Best of Forum (Edycja albumowa)
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja rozumiem o co chodzi Murzynowi, część z nas dobrze się bawi, a część zamula jakby grała za karę, ale niestety tu zadziałają tylko nazistwoskie metody i zamordyzm, bo na dobrą wolę liczyć nie można.
Komplikowanie zasad dla dobra gry mieliśmy już w eliminatorze i wiadomo jak wyszło. Nie mam pomysłu, jak zrobić żeby to szło po ludzku. Chyba po prostu zacząć wyznaczać deadline'y i tyle.
Komplikowanie zasad dla dobra gry mieliśmy już w eliminatorze i wiadomo jak wyszło. Nie mam pomysłu, jak zrobić żeby to szło po ludzku. Chyba po prostu zacząć wyznaczać deadline'y i tyle.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Skoro dostałem już cykliczny opiernicz, to poczekam ten tydzień ze swoją recką hehhe
Albo nie. Wrzucam teraz.
Honeyroot - The Sun Will Come
Naturalnie nazwa Honeyroot nic mi nie mówi, toteż praktycznie podchodzę do tej płyty w ciemno i bez jakichkolwiek uprzedzeń. Nieco więcej mi mówi nazwa Heaven 17, ale żaden ze mnie sajkofan, tj. po prostu lubię jedną ich płytę z ejtisów, więc też mi ciężko w tym przypadku o jakieś punkty odniesienia czy coś w ten deseń.
Ciężko generalnie uniknąć tu wakacyjno-letnich porównań, bo wicie: środek lata, Murzyn, płyta The Sun Will Come i generalnie muzyka określana jako lekka, łatwa i przyjemna. Coś w tym może generalnie jest, ale po tych paru odsłuchach to nasuwa mi się inne okołowakacyjne skojarzenie: składanka hitów na lato. Aczkolwiek zdecydowanie bardziej różnorodna stylistycznie i ciekawsza, niż te sygnowane logotypami stacji radiowych, nawet bym zaryzykował tezę że ciut butlegowa. Serio, gdyby ktoś mi to podrzucił bez poinformowania, że to jakiś duet, to byłbym pewien, że słucham jakiejś randomowej składanki jakiejś niszowej wytwórni muzycznej, bo co utwór to brzmi jak z zupełnie innej parafii - jeden chce być jakimś post-rockiem, drugi trip-hopem, gdzieś tu nawet przewija się country, nie mówiąc już o tym, że praktycznie każdy kawałek wykonuje ktoś inny.
Poziom generalnie jest dość zróznicowany i jest tu parę rzeczy, które mi się spodobało i trochę na które mehłem. Goodbye (zabawne, że ten kawałek otwiera płytę heh) brzmi ciekawie, faktycznie jakieś echa Teardrop w tym pobrzmiewają, ale słyszę w tym też trochę post-rocka, trochę czegoś tam jeszcze i możliwe, że gdzieś sobie ten kawałek zapiszę i doń wrócę. Nobody Loves You (The Way I Do) to bardzo rzetelny trip-hop, ale odnoszę wrażenie, że ciężko generalnie taką muzykę spieprzyć - zobaczymy z perspektywy czasu, czy będę do niego wracać czy nie. Ciężkie Dropsy to muzyka z menusów gierki, raczej podziękuję, Where I Belong brzmi jak jakaś Taylor Swift i nie wiem - może kiedyś zaskoczy, ale generalnie to był ten moment, w którym pierwszy raz uświadomiłem sobie, że ta płyta jest maksymalnie losowa i raczej traktuję to jako sympatyczną ciekawostkę, aczkolwiek coś w tym generalnie jest i nie skreślam tego utworu.
A Change Is Gonna Come jest niby okej, ale też jakoś mnie nie porywa, Drifter też jest taki jakiś smętny, brzmi jak zespół zrzynający od Slowdive, który dostał slot na offie w sobotę o 16 i poszedłem na nich, bo z reguły jak tam jeżdzę na dzień to chodzę na wszystkie koncerty, bo w innym przypadku czuję się jakbym zmarnował hajs za karnet xD People Say po tych balladkach brzmi jakby ktoś tam układając tracklistę po prostu włączył opcję shuffle i poszedł grać w csa, ale akurat mi się spodobało - może nie było DROPU, którego chciał Dragon, ale brzmi spoko. Every Single Day jest takie se o, po prostu tym razem sztuczna inteligencja nagrała kawałek w stylistyce indie z lat zerowych, wyszło ni dobrze ni źle. W Waves moją uwagę przyciągnęła coda, która brzmi jak coś z Moon Safari, ale nie chce mi się sprawdzać skąd dokładnie ten cytat. xd Na końcu dostajemy dwa instrumetalne kawałki, które niby są miłe, ale totalnie forgettable.
No i generalnie to śmiesznie wyszło, bo niby pierwotna konkluzja miała być taka, że to płyta, gdzie będę wracać do pojedynczych tracków niż do całości, a jak tak się w nie wgłębiłem, to się okazało, że w sumie to prawie wszystkie są dla mnie nijakie, a jednocześnie albumu jako całości słuchało mi się paradoksalnie całkiem nieźle, mimo tego nieustannego uczucia obcowania z kompilacją. No cóż, wnioski możecie wyciągnąć sobie sami, ja nie jestem tu ani na tak ani na nie, tylko stoję tam gdzie stało ZOMO
Albo nie. Wrzucam teraz.
Honeyroot - The Sun Will Come
Naturalnie nazwa Honeyroot nic mi nie mówi, toteż praktycznie podchodzę do tej płyty w ciemno i bez jakichkolwiek uprzedzeń. Nieco więcej mi mówi nazwa Heaven 17, ale żaden ze mnie sajkofan, tj. po prostu lubię jedną ich płytę z ejtisów, więc też mi ciężko w tym przypadku o jakieś punkty odniesienia czy coś w ten deseń.
Ciężko generalnie uniknąć tu wakacyjno-letnich porównań, bo wicie: środek lata, Murzyn, płyta The Sun Will Come i generalnie muzyka określana jako lekka, łatwa i przyjemna. Coś w tym może generalnie jest, ale po tych paru odsłuchach to nasuwa mi się inne okołowakacyjne skojarzenie: składanka hitów na lato. Aczkolwiek zdecydowanie bardziej różnorodna stylistycznie i ciekawsza, niż te sygnowane logotypami stacji radiowych, nawet bym zaryzykował tezę że ciut butlegowa. Serio, gdyby ktoś mi to podrzucił bez poinformowania, że to jakiś duet, to byłbym pewien, że słucham jakiejś randomowej składanki jakiejś niszowej wytwórni muzycznej, bo co utwór to brzmi jak z zupełnie innej parafii - jeden chce być jakimś post-rockiem, drugi trip-hopem, gdzieś tu nawet przewija się country, nie mówiąc już o tym, że praktycznie każdy kawałek wykonuje ktoś inny.
Poziom generalnie jest dość zróznicowany i jest tu parę rzeczy, które mi się spodobało i trochę na które mehłem. Goodbye (zabawne, że ten kawałek otwiera płytę heh) brzmi ciekawie, faktycznie jakieś echa Teardrop w tym pobrzmiewają, ale słyszę w tym też trochę post-rocka, trochę czegoś tam jeszcze i możliwe, że gdzieś sobie ten kawałek zapiszę i doń wrócę. Nobody Loves You (The Way I Do) to bardzo rzetelny trip-hop, ale odnoszę wrażenie, że ciężko generalnie taką muzykę spieprzyć - zobaczymy z perspektywy czasu, czy będę do niego wracać czy nie. Ciężkie Dropsy to muzyka z menusów gierki, raczej podziękuję, Where I Belong brzmi jak jakaś Taylor Swift i nie wiem - może kiedyś zaskoczy, ale generalnie to był ten moment, w którym pierwszy raz uświadomiłem sobie, że ta płyta jest maksymalnie losowa i raczej traktuję to jako sympatyczną ciekawostkę, aczkolwiek coś w tym generalnie jest i nie skreślam tego utworu.
A Change Is Gonna Come jest niby okej, ale też jakoś mnie nie porywa, Drifter też jest taki jakiś smętny, brzmi jak zespół zrzynający od Slowdive, który dostał slot na offie w sobotę o 16 i poszedłem na nich, bo z reguły jak tam jeżdzę na dzień to chodzę na wszystkie koncerty, bo w innym przypadku czuję się jakbym zmarnował hajs za karnet xD People Say po tych balladkach brzmi jakby ktoś tam układając tracklistę po prostu włączył opcję shuffle i poszedł grać w csa, ale akurat mi się spodobało - może nie było DROPU, którego chciał Dragon, ale brzmi spoko. Every Single Day jest takie se o, po prostu tym razem sztuczna inteligencja nagrała kawałek w stylistyce indie z lat zerowych, wyszło ni dobrze ni źle. W Waves moją uwagę przyciągnęła coda, która brzmi jak coś z Moon Safari, ale nie chce mi się sprawdzać skąd dokładnie ten cytat. xd Na końcu dostajemy dwa instrumetalne kawałki, które niby są miłe, ale totalnie forgettable.
No i generalnie to śmiesznie wyszło, bo niby pierwotna konkluzja miała być taka, że to płyta, gdzie będę wracać do pojedynczych tracków niż do całości, a jak tak się w nie wgłębiłem, to się okazało, że w sumie to prawie wszystkie są dla mnie nijakie, a jednocześnie albumu jako całości słuchało mi się paradoksalnie całkiem nieźle, mimo tego nieustannego uczucia obcowania z kompilacją. No cóż, wnioski możecie wyciągnąć sobie sami, ja nie jestem tu ani na tak ani na nie, tylko stoję tam gdzie stało ZOMO
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak forma Melki? Puszczamy grę dalej i nadrobisz czy chciałbyś coś napisać?Malkolit pisze:15 lip 2022 23:26Ha, pierwszy odsłuch po dłuższej przerwie, czekałem na to!
Ale forma kiepska, nie umiem się skupić, ewidentnie drugiego dziś nie będzie. Ale płyta mi się podoba, na pewno będzie nawiązanie do wrzutek Shodana, opinia na pewno będzie pozytywna. Jest dobrze, to bardzo przyjemny powrót.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Nadrobię w następnej turze. Mam bardzo ważną rzecz do zrobienia, jutro koło południa będzie po wszystkim i, bez względu na wynik, trzeba będzie odreagować. Najlepiej przy muzyce.
Ale dlatego właśnie nie piszę, bo muszę się koncentrować na czymś innym. I to trochę zachodu wymaga.
Ale dlatego właśnie nie piszę, bo muszę się koncentrować na czymś innym. I to trochę zachodu wymaga.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No spoko. Każdy ma czasem swoje sprawy. Forum to przecież nie wszystko. Dobrze, że uprzedziłeś. Tak powinno właśnie być, żeby kolegów uprzedzić o czasowej nieobecności. To jest po prostu dowodem szacunku względem innych. Powodzenia życzę. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dzięki Melki za tak szybką odpowiedź, chociaż wiemy na czym stoimy. Cokolwiek tam masz do ogarnięcia - powodzenia
W ramach podsumowania powiem jedynie że nie spodziewałem się w sumie peanów na cześć Honeyroot, była to ciekawostka i tak w sumie została odebrana. Fajnie że shodanowi wokale się spodobały jak obstawiałem, ogólnie w sumie jemu najbardziej chyba przypadło do gustu i na to liczyłem. Co do dublowania w osobnej bestce utworów z albumów które tu wrzucamy, pomyślę czy warto. Nie zależy mi na prejzach, grunt że muzyka została sprzedana jakkolwiek. A w następnej kolejce obiecuję wrócić na wyższy poziom
My w międzyczasie możemy powoli przechodzić do omawiania albumu Fishmans Uchū Nippon Setagaya
W ramach podsumowania powiem jedynie że nie spodziewałem się w sumie peanów na cześć Honeyroot, była to ciekawostka i tak w sumie została odebrana. Fajnie że shodanowi wokale się spodobały jak obstawiałem, ogólnie w sumie jemu najbardziej chyba przypadło do gustu i na to liczyłem. Co do dublowania w osobnej bestce utworów z albumów które tu wrzucamy, pomyślę czy warto. Nie zależy mi na prejzach, grunt że muzyka została sprzedana jakkolwiek. A w następnej kolejce obiecuję wrócić na wyższy poziom
My w międzyczasie możemy powoli przechodzić do omawiania albumu Fishmans Uchū Nippon Setagaya
Hien pisze:07 lip 2022 13:19Fishmans - Uchū Nippon Setagaya
Nadejszła wiekopomna chwila. Sądząc po ostatniej kolejce, powinienem wycelować mnie więcej tak, że będziecie tego słuchać i recenzować w pierwszą rocznicę mojej wielkiej, znanej na forum, fazy na Fishmans xD Konsensus wśród fanów jest taki, że „Uchū Nippon Setagaya” to najlepszy album zespołu, przy czym generalnie wielkie poważanie ma cała trylogia „Setegaya”, czyli albumy „Kuchu Camp”, „Long Season” i wspomniane „Uchu” (wydane w 96 i 97 roku). Fishmans podpisali po albumie „Orange” gruba umowę z Polydor. Była to wygrana na loterii muzycznego życia, ale warunki cyrografu były spore ponieważ zakładały nagranie i wydanie 3 albumów w dwa lata. Zespół nie tylko dokonał tego szaleńczego czynu, ale nagrał najbardziej szanowane albumy w dyskografii. Wybrałem „Uchu” z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że jako album, jest to najfajniejsza propozycja trylogii. „Kuchu Camp” (to na nim jest „Night Cruising”) uwielbiam równie mocno i w zasadzie oba te albumy chciałbym tu wrzucić, ale nie mogę, zatem przyznam bez bicia, że wybieram ten bardziej, hmm, medialny? „Long Season” w wersji studyjnej jest ok, ale dopiero koncertowa powala na ziemię niczym spirytus.
No, ale zamiast pisać czemu pewnych albumów nie wybrałem, to rozwinę wątek „Uchū Nippon Setagaya”. To jest ostatni album Fishmans nagrany przed śmiercią lidera, Shinji’ego Sato. Po nim, zaczęli demować kolejne piosenki (niektóre w wersjach demo potem wyszły) i wydali jeden singiel, wrzucony już przeze mnie “ゆらめきin the Air”. „Uchu” to był album dziwny. Pierwsze kilka utworów, to niemal solo Shinjiego, chłop przynosił już prawie gotowe rzeczy do studia. Zespół miał wiarę w dzieła tego zdolnego Japończyka. Tempo nagrywania tych ostatnich płyt było mordercze i nie za bardzo było inne wyjście. „Pokka Pokka” to bardzo chillowy kawałek, który przypomina mi klimaty, które zrobiły się dosyć modne jakoś na początku 00sów. Napisałbym, że Fishmans próbują tu nowych dla siebie rzeczy, ale tak można pisać o każdym kawałku na płycie. „Weather Report” to jest dosyć fazowa rzecz, nie wiem nawet co moge o niej napisać, tego trzeba posłuchać. "うしろ姿" to jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Co tu się nie dzieje. Utwór przechodzi w utwór i przechodzi w utwór. Bardzo pomysłowo zaaranżowane, zagrane, ale przede wszystkim hipnotycznie zaśpiewane przez Sato. „In the Flight” to jeden z tych kawałków, których używa się w jakichś tributach dla Saton i generalnie jest to bardzo refleksyjny utwór. Nie piszę smutny, bo on w zasadzie nie jest smutny tylko taki, nie wiem, rozdzierający, ale z czymś pozytywnym unoszącym się w powietrzu.
„Magic Love” (tudzież jak śpiewa Shinji – MADŻIKURA) to był pierwszy singiel. Z początku nie ogarnąłem tego numeru, to było za bardzo psycho, ale potem zaczął wchodzić jak złoto. W sumie wszystko tu jest dobre, począwszy od perkusyjnego intra, elektroniki, melodii. Jest tu coś takiego wakacyjnego w tym. "バックビートにのっかって" to jest długi i pokrętny, ale dosyć wciągający kawałek. Każda wersja live brzmiała trochę inaczej. Nocne klimaty, czyli to co lubię. Najlepsze jednak nadchodzi wraz z następnym kawałkiem. „Walking in the Rhythm” to kolos, który z początku wydawał mi się za długi, zbyt monotonny, za bardzo reggae… wiecie, wszystkie takie pierdy, które niektórym Wam pojawią się w głowach, ostrzegam więc, bo to się zmienia z czasem.
Któregoś razu, wracając pociągiem do domu, wkręciłem się w „Walking in the Rhythm” jak wiertarka. W mieszkaniu słuchałem tego dalej i chodziłem w kółko powtarzając razem z zespołem „łokin ze ryzem, łokin ze ryzem, łokin ze ryzem”. Jeżeli miałbym z tego kawałka zostawić jeden instrument, to byłby to bas. Yuzuru Kashiwabara to był niesamowicie utalentowany basista, facet każdy utwór zamieniał w złoto, ale tu już dochodzi do poziomu kosmicznego. Dragon kiedyś napisał, że wersja live z 1998 r. jest lepsza, ale nie mogę się z tym zgodzić. Tamta jest bardziej zwarta i ma jakieś naleciałości z remiksu, ale brakuje w niej tej motoryczności i tego co w studyjnej jest takie wyjątkowe. Niemniej, wszystkie wersje mi się w jakimś stopniu podobają.
Album kończy „Daydream”, który jest dosyć niezłą siekierą kiedy słucha się tej płyty znając historię zespołu. Shinji Sato zmarł na początku 1999 r., do końca nie wiadomo na co, podobno był na coś chory. Wiele osób podejrzewało samobójstwo, ze względu na mocno depresyjne teksty, które Shinji pisał w ostatnim roku swojego życia. „Daydream” ma taki lekko depresyjny wydźwięk. Wszystko tu robi na mnie wrażenie, gitara, arpeggio z syntezatora i ta figura gitarowa, która zapętla się pod koniec. Numer wzniosły, ale moim zdaniem nie pretensjonalny, bo Fishmans nie potrafią być pretensjonalni, nawet jeżeli robią wszystko żeby tak brzmieć. To jest trzech uśmiechniętych Japończyków i to się zawsze przebija w ich muzyce, choćby grali poważne, kilkunastominutowe kompozycje. Może dlatego tak bardzo do mnie trafia ich twórczość, bo tu jest absolutne zero pozerstwa. Można sobie tylko wyobrażać, co oni mogli osiągnąć gdyby Sato nie zmarł. Zwrot „japońskie Radiohead” jest słuszny, może nie ze względu na brzmienie, ale to w jaki bezkompromisowy sposób ten zespół zaczął się rozwijać i jak olbrzymi talent mieli jego członkowie.
Fishmans przebyli długą drogę od prostego bandu ska i reggae do jednego z najbardziej odważnych japońskich zespołów, który przy śmiesznym deadlinie, nagrał swoje najlepsze albumy. Te ostatnie płyty, zespół nagrał jako trio: Shinji Sato (gitara, wokal), Yuzuru Kashiwabara (bas) i Kin-ichi Motegi (perkusja) z pomocą koncertowego składu: Honzi (skrzypce, klawisze) i Dartsa (gitary). Piękny album wspaniałego zespołu, który nigdy by się nie przebił na Zachodzie gdyby, heh, RYM.
https://www.youtube.com/watch?v=SxsvkiCzFjg
Słuchajcie, powyższy link to jedyny w miarę przyzwoity jakie jest na YT. Nie ma żadnej oficjalnej playlisty, jest tylko składak wrzutek ludzi, różnej jakośći. Polecam żebyście w ogóle nie słuchali tego z YT, tylko weszli na Spotify lub ściągnęli z neta (jest tylko jedna wersja albumu).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Fishmans - Uchu Nippon Setagaya
Mając za sobą pierwsze zderzenie z Fishmans w postaci Yurameki... nieco obawiałem się wejścia w cały album tej grupy. Podobnie jak shodan chyba najbardziej obawiałem się wokali bo pamiętałem że instrumentalnie nie było tak strasznie, tylko trochę może zbyt melancholijny tamten numer był. Wokale omówię na koniec a tymczasem opowiem o muzyce track-by-track:
Pokka Pokka
Podoba mi się wykorzystanie wibrafonu (bądź klawiszy o takim brzmieniu), z miejsca nadaje ciepłego tonu temu utworowi. Perkusja jest lekka i całkowicie nieinwazyjna, wystukuje rytm ale nie prowadzi kawałka, już bardziej robią to te gitarowe zagrywki. Pierwszy zgryz to smyczki, które moim zdaniem zbyt głośno grają w miksie. Na koniec pobrzękuje jeszcze tamburyn, ogólnie spokojne wejście w album, bez zachwytu ale rzetelnie.
Weather Report
Tu od razu otrzymujemy żywszy i tłustszy groove, który mi pobrzmiewa najntisowym dance-rockiem, znaczy się dobrze bo to taki nurt który bardzo lubię. Jest to pierwsza z długich, rytmicznych kompozycji na tej płycie, które początkowo są ok ale przez swą długość mają czas się bardziej wkręcić nim kawałek się kończy. Podoba mi się jak w pewnym momencie wchodzi ta funky wah-wah gitara. Nad całością krąży jeszcze ambientowy synth który przełamuje ciepłe, żwawe brzmienie reszty i sprawia że ten numer całkiem spaja mi się z okładką tej płyty - z jednej strony świeci słońce a jednocześnie pada chłodny deszczyk. Ostatnie dwie minuty utworu to dla mnie czysta przyjemność słuchania, żałuję że DM nie poszli bardziej w takie lekkie taneczne brzmienie na SOFAD (najbliżej jeszcze Mercy In You albo Rush).
Ushirosugata
Tu znów niezły groove (ale rym), bardziej basowo, perkusja znów lżejsza. Przy tym kawałku mam problem z wokalami, za bardzo miauczy dla mnie Shinji i ponownie wchodzą za głośno smyczki. Nie czuję tego numeru, pomimo fajnego rytmu potem robi się chaos w tym kawałku.
In The Flight
Fajnie stłumione brzmienie perskusji, przyjemne leniwe gitary. W trakcie odsłuchu nie mogłem zrozumieć dlaczego jednak jawi mi się jako równie nieciekawy co poprzedni utwór - do czasu aż wróciła perkusja, nie zwróciłem uwagi że zamilkła a jednak była dla mnie istotna. Z nią jest lepiej ale nadal czegoś mi brak
Magic Love
Wjeżdża MADŻIKURA, uderza dubem po gębie i z miejsca wiadomo że zaczyna się ciekawsza część albumu
Przyjemnie plumka ten syntezator po refrenie. Smyczki tym razem nie psują mi wrażenia. Lekki mięciutki japoński dub, czyli to na co czekałem od Fishmans w tej grze.
Back Beat Ni Nokkatte
Utrzymujemy to dubowe brzmienie basu ale klimat utworu już jest inny. Numer jest bardziej rozwleczony, jest tu więcej przestrzeni i każdy dźwięk występujący w kontrze do basu skupia na sobie uwagę, czy ta lounge'owo brzmiąca gitara czy różnej maści klawisze. Lubię takie kawałki, rytm się utrzymuje a umysł wędruje po kolejnych instrumentach. Z tym że to jest taka podróż bez celu, nie liczy się finał tej podróży tylko ona sama w sobie i przyjemność jaką daje, coś bardziej jak spacer po którym wracamy jednak do domu.
Walking In The Rhythm
Tutaj najbardziej widać jak inaczej odbieramy z Hienem muzykę i na co innego nasze uszy i umysły są wyczulone. Dla mnie ten numer od razu jawił się jako najlepszy na płycie. Spodobały mi się klawisze na początku, dobry rytm znów w stylu dub reggae, smyczki znów spoko, proste rzeczy ale działają i sprawiają że Łokin Ze Ryzem (aka Chodząc Za Ryżem) łącząc trochę doświadczenia dwóch poprzednich utworów (długa kompozycja i bardziej oczywiste zatopienie w reggae) wysuwa się u mnie na prowadzenie. Jest też najdłuższy na płycie więc być może ma tą przewagę że ma więcej czasu by się wkręcić człowiekowi.
Daydream
Prawdę mówiąc na tym etapie miałem już wrażenie że poprzedni utwór wyczerpał wystarczająco potencjał tej płyty i mógłby śmiało ją zamykać i bałem się czy cokolwiek po nim będzie miało jeszcze jakikolwiek sens. Mamy tu leniwy rytm i lounge'owe gitary znowu, myślę że to dobry pomysł by zamknąć album spokojniejszą kompozycją, niczym dobranocką zwieńczyć dzień spędzony za dzieciaka na bieganiu za piłką i chodzeniu po drzewach (trochę jest taka beztroska atmosfera na tej płycie). Podobają mi się wchodzące potem synth i dzwoneczki/wibrafon? Tylko dodają tego beztroskiego uroku utworowi. Na koniec dochodzą smyczki, robi się bardziej melancholijnie i przypominam sobie wtedy że dzieciństwo to było jednak dawno i jestem tylko brodatym dadem który za taką beztroską tęskni. I tak trochę smutnawo sprowadza mnie na ziemię ta końcówka i w sumie szkoda.
I koniec. Nie całkiem mi to zakończenie weszło może ostatecznie ale album jako taki nie jest zły. Ma nawet swoje mocne momenty i to z grubsza jest połowa płyty, zwłaszcza ta druga. Podeszły mi dłuższe, "podróżujące" kompozycje gdyż jak wiadomo ja takie numery lubię, nóżka chodzi a umysł odpływa. Magic Love jawi się jako taki przebój z tej płyty, potem najprzystępniejsze chyba Weather Report i Walking In The Rhythm. Co do wokali tylko raz mnie naprawdę mierziły co opisałem w konkretnym utworze, poza tym trochę je olewałem, nie gryzły mnie ale nijak też nie pomagały, tak samo jak bariera językowa. Jeśli złapię kiedyś fazę na Fishmans wtedy pewnie się przełamię i będę grzebał w tekstach.
Było ok, dodam też że dopiero PO przesłuchaniu tego albumu Yurameki In The Air wchodzi jak należy jako taki bonus do niego i nawet się podoba (choć nie wszystkim wokół może
). Patrząc teraz wstecz na Hienowe wrzutki albumowe pomyślmy... wiadomo na razie Nonsuch numerem jeden pozostaje, ale Fishmans wchodzi na miejsce drugie spokojnie :-) myślę że wrócę do tego chętniej niż do DHOH nawet i jest szansa że może coś więcej dyskografii ugryzę. Nie ma więc wielkiego zachwytu ale są solidne podstawy pod grower i to czasem jest najlepsza pozycja wyjściowa.
Mając za sobą pierwsze zderzenie z Fishmans w postaci Yurameki... nieco obawiałem się wejścia w cały album tej grupy. Podobnie jak shodan chyba najbardziej obawiałem się wokali bo pamiętałem że instrumentalnie nie było tak strasznie, tylko trochę może zbyt melancholijny tamten numer był. Wokale omówię na koniec a tymczasem opowiem o muzyce track-by-track:
Pokka Pokka
Podoba mi się wykorzystanie wibrafonu (bądź klawiszy o takim brzmieniu), z miejsca nadaje ciepłego tonu temu utworowi. Perkusja jest lekka i całkowicie nieinwazyjna, wystukuje rytm ale nie prowadzi kawałka, już bardziej robią to te gitarowe zagrywki. Pierwszy zgryz to smyczki, które moim zdaniem zbyt głośno grają w miksie. Na koniec pobrzękuje jeszcze tamburyn, ogólnie spokojne wejście w album, bez zachwytu ale rzetelnie.
Weather Report
Tu od razu otrzymujemy żywszy i tłustszy groove, który mi pobrzmiewa najntisowym dance-rockiem, znaczy się dobrze bo to taki nurt który bardzo lubię. Jest to pierwsza z długich, rytmicznych kompozycji na tej płycie, które początkowo są ok ale przez swą długość mają czas się bardziej wkręcić nim kawałek się kończy. Podoba mi się jak w pewnym momencie wchodzi ta funky wah-wah gitara. Nad całością krąży jeszcze ambientowy synth który przełamuje ciepłe, żwawe brzmienie reszty i sprawia że ten numer całkiem spaja mi się z okładką tej płyty - z jednej strony świeci słońce a jednocześnie pada chłodny deszczyk. Ostatnie dwie minuty utworu to dla mnie czysta przyjemność słuchania, żałuję że DM nie poszli bardziej w takie lekkie taneczne brzmienie na SOFAD (najbliżej jeszcze Mercy In You albo Rush).
Ushirosugata
Tu znów niezły groove (ale rym), bardziej basowo, perkusja znów lżejsza. Przy tym kawałku mam problem z wokalami, za bardzo miauczy dla mnie Shinji i ponownie wchodzą za głośno smyczki. Nie czuję tego numeru, pomimo fajnego rytmu potem robi się chaos w tym kawałku.
In The Flight
Fajnie stłumione brzmienie perskusji, przyjemne leniwe gitary. W trakcie odsłuchu nie mogłem zrozumieć dlaczego jednak jawi mi się jako równie nieciekawy co poprzedni utwór - do czasu aż wróciła perkusja, nie zwróciłem uwagi że zamilkła a jednak była dla mnie istotna. Z nią jest lepiej ale nadal czegoś mi brak
Magic Love
Wjeżdża MADŻIKURA, uderza dubem po gębie i z miejsca wiadomo że zaczyna się ciekawsza część albumu
Back Beat Ni Nokkatte
Utrzymujemy to dubowe brzmienie basu ale klimat utworu już jest inny. Numer jest bardziej rozwleczony, jest tu więcej przestrzeni i każdy dźwięk występujący w kontrze do basu skupia na sobie uwagę, czy ta lounge'owo brzmiąca gitara czy różnej maści klawisze. Lubię takie kawałki, rytm się utrzymuje a umysł wędruje po kolejnych instrumentach. Z tym że to jest taka podróż bez celu, nie liczy się finał tej podróży tylko ona sama w sobie i przyjemność jaką daje, coś bardziej jak spacer po którym wracamy jednak do domu.
Walking In The Rhythm
Tutaj najbardziej widać jak inaczej odbieramy z Hienem muzykę i na co innego nasze uszy i umysły są wyczulone. Dla mnie ten numer od razu jawił się jako najlepszy na płycie. Spodobały mi się klawisze na początku, dobry rytm znów w stylu dub reggae, smyczki znów spoko, proste rzeczy ale działają i sprawiają że Łokin Ze Ryzem (aka Chodząc Za Ryżem) łącząc trochę doświadczenia dwóch poprzednich utworów (długa kompozycja i bardziej oczywiste zatopienie w reggae) wysuwa się u mnie na prowadzenie. Jest też najdłuższy na płycie więc być może ma tą przewagę że ma więcej czasu by się wkręcić człowiekowi.
Daydream
Prawdę mówiąc na tym etapie miałem już wrażenie że poprzedni utwór wyczerpał wystarczająco potencjał tej płyty i mógłby śmiało ją zamykać i bałem się czy cokolwiek po nim będzie miało jeszcze jakikolwiek sens. Mamy tu leniwy rytm i lounge'owe gitary znowu, myślę że to dobry pomysł by zamknąć album spokojniejszą kompozycją, niczym dobranocką zwieńczyć dzień spędzony za dzieciaka na bieganiu za piłką i chodzeniu po drzewach (trochę jest taka beztroska atmosfera na tej płycie). Podobają mi się wchodzące potem synth i dzwoneczki/wibrafon? Tylko dodają tego beztroskiego uroku utworowi. Na koniec dochodzą smyczki, robi się bardziej melancholijnie i przypominam sobie wtedy że dzieciństwo to było jednak dawno i jestem tylko brodatym dadem który za taką beztroską tęskni. I tak trochę smutnawo sprowadza mnie na ziemię ta końcówka i w sumie szkoda.
I koniec. Nie całkiem mi to zakończenie weszło może ostatecznie ale album jako taki nie jest zły. Ma nawet swoje mocne momenty i to z grubsza jest połowa płyty, zwłaszcza ta druga. Podeszły mi dłuższe, "podróżujące" kompozycje gdyż jak wiadomo ja takie numery lubię, nóżka chodzi a umysł odpływa. Magic Love jawi się jako taki przebój z tej płyty, potem najprzystępniejsze chyba Weather Report i Walking In The Rhythm. Co do wokali tylko raz mnie naprawdę mierziły co opisałem w konkretnym utworze, poza tym trochę je olewałem, nie gryzły mnie ale nijak też nie pomagały, tak samo jak bariera językowa. Jeśli złapię kiedyś fazę na Fishmans wtedy pewnie się przełamię i będę grzebał w tekstach.
Było ok, dodam też że dopiero PO przesłuchaniu tego albumu Yurameki In The Air wchodzi jak należy jako taki bonus do niego i nawet się podoba (choć nie wszystkim wokół może
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko sprostuję, bo widzę że nie zaakcentowałem tego wystarczająco, że ja od początku ceniłem Chodzenie z Ryżem, zwłaszcza motyw na pianinku i basik, ale to nie był poziom zachwytu, z jakim teraz traktuję ten kawałek (top3 albumu). Ten utwór zyskuje z czasem, więc Murzyn może mieć materiał na poważnego growera growerów.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Fishmans - Uchu Nippon Setagaya
Zapaleni użytkownicy RYMa tacy jak ja (i Mentos) nie mają prawa nie kojarzyć tego kulturalnego japońskiego zespołu. Odnoszę wrażenie, że nadpopularność tam to fundament ich "renesansu" na Zachodzie. Absolutnie zasłużenie. Po poznaniu koncertowej płytki z 1999 roku zacząłem rozumieć, gdzie tkwi przyczyna tego zaskoczenia. Dla mnie to stanowczo za długa płyta i nawet fillerki się zdarzają, ale nie da się tam nie wychwycić (podwójne zaprzeczenia najlepsze) naprawdę potężnych rzeczy. Night Cruisin i Walking in the Rhythm to po prostu piękności. Pisanie więcej byłoby zbędnym wodolejstwem. Prawdziwie poetycka, magiczna muzyka, której nie da się jednoznacznie wcisnąć w konkretne gatunki. W ten sposób zaklina się jakieś pojedyncze momenty z życia i przechowuje na dłużej w pamięci. Mogliśmy się spodziewać, że Hien uraczy nas jakąś płytą Fiszumansu, a że nie brał pod uwagę koncertówki (przynajmniej z tego, co możemy przeczytać) to jeszcze lepiej. Wyjdzie na to, że Uchu to ich pierwszy studyjniak poznany przeze mnie.
Myślę sobie bardzo ogólnie na początek. Pełna energia tych utworów ujawnia się prędzej na żywo, tutaj nie ułatwia im tego dość zduszona perkusja i bardzo uporządkowana produkcja. Z drugiej strony okaże się, że nie zawsze trzeba większej energetyczności... W In the Flight drumsy mają głębsze doły, ale dalej nie brzmią jak coś po prostu zagranego i puszczonego na płytę. Nie jest to nic złego. Po prostu wydaje mi się, że tę różnicę warto podkreślić. Z King Crimson mam podobnie w przypadku paru utworów. Na dzień dobry zawsze mam problemy z wokalem, bo poza Fishmans nie słucham specjalnie więcej rzeczy wyśpiewanych w ten sposób i w tym języku, ale na to pomaga regularne osłuchanie. Podzielam zachwyty hienowe nad grą basisty. Wszystkie utwory są kunsztownie zbudowane, czasami jest bardziej rockersko, miejscami zbliżają się do reggae/dubu, ale każdy z nich opiera się na (znowu) basowej poetyce. Wywijanie tak rozbudowanych, plastycznych, płynnych partii to jest Sztuka. Magic Love to reprezentatywny przykład. Bez tego płynnego tła byłoby już za dużo drewna, a tak wszystko nabiera odpowiedniego kolorytu i rytmu. Psychodela odpowiednio podbita. Reszta elementów dobrze pasuje jako pewna zwarta całość, gdybym miał je wydzielać to byłaby już jakaś nadgorliwość i doszukiwanie się czegoś, co na mnie nie działa.
Tylko ten trzeci numer to taka faktycznie wątpliwa rzecz. Raczej filler, bo nie ma szczęścia mieć tylu ciekawych dodatków co reszta. Pokka Pokka to jeszcze grzeczne chill wprowadzenie, ale z czasem robi się gęściej. Teraz jest trochę za ciepło na taką muzykę, jej idealnym środowiskiem dla mnie jest wczesny wieczór, żeby tylko z czasem robiło się wyraźnie ciemniej. Kolejna wariacja na temat melancholii i energii, emocji kierowanych do wewnątrz. Płyta nagrana i wyprodukowana pod spokojne słuchanie w domu, bo koncerty jak koncerty, ale w ten sposób kreuje się kameralne landszafciki, którymi trudno inaczej się dzielić. Po Magic Love zaczyna się moja ulubiona część albumu. Takie rozmyte, bujające, lekko rozciągnięte czasowo Fishmans lubię najbardziej. Ikoniczne zatrzymanie w środku! Jest tutaj przestrzeń idealna - bujający rytm, gitarowe plumkania bez spuszczania się nad techniką, ciekawe linijki wokalne, basowy poemacik w tle. Najwięcej czasu i tak poświęciłem Walking in the Rhythm. W porównaniu do wspomnianej koncertówki to właściwie zupełnie inny utwór. Tutaj to tak rozciągnięte wyciszenie nie jest problemem. Znowu ta perka... po 2-3 minutach jest już całkiem ok, ale nie mogłem się początkowo przyzwyczaić. Cała reszta na wysokim poziomie. Bardzo satysfakcjonujący jest dość wysoko grany basik. Razem z tym posępnym dźwiękiem cały czas grającym w tle odpowiadają za bardziej tripowy charakter utworu, one robią tutaj największa psychodeliczną czarną dziurę. Growera nie będzie, bo mój stosunek do Walking in the Rhythm jest znany, ale teraz jeszcze bardziej jest do czego wracać. Sprawdziłem sobie dodatkowo też EPkę z remiksami... CO TAM SIĘ DZIEJE DOPIERO. Ten pierwszy, najkrótszy z miejsca powinien lądować w zestawieniach kanonu trip hopu. Niesamowicie rozbujany, a do tego z odpowiednio przedawkowanym basem. Teraz już się nie dziwię, czemu koncertówkę lubię i dalej będę lubił bardziej, choć jak porównać końcówki, to już wolę to wyciszenie z płyty trwające 40 minut. W tym przypadku to naprawdę świetny kryzys urodzaju. Na koniec tej laurki dodam, że dla mnie to skojarzenie reggae/dub jest wyraźniejsze w innych miejscach na płycie.
Daydream to specyficzne zakończenie. Te pętle i arpeggia dopełniają surrealistyczny obraz. Tutaj jest im najbliżej do Radiohead. Nie tracą przy tym swojego wyrazistego stylu. Depresyjność i rozedrganie wychodzą tutaj pełną parą, choć użyte środki są bardzo subtelnymi zagrywkami. Będę szukać dalej. Już w międzyczasie sprawdzałem albumowe Night Crusin i przez to pewnie Kuchu będzie następne w kolejce. Chyba tylko Heartstrings podobało mi się równie mocno. Mudżyn wrzucił mocnego średniaka, a u Hiena najlepsza wrzuta.
Zapaleni użytkownicy RYMa tacy jak ja (i Mentos) nie mają prawa nie kojarzyć tego kulturalnego japońskiego zespołu. Odnoszę wrażenie, że nadpopularność tam to fundament ich "renesansu" na Zachodzie. Absolutnie zasłużenie. Po poznaniu koncertowej płytki z 1999 roku zacząłem rozumieć, gdzie tkwi przyczyna tego zaskoczenia. Dla mnie to stanowczo za długa płyta i nawet fillerki się zdarzają, ale nie da się tam nie wychwycić (podwójne zaprzeczenia najlepsze) naprawdę potężnych rzeczy. Night Cruisin i Walking in the Rhythm to po prostu piękności. Pisanie więcej byłoby zbędnym wodolejstwem. Prawdziwie poetycka, magiczna muzyka, której nie da się jednoznacznie wcisnąć w konkretne gatunki. W ten sposób zaklina się jakieś pojedyncze momenty z życia i przechowuje na dłużej w pamięci. Mogliśmy się spodziewać, że Hien uraczy nas jakąś płytą Fiszumansu, a że nie brał pod uwagę koncertówki (przynajmniej z tego, co możemy przeczytać) to jeszcze lepiej. Wyjdzie na to, że Uchu to ich pierwszy studyjniak poznany przeze mnie.
Myślę sobie bardzo ogólnie na początek. Pełna energia tych utworów ujawnia się prędzej na żywo, tutaj nie ułatwia im tego dość zduszona perkusja i bardzo uporządkowana produkcja. Z drugiej strony okaże się, że nie zawsze trzeba większej energetyczności... W In the Flight drumsy mają głębsze doły, ale dalej nie brzmią jak coś po prostu zagranego i puszczonego na płytę. Nie jest to nic złego. Po prostu wydaje mi się, że tę różnicę warto podkreślić. Z King Crimson mam podobnie w przypadku paru utworów. Na dzień dobry zawsze mam problemy z wokalem, bo poza Fishmans nie słucham specjalnie więcej rzeczy wyśpiewanych w ten sposób i w tym języku, ale na to pomaga regularne osłuchanie. Podzielam zachwyty hienowe nad grą basisty. Wszystkie utwory są kunsztownie zbudowane, czasami jest bardziej rockersko, miejscami zbliżają się do reggae/dubu, ale każdy z nich opiera się na (znowu) basowej poetyce. Wywijanie tak rozbudowanych, plastycznych, płynnych partii to jest Sztuka. Magic Love to reprezentatywny przykład. Bez tego płynnego tła byłoby już za dużo drewna, a tak wszystko nabiera odpowiedniego kolorytu i rytmu. Psychodela odpowiednio podbita. Reszta elementów dobrze pasuje jako pewna zwarta całość, gdybym miał je wydzielać to byłaby już jakaś nadgorliwość i doszukiwanie się czegoś, co na mnie nie działa.
Tylko ten trzeci numer to taka faktycznie wątpliwa rzecz. Raczej filler, bo nie ma szczęścia mieć tylu ciekawych dodatków co reszta. Pokka Pokka to jeszcze grzeczne chill wprowadzenie, ale z czasem robi się gęściej. Teraz jest trochę za ciepło na taką muzykę, jej idealnym środowiskiem dla mnie jest wczesny wieczór, żeby tylko z czasem robiło się wyraźnie ciemniej. Kolejna wariacja na temat melancholii i energii, emocji kierowanych do wewnątrz. Płyta nagrana i wyprodukowana pod spokojne słuchanie w domu, bo koncerty jak koncerty, ale w ten sposób kreuje się kameralne landszafciki, którymi trudno inaczej się dzielić. Po Magic Love zaczyna się moja ulubiona część albumu. Takie rozmyte, bujające, lekko rozciągnięte czasowo Fishmans lubię najbardziej. Ikoniczne zatrzymanie w środku! Jest tutaj przestrzeń idealna - bujający rytm, gitarowe plumkania bez spuszczania się nad techniką, ciekawe linijki wokalne, basowy poemacik w tle. Najwięcej czasu i tak poświęciłem Walking in the Rhythm. W porównaniu do wspomnianej koncertówki to właściwie zupełnie inny utwór. Tutaj to tak rozciągnięte wyciszenie nie jest problemem. Znowu ta perka... po 2-3 minutach jest już całkiem ok, ale nie mogłem się początkowo przyzwyczaić. Cała reszta na wysokim poziomie. Bardzo satysfakcjonujący jest dość wysoko grany basik. Razem z tym posępnym dźwiękiem cały czas grającym w tle odpowiadają za bardziej tripowy charakter utworu, one robią tutaj największa psychodeliczną czarną dziurę. Growera nie będzie, bo mój stosunek do Walking in the Rhythm jest znany, ale teraz jeszcze bardziej jest do czego wracać. Sprawdziłem sobie dodatkowo też EPkę z remiksami... CO TAM SIĘ DZIEJE DOPIERO. Ten pierwszy, najkrótszy z miejsca powinien lądować w zestawieniach kanonu trip hopu. Niesamowicie rozbujany, a do tego z odpowiednio przedawkowanym basem. Teraz już się nie dziwię, czemu koncertówkę lubię i dalej będę lubił bardziej, choć jak porównać końcówki, to już wolę to wyciszenie z płyty trwające 40 minut. W tym przypadku to naprawdę świetny kryzys urodzaju. Na koniec tej laurki dodam, że dla mnie to skojarzenie reggae/dub jest wyraźniejsze w innych miejscach na płycie.
Daydream to specyficzne zakończenie. Te pętle i arpeggia dopełniają surrealistyczny obraz. Tutaj jest im najbliżej do Radiohead. Nie tracą przy tym swojego wyrazistego stylu. Depresyjność i rozedrganie wychodzą tutaj pełną parą, choć użyte środki są bardzo subtelnymi zagrywkami. Będę szukać dalej. Już w międzyczasie sprawdzałem albumowe Night Crusin i przez to pewnie Kuchu będzie następne w kolejce. Chyba tylko Heartstrings podobało mi się równie mocno. Mudżyn wrzucił mocnego średniaka, a u Hiena najlepsza wrzuta.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fishmans - Uchū Nippon Setagaya
Od początku zabawy miałem świadomość, że Fishmans prędzej czy później się tu musi pojawić i bałem się tego momentu panicznie. Po wcześniejszych pojedynczych próbach posłuchania tego zespołu, także w wersji live, byłem nastawiony raczej wrogo. Bóg mi światkiem, jak bardzo nie chciało mi się tego słuchać. A wszystko za sprawą kuriozalnego wokalu, który mnie skutecznie za każdym razem odrzucał. Po pierwszych dwóch odsłuchach albumu myślałem, że w recenzji zmasakruję ten album nie gorzej niż zwykł czynić to legendarny Czez. Jeszcze do wczoraj nie byłem przekonany, więc wstrzymałem się z recenzją. Uznałem, że wciąż za mało tego posłuchałem. Niektórzy potrafią oceniać muzykę po 2-3 odsłuchach i potem rzadko zmieniają zdanie. Ja wiem, że najczęściej potrzebuję więcej czasu i więcej odsłuchów, żeby się z muzyką zaprzyjaźnić. I nie zwykłem się w takich sytuacjach łatwo poddawać. Więc dzisiaj rano włączyłem sobie album po raz kolejny i… coś zaczęło wreszcie iskrzyć. Potem słuchałem po raz kolejny i kolejny. I było coraz lepiej. Przeczytałem wcześniej reckę strippeda, która mi w sumie trochę nawet pomogła. Mudżyn tak ładnie utwór po utworze wszystko opisał, że wiedziałem na co zwrócić baczniejszą uwagę. Usłyszałem tu i ówdzie parę rzeczy, na które sam nie zwróciłem uwagi albo mi umknęły. Zaznaczę od razu że nadal wkurza mnie ten miauczący wokalista. Czasami mam wrażenie, jakby to wręcz jakiś dzieciak się wydurniał. Gość ma co prawda miękki głos, ale mam wrażenie, że mógłby śpiewać inaczej, jakby chciał, a jednak robi to specjalnie. No ale w Japonia to specyficzny i dziwny kraj i widocznie jest tam zapotrzebowanie na takie wokale. Taka już uroda tego narodu po prostu.
Album zaczyna się całkiem nieźle. Pokka Pokka to dobry utwór. Fajne te klawisze brzmiące jak jakieś cymbałki. Niezgorsze partie gitarowe, skrzypce też na plus. Nawet ten wokal jeszcze do przełknięcia.
Drugi utwór, rytmiczny Weather Report, nawet lepszy od pierwszego. Klawisze robią dobre tło przez cały czas trwania utworu. Fajny bas i gitary. Ta funky gitara, o której pisał golas rzeczywiście pocieszna i ciekawa. Wokalista już zaczyna odpływać powoli w swój świat.
W Ushirosugata mamy świetny bas. Podoba mi się ten utwór najbardziej z dotychczasowych, chociaż pod względem wokalu to chyba najbardziej irytujący moment na płycie. Koci koncert trwa już na całego. Krótka partia smyczkowa jak zwykle mile przeze mnie widziana.
Czwarty utwór In The Flight i znów jest tylko lepiej. Super są dla mnie te zabawy z perkusją, która nie dość, że świetnie brzmi, to jeszcze znika na jakiś czas, żeby się potem znowu pojawić. Lubię takie zabiegi bardzo. Akustyczne i elektryczne gitary fajnie się przeplatają i uzupełniają. I na końcu miła niespodzianka w postaci harmonijki ustnej.
Magic Love to niestety dla mnie najsłabsza pozycja na albumie. Nie przepadam za reggae, a to właśnie taki utwór. Słabo brzmią te gdaczące gitary naprawdę.
Back Beat Ni Nokkatte to utwór już o niebo lepszy. Ładna kompozycja zagrana w nieśpiesznym tempie. Podoba mi się refren bardzo. Znów świetny bas, ale właściwie na całym albumie bas bryluje. Ciekawie brzmiące gitary i nie gorsze klawisze. Lekko drażnią jedynie te miauczące niby chórki na końcu.
Walking In The Rhythm to taki trochę powrót do reggae, ale w dużo lepszym wydaniu, niż Magic Love. To rzeczywiście może być najlepszy utwór na albumie. A jego długość działa tylko na jego korzyść. Znów chce się pochwalić świetny bas, jest pianino, są skrzypce. Wszystko doskonale umiejscowione. Momenty bez tej reggae gitary najlepsze. I ta dłuuugo ciągnąca i wyciszająca się pianinkowa końcówka jest po prostu rewelacyjna. Coś tak dobrze brzmiącego i przemyślanego mogłoby dla mnie trwać i trwać. I myślę, że Walking In The Rhythm powinien zamykać ten album. To najlepszy zamykacz, jaki można sobie wyobrazić. Nie twierdzę, że Daydream źle spełnia tę rolę, ale Walking In The Rhythm jest w tym jeszcze lepszy.
No i mamy na końcu wspomniany Daydream – bardzo ładna balladka ze świetnym oczywiście po raz kolejny basem i fajną zagrywką gitarową w drugiej części utworu.
Zawsze pisałem, że wokal potrafi popsuć najlepszą muzykę i tak najczęściej jest. Ale tutaj jednak wartość samych kompozycji i warstwy dźwiękowej jest na tyle duża, że jednak jestem gotów przymknąć nawet oko na te wokale. Może nawet z czasem do nich przywyknę? Bo zamierzam wracać do tej płyty nie raz. Specyficzny wokal nie może przysłonić prawdziwej wartości tego albumu. Okazuje się, że w Japonii też potrafią robić bardzo dobrą muzykę. Nigdy niczego z Japonii nie słuchałem, więc śmiało mogę wreszcie dopisać sobie ten kraj do mojego muzycznego cv.
Generalnie jestem pozytywnie zaskoczony mimo niezwykle trudnych początków.
Od początku zabawy miałem świadomość, że Fishmans prędzej czy później się tu musi pojawić i bałem się tego momentu panicznie. Po wcześniejszych pojedynczych próbach posłuchania tego zespołu, także w wersji live, byłem nastawiony raczej wrogo. Bóg mi światkiem, jak bardzo nie chciało mi się tego słuchać. A wszystko za sprawą kuriozalnego wokalu, który mnie skutecznie za każdym razem odrzucał. Po pierwszych dwóch odsłuchach albumu myślałem, że w recenzji zmasakruję ten album nie gorzej niż zwykł czynić to legendarny Czez. Jeszcze do wczoraj nie byłem przekonany, więc wstrzymałem się z recenzją. Uznałem, że wciąż za mało tego posłuchałem. Niektórzy potrafią oceniać muzykę po 2-3 odsłuchach i potem rzadko zmieniają zdanie. Ja wiem, że najczęściej potrzebuję więcej czasu i więcej odsłuchów, żeby się z muzyką zaprzyjaźnić. I nie zwykłem się w takich sytuacjach łatwo poddawać. Więc dzisiaj rano włączyłem sobie album po raz kolejny i… coś zaczęło wreszcie iskrzyć. Potem słuchałem po raz kolejny i kolejny. I było coraz lepiej. Przeczytałem wcześniej reckę strippeda, która mi w sumie trochę nawet pomogła. Mudżyn tak ładnie utwór po utworze wszystko opisał, że wiedziałem na co zwrócić baczniejszą uwagę. Usłyszałem tu i ówdzie parę rzeczy, na które sam nie zwróciłem uwagi albo mi umknęły. Zaznaczę od razu że nadal wkurza mnie ten miauczący wokalista. Czasami mam wrażenie, jakby to wręcz jakiś dzieciak się wydurniał. Gość ma co prawda miękki głos, ale mam wrażenie, że mógłby śpiewać inaczej, jakby chciał, a jednak robi to specjalnie. No ale w Japonia to specyficzny i dziwny kraj i widocznie jest tam zapotrzebowanie na takie wokale. Taka już uroda tego narodu po prostu.
Album zaczyna się całkiem nieźle. Pokka Pokka to dobry utwór. Fajne te klawisze brzmiące jak jakieś cymbałki. Niezgorsze partie gitarowe, skrzypce też na plus. Nawet ten wokal jeszcze do przełknięcia.
Drugi utwór, rytmiczny Weather Report, nawet lepszy od pierwszego. Klawisze robią dobre tło przez cały czas trwania utworu. Fajny bas i gitary. Ta funky gitara, o której pisał golas rzeczywiście pocieszna i ciekawa. Wokalista już zaczyna odpływać powoli w swój świat.
W Ushirosugata mamy świetny bas. Podoba mi się ten utwór najbardziej z dotychczasowych, chociaż pod względem wokalu to chyba najbardziej irytujący moment na płycie. Koci koncert trwa już na całego. Krótka partia smyczkowa jak zwykle mile przeze mnie widziana.
Czwarty utwór In The Flight i znów jest tylko lepiej. Super są dla mnie te zabawy z perkusją, która nie dość, że świetnie brzmi, to jeszcze znika na jakiś czas, żeby się potem znowu pojawić. Lubię takie zabiegi bardzo. Akustyczne i elektryczne gitary fajnie się przeplatają i uzupełniają. I na końcu miła niespodzianka w postaci harmonijki ustnej.
Magic Love to niestety dla mnie najsłabsza pozycja na albumie. Nie przepadam za reggae, a to właśnie taki utwór. Słabo brzmią te gdaczące gitary naprawdę.
Back Beat Ni Nokkatte to utwór już o niebo lepszy. Ładna kompozycja zagrana w nieśpiesznym tempie. Podoba mi się refren bardzo. Znów świetny bas, ale właściwie na całym albumie bas bryluje. Ciekawie brzmiące gitary i nie gorsze klawisze. Lekko drażnią jedynie te miauczące niby chórki na końcu.
Walking In The Rhythm to taki trochę powrót do reggae, ale w dużo lepszym wydaniu, niż Magic Love. To rzeczywiście może być najlepszy utwór na albumie. A jego długość działa tylko na jego korzyść. Znów chce się pochwalić świetny bas, jest pianino, są skrzypce. Wszystko doskonale umiejscowione. Momenty bez tej reggae gitary najlepsze. I ta dłuuugo ciągnąca i wyciszająca się pianinkowa końcówka jest po prostu rewelacyjna. Coś tak dobrze brzmiącego i przemyślanego mogłoby dla mnie trwać i trwać. I myślę, że Walking In The Rhythm powinien zamykać ten album. To najlepszy zamykacz, jaki można sobie wyobrazić. Nie twierdzę, że Daydream źle spełnia tę rolę, ale Walking In The Rhythm jest w tym jeszcze lepszy.
No i mamy na końcu wspomniany Daydream – bardzo ładna balladka ze świetnym oczywiście po raz kolejny basem i fajną zagrywką gitarową w drugiej części utworu.
Zawsze pisałem, że wokal potrafi popsuć najlepszą muzykę i tak najczęściej jest. Ale tutaj jednak wartość samych kompozycji i warstwy dźwiękowej jest na tyle duża, że jednak jestem gotów przymknąć nawet oko na te wokale. Może nawet z czasem do nich przywyknę? Bo zamierzam wracać do tej płyty nie raz. Specyficzny wokal nie może przysłonić prawdziwej wartości tego albumu. Okazuje się, że w Japonii też potrafią robić bardzo dobrą muzykę. Nigdy niczego z Japonii nie słuchałem, więc śmiało mogę wreszcie dopisać sobie ten kraj do mojego muzycznego cv.
Generalnie jestem pozytywnie zaskoczony mimo niezwykle trudnych początków.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie zgrabnie to ująłeś że muzyka jest na tyle dobra że wokale jakoś ujdą. Najśmieszniejsze że spodziewałem się innej ich płyty bo wydawało mi się (już nie jestem pewien) że słyszałem coś fajnego z Orange a to może w ogóle co innego już było,nie wiem, a okazuje się że w sumie na Uchu dostałem to na co czekałem. Fishmansi mają taką fajną miękkość w tej muzyce która jest oryginalna dla mnie, mają swój niepowtarzalny smak i takie coś lubię, tak jak i swój "smak" miały dla mnie w tej grze albumy Nonsuch od XTC czy Discipline od King Crimson.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
A dla mnie to nie ma aż takiej różnicy wokale-"muzyka", bez minimalnego zaakceptowania tego pierwszego to byłoby dość dziwne lubić takie coś
*może nie zaakceptowania, po prostu polubienia też
*może nie zaakceptowania, po prostu polubienia też
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pierwszy raz spodobała mi się płyta, choć wokal nadal uważam za beznadziejny. Nie myślałem, że to możliwe, a jednak.
Póki co nie będę tego puszczał w pracy, bo koledzy słysząc ten wokal dziwnie by się na mnie patrzyli. Już i tak wystarczająco niepokojąco się gapią, jak puszczam rap.
Póki co nie będę tego puszczał w pracy, bo koledzy słysząc ten wokal dziwnie by się na mnie patrzyli. Już i tak wystarczająco niepokojąco się gapią, jak puszczam rap.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Potwierdza się, nawet tutaj, że Fishmans to nie jest tylko egzotyczny kaprys RYMu, ale dobra muzyka, która się broni u każdego kto ma chociaż cień gustu muzycznego.
Swoją drogą, Shodan znowu słyszy reggae tam gdzie ja go nie słyszę. Tzn wiadomo, że to jest w DNA zespołu, jako grupy przez lata grającej głównie dub, reggae, itd, ale akurat Magic Love ma to reggae może symbolicznie zaakcentowane jakimiś mini akcentami i nic więcej.
https://youtu.be/DaGYWom5rxk
Faktycznie swego czasu wrzucałem go chyba kilka razy pod rząd i to jeden z moich ulubionych kawałków Fishmans, ale całe Orange to nie jest materiał na wrzutke tutaj. I kilka innych płyt jeszcze by w kolejce przed nim było, np Kuchu Camp, King Master George, itd.
Jeszcze swoją drogą, "Pokka Pokka" zawsze kojarzył mi się z "Talking Bout My Baby" Fatboy Slima.
Swoją drogą, Shodan znowu słyszy reggae tam gdzie ja go nie słyszę. Tzn wiadomo, że to jest w DNA zespołu, jako grupy przez lata grającej głównie dub, reggae, itd, ale akurat Magic Love ma to reggae może symbolicznie zaakcentowane jakimiś mini akcentami i nic więcej.
Zakładam, że piszesz o tym kawałkustripped pisze:20 lip 2022 20:50spodziewałem się innej ich płyty bo wydawało mi się (już nie jestem pewien) że słyszałem coś fajnego z Orange a to może w ogóle co innego już było,nie wiem, a okazuje się że w sumie na Uchu dostałem to na co czekałem.
https://youtu.be/DaGYWom5rxk
Faktycznie swego czasu wrzucałem go chyba kilka razy pod rząd i to jeden z moich ulubionych kawałków Fishmans, ale całe Orange to nie jest materiał na wrzutke tutaj. I kilka innych płyt jeszcze by w kolejce przed nim było, np Kuchu Camp, King Master George, itd.
Jeszcze swoją drogą, "Pokka Pokka" zawsze kojarzył mi się z "Talking Bout My Baby" Fatboy Slima.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To ostatecznie robimy ten Erpland czy nie?
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O widzisz, dobre pytanie które miałem zadać w swoim czasie. Możemy albo lecieć normalnie i robić po Fishmans albo przełożyć go na koniec kolejki do czasu aż się Melkiemu sytuacja wyklaruje. Wypowiedzcie się. A może zanim dokończymy Fishmans sprawa się sama wyjaśni i Melki wróci, kto wie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W sumie dla mnie prosta sprawa. Jak Melki wróci, to OT wskakuje po aktualnie omawianym albumie, oczywiście jeżeli wcześniej Tomek (ależ sobie pozwalam) wrzuci brakujące recenzje. W innym wypadku, zostawiamy album na koniec, chyba że dostaniemy wyraźne potwierdzenie od Melkiego, że nie gra.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie i o tym też myślałem. I taki pomysł sam popieram. Najwyżej będę Ozric słuchał na bieżąco w tygodniu w którym wskoczy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bez dodatkowego info ze strony Melkiego ja bym przynajmniej wrzucił Ozric na koniec kolejki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Co za różnica xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn