Best of Forum (Albumy) vol. 3
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fishmans - Long Season
No dobra, recenzja będzie krótka, bo w końcu mam do opisania tylko jeden utwór.
To, że od jakiegoś czasu lubię Fishmans każdy tutaj wie. Wszystko dzięki płycie Uchū Nippon Setagaya. I od razu powiem, że ten album jest lepszy od Long Season.
Już wiemy, że Fishmans weszli z wytwórnią muzyczną w układ, który obligował ich do nagrania trzech albumów w ciągu dwóch lat. Zadanie niełatwe, choć oczywiście wykonalne. Najtrudniej wg mnie w takim wypadku było po prostu utrzymać odpowiednio wysoki poziom muzyczny na wszystkich trzech albumach. Rybakom się to nie tylko udało, ale na dodatek na koniec, kiedy teoretycznie powinno im już brakować pomysłów, oni nagrali najlepszy album w postaci Uchū Nippon Setagaya. Ja kolejności powstania tych trzech albumów dokładnie nie pamiętałem i słuchając Long Season byłem przekonany, iż to właśnie on był tym ostatnim z trylogii. Bo wydawało mi się, że to właśnie tutaj zespołowi zaczynało trochę brakować pomysłów. Moje przypuszczenia okazały się jednak zupełnie błędne. A dlaczego w sumie pomyślałem o tym braku pomysłów? Zaraz wyjaśnię.
Fishmans mają swój specyficzny styl muzyczny i jak ktoś to polubi, to już jest sprzedany. Ja polubiłem. Uważam zresztą, że inny japoński zespół Polaris gra dosyć podobną muzykę. Ma ta nuta swój niepodrabialny klimat po prostu. Long Season to dobra płyta, choć ma swoje minusy. Te minusy oczywiście nie przysłaniają plusów, ale jednak są. Może zacznę od plusów. To jest oczywiście samo brzmienie. Charakterystyczne brzmienie zespołu, które bardzo lubię. Konkretne melodie, zapamiętywalne zagrywki. Już początek utworu/albumu bardzo dobry, klimatyczny. Fajny bas, pianino, inne dźwięki jak dzwonki, syrena itp. Potem wrzynająca się w świadomość zagrywka, a po niej kolejna jeszcze bardziej zapamiętywalna i charakterna. Klawiszowe arpeggio fantastyczne. Wszystko przy współudziale świetnego basu. I w końcu bez ostrzeżenia dołącza wokalista. Pamiętam jak się z gościem kopałem na początku mojej przygody z Fishmans. Wydawało mi się niewykonalnym polubić się z tym panem. I co? Teraz szczerze uwielbiam ten wokal. W dalszej części pierwszej części utworu mamy fajne skrzypce. Cały czas w tle pogrywa świetne arpeggio. Potem dołącza genialny dźwięk akordeonu. No jest rewelacyjnie. Ta pierwsza część Long Season jest zdecydowanie moją ulubioną. Trwa ona ok. 14-tu minut, które upływają mi bardzo szybko. I gdyby tutaj utwór się kończył, byłoby idealnie. Byłby to bez wątpienia jeden z moich ulubionych utworów zespołu, do którego wracałbym znacznie częściej. Fishmans postanowili jednak przedłużyć numer o kolejne dwadzieścia parę minut, co dla mnie nie jest zaletą. Bo dalej mamy albo powracanie do tego samego, albo jakieś mniej udane eksperymenty jak choćby środkowy segment z napieprzaniem w gary. Niezapomniany Czezu powiedziałby, że to Muppety grają. Nie lubię tego fragmentu. Co prawda są tam też inne dźwięki, które bardzo lubię. Dźwięki o mocno azjatyckiej urodzie. Ale ta chaotyczna perkusyjna naparzanka zabija ten fajny klimat w tle.
Pomiędzy 1 a 3 częścią jest jeszcze krótka, ok. 3-minutowa wstawka. Bardzo fajna, choć mająca mało wspólnego z głównym utworem, że tak powiem.
Po 21 minutach zaczyna się 4 część Long Season. Część, która powraca na właściwe tory. Te zaśpiewy „paaaaaa pa pa pa pa pa pa” przy akompaniamencie ładnej gitary i gwizdania są super.
No i na koniec wracamy do głównych motywów albumu. Powraca arpeggio, kultowa zagrywka, skrzypce, akordeon.
Tak jak pisałem wyżej – błędnie myślałem, że Long Sesason był ostatnim albumem w trylogii. Bo wyglądało to tak, jakby na koniec panom z Fishmans trochę brakowało pomysłów na cały album. Dlatego postanowili nagrać jeden bardzo długi utwór w jakiejś wersji megamix. Twór długi jak na utwór, ale krótki jak na album. Tymczasem okazuje się, że nie o to chodziło. Osobiście wolałbym, żeby wywalono środkowy fragment, a resztę podzielono na powiedzmy 3 osobne utwory po kilka/kilkanaście minut każdy. Człowiek krótszych utworów słucha częściej i chętniej niż jednego ponad półgodzinnego kolosa. Kolosa zbudowanego z kilku części, które nie zawsze do siebie pasują. To jest oczywiście moje prywatne zdanie, z którym inni nie muszą się zgadzać.
Podsumowując – Long Season to dobra muzyka. Ma swoje wady, choć zalety wciąż mocno przeważają. Czuć ten azjatycki klimat na każdym kroku. Nawet w okładkach albumów.
No dobra, recenzja będzie krótka, bo w końcu mam do opisania tylko jeden utwór.
To, że od jakiegoś czasu lubię Fishmans każdy tutaj wie. Wszystko dzięki płycie Uchū Nippon Setagaya. I od razu powiem, że ten album jest lepszy od Long Season.
Już wiemy, że Fishmans weszli z wytwórnią muzyczną w układ, który obligował ich do nagrania trzech albumów w ciągu dwóch lat. Zadanie niełatwe, choć oczywiście wykonalne. Najtrudniej wg mnie w takim wypadku było po prostu utrzymać odpowiednio wysoki poziom muzyczny na wszystkich trzech albumach. Rybakom się to nie tylko udało, ale na dodatek na koniec, kiedy teoretycznie powinno im już brakować pomysłów, oni nagrali najlepszy album w postaci Uchū Nippon Setagaya. Ja kolejności powstania tych trzech albumów dokładnie nie pamiętałem i słuchając Long Season byłem przekonany, iż to właśnie on był tym ostatnim z trylogii. Bo wydawało mi się, że to właśnie tutaj zespołowi zaczynało trochę brakować pomysłów. Moje przypuszczenia okazały się jednak zupełnie błędne. A dlaczego w sumie pomyślałem o tym braku pomysłów? Zaraz wyjaśnię.
Fishmans mają swój specyficzny styl muzyczny i jak ktoś to polubi, to już jest sprzedany. Ja polubiłem. Uważam zresztą, że inny japoński zespół Polaris gra dosyć podobną muzykę. Ma ta nuta swój niepodrabialny klimat po prostu. Long Season to dobra płyta, choć ma swoje minusy. Te minusy oczywiście nie przysłaniają plusów, ale jednak są. Może zacznę od plusów. To jest oczywiście samo brzmienie. Charakterystyczne brzmienie zespołu, które bardzo lubię. Konkretne melodie, zapamiętywalne zagrywki. Już początek utworu/albumu bardzo dobry, klimatyczny. Fajny bas, pianino, inne dźwięki jak dzwonki, syrena itp. Potem wrzynająca się w świadomość zagrywka, a po niej kolejna jeszcze bardziej zapamiętywalna i charakterna. Klawiszowe arpeggio fantastyczne. Wszystko przy współudziale świetnego basu. I w końcu bez ostrzeżenia dołącza wokalista. Pamiętam jak się z gościem kopałem na początku mojej przygody z Fishmans. Wydawało mi się niewykonalnym polubić się z tym panem. I co? Teraz szczerze uwielbiam ten wokal. W dalszej części pierwszej części utworu mamy fajne skrzypce. Cały czas w tle pogrywa świetne arpeggio. Potem dołącza genialny dźwięk akordeonu. No jest rewelacyjnie. Ta pierwsza część Long Season jest zdecydowanie moją ulubioną. Trwa ona ok. 14-tu minut, które upływają mi bardzo szybko. I gdyby tutaj utwór się kończył, byłoby idealnie. Byłby to bez wątpienia jeden z moich ulubionych utworów zespołu, do którego wracałbym znacznie częściej. Fishmans postanowili jednak przedłużyć numer o kolejne dwadzieścia parę minut, co dla mnie nie jest zaletą. Bo dalej mamy albo powracanie do tego samego, albo jakieś mniej udane eksperymenty jak choćby środkowy segment z napieprzaniem w gary. Niezapomniany Czezu powiedziałby, że to Muppety grają. Nie lubię tego fragmentu. Co prawda są tam też inne dźwięki, które bardzo lubię. Dźwięki o mocno azjatyckiej urodzie. Ale ta chaotyczna perkusyjna naparzanka zabija ten fajny klimat w tle.
Pomiędzy 1 a 3 częścią jest jeszcze krótka, ok. 3-minutowa wstawka. Bardzo fajna, choć mająca mało wspólnego z głównym utworem, że tak powiem.
Po 21 minutach zaczyna się 4 część Long Season. Część, która powraca na właściwe tory. Te zaśpiewy „paaaaaa pa pa pa pa pa pa” przy akompaniamencie ładnej gitary i gwizdania są super.
No i na koniec wracamy do głównych motywów albumu. Powraca arpeggio, kultowa zagrywka, skrzypce, akordeon.
Tak jak pisałem wyżej – błędnie myślałem, że Long Sesason był ostatnim albumem w trylogii. Bo wyglądało to tak, jakby na koniec panom z Fishmans trochę brakowało pomysłów na cały album. Dlatego postanowili nagrać jeden bardzo długi utwór w jakiejś wersji megamix. Twór długi jak na utwór, ale krótki jak na album. Tymczasem okazuje się, że nie o to chodziło. Osobiście wolałbym, żeby wywalono środkowy fragment, a resztę podzielono na powiedzmy 3 osobne utwory po kilka/kilkanaście minut każdy. Człowiek krótszych utworów słucha częściej i chętniej niż jednego ponad półgodzinnego kolosa. Kolosa zbudowanego z kilku części, które nie zawsze do siebie pasują. To jest oczywiście moje prywatne zdanie, z którym inni nie muszą się zgadzać.
Podsumowując – Long Season to dobra muzyka. Ma swoje wady, choć zalety wciąż mocno przeważają. Czuć ten azjatycki klimat na każdym kroku. Nawet w okładkach albumów.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Munlup dajesz...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kuba skończ walić w *uja
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
normalnie lecimy dalej a nie
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dajcie chłopu powalczyć.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wędka złamana, ale trzymam za ogon
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fishmans - Long Season
Rzadko, ale jednak, zdarzają się sytuacje, że ktoś wrzuca album, który znam tak dobrze, iż mógłbym go zaśpiewać obudzony w środku nocy, od tyłu, z podziałem na każdy instrument i wokalizę, w każdej możliwej wersji. Paradoksalnie, nieraz bywa wtedy tak, że nie wiem jak o nim pisać. W przypadku „Long Season”, z jakiegoś powodu jest odwrotnie, mam wielką ochotę pisać o tej płycie i może dlatego tyle mi to zajęło.
Poznawanie Rybarzy zaczynałem od kultowego live’a z 1998 r., i tam całe „Longu Seasonu” leży sobie na końcu w formie jednego utworu. Tamta wersja jest lepsza pod niemal każdym względem, ale na takiej zasadzie, że jeśli studyjne „Long Season” jest płytą 10/10, to koncertowe „Long Season” zasługuje na 13/10. Tak, czy inaczej, obcujemy z perfekcją. Po lekkim, wstępnym rozczarowaniu, przez lata nauczyłem się doceniać studyjne „Long Season” za to czym jest, i za elementy, które tylko ta wersja zawiera, w tym gościnne wokalizy, konkretne zagrywki na gitarze, itd. Ostrzegam, to będzie tęczowy wysryw giga fana Fishmans, ale chyba każdy mnie zna i wie, że nie może być inaczej.
Nie wiem czy jest sens żebym pisał klasyczną recenzję, bo wszystko mi się tu podoba. Co najwyżej, mogę wskazać jakieś fajne rzeczy od psycho fana do umiarkowanych sympatyków. Wersja studyjna zaczyna się czymś, co niektórzy fani wizualizują sobie jako niski Japończyk, kucający i spuszczający kloca do muszli. Nie wiem co to jest, ale choćby z tego powodu wolę wersję live. Dalej wchodzi już bas Yuzuru, którego już na tym forum wychwalał w dosyć grubych słowach i tym razem nie będzie inaczej. Sam ten początek na bas, gitarowego loopa i proste akordy na pianinie, to jedno z najpiękniejszych intro czegokolwiek, jakie kiedykolwiek słyszałem. W każdej wersji, ten wstęp zrywa pape z dachu i nie przejmuję zaprzeczeń, bo kto tego nie uważa za dobre, ten zwyczajnie głuchy. Osobiście, nie dzielę w głowie „Long Season” na 5 części, i o ile wersji studyjnej najczęściej słucham z tym podziałem (bo mam też ściągniętą wersję oryginalną, w jednym tracku), to nie zwracam na to uwagi. Piękne jest wejście pianinowego arpa, dziwne gitary autorstwa Dartsa, sesyjnego i koncertowego gitarzysty Fishmans, no i wejście Shinjiego, tego niepozornego Japończyka, który miał chyba z 1.50 metra, ale duchem wielkiego i energią porywającego. Późniejsze zmiany akordów, przejścia, chórek dziecięcy i gościnne wokalizy MariMari (na żywo zastąpiąnej doskonałą solówką by Sato), zaraz przed wejściem w sekcję perkusyjnej bitwy na solówki między Motegim, a Asa-Changiem. Ta sekcja jest w wersji live 98 trochę ciekawsza, przez dodatnie ambientów, ale tutaj również jest czego słuchać, tylko trzeba lubić gołą perkusję. Powrót reszty zespołu ekscytujący, a potem to powolne, trochę monotonne, budowanie nastroju przed zakończeniem, które to, ponownie, w wersji live ma niego więcej naturalnego, emocjonalnego napięcia. No, ale to są różnice między 13/10, a 10/10, tutaj naprawdę nic nie jest złe, wszystko brzmi fenomenalnie.
To był drugi, z trzech albumów, które Fishmans zgodzili się nagrać dla Polydor w ciągu niecałych dwóch lat. To było czyste szaleństwo i trudno i sobie wyobrazić sytuację, w której większość zespołów jest w stanie nie tylko dostarczyć te albumy, ale jeszcze utrzymać poziom. Fishmans nie tylko dali radę nagrać te płyty, oni nagrali trzy najlepsze albumy w karierze, każdy z nich kompletnie inny, każdy z nich wyjątkowy. Co więcej, większość zespołów, adaptując tak kompleksowy i długi utwór/album jak „Long Season”, na koncerty, zapewne uprościłby co się dało, wzięły jakieś niezbędne fragmenty, żeby w ogóle mieć szansę na odegranie czegokolwiek. Fishmans nie tylko niczego nie wyrzucili, ale dołożyli, skomplikowali i wydłużyli o parę minut. Pomijając nawet, że jeszcze przed śmiercią Shinjiego, starali się co roku zmieniać wersję. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jaki potencjał miał ten zespół, i jak utalentowani i ciężko pracujący byli jego członkowie.
„Long Season” to świadectwo tego, jakie czary działy się w Japonii, kiedy mało co docierało stamtąd gdziekolwiek. Człowiek jarał się byle czym, kiedy powstawały takie rzeczy, jak „Long Season” i trafiały do odbiorników relatywnie niewielkiej grupy słuchaczy w Azji (bo Fishmans nie byli jakimś mega znanym fenomenem u siebie). Cieszę się, że przynajmniej za życia większej części zespołu, ten prejz do nich dotarł i myśli się nawet o koncertach Fishmans w USA i w Europie. W tym roku „Long Season” kończy 30 lat, ale jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. AVE!
Rzadko, ale jednak, zdarzają się sytuacje, że ktoś wrzuca album, który znam tak dobrze, iż mógłbym go zaśpiewać obudzony w środku nocy, od tyłu, z podziałem na każdy instrument i wokalizę, w każdej możliwej wersji. Paradoksalnie, nieraz bywa wtedy tak, że nie wiem jak o nim pisać. W przypadku „Long Season”, z jakiegoś powodu jest odwrotnie, mam wielką ochotę pisać o tej płycie i może dlatego tyle mi to zajęło.
Poznawanie Rybarzy zaczynałem od kultowego live’a z 1998 r., i tam całe „Longu Seasonu” leży sobie na końcu w formie jednego utworu. Tamta wersja jest lepsza pod niemal każdym względem, ale na takiej zasadzie, że jeśli studyjne „Long Season” jest płytą 10/10, to koncertowe „Long Season” zasługuje na 13/10. Tak, czy inaczej, obcujemy z perfekcją. Po lekkim, wstępnym rozczarowaniu, przez lata nauczyłem się doceniać studyjne „Long Season” za to czym jest, i za elementy, które tylko ta wersja zawiera, w tym gościnne wokalizy, konkretne zagrywki na gitarze, itd. Ostrzegam, to będzie tęczowy wysryw giga fana Fishmans, ale chyba każdy mnie zna i wie, że nie może być inaczej.
Nie wiem czy jest sens żebym pisał klasyczną recenzję, bo wszystko mi się tu podoba. Co najwyżej, mogę wskazać jakieś fajne rzeczy od psycho fana do umiarkowanych sympatyków. Wersja studyjna zaczyna się czymś, co niektórzy fani wizualizują sobie jako niski Japończyk, kucający i spuszczający kloca do muszli. Nie wiem co to jest, ale choćby z tego powodu wolę wersję live. Dalej wchodzi już bas Yuzuru, którego już na tym forum wychwalał w dosyć grubych słowach i tym razem nie będzie inaczej. Sam ten początek na bas, gitarowego loopa i proste akordy na pianinie, to jedno z najpiękniejszych intro czegokolwiek, jakie kiedykolwiek słyszałem. W każdej wersji, ten wstęp zrywa pape z dachu i nie przejmuję zaprzeczeń, bo kto tego nie uważa za dobre, ten zwyczajnie głuchy. Osobiście, nie dzielę w głowie „Long Season” na 5 części, i o ile wersji studyjnej najczęściej słucham z tym podziałem (bo mam też ściągniętą wersję oryginalną, w jednym tracku), to nie zwracam na to uwagi. Piękne jest wejście pianinowego arpa, dziwne gitary autorstwa Dartsa, sesyjnego i koncertowego gitarzysty Fishmans, no i wejście Shinjiego, tego niepozornego Japończyka, który miał chyba z 1.50 metra, ale duchem wielkiego i energią porywającego. Późniejsze zmiany akordów, przejścia, chórek dziecięcy i gościnne wokalizy MariMari (na żywo zastąpiąnej doskonałą solówką by Sato), zaraz przed wejściem w sekcję perkusyjnej bitwy na solówki między Motegim, a Asa-Changiem. Ta sekcja jest w wersji live 98 trochę ciekawsza, przez dodatnie ambientów, ale tutaj również jest czego słuchać, tylko trzeba lubić gołą perkusję. Powrót reszty zespołu ekscytujący, a potem to powolne, trochę monotonne, budowanie nastroju przed zakończeniem, które to, ponownie, w wersji live ma niego więcej naturalnego, emocjonalnego napięcia. No, ale to są różnice między 13/10, a 10/10, tutaj naprawdę nic nie jest złe, wszystko brzmi fenomenalnie.
To był drugi, z trzech albumów, które Fishmans zgodzili się nagrać dla Polydor w ciągu niecałych dwóch lat. To było czyste szaleństwo i trudno i sobie wyobrazić sytuację, w której większość zespołów jest w stanie nie tylko dostarczyć te albumy, ale jeszcze utrzymać poziom. Fishmans nie tylko dali radę nagrać te płyty, oni nagrali trzy najlepsze albumy w karierze, każdy z nich kompletnie inny, każdy z nich wyjątkowy. Co więcej, większość zespołów, adaptując tak kompleksowy i długi utwór/album jak „Long Season”, na koncerty, zapewne uprościłby co się dało, wzięły jakieś niezbędne fragmenty, żeby w ogóle mieć szansę na odegranie czegokolwiek. Fishmans nie tylko niczego nie wyrzucili, ale dołożyli, skomplikowali i wydłużyli o parę minut. Pomijając nawet, że jeszcze przed śmiercią Shinjiego, starali się co roku zmieniać wersję. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jaki potencjał miał ten zespół, i jak utalentowani i ciężko pracujący byli jego członkowie.
„Long Season” to świadectwo tego, jakie czary działy się w Japonii, kiedy mało co docierało stamtąd gdziekolwiek. Człowiek jarał się byle czym, kiedy powstawały takie rzeczy, jak „Long Season” i trafiały do odbiorników relatywnie niewielkiej grupy słuchaczy w Azji (bo Fishmans nie byli jakimś mega znanym fenomenem u siebie). Cieszę się, że przynajmniej za życia większej części zespołu, ten prejz do nich dotarł i myśli się nawet o koncertach Fishmans w USA i w Europie. W tym roku „Long Season” kończy 30 lat, ale jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. AVE!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To ja zamknę tylko szybko.
Dziękuję MURZYOWI za laurkę i doceniam to, że kupił tę wrzutę. Uśmiechnąłem się pod wąsem czytając o tych zachwytach, bo miałem podobnie słuchając tej płyty pierwszą razą - też od początku wiedziałem, że to jest to, a te 35 minut zleciało mi dosłownie w mgnieniu oka.
MUSIAŁOWI zazdroszczę odsłuchu tej płyty w Japonii. Mój serdeczny kumpel właśnie tam jedzie na dniach i nie ukrywam, że trochę mu tego zazdroszczę - może za parę lat będę mógł sobie na to pozwolić (zwłaszcza jeśli serio nie jest tam drogo). To musi być pewnie ciekawe doświadczenie. Cieszę się, że się podobało
W przypadku DRAGONA jestem zaskoczony, bo trochę to przewrotne, że pierwszy RYMIARZ tego forum (Albo drugi) wypowiada się o tej płycie umiarkowanie ciepło. Przyznaję, że parę stwierdzeń mnie trochę zaskoczyło, bo jeszcze nie zetknąlem się z tym, by ktoś twierdził, że ta płyta jest za długa, ani że brakuje tu basu, ALE TO JA.
SHODAN jak to SHODAN - docenił, bo czemu miałby tego nie zrobić. Tradycyjnie, obok zdissowania jednego z moich ulubionych momentów (perkusyjnej naparzanki), pochwalił drugi z moich ulubionych momentów (arpeggio na klawiszach), wiec jesteśmy kwita. No i ten, nie sądziłem, że ten wokal mógłby być dla kogokolwiek problematyczny, ale znowu - TO JA.
No i HIEN, po którym w sumie nie mogłem nie spodziewać się prejzu, bo prostytutka po kim jak nie po nim. xD To ja dodam tylko ze swojej strony, że też nie dzielę tej płyty na części i pewnie nawet po dwustu odsłuchach nie byłbym w stanie wyróżnić gdzie zaczyna, a gdzie kończy która i że ta wersja którą mi w swoim czasie podesłał była mega. Jeśli serio mieliby wyruszyć w trasę, to przyznam, że byłbym w stanie dla nich pojechać nawet do Warszawy.
Dobra, to ja nie blokuję.
Dziękuję MURZYOWI za laurkę i doceniam to, że kupił tę wrzutę. Uśmiechnąłem się pod wąsem czytając o tych zachwytach, bo miałem podobnie słuchając tej płyty pierwszą razą - też od początku wiedziałem, że to jest to, a te 35 minut zleciało mi dosłownie w mgnieniu oka.
MUSIAŁOWI zazdroszczę odsłuchu tej płyty w Japonii. Mój serdeczny kumpel właśnie tam jedzie na dniach i nie ukrywam, że trochę mu tego zazdroszczę - może za parę lat będę mógł sobie na to pozwolić (zwłaszcza jeśli serio nie jest tam drogo). To musi być pewnie ciekawe doświadczenie. Cieszę się, że się podobało
W przypadku DRAGONA jestem zaskoczony, bo trochę to przewrotne, że pierwszy RYMIARZ tego forum (Albo drugi) wypowiada się o tej płycie umiarkowanie ciepło. Przyznaję, że parę stwierdzeń mnie trochę zaskoczyło, bo jeszcze nie zetknąlem się z tym, by ktoś twierdził, że ta płyta jest za długa, ani że brakuje tu basu, ALE TO JA.
SHODAN jak to SHODAN - docenił, bo czemu miałby tego nie zrobić. Tradycyjnie, obok zdissowania jednego z moich ulubionych momentów (perkusyjnej naparzanki), pochwalił drugi z moich ulubionych momentów (arpeggio na klawiszach), wiec jesteśmy kwita. No i ten, nie sądziłem, że ten wokal mógłby być dla kogokolwiek problematyczny, ale znowu - TO JA.
No i HIEN, po którym w sumie nie mogłem nie spodziewać się prejzu, bo prostytutka po kim jak nie po nim. xD To ja dodam tylko ze swojej strony, że też nie dzielę tej płyty na części i pewnie nawet po dwustu odsłuchach nie byłbym w stanie wyróżnić gdzie zaczyna, a gdzie kończy która i że ta wersja którą mi w swoim czasie podesłał była mega. Jeśli serio mieliby wyruszyć w trasę, to przyznam, że byłbym w stanie dla nich pojechać nawet do Warszawy.
Dobra, to ja nie blokuję.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dziękujemy za ostateczne domknięcie tej płyty.
Lecimy dalej.
Kanye West - Graduation
(2007)
Lecimy dalej.
Kanye West - Graduation
(2007)
stripped pisze:25 lut 2026 14:40Wracam z kolejną porcją muzyki zainspirowanej niedawnymi zakupami płytowymi. O tym żeby wrzucić do bestki albumowej jakiś album Ye myślałem od dawna, nie byłem w stanie jednak zdecydować się który z nich powinienem zapodać. Ostatecznie wracam trochę do punktu wyjścia bo jednak pierwszą myślą było Graduation i tenże album udało mi się całkiem niedawno nabyć na giełdzie płyt w moim mieście. Nie będzie więc niczym zaskakującym że tym samym - podobnie jak w przypadku albumu Hell On Earth od Mobb Deep - znalazłem odpowiedni pretekst by wrócić po dłuższej przerwie, przysiąść do tej płyty intensywniej i w pełni ją nareszcie docenić.
Nie jest to też tak że rzucam jakaś przypadkową płytą Westa bo jednak do Graduation mam największy sentyment związany z poznawaniem tego albumu, chociaż odbyło się to grubo po premierze. Tak się złożyło że z początkiem 2007 roku mój brat wyprowadził się z domu zabrawszy ze sobą kompa i pierwszego własnego peceta - staruszka marki Dell - dostałem od drugiego z braci jakoś w marcu 2008 roku. Zacząłem wtedy tworzyć swoją kolekcję muzy i Graduation było albumem który wówczas poznawałem i katowałem. Tym samym jest to album który kojarzy mi się właśnie z wiosną i myślę sobie że brzmieniowo też nawet pasuje mi na tę porę bo ma w sobie jakąś taką miękkość pomimo nieco plastikowego brzmienia.
Graduation było istotnym momentem w karierze Westa bo to ten album dopiero na dobre zrobił z niego gwiazdę pop, największą zasługę miał w tym przebojowy pierwszy singiel Stronger samplujący dość znany motyw z utworu Daft Punk. Ogólnie przy produkcji tego albumu Kanye odszedł już trochę od swojego klasycznego chipmunk-soul brzmienia i zaczął łączyć sample z nutą elektroniki, jednocześnie będąc zafascynowany rockiem spod znaku Killersów, Keane czy Coldplay. Ye zapragnął zostać gwiazdą która wyprzedaje koncerty dla mas na stadionach i śmiało brnął do celu. Jedną ze świadomych decyzji przy pisaniu było choćby to żeby starać się możliwie upraszczać swoje rymy aby były to teksty które tłumy mogłyby potem łatwo skandować na koncertach.
Mi osobiście bardzo podobają się elektroniczne wtrącenia w produkcji na tej płycie, ogólnie uważam że to jest album który świetnie oddaje ówczesny zeitgeist, jest kolorowo, neonowo, popowo, trochę pstrokato, widać to też po uroczej okładce utrzymanej w stylistyce anime prezentującej maskotkę Kanye - misia który pojawiał się od początku w jego karierze podczas tej "szkolnej" trylogii albumów - poprzednie dwie nazywały się College Dropout i Late Registration - tu w końcu nasz bohater niejako dojrzewa i kończy swą edukację a tak naprawdę w realnym życiu Kanye wbija do pierwszej ligi mainstreamu w tamtym momencie. To był chyba jego najlepszy życiowy moment jeszcze przed wydarzeniami (śmierć matki i rozstanie z narzeczoną) które jak podejrzewam miały też jakiś swój udział w początkach jego choroby afektywnej dwubiegunowej. Od tamtej pory bezustannie jego kariera to pasmo w którym muzyczny geniusz przeplatał się z zupełnie niezrozumiałymi zachiwaniami (od głupich akcji z Taylor S. po kuriozalne pochwały nazizmu, niestety choroba nie wybiera...).
Ale odłożymy samego kontrowersyjnego artystę na bok na chwilę a przejdźmy do samej płyty która w moim mniemaniu jest dość lekka i przyjemna i mogłaby być dobrym przykładem jak robić ciałkiem niezły pop rap nie zatracając przy tym całkiem swojego charakteru. Bo Ye dowozi tu pod kątem mnóstwa specyficznych, prostych, głupawych i miejscami zabawnych linijek które stały się trochę jego wyróżnikiem moim zdaniem. Czasem człowiek przewróci oczami, czasem uśmiechnie się pod wąsem ale ma to swój niepowtarzalny urok jak dla mnie. Muzycznie jak już pisałem trąci to plastikiem ale jest tak ciepło i przytulnie raczej. Moimi osobistymi faworytami na tej płycie są zdecydowanie utwory niesinglowe, jest tu parę deep cutów które stawiam w czołówce jego dyskografii i przez które nieco zdecydowałem się wrzucić ten album bo jakbym miał kiedyś dajmy na to przemycać do Deep 5 trzy numery z tej jednej płyty to trochę byłoby słabo xd Do moich ulubionych należą z pewnością Good Morning (przestrzenny bicik i urocze sample ftw), I Wonder (pięknie klejący sample i elektronikę również) oraz Everything I Am (ciepłe sample a na skreczach w refrenie gościnnie DJ Premier). Po tym podium dorzuciłbym śmiało Big Brother czyli swoisty hołd dla Jaya-Z czy utwór Good Night który jest bonusem ale odkryłem go teraz na wersji płyty którą nabyłem, jest to kolejny ciepły i uroczy numer który w mojej głowie jakoś łączy się vibem z tym kreskówkowym misiem z okładki. Wśród utworów których nie lubiłem - ale nadrobiłem teraz i już się lubimy - dawniej były Barry Bonds (bardzo fajny bit tak naprawdę) i Drunk and Hot Girls który uważałem za chyba najgorszy numer w karierze Westa a który... w końcu też mi siadł, jakoś wkręcił mi się ten walczykowaty rytm, wokalne sample z utworu grupy CAN i głupawe teksty o tym czego to my faceci nie robimy dla d*py nieraz. Wśród gości na albumie mamy Mos Defa, Dwele, Lil Wayne'a czy Chrisa Martina z Coldplay - swoją drogą tak myślę sobie że to chyba jedyny taki album w którym udział wzięło dwóch różnych gości którzy nazywają się Chris Martin - wokalista Coldplay oraz oczywiście DJ Premier, heh.
Dobra, wystarczy tego poematu myślę, Kanye po prostu fajnym artystą BYŁ a może jak ogarnie banię to jeszcze nim kiedyś będzie, w każdym razie była to istotna postać w mojej przygodzie z muzyką do pewnego momentu i niech ta wrzuta będzie tego świadectwem.
https://youtube.com/playlist?list=PLYAU ... XWIewuhqn-
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Baj de łej - jak tam YE, słucha się?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Może jutro dam znać 
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
KanYe West - Graduation
Szczerze mówiąc, podchodziłem do tej płyty z taką pewną niepewnością. Bo od Kanye zawsze mniej lub bardziej sie odbijałem i już nawet nie chodzi o jego krzywe akcje, bo ja jestem jednym z tych, co uważają, że źli ludzie mogą robić dobrą sztukę, tylko o to, że po prostu te płyty mi nie wchodziły. xd Ani Beautiful Dark Twisted... mi nie zaskoczyło (to zwłaszcza), ani Yeezus, ani tym bardziej Donda - może i miały jakieś tam momenty, ale generalnie kojarzą mi się z nudą i przerostem formy nad treścią. Potencjalnym światełkiem w tunelu był kawałek z bestki utworowej, którego może i nie hajpowalem jakos bardzo, ale zapamiętałem jako niezły.
Jak się okazało - to jednak wystarczyło. Dostałem naprawdę porządny, pomysłowy i dobrze brzmiący album z muzyką pop, praktycznie bez żadnych fillerów ani słabszych momentów, ale za to pełen przebojów, chwytliwych refrenów i hooków. Przyznam szczerze - nie spodziewałem się.
I o ile do tej pory do tej pory zupełnie nie rozumiałem ludzi, którzy uważali Westa za geniusza, tak teraz nie rozumiem ich znacznie mniej, bo jeśli cokolwiek miałoby być argumentem za tym, to byłaby to niewątpliwie ta płyta. Ja na tworzeniu muzyki się nie znam, ale znajomy, który nie dość że się tym zajmuje i nawet ma jakieś sukcesy na tym polu stwierdził kiedyś, że stworzenie dobrego przeboju jest cholernie trudne, a może nawet i najtrudniejsze. Jestem w stanie w to uwierzyc.
No i tak się złożyło, że właściwie każdy utwór to PRZEBÓJ i to taki naprawdę solidny przebój. Pisanie o produkcji byłoby może oklepane, ale abstrachując od tego, że ta płyta świetnie brzmi - tu dosłownie każdy utwór ma jakiś megachwytliwy hook lub równie chwytliwy refren i jest JAKIŚ.
Bo może Kania Zachodni nie ma jakiegoś szczególnie wyrafinowanego ani eklektycznego gustu muzycznego, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale nawet jeśli inspiruje się oraz sampluje rzeczy powszechnie znane i lubiane, to robi to w sposób na tyle barwny i jedyny w swoim rodzaju, że ja czuję się zauroczony. Możecie mnie wyśmiać, ale pod tym kątem mógłbym go porównać z Tarantino.
Weźmy takie z brzegu choćmy I WONDER, w którym na papierze jest wszystko. Sampel z tytułową frazą brzmi trochę jak jakieś mało znane r'n'b, trochę jak Elton John, są smyki i podniosłe momenty, które brzmią jak stadionowy rock a'la U2 i w sumie jest WSZYSTKO, ale nie mam poczucia zmęczenia, przytłoczenia ani chaosu.
Tak, będę pisać o tej płycie w kolejności losowej i skupię się na rzeczach, które najbardziej mi zapadły w pamięć. Taką rzeczą na pewno było FLASHING LIGHTS, które leciało u mnie często i gęsto przez kwiecień. Kapitalny disco bit, urocze smyczki, chwytliwy refren - być może mógłbym chcieć czegoś więcej, ale nie wiem czego mógłbym?
No np. mógłbym chcieć utworu, w którym Kanye nawija o modzie, popkuturze i generalnie jedzie strumieniem świadomości pod beat z samplem pochodzącym ze starego utworu soul o tematyce religijnej? No to mam THE GLORY - kolejny przykład genialnego wykorzystania sampli, którymi ta płyta stoi.
I tak generalnie mógłbym wymieniać i wymieniać. GOOD MORNING ma fajny, wyczilowany klimat - nie wiem czy słowo COZY byłoby tu odpowiednie, ale to całkiem dobre wprowadzenie w tę zakręconą podróż, jaką jest ta płyta. CHAMPION ma super hook z samplem pochodzącym ze Steely Dan co w sumie potwierdza tylko to, o czym pisałem wcześniej, praktycznie to samo mógłbym napisać o CAN'T TELL ME NOTHING. A przecież jeszcze jest GOOD NIGHT z fajnym dubowym podkładem!
Spoko też są te bardziej "normalne" utwory, jak BARRY BONDS czy DRUNK AND HOT GIRLS - nie są złe, ale po prostu nie umiem pisać peanów o takiej muzyce, bardziej szanuję. BIG BROTHER ma szansę zostać growerem, ale to też fajny utwór. Tak samo jak EVERYTHING I AM.
Tu będzie przysłowiowa łyżka dziegciu, chociaż w sumie to... niekoniecznie. Jest tu kilka rzeczy, których może nie tyle nie lubię, ani nie kupuję, co jestem przy nich niezdecydowany. Bo słucham sobie tego STRONGER i niby nawet fajne, niby buja, niby jest dobre, ale mam wrażenie, że ten sampel jest na tyle charakterystyczny, że sprawia jego wykorzystanie sprawia wrażenie maksymalnie odtwórczego. Z HOMECOMING mam dokładnie na odwrót - doceniam na poziomie konceptu, nie za bardzo odczuwam przyjemność ze słuchania. Ale to chyba kwestia mojego osobistego stosunku do Coldplay.
Murzyn napisał o skojarzeniach z późnymi latami 00 i też mi sie te skojarzenia nasuwają. Może się mylę, ale mam wrażenie, że w tym 2007 USA mogło być nawet całkiem fajnym krajem do życia, na pewno bardziej niż rok później, i mam wrażenie, że ten specyficzny kolorowo-pstrokato-optymistyczny-niewiadomojeszczejaki zeigeist wpłynął na tę płytę (i jednocześnie udało się go na niej uchwycić).
Co tu więcej pisać - OTAKE PŁYTY NIC NIE ROBIŁEM
Szczerze mówiąc, podchodziłem do tej płyty z taką pewną niepewnością. Bo od Kanye zawsze mniej lub bardziej sie odbijałem i już nawet nie chodzi o jego krzywe akcje, bo ja jestem jednym z tych, co uważają, że źli ludzie mogą robić dobrą sztukę, tylko o to, że po prostu te płyty mi nie wchodziły. xd Ani Beautiful Dark Twisted... mi nie zaskoczyło (to zwłaszcza), ani Yeezus, ani tym bardziej Donda - może i miały jakieś tam momenty, ale generalnie kojarzą mi się z nudą i przerostem formy nad treścią. Potencjalnym światełkiem w tunelu był kawałek z bestki utworowej, którego może i nie hajpowalem jakos bardzo, ale zapamiętałem jako niezły.
Jak się okazało - to jednak wystarczyło. Dostałem naprawdę porządny, pomysłowy i dobrze brzmiący album z muzyką pop, praktycznie bez żadnych fillerów ani słabszych momentów, ale za to pełen przebojów, chwytliwych refrenów i hooków. Przyznam szczerze - nie spodziewałem się.
I o ile do tej pory do tej pory zupełnie nie rozumiałem ludzi, którzy uważali Westa za geniusza, tak teraz nie rozumiem ich znacznie mniej, bo jeśli cokolwiek miałoby być argumentem za tym, to byłaby to niewątpliwie ta płyta. Ja na tworzeniu muzyki się nie znam, ale znajomy, który nie dość że się tym zajmuje i nawet ma jakieś sukcesy na tym polu stwierdził kiedyś, że stworzenie dobrego przeboju jest cholernie trudne, a może nawet i najtrudniejsze. Jestem w stanie w to uwierzyc.
No i tak się złożyło, że właściwie każdy utwór to PRZEBÓJ i to taki naprawdę solidny przebój. Pisanie o produkcji byłoby może oklepane, ale abstrachując od tego, że ta płyta świetnie brzmi - tu dosłownie każdy utwór ma jakiś megachwytliwy hook lub równie chwytliwy refren i jest JAKIŚ.
Bo może Kania Zachodni nie ma jakiegoś szczególnie wyrafinowanego ani eklektycznego gustu muzycznego, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale nawet jeśli inspiruje się oraz sampluje rzeczy powszechnie znane i lubiane, to robi to w sposób na tyle barwny i jedyny w swoim rodzaju, że ja czuję się zauroczony. Możecie mnie wyśmiać, ale pod tym kątem mógłbym go porównać z Tarantino.
Weźmy takie z brzegu choćmy I WONDER, w którym na papierze jest wszystko. Sampel z tytułową frazą brzmi trochę jak jakieś mało znane r'n'b, trochę jak Elton John, są smyki i podniosłe momenty, które brzmią jak stadionowy rock a'la U2 i w sumie jest WSZYSTKO, ale nie mam poczucia zmęczenia, przytłoczenia ani chaosu.
Tak, będę pisać o tej płycie w kolejności losowej i skupię się na rzeczach, które najbardziej mi zapadły w pamięć. Taką rzeczą na pewno było FLASHING LIGHTS, które leciało u mnie często i gęsto przez kwiecień. Kapitalny disco bit, urocze smyczki, chwytliwy refren - być może mógłbym chcieć czegoś więcej, ale nie wiem czego mógłbym?
No np. mógłbym chcieć utworu, w którym Kanye nawija o modzie, popkuturze i generalnie jedzie strumieniem świadomości pod beat z samplem pochodzącym ze starego utworu soul o tematyce religijnej? No to mam THE GLORY - kolejny przykład genialnego wykorzystania sampli, którymi ta płyta stoi.
I tak generalnie mógłbym wymieniać i wymieniać. GOOD MORNING ma fajny, wyczilowany klimat - nie wiem czy słowo COZY byłoby tu odpowiednie, ale to całkiem dobre wprowadzenie w tę zakręconą podróż, jaką jest ta płyta. CHAMPION ma super hook z samplem pochodzącym ze Steely Dan co w sumie potwierdza tylko to, o czym pisałem wcześniej, praktycznie to samo mógłbym napisać o CAN'T TELL ME NOTHING. A przecież jeszcze jest GOOD NIGHT z fajnym dubowym podkładem!
Spoko też są te bardziej "normalne" utwory, jak BARRY BONDS czy DRUNK AND HOT GIRLS - nie są złe, ale po prostu nie umiem pisać peanów o takiej muzyce, bardziej szanuję. BIG BROTHER ma szansę zostać growerem, ale to też fajny utwór. Tak samo jak EVERYTHING I AM.
Tu będzie przysłowiowa łyżka dziegciu, chociaż w sumie to... niekoniecznie. Jest tu kilka rzeczy, których może nie tyle nie lubię, ani nie kupuję, co jestem przy nich niezdecydowany. Bo słucham sobie tego STRONGER i niby nawet fajne, niby buja, niby jest dobre, ale mam wrażenie, że ten sampel jest na tyle charakterystyczny, że sprawia jego wykorzystanie sprawia wrażenie maksymalnie odtwórczego. Z HOMECOMING mam dokładnie na odwrót - doceniam na poziomie konceptu, nie za bardzo odczuwam przyjemność ze słuchania. Ale to chyba kwestia mojego osobistego stosunku do Coldplay.
Murzyn napisał o skojarzeniach z późnymi latami 00 i też mi sie te skojarzenia nasuwają. Może się mylę, ale mam wrażenie, że w tym 2007 USA mogło być nawet całkiem fajnym krajem do życia, na pewno bardziej niż rok później, i mam wrażenie, że ten specyficzny kolorowo-pstrokato-optymistyczny-niewiadomojeszczejaki zeigeist wpłynął na tę płytę (i jednocześnie udało się go na niej uchwycić).
Co tu więcej pisać - OTAKE PŁYTY NIC NIE ROBIŁEM
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
1 recka przez 4 tygodnie to chyba nowy niechlubny rekord naszego forum. Dyskretnie przypominam że ten temat istnieje...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Miejcie litość, nawet ja się spiąłem i napisałem. Może i stek bzdur, ale jednak
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Siądę i napiszę wieczorem.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kanye West - Graduation (2007)
Good Morning. Hipnotyczny, oszczędny groove, który dostatecznie dobrze buja. Akcenty elektroniczne, skromne strunowe zagryweczki, niezbyt przeszkadzający wokalny cut. Tekst nie za bardzo charakterny poza fragmentem z tytułowym wprowadzeniem - zarówno kawałka jak i płyty. Poznałem Jaya-Z na koniec bez sprawdzania, milutko heh
Champion. Tego typu kawałki to prawdziwe złoto. Świetnie wkomponowany sampel, wspominany przez Jacka zeitgeist, duch czasu objawia się w całej okazałości. Słychać to w perkusji, soczyście cyfrowych synthach jak z zacnego elektro house'u. Letniaczek głęboko zakorzeniony w źródłach, ale z charakterem i po prostu genialnym groovem. Numer do roztapania się w słońcu powyżej 25 stopni. Jeden z wielkich plusów.
Stronger. Tu z kolei przereklamowanie. Nie lubię za bardzo samego Harder Better Faster Stronger, więc ciężary od samego początku. Oczywiście dobrze znany jeszcze za dzieciaka. Potem we fragmentach latał w wielu filmikach, memach... Albumówkę słyszałem pierwszy raz w życiu. Kanye płynie, na płycie raczej nigdzie nie traci formy i tempa. Pomysłowa gra z cutem. Są lepsze, ale co skuteczny atak pop rapowy na cały świat i kolejny wzrost popularności, to jego. Końcówka z brejkami i elektroniką w moim stylu, ale potem zmierza donikąd. Skutecznie zabił wiele dobrych momentów w swojej dyskografii, ten hymniczny pozytywny wydźwięk do mnie nie trafia... W ogóle co za zestawienie współpracowników przy tym kawałku - bo tu jeszcze Timbaland programował bębny. Trochę słychać heh
I Wonder. Puryści oraz nerdy jutubowe od oceniania hip-hopu bez podstawowego kontekstu i wyczucia POWINNI marudzić na flow w pierwszym fragmencie, ale ono się broni, bo przecież słychać, że to świadomie wybrana konwencja. Wciąż świetne tempo płyty, sampel pięknie nadaje dramatyzmu, liryczności. Na dłuższą metę nie wracałbym do większości płyty bardzo często, ale to taki kandydat do rozkoszowania się przy dłuższych posiedzeniach. Końcóweczka znowu oddająca 2007 rok na pełnej, uwielbiam takie pętle nawet na smyczkach.
Good Life. Podoba mi się ten bit, choć jest już trochę bardziej kiczowaty niż te zaprezentowane do tej pory. Zaśpiew w refrenie tak zapakowany na miarę, ledwo co się mieści heh ale za to mamy bardzo stylowe mrygnięcie w stronę ejtisów, elektro... sam bit przypomina mi różne kombinacje Gurala z Matheo, Rychu na takich też się pojawiał, choć nie wiem czy przypadkiem tylko w gościnkach. Różne tempa na dość dostojnym, spokojnym wariancie. Dzieje się sporo, jednocześnie trochę jak spuszczenie powietrza. I tak bardziej na plus niż Stronger oczywiście *wink wink*
Can't Tell Me Nothing. O, to już wiem skąd Kai Whiston wyciął sobie kawałek wokalizy do jednego z kawałków do płyty, którą już tutaj na forum przez wrzutkę wstępnie polecałem. Bit z gatunku bardziej pasujący pod niejeden HOOD, jest w nim coś surowego mimo elektroniki w tle i udzielającego się uniesienia. Miał kiedyś nieośmieszoną charyzmę, mocarnie rzuca tymi linijkami w refrenie. Bardzo udany numer.
Barry Bonds. Ładnie kombinacje perkusyjne, ciągle słuchacz pod prądem. Mroczny sampling rodem z filmu noir pocięty w tle, do tego wokale... niepozornie robi się ciężko, ale bit znowu rozluźnia atmosferę. Mimo wszystko to nie są kawałki do głębokiej i gruntownej analizy. Mają solidną moc wżerania się pod czaszkę. Lil Wayne wypadł jak na siebie tradycyjnie MARNIE. Przynajmniej jeszcze aż tyle nie skrzeczał, choć im bliżej końca, tym na więcej sobie pozwala... No zepsuł kawałek i tyle.
Drunk and Hot Girls. Najgorszy kawałek Kanye? Oj, to nie polecam sprawdzać tej płytki niebieskiej z Jezuskiem w tytule... Temat i sposób podania trochę podkręcają, hmm, pewną niezręczność i żeżuncję podczas słuchania. Do tego elektro hooki, dodatkowe klawisze w stylu starych motywów do horrorów. One zostały mi w głowie na dłuższą chwilę po jednym z odsłuchów, wyszły stylowo. Cała reszta niezamierzenie kampowa, gdyby już wtedy miał potrzebę robić z siebie idiotę. Bit wciąż na całkiem niezłym poziomie. Poza tym raczej skip. Tylko wyraźnie obniża poziom płyty. Najdłuższe rzeczy są tymi najgorszymi, taka prawda futbolu.
Flashing Lights. Od razu odkupienie win. Obok Mistrza i Glorii trzeci element zwycięskiego tercetu Roberta. Straaasznie zaraźliwy tytułowy cut, w połączeniu ze śpiewanym refrenem to już jest tajfun. Wymyślny kontrast smyków z timbalandowym hookiem synthowym. Właśnie ten hook, generalnie nastrój kawałka robił dla mnie wygrywającą przewagę. Takim Vice City wręcz zapachniało... zachody słońca, różowe niebo. Letniaczek.
Everything I Am. Świat, w którym raperzy czasem pamiętają o swoich starych tekstach, to jest ten z memów o latających samochodach i budynkach wystrzelonych setki metrów nad ziemią. Wolniejszy bit od razu siłą rzeczy narzuca potrzebę zatrzymania, refleksji. Robota Premiera przy płytach bez zarzutu. Tylko ten tekst po prostu po latach wzbubdza złośliwy grymas i zgryźliwy uśmiech na twarzy. Z drugiej strony, żeby coś miłego powiedzieć, słychać szczerą zajawę na soul, ciemne rytmy sprzed wielu dekad. Ile tu wyczucia, po prostu odpowiedniego wykorzystania inspiracji, ciepła i takiego szacunku (przynajmniej czysto artystycznego) do tych, których w pewien sposób przywracamy do życia, znowu pozwalając odzyskać dla nich więcej uwagi. Jedno z niewielu aspektów działania Kanye budzących do dziś mój skromny szacunek.
The Glory. Nie wiem czy to ten zaśpiew na początku, taki niewymuszony, czy kolejny rozpierredalacz bujający zaproponowany chwilę później, ale to dla mnie ulubieniec na Graduation. Wiewiórki świetne wkomponowane w tłusty bit, choć to nie jest zasługa niewiadomo jak nawarstwionego basu. Po latach tu też można usłyszeć gospelowe ślady. Nawet gdy przy okazji nawinie coś o Hennessy heh Ja koniaku nie mogę pić, wszystkie trunki z tej półki smakują mi mułem... Tak beztrosko pozytywny numer, bardzo to tutaj lubię. Zabawę z samplem też.
Homecoming. Gdyby nie naziolowanie, to byłoby mi nawet szkoda. Był czas, gdy potrafił na płycie numer po numerze zapodać wiewiórczy gospel rap oraz susanna core (szukałem, szukałem, znalazłem kawałek, który mi to należycie przypomina) przy udziale głosu Coldplay i nie było to kompletnym rozwaleniem spójności, tylko zmyślnym połączeniem pozornych sprzeczności. Oba kawałki udane. Z intymnej atmosfery do klimatów barowo-stadionowych. Tamburyn, pianino, dźwięki otoczenia... kurczę blade! Też odrobinę melancholii, no ale wokal Chrisa po prostu pasuje. Pozostaję w pozytywnym szoku do tej pory.
Big Brother. Wrażenie DUMY bije na kilometr. Ładnie wystylizowane smyki i elektronika budzą znowu skojarzenia bliskie estetyce Vice City. Ciepło, różowo, o zachodzie słońca. Elektro patenty nabrały sznytu. Pewnie tak jak u Timbo zyskały masę sympatyków tęskniących za "starym dobrym", które już zawsze będzie brzmieć inaczej, no ale np. przywołuje młodość, więc w zupełności zasługuje na to miano. Tekst przelatuje mi przez uszy, bo jakoś nie bardzo mam potrzebę się wgryzać w relacje między panami, ale czysto muzycznie robi robotę na poziomie skromnego sentymentalnego wzruszenia. Refren jeszcze jeszcze, cała reszta trochę bez czegoś więcej do zapamiętania.
Good Night. Skoro jest Good Morning, to klamra musi się dopełnić. Poprzednik jest trochę zbyt zanurzony w całości, takie osobiste kminki niespecjalnie wybrzmiewają. Co innego coś bardziej uniwersalnego, może nawet beztroskiego. Przynajmniej ze stylowym bitem, bardzo wyraźnym basem. Aranż mocno laptopowy, ale bębny sprawiają, że nie odstaje od pozostałych. Coś jak Noon na Poważnej, tyle że z lepszym masteringiem heh
Guzdrałem się dostatecznie długo, bo po prostu obecne publiczne popisy Kanye skutecznie mnie zniechęcały do sprawdzania czegokolwiek od niego. To jest ta bardzo rzadko przekraczana granica, gdy mimowolnie czujesz niesmak podczas słuchania rzeczy lubianych przez wiele lat. Tutaj coś na świeżo z paroma migawkami z przeszłości, fragmentami wykorzystanymi gdzieś indziej lata po premierze Graduation. Musiałbym jednak stanąć na głowie, by napisać, że to zła płyta. Do dziś broni się dobrymi melodiami, świetnymi samplami, spójną produkcją, zapadającymi w pamięć linijkami. To są te powody, dla których sam znalazłem wiele dobrego w kawałkach nagrywanych dekadę później. Pułap 2013-2018 to bardziej moje rewiry. Nie mówiąc już o współpracy z Commonem przy okazji Be, wciąż tam rzucam okiem i uchem. Nie chcę blokować za bardzo, dlatego wreszcie siadłem, napisałem. Wrażenia na koniec dobre, tylko co on musiałby zrobić, żebym nie odczuwał wrażenia zażenowania, niechęci? Muzycznie pogubiony kompletnie, mentalnie... bez komentarza. Ameryka. Może jej nie małpujmy u nas, wybierając akurat te najgorsze aspekty życia?
Good Morning. Hipnotyczny, oszczędny groove, który dostatecznie dobrze buja. Akcenty elektroniczne, skromne strunowe zagryweczki, niezbyt przeszkadzający wokalny cut. Tekst nie za bardzo charakterny poza fragmentem z tytułowym wprowadzeniem - zarówno kawałka jak i płyty. Poznałem Jaya-Z na koniec bez sprawdzania, milutko heh
Champion. Tego typu kawałki to prawdziwe złoto. Świetnie wkomponowany sampel, wspominany przez Jacka zeitgeist, duch czasu objawia się w całej okazałości. Słychać to w perkusji, soczyście cyfrowych synthach jak z zacnego elektro house'u. Letniaczek głęboko zakorzeniony w źródłach, ale z charakterem i po prostu genialnym groovem. Numer do roztapania się w słońcu powyżej 25 stopni. Jeden z wielkich plusów.
Stronger. Tu z kolei przereklamowanie. Nie lubię za bardzo samego Harder Better Faster Stronger, więc ciężary od samego początku. Oczywiście dobrze znany jeszcze za dzieciaka. Potem we fragmentach latał w wielu filmikach, memach... Albumówkę słyszałem pierwszy raz w życiu. Kanye płynie, na płycie raczej nigdzie nie traci formy i tempa. Pomysłowa gra z cutem. Są lepsze, ale co skuteczny atak pop rapowy na cały świat i kolejny wzrost popularności, to jego. Końcówka z brejkami i elektroniką w moim stylu, ale potem zmierza donikąd. Skutecznie zabił wiele dobrych momentów w swojej dyskografii, ten hymniczny pozytywny wydźwięk do mnie nie trafia... W ogóle co za zestawienie współpracowników przy tym kawałku - bo tu jeszcze Timbaland programował bębny. Trochę słychać heh
I Wonder. Puryści oraz nerdy jutubowe od oceniania hip-hopu bez podstawowego kontekstu i wyczucia POWINNI marudzić na flow w pierwszym fragmencie, ale ono się broni, bo przecież słychać, że to świadomie wybrana konwencja. Wciąż świetne tempo płyty, sampel pięknie nadaje dramatyzmu, liryczności. Na dłuższą metę nie wracałbym do większości płyty bardzo często, ale to taki kandydat do rozkoszowania się przy dłuższych posiedzeniach. Końcóweczka znowu oddająca 2007 rok na pełnej, uwielbiam takie pętle nawet na smyczkach.
Good Life. Podoba mi się ten bit, choć jest już trochę bardziej kiczowaty niż te zaprezentowane do tej pory. Zaśpiew w refrenie tak zapakowany na miarę, ledwo co się mieści heh ale za to mamy bardzo stylowe mrygnięcie w stronę ejtisów, elektro... sam bit przypomina mi różne kombinacje Gurala z Matheo, Rychu na takich też się pojawiał, choć nie wiem czy przypadkiem tylko w gościnkach. Różne tempa na dość dostojnym, spokojnym wariancie. Dzieje się sporo, jednocześnie trochę jak spuszczenie powietrza. I tak bardziej na plus niż Stronger oczywiście *wink wink*
Can't Tell Me Nothing. O, to już wiem skąd Kai Whiston wyciął sobie kawałek wokalizy do jednego z kawałków do płyty, którą już tutaj na forum przez wrzutkę wstępnie polecałem. Bit z gatunku bardziej pasujący pod niejeden HOOD, jest w nim coś surowego mimo elektroniki w tle i udzielającego się uniesienia. Miał kiedyś nieośmieszoną charyzmę, mocarnie rzuca tymi linijkami w refrenie. Bardzo udany numer.
Barry Bonds. Ładnie kombinacje perkusyjne, ciągle słuchacz pod prądem. Mroczny sampling rodem z filmu noir pocięty w tle, do tego wokale... niepozornie robi się ciężko, ale bit znowu rozluźnia atmosferę. Mimo wszystko to nie są kawałki do głębokiej i gruntownej analizy. Mają solidną moc wżerania się pod czaszkę. Lil Wayne wypadł jak na siebie tradycyjnie MARNIE. Przynajmniej jeszcze aż tyle nie skrzeczał, choć im bliżej końca, tym na więcej sobie pozwala... No zepsuł kawałek i tyle.
Drunk and Hot Girls. Najgorszy kawałek Kanye? Oj, to nie polecam sprawdzać tej płytki niebieskiej z Jezuskiem w tytule... Temat i sposób podania trochę podkręcają, hmm, pewną niezręczność i żeżuncję podczas słuchania. Do tego elektro hooki, dodatkowe klawisze w stylu starych motywów do horrorów. One zostały mi w głowie na dłuższą chwilę po jednym z odsłuchów, wyszły stylowo. Cała reszta niezamierzenie kampowa, gdyby już wtedy miał potrzebę robić z siebie idiotę. Bit wciąż na całkiem niezłym poziomie. Poza tym raczej skip. Tylko wyraźnie obniża poziom płyty. Najdłuższe rzeczy są tymi najgorszymi, taka prawda futbolu.
Flashing Lights. Od razu odkupienie win. Obok Mistrza i Glorii trzeci element zwycięskiego tercetu Roberta. Straaasznie zaraźliwy tytułowy cut, w połączeniu ze śpiewanym refrenem to już jest tajfun. Wymyślny kontrast smyków z timbalandowym hookiem synthowym. Właśnie ten hook, generalnie nastrój kawałka robił dla mnie wygrywającą przewagę. Takim Vice City wręcz zapachniało... zachody słońca, różowe niebo. Letniaczek.
Everything I Am. Świat, w którym raperzy czasem pamiętają o swoich starych tekstach, to jest ten z memów o latających samochodach i budynkach wystrzelonych setki metrów nad ziemią. Wolniejszy bit od razu siłą rzeczy narzuca potrzebę zatrzymania, refleksji. Robota Premiera przy płytach bez zarzutu. Tylko ten tekst po prostu po latach wzbubdza złośliwy grymas i zgryźliwy uśmiech na twarzy. Z drugiej strony, żeby coś miłego powiedzieć, słychać szczerą zajawę na soul, ciemne rytmy sprzed wielu dekad. Ile tu wyczucia, po prostu odpowiedniego wykorzystania inspiracji, ciepła i takiego szacunku (przynajmniej czysto artystycznego) do tych, których w pewien sposób przywracamy do życia, znowu pozwalając odzyskać dla nich więcej uwagi. Jedno z niewielu aspektów działania Kanye budzących do dziś mój skromny szacunek.
The Glory. Nie wiem czy to ten zaśpiew na początku, taki niewymuszony, czy kolejny rozpierredalacz bujający zaproponowany chwilę później, ale to dla mnie ulubieniec na Graduation. Wiewiórki świetne wkomponowane w tłusty bit, choć to nie jest zasługa niewiadomo jak nawarstwionego basu. Po latach tu też można usłyszeć gospelowe ślady. Nawet gdy przy okazji nawinie coś o Hennessy heh Ja koniaku nie mogę pić, wszystkie trunki z tej półki smakują mi mułem... Tak beztrosko pozytywny numer, bardzo to tutaj lubię. Zabawę z samplem też.
Homecoming. Gdyby nie naziolowanie, to byłoby mi nawet szkoda. Był czas, gdy potrafił na płycie numer po numerze zapodać wiewiórczy gospel rap oraz susanna core (szukałem, szukałem, znalazłem kawałek, który mi to należycie przypomina) przy udziale głosu Coldplay i nie było to kompletnym rozwaleniem spójności, tylko zmyślnym połączeniem pozornych sprzeczności. Oba kawałki udane. Z intymnej atmosfery do klimatów barowo-stadionowych. Tamburyn, pianino, dźwięki otoczenia... kurczę blade! Też odrobinę melancholii, no ale wokal Chrisa po prostu pasuje. Pozostaję w pozytywnym szoku do tej pory.
Big Brother. Wrażenie DUMY bije na kilometr. Ładnie wystylizowane smyki i elektronika budzą znowu skojarzenia bliskie estetyce Vice City. Ciepło, różowo, o zachodzie słońca. Elektro patenty nabrały sznytu. Pewnie tak jak u Timbo zyskały masę sympatyków tęskniących za "starym dobrym", które już zawsze będzie brzmieć inaczej, no ale np. przywołuje młodość, więc w zupełności zasługuje na to miano. Tekst przelatuje mi przez uszy, bo jakoś nie bardzo mam potrzebę się wgryzać w relacje między panami, ale czysto muzycznie robi robotę na poziomie skromnego sentymentalnego wzruszenia. Refren jeszcze jeszcze, cała reszta trochę bez czegoś więcej do zapamiętania.
Good Night. Skoro jest Good Morning, to klamra musi się dopełnić. Poprzednik jest trochę zbyt zanurzony w całości, takie osobiste kminki niespecjalnie wybrzmiewają. Co innego coś bardziej uniwersalnego, może nawet beztroskiego. Przynajmniej ze stylowym bitem, bardzo wyraźnym basem. Aranż mocno laptopowy, ale bębny sprawiają, że nie odstaje od pozostałych. Coś jak Noon na Poważnej, tyle że z lepszym masteringiem heh
Guzdrałem się dostatecznie długo, bo po prostu obecne publiczne popisy Kanye skutecznie mnie zniechęcały do sprawdzania czegokolwiek od niego. To jest ta bardzo rzadko przekraczana granica, gdy mimowolnie czujesz niesmak podczas słuchania rzeczy lubianych przez wiele lat. Tutaj coś na świeżo z paroma migawkami z przeszłości, fragmentami wykorzystanymi gdzieś indziej lata po premierze Graduation. Musiałbym jednak stanąć na głowie, by napisać, że to zła płyta. Do dziś broni się dobrymi melodiami, świetnymi samplami, spójną produkcją, zapadającymi w pamięć linijkami. To są te powody, dla których sam znalazłem wiele dobrego w kawałkach nagrywanych dekadę później. Pułap 2013-2018 to bardziej moje rewiry. Nie mówiąc już o współpracy z Commonem przy okazji Be, wciąż tam rzucam okiem i uchem. Nie chcę blokować za bardzo, dlatego wreszcie siadłem, napisałem. Wrażenia na koniec dobre, tylko co on musiałby zrobić, żebym nie odczuwał wrażenia zażenowania, niechęci? Muzycznie pogubiony kompletnie, mentalnie... bez komentarza. Ameryka. Może jej nie małpujmy u nas, wybierając akurat te najgorsze aspekty życia?
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kanye West - Graduation
Ye jaki jest, każdy widzi, całkiem solidnie zrąbany i mam osobliwe wrażenie, że pewne rzeczy siedziały w nim od zawsze i po prostu w dogodnym momencie wylazły na powierzchnię. Nie będę robił portretu psychologicznego jego postaci choćby dlatego, że mi się zwyczajnie nie chce. Moi PT Przedmówcy już się w tej materii wyrazili, więc ja po prostu przejdę do recenzowania muzy, bez zbędnych dygresji.
I jeśli o tę muzę chodzi, to jestem solidnie zaskoczony i - tbh - pod wrażeniem. Nie spodziewałem się, że ten krążek będzie AŻ TAK melodyjny i w sumie ciekawy realizacyjnie. Owszem, opis Murzyna sugerował to i owo, ale Murzyn to fanboj rapu i dla niego melodyjnymi są rzeczy dla mnie w zasadzie atonalne (no nie jestem wielkim fanem rapu, ale to już wszyscy wiedzą). A tutaj JEB, w zasadzie dostałem w ryj electropopem w stylu Timbalanda, a przecież Timbaland był wtedy na topie. Ciężko mi to ogarnąć czachą, że Graduation miało premierę w 2007. Miałem wtedy 18 lat, zdarzało mi się wciąż słuchać Eski (choćby w aucie zioma albo w tym, w którym robiłem kurs na prawo jazdy), człowiek wiedział mniej lubi więcej, co jest teraz w mainstreamie. Westa nie pamiętam w żaden sposób, chyba wtedy nawet nie wiedziałem o jego istnieniu.
Nie wiem, czy żałuję, choć może ten krążek by wtedy kliknął? Dla pewnego dziewczęcia z Częstochowy/Krakowa ściągałem wtedy Shock Value i sam z przyjemnością pocisnąłem kilka razy. No i z Graduation było tym razem podobnie. Podkreślę - to nie jest moja para kaloszy, nie mój rodzaj muzyki i spuszczać się nie będę. Niemniej jednak nie męczyłem się niemal w ogóle słuchając propozycji Murzyna z tej kolejki. Fajne bity, sporo chwytliwych melodii, zręczne i fajne samplowanie. Zaczyna się - trochę cheesy, ale ciupciać - od numeru Good Morning, który ma taki... poranny, wiosenno-letni wajbik, w sam raz na pobudkę w środku urlopu w sypialni wynajętego gdzieś nad jeziorami lub morzem domku, uchylone okno na taras, wkradające się słoneczko, ciepło, w ogóle czilera utopia. Nie sposób mi było się nie uśmiechnąć. Dobra piosenka i tyle.
Potem wpada Champion i o ile na początku miałem problem z przyjęciem, jak "nagle" się ten utwór zaczyna, to koniec końców uznałem to za srogi atut. To jest trochę tak (i nie tylko w przypadku tej piosenki), jakby kawałek wchodził "od środka", po prostu ktoś wciska play i mamy samo gęste, mięso na dzień dobry. Totalne przeciwieństwo np. Kjurów robiących kilometrowe intra do swoich dzieł. Sam sampel też odpowiednio donośny i podbija mocno afirmatywny charakter numeru. Ze Stronger mam pierwszy zgrzyt. Generalnie lubię Daft Punk, ale poza hiciorami nie znam za bardzo nic i mi się nie pali. Źródło w tym wypadku akurat mnie na dłuższą metę drażniło, w dodatku był to jeden z ulubionych kawałków pewnej skrzypaczki i choć minęły już niemal dwa lata, to ciągle mnie piecze xD Nie jest to najjaśniejszy punkt płyty.
Szczęśliwie I Wonder wraca na właściwe tory. No ten sampel jest wprost doskonały i doskonale użyty. Numer świetnie zbudowany wokół tegoż, kurde, gdybym ja TO usłyszał w 2007 to bym naprawdę wracał i, kto wie, może dziś sprzedawał Wam I Wonder w bestce utworowej. No, jestem sentymentalny, a ta piosenka wali sentymentalnością i jakimś nostalgia vibem na kilometr. Poza tym potrafię sobie wyobrazić, jak łażę po takim np. Wawrze w środku lata i słucham właśnie tego numeru. Wszystko mi tutaj gra i pasuje. Good Life mniej, bo ciśnie już za bardzo tym happy-up r'n'b i melodyjnym hip hopem z okolic, nie wiem, 2010 roku, co to wielu moich ówczesnych znajomych się w tym rozpływało. To już bardzo nie moje klimaty, ale wciąż zgrabnie zrealizowany numer, który po prostu technicznie dobrze brzmi, trzeba mu oddać.
Ten sam klimat kontynuuje Can't Tell Me Nothing, który wbija w zdecydowanie silniej czarne klimaty i wajbem i tekstem i w ogóle wszystkim. Nie czuję się odstraszony tho, choć jako pierwszy mi się solidnie dłużył. Znów - chyba kwestia zręcznego ogarnięcia produkcji. Dramatyczne sample, zagrywki, wiadomo. Barry Bonds z kolei sprawia, że mam ochotę wcisnąć NEXT, a potem ponownie, gdyż Drunk and Hot Girls w ogóle stoi poza moim obszarem zainteresowań. W myśl Murzyna starałem się dać temu kawałkowi szansę, ale mimo kilkukrotnych odsłuchów odpadłem. Może tekst nie jest jakoś srogo krindżowy, ale w połączeniu z tą muzą i manierą wokalną Ye się dla mnie nie broni, sorry not sorry. Wolę zdecydowanie inne rzeczy, tych na szczęście na Graduation nie brakuje. Smoku pisze o kampie... jednak nie.
Flashing Lights zajeżdża Timbalandem AD 2007 na pełnej. Te smyczki przechodzące w filtrowane klawisze, no złoto. I sampelek wokalny z tą laską. Ye wokalnie lajtowo płynie, bez zbędnych "yo" ozdobników i przeciągania jak w Pijanych Pannach, refren jest całkiem spoko, no co mogę powiedzieć. Podobnie jak I Wonder to mógłby być mój faworyt w 2007 czy 2008 roku. Stety-niestety jedynym "nowym rapem" jaki wtedy słyszałem było Superstar od Lupe Fiasco xD Radiohead i Nick Cave byli ważniejsi. Ale oddaję sprawiedliwość - buja i to buja w siusiak. Zabawne, bo Robert pisze wyżej o Vice City... pierwszy raz Graduation słuchałem jak zmusiłem ekipę roadtripową do wspólnego seansu w aucie, którym jechaliśmy już wtedy z Charleston w Karolinie Południowej na Florydę. Pogoda piękna, pełne słońce, klimat wakacji na full, autostrada pośród naprawdę vibrant zieleni, kierunek Miami, co może pójść nie tak? Cóż, wszyscy to trochę olali koncentrując się głównie na tym, kim Ye stał się dziś i zaczęła się zagłuszająca połowę albumu dyskusja xD Trochę żałuję, że nie puściłem sobie tego sporo później sam, na słuchawkach, bo mogło faktycznie podbić klimat (który w Miami naprawdę był absolutnie niepodrabialny i czułem się mocno jak w Vice City, nie będę ukrywał, wręcz będę się flexował). Wracając - świetny numer.
Everything I Am z kolei zręcznie klei rap pachnący bardziej "typowymi" dla Murzyna wrzutami do bestek przeróżnych z tą melodyjnością dość charakterystyczną dla swojej epoki i - znów - Timbalanda, który wtedy chyba wyznaczał trendy. No, ale czytam na Wiki, że ulubionym numerem Ye wówczas było... The Way I Are, więc o czym mowa. Połączenie tego czarnego klimatu z melancholijną melodyjnością promieniującą z użytych sampli jest doskonałe i wyjątkowo zaprzyjaźnia mnie z rapsami. Dobra rzecz, jedna z lepszych na krążku. No a potem wbija The Glory i mam pewien problem, gdyż ten konkretny sampel wokalny, co się ciągnie przez cały numer, na początku mnie srogo drażnił. A potem zaczął się dziwnie wkręcać i stwierdzam, że do overall klimatu kawałka pasuje xD Wkrótce potem zaczęło bujać. Nie będzie to mój faworyt, ale obok totalnej kaszanki jaką np. są wzmiankowane wyżej Drunk and Hot Girls to leżeć u mnie nie może (i nie będzie). To jest w ogóle rzecz, która muzycznie bodaj najbardziej kojarzy mi się z twórczością Kanye, tzn. ja ją sobie i tak wyobrażałem, i te szczątki co to do mnie docierały również brzmiały jakoś podobnie (względnie mój mózg je sobie tak zakodował). Zrobiło się gęsto, a potem się... rozrzedza i to dość gwałtownie. Homecoming zostało zapropsowane przez Smoka, ale mnie bliżej do opinii Mentosa.
Ale z innych powodów - nie przeszkadza mi Chris Martin bo nawet lubię Coldplay, ale tutaj jest jakoś... tanio. Pianinko spoko, ten "gospel" klimat nawet nie jest taki zły (jak to opisał Robert, Susanna-core), ale nawijka Ye jakaś taka... nie wiem, wymuszona, nie pasuje mi do utworu, a refren brzmi po prostu słabo. Martin jest też do lepszych rzeczy stworzony, przez co jego głos faktycznie tutaj brzmi na rozmemłany. A te zaśpiewy "ioioio" już w ogóle mnie odstraszają. Trudno, nie tym razem. Nadjeżdża BIG BROTHER, które jest chyba najbardziej "doniosłym" muzycznie numerem na płycie, przynajmniej dla mnie. To mi z kolei bardziej do, cóż, Jaya Z, który jest bohaterem tego numeru pasuje. W sensie potrafię sobie wyobrazić, że to jego numer, nie Ye. Ale co ja się znam, nie znam się lol. To już nie mój klimat.
Good Night to numer, do którego podchodziłem z pewnymi oczekiwaniami związanymi z naprawdę udanym otwarciem albumu. Jak się coś naprawdę zręcznie odpaliło, to przygasnąć też powinno z właściwą gracją. Niestety, przyszło rozczarowanko. Niby czilowa pioseneczka, ale tego klimatu co Good Morning już nie ma. Wyszło trochę nazbyt plastikowo (ciekawe spostrzeżenie przy takich propozycjach jak Flashing Lights np. xD), rozmemłanie i bez polotu. Na plusik wokalne kombinacje przy bicie w tle, zajeżdża to moimi rejonami. Ale tak poza tym to było tu sporo lepiej. No więc dotarliśmy do końca... Jak ja to mogę podsumować. Ye na przestrzeni ostatnich 20 lat polecało mi kilka osób. Nie zabierałem się, gdyż odstraszała mnie etykieta "rap". A tu wbija Murzyn, cały na czarno i proponuje albumową.
Więc podsumowanie jest takie, że bawiłem się lepiej niż sądziłem, że bawił się będę. Mimo wszystko ochotę na obcowanie z Ye straciłem zupełnie wiadomo po czym, a i kilku moich przyjaciół co to miało jego ulubione numery/płyty zaczęło solidnie się odżegnywać od gościa. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, sam gardzę Polańskim ale Pianistę uważam za arcydzieło. Tu historia nieco inna, przynajmniej sięgnęliśmy do przeszłości naprawdę już zamierzchłej. Graduation to całkiem fajny i zgrabny krążek, pełny melodii i jakiegoś ducha, który ze mną rezonuje. Kilka numerów mogę sobie zapisać na liście potencjalnych letniaczków, ale słuchanych z daleka od mojej lewackiej banieczki. Kilka do zapomnienia, ale Murzyn do zapropsowania - to był fajny seans i oby więcej takich rapsów, a będę kontent.
Ye jaki jest, każdy widzi, całkiem solidnie zrąbany i mam osobliwe wrażenie, że pewne rzeczy siedziały w nim od zawsze i po prostu w dogodnym momencie wylazły na powierzchnię. Nie będę robił portretu psychologicznego jego postaci choćby dlatego, że mi się zwyczajnie nie chce. Moi PT Przedmówcy już się w tej materii wyrazili, więc ja po prostu przejdę do recenzowania muzy, bez zbędnych dygresji.
I jeśli o tę muzę chodzi, to jestem solidnie zaskoczony i - tbh - pod wrażeniem. Nie spodziewałem się, że ten krążek będzie AŻ TAK melodyjny i w sumie ciekawy realizacyjnie. Owszem, opis Murzyna sugerował to i owo, ale Murzyn to fanboj rapu i dla niego melodyjnymi są rzeczy dla mnie w zasadzie atonalne (no nie jestem wielkim fanem rapu, ale to już wszyscy wiedzą). A tutaj JEB, w zasadzie dostałem w ryj electropopem w stylu Timbalanda, a przecież Timbaland był wtedy na topie. Ciężko mi to ogarnąć czachą, że Graduation miało premierę w 2007. Miałem wtedy 18 lat, zdarzało mi się wciąż słuchać Eski (choćby w aucie zioma albo w tym, w którym robiłem kurs na prawo jazdy), człowiek wiedział mniej lubi więcej, co jest teraz w mainstreamie. Westa nie pamiętam w żaden sposób, chyba wtedy nawet nie wiedziałem o jego istnieniu.
Nie wiem, czy żałuję, choć może ten krążek by wtedy kliknął? Dla pewnego dziewczęcia z Częstochowy/Krakowa ściągałem wtedy Shock Value i sam z przyjemnością pocisnąłem kilka razy. No i z Graduation było tym razem podobnie. Podkreślę - to nie jest moja para kaloszy, nie mój rodzaj muzyki i spuszczać się nie będę. Niemniej jednak nie męczyłem się niemal w ogóle słuchając propozycji Murzyna z tej kolejki. Fajne bity, sporo chwytliwych melodii, zręczne i fajne samplowanie. Zaczyna się - trochę cheesy, ale ciupciać - od numeru Good Morning, który ma taki... poranny, wiosenno-letni wajbik, w sam raz na pobudkę w środku urlopu w sypialni wynajętego gdzieś nad jeziorami lub morzem domku, uchylone okno na taras, wkradające się słoneczko, ciepło, w ogóle czilera utopia. Nie sposób mi było się nie uśmiechnąć. Dobra piosenka i tyle.
Potem wpada Champion i o ile na początku miałem problem z przyjęciem, jak "nagle" się ten utwór zaczyna, to koniec końców uznałem to za srogi atut. To jest trochę tak (i nie tylko w przypadku tej piosenki), jakby kawałek wchodził "od środka", po prostu ktoś wciska play i mamy samo gęste, mięso na dzień dobry. Totalne przeciwieństwo np. Kjurów robiących kilometrowe intra do swoich dzieł. Sam sampel też odpowiednio donośny i podbija mocno afirmatywny charakter numeru. Ze Stronger mam pierwszy zgrzyt. Generalnie lubię Daft Punk, ale poza hiciorami nie znam za bardzo nic i mi się nie pali. Źródło w tym wypadku akurat mnie na dłuższą metę drażniło, w dodatku był to jeden z ulubionych kawałków pewnej skrzypaczki i choć minęły już niemal dwa lata, to ciągle mnie piecze xD Nie jest to najjaśniejszy punkt płyty.
Szczęśliwie I Wonder wraca na właściwe tory. No ten sampel jest wprost doskonały i doskonale użyty. Numer świetnie zbudowany wokół tegoż, kurde, gdybym ja TO usłyszał w 2007 to bym naprawdę wracał i, kto wie, może dziś sprzedawał Wam I Wonder w bestce utworowej. No, jestem sentymentalny, a ta piosenka wali sentymentalnością i jakimś nostalgia vibem na kilometr. Poza tym potrafię sobie wyobrazić, jak łażę po takim np. Wawrze w środku lata i słucham właśnie tego numeru. Wszystko mi tutaj gra i pasuje. Good Life mniej, bo ciśnie już za bardzo tym happy-up r'n'b i melodyjnym hip hopem z okolic, nie wiem, 2010 roku, co to wielu moich ówczesnych znajomych się w tym rozpływało. To już bardzo nie moje klimaty, ale wciąż zgrabnie zrealizowany numer, który po prostu technicznie dobrze brzmi, trzeba mu oddać.
Ten sam klimat kontynuuje Can't Tell Me Nothing, który wbija w zdecydowanie silniej czarne klimaty i wajbem i tekstem i w ogóle wszystkim. Nie czuję się odstraszony tho, choć jako pierwszy mi się solidnie dłużył. Znów - chyba kwestia zręcznego ogarnięcia produkcji. Dramatyczne sample, zagrywki, wiadomo. Barry Bonds z kolei sprawia, że mam ochotę wcisnąć NEXT, a potem ponownie, gdyż Drunk and Hot Girls w ogóle stoi poza moim obszarem zainteresowań. W myśl Murzyna starałem się dać temu kawałkowi szansę, ale mimo kilkukrotnych odsłuchów odpadłem. Może tekst nie jest jakoś srogo krindżowy, ale w połączeniu z tą muzą i manierą wokalną Ye się dla mnie nie broni, sorry not sorry. Wolę zdecydowanie inne rzeczy, tych na szczęście na Graduation nie brakuje. Smoku pisze o kampie... jednak nie.
Flashing Lights zajeżdża Timbalandem AD 2007 na pełnej. Te smyczki przechodzące w filtrowane klawisze, no złoto. I sampelek wokalny z tą laską. Ye wokalnie lajtowo płynie, bez zbędnych "yo" ozdobników i przeciągania jak w Pijanych Pannach, refren jest całkiem spoko, no co mogę powiedzieć. Podobnie jak I Wonder to mógłby być mój faworyt w 2007 czy 2008 roku. Stety-niestety jedynym "nowym rapem" jaki wtedy słyszałem było Superstar od Lupe Fiasco xD Radiohead i Nick Cave byli ważniejsi. Ale oddaję sprawiedliwość - buja i to buja w siusiak. Zabawne, bo Robert pisze wyżej o Vice City... pierwszy raz Graduation słuchałem jak zmusiłem ekipę roadtripową do wspólnego seansu w aucie, którym jechaliśmy już wtedy z Charleston w Karolinie Południowej na Florydę. Pogoda piękna, pełne słońce, klimat wakacji na full, autostrada pośród naprawdę vibrant zieleni, kierunek Miami, co może pójść nie tak? Cóż, wszyscy to trochę olali koncentrując się głównie na tym, kim Ye stał się dziś i zaczęła się zagłuszająca połowę albumu dyskusja xD Trochę żałuję, że nie puściłem sobie tego sporo później sam, na słuchawkach, bo mogło faktycznie podbić klimat (który w Miami naprawdę był absolutnie niepodrabialny i czułem się mocno jak w Vice City, nie będę ukrywał, wręcz będę się flexował). Wracając - świetny numer.
Everything I Am z kolei zręcznie klei rap pachnący bardziej "typowymi" dla Murzyna wrzutami do bestek przeróżnych z tą melodyjnością dość charakterystyczną dla swojej epoki i - znów - Timbalanda, który wtedy chyba wyznaczał trendy. No, ale czytam na Wiki, że ulubionym numerem Ye wówczas było... The Way I Are, więc o czym mowa. Połączenie tego czarnego klimatu z melancholijną melodyjnością promieniującą z użytych sampli jest doskonałe i wyjątkowo zaprzyjaźnia mnie z rapsami. Dobra rzecz, jedna z lepszych na krążku. No a potem wbija The Glory i mam pewien problem, gdyż ten konkretny sampel wokalny, co się ciągnie przez cały numer, na początku mnie srogo drażnił. A potem zaczął się dziwnie wkręcać i stwierdzam, że do overall klimatu kawałka pasuje xD Wkrótce potem zaczęło bujać. Nie będzie to mój faworyt, ale obok totalnej kaszanki jaką np. są wzmiankowane wyżej Drunk and Hot Girls to leżeć u mnie nie może (i nie będzie). To jest w ogóle rzecz, która muzycznie bodaj najbardziej kojarzy mi się z twórczością Kanye, tzn. ja ją sobie i tak wyobrażałem, i te szczątki co to do mnie docierały również brzmiały jakoś podobnie (względnie mój mózg je sobie tak zakodował). Zrobiło się gęsto, a potem się... rozrzedza i to dość gwałtownie. Homecoming zostało zapropsowane przez Smoka, ale mnie bliżej do opinii Mentosa.
Ale z innych powodów - nie przeszkadza mi Chris Martin bo nawet lubię Coldplay, ale tutaj jest jakoś... tanio. Pianinko spoko, ten "gospel" klimat nawet nie jest taki zły (jak to opisał Robert, Susanna-core), ale nawijka Ye jakaś taka... nie wiem, wymuszona, nie pasuje mi do utworu, a refren brzmi po prostu słabo. Martin jest też do lepszych rzeczy stworzony, przez co jego głos faktycznie tutaj brzmi na rozmemłany. A te zaśpiewy "ioioio" już w ogóle mnie odstraszają. Trudno, nie tym razem. Nadjeżdża BIG BROTHER, które jest chyba najbardziej "doniosłym" muzycznie numerem na płycie, przynajmniej dla mnie. To mi z kolei bardziej do, cóż, Jaya Z, który jest bohaterem tego numeru pasuje. W sensie potrafię sobie wyobrazić, że to jego numer, nie Ye. Ale co ja się znam, nie znam się lol. To już nie mój klimat.
Good Night to numer, do którego podchodziłem z pewnymi oczekiwaniami związanymi z naprawdę udanym otwarciem albumu. Jak się coś naprawdę zręcznie odpaliło, to przygasnąć też powinno z właściwą gracją. Niestety, przyszło rozczarowanko. Niby czilowa pioseneczka, ale tego klimatu co Good Morning już nie ma. Wyszło trochę nazbyt plastikowo (ciekawe spostrzeżenie przy takich propozycjach jak Flashing Lights np. xD), rozmemłanie i bez polotu. Na plusik wokalne kombinacje przy bicie w tle, zajeżdża to moimi rejonami. Ale tak poza tym to było tu sporo lepiej. No więc dotarliśmy do końca... Jak ja to mogę podsumować. Ye na przestrzeni ostatnich 20 lat polecało mi kilka osób. Nie zabierałem się, gdyż odstraszała mnie etykieta "rap". A tu wbija Murzyn, cały na czarno i proponuje albumową.
Więc podsumowanie jest takie, że bawiłem się lepiej niż sądziłem, że bawił się będę. Mimo wszystko ochotę na obcowanie z Ye straciłem zupełnie wiadomo po czym, a i kilku moich przyjaciół co to miało jego ulubione numery/płyty zaczęło solidnie się odżegnywać od gościa. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, sam gardzę Polańskim ale Pianistę uważam za arcydzieło. Tu historia nieco inna, przynajmniej sięgnęliśmy do przeszłości naprawdę już zamierzchłej. Graduation to całkiem fajny i zgrabny krążek, pełny melodii i jakiegoś ducha, który ze mną rezonuje. Kilka numerów mogę sobie zapisać na liście potencjalnych letniaczków, ale słuchanych z daleka od mojej lewackiej banieczki. Kilka do zapomnienia, ale Murzyn do zapropsowania - to był fajny seans i oby więcej takich rapsów, a będę kontent.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kanye West – Graduation
Westa znałem dotychczas słabo. Właściwie prawie w ogóle. Kojarzyłem jedynie z wrzutek Jacka do bestki utworowej i clipowej. Nawet jeżeli gdzieś słyszałem jego utwory, to przeleciało mi to bezwiednie. Pewnie nawet nie wiedziałem, że to on. Bardziej znałem gościa z działalności pozamuzycznej. O głośnym incydencie z jego udziałem podczas rozdania nagród muzycznych każdy słyszał. Czytałem też kiedyś o nim artykuł, z którego można by wywnioskować tylko jedno – gość ma problemy psychiczne i to niemałe. Natomiast sposób ubierania się Westa i jego partnerki w ostatnim czasie to już w ogóle dziwna sprawa. No ale jak to mówią – gwiazdom wolno więcej. Mimo tej całej wiedzy nie podchodziłem do jego muzyki z uprzedzeniem. Wręcz odwrotnie – z dużymi nadziejami. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się czegoś dobrego. Spodziewałem się dokładnie tego, co otrzymałem. Bo West to nie jest taki ortodoksyjny raper, który przynudza potokiem wypluwanych słów przy przesadnie ascetycznym bicie (przynajmniej na tym albumie). Jego muzyka to taki rodzaj hip-hopu, jaki najbardziej lubię. Melodyjny, elektroniczny z mnóstwem wrzynających się w pamięć zagrywek, hooków.
Wypisałem sobie na kartce wszystkie utwory i słuchając po raz któryś tam przy każdym utworze stawiałem notkę w skali szkolnej od 1 do 6. I uwierzcie mi, że tylko 3 utwóry otrzymały ocenę 4 (wciąż przecież dobrą). Pozostałe utwory oceniłem wyżej.
Good Morning to rewelacyjny otwieracz, który jest najlepszą zachętą z możliwych do zagłębienia się w całym albumie. Od początku dostajemy w twarz fajnym i wyrazistym elektronicznym basem. Te stukania w puszkę też robią klimat. Świetny refren z chórkami. Oszczędne pianino. 6/6.
Champion to kolejny banger. Zaczyna się po prostu z buta bez zbędnych wstępów. Ten powtarzający się zapętlony zaśpiew jest super. Króciutki do granic możliwości refren nie daje o sobie zapomnieć. Fajny mostek z jakąś gościnną wokalistką. Jest super. 5/6
Stronger był pierwszym singlem i wcale się temu nie dziwię. Bo to potężny przebój. Podoba mi się tutaj wszystko od początku do końca. Produkcja kojarzy mi się z Timbalandem. Szczególnie te zapętlone i zniekształcone wokale. Zakrzyki „oh” Westa mocno zalatują Timberlaikem. W ogóle West świetnie tu wypadł. Dobry bit. I jeszcze genialna końcówka. Absolutnie 6/6.
I Wonder nie znałem, a jednak mam dziwne uczucie, jakbym to znał całe życie. Serio. Utwór ma fantastyczny bit. Głęboko dudniący bas robi robotę. Powtarzający się fragment melodii zaczynający się od „And I wonder” wkręca się w pamięć mocno. Bardzo dobre smyki w dalszej części utworu. Chyba dotychczas każdy wyróżnił ten utwór więc zasłużone 6/6.
Good Life to przedstawiciel tej grupy utworów, które są dobre, ale nie aż tak efektowne jak te najlepsze. Trochę tutaj grasują wiewiórki, ale w dopuszczalnej dawce. Nie psuje to numeru. Dobry bit, dobre brzmienie. W sam raz na 4/6. Choć na singiel bym osobiście tego nie dał. Są na albumie lepsze utwory.
Can’t Tell Me Nothing szybciutko podnosi poprzeczkę wyżej. Fajne te brzmienia w tle. Mocno przypominają mi jeden utwór M-83. Brzmienie takie dosyć podniosłe, wręcz filmowe. Zaśpiewy „la-la-la” i „oh oh oh” robią dobrą robotę. Lubię takie rzeczy. 5/6.
Barry Bonds znów podnosi poziom w górę. Bardzo dobry bit, bas, tłuste syntezatory. Chwilami miałem skojarzenia nawet z Biggie’m. Świetna gościnka Lil Wayna. Ja tam tego skrzeczącego gościa lubię. 6/6.
Drunk and Hot Girls to potężna bomba. Utwór mnie po prostu miażdży. Dostojny rytm powala. Świetna melodia. Mocarne syntezatory. Klimat nie do podrobienia. Mos Def też wypada świetnie. Absolutne wyżyny płyty. 6/6.
Flashing Lights propsowałem już w utworowej, więc nie będę się powtarzał. Dobry wybór na singiel. Utwór ze ścisłej czołówki albumu, choć chyba w top 3 się jednak u mnie nie mieści. Mimo wszystko 6/6.
Everything I Am po prawdziwym trzęsieniu ziemi zaserwowanym przez poprzednie 3 utwory musi zjechać nieco w dół. Ale tylko odrobinkę. To jest bardzo dobry utwór choć bez tej mocy co poprzednicy. Tutaj West sprzedaje nam raczej coś innego - spokojny numer na pianino. Bardzo urokliwy trzeba przyznać i klimatyczny. Skrecze DJ Premiera fajne. 5/6.
The Glory to jeden z tych utworów, które oceniłem najniżej. Sam w sobie jest ok, trochę drażnią te wiewiórki. Za dużo ich. Pomijając to jest nieźle. Wszystko na dobrym poziomie. Krótkie uderzenia smyków z klawisza robią fajny efekt. Dobry bas. W żadnym wypadku fillerem bym tego nie nazwał, ale ogólnie na tle albumu to chyba najgorszy numer. 4-/6.
Homecoming to znów gwałtowny skok w górę i to na górną półkę. Najbardziej podobają mi się fragmenty śpiewane przez Martina. Świetna melodia. Naprawdę lubię jego głos. West też wypada super. Fajne pianino i tamburyn. Fajny bit i dźwięki w tle. Jakby odgłosy jakiejś imprezy. 6/6.
Big Brother ma fajną melodię pianina. Rzeczywiście zalatuje tu Jay-Z na kilometr. Bardzo dobry bas, znowu pianino. Elektronika w tle też efektowna. Te syntezatory brzmią prawie jak gitary. Dobry numer. 5/6.
Good Night na koniec jako w sumie bonus, choć akurat na Spotify zamyka album. No i to zamknięcie na pewno wypada gorzej niż otwarcie płyty. Dobry utwór, ale to nie ten poziom co Good Morning na pewno. Podoba mi się fikuśny bas i sekcja rytmiczna. Reszta taka jakoś nie zapadająca mocno w pamięć. 4/5.
Podsumowując: wyszła mi średnia ocen 5,2. To naprawdę dobry wynik. Album dobry, tak jak się spodziewałem. A może nawet jest jeszcze lepiej niż się spodziewałem. Moje top 4 utworów to Good Morning, Stronger, Drunk and Hot Girls i Homecoming. Przy tych utworach obok oceny 6 postawiłem sobie dodatkowo plusik jako znaczek jakości.
Dobrze, że Jacek wrzucił ten album akurat na wiosnę, bo to jest czas, kiedy wyraźnie wraca mi ochota na taką muzykę. Jesienią czy zimą mam jednak nastroje na nieco inną nutę. Tak więc bawiłem się świetnie i nabrałem dużej ochoty na sprawdzenie innych albumów Westa. A to, że gościu wierzy w przysłowiowe ufoludki czy chodzi ubrany w worek po kartoflach to już w kontekście muzyki mniej istotne.
Westa znałem dotychczas słabo. Właściwie prawie w ogóle. Kojarzyłem jedynie z wrzutek Jacka do bestki utworowej i clipowej. Nawet jeżeli gdzieś słyszałem jego utwory, to przeleciało mi to bezwiednie. Pewnie nawet nie wiedziałem, że to on. Bardziej znałem gościa z działalności pozamuzycznej. O głośnym incydencie z jego udziałem podczas rozdania nagród muzycznych każdy słyszał. Czytałem też kiedyś o nim artykuł, z którego można by wywnioskować tylko jedno – gość ma problemy psychiczne i to niemałe. Natomiast sposób ubierania się Westa i jego partnerki w ostatnim czasie to już w ogóle dziwna sprawa. No ale jak to mówią – gwiazdom wolno więcej. Mimo tej całej wiedzy nie podchodziłem do jego muzyki z uprzedzeniem. Wręcz odwrotnie – z dużymi nadziejami. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się czegoś dobrego. Spodziewałem się dokładnie tego, co otrzymałem. Bo West to nie jest taki ortodoksyjny raper, który przynudza potokiem wypluwanych słów przy przesadnie ascetycznym bicie (przynajmniej na tym albumie). Jego muzyka to taki rodzaj hip-hopu, jaki najbardziej lubię. Melodyjny, elektroniczny z mnóstwem wrzynających się w pamięć zagrywek, hooków.
Wypisałem sobie na kartce wszystkie utwory i słuchając po raz któryś tam przy każdym utworze stawiałem notkę w skali szkolnej od 1 do 6. I uwierzcie mi, że tylko 3 utwóry otrzymały ocenę 4 (wciąż przecież dobrą). Pozostałe utwory oceniłem wyżej.
Good Morning to rewelacyjny otwieracz, który jest najlepszą zachętą z możliwych do zagłębienia się w całym albumie. Od początku dostajemy w twarz fajnym i wyrazistym elektronicznym basem. Te stukania w puszkę też robią klimat. Świetny refren z chórkami. Oszczędne pianino. 6/6.
Champion to kolejny banger. Zaczyna się po prostu z buta bez zbędnych wstępów. Ten powtarzający się zapętlony zaśpiew jest super. Króciutki do granic możliwości refren nie daje o sobie zapomnieć. Fajny mostek z jakąś gościnną wokalistką. Jest super. 5/6
Stronger był pierwszym singlem i wcale się temu nie dziwię. Bo to potężny przebój. Podoba mi się tutaj wszystko od początku do końca. Produkcja kojarzy mi się z Timbalandem. Szczególnie te zapętlone i zniekształcone wokale. Zakrzyki „oh” Westa mocno zalatują Timberlaikem. W ogóle West świetnie tu wypadł. Dobry bit. I jeszcze genialna końcówka. Absolutnie 6/6.
I Wonder nie znałem, a jednak mam dziwne uczucie, jakbym to znał całe życie. Serio. Utwór ma fantastyczny bit. Głęboko dudniący bas robi robotę. Powtarzający się fragment melodii zaczynający się od „And I wonder” wkręca się w pamięć mocno. Bardzo dobre smyki w dalszej części utworu. Chyba dotychczas każdy wyróżnił ten utwór więc zasłużone 6/6.
Good Life to przedstawiciel tej grupy utworów, które są dobre, ale nie aż tak efektowne jak te najlepsze. Trochę tutaj grasują wiewiórki, ale w dopuszczalnej dawce. Nie psuje to numeru. Dobry bit, dobre brzmienie. W sam raz na 4/6. Choć na singiel bym osobiście tego nie dał. Są na albumie lepsze utwory.
Can’t Tell Me Nothing szybciutko podnosi poprzeczkę wyżej. Fajne te brzmienia w tle. Mocno przypominają mi jeden utwór M-83. Brzmienie takie dosyć podniosłe, wręcz filmowe. Zaśpiewy „la-la-la” i „oh oh oh” robią dobrą robotę. Lubię takie rzeczy. 5/6.
Barry Bonds znów podnosi poziom w górę. Bardzo dobry bit, bas, tłuste syntezatory. Chwilami miałem skojarzenia nawet z Biggie’m. Świetna gościnka Lil Wayna. Ja tam tego skrzeczącego gościa lubię. 6/6.
Drunk and Hot Girls to potężna bomba. Utwór mnie po prostu miażdży. Dostojny rytm powala. Świetna melodia. Mocarne syntezatory. Klimat nie do podrobienia. Mos Def też wypada świetnie. Absolutne wyżyny płyty. 6/6.
Flashing Lights propsowałem już w utworowej, więc nie będę się powtarzał. Dobry wybór na singiel. Utwór ze ścisłej czołówki albumu, choć chyba w top 3 się jednak u mnie nie mieści. Mimo wszystko 6/6.
Everything I Am po prawdziwym trzęsieniu ziemi zaserwowanym przez poprzednie 3 utwory musi zjechać nieco w dół. Ale tylko odrobinkę. To jest bardzo dobry utwór choć bez tej mocy co poprzednicy. Tutaj West sprzedaje nam raczej coś innego - spokojny numer na pianino. Bardzo urokliwy trzeba przyznać i klimatyczny. Skrecze DJ Premiera fajne. 5/6.
The Glory to jeden z tych utworów, które oceniłem najniżej. Sam w sobie jest ok, trochę drażnią te wiewiórki. Za dużo ich. Pomijając to jest nieźle. Wszystko na dobrym poziomie. Krótkie uderzenia smyków z klawisza robią fajny efekt. Dobry bas. W żadnym wypadku fillerem bym tego nie nazwał, ale ogólnie na tle albumu to chyba najgorszy numer. 4-/6.
Homecoming to znów gwałtowny skok w górę i to na górną półkę. Najbardziej podobają mi się fragmenty śpiewane przez Martina. Świetna melodia. Naprawdę lubię jego głos. West też wypada super. Fajne pianino i tamburyn. Fajny bit i dźwięki w tle. Jakby odgłosy jakiejś imprezy. 6/6.
Big Brother ma fajną melodię pianina. Rzeczywiście zalatuje tu Jay-Z na kilometr. Bardzo dobry bas, znowu pianino. Elektronika w tle też efektowna. Te syntezatory brzmią prawie jak gitary. Dobry numer. 5/6.
Good Night na koniec jako w sumie bonus, choć akurat na Spotify zamyka album. No i to zamknięcie na pewno wypada gorzej niż otwarcie płyty. Dobry utwór, ale to nie ten poziom co Good Morning na pewno. Podoba mi się fikuśny bas i sekcja rytmiczna. Reszta taka jakoś nie zapadająca mocno w pamięć. 4/5.
Podsumowując: wyszła mi średnia ocen 5,2. To naprawdę dobry wynik. Album dobry, tak jak się spodziewałem. A może nawet jest jeszcze lepiej niż się spodziewałem. Moje top 4 utworów to Good Morning, Stronger, Drunk and Hot Girls i Homecoming. Przy tych utworach obok oceny 6 postawiłem sobie dodatkowo plusik jako znaczek jakości.
Dobrze, że Jacek wrzucił ten album akurat na wiosnę, bo to jest czas, kiedy wyraźnie wraca mi ochota na taką muzykę. Jesienią czy zimą mam jednak nastroje na nieco inną nutę. Tak więc bawiłem się świetnie i nabrałem dużej ochoty na sprawdzenie innych albumów Westa. A to, że gościu wierzy w przysłowiowe ufoludki czy chodzi ubrany w worek po kartoflach to już w kontekście muzyki mniej istotne.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kanye West - Graduation
Kanye z czasów kiedy można było jeszcze słuchać jego płyt w spokoju, że ma się tę właściwą, najlepszą, najbardziej wykończoną wersję albumu, a nie że w międzyczasie jak zacząłem słuchać, Kanye wypuścił kolejne kilka rewizji z inną tracklistą, innymi featami i innymi zwrotkami. Na swój sposób jest to u niego fajne (wyobraźcie sobie, że Depeche Mode tak robią), ale wiecie jaki ja jestem, pewnie bym chciał przesłuchać każdą wersję, żeby mieć najpełniejszy obraz. Już ogarnięcie tej jednej płyty zajęło mi sporo czasu, więc bez bajkopisarstwa, weźmy się do roboty.
Ja generalnie Kanye lubię jako wykonawcę. W kwestiach odklejenia, facet jest tak kosmicznie pod prąd, że aż nawet nie chce mi się o tym myśleć, traktuję go trochę jako kreskówkowego villaina ala małpa Mojo Jojo, bez którego świat, mimo wszystko, byłby smutniejszy. Nawet już nie sprawdzam newsów o nim, w dupie mam co znowu odwalił. Niestety jego nowej muzyki też już nie chce mi się szczególnie sprawdzać, ale to już inna sprawa, bo omawiamy raczej album klasyczny, z czasów kiedy świeżość, którą Kanye wnosił do gatunku, robiła jeszcze naprawdę duże wrażenie, o ile nie rzucała na kolana.
W 2007 r., czysto teoretycznie mogłem się już zainteresować tym albumem, ale zwyczajnie nie byłem w bańce, z której ta płyta mogłaby do mnie wpłynąć. Generalnie nie wiedziałem wtedy o istnieniu Kanye. Włączając ten album, zaskoczyło mnie to, że generalnie znam prawie wszystkie kawałki, mimo że nie pamiętam słuchania tego albumu. Taka magia Kanye, i nie mówię tu o tym, że facet nagrywa w kółko to samo, ale po prostu jego numery docierają z różnych źródeł, co też jednak świadczy o pozycji tego faceta.
Może daruję sobie pisanie o kawałkach w kolejności płytowej, tylko zacznę od moich ulubionych, po mniej ciekawe.
„Homecoming” to jeden z moich ulubionych kawałków Kanye, słuchałem tego milion razy. Oczywiście, Chris Martin to jest olbrzymi atut, ale poza tym uwielbiam to cięte pianino i generalnie klimat tego kawałka. Podobnie osłuchany jestem ze „Stronger”, przy czym mam tu mały zarzut w stronę Kanye, że kawałek aż tak bardzo bazuje na numerze Daft Punk. Z jednej strony, jak działa to działa, nie ma co się czepiać, ale z drugiej, no nie wiem. Ot ambiwalentne uczucia, acz głównie pozytywne. „Everything I Am” to jest absolutne top tego album dla mnie. Śliczny sampl, wszystko płynie, Kanye rapuje o sobie, a w tle DJ PREMIER. Można pomyśleć, że skrecze, to tylko skrecze, co za filozofia. No więc, to jest duża filozofia. Od razu zwróciłem uwagę na te skrecze, zanim jeszcze przeczytałem, kto za tym stoi. To jest poziom, który od razu rzuca się w uszy. Podobno Common olał ten bit podczas nagrywania swojego albumu, więc Kanye wziął go dla siebie. Oj, Common, Common. No, ale nie ma tego złego, bo Kanye wyczerpał temat. „Barry Bonds” ma bardzo schowane w tle świszczące jazzowe hammondy, które robią klimat jaki Munlupy lubią. Elektornika też tutaj robi co trzeba. „Big Brother” to kawałek, w którym Kanye realizuje to, do czego zmierzał, czyli stadionowy „rock”, który porywa tłumy. Dobre zakończenie albumu. To jest mój top tego albumu, ale reszta nie jest zła.
Tak, jak „Big Brother” ładnie zamyka „Graduation”, tak „Good Morning” ładnie tę płytę otwiera, chociaż nie jest to też coś do czego bym jakoś często wracał poza albumem. Do tej samej kategorii wrzucam „Champion” i „I Wonder”, które to numery charakteryzują się klasycznym westowym, skromnym, dobrym samplingiem i ekonomią dźwięku, czyli tymi elementami, które zawsze u Kanye ceniłem. W podobny sposób lubię „Can’t Tell Me Nothing”, za tego zadziornego Westa.
„Good Life” należy już do kategorii „ok”, w tym wypadku jest to ok letniaczek i tyle. „Flashing Lights” to typowy Kanye, z rozmachem. Lubię, ale też raczej nie do częstych powrotów. Ta powtarzana fraza „flashing lights” szybko męczy. „The Glory” również po prostu ok.
EDIT: dopiero teraz, czytając recenzje innych, okazało się, że moja wersja z jakiegoś powodu nie zawiera "Drunk and Hot Girls", więc musiałem to dociągnąć i teraz opisuję trochę na gorąco. Może trochę pod prąd, ale jest to spoko xD Podoba mi się ten powolny, człapiący bit i mroczna atmosfera, ten porabany mostek z pianinem i dziwne chórki. No kurde, nie uważam, żeby to było słabe, dawg.
Rap Kanye, to zawsze był dla mnie temat nieprzenikniony, niby z pozoru nic unikalnego, ale też czasami facet wchodzi na poziom energii Eminema, jednocześnie nie burząc fasady totalnego zobojętnienia. Gościa kupuje się z całym tym jego swaggiem, charakterem i pozą, więc trudno tutaj analizować go tylko pod kątem rapu samego w sobie. Z drugiej strony, tak jest chyba z każdym charyzmatycznym raperem.
Ostatecznie, dużo dobrego na „Graduation” jest. Nie jestem pewien, czy wszystko bym docenił te prawie 20 lat temu (shit…), ale ważne jest, że doceniam teraz. Przyjemnie pomyśleć, że człowiek zrobiłw sobie jakąś pracę, potrafi cieszyć się muzyką.
W każdym razie, zeszło mi długo żeby coś napisać, ale z albumem spędziłem bardzo miłe chwile. To jest Kanye u swojego peaku i tego nikt mu już nie zabierze, nawet on sam.
Kanye z czasów kiedy można było jeszcze słuchać jego płyt w spokoju, że ma się tę właściwą, najlepszą, najbardziej wykończoną wersję albumu, a nie że w międzyczasie jak zacząłem słuchać, Kanye wypuścił kolejne kilka rewizji z inną tracklistą, innymi featami i innymi zwrotkami. Na swój sposób jest to u niego fajne (wyobraźcie sobie, że Depeche Mode tak robią), ale wiecie jaki ja jestem, pewnie bym chciał przesłuchać każdą wersję, żeby mieć najpełniejszy obraz. Już ogarnięcie tej jednej płyty zajęło mi sporo czasu, więc bez bajkopisarstwa, weźmy się do roboty.
Ja generalnie Kanye lubię jako wykonawcę. W kwestiach odklejenia, facet jest tak kosmicznie pod prąd, że aż nawet nie chce mi się o tym myśleć, traktuję go trochę jako kreskówkowego villaina ala małpa Mojo Jojo, bez którego świat, mimo wszystko, byłby smutniejszy. Nawet już nie sprawdzam newsów o nim, w dupie mam co znowu odwalił. Niestety jego nowej muzyki też już nie chce mi się szczególnie sprawdzać, ale to już inna sprawa, bo omawiamy raczej album klasyczny, z czasów kiedy świeżość, którą Kanye wnosił do gatunku, robiła jeszcze naprawdę duże wrażenie, o ile nie rzucała na kolana.
W 2007 r., czysto teoretycznie mogłem się już zainteresować tym albumem, ale zwyczajnie nie byłem w bańce, z której ta płyta mogłaby do mnie wpłynąć. Generalnie nie wiedziałem wtedy o istnieniu Kanye. Włączając ten album, zaskoczyło mnie to, że generalnie znam prawie wszystkie kawałki, mimo że nie pamiętam słuchania tego albumu. Taka magia Kanye, i nie mówię tu o tym, że facet nagrywa w kółko to samo, ale po prostu jego numery docierają z różnych źródeł, co też jednak świadczy o pozycji tego faceta.
Może daruję sobie pisanie o kawałkach w kolejności płytowej, tylko zacznę od moich ulubionych, po mniej ciekawe.
„Homecoming” to jeden z moich ulubionych kawałków Kanye, słuchałem tego milion razy. Oczywiście, Chris Martin to jest olbrzymi atut, ale poza tym uwielbiam to cięte pianino i generalnie klimat tego kawałka. Podobnie osłuchany jestem ze „Stronger”, przy czym mam tu mały zarzut w stronę Kanye, że kawałek aż tak bardzo bazuje na numerze Daft Punk. Z jednej strony, jak działa to działa, nie ma co się czepiać, ale z drugiej, no nie wiem. Ot ambiwalentne uczucia, acz głównie pozytywne. „Everything I Am” to jest absolutne top tego album dla mnie. Śliczny sampl, wszystko płynie, Kanye rapuje o sobie, a w tle DJ PREMIER. Można pomyśleć, że skrecze, to tylko skrecze, co za filozofia. No więc, to jest duża filozofia. Od razu zwróciłem uwagę na te skrecze, zanim jeszcze przeczytałem, kto za tym stoi. To jest poziom, który od razu rzuca się w uszy. Podobno Common olał ten bit podczas nagrywania swojego albumu, więc Kanye wziął go dla siebie. Oj, Common, Common. No, ale nie ma tego złego, bo Kanye wyczerpał temat. „Barry Bonds” ma bardzo schowane w tle świszczące jazzowe hammondy, które robią klimat jaki Munlupy lubią. Elektornika też tutaj robi co trzeba. „Big Brother” to kawałek, w którym Kanye realizuje to, do czego zmierzał, czyli stadionowy „rock”, który porywa tłumy. Dobre zakończenie albumu. To jest mój top tego albumu, ale reszta nie jest zła.
Tak, jak „Big Brother” ładnie zamyka „Graduation”, tak „Good Morning” ładnie tę płytę otwiera, chociaż nie jest to też coś do czego bym jakoś często wracał poza albumem. Do tej samej kategorii wrzucam „Champion” i „I Wonder”, które to numery charakteryzują się klasycznym westowym, skromnym, dobrym samplingiem i ekonomią dźwięku, czyli tymi elementami, które zawsze u Kanye ceniłem. W podobny sposób lubię „Can’t Tell Me Nothing”, za tego zadziornego Westa.
„Good Life” należy już do kategorii „ok”, w tym wypadku jest to ok letniaczek i tyle. „Flashing Lights” to typowy Kanye, z rozmachem. Lubię, ale też raczej nie do częstych powrotów. Ta powtarzana fraza „flashing lights” szybko męczy. „The Glory” również po prostu ok.
EDIT: dopiero teraz, czytając recenzje innych, okazało się, że moja wersja z jakiegoś powodu nie zawiera "Drunk and Hot Girls", więc musiałem to dociągnąć i teraz opisuję trochę na gorąco. Może trochę pod prąd, ale jest to spoko xD Podoba mi się ten powolny, człapiący bit i mroczna atmosfera, ten porabany mostek z pianinem i dziwne chórki. No kurde, nie uważam, żeby to było słabe, dawg.
Rap Kanye, to zawsze był dla mnie temat nieprzenikniony, niby z pozoru nic unikalnego, ale też czasami facet wchodzi na poziom energii Eminema, jednocześnie nie burząc fasady totalnego zobojętnienia. Gościa kupuje się z całym tym jego swaggiem, charakterem i pozą, więc trudno tutaj analizować go tylko pod kątem rapu samego w sobie. Z drugiej strony, tak jest chyba z każdym charyzmatycznym raperem.
Ostatecznie, dużo dobrego na „Graduation” jest. Nie jestem pewien, czy wszystko bym docenił te prawie 20 lat temu (shit…), ale ważne jest, że doceniam teraz. Przyjemnie pomyśleć, że człowiek zrobiłw sobie jakąś pracę, potrafi cieszyć się muzyką.
W każdym razie, zeszło mi długo żeby coś napisać, ale z albumem spędziłem bardzo miłe chwile. To jest Kanye u swojego peaku i tego nikt mu już nie zabierze, nawet on sam.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn