Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 24 sty 2026 17:39

Myślałem, że już dawno jest miesiąc na album
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 24 sty 2026 19:31

Możemy spokojnie do kwietnia CBL lecieć
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 24 sty 2026 19:54

chciałem napisać, że skoro mamy jakieś tam ustalone ramy czasowe to powinniśmy sie ich trzymać, ale wsm też wleciałem po terminie wiec no
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 sty 2026 20:15

Zasadniczo od 19 stycznia powinna lecieć Kate Bush więc no

Nawet jak doliczymy tydzień zwłoki bez szans żebyśmy zamknęli w ten weekend CBL sory
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 sty 2026 08:06

Rytualnie powinienem postękać i poobrażać, ale mam to w dupie, bo po 4 latach tłuczenia muzyki tydzień w tydzień w ten sam sposób naturalnie można potrzebować więcej czasu
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 sty 2026 19:35

Panowie?

Ja myślę w sobotę wjechać z tym, fajnie by było do końca miesiąca to ogarnąć jednak
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 29 sty 2026 20:18

jezu napiszcie cos w stylu AMBIENT BAZA albo AMBIENT siusiak, nie ma sensu się meczyć z rozkładaniem tej płyty na czynniki pierwsze
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 sty 2026 20:30

Mi tam byłoby chyba przykro gdyby te recenzje faktycznie ograniczyły się do takich stwierdzeń, omawialiśmy tu szerzej takie rzeczy jak GAS chociażby
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 29 sty 2026 23:42

miesiąc czekać na jedno zdanie to nawet dramy szkoda robić wtedy
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 30 sty 2026 21:15

Carbon Based Lifeforms - Hydroponic Garden

Pisanie o muzyce jako tańczenie o architekturze było już wielokrotnie na tym forum uskuteczniane. Czy w sposób udany czy też nie, nie będę teraz oceniał. Powiem za to dwie rzeczy - pierwsza, wrzutki CBL wcześniej sprawiły, że zainteresowałem się tym bandem i postanowiłem sięgnąć po jego muzę w pierwszej kolejności przez YT, gdzie sam algorytm podpowiedział mi krążek Interloper. I, kurde, żałuję, że nie ten omawiamy, gdyż jest świetny. I to była ta druga rzecz. Jak Mentos sprzedał mi Art of Noise, tak Dragon sprzedał mi CBL, choć obaj w sumie nieświadomie. CBL wchodziło mi doskonale jesienią 2024, która była, cóż, dość podła (w dużej mierze na moje własne życzenie). Chłód i szarość listopada za oknami mojego warszawskiego mieszkania albo biura ładnie były, można powiedzieć, niwelowane poprzez wzmocnienie właśnie przy pomocy Carbon Based Lifeforms i ich "intruza" (a tak się składa, iż solidnie czułem się wtedy jako intruz w życiach niektórych ludzi). Bardzo dobra muzyka.

Potem przyszły kolejne albumy, najlepiej z nich wspominam bodaj Derelicts. Do Hydroponic Garden podchodziłem na pewno, gdyż tak głosi moje YT. Ale możliwe, że w tamtym czasie ta przecież mocno jednostajna symfonia dźwięków i elektroprzeszkadzajek przestała się mocno w mojej głowie wyróżniać na tle swojego "rodzeństwa", no i git, bo ja dokładnie czegoś takiego od tej muzyki oczekiwałem i to dostałem. Nie wiem, na ile jesteście zaznajomieni z estetyką zerosową w chyba wszystkim, jednak koncentrując się najsolidniej na użytkowej elektronice. Siła zjawiska, które manifestowało się pierwszymi trzema częściami Matriksa, powstającymi w tamtym czasie teledyskami i oprawami programów informacyjnych (choć chyba głównie sportowych) oraz - jakżeby inaczej - gorylionem skinów do Winampa (ale tutaj akurat moim ULUBIONYM estetycznie playerem był Windows Media Player 10, złoto absolutne; na marginesie, niemal taką samą identyfikację wizualną miały wtedy tvnowskie Fakty, przypadek?).

Innymi słowy - frutiger aero na pełnej et consortes. Ta muzyka od CBL jest dla mnie, cóż, naturalnym dla niej soundtrackiem (jeśli akurat nie jest to tech house z elementami d'n'b, albowiem i takie brzmienia z tamtymi rozwiązaniami kojarzę). O ile owa estetyka zesrała się po pożarciu własnego ogona w okolicach premiery Visty (a potem nadszedł hipsterski minimalizm, torujący jednak drogę dla hipsterskiej grandilokwencji), tak wspomnienia zostają i muzyka, muzyka też zostaje. Z czym mi się CBL kojarzy... z późnym Yello. Dwóch śmiesznych Szwajcarów robiących muzykę, która wiecznie puszcza oczko do słuchacza nagle odpala elektronikę, której nie powstydziliby się w Kraftwerk. Jednocześnie jej nowoczesna cyfrowość i taka, nie wiem, lekkość to właśnie choćby rok 2003 i album The Eye. Weźmy takiego Tensora, dołóżmy do niego jakichś dziwacznych wokalnych sampli i głos Dietera Meiera, jak czyta historię nieszczęśliwej załogi promu Challenger. Efekt murowany (dobry efekt).

Dokładnie tak czuję tę muzę. Ten album (no bo o tym albumie tutaj mowa) jest dla mnie kwintesencją tego czucia. 11 solidnie długich numerów, z których każdy brzmi jednocześnie tak samo, jak i inaczej. Soundtrack dla lotów w kosmos, konferencji prasowej Microsoftu i obło-żółtawych centrów handlowych w średniej wielkości miastach powiatowych środkowo-zachodniej Polski. Nowoczesność w dźwięku, a jak założę okulary SITA do nauki języka (ktoś to kiedyś sprawdzał? Zdecydowanie mój ulubiony scam z tamtych czasów), to zaczynam latać po świecie złożonym z generowanych sprzętowo (ze wsparciem DirectX) krzywych we wszystkich kolorach LGBTQWERTY+ generatora wizualizacji MilkDrop 2, i tylko domyślny Times New Roman mnie wnerwia jak zawsze (czemu nie wpadli na coś lepszego? To były w końcu LATA DWUTYSIĘCZNE). Tutaj nawet, kiedy kawałek usiłuje mnie niby uśpić (vide Mos 6581) to nie jest w stanie, ciągle mam otwarte oczy i widzę te wszystkie niebieskawe kropeczki i kuleczki.

Były kiedyś (może nadal są?) takie lody od Ice Mastry, Inne się nazywały (ew. Lodowa Alternatywa), to był pomysł na sprzedawanie lodów w postaci drobnych, pastelowo kolorowych kuleczek, które wysypywało się z kubka prosto do mordy przez zbyt mały otwór (biada, jeśli zdążyły się zbrylić i nie wypadały w ogóle). Dla mnie to była zapowiedź tej estetyki "cyfrowego minimalizmu" i słuchając takiego Neurotransmittera czuję się, jakbym te lody wpieprzał. I nagle klimat się zmienia, kolejne numery zabierają mnie w świat "utopian scholastic world" ale nie ten najntisowy (encyklopedie od Eyewitness <3 kto nie kojarzy tego słynnego intro z białym wnętrzem muzeum?), a coś nieco późniejszego. Wpadam w świat animowanych pulpitów (ile to musiało mi żreć RAMu a ja nawet tego nie wiedziałem), wygaszaczy ekranu "3D" z udawanym akwarium pełnym neonowych ryb, półprzezroczystych okien i pól wpisywania tekstu (no i koszem na śmieci, nie zapominajmy o koszu!), jest w czym wybierać. Aż za bardzo?

W zasadzie nie wiem, jestem zbyt nostalgiczny, by mi się to jakoś ostro znudziło. Do tego stopnia, że naprawdę szukałem działającej wersji WMP10 na współczesne systemy. Dlaczego starożytne gry dziś działają nawet na smartwatchu, ale zwykły software użytkowy nie? Gdzie był Gondor kiedy padał Winamp? Gdybym chciał się wydostać z tego świata, to jednak takie Comsat czy Epicentre (ten drugi chyba był później rozwijany na Interloperze?) mnie w nim srogo trzymają. Był kiedyś taki komiks z Kaczorem Donaldem w jednym z naprawdę "archeo" Gigantów, gdy ten śnił, że został wessany do komputera, którego "mózgiem" był Gęgul. Co prawda tamten komiks jechał przede wszystkim na najntisowym pojmowaniu takiej technologii (i to raczej z pierwszej tych najntisów połowy), ale generalnie czuję się trochę jak tamten "podmiot liryczny". Dragon zabiera mnie w podróż po świecie, który raczej pamięta bardziej przez mgłę niż namacalnie, o ile w ogóle. A jednak robi to - nawet, jeśli bezwiednie - skutecznie.

I tak sobie latam po tych ekranach, po tych systemach, po tych Maxthonach i starych playerach (Allplayer? Subedit?), pośród zapomnianych sterowników ściąganych do zapomnianych sprzętów, gdzie wszystko jest chromowane (np. polski shooter Chrome, który był całkiem spoko), wszystko ma obłe kształty i się błyszczy, ludzie chodzą w jednoczęściowych kostiumach w kolorze srebra i noszą na nosach tandetne okulary przeciwsłoneczne. Po nakładkach estetyzacyjnych typu StyleXP, po miliardzie skórek do Winampa i dwóch miliardach wymiennych ikon oraz kursorów. W kieszeni kurtki mam discmana o podobnej formie, a w telewizji lody Big Milk reklamuje numer techno. Gdybym potrzebował jednak przypomnienia, że to wszystko blaga i minęło niemal 20 lat od tamtego czasu, to z pomocą przybiegają panowie z Carbon Based Lifeforms i fundują mi zamknięcie płyty w postaci Refraction. To wszystko to zapomniana przeszłość, a ja sam korzystam z foobara, gdy mógłbym z Winampa. Wciąż działa, choć tylko ten stary.

Naprawdę, bardzo dobra płyta, bardzo dobry wykonawca, ciekawe feelsy i atak nostalgii ze strony, z której najmniej bym się tej nostalgii spodziewał. A może właśnie nie? ODDAWAĆ MI WINDOWS MEDIA PLAYERA 10!!!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 31 sty 2026 12:20

Carbon Based Lifeforms - Hydroponic Garden

Chyba już dawno nas Dragon nie raczył longplayem w takim stylu bliskim ambientom, pamiętam że na początkach naszej albumówki miewałem z nimi problemy, jednakowoż dobrze wspominam próbkę CBL z bestki utworowej więc byłem ciekaw co przyniesie ta płyta.

Central Plains brzmi dla mnie totalnie soundtrackowo, pasuje mi do jakiejś gry w stylu noir rozgrywającej się zimą czyli pasowało by mi np. do Max Payne. Atmosfera lekkiego niepokoju czy napięcia i odgłosy miasta, z braku laku sprawdzało się nawet podczas wieczornych spacerów po mieście. Tensor kojarzy mi się - może mylnie, niewiele już pamiętam - z soundtrackiem do GTA V ale tym robionym przez Tangerine Dream. MOS 6581 już od dawna w sumie leży gdzieś tam w moim kanonie okołoambientowego granka z uwagi na ten główny motyw na klawiszu który po prostu robi robotę. Silent Running nieco zaskakuje tym rytmem, całość ma trochę jakby szamański vibe i z czymś mi się kojarzy ale teraz nie umiem przypiąć konkretnego skojarzenia. Neurotransmitter wchodzi już w bardziej nieokreślone rejony muzyki tła jak dla mnie w stylu drugiej części albumu, trafiło u mnie do jednego wora utworów które mnie nudziły razem z takim Exosphere, Epicentre i Artificial Island. Comsat wsadziłbym do jednej szufladki wraz z Central Plains czy Tensor - nastrojowa muza tła do gry akcji rozgrywającej się w ponurym świecie pod osłoną nocy. Na wyróżnienie zasługuje za to z pewnością tytułowy Hydroponic Garden który skojarzył mi się bardziej z Sakurą i jakimiś klimatami liminal space. Ostatni wart wyróżnienia w mojej opinii utwór to zamykający album Refraction 1.33 który jest po prostu przyjemnym ambientowym elektronicznym snuciem się, brzmi nieco jak rzeczy z osta do Machinarium ale jeszcze bardziej futurystycznie.

Podsumowując napiszę że nie jest to na pewno zła płyta, momentami a w sumie to przez połowę czasu przynajmniej jest dobra w tym co robi, ma jednak chwile dłużyzn, przestojów i powodujące moje zniecierpliwienie. Niemniej warto było tu zajrzeć i coś tam dla siebie wyłuskać, oprócz chwalonego już numeru z utworowej zapisuję sobie tytułowy oraz zamykacz bo są to kompozycje godne tego by do nich wracać w pojedynkę, nie wiem czy będę się jeszcze rzucał na słuchanie całości za jakiś czas.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 lut 2026 13:13

Carbon Based Lifeforms - Hydroponic Garden

Smutna prawda dotycząca sprawdzania rekomendacji, znowu atakuje. Dragon wrzucał kawałek z tej płyty bardzo dawno temu, i to był jeden z tych wykonawców, na których byłem wyjątkowo napalony żeby sprawdzić cały album. Ostatecznie, zrobiłem to dopiero teraz, w ramach obligującej zabawy. Lista jest długa, wstyd jest duży. Wrzucajcie te albumy, błagam.

W każdym razie, to nie będzie chyba zbyt długa recenzja, bo w zasadzie odpada niemal cały segment narzekań. Nie mam praktycznie ani jednego złego słowa do powiedzenia na temat „Hydroponic Garden”, ten album jest wszystkim tym, na co miałem nadzieję. Fajna, przestrzenna elektronika z kosmicznym klimatem, który momentami przywodzi na myśl najbardziej spejsowe rzeczy Żara, to grajdół mi bliski i lubiany. „Central Plains” w zasadzie od razu rozwiał moje wszystkie wątpliwości, bo wpisuje się w w/w opis idealnie. Kosmos, gwiazdy, piękny, jednostajny, elektroniczny bas, pady, wykręcone dźwięki, doskonałe wejście doskonałego bitu i klimat. Jest coś takiego w tego typu muzyce elektronicznej, że nawet jeśli to brzmi jak powielenie patentów setki razy patentowanych, to i tak słuchanie tego sprawia przyjemność. Carbon Based Lifeforms nie odkrywają tu żadnych Ameryk, a nawet przylądków, ale jak to mawiał zacny poeta – siusiak z tym.
Nie wiem, może się nie znam, ale nie nazwałbym „Hydroponic Garden” ambientową płytą.

„Tensor” zaczyna się niemal jak „Moonloop”, w tle pady, jakieś mówione wstawki. Wchodzi zajebisty basowy arp i w zasadzie to jest recepta, którą można mnie karmić na długościach całych płyt. To by mogło trwać pół godziny i bym był ukontentowany. To jest ciekawe, że ambient tak fajnie łączy się z pozornie tanecznymi elementami, ale motoryczność bardzo robi takiej muzie.

„MOS 6581” znałem oczywiście wcześniej i chyba nawet miałem w kilku zestawieniach best of best of. Kwintesencja zajebistości tego albumu. Bardzo nocny kawałek, dobry do przejażdżek autem. Kolejny utwór, który mógłby grać w pętli. Cenię sobie architekturę dźwiękotwórczych zabaw dziwnymi syntezatorami, które piszczą i skrzeczą, ale zawsze w idealnych momentach i nigdy nie w taki sam sposób.

„Silent Running”, mimo że nadal funkcjonuje na tych samych zasadach, przedstawia trochę inny rytm, jakieś przesterowany dźwięki perkusyjne, itd. Poza tym, po staremu, wkręcający się bas, arpy i pady w tle. Tu się nie da za dużo więcej powiedzieć, ale to nie znaczy, że jest źle. Po prostu kontynuacja wypracowane wcześniej brzmienia.

„Neurotransmitter” znowu uderza mnie improwizowaną częścią „Moonloopa”. Konkretny ambient w tle, sample głosów. W tle dźwięki jak żywcem wyjęte z płyt Jarra. Wietrzyk na końcu, no kurde. Jakby to sam Mistrz zaplanował. Doskonałe przejście do tytułowego kawałka, który jako część albumu, nie robi może zbyt dużego wrażenia, ale jako wyrywek z kontekstu, działa bardzo dobrze.

„Exosphere” to jeden z moich ulubionych fragmentów albumu. Minimalistycznie, hipnotycznie, ale bez pomocy bitu, czyste dźwiękologia. „Comsat” ładnie ciągnie te motywy w stronę klasyczniejszego brzmienia albumu, bardzo przyjemne 7 minut, podobnie jak „Epicentre”, które wraca do spokoju „Exosphere”, co tworzy ładną klamrę.

W „Artificial Island”, na początku chyba samplowany jest pierwszy film „Alien”. Fajny utwór, ale chyba jeden ze słabszych. No i na końcu wyjątkowa ozdoba tego albumu – „Refraction 1.33”, po prostu bardzo spoko ambient, który momentami przypomina mi album „Subterranea” Oöphoi & Tau Ceti.

Długo się zbierałem żeby przesłuchać ten album od tego 2022 r. no i fajnie, że mogę też napisać na forum parę słów o nim. Generalnie, jedyną pseudo-wadą jest to, że ponad 1h to trochę za długo jak na jedną sesję. Żeby było śmieszniej, mógłbym z większą przyjemnością przesłuchać 1h+ tego materiału, gdyby to były dwa kawałki po 30coś minut. Nie wiem, czy to w ogóle dla kogokolwiek ma sens, może Smoku zrozumie. W każdym razie, bardzo dobra płyta, do której na pewno będę wracał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 lut 2026 20:25

Wujas proszony na metę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 06 lut 2026 11:23

Carbon Based Lifeforms - Hydroponic Garden

Pamiętam doskonale z bestki utworowej Mos 6581. Na tyle mi się utwór podobał, że zaraz potem sięgnąłem po cały album Hydroponic Garden. Przesłuchałem ze 2-3 razy w całości. Jakiś rok temu ten projekt muzyczny polecała mi też córka mojego szwagra. Teraz za sprawą bestki albumowej powróciłem do tej płyty. Posłuchałem kolejne kilka razy i w sumie moje odczucia nieco się zmieniły. Ale to za chwilę.
Central Plains to genialne otwarcie albumu. Zgadzam się, że utwór ma bardzo soundtrackowy charakter. Każdemu kojarzy się na swój sposób. Mnie przywodzi na myśl konkretną grę. Na przełomie wieków wyszła gra twórców System Shocka – Deus Ex. Nie mówię, że Central Plains brzmi podobnie do soundtracku z tej gry. Ale w moim mniemaniu doskonale na ów soundtrack by się nadawał. Do tego cyberpunkowego, dystopijnego klimatu Deus Ex. Pamiętam pierwsze scenki z gry, gdy na dachu wieżowca główny bohater rozmawiał ze swoim bratem. W tle lekko rozmazany pejzaż wielkiej, rozświetlonej metropolii. W tamtych czasach ta grafika i te scenerie robiły wrażenie. I pięknie Central Plains by się w tę scenę wkomponował. I zresztą nie tylko w tę scenę.
Tensor to już cudnie brzmiący elektroniczny bas. Na bit trzeba kilka minut poczekać, ale warto, bo robi wrażenie.
Mos już kiedyś w bestce utworowej chwaliłem. Teraz jego pozycja się tylko ugruntowała, choć dwa poprzednie utwory lubię jeszcze bardziej.
Silent Running początkowo odbierałem trochę jako filler. Ale pod wpływem kolejnych odsłuchów zmieniłem zdanie. To bardzo dobry numer. Piękne arpy, rytmiczny bas, fajny rytm. Cały czas jest soundtrackowo. Cały czas to idealna muzyka do takiego Deus Ex.
Neurotransmitter trochę zmienia charakter. Teraz bardziej mi się kojarzy z jakąś kosmiczną podróżą przez odległe galaktyki, niż z grą. Kolejny utwór, w którym nie chcę niby bitu, ale jak już wchodzi, to kiwam z zadowoleniem głową. Bo jest dobry. I te damskie szepty klimatyczne.
Exosfhere wyróżnia się od wcześniejszych utworów brakiem bitu. Mamy więc wreszcie prawdziwy ambient. Klimatyczny utworek. W pierwszej części, zanim nie wchodzi klawiszowa zagrywka, bardzo niepokojący. Kojarzący mi się nieco z muzyką DJ Spooky.
Comsat to zarówno dalsza podróż przez kosmos, jak i dobry soundtrack do jakiegoś klimatycznego serialu. Znowu jest mrocznie i klimatycznie.
Epicentre podobnie jak Exosphere bez bitu. I dobrze, bo takich utworów też trzeba było na tym albumie. Może jest ich nawet za mało. Jest znowu klimat, jest niepokój. Jest dobrze.
Artificial Island ma świetny początek, ale dalej też jest dobrze. Ten przetworzony głos wypowiadający cały czas tytuł utworu jest bardzo złowrogi. Dźwięki w tle tylko potęgują niepokój. Jest klimat przez duże K.
I na koniec znowu fajny ambient w postaci Refraction 1.33.
Nie wspomniałem tylko o utworze tytułowym, bo chociaż jest ok, to niczym się specjalnie nie wyróżnia. Chyba najmniej poruszająca wyobraźnię rzecz na płycie.
Lubię, gdy utwory na tego typu albumie mają takie nazwy. Nazwy, które często nic nie mówią, a jednak człowiek się zastanawia, co mogą oznaczać. Nazwy, nad którymi słuchacz rozmyśla. Podoba mi się też oczywiście okładka, zarówno z remastera jak i oryginalna.

Pisałem na początku, że moje odczucia względem tego albumu pomiędzy pierwszą a drugą przygodą nieco się zmieniły. Trzy lata temu byłem pod wrażeniem pierwszych 3-4 utworów, druga część jawiła mi się za to jako taki muzak. Trochę przynudzający. Teraz nadal uwielbiam początek albumu, bo mamy tam niejako najmocniejsze pozycje na płycie. Ale za to druga część hipnotyzuje klimatem. Jest tam wreszcie kilka utworów bez bitu. Za to z tonami wspomnianego klimatu. Niepokojącego, momentami złowrogiego. No i o to chodzi. Hydrophonic Garden to doskonała muzyka tła. Puszczona cichutko w czasie czytania powieści sci-fi doskonale by się sprawdziła. Puszczona podczas samotnych wędrówek po bezdrożach lub w lesie w ponurą pogodę też by się sprawdziła. Ale można też słuchać tego w fotelu wieczorem w pełnym skupieniu. Najważniejsze, że ta muzyka wywołuje różne skojarzenia. Że podczas słuchania wyobraźnia pracuje.
Myślę, że czas teraz przejść do innych albumów tego wykonawcy.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 lut 2026 19:52

Smoku prosimy o podsumowanko i lecimy dalej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 09 lut 2026 10:25

@Seba: Janusz Jurga BAZA. Pamiętam bardzo krótki okres wspólnych wymian komentarzy na bliskie mi muzyczne tematy i klimaty. JJ patentowane elektroniczne dziadzisko i te inspiracje słychać w jego muzyce. Dołączam do gangu polecających. W kwestii CBL jestem oczywiście absurdalnie drobiazgowy, więc rozróżnienie pojedynczych kawałków to dla mnie naturalna sprawa, ale kumam też to, gdy po prostu Hydroponic Garden działa jako całość. Gdyby takie rytmy były na silent diskach — byłbym fanem. Zostaje mi przyczajka na ich koncerty czy ugułem festiwale ambientowe.

Zgadzam się w kwestii okładek. Założenie spoko, ale takie ujednolicenie zabiera kilka gramów klimatu i powagi.

@Musiał: Mały nerd zawsze się cieszy na widok sprzedanych wykonawców, którzy zażarli, a potem zmuszają do dalszych poszukiwań. Derelicts mi tak nie siadło, ale może gdzieś jeszcze wrzucę Nattvasen... chyba, że już wcześniej wypuściłem w DW. Jeśli nie, to coming soon hihhi Poodba mi się podejście na zasadzie "raczej odlecę w interpretacje estetyczne niż rozbieram na czynniki pierwsze samą muzę". Frutiger aero nie czuję, nie budzi moich wspomnień, bo raczej było elementem designu świetlic czy miejsc we wczesnym dzieciństwie, o których nie myślę za dobrze. Co innego Winamp - do dzisiaj mógłby robić robotę, tyle że nowsze systemy robią fikoły, gdy chce się go prawidłowo po bożemu po staremu używać. Vista była moim pierwszym systemem. Starszy brat miał XP i w sumie zazdrościłem, bo był niesamowicie użyteczny, estetyczny i klimatyczny. Zostawiłem tam pierwsze doświadczenia ze śmiesznymi filmikami, GTA San Andreas, gejowskim porno i Twierdzą.

Oklarów SITA nie sprawdzałem, ale pamiętam reklamy w gazetach xD Było PRESTIŻOWO, ale jednocześnie wyczuwało się popelinę. To samo rozczarowanie co przy okazji gier dorzucanych do czegoś tam w TESCO na przykład. Zimowy Wyścig, Maluch Racer... to wszystko było zbyt piękne, by miało naprawdę działać w takiej cenie i tak prymitywnym wykonaniu. Allplayer mam do dziś! Wychodzi na to, że udana przygoda z HG.

@Jacek: Kurczę, jedna z większych rzeczy przyciągających do GTA5 to sprawdzenie, jak tam działa muzyka Tangerine Dream. TD pełnoprawnego, bo tam jeszcze są muzyczne ślady Edgara Froese. Nie-ambienciarze mieliby kłopoty z powrotem do całości... ale ja sam bardzo rzadko tak wracam. Najczęściej to jest wybór 2-3 najlepszych kawałków albo jakaś wygodna seria idących po sobie rzeczy. Oszczędnie, choć z dużą dozą fajnych porównań.

@Jakub: Tak, dłuższe życie albumówki ułatwi wrzucanie tych wszystkich płyt, które powinniśmy sprawdzić, a na które po prostu brakuje czasu. Czuję to porównanie do Żara, może [na pewno] to spaczenie fanatyka, ale tam chwilami jest blisko do Oxy7-13. Jeszcze lepiej wchodzi uwaga o dwóch kawałkach... no to by było bardzo w stylu suit Tangerine Dream heh Artificial Island też uważam za najgorszy kawałek na płycie.

@Wuja: Zazdroszczę bogactwa porównań growych. Tak na serio i z pełnym zaangażowaniem zagrałem może w dziesięć gier, więc zawsze odbieram te odniesienia z uznaniem. Sympatyczna wzmianka o nazwach - dla mnie to zawsze dodatkowy walor płyty, gdy tytuł jest jakąś formą interpretacji muzyki, gdy nie jest łatwy do wytłumaczenia czy ogarnięcia. To też zawsze podbija wartość i ważność konceptu, bywa pretensjonalne, ale w muzyce instrumentalnej to aż tak nie drażni w większości przypadków. Po Hydroponic trzeba od razu zapodać World of Sleepers heą
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lut 2026 19:51

Przepraszam, niedoczas w połączeniu z grypą i obsuwę zaliczyłem ...

Lecimy dalej. Fajnie by było do końca lutego ogarnąć.
Hien pisze:
03 gru 2025 13:13
Kate Bush – 50 Words for Snow

Długo czekałem na tę wrzutę. Jest to trzecia część trylogii albumów związanych z zimowymi feriami, wcześniejsze dwa to „Metamorphosis” Jarre’a i „Up” Gabriela. Z tego grona, ten wydaje się najbardziej adekwatny w związku z tym śniegiem, który nie tylko pojawia się w tytule, ale jest motywem przewodnim całego albumu, który jest kolekcją krótkich historii. Historii o, między innymi, spadającym płatku o śniegu, kobiecie, która zakochała się w bałwanie, grupie ludzi na tropie yetti, duchu wiktorianki, która szuka swojego psa, czy o tytułowych pięćdziesięciu zwrotach, którymi Eskimosi określają śnieg. To wszystko może brzmieć trochę infantylnie, o ile nie komicznie, ale pamiętajcie, że to jest Kate Bush. Jeżeli ktoś potrafi w piękny i kompletnie poważny sposób opisać historię kobiety, która przespała się z bałwanem, a ten się roztopił, to właśnie Kate Bush. Moje wspomnienia z tym albumem, to głównie jazdy samochodem, po zmroku, przez mocno zaśnieżony las, w kierunku okolicznego stoku narciarskiego. To jedne z moich top wspomnień z gór - widok zaśnieżonego lasu (czasami w miksie z nadal padającym śniegiem), oświetlonego światłami auta.

„50 Words for Snow” to z jednej strony koncept-album, a z drugiej świetna płyta do słuchania na raty, tak jak książkę czyta się rozdziałami. Każda z tych małych opowieści, zamyka się w jednym utworze. Często wyobrażałem sobie, że znajduję się gdzieś w środku tego lasu w górach, jest noc, pali się jakieś ognisko, czy coś, i ktoś opowiada mi te „śnieżne” historie. Trochę tu przebijają się wspomnienia z jedynego kuligu, w jakim kiedykolwiek brałem udział, dawno temu, kiedy miałem z 10 lat. Mistycyzm sączy się z tego albumu, więc i mistyczne scenariusze pojawiają się w głowie. Coś kompletnie dzikiego i pierwotnego jest w tej płycie Kate Bush.

Typowo dla mnie, serwuję Wam najbardziej bieżącą płytę znanego wykonawcy, przy czym ta konkretna bieżąca płyta ma już 14 lat. Nie sądzę, że Kate Bush nagrała kiedykolwiek słaby album, a przynajmniej nie nagrała takiego, który nie byłby wart przesłuchania. Tego typu klimaty i narracja, były u niej nowością i na żadnej innej płycie Kate, nie znajdziecie tego, co tutaj. Nie będę pisał o pojedynczych utworach, bo wszystkie uważam za doskonałe. Muzycznie, jest dosyć różnorodnie, jak na bardzo spójną w tworzeniu śnieżnej atmosfery całość. Większość płynie w tempie spadającego śniegu i tworzy klimat mroczno-baśniowy. Jeśli miałbym wyróżnić trzy utwory, to zdecydowanie otwierający „Snowflake”, który może wprawdzie irytować pianiem Alberta, syna Kate, niemniej dostarcza w każdym innym aspekcie. „Snowed In at Wheeler Street”, zaśpiewany w duecie z Eltonem Johnem, to mocno emocjonalna podróż, która poraża wokalami. Największe wrażenie natomiast, do tej pory robi na mnie kawałek tytułowy, o dosyć nietypowej strukturze, ze Stephenem Fry’em recytującym „50 słów na śnieg”.

Trochę was zagoniłem w pułapkę, bo skąd macie sobie wziąć ten zaśnieżony las. Nie wiem, zakładam, że każdy z was, ma jeszcze trochę wyobraźni, więc na tym musicie polegać, albo znaleźć sobie swoje środowisko do tej muzyki. Nie wiem, czy pod koniec stycznia będzie jakiś śnieg, czy nie, no ale trudno. W żadnym wypadku, nie powinno to sprawić, że album stanie się gorszy.

https://www.youtube.com/watch?v=CUQ5ud4 ... TnRoPep-Or
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 lut 2026 18:56

Kate Bush - 50 Words For Snow

Kuba wrzucił płytę którą polecano mi już dawno temu bo podsyłała mi ją kumpela która lubi Kate Bush tak jak ja. Oczywiście nigdy po nią nie sięgnąłem (a może wyłączyłem po 1 utworze?), więc teraz mogłem nadrobić zaległości. Jakoś nigdy nie mogłem się przemóc żeby sprawdzić cokolwiek od niej co nagrała w XXI w. ale Kuba sukcesywnie stara się przekonać nas do tej późnej odsłony artystki, zobaczmy co udało mu się ugrać tą płytą...

Recenzję zacznę od tych utworów które z łatwością mnie do siebie przekonały. Na pierwszy ogień Snowflake z doskonałą melodią fortepianu i choć co prawda główny wokal należy tu do Alberta to tym bardziej jedynie podkreśla to wyjątkowość głosu Kate Bush gdy tylko się pojawia. Ładne, spokojne otwarcie albumu.

Jeszcze lepszy jest duet z Eltonem Johnem, historia w której śnieżna aura jest zaledwie tłem do przedstawionego tu dramatu dwojga ludzi. Fenomenalny Elton na wokalu i tylko mogę się dziwić jakim cudem ta dwójka wcześniej nie współpracowała ze sobą, idealnie się uzupełniają. Ostatni raz gdy Kate Bush stworzyła taki duet to było chyba z Peterem Gabrielem w latach 80. Bardzo podobają mi się oszczędne synthy w tym utworze które bardzo ładnie tworzą atmosferę napięcia. Fantastyczna, poruszająca piosenka.

Nie będzie chyba zaskoczeniem gdy jako trzeci wyróżnię - podobnie jak OP - utwór tytułowy. Ten męski wokal i ta muza jakoś tak brzmią że kojarzą mi się z Markiem Laneganem, choć ten głos tu jest jednak głębszy. Niemniej to bardzo fajny koncept song i świetnie zrealizowany z tym kontrastem między chłodnym opanowanym wokalem w zwrotkach i tym lekkim szałem Kate w refrenie COME ON JOE YOU'VE GOT 32 TO GOOOOO! To chyba najbardziej wkręcający się kawałek. Tak naprawdę każda z tych trzech piosenek mogłaby spokojnie zająć miejsce w bestce utworowej oferując cały czas co innego.

Lake Tahoe mocno przynudza, nie wciąga mnie ani melodia fortepianu ani wokale tutaj. Brakuje TEGO CZEGOŚ temu utworowi. To chyba najsłabszy moment tego albumu w ogóle.

Misty ma fajny jazzowo-lounge'owy aranż z tą perkusją i ciepłym basem, taki zestaw od razu kojarzy mi się z tercetem Możdżer-Danielsson-Fresco. Ale słuchając tego utworu o kobiecie która przespała się z bałwanem mam mieszane uczucia, trochę to urocze ale jednocześnie nieco cringe'owe. Choć ostatecznie ten numer wypada w mojej ocenie i tak lepiej niż paskudna okładka tej płyty. W końcówce brzmi to trochę lepiej gdy piosenka nabiera nieco werwy i dramaturgii.

Wild Man zaliczyłbym to tych nieco bardziej wyróżniających się ze względu na nieco żywszy aranż i wiodącą melodię gitary. Jest to całkiem fajna kompozycja z tekstem nawiązującym jak mniemam do legend o yeti czy innym człowieku śniegu, mam jednak przy niej zgryz z tym efektem na wokalu w refrenach, zupełnie nie wiem po co ten zabieg bo to trochę psuje ten utwór.

Album zamyka Among Angels, taka typowa spokojna ballada na zimowe śnieżne wieczory, na szczęście w odróżnieniu od takiego Lake Tahoe ten numer siedzi mi całkiem całkiem. Myślę że śmiało umieściłbym go zaraz za podium utworów tej płyty, jednocześnie nie umiem napisać o nim nic więcej.

I to by było na tyle, na 7 utworów znalazłem tu 3 naprawdę bardzo dobre, jeden spoko i ze trzy średniaki, jednakże uważam że było warto dla tych paru perełek zapoznać się z albumem i docenić późniejsze dokonania Kate Bush które latami omijałem. Zapewne nie sprawi to że nagle sięgnę też po Aerial, ale nie mówię już że nigdy tego nie zrobię.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 22 lut 2026 21:15

Kate Bush - 50 Words For Snow

Na początek powiem jedno - te słynne 50 "eskimoskich" słów na śnieg to ściema, mają ich mniej więcej tyle samo, co wszyscy inni w śniegu żyjący. Ale utrzymuje się całkiem solidnie jako mit. Mniejsza o to. Słuchałem tej płyty 5 razy, z czego pierwszy raz w Zgierzu jakoś w pierwszej połowie stycznia zdychając trochę na zapalenie gardła. Potem nieco ozdrowiałem, przywlokłem się do Warszawy i zachorowałem ponownie lol. Nie miałem zupełnie co ze sobą zrobić leżąc z grypą, ale też - bezczelnie przyznam - nie chciało mi się słuchać tej muzy. Oglądałem jakieś live action taniego anime, które poleciła mi przyjaciółka. Never again.

Płyta za tym pierwszym razem nie zrobiła na mnie AŻ TAKIEGO wrażenia, jak oczekiwałem, ale może to dlatego, iż słuchałem jej w trakcie roboty i śnieg mogłem obserwować głównie jak padał za oknem. Będąc już w Warszawie i częściowo przynajmniej ozdrowiawszy stwierdziłem, że trzeba korzystać z okazji (i przy tejże przetestować nowe śniegowce) i WYJŚĆ Z DOMU, póki śnieg w ogóle jeszcze jest (nie wiedziałem, że będzie jeszcze prawie miesiąc z krótką przerwą). No i co, strzał w dziesiątkę - 50 Words For Snow jest krążkiem wybitnym i tyle na ten temat. Jedyne, co mi się w nim nie podoba, to okładka, która faktycznie mogła być sporo lepsza xD

Snowflake? Złoto, choć faktycznie syn trochę jęczy. Za to utwór ciągnie się niby The Rainbow od Talk Talk i dzięki temu robi za świetny otwieracz. Akurat jak włączyłem całość, zaczął padać śnieg. Niedaleko od mojego osiedla, pośrodku lasu jest sobie stawik. Docieram nad tenże, a tu Lake Tahoe w słuchawkach. W ogóle uważam go za chyba najbardziej klimatyczny kawałek. Przyjemnie stało się pośród drzew patrząc na kompletnie zamarzniętą wodę przysypaną puchem, jak w tle ciągną pasaże doskonałego pianina. Misty... muzycznie doskonałe, zwłaszcza jak wchodzą delikatne perkusyjne brzmienia. Tekst daruję, no ale to Kasia Krzak, jej wolno wszystko.

Wild Man na początku mnie trochę odstraszył refrenem (tam jest jakiś N'dour na feacie czy co?), ale w końcu i tak zagryzło dzięki mocno, hmmm, typowo piosenkowej strukturze. Motyw w zwrotkach jest jednakowoż świetny, a że przebijałem się przez zaśnieżony las widząc tu i ówdzie ślady kopyt jakichś saren czy innego zwierza kopytnego, no to rozumie się samo przez się. Snowed In... Śnieg, jak już mówiłem, padał cały czas. Na swoje delikatne nieszczęście właśnie na tym numerze wynurzyłem się z lasu w okolicach Zielonki i uderzył w me nozdrza syf z kominów pobliskich domostw. Kapcie? Kalosze? Opony? Elton John?

W ogóle jakoś nie zakodowałem od razu, że to Elton właśnie i zastanawiałem się, gdzie on jest skoro Munlup wspominał... Może to przez ów dym. Chyba najlepszy storytelling na tej płycie (może prócz otwieracza) i bezwzględnie materiał na coś filmowego, klimat kawałka jest fantastyczny. Podobnie jest z tytułowym, gdzie gdyby nie info od Munlupa to w życiu bym nie wpadł na to, że to Fry lol. Jest w tym numerze coś Blackowego bardzo, z powodzeniem mógłbym usłyszeć tę piosenkę w jego wykonaniu na takim Between Two Churches. Tekst nieco absurdalny (albo absurdalnie poprowadzona narracja), ale ten absurd mnie mocno kupił.

I tak, kiedy już kręciłem się wokół domków tzw. Bankówki, z dala od ludzi (była niedziela), którzy gdzieś się ewidentnie pochowali, przeciskałem się przez krzaczory i chojaczki, jeszcze niektórzy mieli lampki na domach albo drzewkach i inne takie dekoracje. Przyłączyło się to do klimatu, zwłaszcza, jak poleciało Among Angels. Choć ja bym chyba zamknął krążek na tytułowym. W każdym razie, złapało mnie wtedy uczucie dziwnej nostalgii, jakiejś niesprecyzowanej tęsknoty, chyba za... zimą ze śniegiem, taką, jakiej przyszło nam szczęśliwie doświadczyć po naprawdę długiej przerwie (jakby, niemal dwa miesiące cały czas ze śniegiem, nie?).

Tak, to będzie to. Ja bardzo lubię zimę, taką śnieżną, ciężką i szarawą na niebie od nisko wiszących chmur. Ciągły opad (choć trzeba szpadlem machać) dla mnie w pytę, mróz tak samo. Można słuchać wtedy cudownych rzeczy, jak propozycji Hiena. Później puściłem sobie 50 Words jeszcze kilkakrotnie, raz także ponownie w Zgierzu ale już podczas dłuższego spaceru po osiedlu moich rodziców, później znów w pracy, ale w biurze, gdy za oknem śnieg walił, słucham ponownie i teraz pisząc te słowa i co chwila przystaję. Przystaję, bo płyta mnie trochę do tego zmusza, trochę zachęca. Chciałbym jeszcze raz takiej zimy jak ta, która się właśnie kończy.

Bo przyszło ocieplenie i się idioci zachwycają, że wiosna w końcu i niech zima sobie idzie w cholerę. A potem płacz, że "planeta płonie", urgh, śnieg powinien na naszej szerokości geograficznej leżeć od połowy listopada niemal do końca marca. Niestety, na razie roztopy i zrobiło się "skyrimowo", w sam raz pod tzw. Atmospheres. Ale co Kasia mi dostarczyła, to moja. Munlup w ramach swoich zimowych propozycji dostarcza po raz kolejny. Jarre był wybitny, Gabriela zepsuła mi co prawda pewna skrzypaczka, ale zawalonego śniegiem lasu na Mokrym Ługu nikt mi nie zabierze. FE-NO-ME-NA-LNA propozycja. A przy Among Angels po prostu chce mi się płakać.

Dlatego bym ten numer wywalił, bo takiej zimy już pewnie nie będzie.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lut 2026 21:41

Liczę na resztę że w tym tygodniu domkniemy ten album
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup