Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lip 2022 15:02

Masakracja Mentosa jak to mówią młodzi
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lip 2022 15:08

Moev widzę dopadł ten sam problem co Sandrę, na oficjalną playlistę wrzucono dwa razy singiel w wersji z klipem zamiast wersję albumową i wersję 12-calowa z maxi singla ale to ogarniemy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lip 2022 15:13

Jakby co na Spotify wszystko jest w porządku, ale jeśli ktoś koniecznie chce z YT ktoś tego pierwszego bonusa to na razie klops.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 lip 2022 15:28

Dragon pisze:
15 lip 2022 15:02
Masakracja Mentosa jak to mówią młodzi
Po prostu buduję napięcie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lip 2022 15:30

Tak jak zaskoczenie!
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lip 2022 15:30

Ciekawy czy warto czekać
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 lip 2022 17:58

Pewnie nie

Pink Floyd - Dark Side of Moon

Bawimy się w te obie bestki szmat czasu, przez ten rok zdołałem w obu zabawach wrzucić VOX, Papa Dance, czy Swans, ale jakoś tak unikałem Pink Floyd i niedawno zacząłem się zastanawiać jakim, u licha, cudem się to stało. Wszak to jeden z zespołów, od którego zacząłem poważniejsze słuchanie muzyki i jeden z tych, który w moim topie życia plasuje się wysoko i gdybym miał wybrać takie swoje top 5 wykonawców życia na bezludną wyspę czy coś to nie byłoby opcji, abym ich nie zmieścił. Wyjaśnienie jest raczej proste: w bestce albumowej po prostu nie zdążyłem przez relatywnie wolne tempo zabawy, a w utworowej - nie potrafiłem zdecydować się na jedną tylko rzecz. Nawet nie chodzi o to, że oni nagrali tyyyle dobrych piosenek, tylko po prostu jakoś tak lepiej mi się ich przyswaja płytami, a nie utworami.
Być może da się odnaleźć ciut zabawnym fakt, że wybrałem akurat tę płytę, a nie jakieś Obscured by Clouds czy nie wiem co tam lubią flojdowi hipsterzy. Pewnie da się, ale nic nie poradzę, że PF od ściany włącznie to bardziej solowy projekt tego, kto akurat miał do tej nazwy w danym czasie prawa, a Barretowskie - mimo iż świetne - nie jest dla mnie aż tak dobre, nie mówiąc o takich pierdoletach jak poznanie tego zespołu na początku muzycznej edukacji i takie tam oczywistości. W kwestii tego zespołu jestem maksymalnym normikiem i lubię najbardziej te płyty, który uchodzą za najpopularniejsze i nic wam na to nie poradzę. xD
O zawartości muzycznej ciężko mi napisać, bo napisano o niej WSZYSTKO i pewnie zrobiono to jeszcze długo przed tym, zanim pojawiłem się na tym łez padole - włącznie z tym, że On the run to było pierwsze techno w historii oraz tym, że całość to tak naprawdę soundtrack do Czarnoksiężnika z krainy Oz. Ja w każdym razie tylko napiszę, że po prostu znaleźć się tu musiała, bo mało której płyty słuchałem w swoim życiu tak często - tutaj znowu piję do tego, że niepotrzebnie wywalałem swoje konta na lascie, bo pewnie w samym 2010 to słuchałem tego albumu z jakieś 30 razy i pewnie wtedy byłbym w stanie odtworzyć On the run na grzebieniu tudzież wykonać The Great Gig in the Sky prawie tak samo dobrze jak Clare Tory. Może polecę tu patosem, ale to dla mnie kompletna płyta, świetnie zagrana, zaaranżowana i wyprodukowana tak, że powinna stać w Sevres pod Paryżem jako wzór albumu kompletnego - idealnie skrojonego pod względem produkcji, aranżacji, piosenek, nawet lirycznie.
Zaczynam gadać jak wychowany na Trójce, ale trudno, muszę z tym żyć. xD To płyta kompletna, słuchałem jej godzinami jeszcze w czasach empetrójek i empeczwórek, pewnie gdybym lata przed wkręceniem się w muzykę nie trafił na śmiesznych studenciaków, dzięki którym zakodowałem sobie, że Pink Floyd to największy zespół w kosmosie jest i basta, przez co parę lat później zostałem ich fanbojem, to byłbym teraz innym człowiekiem z innym gustem - i pewnie bym wylądował o wiele gorzej, bo bym do dziś jarał się Swans. Zakończę klasycznym powiedzeniem: kto nie zna, ten tromba, chociaż jeśli ktoś taki się tu uchowa - to niech przestanie czytać te wypierdy i idzie nadrabiać zaległości.

Z partyjnym pozdrowieniem!

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 526ChwgWKy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lip 2022 18:46

No i fajno, znaczy się w końcu odwiedzę ciemną stronę księżyca :)

Zatem bez zbędnych ceregieli zapraszam do omawiania The Sun Will Come grupy Honeyroot, aka Murzyn złakniony jest recenzji ;(
stripped pisze:
07 lip 2022 13:16
"sun will come, dry your eyes..."

Honeyroot - The Sun Will Come
(2007)

W tym miejscu będzie lekkie oszustwo z mojej strony, ale też nie do końca. Ten album na tym etapie może bardziej być w stylu rekomendacji niż bestki życia, a jednak z drugiej strony myślę że w drugiej dyszce już spokojnie by się znalazł (pomimo faktu że wracając do niego teraz nie pamiętałem wszystkich utworów z niego 😅 ). Jednak z dwóch powodów myślę że to będzie najlepszy moment na tą wrzutkę - po pierwsze dlatego że pora roku i pogoda się zgadza a po drugie zainspirował mnie Hien swoją wrzutką Matthew Feasleya (w tamtym numerze pojawia się solo które brzmi jak wyjęte z jednego numeru Honeyroot tutaj).

Czym w ogóle jest Honeyroot i skąd ja to wziąłem? Jest to duet składający się z Glenna Gregory'ego (współzałożyciel i wokalista grupy Heaven 17) oraz Keitha Lowndesa (o którym nie wiem nic), Panowie Ci poznali się i nawiązali współpracę po raz pierwszy w roku 1997 pomagając Martinowi Fry przy pisaniu i produkcji albumu Skyscraping grupy ABC (Fry był wówczas jedynym członkiem grupy po odejściu gitarzysty i klawiszowca Marka White'a). Honeyroot wydało swój debiutancki album Sound Echo Location w 2003 roku i znalazł się na nim wówczas ambientowy cover utworu Love Will Tear Us Apart grupy Joy Division. To właśnie poprzez ten utwór natrafiłem - a właściwie mój starszy brat trafił na Honeyroot. Gdy byłem latem 2007 roku na wakacjach w UK mój brat miał wtedy fazę na ten numer JD i ściągając go z eMule przy okazji ściągnął również jego różne covery, tak wówczas odkryliśmy grupy Honeyroot oraz Nouvelle Vague. Coveru tamtego całkiem nie pamiętam już nawet ale wiem że następnie z ciekawości szukał więcej muzyki Honeyroot i ściągnął ich nowy wówczas album The Sun Will Come (debiutu w sumie też nie znam do dziś). Album ten był bardzo fajnym odkryciem i taką ciekawostką, którą i ja bardzo chciałem się z Wami podzielić.

The Sun Will Come to album ciepły, lekki, na pewno będzie to najlżejsza moja albumowa wrzutka do tej pory. Stylistycznie - choć Honeyroot opisywany jest jako duet ambient dance - na płycie przewija się różnorodna muzyka. Ogólnie jest to to co określiłbym ówczesnym (2000s) marketingowym terminem "electronica", czyli muzyki elektronicznej która czerpała z doświadczeń lat 80. i 90. i przetwarzała ją na bardziej współczesną modłę. Są tu utwory często zahaczające o klimaty chilloutowe, są numery czerpiące z brzmień znanych z lat 80. jak acidowe Heavy Drops czy synthpopowe People Say (mocno brzmi tu jak Goldfrapp). Jest numer który bezapelacyjnie miał pojawić się w pierwszej 25 utworów (lecz ostatecznie stwierdziłem że album będzie lepszy jako całość) czyli Nobody Loves You (The Way I Do). To ten kawałek z brzmieniem respiratora który miał być moją "odpowiedzią" na Bark Psychosis. To taki ówczesny trip hop z pięknym damskim wokalem i prostym emocjonalnym tekstem. Tu muszę nadmienić że choć Glenn Gregory był wokalistą w Heaven 17 to na tym albumie prawie całkiem oddaje pola kobietom. Wspomniany wyżej utwór śpiewa niejaka Briony Greenhill, jej cudny wokal pojawia się też w coverze soulowego klasyka A Change Is Gonna Come (oryg. Sam Cooke), i jest to dla mnie cover z kategorii tych które są nawet lepsze od oryginału, tak bardzo jej wokal mi się podoba (ciekawe co shodan powie). W singlowym Where I Belong śpiewa Kim Richey i mamy tu leciutki popik na akustyczną gitarę i plumkaną elektronikę (w połączeniu z częściowo animowanym wideoklipem ten numer był miejsca pewniakiem do puszczenia synowi i rzecz jasna młody go uwielbia). Ten numer był swego czasu niepisanym hymnem moich powrotów z UK do domu (byłem tam później jeszcze dwukrotnie na wakacje). Drifter to esencja leniwego ciepłego wakacyjnego brzmienia, słuchać tu nawet trzask ogniska a cytowany przeze mnie na wstępie tekst "sun will come, dry your eyes" podkreśla pozytywny vibe wokół letniej pory. Na wokalu tym razem kolejna nieznana wokalistka - Elsie Wooley (nie wiem skąd te panie się wzięły, wszystkie na discogs nie mają na koncie żadnych innych występów poza tym albumem). Every Single Day z kolei totalnie kojarzy mi się z jakimś lekkim popowo brzmiącym alt rockiem połowy lat 90. typu Smashing Pumpkins a może Mansun (które w sumie znam tylko z przeboju Wide Open Space). Najsłabiej wypada końcówka albumu w sumie która nie zapada mi w pamięć, ale pomimo to jest tu dość dobroci bym uznał że jest to album godny polecenia i przedyskutowania.

Tak więc zapraszam do odsłuchu, jestem bardzo ciekaw Waszego zdania na temat tej płyty, w moich oczach ta muzyka jawi się jak te niepozorne, wygrzebane nie wiadomo skąd wrzutki od Hiena a z drugiej jest tu kilka fajnie śpiewających pań które może polubi shodan. No i ten vibe, słoneczny i pozytywny, liczę że pogoda spotęguje doznania podczas odsłuchu i ładnie Wam to podejdzie. W sumie dzięki tej zabawie wracam do tego albumu i doceniam ponownie po długiej przerwie (dawniej słuchając go bardziej na wyrywki).

https://youtube.com/playlist?list=PLjIu ... Y1Mmhbc-vM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lip 2022 21:19

Honeyroot - The Sun Will Come

Massive Attack na lato. Miejmy to porównanie za sobą, chociaż nie będzie łatwo bo już pierwszy kawałek - „Goodbye” - zaczyna się jak jakaś piracka wersja „Teardrop” i takie momenty pojawiają się co jakiś czas. Massive Attack jest spoko i lato też jest spoko, więc sytuacja na papierze jest spoko. Album dzieli się w sumie na dwa nurty – kawałki wokalne i kawałki instrumentalne, wszystko umieszczone na płycie w formie mniejszej/większej przeplatanki. Wiecie, że ja instrumentalną muzykę lubię, ale na tej płycie to kompletnie nie działa jak trzeba. Po pierwsze, to jojo wokal-instrumental bywa męczące. Po drugie, te utwory nie są skomponowane jako instrumentale. To brzmi bardziej jak kawałki nagrane pod wokal, które z jakiegoś powodu się go nie doczekały, więc zamiast wywalać, użyto ich w takiej postaci na płycie, ale to nie brzmi dobrze. Gdyby tam były wokale, to spoko, ale ich nie ma i zostają nam takie odrzuty, które niestety często walą nudą na kilometr. Takie rzeczy jak „Heavy Drops”, są jak w tym memie kiedy ktoś sam sobie wsadza kij w szprychy i się wypierdaIa. To jest właśnie taki moment na albumie. Płyta ma 52 minuty, więc spokojnie można było kilka tych instrumentali wywalić i flow by na tym zyskał, przy czym do flow jeszcze wrócimy.

Na szczęście album nadrabia numerami wokalnymi, chociaż tu też bywa problematycznie, bo stylowo, „The Sun Will Come” jest totalnie all over the place. Jedynym wspólnym mianownikiem są pojawiające się folkowe/country motywy. „Nobody Loves You”, „Where L Belongs”, czy „Change is Gonna Come” i „Drifter” bardzo fajnie nastrajają, ale już „People Say” wskakuje prosto z dupy i, mimo że to energetyczny utwór, to zwyczajnie mnie nudzi. Brzmi jak jakiś odrzut odrzutu z dema dem Daft Punk. No i to lalala. Kerry Shaw, to nie Kirsty Hawkshaw (lol z podobieństwem nazwisk), więc no bonus. „Every Single Day” zaczyna się jak kolejny kowbojski kawałek i nawet się fajnie nastroiłem, ale potem numer nagle zmienił kierunek i nie wiem, tak sobie mi to weszło.
„Waves” to fajny kawałek zalatujący jakąś późniejszą Morcheebą, czy Zero 7. Letni luz na maksa, jest fajnie, ale mam wrażenie, że na tym etapie płyty zaczynam się robić znużony. To jest właśnie pułapka źle poukładanych albumów. Gdyby Murzyn wrzucił „Waves” do bestki utworów, to może nawet by wygrał kolejkę, a słuchając albumu, zaczynam się już czuć zmęczony, może dlatego, że póki co „The Sun Will Come” brzmi jak kompilacja. „Freeway” to kolejny przykład instrumentala, który ewidentnie (dla mnie przynajmniej) miał być kawałkiem wokalnym, ale ostatecznie zabrakło wokalu. Wyjątkowo ten numer mi nie przeszkadza, chociaż, powiem to ponownie, jako instrumental jest po prostu nieciekawie skomponowany i żal dupę ściska, bo jest tu potencjał na fajną piosenkę ze śpiewem (to gadanie pod koniec się nie liczy). „The Stars” zaczyna się jak jakiś numer ze świątecznego levelu w grze „Sonic 3D”. To jest praktycznie tez instrumental, ale niech już będzie, bo jest spoko. W ogóle, po pierwszym przesłuchaniu myślałem, że to śpiewa jedna laska na całej płycie, dopiero jak sprawdziłem, to się lekko zdziwiłem. Flow tej płyty jest dziwny i myślę, że nawet z tej samej tracklisty, można było zrobić coś lepszego, ale nie będę się czepiał, bo to też kwestia obycia z płytą.

To jest dziwny album xD W połowie zawsze mam ochotę zacząć na niego złorzeczyć, ale jak się kończy to jednak nastrój jest o wiele lepszy (nie, nie dlatego, że się kończy lol). I już miałem pisać Murzynowi, że nieee Ziomeczku jak tego na wakacje nie wezmę, ale już sam nie wiem. Murzyn jakoś tak kompletnie nie zaskakując, kompletnie zaskoczył. Jest to fajna płyta z problemami, ale za jakieś lekkie problemy nie wyrzuca się z domu xD Powiem wręcz, że może będą z niej ludzie, czyt. będę do niej wracał i może grownąć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 lip 2022 22:14

Skoro już jestem w trybie KILL FRENZY, to jadę.

Honeyroot - The Sun Will Come

Ociędiabli. Przeczytałem tylko - Glenn Gregory - i już wiedziałem, że chcę tego posłuchać. Co jest o tyle interesujące, że kim jest ten typ dowiedziałem się stosunkowo niedawno, bo jesienią/późnym latem 2018. Wtedy to, podczas swojego Drugiego Ejtisowego Wzmożenia wreszcie postanowiłem (pod wpływem nagłej fazy na 2 pierwsze albumy The Human League) posłuchać czegokolwiek od Heaven 17. Historie tych 2 zespołów się mocno splatają, bowiem Martyn Ware i Ian Craig Marsh, a więc 2/3 The Human League MKI chcieli, by wokalistą w ich nowej grupie był właśnie Glenn Gregory, ale ten był zajęty śpiewaniem w zespole o dziwacznej nazwie 57 Men (którego to 2/3 z kolei później założyło Wang Chung, znane choćby z przeboju Dance Hall Days - kto grał w Vice City ten kojarzy). Więc Ware i Marsh wzięli do ekipy Phila Oakeya, który śpiewać co prawda nie umiał (szybko się nauczył tho), za to wyglądał odjazdowo. Niestety, ich albumy były zbyt eksperymentalne jak na gusta Brytyjczyków w końcówce lat 70., zaś wyścig o miano pioniera wyspiarskiej elektroniki przegrali z Numanem, więc po tym, jak wszyscy się na nich zdefekowali Ware i Marsh opuścili THL zostawiając szyld Oakeyowi. Ten się jednak ogarnął, wymyślił sobie Susanne Ann Sulley i Joanne Catherall, no i wszyscy znają Don't You Want Me. Na szczęście Ware'a i Marsha Gregory tym razem okazał się dostępny - i powstało Heaven 17. Zabierałem się długo i nie było to hmm przystępne podejście. Ich muzyka była mocno awangardowa, nawet w swojej ejtisowej stylistyce. Niektóre utwory doceniłem dopiero po latach, niektóre wciąż uważam za straszne byle co z byle kąd. Za najlepszy album uważam ich debiut, choć powszechnie mówi się w takim tonie o ich drugiej płycie. I słuchając Honeyroot - o którym wcześniej nie słyszałem - mam takie trochę Heaven 17-vibes. Zwłaszcza przy Where I Belong (kto nie wierzy niech posłucha ostatniego albumu, jaki H17 wydało jako trio jeszcze w latach 90.; Ian Craig Marsh opuścił bowiem grupę właśnie wtedy, ażeby... wrócić do szkoły xD). Chyba rozumiem setting, w jakim Golas umieszcza ten album odnosząc się do swoich powrotów z UK i lata w generalnym ujęciu. Niektóre tracki dają mi mocne poczucie eskapizmu, takie A Change Is Gonna Come to wręcz exit music (for a film lol; choć nie znałem tego numeru w oryginale), łapie mnie dziwna, niesprecyzowana... nostalgia? Nie, chyba ostatnio nadużywam tego słowa. To nie nostalgia, to raczej tęsknota, ale bez konkretnego adresata lub adresatki, albo czegokolwiek adresowego. Po prostu jest i szarpie. Nie umniejsza to w żaden sposób tej muzyce ani jej - mimo wszystko - letniemu feelingowi. Te rzeczy idą ze sobą w parze, jak najbardziej, bądź raczej MOGĄ iść i tutaj im się to udaje. Drifter zdecydowanie zwielokratnia ten feeling (kawałek mógłby się znaleźć na czymkolwiek wydanym przez Captured Tracks w latach 2012-2016), potem jednak mam nagły powrót na dancefloor jakiejś niemal hipsterskiej imprezy z People Say, które dla mnie brzmi bardziej jak Client (nawet wokalistka niczym Sarah Blackwood) niż Goldfrapp, ale ten synth basik chwycił mnie za serce i nogę. Every Single Day sprawia z kolei, iż mam wrażenie słuchania czegoś od Belbury Poly, gdzie zdarzały się na niektórych płytach takie kontrasty - dance, a potem nagle żywe bębny i gitary znikąd. Waves gra na dwóch fortepianach na raz - letni feeling całości + rozwiązania a la - znów - Belbury Poly. Tutaj mam nagły throwback do 2006 roku, albo d'Sound, albo... Alphaville z tymi wszystkimi dziwnymi cudami studyjnymi, jakie umieścili na kompilacji Crazyshow. Freeway to już z pewnością musieli produkować Jupp z Brooks, nie widzę innej możliwości. Albo Gregory zasłuchiwał się w Plone ;( niestety jednocześnie przez ten specyficzny vibe płyta gdzieś mi wytraca na dynamice. Wszystko zwalnia, trochę cuchnie spalenizną, silnik się zaciera i mam potrzebę opuszczenia pojazdu na jakiś czas. Jeśli chcę posłuchać Juppa, to odpalam Belbury Poly, a jeśli chcę posłuchać muzy z Simsów to idę grać w Simsy, tu dostaję miks jednego i drugiego w postaci The Stars na sam koniec. Geez, to jest naprawdę za dużo Juppa xD Kiedy wiem, że mogło być nieco lepiej. A więc jeśli chodzi o overall, nie jest źle, momentami jest wręcz super, ale... koniec mnie rozczarował. Jesz dobrego burgera, a w środku nagle... może nie włos, ale jakieś niepomielone ścięgna. Reszta burgera była fantastyczna, ale zapamiętasz te cholerne ścięgna. To nie jest zły opener kolejki, ale czegoś mi tutaj brakuje. Gregory w tej postaci mi tego nie da, więc chyba sobie odpalę Penthouse and Pavement.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 15 lip 2022 23:26

Ha, pierwszy odsłuch po dłuższej przerwie, czekałem na to!
Ale forma kiepska, nie umiem się skupić, ewidentnie drugiego dziś nie będzie. Ale płyta mi się podoba, na pewno będzie nawiązanie do wrzutek Shodana, opinia na pewno będzie pozytywna. Jest dobrze, to bardzo przyjemny powrót.

@Mintaj - ja raczej nie miałbym problemu ze wskazaniem najważniejszego dla mnie utworu Floydów, to by było Fearless lub A Pillow of Winds (ale nie chciało mi się wrzucać tego; z albumów to chyba tylko Meddle rozważałem). Coś progowego może wrzucę tutaj, ale to dopiero za parę kolejek (chyba, że będzie flow sprzyjające temu).
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 lip 2022 23:28

Honeyroot - The Sun Will Come

Nigdy w życiu bym tego nie nazwał ambient dance. To jakaś niesamowita wydmuszka, bo electronica to jeszcze miała sens - choć może tylko z marketingowego punktu widzenia i tylko w czasie, kiedy The Sun Will Come wychodziło. Enigmatyczne jest to czerpanie z 80-90', bo tu korzysta się z różnych stylistycznych zagrywek, na elektronice się nie kończy. Już prędzej chillout pasuje albo downtempo po prostu. Ani to ambient, ani dance, to tak eklektyczna rzecz, że nie ma co tego doartystyczniać jakąś wymyślną etykietką. Choć pewnie hipsterstwo RYMowe z Zachodu przyklasnęłoby temu, oni pod tym względem osiągnęli już szczyty absurdu.

To teraz o muzyce. The Sun Will Come ma strukturę empikowej kompilacji z przyjazną muzyką na lato. Miejscami lepiej pasuje do radia (Nobody Loves You? Radio RAMcore), są też fragmenty bardziej ilustracyjne (dobrze sprawdziłyby się jako "radio" w wyścigówkach, jakiś telewizyjny program kryminalny, paradoku z tamtego czasu na TVNie np.). Ta muzyka ma szczęście, że w tej zabawie pojawia się w określonym kontekście. Dla Mudżyna to muzyczne przedłużenie lata i ciepłe skojarzenie z pewnymi doświadczeniami z przeszłości. Nie można utworom odmówić pozytywnego charakteru, ale ten wybór generalnie jest średniawy. TSWC słuchana jako tło szybko wypada z głowy, a podczas odsłuchu w pełnym skupieniu jest niewystarczająca. Po fakcie pamiętam różnorodność stylistyczną, ale nie ma tu konkretnych melodii, naprawdę zapadających w pamięć wyróżników - czegoś, co wybija się ponad to skojarzenie z kompilacją. Jak wracam do konkretnych utworów to coś mogę więcej powiedzieć. Goodbye na początku zajeżdża Demon Days od Gorillaz, potem wchodzi Schnauss. Na przestrzeni całej płyty można odnaleźć sporo inspiracji i skojarzeń, to może być ciekawa zabawa w wyłapywanie. Kiedy trzeba uderzyć w klimaty pseudofilmowe, to dzieje się tutaj małe Massive Attack w domu. Bywa bardziej klubowo, zajeżdżamy w rejony trip-hopowe, jest gitarowe granko. Początek Drifter sprawia wrażenie lustrzanego odbicia Filter Happier za sprawą robotycznego wokalu.

Pudełko z tak różnymi czekoladkami mogłoby mnie przekonać, gdyby to pewnie była inna estetyka. Może lepsza byłaby większa spójność.. albo właśnie większe ryzyko, na przykład gdy idzie coś bardziej klubowego (People Say), to niech będzie z konkretnym przyłożeniem. Eleganckie brzmienie, wybijający się bas, jest tu jakby daftpunkowo, a to wszystko w służbie papapa lalala, pościelowego wokalu i zduszonej perki. Panowie, tak się nie robi. Część do Drifter ciekawsza, potem ten stylistyczny chaos jest dodatkowo wywrócony do góry nogami i tylko regularne słuchanie w jakiejś grze mogłoby pomóc. Najsłabsza wrzutka płytowa Mudżyna, ale dalej na tyle przyzwoita, że tu wielkiego krytykanctwa nie ma - po prostu za miesiąc mało co będę pamiętał. Jeśli miałbym wybrać coś do swoich playlist, to najprędzej zasługuje na to Nobody Loves You. Jako ciekawostka? Spoko. Poznałem, przesłuchałem, odnotowałem. Zbyt różnorodne, a jednocześnie nieciekawe, dla mnie bez odpowiednio zastosowania.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2022 16:42

Honeyroot - The Sun Will Come

Jak byłem na Maderze, to co wieczór kładąc się do spania włączałem tę płytę. Jak to bywa zazwyczaj w którymś momencie po prostu zasypiałem. I nie ma to oczywiście żadnego związku z tym, że album nudny, czy coś takiego. Po prostu ja przy muzyce zawsze prędzej czy później zasypiam. Ale zanim zasnąłem, to zdążyłem zazwyczaj to co najlepsze posłuchać.
Właściwie Hien wszystko bardzo dobrze już opisał, jeżeli chodzi o tą płytę. Wszystkie jej atuty i bolączki. Ja też nie przepadam za przeplatanką instrumentalno-wokalną. Wolę jak płyta jest albo wokalna, albo cała instrumentalna. Ewentualnie jakieś małe instrumentalne przerywniki jak na Ultra czy Exciter. Poza tym te instrumentale rzeczywiście takie nieco na tej płycie nudnawe. Nie, że złe, ale też nie jakieś dobre. I Hien ma rację – w nich z powodzeniem można by dodać wokal i byłoby to z dużą korzyścią dla nich.
Ale nie jest mimo wszystko na The Sun Will Come źle. Bo obok średnich instrumentali są rzeczy dobre, a nawet bardzo dobre. Wszystko co najlepsze zawiera się w paru utworach wykonywanych przez… a jakże by inaczej – przez panie. :D Gdyby stripped zamieścił Nobody loves you (the way i do) w bestce utworowej, to na 99% wygrałby u mnie kolejkę i to z palcem wiadomo gdzie. Nie dość, że utwór jest świetny i klimatyczny, to jeszcze słuchanie głosu Briony Greenhill, to przyjemność w najczystszej postaci. Potem mamy najlepszy utwór na albumie, czyli Where i belong. Fantastyczny country klimat z urzekająco pięknym wokalem. Choćby dla tego utworu warto było posłuchać tego albumu. :tak:
Mamy jeszcze świetne Change is gonna come, Drifter, People say i Waves. Właściwie wszystkie wokalne utwory mi się bardzo podobają. I szkoda, że instrumentale nie dorównują im jednak poziomem. Bo byłaby wtedy płyta naprawdę bardzo dobra. A tak mamy przeplatankę utworów bardzo dobrych z bardzo przeciętnymi.
Ogólnie jednak oceniam ten album bardzo pozytywnie. Będę bankowo wracał. Do całości rzadziej, ale do wokalnych utworów bardzo często.
Póki co idę posłuchać tyleż lekkiego, co genialnego w swojej prostocie Where i belong. :grins:
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2022 18:40

Zamieściłbym to Nobody Loves You, ale wtedy nie wrzucałbym plyty, nie poznałbyś Where I Belong itd. ;)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2022 19:57

Łi tam. Ja zamieściłem i płytę Birdy i utwór z tej płyty.
Wiem, że właściwie było to marnotrastwo slotu, ale nie mogłem się oprzeć. Jak best of to best of.:roll:
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2022 20:07

Ja dzięki temu znalazłem miejsce na znakomity utwór ze Żmijewskim :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lip 2022 20:27

Ja jednak chyba na tym lepiej wyszedłem, o ile mnie pamięć nie myli. ;)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lip 2022 13:51

Szczerze powiem Wam że to forum dwóch prędkości mnie wkurza już nieco i fakt że jakakolwiek zabawa na tym forum z różnych względów raz po raz rozbija się zawsze o jakąś pojedynczą osobę. Coraz bardziej zastanawiam się co możnaby zrobić żeby to usprawnić i żeby było to bardziej elastyczne więc z braku laku pytam o jakieś pomysły.
Ja swego czasu nawet zaczynając tą albumową zabawę myślałem czy nie lepiej byłoby do każdego albumu zakładać osobny temat a recenzje lecieć w dowolnej kolejności, bez przymusu słuchania danego albumu akurat w danym tygodniu. Wtedy te tematy po czasie mogłyby służyć jako dalsze pole do dyskusji o tych płytach przy różnych powrotach do nich. Możnaby wtedy rzucić np. zasadę że jak ktoś skrobnie komplet recenzji z danej rundy to może wrzucać swój kolejny album w nowym temacie. Może szło by to nieco sprawniej wtedy a może zrobiłby się bigos, nie wiem, wiem tylko że co chwila stoimy jak pipy z tematami kiedy jedni już dawno mogliby wrzucać kolejne rzeczy i słuchać kolejnych rzeczy a drudzy z różnych względów (czasem brak czasu a czasem może chęci) są w lesie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 lip 2022 14:48

Jak dla mnie wyszedłby modelowy bigos, a dowolna kolejność recenzji to pewnie jeszcze większa wyjebka/trudności przy wybranych płytach. Forum dwóch prędkości to ostatecznie niewielka wada, ale przynajmniej format jest w pełni zachowany. Ja to bym ewentualnie po prostu tak długo czasami nie czekał - jeśli nie ma wyraźnej odpowiedzi na temat opóźnień. Każdy po pewnym czasie może zrobić deva (4 recenzje w 2 dni) albo zwyczajnie zacząć od tego momentu, w którym wraca.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 lip 2022 14:52

Jestem zwolennikiem, żeby zostawić jak jest. Jeżeli pozakładasz osobne tematy i każdy będzie leciał swoim tempem, to jedni będą nie płytę czy dwie do tyłu, ale z 10. A po jakimś czasie w ogóle sobie odpuszczą i zabawa będzie się kręcić wokół co najwyżej 4 osób.
Już wolę trochę poczekać na kogoś, ale grać wspólnie. Mimo opóźnień to jest i tak super zabawa. A w międzyczasie mamy ligę, jakiś turniej czasem czy eliminator. Liczę, że jak Hien wróci z urlopu, to ruszy eliminator ABF.
Drugi raz koła stripped nie wymyślisz.