata, tamte czasy mam dokumentnie w dupie, ale numer pozostał <3
Jest to więc dla mnie piosenka o wiośnie, z którą powinna przyjść miłość, że tak górnolotnie to określę, ale świat podzielił się przez zero i zamienił w dość odjazdową własną karykaturę i teatr absurdów. Uważam, iż ten kawałek doskonale oddaje tego typu vibe, wielka szkoda, że nie był większym hitem (prawdę mówiąc nie potrafię tego w ogóle zrozumieć, gdyż jest on, prostytutka, doskonały). Aha, i produkował go Chris Parry (jak i cały debiut The Associates o tym samym co moja wrzutka tytule). I chórki w drugiej połowie utworu robi Smith. Dodam też, że zespół został później właściwie zmuszony do zremiksowania całego materiału by nadać mu bardziej ejtisowy sznyt, i wyszła solidna kupa (w zlewie). Nie polecam. Za to polecam to!
https://www.youtube.com/watch?v=tRb3L8m ... rt_radio=1
To był dopiero zespół! Którego w zasadzie... nie znam lol, minus garstka singli i może dwa-trzy niesinglowe utwory. Słabo jak na dość oszczędną dyskografię. Za to zaskakująco dużo wiem o połowie tego duetu (bo to głównie duet był), czyli nieżyjącym już Billym Mackenziem (drugie pół, czyli Alan Rankine, też już nie żyje). Mackenzie był bowiem gościnnym wokalistą na kilku numerach Yello (m.in. fenomenalne Capri Calling czy Moon on Ice), zaśpiewał też dla Apollo 440. No i, przede wszystkim, był dobrym ziomkiem Roberta Smitha z Kjurów. Po śmierci Mackenziego Smith napisał na jego cześć numer o tytule Cut Here. Taka ciekawostka. Inną ciekawostką jest, że Michael Dempsey, czyli oryginalny basista Kjurów z ich pierwszego albumu był później basistą The Associates. Mackenzie nieszczęśliwie popełnił samobójstwo w roku 1997. Tyle Wikipedii.
Wrzucany numer poznałem przez post-punkową kompilację To the Outside of Everything, której słuchałem namiętnie jesienią 2021. Ale to właśnie z kwietniem roku następnego kojarzę go najbardziej. Mijały dwa miesiące od mojego dość paskudnego brejkapu, powoli "wracałem na rynek" a towarzyszyły temu rzeczy niestworzone. Wśród nich był między innymi pewien bardzo natarczywy mąż pewnej zupełnie nienatarczywej żony, bardzo osobliwa laska od stłuczonego lustra i - nazwijmy ją w ten sposób - R. To był początek cokolwiek interesującej historii (za to bardzo dalekiej od przyjemnej). Jakoś tak się złożyło, iż cisnąłem The Affectionate Punch niemal na repeacie kawał kwietnia poczynając od pierwszych jego dni, gdyż tekst i ogólny mood numeru jakoś mi pasowały do okoliczności. Mijają już 4 lata, tamte czasy mam dokumentnie w dupie, ale numer pozostał <3
Jest to więc dla mnie piosenka o wiośnie, z którą powinna przyjść miłość, że tak górnolotnie to określę, ale świat podzielił się przez zero i zamienił w dość odjazdową własną karykaturę i teatr absurdów. Uważam, iż ten kawałek doskonale oddaje tego typu vibe, wielka szkoda, że nie był większym hitem (prawdę mówiąc nie potrafię tego w ogóle zrozumieć, gdyż jest on, prostytutka, doskonały). Aha, i produkował go Chris Parry (jak i cały debiut The Associates o tym samym co moja wrzutka tytule). I chórki w drugiej połowie utworu robi Smith. Dodam też, że zespół został później właściwie zmuszony do zremiksowania całego materiału by nadać mu bardziej ejtisowy sznyt, i wyszła solidna kupa (w zlewie). Nie polecam. Za to polecam to!
https://www.youtube.com/watch?v=tRb3L8m ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Beatles – Happiness is a Warm Gun
Przez kolejne tygodnie, moja relacja z Anką przechodziła różnego rodzaju wybojowości. Spotykaliśmy się czasami po zajęciach, często lądując u niej i siedząc do późna. Do niczego nie dochodziło, bo ja niczego nie inicjowałem, ale też nie dostawałem znaków, że na jakąkolwiek inicjację jest moment. Po latach, widzę że sporo rozbiło się tutaj o komunikację. Zawsze kiedy moment wydawał się odpowiedni, ona zaczynała gadać o byłym, albo coś. Często wracałem od niej w środku nocy. Zwłaszcza pamiętam pierwszy raz, kiedy kompletnie nie wiedziałem gdzie w tamtej okolicy jeżdżą właściwe nocne. Ostatecznie, jakoś doszedłem do przystanku gdzie nocnym dojechałem do centrum, skąd już wiedziałem jakim nocnym dostać się do domu. Cud, że zębów nie pogubiłem podczas jednego z tych powrotów, ale wiecie, czego się nie robi? Rzecz w tym, że pomimo tego wszystkiego, tkwiliśmy w miejscu. Czasami bywały sytuacje, w których np. siedzieliśmy na uczelni sami i ona kazała wymieniać chłopaków z grupy. Wymieniałem, a ona przy każdym mówiła, że jej się nie podoba. Kiedy skończyłem, zapytała, czemu nie wymieniłem siebie. Wymieniłem, a ona stwierdziła, że ten akurat jej się podoba. Rozumiecie. Czy da się dać bardziej zielone światło facetowi? Czy można być bardziej przejrzystym w intencjach? Ale ja się czułem zablokowany, z jakiegoś powodu, bo były też inne sytuacje, np. taka kiedy odwiedziłem ją na weekend w domu jej rodziców, pod Łodzią. Jej mama super babka, ojca nie było, ale Anka przez całe dwa dni gadała tylko o tym, że tęskni za byłym i mógłby ją chcieć z powrotem. To są takie sytuacje, w których nawet dziś, jako człowiek dużo bardziej doświadczony pod tym kątem, mógłbym powiedzieć ‘WTF, co ja mam zrobić, jak mam zareagować’. Niby dostajesz zielone, ale kiedy próbujesz ruszyć, słyszysz gwizdek, przez co wpadasz w popłoch i powodujesz kraksę.
Na tym etapie, cała grupa na studiach wiedziała już, że między mną, a Anką coś się kiełkuje. Niemniej, wykiełkować do końca nie mogło. Z tego też powodu, inna dziewczyna z grupy, której się podobałem, odpuściła, a kiedy ja potem próbowałem do tego wrócić, opcja była po terminie (o czym pisałem przy okazji mojej wrzuty „Berlin” Kent). Ostatecznie, w pamięci zapadła mi scena, kiedy staliśmy na obecnej Stajni Jednorożców i Anka rzuciła coś w stylu „mam problem, bo inaczej sobie ciebie wyobraziłam, a ty jesteś inny, no ale to mój problem”. Zamurowało mnie, bo nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś takiego od kobiety. Próbowałem pociągnąć temat, ale powtórzyła tylko, że to jej problem. Nie naciskałem dalej, bo szczerze mówiąc, bałem się usłyszeć więcej. ‘Jej problem my ass’. Wiedziałem, że generalnie zaczynam przegrywać tę walkę, ale zamiast rzucić się do odkręcania tej sytuacji, pozwoliłem jej być. Może wtedy nie było to do końca świadome, ale z perspektywy czasu, mam wrażenie, że jakieś wewnętrzne instynkty mnie nie zawiodły.
Od mniej więcej tego momentu, nasza relacja zaczęła się zmieniać, ale nie tylko ona i między nami. Relacja Anki z innymi ludźmi w grupie też zaczęła się psuć i generalnie w najbliższej przyszłości miało dojść do dosyć srogich kwasów.
Czas ten zbiegł się z moim poważniejszym wsiąkaniem w The Beatles. Drugą piosenką zespołu, jaka związana jest dla mnie z tym okresem, i która w zależności od nastroju, zmienia się z tą wrzuconą, na pozycji mojej ulubionej piosenki TB, jest „Anna, Go to Him”. Można się domyślić dlaczego i w jakim momencie, stanowiła dobrą narrację mojego życia. Zdecydowałem się jednak wrzucić tu „Happiness is a Warm Gun” między innymi z tego powodu, że to utwór, który w niecałych 3 minutach zawiera więcej przemian niż niejeden progowy moloch. I to dobrze odzwierciedla sytuację, w której wtedy byłem. Coś się działo, ale zanim zdążyłem poukładać sobie to w głowie, startował nowy wątek, ale wchodził tak płynnie, że czasami sam szok, nie pozwalał mi działać. Rożnica jest taka, że o ile u mnie nic nie działało, tak w „Happiness is a Warm Gun” działa wszystko. Czasami można się uśmiechnąć drwiąco, kiedy ktoś wynosi Lennona i McCartneya na tak wysokie piedestały, ale IMO takie rzeczy jak w/w utwór, potwierdzają tak jaskrawy prejz dla tego duetu. Kawałek dzieli się na trzy wyraźne części, ale to tylko pod kątem stylistycznym, ponieważ można odnieść wrażenie, że średnio co 30 sekund panowie startują z innym utworem. Mimo to, wszystko tu trzyma się kupy i ani przez chwilę nie ma się wątpliwości, że słuchamy dzieła kompletnego. To był dla mnie moment oświecenia, kiedy w końcu zrozumiałem w pełni fenomen Beatlesów i zakochałem się w ich muzyce. Ta miłość przetrwała do dziś.
https://youtu.be/uug5DofsvDw?list=RDuug5DofsvDw
Aha, przepraszam za link nie od krowy, ale na oficjalnym kanale są tylko dwie dziwaczne wersje stereo, które są takie sobie i mi się nie podobają, więc daję mono (i ręczę za jakość audio).
Przez kolejne tygodnie, moja relacja z Anką przechodziła różnego rodzaju wybojowości. Spotykaliśmy się czasami po zajęciach, często lądując u niej i siedząc do późna. Do niczego nie dochodziło, bo ja niczego nie inicjowałem, ale też nie dostawałem znaków, że na jakąkolwiek inicjację jest moment. Po latach, widzę że sporo rozbiło się tutaj o komunikację. Zawsze kiedy moment wydawał się odpowiedni, ona zaczynała gadać o byłym, albo coś. Często wracałem od niej w środku nocy. Zwłaszcza pamiętam pierwszy raz, kiedy kompletnie nie wiedziałem gdzie w tamtej okolicy jeżdżą właściwe nocne. Ostatecznie, jakoś doszedłem do przystanku gdzie nocnym dojechałem do centrum, skąd już wiedziałem jakim nocnym dostać się do domu. Cud, że zębów nie pogubiłem podczas jednego z tych powrotów, ale wiecie, czego się nie robi? Rzecz w tym, że pomimo tego wszystkiego, tkwiliśmy w miejscu. Czasami bywały sytuacje, w których np. siedzieliśmy na uczelni sami i ona kazała wymieniać chłopaków z grupy. Wymieniałem, a ona przy każdym mówiła, że jej się nie podoba. Kiedy skończyłem, zapytała, czemu nie wymieniłem siebie. Wymieniłem, a ona stwierdziła, że ten akurat jej się podoba. Rozumiecie. Czy da się dać bardziej zielone światło facetowi? Czy można być bardziej przejrzystym w intencjach? Ale ja się czułem zablokowany, z jakiegoś powodu, bo były też inne sytuacje, np. taka kiedy odwiedziłem ją na weekend w domu jej rodziców, pod Łodzią. Jej mama super babka, ojca nie było, ale Anka przez całe dwa dni gadała tylko o tym, że tęskni za byłym i mógłby ją chcieć z powrotem. To są takie sytuacje, w których nawet dziś, jako człowiek dużo bardziej doświadczony pod tym kątem, mógłbym powiedzieć ‘WTF, co ja mam zrobić, jak mam zareagować’. Niby dostajesz zielone, ale kiedy próbujesz ruszyć, słyszysz gwizdek, przez co wpadasz w popłoch i powodujesz kraksę.
Na tym etapie, cała grupa na studiach wiedziała już, że między mną, a Anką coś się kiełkuje. Niemniej, wykiełkować do końca nie mogło. Z tego też powodu, inna dziewczyna z grupy, której się podobałem, odpuściła, a kiedy ja potem próbowałem do tego wrócić, opcja była po terminie (o czym pisałem przy okazji mojej wrzuty „Berlin” Kent). Ostatecznie, w pamięci zapadła mi scena, kiedy staliśmy na obecnej Stajni Jednorożców i Anka rzuciła coś w stylu „mam problem, bo inaczej sobie ciebie wyobraziłam, a ty jesteś inny, no ale to mój problem”. Zamurowało mnie, bo nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś takiego od kobiety. Próbowałem pociągnąć temat, ale powtórzyła tylko, że to jej problem. Nie naciskałem dalej, bo szczerze mówiąc, bałem się usłyszeć więcej. ‘Jej problem my ass’. Wiedziałem, że generalnie zaczynam przegrywać tę walkę, ale zamiast rzucić się do odkręcania tej sytuacji, pozwoliłem jej być. Może wtedy nie było to do końca świadome, ale z perspektywy czasu, mam wrażenie, że jakieś wewnętrzne instynkty mnie nie zawiodły.
Od mniej więcej tego momentu, nasza relacja zaczęła się zmieniać, ale nie tylko ona i między nami. Relacja Anki z innymi ludźmi w grupie też zaczęła się psuć i generalnie w najbliższej przyszłości miało dojść do dosyć srogich kwasów.
Czas ten zbiegł się z moim poważniejszym wsiąkaniem w The Beatles. Drugą piosenką zespołu, jaka związana jest dla mnie z tym okresem, i która w zależności od nastroju, zmienia się z tą wrzuconą, na pozycji mojej ulubionej piosenki TB, jest „Anna, Go to Him”. Można się domyślić dlaczego i w jakim momencie, stanowiła dobrą narrację mojego życia. Zdecydowałem się jednak wrzucić tu „Happiness is a Warm Gun” między innymi z tego powodu, że to utwór, który w niecałych 3 minutach zawiera więcej przemian niż niejeden progowy moloch. I to dobrze odzwierciedla sytuację, w której wtedy byłem. Coś się działo, ale zanim zdążyłem poukładać sobie to w głowie, startował nowy wątek, ale wchodził tak płynnie, że czasami sam szok, nie pozwalał mi działać. Rożnica jest taka, że o ile u mnie nic nie działało, tak w „Happiness is a Warm Gun” działa wszystko. Czasami można się uśmiechnąć drwiąco, kiedy ktoś wynosi Lennona i McCartneya na tak wysokie piedestały, ale IMO takie rzeczy jak w/w utwór, potwierdzają tak jaskrawy prejz dla tego duetu. Kawałek dzieli się na trzy wyraźne części, ale to tylko pod kątem stylistycznym, ponieważ można odnieść wrażenie, że średnio co 30 sekund panowie startują z innym utworem. Mimo to, wszystko tu trzyma się kupy i ani przez chwilę nie ma się wątpliwości, że słuchamy dzieła kompletnego. To był dla mnie moment oświecenia, kiedy w końcu zrozumiałem w pełni fenomen Beatlesów i zakochałem się w ich muzyce. Ta miłość przetrwała do dziś.
https://youtu.be/uug5DofsvDw?list=RDuug5DofsvDw
Aha, przepraszam za link nie od krowy, ale na oficjalnym kanale są tylko dwie dziwaczne wersje stereo, które są takie sobie i mi się nie podobają, więc daję mono (i ręczę za jakość audio).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
H-Blockx - Risin' High
Rok 1994. Byłem właśnie na drugim roku szkoły wojskowej, gdy niemiecki zespół rockowy H-Blockx wydali swój debiutancki album Time To Move. Poznałem ich w jednej z telewizyjnych stacji muzycznych, gdzie często puszczano ich teledyski. A ponieważ byłem wtedy dosyć podatny na rockowe brzmienia, to kupiłem ten ich album z rekinem na okładce i dosyć srogo katowałem przez jakiś czas. Naprawdę miałem dużą fazę na tę muzykę. H-Blockx łączyli ostry rock z hip-hopem. Potem z biegiem czasu oczywiście mi przeszło, a mój gust muzyczny przekierował się w zupełnie inne rejony. Ale pamiętam kilka ich utworów do dzisiaj. Gdy od czasu do czasu w ramach odskoczni chce mi się posłuchać czegoś ostrzejszego, głośnego, to przypominam sobie o wykonawcach takich jak H-Blockx. Kiedyś dla mnie dosyć ważnych.
https://www.youtube.com/watch?v=HehZSrB ... rt_radio=1
Rok 1994. Byłem właśnie na drugim roku szkoły wojskowej, gdy niemiecki zespół rockowy H-Blockx wydali swój debiutancki album Time To Move. Poznałem ich w jednej z telewizyjnych stacji muzycznych, gdzie często puszczano ich teledyski. A ponieważ byłem wtedy dosyć podatny na rockowe brzmienia, to kupiłem ten ich album z rekinem na okładce i dosyć srogo katowałem przez jakiś czas. Naprawdę miałem dużą fazę na tę muzykę. H-Blockx łączyli ostry rock z hip-hopem. Potem z biegiem czasu oczywiście mi przeszło, a mój gust muzyczny przekierował się w zupełnie inne rejony. Ale pamiętam kilka ich utworów do dzisiaj. Gdy od czasu do czasu w ramach odskoczni chce mi się posłuchać czegoś ostrzejszego, głośnego, to przypominam sobie o wykonawcach takich jak H-Blockx. Kiedyś dla mnie dosyć ważnych.
https://www.youtube.com/watch?v=HehZSrB ... rt_radio=1
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Püdelsi - Uważaj na niego (2003)
Bestka, czyli między życiowymi historiami a kminkami o różnych mniej lub bardziej istotnych postaciach z muzycznego świata. Może dzisiaj bardziej to drugie, ale nie bez związków osobistych. Taką Wolność słowa znam już z głębokiego dziecięctwa. Z perspektywy czasu absurdalny obrazek w głowie. Pokój starszego brata u dziadków, w nim mój ojciec pokazujący w większym towarzystwie Pudelsów. Do tej pory pamiętam pierwsze strachy na widok MM ucharakteryzowanego na szatana. Maleńczuk już dawno wypadł z orbity zainteresowań kogokolwiek, ojciec nie żyje, pokój przejęła babcia, dzięki czemu skutecznie wyfrunęło większość zakamarków z pamiątkami z epoki Windowsa XP i Neostrady. Jest kilka utworów, które nie budzą mojego poczucia żenady. Od zawsze mam głowie wizerunek Maleńczuka jako człowieka od bardziej chałturniczych rzeczy. Może kiedyś robił bardziej artystyczne i wyszukane rzeczy, ale pewnie nie było mnie wtedy na świecie. Psychopop poniekąd to potwierdza, bo jest całkiem spoko, a pochodzi z 1999 roku właśnie. Homo Twist wciąż czekają na swoją kolej, bardowych korzeni jakoś nie chce mi się sprawdzać. Gdyby nie nagrał tych "country" smętów pod walenie gorzały przez mężczyzn po 40ce to miałbym do niego więcej sympatii. Był jeszcze kawałek Synu.
A ja najczęściej i regularnie wracam do 'Uważaj na niego', jak gdyby wbrew temu wszystkiemu powyżej. Tango libido, Mundialeiro (chyba znowu aktualne?), Konduktorka PKP... może wreszcie do tego sięgnę, gdy znowu obudzi się wewnętrzny ANTROPOLOG POPKULTURY, który zaraz mógłby się podzielić wnioskami w Mincie, Newonce czy innym KryPolu w sekcji kultura. Rzeczy mocno związane z momentem powstania, muzyczna publicystyka pełną gębą. Tymczasem Uważaj na niego jest bardziej uniwersalne. Łączy dub/reggae pulsacje z pachnącym śmiesznymi papieroskami tekstem i atmosferą (choć tutaj bardziej śniegi i białe łąki, tego nie kosztowałem...). Jednocześnie całość jest dziwnie sensualna, zmysłowa. Maleńczuk jak gdyby na lekkim zjeździe w teledysku też sprzyja takiemu odczuciu. Nie wiem, dla mnie to po prostu znakomity kawałek.
https://www.youtube.com/watch?v=SnBwcuUUxf4
Bestka, czyli między życiowymi historiami a kminkami o różnych mniej lub bardziej istotnych postaciach z muzycznego świata. Może dzisiaj bardziej to drugie, ale nie bez związków osobistych. Taką Wolność słowa znam już z głębokiego dziecięctwa. Z perspektywy czasu absurdalny obrazek w głowie. Pokój starszego brata u dziadków, w nim mój ojciec pokazujący w większym towarzystwie Pudelsów. Do tej pory pamiętam pierwsze strachy na widok MM ucharakteryzowanego na szatana. Maleńczuk już dawno wypadł z orbity zainteresowań kogokolwiek, ojciec nie żyje, pokój przejęła babcia, dzięki czemu skutecznie wyfrunęło większość zakamarków z pamiątkami z epoki Windowsa XP i Neostrady. Jest kilka utworów, które nie budzą mojego poczucia żenady. Od zawsze mam głowie wizerunek Maleńczuka jako człowieka od bardziej chałturniczych rzeczy. Może kiedyś robił bardziej artystyczne i wyszukane rzeczy, ale pewnie nie było mnie wtedy na świecie. Psychopop poniekąd to potwierdza, bo jest całkiem spoko, a pochodzi z 1999 roku właśnie. Homo Twist wciąż czekają na swoją kolej, bardowych korzeni jakoś nie chce mi się sprawdzać. Gdyby nie nagrał tych "country" smętów pod walenie gorzały przez mężczyzn po 40ce to miałbym do niego więcej sympatii. Był jeszcze kawałek Synu.
A ja najczęściej i regularnie wracam do 'Uważaj na niego', jak gdyby wbrew temu wszystkiemu powyżej. Tango libido, Mundialeiro (chyba znowu aktualne?), Konduktorka PKP... może wreszcie do tego sięgnę, gdy znowu obudzi się wewnętrzny ANTROPOLOG POPKULTURY, który zaraz mógłby się podzielić wnioskami w Mincie, Newonce czy innym KryPolu w sekcji kultura. Rzeczy mocno związane z momentem powstania, muzyczna publicystyka pełną gębą. Tymczasem Uważaj na niego jest bardziej uniwersalne. Łączy dub/reggae pulsacje z pachnącym śmiesznymi papieroskami tekstem i atmosferą (choć tutaj bardziej śniegi i białe łąki, tego nie kosztowałem...). Jednocześnie całość jest dziwnie sensualna, zmysłowa. Maleńczuk jak gdyby na lekkim zjeździe w teledysku też sprzyja takiemu odczuciu. Nie wiem, dla mnie to po prostu znakomity kawałek.
https://www.youtube.com/watch?v=SnBwcuUUxf4
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
O, nawet te moje chinskie znaczki nie zostały zjedzone. W sumie ciekawe te okoloprlowskie skojarzenia - mi osobiście nic takiego nie przyszlo do glowy. Ale skoro już zawędrowaliśmy do tego PRLu....
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
...to zostańmy tu na chwilę.
Nie pamiętam już czy ktoś tu wspominał o temacie lostwave tudziez szeroko pojętych lost media. Wydaje mi się, że tak i ze temat jest wam znany - nawet jeśli nie z definicji (którą łatwo można znaleźć z wikipedii), to z paru pamiętnych wrzut jak moja Djeneba kiedyś czy Egyptian Nursery z początków zabawy.
W skrócie chodzi o teksty kultury, które z różnych przyczyn są dostępne w szczątkowych fragmentach lub wcale (ale można założyć, ze istnieją). Z różnych przyczyn uważam, że jest to temat zajmujący - i to nawet nie tylko dlatego, że historie o tym jak odnaleziono niektóre lost media są interesujące same w sobie (lubię i chcę wierzyć w te historie o tym jakoby ktoś mial kupić zupełnym przypadkiem na pchlim targu xboxa z wyciętymi gigabajtami zawartości z gta 4, choć brzmi całkowicie niedorzecznie), ale dlatego ze nie zdawałem sobie sprawy ze skali zjawiska.
Bo to nie jest tak, że przepadają tylko jakieś rzeczy typu emitowany raz o 3 w nocy blok reklamowy na dwójce, tylko rzeczy których zaginięcia bym sie w życiu nie spodziewał, będąc wychowanym na powiedzeniu że w internecie nic nie ginie.
Przepaść może np. twórczość laureatki konkursu debiutów na festiwalu w Opolu w 1984. I jak sobię zdaję sprawę z tego, że nie każdy laureat robi potem karierę, to w swojej naiwności bylem przekonany, ze to jest już ten poziom rozpoznawalności, ktory zapobiega historiom takim jak ta poniższego utworu.
Bo gdyby nie jakis random, który wrzucil fragment tego utworu znalezionego na jakiejś starej kasecie na YouTube i śledztwo, które trwało kilka lat, to bym tej wrzuty nie wrzucał.
A jednak to czynię. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtu.be/Etq7kzd3kb4?is=TKEiCDz3NiccP3Vh
Małgorzata Panecka - Kto tu jest niewinny
...to zostańmy tu na chwilę.
Nie pamiętam już czy ktoś tu wspominał o temacie lostwave tudziez szeroko pojętych lost media. Wydaje mi się, że tak i ze temat jest wam znany - nawet jeśli nie z definicji (którą łatwo można znaleźć z wikipedii), to z paru pamiętnych wrzut jak moja Djeneba kiedyś czy Egyptian Nursery z początków zabawy.
W skrócie chodzi o teksty kultury, które z różnych przyczyn są dostępne w szczątkowych fragmentach lub wcale (ale można założyć, ze istnieją). Z różnych przyczyn uważam, że jest to temat zajmujący - i to nawet nie tylko dlatego, że historie o tym jak odnaleziono niektóre lost media są interesujące same w sobie (lubię i chcę wierzyć w te historie o tym jakoby ktoś mial kupić zupełnym przypadkiem na pchlim targu xboxa z wyciętymi gigabajtami zawartości z gta 4, choć brzmi całkowicie niedorzecznie), ale dlatego ze nie zdawałem sobie sprawy ze skali zjawiska.
Bo to nie jest tak, że przepadają tylko jakieś rzeczy typu emitowany raz o 3 w nocy blok reklamowy na dwójce, tylko rzeczy których zaginięcia bym sie w życiu nie spodziewał, będąc wychowanym na powiedzeniu że w internecie nic nie ginie.
Przepaść może np. twórczość laureatki konkursu debiutów na festiwalu w Opolu w 1984. I jak sobię zdaję sprawę z tego, że nie każdy laureat robi potem karierę, to w swojej naiwności bylem przekonany, ze to jest już ten poziom rozpoznawalności, ktory zapobiega historiom takim jak ta poniższego utworu.
Bo gdyby nie jakis random, który wrzucil fragment tego utworu znalezionego na jakiejś starej kasecie na YouTube i śledztwo, które trwało kilka lat, to bym tej wrzuty nie wrzucał.
A jednak to czynię. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://youtu.be/Etq7kzd3kb4?is=TKEiCDz3NiccP3Vh
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA