Best of Forum IX

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 kwie 2026 18:11

Ja nie bd opóźniał jak coś

Diana Ross - I'm Coming Out

Jedyne czego się obawiałem jak zobaczyłem co wrzucił mentos to to że być może (nie daj Boże) postawił na jakiś ch*jowy radio edit, ale na szczęście nie! Ja od zawsze znałem tą pełną albumowa wersję z dłuższym intro i innych nie uznaję w tym konkretnym przypadku. Klasyka muzyki disco po prostu z genialną produkcją Nile'a Rodgersa którego to charakterystyczne brzmienie gitary prowadzi ten kawałek. I'm Coming Out powstało jako hymn społeczności gejowskiej, sam Rodgers wpadł na ten pomysł widząc pewnego razu w klubie całą rzeszę drag queen przebranych za Dianę Ross, mając świadomość jak ikoniczną postacią ona jest dla tej grupy ludzi wyczuł potencjał na przebój mogący zapisać się na stałe w historii muzyki popularnej. Myślę że całkiem fajnie odhaczyć ten numer w bestce, przy okazji mentos podrzuca dobry trop do podążania dalej w tej zabawie.

Dog Eat Dog - No Fronts

Bardzo ładnie mnie tu Wujas wyręcza w tym momencie, bo co ciekawe nawet rozważałem przez moment wrzucanie tego numeru właśnie teraz w odpowiedzi na kawałek H-Blockx. Kaseta All Boro Kings również gościła w moim rodzinnym domu gdy byłem pacholęciem i w pamięci mam do dziś takie hity jak właśnie No Fronts, który osobiście uważam za najlepszy kawałek na albumie. Kawałek fajnego rap rocka z tą wisienką na torcie w postaci melodii saksofonu będącym wyróżnikiem tej kapeli na tle wielu innych. Zasadniczo znów dostajemy krzykliwe rapsy, ostre gitarowe riffy i dudniacą perkusję ale całość jest nieco żywsza i bardziej plastyczna niż w przypadku Risin' High. Do tego mamy tutaj taki cięższy alt-metalowy mostek, no i moim zdaniem flow wokalisty też nieco płynniejsze w tym numerze. Czapki z głów, tej wrzutki się po Wujku akurat nie spodziewałem.

Little Dragon - A New

Intro nieco mylące bo najpierw na myśl nasuwał mi się pewien rodzimy klubowy klasyk a potem dopiero vibe rodem z In Chains. Od razu też pomyślałem że kawałek brzmi jak intro i się nie pomyliłem bo otwierał tamten album LD. Z jednej strony lubię ten zespół a z drugiej nigdy nie wgryzłem się nic ponad pojedyncze numery, coś ulubionego może kiedyś też wleci ode mnie. A New to naprawdę przyjemne i wiosennie brzmiące intro, delikatnie pobudzający poranny utwór który długo się rozkręca a potem wydaje się być za krótki co wbrew pozorom jest jedynie zaletą. Taki zabieg sprawia że człowiek ma ochotę odpalać go kolejny i kolejny raz. Brzmi naprawdę zachęcająco, MOŻE sprawdzę coś więcej z tej płyty?

Robert Plant, Alison Krauss - Sister Rosetta Goes Before Us

Kuba pisze że numer brzmi nieco z grecka a ja powiem że mi ten klimat kojarzy się też ze słoneczną Sycylią i klimatami Ojca Chrzestnego trochę heh, zwłaszcza w instrumentalnych przejściach gdzie jeszcze dojeżdżają smyczki. I to skojarzenie samo w sobie już fajnie usadawia ten utwór w mojej głowie, dla mnie to coś na gorące letnie wieczory, najlepiej z lampką dobrego wina pod ręką i w dobrym towarzystwie. W tej sytuacji wokal czy treść kawałka już stają się dla mnie trochę drugorzędne, one po prostu mi nie wadzą, są dodatkami do już bardzo dobrej kompozycji i fajnego aranżu. Nie wiem jak ma sie do tego Sister Rosetta którą kojarzę dosłownie z jednego występu który kiedyś wpadł mi w oczy na YouTube ale myślę że by ten numer zaaprobowała nie mniej niż ja.

Julia Marcell - Life is on Television

Słuchając tego z zaskoczeniem pomyślałem sobie że Julia kiedy się bardziej wydrze brzmi nieco jak Mela Koteluk. A tak poza tym to...

To mi się całkiem pochrzaniło, miałem pisać że o ile się nie mylę prejzowałem chyba dotąd każde pojawienie się jej muzy na tym forum (raz bestka i raz dewizja, obie by Wuja?) ale to kurde była Julia Pietrucha *wstyd*

Julia Marcell była tu z kawałkiem Andrew a ten akurat zmehałem jeszcze w czasach pierwszej bestki. Tu nie czuję takiej potrzeby, podoba mi się ogólnie jej wokal, elektroniczny aranż też brzmi całkiem porządnie, całość utrzymana trochę w klimatach jak Susanne Sundfør czy coś w ten deseń, podniosły i dość intensywny kawałek popu. Daje radę, emocje się udzielają, umie porwać słuchacza. Znów jak u Little Dragon numer zdaje się nagle urywać i ponownie działa to na korzyść samego kawałka, ten prosty trik pozostawienia pewnego niedosytu, czasem mniej znaczy więcej po prostu.


Kurdebele, naprawdę świetna kolejeczka Panowie, każdy bez wyjatku ładnie dostarczył, nawet jeżeli na wejściu dostałem dwa przeboje z mojego ogródka to tym bardziej uznanie że reszta wcale nie odstawała w uszach. Oby tak dalej!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 kwie 2026 17:26

Hien pisze:
14 kwie 2026 10:56
Mnie nie, ale nie chcę żeby ktoś tu się przyzwyczajał do dwutygodniowych kolejek, bo to nie wchodzi w grę
Chyba jednak zaczęli się przyzwyczajać :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 kwie 2026 21:31

Liczę, ze jutro wjedziemy masowo, ja na pewno rano.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 kwie 2026 22:32

No to wjadę jutro pod wieczór
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 kwie 2026 09:16

Little Dragon - A New

Utwór rzeczywiście brzmi jak idealny otwieracz albumu. I podoba mi się. Fajna melodia, fajny bas, fajny wokal. I ciekawe outro będące jakby wstępem do kolejnego utworu. Numer mimo 4 minut naprawdę wydaje się być bardzo krótkim.
W ogóle od początku miałem jakieś mocne skojarzenia z Fever Ray. I styl samego utworu pasuje. I nawet wokalnie można by się dać nabrać.
Myślę, że spróbuję posłuchać całego albumu, bo jestem zaciekawiony, co tam dalej na nim grają.

50 Cent - 21 Questions


Lubię tego gościa. Lubię bardzo barwę jego głosu. I lubię te murzyńskie lekcje historii z amerykańskiego hip-hopu. Lubię też album Get Rich Or Die Tryin'. Jest tam sporo bangerów ze wspomnianym In Da Club czy wrzucanymi kiedyś przeze mnie P.I.M.P. i Wanksta. Co prawda 21 Questions nie ma aż takiej przebojowości, co w/w, ale to wciąż dobry utwór. Spokojniejszy, z charakterystyczną gitarową zagrywką. A mi wraz z nadejściem wiosny powraca apetyt na hip-hop.

Robert Plant & Alison Krauss – Sister Rosetta Goes Before Us

Dostaliśmy ostatni rozdział hienowej opowieści, która była niejednokrotnie ciekawsza niż sama muzyka. W wielu jej miejscach czułem, jakbym czytał o sobie. Byłem za młodu po prostu tak samo niezdecydowany względem dziewczyn. Może nawet bardziej.
Co do utworu – bałem się go bardzo. No bo przecież Led Zeppelin, skąd wywodzi się Plant, to jeden z ostatnich zespołów na świecie, które miałbym ochotę posłuchać. Tymczasem miłe zaskoczenie. Utwór jest po prostu przeuroczy. Sielski klimat wylewa się litrami. I rzeczywiście jest to aranż na grecką modłę. A ja gdy myślę o Grecji, to robi mi się ciepło na sercu. Byłem w Grecji już 5 razy i uwielbiam ten kraj. Nigdzie indziej na świecie nie czuję się tak dobrze jak tam. Gdybym był zmuszony przeprowadzić się do jakiegoś innego kraju, to bez chwili wahania wybrałbym właśnie Grecję. Klimat greckich wysp jest po prostu niepodrabialny. Czy można sobie wyobrazić coś przyjemniejszego od siedzenia w knajpce nad brzegiem morza Śródziemnego w upalny wieczór przy takiej muzyce i szklaneczce Metaxy? Te greckie gitary i skrzypce (mocno kojarzące mi się z Norą Jones) robią wrażenie. Podobnie jak anielski wokal Alison Krauss.

Diana Ross - I'm Coming Out

Nazwisko jak najbardziej znane. To typowo amerykańska muzyka w stylu np. Whitney Houston. Muzyka bardzo przebojowa, lekka i przyjemna, aczkolwiek mało angażująca słuchaczy mojego pokroju. Wiecie – leci, to posłucham z przyjemnością, pogibam się, nogą potupię, ale po więcej nie sięgnę. Tutaj mamy dodatkowo bardzo znany przebój. Bije z niego niesłychaną radością, optymizmem. Fajnie pracuje perkusja i dęciaki. Wokal bardzo spoko. Wszystko jest ok i na razie wystarczy.

Julia Marcell — Life is on Television

Dobrze, że Robert wjechał z tym utworem, bo właśnie sobie uświadomiłem, że znam wszystkie albumy Julii oprócz Skull Echo. I muszę to nadrobić. Bo utwór jest przepiękny. Tutaj mamy sytuację zupełnie odwrotną niż w przypadku Diany Ross. Człowiek posłucha Life is on Televition i przepada. Bo to mimo prostoty muzyka bardzo angażująca. Klimat wciąga tak bardzo, że nie sposób się od niego uwolnić. Piękna melodia, piękny wokal Julii. Aranżacja oparta na brzmieniu tak bardzo lubianych przeze mnie padów. Gdy Julia wjeżdża w wysokie rejestry, to aż dreszcze przechodzą. Jacek napisał, że „całość utrzymana trochę w klimatach jak Susanne Sundfør”. I ja jako miłośnik muzyki Susanne mogę się tylko pod tym podpisać. Jest w tym podobna podniosłość, podobna aura. Osobiście jestem dumny, że Julia Marcell pochodzi z tego samego kraju co ja.

Piękna kolejka panowie potwierdzająca, że nasza bestka nie tylko nie umiera, ale wręcz się rozkręca.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 kwie 2026 09:46

Little Dragon - A New

Ostatnio wrzuty Deva mi wyjątkowo średnio podchodzą, natomiast z Little Dragon z początku było pół na pół. Musiał wspomniał o jazzie, ale tbh, ten kawałek ma tyle wspólnego z jazzem, co piernik z wiatrakiem. Niemniej, ostatecznie, daję okejkę, bo jest to spoko. Momentami trochę zbyt irytująco hipsta, no ale 2009 r., trudno oczekiwać czegoś innego po zespole, który ma nazwę Little Dragon i Azjatkę w składzie. Moogopoodbny bas miło pobrzmiewa, podobnie jak niektóre zagrywki elektroniczne, które wyskakują tu i tam. Wokal jest ok, w sumie tego się spodziewałem, zajeżdża lekko orientalnie. Po płytę w tej chwili nie sięgnę, ale ogólnie jest to ok.

50 Cent - 21 Questions

O, Fifty. Teraz to trochę śmiesznie brzmi, że białas pomagał murzynowi rozwijać karierę w hip-hopie, ale czasami zapomina się, jaką moc miał wtedy Eminem. Lubię 50 Centa, lubię bity w jego kawałkach, lubię jego rap. Gangsta rap z 00sów, to już było trochę co innego niż gangsta z 90s i nie piszę tego jako jakiś znawca tematu, ale raczej jest to prosta obserwacja, bo w 00sach to był taki, nie wiem jak to inaczej nazwać, miękki mainstream w hip-hopie. Wszystko szło przez filtr pimpmyridowego MTV, wysyłania smsów z excela i Shreka oraz zabawnego siłowania się raperów i indie rockersów o pierwsze miejsca na listach. W 2003 roku, byłem już w pierwszej klasie liceum, ale to nie znaczy, że byłem mniejsza pipą niż Murzyn w gimnazjum, wręcz podejrzewam przeciwnie. Miłostki gimnazjalne zostawiłem w gimnazjum, ale liceum przyniosło oczywiście nowe, a to było ponad rok zanim miałem pierwszą dziewczynę. Ja wtedy raczej gardziłem hip-hopem, chociaż nie do końca, ale o moich miłosnych perypetiach z liceum, będę pisał przy okazji stosownych wrzut. Na razie prejznę tego 50 Centa, bo kawałek jest świetny i generalnie jest to coś, do czego nawet w 2003 r., mógłbym smutasować. Ehh.

Diana Ross - I'm Coming Out

Lubię ten kawałek, pomimo osłuchania na wiele sposobów. Niemniej, jest to jeden z tych hitów, który zasługuje na losowe przypomnienia, zwłaszcza w takich zabawach, jak ta oraz, co najważniejsze, w tej wersji. Wiosna jak wiosna, jak kończę to pisać, to leje od rana, no ale w sumie z tym tez wiosna się łączy. Trochę jestem zaspany na skakanie z radości, ale niech będzie. Diana Ross to było ktoś, ten głos jest nie do podrobienia. Seba mam nadzieję wybaczy, że nie mam jakoś szczególnie dużo do powiedzenia, bo z takimi hitami jest tak, że czasami mocno wiążą się z jakimś wspomnieniem, lub przez swoją wszechobecność, nie kojarzą się z niczym konkretnym i u mnie jest raczej opcja numer 2, poza skojarzeniem z filmem „Trolle”. Ale generalnie prejzuję!

Julia Marcell — Life is on Television

O kurde, jaka pościelówa od Smoka. Julia Marcell mi się przebija czasami gdzieś po znajomych, a to na laście, a to kiedyś na fb, kiedy jeszcze się tam wrzucało linki z yt, które wszyscy mieli i tak w dupie. Nigdy nie słuchałem świadomie tej kobiety, więc jest to mój debiut jako słuchacza. (EDIT: teraz mi Murzyn przypomniał, że był "Andrew" i to był fajny kawałek, chociaż uczucia względem wykonania miałem mieszane). No i powiem, że jest to spoko. Wokal może trochę momentami zbyt ekspresyjny, ja mam opory z takim śpiewaniem ala lufa przystawiona do skroni (i mówię to jako fan Kate Bush), ale tutaj wyszło raczej niegroźnie, chociaż intensywność kawałka na pewno by męczyła na dłuższym metrażu. Trzy minutki to tak w sam raz. Minimalistycznie, ładnie i z klasą.

Dog Eat Dog – No Fronts

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że Wuja generalnie lubi ostre rockowe granie, ale tylko wtedy kiedy występują w nim raperzy, to był śmiechł, no ale żyjemy w innych czasach xD Kojarzę tę grupę, ale nie słuchałem nigdy. Fajna rzecz, znowu chyba wpływy Beastie, ale już nie aż tak chamsko widoczne. Na ile różnych sposobów można było grać rocka z rapem w 1994 r.? Zajebiste przejście z saksofonu do metalowych riffów, przedzielonych tymi soft akordami. Czają się tu momenty dosłownego geniuszu, co trochę podnosi kawałek za kołnierz, bo piosenka sama w sobie brzmi jak standardowe połączenie gatunków z tamtych czasów. ALE też ta brudna, trochę chałupnicza produkcja, bardzo mi się podoba, więc chyba sięgnę po płytę i powyobrażam sobie, jak Wujas słuchał tego w Szczecinie, kiedy ja dopiero skończyłem pierwsza klasę szkoły podstawowej. Ostatecznie genialne drobiazgi dominują w moim odbiorze i daję szczerą okejkę. Intrygująca rzecz.

Zabawnie wyszło, że większość z nas dała śpiewające Panie, a jedną z osób, które się wyłamały, był Wuja xD No, ale on nie musi nikomu udowadniać, że jest specem w temacie. Dużo dobrej, a co najważniejsze, ciekawej muzyki tu wpadło w tej kolejce, chylę łysiejąca głowę bez czapki.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 kwie 2026 13:40

Little Dragon A New

Zaczyna się bardzo dobrze. Skojarzenia lat 70tych, całość z ducha krautrockowa w zderzeniu z moogowymi rzeczami spod rąk Mortyego Garsona. Wokal szczególnie nie przeszkadza, choć to aranż jest wyjątkową ozdobą całości. Gęste brzmienia synthowe, sprawnie zrealizowany pomysł, nie ma wodolejstwa bez sensu. Może nawet za bardzo dominuje nad śpiewem, bo piosenka potrzebuje słusznego rozpędu, a potem dziwnie gaśnie. Faktycznie hipsterskie, ale tym razem to pozytyw. W sumie jestem na tak heh Bardzo znajomo brzmiące, choć to dla mnie zupełna nowość.

50 Cent 21 Questions

Pięćdziesięciogroszowiec był kiedyś naprawdę wielki. Po czasie myślę, że znacznie więcej robiła aura, wizerunek i kontekst niż sama muzyka. Plus plecy znajomych napotkanych na życiowej drodze. Pięknie wykorzystał swoje 5 minut (5 lat?), zmieniając się w jeden z ważniejszych symboli schyłku ery muzycznego MTV, walkmanów i kontry wobec stroboskopów, gwizdków i wieśniactwa. Nie był jakoś szczególnie dobrym raperem. Miał za to charyzmę, a w szczególnych momentach był po prostu niezły. Siłą rzeczy, po części jakby zgodnie z tytułem pierwszej płyty, szybko wspiął się na szczyt, a potem konsekwentnie spadał próbując kuć coś dalej. Ten numer brzmi bardziej rasowo niż In Da Club, nie tak przebojowy, ale wciąż całkiem lekki, łatwo przyswajalny. Spokojne tempo, "intymna" gitarka, do tego drugi ziomek od bardziej śpiewanych akcentów. Zgodnie z duchem robienia tego dobrze. I jest całkiem dobrze.

Krauss/Plant Sister Rosetta Goes Before Us

Nigdy nie byłem w Grecji, choć mam tam swoich ludzi. Może dlatego nie jestem bliski takich skojarzeń, nie wiem, jak dla mnie brzmi całkiem amerykańsko... albo taka aura noir jak w klipie do Wagging Tongue, tyle że bez konkretnego dramatu dwóch głównych bohaterów na pierwszym planie. Otwarte przestrzenie, ciepło, a wewnątrz spory kamol do przełknięcia. W kontekście historii Hiena ta muzyka brzmi tylko bardziej ponuro i paradoksalnie. Czasem tak właśnie zostają w pamięci dawne historie roztrząsane jeszcze przez dłuższą chwilę. Zostawione same sobie ulatują z głowy, a po latach pewne wnioski są już byt obce, sytuacje zbyt przejaskrawione, kuriozalne, zbyt przekombinowane. Już chyba kiedyś pisałem o jednym spotkaniu z ówczesnym chłopakiem mojej znajomej, na które nastawiałem się tak, jak gdyby to miała być wojna o kobietę. No cóż, skonczyło się krótką rozmową bez nerwów, jakieś prozaiczne potrzeby i tyle. W życiu trzeba przez pewne sytuacje przejść, by potem zachowywać się właściwie. A sam kawałek w porządku. Takie lepsze Soulsaversy. Pewnie ten strunowy instrument robi tutaj Greka. Trochę szkoda, że za mało Planta, ale sami pani też skutecznie podtrzymała moją uwagę i dobrą myśl o tej piosence.

Diana Ross I'm Coming Out


Ja chyba nie muszę robić coming outu, bo moja aktywność polityczno-społeczno-artystyczna komentuje się sama. To urocze, że rozmawiałem o tym z moją mamą w toalecie i wbrew negatywnym oczekiwaniom jej stosunek do tego jest tylko coraz bardziej pozytywny. A... miałem o Dianie. No to też coming out, bo nigdy nie słuchałem jej muzyki, choć Upside Down kojarzę siłą rzeczy i wykorzystywania w popkulturze. Seba zagrał po mudżyńsku, bo podesłanie albumówki bez chamskich cięć to takie pełnoprawne poznanie. Złoty okaz pięknego współżycia disco z funkiem, przebojowości bez grama kiczowych zabiegów, bardzo dobrego wokalu, charakternego wykonania. Może właśnie powinienem zacząć od płyty z "endżojami"? Żaden wstyd chyba. Świetne hooki, świetny bas, świetna energia. Warszawa w weekend dowiozła, było bardzo przyjemnie! A mundial i Stany... pierredolę żółtowłosego i ten terror rodem z psychiatryka. Może spojrzę jak tam idzie Kurakao i Uzbekistanowi? Dzięki za wrzutkę.

Dog Eat Dog No Fronts

Jako muzyczny jarosz mam proste skojarzenie: Rage Against i Beastie Boys. Brzmią bardzo BIAŁASOWO, trudno to opisać, bardziej się to czuje. Rap rock pełną chochlą czerpiący z wcześniej wspomnianych zespołów. Nie jest to takie złe, może delikatnie się ciągnie po prostu. Druga część budzi skromny uśmiech na twarzy, ten mhoczny podjazd na gitarce robi za papierowe jaja, na szczęście to tylko chwilowa ucieczka w przesadę. Cała reszta jest po prostu okej. Nie ma pretensji, wół wie jakiego przekazu. Jest energia, brzmienie nie jest złe, nie mam się do czego przyczepić. Modelowy muzyczny wehikuł czasu do najtisów.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2026 00:46

Seba, Musiał, bez jaj
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 kwie 2026 02:30

juz juz

Little Dragon - A New

Nie wiem czy istnieje zły brat bliźniak Leszka Millera, ale przypuszczam, że gdyby istniał, to oprócz bycia dobrym politykiem i niebycia ruskim agentem, zasłynąłby z bonmotu o treści: "Nieważne jak kobieta kończy, ważne jak zaczyna". I choć niewiele mnie łączy ze złym bratem bliźniaka Leszka Millera, jak i samym Leszkiem Millerem (i dzięki bogu), tak jednak myślę, że w kwestii tego utworu mogę od nich zapożyczyć ich słowa. Bo, kurde, generalnie tu wszystko jest fajne - może ten pierdzący klawisz pierdzi zbyt bardzo, może niektóre "przeszkadzajki" są zbyt randomowe, ale generalnie wokal tej laski mi się podoba, ogólny klimat mi się podoba i jest to fajne, intrygujące i generalnie JAKIEŚ. I byłoby fajnie, gdyby nie te karykaturalnie przeciągnięte intro i outro, które ani nie są klimatyczne, ani ciekawe, ani potrzebne. Na moje ciut zmarnowany potencjał. Niestety.

50 Cent - 21 Questions (feat. Nate Dogg)


Kurczę pieczone, mnie to wydawało się, że debiut 50 centa wyszedł bardziej w okolicach akcji GTA: San Andreas niż premiery - dopiszę sobie to do długiej listy swoich sam nie wiem skąd wziętych urojeń na tematy przeróżne. Nie mam zbyt wielu skojarzeń z nim i jego twórczością, poza tym, że miałem w gimnazjum kolegę, który często chodził w bluzie z okładką jego pierwszej płyty i lubię In Da Club.
Generalnie całkiem urocza pościelówa - spoko refreny, ładna gitarka, tekst niedająćy ciarek żenady. Jako jarosz w kwestii popularnego DWUZŁOTÓWY (czy ile tam jest warte 50 centów według obecnego kursu) odnajduję całkiem zabawnym fakt, że coś takiego znalazło się na płycie o nazwie BĄDŹ BOGATY LUB UMRZYJ PRÓBUJĄC i okładką z groźnie wyglądającym murzynem. Być może bez tego kontekstu aż tak by mi się to nie podobało, ale diabli wiedzą. Daję okejkę.

Robert Plant & Alison Krauss – Sister Rosetta Goes Before Us


Damn. Wiedziałem, że ta historia nie skończy sie happy endem, ale mimo wszystko zrobiło mi się trochę smutno jak to przeczytałem. W kontekście tej całej historii z symbolicznym zakończeniem relacji na światłach, usłyszenie tego utworu w radio brzmi wręcz jak opis jakiegoś filmu, bo aż tak on do tej całej scenerii i sytuacji pasuje. Bardzo urocze to jest i ładne, wyróżnię smyczki oraz "śródziemnomorskie" akcenty (bo w sumie tak bym określił to banjo, jeśli miałbym używać "geograficznych" skojarzeń). Nie wiem co tu więcej napisać poza tym, że śliczne to jest.

Julia Marcell — Life is on Television

Czy wspominałem o tym, że ten okres co to był niedługo przed pandemią to był jeden z najgorszych okresów mojego życia i był aż tak zły, że pandemia przy nim była wręcz zbawieniem? Wspominałem. Choć wiem, że nikt nie pytał. Julia Marcell to jedna z tych artystek, które pewnie mają na swoim koncie od groma nagród typu Paszporty Polityki i o których wiem niewiele więcej niż to. Nawet jeśli czegoś słuchałem, to praktycznie już nic z tego nie pamiętam. Teraz sobie słucham i mooże zachwycony nie jestem. Może to siła sugestii, ale słyszę tu echa wiadomego przeboju a-ha - niekoniecznie pod kątem kompozycji czy brzmienia, bo to dwa różne światy, ale jest tu podobne natężenie patosu i szeroko pojęty VIBE. Fajne, proste, minimalistyczne, urocze. Do dalszego sprawdzenia.

Dog Eat Dog - No Fronts

Mam mega słabość do łączenia rocka z innymi gatunkami, zwłaszcza gdy miało to miejsce w latach 90. - mnóstwo fajnych rzeczy typu Faith No More wówczas powstało. O tym projekcie do tej pory nie słyszałem i sam nie mam pojęcia dlaczego, bo to totalnie moja rzecz. Są fajne gitarki, jest ENERGIA, są RAPSY, jest SAKSOFON, w sumie jest wszystko, a przynajmniej to co wymieniłem, a na dodatek całość jest bardzo eklektyczna. Podoba mi się to i chętnie sięgnę po więcej.

4 prejzy i jedno umiarkowane mehniecie to nadal bardzo dobry wynik.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 kwie 2026 10:28

50 Cent - 21 Questions [feat. Nate Dogg]

Jak by to było gdyby... Jedno z moich ulubionych pytań swego czasu bodaj. Ale nie będę elaborował, gdyż miejsca na to brak. Zaś jeśli chodzi o samą nutę, no to odblokowano garstkę wspomnień, gdyż pamiętam ten utwór i - a może przede wszystkim - ową gitarową zagrywkę. To mogło lecieć jako fragment jakiejś kompilacji innych fragmentów na Vivie lub włoskiej Countdown TV. Rok 2003? Wolałbym ostro zapomnieć. Ale kawałek od Murzyna jest bardzo fajny. Czuć w nim r'n'b faktycznie, czuć je dobrze i nagle zrobiło się letniaczkowo. Pamiętam, że miałem nawet debiut Pięćdziesięciocentówki wypalony na sidiku i przesłuchałem go przynajmniej kilkakrotnie (Get Rich Or Die Tryin', dobry tytuł btw). No, ale wtedy próbowałem być gościem od rapsów. Nie wyszło i się ostatecznie cieszę. Dodam, że byłem jakieś dwa tygodnie temu w tej Jamaice i okolica ostro nieinspirująca, choć osobiście jako jej mieszkaniec poszedłbym chyba w punk.

Diana Ross - I'm Coming Out

Trochę zapomniałem, że była artystka o takim nazwisku, a potem przeżyłem mały szok gdy ogarnąłem, jak wygląda i okazało się, że jest to dalekie od moich wyobrażeń. Ale ja wiem mało o rzeczach. Numer... pachnie jakimś hitem, ale nie pamiętam jakim i skąd. Słyszałem to w radio? Niewykluczone. Piosenka na wiosnę, to bez wątpienia, wkręca się dość solidnie. Akurat za oknem w Mieście Stołecznym dość słonecznie, zielono i nawet ciepło, tak więc nic, tylko słuchać. Więc będę sobie słuchał i tbh nie mam nic więcej do powiedzenia. Piłki kopanej szczerze nie znoszę bądź w najlepszym razie jest mi ona całkowicie obojętna, więc Mundialu oglądać nie zamierzałem choćby przez chwilę, a nawet zapomniałem, iż ten się w ogóle zaraz odbywa. A co do Ameryki... fajna to była wycieczka, tyle do powiedzenia. Propsy za ciekawy wybór wrzutki <3

Robert Plant & Alison Krauss - Sister Rosetta Goes Before Us

Muza muzą, jest bardzo fajna i tbh nie spodziewałem się czegoś takiego (faktycznie Plant mało "Plantowy", ale też co ja na dobrą sprawę wiem), ale ponownie najciekawsze jest Hienowe backstory. Ponownie mogę też napisać, że reluję z takim "pizdowaniem", albowiem zdarzyło mi się więcej niż jeden raz. Czas raczej pokazał, że warto nie było (i tu i tu), no ale co wspomnień zostało, to nasze. I sporo dobrej muzyki, albowiem jest to bardzo fajne zakończenie tej historii od strony muzy właśnie. Ciekawe, że ja i bez Lasta mniej więcej pamiętam co robiłem na początku kwietnia 2008, albowiem sam postanowiłem wówczas wyjechać na chwilę z "Nieudacznikowa" z pewnym dziewczęciem i zadziałało zaskakująco dobrze. Nawet była wrzutka temu poświęcona już jakiś czas temu. A Siostra Rosetta? Kapitalny kawałek i dla mnie highlight kolejki, doskonały wokal Alison, doskonała oprawa muzyczna w tle, czilera utopia innymi słowy ^^

Julia Marcell - Life Is on Television

Nie wiem, co powiedzieć o tym utworze. Z jednej strony nie jest zły i pachnie trochę Holterową bądź Gazelle Twin od strony maniery śpiewu/oprawy muzycznej, z drugiej jest w tym coś taniego i mnie odpycha. Może postać samej Marcell, która swego czasu (już naprawdę dawno temu) wyskakiwała z niemal każdej lodówki, gdyż właśnie tu PASZPORTY POLITYKI, tu jakieś OSOBOWOŚCI i wciskanie wszystkim naokoło, że tak działa POTĘGA SOCIAL MEDIÓW (bo ona zaczynała od MySpace), nie wiem. Zgadzam się z Sebą, że są tu jakieś dalekie echa a-ha (zgrabnie wyszło), ale zupełnie ze mną nie rezonują. Nie na wiosnę może, zbyt tutaj filmowo jest, zbyt dramatycznie. Nie będzie propsów tym razem, będzie wzruszenie ramion i pójście dalej.

Dog Eat Dog - No Fronts

Wow, tego się nie spodziewałem xD Tzn. opis już trochę sugerował z czym będziemy mieli do czynienia, niemniej jednak obcowanie z tym numerem przebiło moje, nie wiem, oczekiwania? Munlup pisze o chałupniczym wajbie produkcji i w zasadzie się z nim zgadzam, czuć to zwłaszcza po bębnach brzmiących tak, jakby ktoś nagrał je na ostatnią chwilę w czyimś garażu. Najbardziej z zaskoczenia wziął ten saksofon, który nagle w połowie kawałka przechodzi w ostrzejsze gitary. Wujaszek naprawdę jest pełny niespodzianek, nie jestem już w stanie powiedzieć czy lepsza jest ta wrzutka, czy poprzednia. Refren może nie jest aż tak "mocny" tutaj, ale sam sax zasługuje na solidne honorable mention, świetnie to wyszło. Moja znajomość tego typu muzy oczywiście na poziomie gówna, w połowie najntisów to słuchałem tego, co moi rodzice. A oni by po coś takiego nie sięgnęli. Mam nadzieję, że Wuja swoim dzieciom puszcza tego typu rzeczy! Laur słuchacza <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2026 12:17

Dzięki wszystkim za lekturę i przeżywanie wraz z OPem historii o Ance. To było dawno, ale prawda, zostały wspomnienia i muzyka. Nie jestem Musiał, więc nie mam całego wora tego typu historii, ale coś się jeszcze kiedyś znajdzie (na mniejszą skalę, ale zawsze coś). Kończę na jakiś czas ze smutaniem, wspominaniem kobiet i kończę też na jakiś czas z białasami.

Supercar – Greenage

Kolejna piątka nie będzie tematycznie historią z życia, ale też nie będzie to zestaw stylistyczny. Tym razem wspólnym mianownikiem będzie kraj pochodzenia, ponieważ zapraszam Was na pierwszą piątkę z Japonii. Szykowałem się od dłuższego czasu do podzielenia się większa ilością muzyki z tego kraju, ale nie zawsze nadawało się to na pojedyncze wrzuty. Z tym większą radością otwieram serię żółtych papierów, a robię to trochę od końca, bo prezentując zespół, który poznałem relatywnie niedawno, bo parę lat temu. Supercar to zespół indie/shoegaze, który powstał w złotym roku 1995 i istniał okrągłe 10 lat. W składzie czworo Japończyków, trzech facetów i basistka. Ich debiut „Three Out Change” był sporym wydarzeniem na scenie alt rocka w Japonii, i Supercar do dziś otoczeni są tam kultem. Tak jak pisałem w recenzji „Long Season”, wiele niezwykłych grup muzycznych działało wtedy w tym kraju, ale ich muzyka nie docierała poza granice. Supercar ostatecznie wypłynęli na świat za pomocą internetów, ale długo po rozpadzie i długo po tym kiedy mogło to mieć jakieś większe znaczenie i wpływ na ich karierę. Mimo wszystko, uważam że takie zespoły trzeba rekomendować, bo Japonia dostarczała i dostarcza nadal. Ten kawałek kojarzy mi się z letnim okresem w 2024 r., kiedy wróciłem z wakacji i odgrzebując stary klaser z kartami Pokemona, stwierdziłem, że fajnie by było do tego wrócić. Niemniej, kiedy zbierałem je na przełomie lat 90/00, to była tylko jedna seria tych kart, a teraz? Teraz jest tego milion i generalnie zbieranie nie jest już takie fajne, bo niby kart jest mnóstwo, ale trudno się zdecydować, jaki ma się ostatecznie cel, bo wszystkich (nomen omen) zebrać się nie da. Przygasiło to mój zapał, ale nadal, co jakiś czas, kupuję sobie jeden z tych tanich zestawów na allegro „100 różnych kart + 1 holo + ekstrasy” i chowam w klaserze z, naturalnie, Pikachu. Ehhh, ta Japonia. No a Supercar mnie ujęli przepięknie chropowatym brzmieniem, mocą która płynie z ich riffów, zajebistą produkcją tej muzy oraz, oczywiście, unikatową atmosferą, którą tylko Japończycy potrafią stworzyć. „Greenage” to takie best of wszystkiego, co lubię w tym zespole.

Korzystając z okazji, że nie ma tu jakiegoś potężnego kontentu zapleczowego, napiszę parę słów o charakterystyce japońskich zespołów. Zaskakująco olbrzymia część grup muzycznych w tym kraju, ma angielskie nazwy oraz angielskie tytuły utworów (w przypadku Supercar, praktycznie wszystkie kawałki) mimo że i tak są one śpiewane w całości po japońsku. Fascynacja Japończyków Ameryką jest dosyć urocza, bo widać, że są Zachodem oczarowani, ale do dziś, niewielki odsetek potrafi płynnie mówić po angielsku, nawet celebryci, którzy zmuszeni są do wyjazdów i publicznych występów zagranicą. Japończycy, nawet jak potrafią się dogadać po angielsku, to często wożą ze sobą tłumacza, bo wstydzą się swojego akcentu (np. Hideo Kojima). Nie jest to dziwne, bo jednak mówienie po japońsku ma konkretny wpływ na aparat gębowy i trudno się, bez poważnego wyćwiczenia, przerzucić na angielski i jakikolwiek język nie będący azjatyckim. W latach 80 i 90, ale też później, normą było, że Japończycy używali angielskiego trochę jak małe dzieci w zabawach między sobą, sądząc, że to i tak nie wypłynie poza granice kraju, i to wiązało się z konkretnym masakrowaniem gramatyki i pisowni (np. Fishmans), zresztą jest to też znane z tłumaczeń gier komputerowych i konsolowych (słynne „all your base are belong to us”, czy jakieś „wellcome” z Resident Evil 2). Ostatnią rzeczą, było i jest nadal, wrzucanie losowo angielskich słów do japońskich tekstów, co u nas by wyglądało np. tak „i nawet kiedy będę alone, nie zmienię myself, to nie mój world”, czy coś. U nich to jest kompletnie normalne i nie budzi śmiechu. Nigdy nie miałem okazji zapytać jakiegoś Japończyka o to, czemu oni tak robią i skąd to się wzięło, ale jedno jest pewne, w kwestii zabawy angielskim, Japończycy nie mają żadnych hamulców i ma to swój niepowtarzalny urok, kiedy podczas koncertu Fishamans, ktoś z zespołu pyta japońskiej publiki „ARE YOU FEEL GOOD?” i wszystko jest super(car).

https://youtu.be/W0hOtsfOchI?is=YkvaktaSMSj1dWhH
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 kwie 2026 12:35

Twin Shadow - When We're Dancing (2010)

George Lewis Junior, czyli Twin Shadow, czyli hipsterskie neo-ejtisy z innych, lepszych czasów (2008-2012, powiedzmy), na pewno zaś muzycznie. Słyszałem ksywę gościa kilkakrotnie wcześniej, reklamy jego debiutu albumowego (a właśnie z debiutu jest to numer, co go wrzucam), ale nigdy się nie zainteresowałem bliżej. Ba! nawet moje hipsterskie źródełka w tamtym czasie typa albo nie wspominały, albo wspominały za słabo i nie było szans, by do niego usiąść. W sukurs przyszedł Munlup, który dość solidnie suflował mi gościa wiosną 2015. Solidnie, ale i skutecznie, gdyż szybko zassałem debiucik i potem następny album i... well, można powiedzieć, iż się zachwyciłem.

Reklamowano mi gościa jako revival nowej fali i tutaj się nie przejechałem. Szkoda jednak - na co również zwrócono mi uwagę - że tylko jego debiut ma taki wyraźny sznyt, kolejny krążek już tylko "pachnie" ejtisami, zaś wszystkie następne to najzwyklejszy pop (niekoniecznie zły, po prostu zwykły). Ale nieważne, ważne, że jest WHEN WE'RE DANCING. Wiosna 2015 to czas, który był dla mnie mocno pokręcony, momentami niefajny, obfitujący w twisty ale i rzeczy bardzo przyjemne. Towarzyszyło to wszystko mojej relacji z O., wówczas jeszcze świeżej, ledwie półrocznej, zaś już wtedy mocno intensywnej. Tak się złożyło, iż wyniosłem się wtedy z Warszawy do rodziców i dojeżdżałem tutaj codziennie do pracy pociągiem. Jak będę wspominał tamten kwiecień, to już 11 lat temu było? Zapach jej perfum, kwiatów, zimnych łódzkich poranków, papierosów La Cigarette od Vogue'a, męczonej w kółko tej samej książki Stasiuka oraz dźwięki Karla Hyde'a, Hulkkonena, OMD i pana Lewisa Juniora zostaną ze mną na zawsze <3 Prawie się rozmarzyłem!

A tak zupełnie serio to jest dobra piosenka i w ogóle dobra płyta, w sam raz na początek wiosny, więc polecam serdecznie.

https://www.youtube.com/watch?v=vcqkRFL ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 kwie 2026 12:40

LFO - Simon from Sydney (1991)

Dawno nie było edukatora muzycznego, aż dziwne... Poza tym kolejny ukłon w stronę Marka Bella to nie tylko kurtuazja, ale też objaw szczerego uznania. Jeden z tych niepozornych bohaterów, który potem okazuje się człowiekiem z tylnego siedzenia odpowiedzialnym m.in. za ważne w moim życiu Homogenic i Excitera. Depeche Mode, wiadomo, Bjork, wiadomo, ale z perspektywy nerdoposzukiwacza oczywiste są też autorskie projekty. Zależało mi na obeznaniu w "nowej elektronice", więc lata 90' i stajnia Warpa to dla mnie dziś chleb powszedni. Krok po kroku odkrywałem kolejne skróty, tytuły, aliasy, alter ego. Teraz mogę się swobodnie poruszać nawet w świecie klasycznych kompilacji czy zbiorów remiksów. Od cudownego wywrócenia do góry dupą Home do pełnoprawnego debiutu jako LFO - do połowy najtisów jeszcze jako duet, a potem Bell solo, choć już na Frequencies sporo materiału stworzył właściwie sam. 1991 rok, jeszcze niewinne początki tego wszystkiego! House czy techno już pomału krzepły, ale rozwój sprzętowy postępował. Zza rogu czaiło się Intelligent Dance Music, które młodego poszukiwacza siebie naturalnie musiało przyciągnąć. Trochę pretensjonalne, bardzo wyraziste, choć dziś to bardziej jak hub łączący wiele różnych podgatunków. Powiedzmy, że wówczas to było po prostu coś więcej niż prosty mózgotrzep na 4/4... a nawet jeśli taki był, to przynajmniej kombinowano z brzmieniem czy celowo dokładało więcej przeszkadzajek, utrudnień lub zmieniano główny punkt uwagi.

Samo Frequencies dziś mocno oddaje ducha czasu, wiadomo. Na jeden pełnoprawny banger przypada jedna perła z lamusa zeżarta przez mole. Mędrkowanie po czasie niewiele zmienia, wówczas to musiał być kosmos. W wielu miejscach jest nim do dziś. FOOKIN GROOVE Simona to jeden z takich przykładów. Trochę pląsy, trochę test możliwości głośników (do dziś może stanowić wyzwanie). Klimatyczne tajemnicze intro. Spokojnie, nie będzie tu tak szybko.

Oddaję głos do studia, a ja sam dziś trochę jeszcze posiedzę przy LFO - nawet w pracy. Marku, dziękuję!

https://www.youtube.com/watch?v=AzTL4sRSSf4
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 kwie 2026 12:42

PS może dobrze, że ja wiem cokolwiek tylko o TEATRALNYCH Paszportach Polityki... muzyczne nagrody dla "środowiska" dotyczą zazwyczaj jakichś nudnych pierdów dla masówki
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 kwie 2026 07:35

Moby - What Love
(1995)

Moja osobista przygoda z Mobym to najpierw były jego hiciki circa 2001-2002 takie z którymi myślę przeciętny Kowalski mógłby kojarzyć jego muzykę, ale Moby to jednak człowiek o szerokiej gamie brzmień i inspiracji o czym wiedzą ludzie którzy coś więcej liznęli jego twórczości. Długo biłem się z myślami od czego właściwie zacząć pisanie o nim w bestce bo jest tak naprawdę kilka utworów które mógłbym tu wrzucić jako pierwszy i o których mógłbym w ciemno stawiać że łyknęlibyście je bez popity. Ostatecznie niech będzie że wrzucę teaser z płyty którą myślę jeszcze Was kiedyś uraczyć w całości, mój ulubiony deep cut z albumu Everything Is Wrong i zarazem utwór który nt. brzmienia samej płyty nie powie Wam prawie nic bo jest ona naprawdę eklektyczną i przy tym bardzo fajną kolekcją wielu odmiennych stylów muzyki. Everything Is Wrong było trzecim albumem w karierze Moby'ego, jego debiutem pod szyldem Mute Records a on sam mówił o nim że to był jego pierwszy prawdziwy album w karierze który oddawał jego miłość do różnorodnych brzmień. O samym What Love też wolałbym nie pisać zbyt wiele aby nie spoilerować Wam takiej odsłony Moby'ego, napiszę jedynie że podoba mi się energia tego kawałka i emocje które oddaje oraz cała jego forma z zastosowanien tej refrenowej klamry intro/outro będącej jakże odmienną od zwrotki pośrodku. Zresztą sami posłuchajcie.

https://youtu.be/Eqnl4GOFvSs?is=u6LwRTWTsIM0qrU2
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 22 kwie 2026 10:00

No to jeszcze Wuja i Seba, a może się wyrobimy do niedzieli
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 kwie 2026 11:57

hehe bo wiecie

Diana pykła i fajnie. Dajcie spokój z jakimiś wersjami singlowymi czy czymś takim - nawet dla mnie to za dużo.

Jade - Don't Walk Away

Z racji tego, że w tej edycji temat niespełnionych relacji pojawia się często, nie byłbym sobą gdybym nie próbował podłączyć się do tego trendu w mniej lub bardziej pokraczny sposób.

Historia nie pochodzi z czasów zamierzchłych, bo opisywane wydarzenia miały miejsce na przełomie lata i jesieni 2023 roku. Tamto lato zapamiętałem jako dość szalony okres i nie chodzi mi tu bynajmniej o Barbieheimer. Zaczęło się od utraty pracy i konieczności zatrudnienia się gdziekolwiek w celu posiadania środków do życia, a potem było trzęsienie ziemi... czy jakoś tak.

W tamtym czasie odwiedziłem serdecznego kolegę, który pod koniec sierpnia organizował swoją imprezę urodzinową. Nie chcę o niej się rozpisywać, bo nie o nią się tu rozchodzi, ale w jej ramach spędziliśmy wraz z innym kolegą weekend w Warszawie. I w ramach tego weekendu, w piękny sobotni wieczór, pojechaliśmy też na coś, co było szumnie zapowiadane jako parapetówka.

Powiedzieć, że to nie była największa impreza w dziejach imprez to nie powiedzieć nic. W każdym razie, sposród dwóch osób które zastaliśmy, była i ona. LASKA Z LEKARSKIEGO. Którą w sumie już znałem z jednego czatu na grupowego na którym razem byliśmy i z którą nawet zamieniłem parę zdań tam i owam.

Podczas tej wiekopomnej imprezy, którą okoliczne wsie i miasta będą pamiętać latami ja i wspomniana LASKA Z LEKARSKIEGO parę piw oraz zamieniliśmy kilka zdań, po czym około godziny 23 każde z nas wsiadło do taksówki i pojechało w swoją stronę. Tu historia powinna się zakończyć, tak jak 99% tego typu historii, ale o dziwo stała się rzecz dokładnie odwrotna.

Następnego dnia bowiem pan solenizant kazał nam opuścić swoje M ok. godziny 11 (sam bowiem wyjeżdzał do rodziny), a z racji tego, że nasz powrót był zaplanowany nieco później, mieliśmy z kolegą parę godzin do wykorzystania. Coś nas podkusiło i napisaliśmy do wspomnianej wyżej LASKI Z LEKARSKIEGO, acoby nam potowarzyszyła w tym czasie. Ta, z braku lepszego zajęcia, zgodziła się. Wyprowadziliśmy jej psa na spacer, poobgadywaliśmy wspólnych znajomych, poszliśmy coś zjeść, było miło i w ogóle, po czym wróciliśmy do swoich krain.

I tu wydarzyło się coś, czego nikt o zdrowych zmysłach się by nie spodziewał, bo po powrocie jakoś tak... nagle zaczęliśmy częściej rozmawiać. I odniosłem wrażenie, że dziewczyna zaczęła się do mnie zalecać i w ogóle. I wiecie, gdybym tylko ja odnosił takie wrażenie, to bym pewnie równie szybko stwierdził, że sobie to wkręcam czy coś, ale wspólni znajomi też to zauważyli, a to musiało oznaczać jedno: gówno staje się poważne.

Zapewne zastanawiacie się więc jakim cudem relacja prostego pracownika fizycznego (na ten moment) ze wsi wraz z LASKĄ Z LEKARSKIEGO ZE STOLICY miała rację bytu? Nie wiem, bo jakoś niedługo później znalazłem lepszą, dobrze płatną pracę, a laska ze stolicy przestała być laską ze stolicy - z racji praktyk studenckich przeprowadziła się do Poznania.

A dla tych co byli słabi z geometrii to tłumaczę, że Poznań leży względnie blisko Wrocławia. Może nie jakoś bardzo blisko, ale powiedzmy, że nie było wielkich problemów natury logistycznej w przypadku spotkań.

Były za to inne problemy, które pojawiły się bardzo szybko i bardzo szybko, bo po kilku spotkaniach sprawiły, że kolejne już nigdy nie miały miejsca. Z perspektywy czasu sam nie wiem co myśleć o takim speedrunie relacji. Z jednej strony spoko, bo nie zdołałem się szczególnie przywiązać, z drugiej - świadomość, że to wszystko nie trwało nawet trzech miesięcy jakiś tam wpływ na moją samoocenę to miało (i pewnie nadal w jakimś stopniu ma).

Wiem za to co myśleć o tym co zrąbałem po tym jak przeczytałem, że to chyba nie to i nie jestem odpowiednią opcją. Odwaliłem coś, co sprawia, że do tej pory przechodza mnie ciarki żenady. W swojej bezgranicznej głupocie i desperacji postanowiłem pojechać spotkać się ostatni raz. Być może jakaś część mnie myślała, że coś uratuje , być może inna część mnie chciała się po prostu pożegnać, na pewno nie było przy mnie nikogo, kto by powiedział, że jestem debilem i powinienem pierdolnąć się w cymbał zamiast marnować weekend.

Spotkanie było smutne, tragiczne, kuriozalne i groteskowe jednocześnie. Tę wizytę do Poznania uratowały tylko i wyłącznie moje koleżanki, które akurat tam były i z którymi się spotkałem po tym jak usłyszałem słowa, których usłyszeć nie chciałem, ale o których usłyszenie sam się prosiłem.

I to jest z grubsza cała historia - po tym spotkaniu może zamieniliśmy jeszcze z kilka zdań, a LASKA Z LEKARSKIEGO odcięła się ode mnie i wspólnych znajomych. I choćby z tego powodu nie myślę o niej jakoś bardzo źle, bo pozwoliło to względnie szybko zapomnieć o niej i całej sprawie (zresztą taki młyn miałem w tej robocie, że nawet nie miałem czasu o niej myśleć). Dziś pewnie bym jej nie poznał na ulicy, a nawet jeśli - nie podjąłbym żadnej interakcji.

Chciałbym napisać, że słyszałem ten utwór gdzieś w drodze powrotnej do domu czy podobnym miejscu, ale w sumie to nie. Usłyszałem go parę miesięcy później, w rekomendacjach bodaj Tidala, z którego wówczas korzystałem. To było już jakiś czas po opisywanych wydarzeniach, kiedy nabrałem do nich dystansu i uświadomiłem sobie, że w sumie to ja byłem blisko stania pod chatą mojej byłej i puszczania z boomboxa DON'T WALK AWAY?

A że tekst jest pisany z perspektywy kobiety? Dajcie spokój, nie będę zwracać uwagi na takie szczegóły.

Dobra, bo i tak się rozpisałem. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://youtu.be/AQr6BH63xDQ?is=Mw7Zmhq_q3mBffZy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 22 kwie 2026 13:07

Shakin’ Stevens - Teardrops

Będzie znowu wspominka z przeszłości. A cofamy się jeszcze o dekadę wstecz względem moich ostatnich pięciu wrzutek, bo do połowy lat 80’. W tamtych czasach niewiele jeszcze interesowałem się muzyką, ale pamiętam doskonale jak dużą popularnością cieszył się wtedy walijski piosenkarz Shakin’ Stevens. Jego hity latały w eterze non stop, więc ktoś żyjący w tamtych czasach nie mógł o nim nie słyszeć. Wykonywał muzykę rock and rollową, szczególnie w latach 80’. Był chyba nazywany nawet następcą Evlisa Presleya tudzież walijskim Elvisem ze względu na pewne podobieństwa. Posiada na swoim koncie kilka nieśmiertelnych przebojów, które doskonale pamiętam do dzisiaj. I które niezmiennie lubię. Miałem w sumie niezły problem co wrzucić, bo ze 4 utwory lubię w równym stopniu. W końcu zdecydowałem się na Teardrops, bo to niezwykle urokliwy utwór. Taki pełen jakiegoś nieokreślonego optymizmu i radości. Po prostu piękny i tyle. W dodatku idealny do tańca. Słuchając go czuję się podobnie wzruszony jak przy oglądaniu starych ulubionych amerykańskich filmów w stylu Książe w NY czy Kevin.
Ciekawe czy mama Roberta lubi? :roll:

https://www.youtube.com/watch?v=6OZwc6S ... rt_radio=1
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 kwie 2026 14:40

Kolejka 6.

31. Supercar – Greenage (Hien)
32. Twin Shadow - When We're Dancing (devotional)
33. LFO - Simon from Sydney (Dragon)
34. Moby - What Love (stripped)
35. Jade - Don't Walk Away (mintaj)
36. Shakin’ Stevens - Teardrops (shodan)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 27 kwie 2026 03:21

Gdy zabieram się do pisania tych słów, nie ma żadnej recenzji. Widzę, że forum wkroczyło totalnie w tryb mentosa

Supercar – Greenage

Czekam na kącik japoński z wypiekami (czy tam onigiri) - tak samo jak na mojego kolegę, który obiecał mi tam zanabyć Long Season. Bo pomijając rynek produkcji animowanych, które w przeważającej mierze nie są dla mnie, japońska kultura jest dla mnie wspaniała - klasyka kina, której w większości nie widziałem, multum genialnych gier i równie dużo świetnej muzyki. O ile w innych gałęziach kultury tego nie dostrzegam, tak w muzyce rozrywkowej często inspiracje zachodnią kulturą są bardzo wyraźne, i to przetwarzanie znajomych gatunków przez osoby z zupełnie innego kręgu kulturowego zawsze miało dla mnie dużo uroku. Może to skojarzenie z "zabawą" językiem nasunęło mi ten trop, ale cały czas mam wrażenie, że ci ludzie nasłuchali się Ride oraz My Bloody Valentine, usłyszawszy ich cholera wie gdzie, i bez żadnej wiedzy na temat tego czym jest shoegaze itd. postanowili nagrać coś podobnego. Wyszło całkiem fajnie, a przede wszystkim - świeżo. Bardzo dobra i ciekawa wrzuta.

[bTwin Shadow - When We're Dancing[/b]

Twin Shadowa kojarzę w sumie tylko z jednego kawałka - Golden Light i to wyłącznie z powodu tego, że gdy Spotify wchodziło do Polski, to ich algorytm intensywnie mi go promował. Nie mam pojęcia dlaczego. Pamiętam, że nawet lubiłem, ba, nawet mogłem sprawdzić jakąś płytę - i chyba na tym się zatrzymałem, bo zupełnie jej nie pamiętam. Obawiam się, że nie tylko mogę nie wrócić do niej, ale nawet i nie poznać kolejnych, bo nie dałem się porwać. Gitarki chodzą nawet fajnie, niby jest nawet jakiś klimat, ale to chyba nie jest mój klimat. Nie wchodzą mi te wokale, brakuje mi tu jakichś wyrazistych hooków czy czegoś, co by zapadło mi w pamięci. Raczej miss niż hit.

LFO - Simon from Sydney

Chwała za powrót kącik edukacyjnego, bo zawsze przyda się - zwłaszcza takiemu cepowi jak ja, który kiedyś próbował rozwinąć się w dziedzinie elektroniki, ale jak tylko zobaczylem ile jest tego podgatunków, to po prostu wymiękłem. xd LFO kojarzę, szanuje, debiut mi sie nawet podobał, acz wieki nie wracałem. Trochę się uśmiechnąłem pod nosem, gdy czytałem o teście możliwości głośników, bo puściłem sobie to na relatywnie niskiej głośności i słuchałem trochę jak ambientu - co ciekawe, ten test utwór zdał rewelacyjnie. Zakładam, że w 1991 mógł brzmieć jak jakiś kosmos, bo może i nie znam się na muzyce, ale nie kojarzę starszych rzeczy, które mogłyby brzmieć podobnie. Kapitalne to jest, nie umiem tego sensownie określić, bo jest to dla mnie jednocześnie przećpane, kosmiczne i industrialne, ale na pewno jest w tym COŚ, coś sprawia, że wchodzi mi to jak nóż w masełko. Kupuję i daję znak jakości.

Moby - What Love

Mam wrażenie, że przy co trzecim kawałku tu piszę, że nie wiem dlaczego tak rzadko słucham, za słabo znam itd. itp. I może robię się wtórny, ALE przy Mobym mam takie wrażenie szczególnie, bo chłop ma wszystko niezbędne do tego, by dołączyć do mojego panteonu, ale z jakichś przyczyn w nim się nie znajduje - i to pomimo tego, że sam go tu wrzucałem lol. Jeśli ta wrzuta ma być teaserem, to od razu powiem, że jest to teaser udany, bo zachęcił mnie do tego, by wrócić do tej płyty i generalnie do Mobiego. Jest maksymalnie najtisowy, jest eklektyczny w ten specyficzny sposób, gdzie niby poszczególne elementy nie powinny do siebie pasować, jest szalony. To mi wystarczy, by go docenić.

Shakin’ Stevens - Teardrops

Hihihi, to już wiem czym inspirował się Wojciech Gąssowski nagrywając Gdzie się podziały tamte prywatki. Doceniam tę wrzutę za ten fakt, bo lubię takie trivie i jestem zaskoczony, że nigdy o tym wcześniej nie słyszałem. Nie byłem nigdy fanem polskiej wersji, zawsze wydawała mi się zbyt ckliwa, przaśna i generalnie to często leciała w radio gdy byłem pacholęciem, a z tej perspektywy raczej nie byłem w stanie utożsamiać się z kimś, kogo młodość przypadała na lata 60. Oryginał podoba mi się o wiele bardziej, bo jest po prostu lepszą piosenką: lepiej wyprodukowaną, zaaranżowaną i w ogóle jakąś taką w lepszym guście. Niby ckliwy do bólu, ale też ani przez chwilę nie przeszło mi przez głowę, by był przesadzony czy irytujący w tym. Co trochę mnie dziwi, ale w sumie to zawsze gdzieś tam tkwił we mnie mentalny słuchacz Radia Złote Przeboje.

Fajna kolejka kurde
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA