Best of Forum (Albumy) vol. 3

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 lut 2026 23:30

Tak szybko? Pfff
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 24 lut 2026 23:22

Kate Bush — 50 Words for Snow (2011)

Ostatnia studyjna propozycja Katarzyny Krzak. Jakiś czas słyszałem, że niby znowu wraca do studia. Jak się na to zapatrują fani, jeśli w ogóle dotarły do nich takie newsy? Na przestrzeni lat naszych bestkowych doświadczeń trochę jej muzyki już słyszeliśmy. Nie ukrywam, że raczej wolę starsze propozycje, choć równomiernie praktycznie nie wracam do którejkolwiek z wrzutek. Tego typu odkrywki traktuję jako ciekawe doświadczenie, zawsze to jakaś szansa na pojedynczy strzał lub intensywne odsłuchy pod korzystny klimat dookoła, o czym zawsze łatwiej po latach napisać czy wspomnieć. Liczyłem na solidną płytę utrzymaną w zimowym klimacie, z dość wyrazistymi utworami, z dużą dozą KB na wokalu. Ferie wspominam raczej przez pryzmat czasu spędzonego w domu, fanatycznego śledzenia sportów zimowych i dogorywania. W okresie studenckim i później to już właściwie bez większej różnicy w porównaniu z resztą roku. Ot, może mniej młodziaków w zbiorkomie. Myślę, że jeszcze przyjdzie renesans tego czasu. Przerwy między semestrami na studiach to jednak coś innego. Niby też płynne, ale krótsze i bez klimatu pełnej wolności. Przynajmniej ta świąteczna przerwa zawsze wzbudza choć trochę właściwego klimatu. Podrzucana płyta mocno uderza w te tony.

Zaczyna się rewelacyjnie. Trochę szkoda, że to właśnie Snowflake okaże się najlepszym elementem, bo po nim zostaje niespełna godzina muzyki, ale trudno. Znakomite subtelne wprowadzenie do świata opisywanego przez Hiena. Dostojny klimat, zima ściele się gęsto, przyjemny ambient w tle niepozornej, mantrycznej opowieści. Ostatecznie niewiele samej Kate za mikrofonem, potomek walczy dzielnie, jakoś szczególnie nie odstaje... trochę go za dużo, w końcu zasiadam do płyty Kate Bush, goście mi się zbędni. Z drugiej strony właściwie oddaje pomysł na sam kawałek. Robi się z niego wyraźnie narracyjna opowiastka. Najmocniej podpasował mi refren, skromny, ale jakoś wyjątkowo oddaje mój stosunek do świata w ostatnim w czasie. Może to po prostu burza niepokojów we mnie też odreagowuje na przebodźcowanie, którego nie umiem przezwyciężyć.. Jest ciepło, melancholijnie, dojrzale, z czułością, czuć ducha Hollisa w tym wszystkim. Powtórzenia nie drażnią, są zbyt zmyślnie poprowadzone, nie ma mechanicznie rytmicznych powtórek. Po całości oczekiwałem czegoś bardziej żwawego i zwartego, ale po kilku odsłuchach tutaj znalazłem zdecydowanie najlepszy kąsek z zupełnie innej parafii.

Kolejny rozdział, Lake Tahoe, zaczyna się trudna wspinaczka. Dopiero po wgryzieniu się w tekst wiem, że to wyjątkowo smutny kawałek... Z szacunku do samego tematu i osobistych przeżyć będę raczej powściągliwy, bo sam utwór się strasznie rozłazi. Bardziej przypomina radiowe słuchowisko, czego nie lubię, a sama Kate (szczególnie na początku) nie brzmi za dobrze. Nie bardzo by mnie przekonywało to, że to w ramach konwencji opowieści, pojawiają się po prostu dziwne kiksy, aranż chyba też chwilami zbyt zachowawczy i oszczędny... Te chóralne zaśpiewy również nie z mojej bajki. Mistyczne ślady w muzyce TAK, ale niech będą bardziej angażujące. Napisane z wrażliwością, ale efekt końcowy nie chwycił aż tak, szkooda. Trzeci rozdział najbardziej zaskakujący. Misty. Nie jest tak jednoznacznym przejawem jakiegoś dziwnego fetyszu, niektórych mogłoby korcić napisać o tym w ten sposób, ale to byłoby zbyt płytkie. Jednocześnie wciąż specyficzne, choć całkiem urocze. Wbrew charakterowi w stylu zbyt wydłużonego jazzowego granka bardziej spójnie niż poprzednio, choć bez podążania za tekstem to właściwie dość obojętne o czym śpiewa. Tak miałem z większością płyty... Brzmieniowo utrzymane w duchu reszty. Bardziej dramatyczny motyw z początku ginie od zapomnienia w końcówce, która nie wybrzmiewa zbyt wyraziście; wokalnie za to naprawdę spoczko. Po dziesięciu minutach wszystko jedno, serio. Po prostu za długie. Nie kojarzę KB z takimi poematami i po tej płycie to skojarzenie ze mną nie zostanie... bo lubię kojarzyć twórców z czymś dobrym.

Na szczęście w połowie czeka drugi bardzo dobry utwór. Wild Man może tekstowo zawiera znacznie więcej kocopołów i obcych nazw w stylu niejednego kawałka Bowiego, ale przynajmniej wiem co to rinpoche, bo czytałem i oglądałem Palacza Zwłok... Plusów jest o wiele więcej: bardziej zwarta forma, lekka orientalizacja w aranżu, choć wciąż w klimacie około zimowym. Refren z ogniem, jedyny taki na płycie, do tego podoba mi się głos gościa w tych progach. Tu spokojnie można pominąć warstwę liryczną, numer się broni sam w sobie. Urozmaicone brzmienie, przyjemne wokale, duch jazzu unosi się nad całością, a przy tym w ogóle się nie ciągnie! Pod piątką czeka duet, na który można ostrzyć ząbki. Snowed in At Wheeler Street - tutaj tekstowo trochę przeszarżowane, "zwrotki" po prostu nijakie, nie wiem po co to 9/11, za dużo konsternacji jak na tak koniec końców prosty utwór. Właściwe wokalne popisy pod koniec bardzo dobre, zarówno Kate i Elton dowożą pięknie. Za pierwszym razem ciągnęło się niemożliwie. Każdy kolejny odsłuch trochę rozczarowywał rozłożeniem akcentów. Wolałbym więcej lamentów, a mniej narastania, przy którym można przysnąć...

Szkoda, że przedostatni fragment wyprawy to wyjątkowy zbutwiały klops. Tytułowy kawałek aż mnie zmiótł za pierwszym razem. Ten "żart" wyczerpuje się gdzieś w dwie minuty, gdy Buszowa jednak na serio chce zapodać 50 zwrotów... Ani śmieszne, ani odkrywcze, brzmieniowo wyjątkowo nudne i byle jakie, powstało chyba tylko po to, by starszy gość śmiesznie przeczytał takie egzotyczne słowa, ha haa. Szczególnie, gdy nie czyta angielskich. Nie podejrzewałbym jej o takie postmodern zagrywki. Brr, mrozi strasznie. Najpewniej najgorszy kawałek jej autorstwa, jaki słyszałem. Test cierpliwości, który najzwyczajniej w świecie psuje płytę. Gdzie subtelne melodramaty, nawet te nudniejsze są o czymś poważnym, a gdzie to? W tym momencie dalej wiem, że płyta ma koncept, ale zaczynam powątpiewać w spójność...

Among Angels, czyli na koniec taka holterowo-bjerkowa ballada na fortepian. Tekstowo i brzmieniowo powrót do punktu wyjścia, choć to trudne po traumie poprzedniczki. Chwilami sprawia wrażenie ledwo spiętych szkiców, żeby zaraz błysnąć jakimś wokalnym popisem... Może takie nierówne zakończenie dobrze podsumowuje całość po prostu. Nie wiem co powiedzieć więcej, w tak wielu miejscach rozbiega się w zupełnie inne kierunki, choć wciąż jest oszczędnie, klimatycznie spójne, tylko brakuje mi czegoś więcej ot do zapamiętania i wyróżnienia.

Oczywiście, najprzyjemniej weszła w krew, gdy za oknami była jeszcze pełnoprawna zima. Przy okazji roztopów i odwilży żegnam nie bez żalu, bo tu płyta pięknych momentów, ale też bez zachwytu, bo zaskakiwały mnie słabsze momenty wokalne i kompozycyjne mielizny. Wyprodukowane spójnie, brzmi nieźle, tylko czasem jakby zabrakło osoby, która potrafiłaby zatrzymać tendencje do wydłużania i rozmywania pomysłów w takim muzycznym średniactwie. Za mało minimalu, by w pełni potraktować jako mrugnięcie w stronę Hollisa. Za dużo rozpasania, by nie wyłapać podobieństw do ostatnich trudów z Holterową. Jeśli jeszcze wrócimy do Kate Bush, to może jednak z czymś starszym? Sam z siebie raczej po nic więcej już nie chcę sięgać.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lut 2026 12:34

Panowie na więcej śniegu się już nie zanosi więc wbijajcie śmielutko
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 27 lut 2026 12:41

ja do jutra wlece
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 27 lut 2026 12:54

stripped pisze:
27 lut 2026 12:34
Panowie na więcej śniegu się już nie zanosi więc wbijajcie śmielutko
U mnie wciąż dużo śniegu.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 lut 2026 13:03

Recenzujcie aż ostatni śnieg się roztopi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 lut 2026 16:50

W Wałbrzychu 10 stopni, śnieg is ded
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 mar 2026 00:47

Zazwyczaj staram się zaczynać swoje notorecenzje od paru słów poświęconych danemu artyście i moim wspomnieniom oraz skojarzeniom z nim związanym. I o ile zazwyczaj ten wstęp można streścić do wypowiedzi pokroju "COŚ TAM SŁYSZAŁEM" albo "LOL NIE ZNAM", tak o Kaście mógłbym napisać referat, bo to jedna z moich ulubionych i ważniejszych dla mnie artystek. Jej muzyka jest ze mną całe dorosłe życie, swego czasu słuchałem jej nałogowo i nie bez kozery udział w tutejszych zabawach zacząłem od jej utworu.

Siłą rzeczy mam więc spory sentyment do tej płyty, bo jakoś tak się śmiesznie złożyło, że to była pierwsza płyta artysty z grona moich ulubionych, której słuchałem jako sympatyk w momencie premiery. Brzmi nieprawdopodobnie, ale biorąc na poprawkę to, że rok 2011 to był de facto drugi mój rok "poważnego" słuchania muzyki, a zaczynałem od słuchania raczej niekoniecznie płodnych w tamtym czasie wykonawców, to w sumie nie jest to aż tak dziwne. Chociaż paradoksalnie zupełnie nie pamiętam, bym czekał na tę płytę i chyba nawet byłem lekko nią zaskoczony - może nie aż tak jak The Next Day Bowiego, które wyszło bez zapowiedzi, ale nie przypominam sobie zbyt wielu teaserów, singli i tym podobnych.

Co mnie nie dziwi, bo nie pasowałoby mi to do Kate, ani do tej płyty. To bardzo subtelny, rzekłbym kameralny wręcz album, i choćby z tego powodu jest dość odmienny od większości jej dyskografii (poza Aerials), w której duchy stukają, hiperekspresyjna Kate drze mordę i w ogóle można nabawić się ADHD od samego słuchania. Szczerze mówiąc, gdy jeszcze chciało mi się bawić w rankingi i zestawienia związane z muzyką, zawsze miałem lekki problem z tym, gdzie miałbym ulokować tę płytę w dyskografii Kaśki, bo jest po prostu INNA i zestawianie jej z dziełami nagrywanymi kilka dekad wcześniej i na innym etapie życia itd po po prostu mija się z celem. Ale na szczęście mogę mieć to w dupie, co też niniejszym czynię.

Dodając, na marginiesie, że pewnie ja bym jej tu nie wrzucił prędzej niż za jakieś 10 lat, preferując pewnie któreś z tych "wrzaskliwych" płyt o których pisałem wyżej i chwała Hienowi, że to zrobił. Zwłaszcza, że i ja w sumie nie słuchałem tego albumu od... Może nie premiery, ale nie pamiętam od kiedy. Mimo wszystko, tę płytę lepiej smakuje się w pełni śnieżną zimą niż kiedykolwiek indziej, a umówmy się, że nie bardzo przez te wszystkie lata była okazja, by słuchać jej w pełni śnieżną zimą.

Możecie mi uwierzyć lub nie, ale po jej odsłuchu wpadłem dokładnie na tę samą myśl co Kuba, czyli że Kate Bush to jedyna kobieta, która umie nagrać coś, co "na papierze" brzmi nie do końca zachęcająco, ale zrobi to tak, że przechodzą ciary (albo, w najgorszym razie, da się uniknąć żenady). Bo w sumie tak można byłoby opisać tytułowy utwór i w sumie tak można byłoby opisać nagranie ballady z Eltonem Johnem o ukochanym, który zginął 11 września. Ale w tych utworach to mityczne COŚ jest - tytułowy jest całkiem uroczym żarcikiem i ma energię dziecięcej zabawy, a przy Snowed at the Wheeler Street mam ciary, nawet jeśli wspomniana wyżej wzmianka o 11 września brzmi dla mnie trochę od czapy.

I być może to jest jedna z cech, która oddziela dobrych artystów od wybitnych.

Pozwolę sobie jeszcze wyróżnić dwa utwory. MISTY w sumie było mi zawsze mniej lub bardziej obojętne, a dzięki tym odsłuchom jakoś tak doceniłem tę kompozycję. Fajne, jazzowe pianinko, ciekawa struktura i kolejny dowód na tezę, którą postawiłem wyżej. WILD MAN to chyba rzecz najbardziej w duchu starych płyt Kaśki, wyobrażam sobie od biedy ten utwór na jakimś The Sensual World i po prostu dobra piosenka. Dobry singiel, dobry utwór, biorę i kupuję.

I w sumie SNOWFLAKE też wyróżnię, bo ładnie wprowadza w klimat całosci, a młody wcale nie pieje.

I jak coś, to to jest ten przypadek, gdzie rzeczy których nie uwzględniłem w pierwszej kolejności nie są słabsze, ale są nie aż tak dobre albo nie wiem co o nich napisać. Idealnym tego przykładem jest LAKE TAHOE, które jest ładne i w ogóle, ale nie chcę sugerować, że nie do końca mi odpowiada, bo tak nie jest. I AMONG ANGELS, które jest ładną klamrą całości i przyjemną balladką - tak o, po prostu.

Chyba nie muszę dodawać, że album mocno zyskiwał przy ujemnych temperaturach i śniegu za oknem? W każdym razie - piękna płyta i KROPKA, a kto nie docenia ten tromba.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 mar 2026 08:37

To zapraszamy shodana bo tu już wiosna za rogiem a on dalej brodzi w śniegu na Mazurach
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 02 mar 2026 10:16

Będę słuchał albumu, póki śnieg nie zejdzie. :D
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 mar 2026 10:31

Zazdro, bo w większośc Polski już "wiosna"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 02 mar 2026 10:56

Potwierdzam, w Szuwarowo-bagiennym śniegu jeszcze sporo zostało
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 mar 2026 11:23

Mniej śniegu, więcej sprawnej kolei tam trzeba xd
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 03 mar 2026 12:09

Kate Bush – 50 Words for Snow

Muszę przyznać, że autor wrzutki bardzo wysoko postawił poprzeczkę dla tego albumu. Pochwałom i zachwytom nie było końca. A nie raz się przekonałem na własnej skórze, że im bardziej człowiek chwali, im bardziej się jara i im więcej sobie po albumie obiecuje, tym boleśniejszy może być upadek. Bo często tym bardziej u ludzi włącza się jakiś taki pęd ku temu, żeby udowodnić autorowi wrzutki, że ta jego niby wyjątkowa muzyka nie jest wcale taka wyjątkowa.
Opis Kuby sprawił, że się mimowolnie podjarałem jeszcze przed pierwszym odsłuchem. Obiecywał album wyjątkowy, klimatyczny, baśniowy, jedyny w swoim rodzaju. To przecież coś dokładnie dla mnie. Potem nastąpił pierwszy odsłuch i pierwszy lekki zawód. Początek super, ale potem zonk. To ma być ten bajkowy klimat? Ta wyjątkowość? No ok, pierwszy przesłuch to tylko pierwszy przesłuch. Wiele razy tak bywało, że początki były trudne, a potem wszystko wskakiwało na swoje tory.
W kolejnych dniach następowały kolejne odsłuchy i niewiele się zmieniało. Podobały mi się ledwie ze 2 utwory. Reszta zawodziła. Podobała mi się zazwyczaj warstwa dźwiękowa, aranże, ale wydawało mi się, że totalnie kuleje warstwa melodyczna. Wydawało mi się, że album prawie w ogóle nie posiada sensownych melodii. No ale ja się rzadko poddaję więc słuchałem dalej. Czasami ze 2 lub 3 razy pod rząd. I co z tego wyszło? Czy te kolejne odsłuchy coś dały?

Snowflake od pierwszego odsłuchu skradł moje serce. Piękny utwór na pianino. Mega klimatyczny i rzeczywiście baśniowy. Refren absolutnie genialny. To są właśnie moje klimaty! Nie rozumiem zarzutów, że mało tutaj Kate. Jest jej dokładnie tyle, ile być powinno. Magiczny utwór i basta. Potrafię wyłapywać w muzyce te najdrobniejsze niuanse, smaczki, brzmienia czy fragmenty melodii, które czynią piosnkę wyjątkową. I tutaj to jest.

Lake Tahoe. Ładny początek i piękne chórki przywodzące na myśl Ariannę Savall. To właśnie jeden z tych utworów, gdzie brakowało mi na początku nieco melodyjności. Ale ona jest, tylko bardzo subtelna. Trzeba trochę posłuchać, żeby dojść do takich wniosków. Piękne pianino. Piękna aranżacja kojąca serce. Odgłosy kruków fantastyczne. Mimo ponad 11 minut w ogóle mi się nie dłużyło.

Misty to długi utwór, ponad 13 minutowy, ale każda sekunda jest warta uwagi. Znowu jest piękne pianino. Piękne pady. I melodia – nieoczywista, ale jednak piękna. Te zagrywki na pianinie są po prostu poruszające. Perkusja też cudnie pracuje. Magia rozprzestrzenia się każdej sekundy trwania utworu.

Po trzech bardzo dobrych utworach przychodzi czas na Wild Man – utwór, z którym się od początku nie polubiłem. Zaczyna się od fajnych odgłosów jakiejś zawieruchy. Od razu robi się mroźno. Potem są jeszcze całkiem znośne zwrotki, ale refreny po prostu irytują. Melodia refrenu jest zwyczajnie szpetna, a kuriozalne wokale tylko potęgują to wrażenie. Generalnie do aranżacji nie mam zastrzeżeń, wszystko brzmi dobrze, ale to co napisałem wyżej o refrenach niweczy wszystko. I tak się już trochę z tą piosenką osłuchałem i potrafię wyłapać jakieś plusy, bo z początku byłem całkowicie na nie.

Snowed In At Wheeler Street przywraca na szczęście album na właściwe tory. Przepiękny utwór z gościnnym wokalem Eltona Johna. Gość ma naprawdę wyjątkowo przyjemny głos. Niepodrabialny. Podoba mi się tutaj wszystko. Od tej niepokojącej i mega klimatycznej zagrywki, która wybrzmiewa od samego początku przez cały utwór poprzez melodie, wokale, pianino, perkusję. Wszystko brzmi perfekcyjnie. Utwór naprawdę chwyta za serce. Czaruje słuchacza przez ponad 8 minut.

50 Words For Snow to kolejna perła na płycie. Znowu mamy odgłosy śnieżnej zawieruszki na początku a potem zaczyna swoją pracę fenomenalna sekcja rytmiczna, która niesamowicie buja. Ta wyliczanka Kate i Frye’a jest świetna. Lubię takie rzeczy. Fajny tekst, choć wielu tych określeń śniegu nie rozumiem. Ale mam kilka ulubionych jak np. Creaky-creaky, whippoccino, slipperella czy boomerangablanca. No i super refreny, w których Kate „pogania” swojego kompana do dalszych wyliczanek. Pięknie też pogrywają gitary. Dla mnie ten numer jest bombowy.

I na koniec spokojna ballada w postaci Among Angels. Utwór może nie z topki albumu, ale wciąż dobry. W drugiej części utworu wchodzą ładne pady, które robią różnicę na plus.

Trzeci album z hienowej trylogii związanej z zimowymi feriami nie zawiódł podobnie jak dwa poprzednie. Właściwie tylko jeden utwór mi nie podszedł, ale reszta jest albo dobra albo w większości przypadków bardzo dobra. Moje top 3 ulubionych utworów pokrywa się w 100% z topką autora wrzutki. Album rzeczywiście jest idealny na zimową porę roku. Hien obawiał się o to, że nie będzie odpowiednich warunków do słuchania płyty, tymczasem zima nie zawiodła i mogłem się nasłuchać tej muzyki do woli patrząc na zimowe pejzaże wokół.
Tak jak napisałem na początku Jakub wiele naobiecywał stawiając wysoko poprzeczkę płycie. Przez 3-4 pierwsze odsłuchy wydawało mi się, że te obiecanki są nieco na wyrost. Ale po kilku kolejnych odsłuchach wszystko wskoczyło jednak na właściwe tory. Cierpliwość w stosunku do muzyki jednak popłaca.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 04 mar 2026 08:01

Poprosimy o parę słów podsumowania
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 04 mar 2026 12:44

Daruję sobie odnoszenie się personalne, bo trochę nie mam do tego głowy. Nie byłem pewien, jak ten album zostanie odebrany, bo to nie zawsze działa jak u mnie w głowie, czego przykładem było bardzo pół na pół przyjęcie najnowszego Tears for Fears. Z Kate Bush poszło wyraźnie lepiej. Kręcenie nosem było głównie ze strony Murzyna i Smoka, ale oni prawie zawsze trochę kręcą nosem w przypadku moich propozycji, więc i tak miło było czytać, bo bo bardziej wam się podobało, niż nie podobało, i to doceniam. Miałem trochę zonka przy hejcie Dragona na tytułowy kawałek, no ale najwyraźniej była to opinia odosobniona, reszta prejzowała. Musiał, jak to Musiał, zrobił sobie podróż podwarszawskoznawczą i jakoś to sobie przetłumaczył i chwali na poziomie moich pochwał. Małe umysły myślą podobnie. Najbardziej interesowała mnie opinia Panów Seby i Artura, bo ten pierwszy jest dużym fanem KB, a drugi jest koneserem śpiewających pań. Zaskoczyło mnie, że Mentos tak bardzo pochwalił, spodziewałem się recenzji typu "ja to jednak wolę słuchać tylko płyt z 80sów niż to zamulające gówno", no ale fajnie było nie mieć racji. Wuja musiał trochę się przemęczyć, ale walczył do końca i wywalczył swoje, co bardzo mnie cieszy, bo jednak prejz Wuja, w przypadku śpiewającej pani, to minimum, które trzeba spełnić, żeby nie czuć się źle. Dzięki za poświęcony czas, cieszę się, że się podobało, a teraz lecimy z Rybarzami.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 mar 2026 01:34

Lecimy dalej. Gorąco wierzę że na tę krótką płytę nie będzie potrzebny cały marzec byśmy ją omówili. :roll:

Fishmans - Long Season
mintaj pisze:
22 lut 2026 21:48

Są tu osoby, które uznają, że lecę w przysłowiowego ciula wrzucając tę płytę, ale trudno - będą musiały to zaakceptować. Lub nie. Ta płyta jest w moim życiowym topie, słuchałem jej w swoim czasie nałogowo, jest dla mnie ważna i po prostu musiała się tu pojawić. Alb tu, albo w drugiej zabawie, ale podjąłem decyzję o wrzuceniu jej tutaj, wychodząc z założenia, że nie chcę przeciągać kolejek bestki utworowej taką kobyłą, a tu to se na spokojnie posłuchacie.

O zespole pewnie czytaliście tu niejednokrotnie, bo Hien wrzucał go nieraz i siłą rzeczy napisał o nim to i owo. W związku z czym będzie trochę tego, czego misie nie lubią, czyli pierniczenia o moich wspomnieniach. Moja przygoda z Rybakami zaczęła się dość późno, bo we wczesnym 2019. Nie pamiętam kto ich mi podrzucił, bo była to jedna z osób, z którymi miałem krótką, ale za to niezbyt intensywną relację, której nie pamiętam. I generalnie to był okres w moim życiu, którego wolałbym nie pamiętać. Płytę przesłuchałem, odnotowałem, spodobała mi się i sobie tkwiła tak przez lata na półce rzetelno-poprawnej przez kilka lat.

I tak sobie myślę, że chyba powodem było to, że przesłuchałem jej w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, bo to nie jest płyta do słuchania w tych gorszych czasach. Potrzeba było parę lat i lepszego okresu. Takim była u mnie jesień 2021 - to był ten śmieszny okres w życiu, w którym miałem nadzieję i generalnie miało się nadzieję. Z mojej perspektywy świat sprawiał wrażenie bezpieczniejszego i stabilniejszego miejsca, bo niby ta pandemia była, ale już dogorywała, a żadną wojną człowiek sobie głowy nie zaprzątywał. Ja wtenczas byłem na długim chorobowym, w którym próbowałem odzyskać jakąkolwiek chęć do życia, którą wydrenowały mi pewna Uznana Instytucja Finansowa (której reklamy często widuje w telewizji z jakichś przyczyn) i mieszkanie, którego też szczerze nienawidziłem.

Słuchałem wtedy dużo Rybaków, bo słuchałem wtedy dużo muzyki i to był taki pierwszy okres, w którym uznałem, że ten album nawet jeśli nie dołączy do mojego panteonu, to stanie się dla mnie płytą z gatunku tych najważniejszych. Drugi nastąpił rok później. Jak to w życiu bywa, gdy wydawało mi się, że już się ogarnąłem wiosna '22 składała się z nieustannych kopów na mordę od losu, które czasem padały w częstotliwości wręcz absurdalnej, a lato wcale nie było lepsze. Okresem w którym dotarłem do siebie, znowu, była ta nieszczęsna jesień.

I tamten okres kojarzy mi się z tym, że znalazłem sobie taką pracę, o której nie chcę pisać za szczegółówo, ale mogę wam napisać, że trasa od niej do mojego domu wraz z uwzględnieniem rzeczy typu wizyta w Żabce po szlugi (jak ja to mogłem palić, fuj) zajmowała z grubsza tyle, ile przesłuchanie tego albumu w całości. I jakoś tak wyszło, że w jej pierwszych dniach przesłuchiwałem całość dzień w dzień przez dobrych kilkanaście dni, jak nie dłużej - szczerze mówiąc, sam nie pamiętam, ale jak kto chce, to może postalkować na moim laście (pytanie tylko po co)

I na tej podstawie dochodzę do wniosku, że dla mnie jest to płyta idealna na okresy wychodzenia z mroku i gorszych czasów, te etapy kiedy jeszcze może nie jest dobrze, ale już się czuje, że najgorsze minęło i można mieć jakąś nadzieję. I może historie sugerowałyby, by wleciała gdzieś jesienią, ale nawet jako jesieniarz nie będę ukrywać, że wiosna to ta pora roku, w której taki nastrój generalnie czuć w powietrzu. I może sam chcę sobie wlać trochę nadziei i wmówić, że ten lekki dołek, który teraz przechodzę, to koniec, a nie początek gorszego etapu?

No i przecież i tak będziemy ten album omawiać do listopada, kaman :P

Jeśli chodzi o albumoutwór, to tylko pro forma nadmienię, że składa się z jednego utworu podzielonego na pięć części, płynnie przechodzących jedna w drugą. Ja to najbardziej lubię drugą, bo ma zajefajny hook w postaci tego motywu na pianinie, podobają mi się te wokalizy i lubię to randomowe perkusyjne solo na końcu, ale wszystko jest tu piękne, dobre, słuszne, sprawiedliwe i zbawienne.

Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=GwWv-T4rM0k
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 06 mar 2026 12:13

Fishmans - Long Season

Za sprawą mentosa otrzymujemy kolejną okazję do spotkania z powszechnie uznanymi już na tym forum RYBARZAMI. Ja najpierw narzekałem na nich w bestce utworowej, potem wleciał album Kuby który połowicznie pochwaliłem ale który sprawił że ostatecznie po czasie wróciłem i doceniłem to nieszczęsne Yurameki Cośtam Cośtam. Do utworów z płyty wrzucanej przez Kubę jednak jakoś o dziwo nie wracałem później, wychodzi na to że na dłużej nie zapadły mi w pamięci. Teraz mentos wrzucił album składający się z jednego długiego utworu i od początku nastawiony byłem raczej pesymistycznie na tą przygodę a ostatecznie wyszło...

Wyszło na to że myślałem nawet że nie będę w stanie napisać tej recenzji. Serio, z jednego prostego powodu - myślałem że nie znajdę odpowiednich słów by opisać jak DOSKONAŁY jest ten album. Płyta siadła mi od pierwszego odsłuchu kiedy odpaliłem ją myśląc że posłucham chociaż fragmentu może ale wciągnąłem się na tyle że przesłuchałem całość. Album wkręca się niesamowicie a dużą robotę robi to chwytliwe pianinkowe arpeggio które przewija się na początku i potem pod koniec płyty tworzac zgrabną przyjemną klamrę. Ale zacznijmy od samiuśkiego początku.

Bo zanim w trzeciej minucie albumu wjedzie ten chwytliwy pianinkowy motyw dostajemy najpierw skromne delikatne intro z pianinka i gitary. Po chwili słychać orientalne dzwoneczki brzmiące jak te które grają za sprawą podmuchu wiatru, potem melodia syntezatora i w końcu oficjalne otwarcie gdy wjeżdża TO arpeggio wraz ze skrzeczącym innym synthem. W piątej minucie dołącza ostatecznie wokal który powiedzmy... nie przeszkadza, bo wiadomo że wokalista Fishmans brzmi specyficznie i nie każdy musi lubić taki głos, ja już przywykłem ale też się nie zachwycam. Następne dołączają skrzypce które miło wspominam właśnie z wrzutki utworowej, Long Season ma mniej więcej ten sam wachlarz zalet ale oto na dokładkę dostajemy akordeon którego chyba jeszcze w ich muzyce nie doświadczyłem (albo nie pamiętam), klimat robi się nieco sielski i rozmarzony w tym wokalnym fragmencie z jego udziałem. Wraz z wejściem kolejnego instrumentu który brzmi trochę jak dzwoneczki lub jakiś klawesyn (podejrzewam że to instrument klawiszowy jakiś) zaczyna się druga część utworu/albumu. Mentos chwalił tu zdaje się klawiszowy hook na który ją zwróciłem uwagę dopiero przy którymś odsłuchu, ogólnie chyba minimalnie ten fragment płyty określiłbym jako najsłabszy, Panowie po prostu dają czadu łącznie z wokalistą którego głos robi za dodatkowy instrument w tym pasażu. Wkrótce zaraz otrzymujemy przejście w trzeci fragment albumu który jest za to jednym z najciekawszych moim zdaniem.

Najpierw otrzymujemy jakby dźwięki kapiącej wody, ten fragment jest nieco psychodeliczny, potem wracają te wietrzne dzwoneczki robiące klimat jakiegoś space jazzu, ale prawdziwy jazz dopiero wjeżdża zaraz po nich wraz z perkusyjnymi ekspresjami. Ten fragment brzmi nieco plemiennie, dostajemy jakieś dzikie szamańskie rytmy, a ja akurat lubię takie brzmienia. Wraz z powrotem dzwoneczków wychodzimy z tej kosmicznej muzycznej dżungli i trafiamy na...

Peron? Ten sygnał otwierający czwartą część kojarzy mi się z jakimiś sygnałami na peronie kolejowym, a z kolei gdy wchodzi melodia gitary brzmi to trochę jakby to pogrywało radyjko z budzikiem, mam poczucie po nocy spędzonej na plemiennych tańcach wokół ogniska oto budzimy się gdzieś indziej i wstaje nowy dzień. Beztroski wokal śpiewa proste frazy a wesołe pogwizdywanie pomaga podbudować dobry nastrój tego fragmentu który na przestrzeni płyty umyka bardzo szybko. Właściwy śpiewa równie szybko jak się pojawia tak i zaraz znika a my odpływamy w stronę finalnej, piątej części albumu.

Nie będę ukrywał że właśnie ta końcówka to zdecydowanie mój ulubiony moment albumu. Powracają smyczki które przeprowadzają nas na drugą stronę ku mojemu ulubionemu chwytliwemu arpeggio z pierwszej części płyty. Powraca wokal, sekcja rytmiczna oraz charakterystyczny syntezator. Wjeżdża elektryczna gitara która najpierw asystuje sekcji rytmicznej by potem zapodać piękne solo w stylu Eddiego Hazela z grupy Funkadelic. Całość wieńczy powracający akordeon. Potem mamy kulminację, wielki finał i ostateczne wyciszanie.


Long Season to po prostu zajebisty album i idealny na wiosnę moim zdaniem bo ma w sobie masę tej pozytywnej, słonecznej energii, pobudza do życia, pozytywnie nastraja do świata. Nigdy nie sądziłem że będę chwalił taką utworową kobyłę ale jest to na tyle wciągające i zróżnicowane że po prostu poddałem się tej przygodzie, tej dźwiękowej podróży w 5 aktach. Album zlatuje przyjemnie, szybko i nie zauważa się kiedy to 35 minut mija, ta rigzczowa bardzo długość albumu na pewno tu pomaga bo jest taki w sam raz na raz i nawet ja przy moim napiętym harmonogramie jestem w stanie znaleźć tyle czasu by posłuchać go bez dzielenia sobie, w przeciwieństwie do płyt trwających około godziny. Fajno że mentos jednak skłonił się ku tej wrzutce bo w moim przypadku rzuciła ona chyba trochę lepsze swiatło jak wielki był to zespół i dlaczego tak było. Być może skłoni mnie to do szerszego zagłębiania się w ich dyskografię a póki co dziękuję za tę wrzutę bo to najlepsza rzecz jaką mentos zapodał w albumach i topka tej zabawy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7403
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 mar 2026 10:50

Fishmans - Long Season

Szukam w tej chwili (a raczej FB szuka za mnie), kiedy to Long Season zostało pierwszy raz wspomniane przez imć Munlupa w naszych rozmowach tak, żebym mógł sobie przypomnieć moment w którym o tym krążku usłyszałem. Bo o Rybiarzach to w sierpniu 2021, kiedy łaziłem sobie samotnie po gdyńskim Molo Południowym w niemal całkowitych ciemnościach, a na słuchaweczkach zapodane dosłownie godzinę wcześniej Night Cruising. FB niestety nie pomaga, kiedy to mogło być? Mniejsza o większość.

Nie no, nie o większość, albowiem większość niniejszej recenzji będzie prosta, wręcz bardzo prosta - album jest genialny i dziękuję, nie mam nic więcej do powiedzenia. Koncept jednego numeru podzielonego na 5 segmentów mnie nie odstraszył, raczej zaintrygował na samym początku, a jego ostateczny odsłuch sprawił, że... no właśnie, co sprawił? Nie chcę się powtarzać, a w moich recenzjach się to niestety zdarza jak się spojrzy na słownictwo czy takie tam... No po prostu to jest dobry krążek i tyle. Nie, nie jest dobry - jest DOJEBANY. Do Rybiarzy zabieram się dziwnie, bo z jednej strony przesłuchałem już jakiś czas temu takie Uchū Nippon Setagaya, potem Kūchū Camp, ostatnie było Long Season i na tym się zatrzymałem, choć jeszcze wpadło Polaris (które również mi się diabelnie podoba). Japończycy mają coś takiego w tworzeniu tego typu muzy, jakiś dryg, no nie wiem, ale po prostu umieją budować doskonały nastrój, no i mają wielką lekkość w konstruowaniu ciekawych melodii. Czil na pełnej, ale dla odmiany nie spod znaku "Pieprzu i Wanilii".

Już od pierwszych dźwięków jestem kupiony, intro do Części I jest świetne - buduje jakieś napięcie, nakręca nastrój oczekiwania na to, aż muza w końcu trzepnie. Zabiegi, które już bardzo dawno temu solidnie sprzedały mi takie Street Fighting Years od Simple Minds. W ogóle jestem bezwzględnie zakochany w tym motywie klawiszowo-akordeonowym, z którym mamy okazję pierwszy raz zapoznać się właśnie w owym intro. I nagle jeb, pianinowe arpeggio, a wraz z nim gitara, potem bębny i słynne IDĘ DO MAKAAAAA, jedziemy kurde. Ta Część I mogłaby swobodnie być jednym, osobnym numerem, a już zawiera w sobie doskonałość całego krążka. Gdyby to był singiel, reszta mogłaby być w zasadzie jego bisajdami gdyby nie to, że jest za dobra na bisajdy lol. Ale też, not gonna lie, najczęściej wracam właśnie do jedynki i do piątki jeszcze, bo dają największego kopa. Część II z kolei traktuję trochę jako taki "alternative mix" jedynki i piątki, który wyróżnia się przede wszystkim kapitalnym pianinem i wokalizami Shinjiego Sato. Cziluję i zachwycam się jednocześnie.

Część III wpycha w ten czil jeszcze solidniej, zamienia się bowiem w miks ambientu i muzyki relaksacyjnej w formie, której nie powstydziłby się sam Eno, ale tylko przez niecałą połowę, gdyż po chwili wjeżdża perkusyjny berserk (na miarę Fishmansów) i robi się... trybalistycznie? Zwłaszcza z tymi cudownymi dzwoneczkami w tle. Murzyn wyżej pisze o szamańskich brzmieniach, myślę, że to dobry trop. Potem jednak, wraz z fejdującymi i zdistortowanymi bębnami robi się z kolei psychodelicznie. A Część IV przynosi post rockowe rozwiązania, które nasuwają na myśl Talk Talk, do tego TO PA PAPAPAPAPAPAAAAA, czuję się wręcz zahipnotyzowany. Jak wchodzi reszta wokalu z efektami niby przez stare, schowane w szafie radio to generalnie wbija dobra faza. Jeśli przy szamańskich rytach sprzed kilku minut się czymś okadziłem, to teraz czuję wchodzące tego na pełnej efekty. W głowie się trochę kręci, przed oczyma świdrują kolory różnorakie, głos dociera z opóźnieniem, jest lekko i rozkosznie... wiosennie! Tak, ostrość słuchu wraca i odzywają się ptaszorki.

Bo Long Season to dla mnie album zdecydowanie na wiosnę. Czy mogłem go słuchać już w roku 2024? Być może, ale chyba bym zapamiętał solidniej, wszak wiosna 24 była dla mnie całkiem fajna (lato już nie). Rok temu nie miałem specjalnych oczekiwań, za to miałem setting - kupiłem sobie bowiem przywilej posłuchania Long Season w najbardziej chyba pasującym do tego albumu środowisku, czyli Tokio, skąd Rybiarze zresztą pochodzą. Nie byłem co prawda w ich "oryginalnej" dzielnicy, ale spacer po Parku Ueno przy akompaniamencie tej muzy odpalanej raz po raz był naprawdę fajnym doświadczeniem zwłaszcza, że zdążyły zakwitnąć wiśnie (choć akurat cała reszta roślinności była łysa jak opony w moim samochodzie, to było lekko schizowe). Mało ludzi, wiosenny miks chłodu z ciepłem, słuchawki na uszach i w długą przed siebie. Bardzo podobały mi się te momenty, gdzie odłączyłem się od ekipy i mogłem sobie łazić po mieście bez celu słuchając różnych rzeczy (Susumu Yokota też pięknie wówczas wszedł, co tu dużo mówić). Zachwytom nie mogło być końca.

I nie będzie dalej, zwłaszcza gdy wjeżdża Część V. Doskonałe domknięcie doskonałego albumu, fantastyczna dźwiękowa klamra. Czemu ja takich rzeczy nie poznawałem wcześniej? Jak można było mieć taki kij w dupie na muzykę lol. To jest tak doskonała rzecz ten longplay, że nie mam słów. Kiedyś głównie Laughing Stock otwierało mi wiosnę, albo Desire ze Spirit of Eden, ale teraz wiem, że to będą Rybiarze. Czy pośród obsianych gęstymi drzewami bloków na Wyspie Toyosu, czy na uliczkach zgierskich Rudunek. Jeszcze jak te skrzypce wjeżdżają... ludzie kochani. W sumie jedyny zarzut jaki mam to ten, że "główny" motyw grany na akordeonie mógłby trwać dłużej w tym końcowym segmencie, bo jest, prostytutka, piękny. A jak już wszystko przymyka... Mentos zaserwował złoto i - taka ciekawostka - po tej ubiegłorocznej wycieczce do Japonii zastanawiałem się, czy sam Long Season nie wrzucić xD Także CHYLĘ COPKĘ przed Kolegą z Wrocławia, gdyż zaserwował strzał w dziesiątkę. Wracam do LS często i gęsto i będę wracał jeszcze częściej i gęściej.

A na marginesie polecam wszystkim Japonię bo tanio jak skurczybyk (aż trudno w to uwierzyć, oczywiście w porównaniu z innymi opcjami zagranicznymi niekoniecznie w Trzecim Świecie), bardzo urokliwie i bezpiecznie. Warto, póki jen stoi nisko (a stoi nisko wciąż).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 mar 2026 20:48

Fishmans - Long Season (1996)

Tym tekstem dołożę cegiełkę do ogródka nieuporządkowania i luźnych kmimek na tematy, które z osobliwą regularnością wracają na forumowy TAPET. Pierwsze skojarzenia z Fiszumansu to kompletnie abstrakcyjne z mojego punktu widzenia (laika) ukłony na RYMie wyrażane przez najwyższe pozycje w rankingach, najlepsze oceny, bardzo częstą obecność na listach, itd., itp.. Dzięki Wam wiem trochę więcej, znam aż zaskakująco dużo rzeczy z ich katalogu. Solidne melancholijne granie z dozą dreszczy emocji. Seba podrzuca płytę z utworem, który uważam za zbędny na najpopularniejszej koncertówce. Ona i tak trwa dostatecznie długo i dla mniej zaangażowanego słuchacza ich muzyki taka wyraźna powtórka to już trochę za dużo. I uważam tak wbrew potencjalnie przytaczanym wcześniejszym wypowiedziom, gdyby ktoś mnie chciał złapać na wykroku heh Ostatecznie nie wracam do ponad połowy rzeczy z tej płyty, ale objętościowo jest stanowczo za długa.

Pięć odsłuchów... to całkiem sporo. Pomaga przystępna koncepcja i sama struktura utworu. Właściwie jeden motyw, który zostaje przerwany, a potem wraca. Słuchałem w drodze, w domu, podczas zakupów. Powtarzam się, ale to kolejny przykład, gdzie im mniej dokładny odsłuch, tym lepiej. Bez urazy dla muzyki, po prostu taki urok luźnych pasaży, dość minimalistycznej palety rozwiązań i charakteru muzyki. Do kojenia umysłu, a nie wzbudzania nie wiadomo jak rozbudowanych rozmyślań. Podobało mi się oszczędne wokalizowanie. Śpiewania nie było aż tak dużo, a gdy wchodziło na pierwszy plan, to trochę irytowało. Punktowe pa pa paaa w środku tylko do pewnego momentu spoko. Najlepsze za to stęsknione zaśpiewy w ostatnich sekundach. Poza tym raczej okej, ale to nie jest główny powód, dla którego chciałbym wracać. Rozdzielanie na części pierwsze tego byłoby dość karkołomne. Wstęp jest za mało charakterny, żeby próbować go wyróżnić. Pierwsza i druga część zbyt podobna do piątej, szukanie różnic to zadanie dla jakiegoś habilitowanego badacza - nie dla mnie. Nastrój dookoła mało sprzyjający, sama muzyka pozytywnie zniechęca do takich analiz. Do tego średni stan i nawet niespecjalnie się chce o tym tak drobiazgowo pisać. Muszę jednak przyznać, że ten oddech w środku trochę przekombinowany. To jest zespół bardziej od przetwarzania rockowych, szugejzowych, dreamowych klimatów. Sample wody i takie zawieszenie to niespecjalnie wychodzi. Dla potwierdzenia swojej opinii dorzucam - najlepszy fragment to ten zaraz po najgorszym. Wjeżdża faktycznie lo-fi efekt, w tym gitarowym brzmieniu jest coś ulotnego. Jeszcze ta dodatkowa efektonika elektronika, z ducha szugejzowe, z ducha fishmansowe. Czuć te dni, które są znowu dookoła. Ciepłe w słoneczne godziny, ale za to z mroźnym, choć nie za mocnym wiatrem o zachodzie słońca (nad morzem ideał). Jednocześnie te niekończące się arpeggia klawiszowe za ostatnim razem wychodziły mi uszami. Za mało dubowe, za mało atmosferyczne na moje czucie muzyki. Tak dobrego basu jest tu tyle co kot napłakał.

Dobry utwór, który trochę mnie zmęczył. Rozluźnienie w bestce nie sprzyja. I tak dobrze, że się zebrałem do pisania. Mały strumień świadomości pasuje do utworu, który niepozornie uderzyłby ze zdwojoną mocą przy okazji posiedzenia wśród wyrazistego drinka. Poza ogólnym wrażeniem i najczęściej wspominanym fragmentem nie potrafię sobie też przywołać jakiegoś konkretnego motywu. Nie żeby to było konieczne, ale w tej sytuacji nie bardzo też ułatwia powroty. Po ostatnim odsłuchu zaczęło się robić lepiej. Z muzyką nie można się cackać. Prędzej znowu siądę do Night Cruisin czy Walking In The Rhythm, choć mówiąc szczerze, ostatnio do głowy wrócił mi szybciej Polaris. Tutaj jakoś nie miałbym serca rozdzielać tego szugejzowego środka od reszty. Całość wchodzi dobrze, ale kolejny raz przyjdzie w znacznie lepszych okolicznościach. Całkiem dużo Fiszumansu już znam i wobec poprzednich nie zrobiło aż takiego wrażenia. Dobra płyta, którą się przesyciłem i takich brzmień mi w zupełności wystarczy. Potrafię docenić, nie potrafię pokochać.