Best of Forum
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Matthew Feasley – Best Drugs
Wracamy nad morze i tym razem nie tylko odczuciami, ale i genezą (nie utworu, ale poznania, chociaż kto wie?). Niektórzy mogą pamiętać, jak wrzucałem ten kawałek rok temu do Plebiscytu II, niektórzy znaczy jeden Shodan, który wtedy ciepło go skomentował. To jest pierwsza z przynajmniej kilku planowanych wrzutek (tutaj, a może nawet w temacie albumów), które pochodzą z filmu „I Used To Go Here”, który obejrzałem trochę z przypadku podczas zeszłego urlopu, i który zauroczył mnie pod wieloma względami, ale przede wszystkim soundtrackiem. Nie wiem kto to kompilował, ale robił to z niesamowitym wyczuciem, do tego wybierając zespoły z amerykańskiej sceny indie (bo i sam film jest raczej indie). Wiele z nich pochodzi z Chicago, więc nie jest wykluczony krewnizmiznajomizmkróilka, ale to dobrze, bo w innym wypadku, taki Matthew Feasley nie miałby w ogóle szans na taką ekspozycję.
O tym gościu nic praktycznie nie wiadomo. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale dosłownie nie ma skąd. Na YT utwór jest wrzucony automatem, więc sekcja komentarzy wyłączona. Na bandcampie ani bio, ani komentarzy. Z Instagrama dowiedziałem się tylko, że kilka tygodni temu, Feasley opublikował swoje opowiadanie pt. „The Swimsuit”. Jeśli chodzi o muzykę, wydał tylko tego jednego singla, na którym oprócz „Best Drugs”, znajduje się jeszcze jeden utwór. To jest, siłą rzeczy, moja najbardziej hipsterska wrzutka jak dotąd.
Kontekst zajmie tutaj więcej miejsca niż opis utworu, bo kawałek jest bardzo prosty. Skromny syntezator w tle, gitara grająca najklasyczniejsze rockowe arpeggio, automat perkusyjny i wokal plus jedno mini solo (z tych, które mają robić klimat, a nie pokazywać umiejętności). Jest coś wyjątkowego, zaklętego w takich prostych kawałkach. Dużo tu sentymentów, romantyzmu i takiej ciepłej, rozmarzonej atmosfery. Wokal Fealsey’a jest równie ciepły, spokojny, przypomina mi trochę Nicka Drake’a pod tym względem, że zawsze wydawało się jakby śpiewał uśmiechnięty (co nie jest prawdą, ale tak to brzmi).
Odkąd zaczęliśmy tę grę, „Best Drugs” chodziło mi po głowie i bardzo chciałem to wrzucić jakoś szybko, ale nie było dobrego momentu na to między kawałkami, które wybierałem. Tak się złożyło, że wjeżdża prawie na sam koniec, ale może jest w tym jakiś sens. To jest kolejny utwór, który mimo że tyczy się raczej początków, to ma w sobie coś z klimatów, o które zahaczyłem już przy okazji The Smiths, czy Bretta Andresona, czyli jakiegoś pożegnania, rozliczenia, wspominania i tęsknoty. Mimo, że oczywiście będziemy kontynuować tę grę (mam nadzieję przez całe lata), to jednak ta pierwsza 25-tka zawsze będzie wyjątkowa.
https://www.youtube.com/watch?v=c-KiMOE-Kww
Wracamy nad morze i tym razem nie tylko odczuciami, ale i genezą (nie utworu, ale poznania, chociaż kto wie?). Niektórzy mogą pamiętać, jak wrzucałem ten kawałek rok temu do Plebiscytu II, niektórzy znaczy jeden Shodan, który wtedy ciepło go skomentował. To jest pierwsza z przynajmniej kilku planowanych wrzutek (tutaj, a może nawet w temacie albumów), które pochodzą z filmu „I Used To Go Here”, który obejrzałem trochę z przypadku podczas zeszłego urlopu, i który zauroczył mnie pod wieloma względami, ale przede wszystkim soundtrackiem. Nie wiem kto to kompilował, ale robił to z niesamowitym wyczuciem, do tego wybierając zespoły z amerykańskiej sceny indie (bo i sam film jest raczej indie). Wiele z nich pochodzi z Chicago, więc nie jest wykluczony krewnizmiznajomizmkróilka, ale to dobrze, bo w innym wypadku, taki Matthew Feasley nie miałby w ogóle szans na taką ekspozycję.
O tym gościu nic praktycznie nie wiadomo. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale dosłownie nie ma skąd. Na YT utwór jest wrzucony automatem, więc sekcja komentarzy wyłączona. Na bandcampie ani bio, ani komentarzy. Z Instagrama dowiedziałem się tylko, że kilka tygodni temu, Feasley opublikował swoje opowiadanie pt. „The Swimsuit”. Jeśli chodzi o muzykę, wydał tylko tego jednego singla, na którym oprócz „Best Drugs”, znajduje się jeszcze jeden utwór. To jest, siłą rzeczy, moja najbardziej hipsterska wrzutka jak dotąd.
Kontekst zajmie tutaj więcej miejsca niż opis utworu, bo kawałek jest bardzo prosty. Skromny syntezator w tle, gitara grająca najklasyczniejsze rockowe arpeggio, automat perkusyjny i wokal plus jedno mini solo (z tych, które mają robić klimat, a nie pokazywać umiejętności). Jest coś wyjątkowego, zaklętego w takich prostych kawałkach. Dużo tu sentymentów, romantyzmu i takiej ciepłej, rozmarzonej atmosfery. Wokal Fealsey’a jest równie ciepły, spokojny, przypomina mi trochę Nicka Drake’a pod tym względem, że zawsze wydawało się jakby śpiewał uśmiechnięty (co nie jest prawdą, ale tak to brzmi).
Odkąd zaczęliśmy tę grę, „Best Drugs” chodziło mi po głowie i bardzo chciałem to wrzucić jakoś szybko, ale nie było dobrego momentu na to między kawałkami, które wybierałem. Tak się złożyło, że wjeżdża prawie na sam koniec, ale może jest w tym jakiś sens. To jest kolejny utwór, który mimo że tyczy się raczej początków, to ma w sobie coś z klimatów, o które zahaczyłem już przy okazji The Smiths, czy Bretta Andresona, czyli jakiegoś pożegnania, rozliczenia, wspominania i tęsknoty. Mimo, że oczywiście będziemy kontynuować tę grę (mam nadzieję przez całe lata), to jednak ta pierwsza 25-tka zawsze będzie wyjątkowa.
https://www.youtube.com/watch?v=c-KiMOE-Kww
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jean-Michel Jarre - Equinoxe 4
Chlip, chlip, czyżby to była ostatnia okazja na wspominki o muzyce Francuza? Problem z wyborem pojedynczego kawałka Żą Miszela polega na tym, że ja właściwie nigdy nie zatrzymuję się na czymś pojedynczym i konkretnym. Za największe osiągnięcia JMJ uważam te płyty stanowiące jakąś spójną opowieść, z których trudno cokolwiek wycinać. Dla osoby mniej zorientowanej w jego muzyce to żaden problem, bo nastukał tyle przebojów, one żyją swoim własnym życiem, do dziś funkcjonują w wielu sytuacjach w totalnym oderwaniu od reszty. Ale nie dla mnie xD Moje doświadczenia z tą muzyką są inne i musiałem pogłówkować. Tout est bleu odpada, bo Jarre na śmieszno to moje najświeższe odkrycie, z tego powodu nie zacząłem go słuchać i doceniać. Oxygene ma genialną pierwszą stronę i to byłaby zbrodnia, a najbardziej popularna czwórka nie jest w mojej ścisłej czołówce. Z Chronologie też nie mam serca nic wyciąć, a do tego właściwie na YT w dobrej jakości są tylko te badziewne wrzutki z remastera. Na ratunek przyszedł Equinoxe. Oczywiście też ma utwory bardzo mocno spięte ze sobą, ale w paru przypadkach mają na tyle specyficzny rozbieg do właściwej kompozycji, że nie jest to dla mnie aż tak problematyczna kwestia.
Łatwiej mi też wybrać coś z Equinoxe, bo to w tym momencie ta płyta, którą darzę największym uznaniem. Na Oxygene potrzebuję trochę więcej energii i specyficznego nastroju, a Równonoc jest bardziej spójna, wyważona, mniej pstrokata brzmieniowo, ale i tak do pewnego stopnia żywiołowa. Dziwnym trafem udało mi się wyłowić akurat ten jedyny moment na płycie, gdzie pojawia się mellotron, a to ci heca... Na pierwszej stronie jest większe zróżnicowanie, później wszystko zdaje się być podporządkowane basowym sekwencjom i arpeggiom, natomiast tutaj po paru impresjach nadchodzi poważny, może lekko patetyczny, ale dobrze poprowadzony motyw. Nie chcę popadać w jakieś stany natchnienia, więc może tak skromnie tym razem. Jak Jarre w 1978 roku tak doskonale dopracował to brzmienie, wszystko chodzi jak trzeba, nie ma wyraźnie tandetnych motywów i zagrywek, automaty perkusyjne, syntezatory, sekwencery, Eminent, mellotron... kosmita.
Jeśli ktoś wrzuci coś z Oxygene, to z pewnością wrócę do jakichś anegdotek i ciekawostek, o JMJ warto dużo gadać, a przede wszystkim warto dużo słuchać. Teraz nie chcę rozmijać tematu.
https://www.youtube.com/watch?v=fpWNimba344
Ten dzień już raczej do końca będzie pod patronatem Żara, tym się zazwyczaj kończy każda wrzutka na jego temat.
Chlip, chlip, czyżby to była ostatnia okazja na wspominki o muzyce Francuza? Problem z wyborem pojedynczego kawałka Żą Miszela polega na tym, że ja właściwie nigdy nie zatrzymuję się na czymś pojedynczym i konkretnym. Za największe osiągnięcia JMJ uważam te płyty stanowiące jakąś spójną opowieść, z których trudno cokolwiek wycinać. Dla osoby mniej zorientowanej w jego muzyce to żaden problem, bo nastukał tyle przebojów, one żyją swoim własnym życiem, do dziś funkcjonują w wielu sytuacjach w totalnym oderwaniu od reszty. Ale nie dla mnie xD Moje doświadczenia z tą muzyką są inne i musiałem pogłówkować. Tout est bleu odpada, bo Jarre na śmieszno to moje najświeższe odkrycie, z tego powodu nie zacząłem go słuchać i doceniać. Oxygene ma genialną pierwszą stronę i to byłaby zbrodnia, a najbardziej popularna czwórka nie jest w mojej ścisłej czołówce. Z Chronologie też nie mam serca nic wyciąć, a do tego właściwie na YT w dobrej jakości są tylko te badziewne wrzutki z remastera. Na ratunek przyszedł Equinoxe. Oczywiście też ma utwory bardzo mocno spięte ze sobą, ale w paru przypadkach mają na tyle specyficzny rozbieg do właściwej kompozycji, że nie jest to dla mnie aż tak problematyczna kwestia.
Łatwiej mi też wybrać coś z Equinoxe, bo to w tym momencie ta płyta, którą darzę największym uznaniem. Na Oxygene potrzebuję trochę więcej energii i specyficznego nastroju, a Równonoc jest bardziej spójna, wyważona, mniej pstrokata brzmieniowo, ale i tak do pewnego stopnia żywiołowa. Dziwnym trafem udało mi się wyłowić akurat ten jedyny moment na płycie, gdzie pojawia się mellotron, a to ci heca... Na pierwszej stronie jest większe zróżnicowanie, później wszystko zdaje się być podporządkowane basowym sekwencjom i arpeggiom, natomiast tutaj po paru impresjach nadchodzi poważny, może lekko patetyczny, ale dobrze poprowadzony motyw. Nie chcę popadać w jakieś stany natchnienia, więc może tak skromnie tym razem. Jak Jarre w 1978 roku tak doskonale dopracował to brzmienie, wszystko chodzi jak trzeba, nie ma wyraźnie tandetnych motywów i zagrywek, automaty perkusyjne, syntezatory, sekwencery, Eminent, mellotron... kosmita.
Jeśli ktoś wrzuci coś z Oxygene, to z pewnością wrócę do jakichś anegdotek i ciekawostek, o JMJ warto dużo gadać, a przede wszystkim warto dużo słuchać. Teraz nie chcę rozmijać tematu.
https://www.youtube.com/watch?v=fpWNimba344
Ten dzień już raczej do końca będzie pod patronatem Żara, tym się zazwyczaj kończy każda wrzutka na jego temat.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No to jazda.
The Killers - Mr. Brightside (rok wydania 2004, rok pierwszego odsłuchu 2007)
https://www.youtube.com/watch?v=gGdGFtwCNBE
Był czas, kiedy nie było dla mnie nic poza Ultravoxem, Visage, Alphaville, Animotion, New Order itp. Celowo skoncentruję się na tych 2 pierwszych, bowiem wiosną 2006 dosłownie odpier*oliło mi na ich punkcie. Nie liczyło się nic więcej. Tylko ja, SS i zasysanie kolejnych singli, bootlegów i innych obskjurów, gdyż miałem przemożną potrzebę posiadania absolutnie WSZYSTKIEGO, co ukazało się oficjalnie i nieoficjalnie i dotyczyło tych zespołów (punkt absurdu osiągnąłem, kiedy wyszarpałem niemal wszystkie wersje singla The Perfect Kiss NO nawet, jeśli były to podłej jakości vinyl ripy, po prostu chciałem wysłuchać każdej wersji, jaka wyszła w każdym kraju), a nawet mi się to do pewnego stopnia udawało. Dlaczego zaczynam od tego właśnie? Gdyż wówczas przynajmniej zacząłem się otwierać na dyskusje (choć tyle) o innej muzyce, innych wykonawcach i innych gatunkach in general. W klasie w liceum miałem albo metali albo hard rockowców, ale była niewielka grupa (właściwie może ze 3 osoby), która cisnęła modną wówczas alternatywę w postaci Franza Ferdinanda, Bloc Party, My Chemical Romance i właśnie Killersów. Tak się złożyło, że później tego roku ukazał się drugi album tych ostatnich, czyli Sam's Town. Wszyscy się podniecali, ja miałem to gdzieś do tego stopnia, że nie odsłuchałem nawet jednego numeru. Na Eskę Rock też miałem wywalone, więc usłyszenie czegokolwiek w radio od nich nie wchodziło w grę. A potem był rok 2007, już wielokrotnie opisywany tutaj przeze mnie przy innych wrzutkach no i wiosna 2007, kiedy zacząłem robić mały revival The Bravery. Podrzuciłem debiut kumplowi z tejże grupy, a on mi wcisnął Killersów. Zapuścił na swojej empetrójce Read My Mind i nagle walnęło mnie w łeb. Zresztą, gość śmieszkował, że brzmią jak New Order (niemal wszyscy cisnęli ze mnie bekę, że słucham takiego - w ich mniemaniu - ejtisowego gówna), tyle że... to faktycznie brzmiało jak New Order, więc się jarałem, i ten typ to wiedział, i też się jarał (nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nazwa zespołu została "pożyczona" z wideo do numeru Crystal NO). Także jaraliśmy się wszyscy. Ja na tyle, że zassałem cały album. I poszło!
Najpierw to, potem debiut, czyli Hot Fuss, a na koniec dostałem premierę Sawdust. Nawet, jeśli była to kompilacja, to nie miałem lepszego sposobu na dorwanie b-side'ów (ejtisy latały po SS aż miło, nowszych rzeczy nie szło dorwać nawet po drugiej stronie globu). Dodajmy do tego - moim zdaniem - naprawdę dobre Shadowplay w ich wykonaniu, czy świetne Tranquilize, no i remiks wrzuconego kawałka autorstwa Jacquesa LuConta. Ten remiks towarzyszył mi przez całą jesień, każdy spacer, każdą smutną, stulejarską posiadówę przed kompem, gdy rozmawiałem z pewną panną... Niemniej jednak przed remiksem był oryginał. Hot Fuss słuchałem głównie latem, a przede wszystkim w sierpniu, akurat pojechaliśmy z rodzicami w góry na kilka dni, i tak łażąc sobie po Dolinie Chochołowskiej miałem gdzieś odgłosy natury, bo wolałem Andy You're a Star. Raz, że debiut Killersom wyszedł nieziemski, to jeszcze mieli fantastyczne kawałki na singlach. Mr Brightside kupił mnie od razu, energiczny, rozrywający, napięcie rosło z każdą nutą, świetny tekst, mocarny refren i coda, no czego chcieć więcej. Właśnie, tekst... traktowałem go wówczas potwornie osobiście, gdyż (przyjmując drugą "oficjalną" narrację dot. jego interpretacji) identyfikowałem się z podmiotem lirycznym w odniesieniu do w/w laski, z którą każdego popołudnia gadałem niemal w nieskończoność przez GG. Kilka lat później nawet nam pykło, ale to zupełnie inna historia i zupełnie inne okoliczności. Wówczas jednak melancholia czy wprost pewna rozpacz płynąca z tego utworu była przepełniająca do granic możliwości. Nawet nie mogłem się zdecydować, czy bardziej wolę wersję oryginalną czy wspomniany remiks, który był dla mnie "wydłużeniem" bólu xD zapodaję zresztą niżej, bo dla mnie stanowi doskonały załącznik do oryginału:
https://youtu.be/RSheh22KGQg
Także, prawdopodobnie Ameryki nie odkrywam, bo zapewne większość z Was ten numer zna (Hien aż za dobrze), ale walić to. To jest moja total bestka, na marginesie dodam, że tamtego schyłku lata poza The Killers odkrywałem jeszcze EN oraz Cinematic Orchestra (to ostatnie również sprzedane przez Ziomka z Warszawy[TM]), i obok wyssanego rzutem na taśmę z GTA Vice City INXS zacząłem się naprawdę otwierać wówczas na gitary w muzyce (choć pierwsze, jeszcze wiosną było NIN i Nick Cave & the Bad Seeds, ale wciąż). Do dziś wracam, choć... po tych 2 płytach już żadnej nie przesłuchałem w całości (jeśli traktować Sawdust jako kompilację). Próbowałem z Battle Born, ale jakoś... jakoś nie wyszło
The Killers - Mr. Brightside (rok wydania 2004, rok pierwszego odsłuchu 2007)
https://www.youtube.com/watch?v=gGdGFtwCNBE
Był czas, kiedy nie było dla mnie nic poza Ultravoxem, Visage, Alphaville, Animotion, New Order itp. Celowo skoncentruję się na tych 2 pierwszych, bowiem wiosną 2006 dosłownie odpier*oliło mi na ich punkcie. Nie liczyło się nic więcej. Tylko ja, SS i zasysanie kolejnych singli, bootlegów i innych obskjurów, gdyż miałem przemożną potrzebę posiadania absolutnie WSZYSTKIEGO, co ukazało się oficjalnie i nieoficjalnie i dotyczyło tych zespołów (punkt absurdu osiągnąłem, kiedy wyszarpałem niemal wszystkie wersje singla The Perfect Kiss NO nawet, jeśli były to podłej jakości vinyl ripy, po prostu chciałem wysłuchać każdej wersji, jaka wyszła w każdym kraju), a nawet mi się to do pewnego stopnia udawało. Dlaczego zaczynam od tego właśnie? Gdyż wówczas przynajmniej zacząłem się otwierać na dyskusje (choć tyle) o innej muzyce, innych wykonawcach i innych gatunkach in general. W klasie w liceum miałem albo metali albo hard rockowców, ale była niewielka grupa (właściwie może ze 3 osoby), która cisnęła modną wówczas alternatywę w postaci Franza Ferdinanda, Bloc Party, My Chemical Romance i właśnie Killersów. Tak się złożyło, że później tego roku ukazał się drugi album tych ostatnich, czyli Sam's Town. Wszyscy się podniecali, ja miałem to gdzieś do tego stopnia, że nie odsłuchałem nawet jednego numeru. Na Eskę Rock też miałem wywalone, więc usłyszenie czegokolwiek w radio od nich nie wchodziło w grę. A potem był rok 2007, już wielokrotnie opisywany tutaj przeze mnie przy innych wrzutkach no i wiosna 2007, kiedy zacząłem robić mały revival The Bravery. Podrzuciłem debiut kumplowi z tejże grupy, a on mi wcisnął Killersów. Zapuścił na swojej empetrójce Read My Mind i nagle walnęło mnie w łeb. Zresztą, gość śmieszkował, że brzmią jak New Order (niemal wszyscy cisnęli ze mnie bekę, że słucham takiego - w ich mniemaniu - ejtisowego gówna), tyle że... to faktycznie brzmiało jak New Order, więc się jarałem, i ten typ to wiedział, i też się jarał (nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nazwa zespołu została "pożyczona" z wideo do numeru Crystal NO). Także jaraliśmy się wszyscy. Ja na tyle, że zassałem cały album. I poszło!
Najpierw to, potem debiut, czyli Hot Fuss, a na koniec dostałem premierę Sawdust. Nawet, jeśli była to kompilacja, to nie miałem lepszego sposobu na dorwanie b-side'ów (ejtisy latały po SS aż miło, nowszych rzeczy nie szło dorwać nawet po drugiej stronie globu). Dodajmy do tego - moim zdaniem - naprawdę dobre Shadowplay w ich wykonaniu, czy świetne Tranquilize, no i remiks wrzuconego kawałka autorstwa Jacquesa LuConta. Ten remiks towarzyszył mi przez całą jesień, każdy spacer, każdą smutną, stulejarską posiadówę przed kompem, gdy rozmawiałem z pewną panną... Niemniej jednak przed remiksem był oryginał. Hot Fuss słuchałem głównie latem, a przede wszystkim w sierpniu, akurat pojechaliśmy z rodzicami w góry na kilka dni, i tak łażąc sobie po Dolinie Chochołowskiej miałem gdzieś odgłosy natury, bo wolałem Andy You're a Star. Raz, że debiut Killersom wyszedł nieziemski, to jeszcze mieli fantastyczne kawałki na singlach. Mr Brightside kupił mnie od razu, energiczny, rozrywający, napięcie rosło z każdą nutą, świetny tekst, mocarny refren i coda, no czego chcieć więcej. Właśnie, tekst... traktowałem go wówczas potwornie osobiście, gdyż (przyjmując drugą "oficjalną" narrację dot. jego interpretacji) identyfikowałem się z podmiotem lirycznym w odniesieniu do w/w laski, z którą każdego popołudnia gadałem niemal w nieskończoność przez GG. Kilka lat później nawet nam pykło, ale to zupełnie inna historia i zupełnie inne okoliczności. Wówczas jednak melancholia czy wprost pewna rozpacz płynąca z tego utworu była przepełniająca do granic możliwości. Nawet nie mogłem się zdecydować, czy bardziej wolę wersję oryginalną czy wspomniany remiks, który był dla mnie "wydłużeniem" bólu xD zapodaję zresztą niżej, bo dla mnie stanowi doskonały załącznik do oryginału:
https://youtu.be/RSheh22KGQg
Także, prawdopodobnie Ameryki nie odkrywam, bo zapewne większość z Was ten numer zna (Hien aż za dobrze), ale walić to. To jest moja total bestka, na marginesie dodam, że tamtego schyłku lata poza The Killers odkrywałem jeszcze EN oraz Cinematic Orchestra (to ostatnie również sprzedane przez Ziomka z Warszawy[TM]), i obok wyssanego rzutem na taśmę z GTA Vice City INXS zacząłem się naprawdę otwierać wówczas na gitary w muzyce (choć pierwsze, jeszcze wiosną było NIN i Nick Cave & the Bad Seeds, ale wciąż). Do dziś wracam, choć... po tych 2 płytach już żadnej nie przesłuchałem w całości (jeśli traktować Sawdust jako kompilację). Próbowałem z Battle Born, ale jakoś... jakoś nie wyszło
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Steve Hillage - Unidentified Flying Being
Hillage to brytyjski gitarzysta, jeden ze współtwórców tzw. sceny Canterbury (kanterberyjskiej) - występował m.in. w Gongu (szalona, odjazdowa grupa z lat przede wszystkim 1973-74, żyjąca jak jedna komuna), zanim zaczął karierę solową. Facet, jak i wielu innych, nie chciał być określany jako muzyk progowy, nie uważał się za część tego zjawiska (i za to po nim jechali progogłowi, uważając, że funk, elektronika itp. są gorszymi gatunkami muzyki). A, jeszcze miłośnicy space rocka robią mu dobrą reklamę. Nagrywał ciekawe płyty solowe (w tym koncertowe Live Herald, solowy debiut jest godny uwagi), cztery pierwsze albumy są dobre lub bardzo dobre.
Zainteresowałem się Hillage'em, podobnie jak Gongiem, w sławetnym roku 2016. Od razu rzuciło mi się w uszy ciekawe brzmienie jego muzyki, miks brzmień elektronicznych i gitarowych, pulsujący rytm (Hillage przejawiał zainteresowanie funkiem, słychać to wyraźnie na jego albumach, np. takim Motivation Radio). Unidentified spodobało mi się szczególnie ze względu na charakterystyczny, dominujący w tym kawałku motyw, zwariowany, pulsujący rytm, płynne przejście w UFO nad Paryżem również wykonano zgrabnie, a ciepła barwa głosu Hillage'a sprawia, że dobrze się tego słucha. Muzyk nagrywał ze swoją partnerką Miquette Giraudy i to ona obsługiwała syntezatory. Miłośnicy wczesnego Porcupine Tree mogą usłyszeć, kim inspirował się Wilson, słuchając albumu Green (1978), z którego pochodzi piosenka. Generalnie to są rzeczy dla fanów różnych dziwnych odjazdów. Tu nie ma szczególnych wspomnień osobistych, tu są szaleństwa ubrane w piosenkową formę i ciekawe brzmienia. Gdyby nie Goły, nie wrzucałbym tego cuda teraz.
https://www.youtube.com/watch?v=8Qwzf73gU_k
Hillage to brytyjski gitarzysta, jeden ze współtwórców tzw. sceny Canterbury (kanterberyjskiej) - występował m.in. w Gongu (szalona, odjazdowa grupa z lat przede wszystkim 1973-74, żyjąca jak jedna komuna), zanim zaczął karierę solową. Facet, jak i wielu innych, nie chciał być określany jako muzyk progowy, nie uważał się za część tego zjawiska (i za to po nim jechali progogłowi, uważając, że funk, elektronika itp. są gorszymi gatunkami muzyki). A, jeszcze miłośnicy space rocka robią mu dobrą reklamę. Nagrywał ciekawe płyty solowe (w tym koncertowe Live Herald, solowy debiut jest godny uwagi), cztery pierwsze albumy są dobre lub bardzo dobre.
Zainteresowałem się Hillage'em, podobnie jak Gongiem, w sławetnym roku 2016. Od razu rzuciło mi się w uszy ciekawe brzmienie jego muzyki, miks brzmień elektronicznych i gitarowych, pulsujący rytm (Hillage przejawiał zainteresowanie funkiem, słychać to wyraźnie na jego albumach, np. takim Motivation Radio). Unidentified spodobało mi się szczególnie ze względu na charakterystyczny, dominujący w tym kawałku motyw, zwariowany, pulsujący rytm, płynne przejście w UFO nad Paryżem również wykonano zgrabnie, a ciepła barwa głosu Hillage'a sprawia, że dobrze się tego słucha. Muzyk nagrywał ze swoją partnerką Miquette Giraudy i to ona obsługiwała syntezatory. Miłośnicy wczesnego Porcupine Tree mogą usłyszeć, kim inspirował się Wilson, słuchając albumu Green (1978), z którego pochodzi piosenka. Generalnie to są rzeczy dla fanów różnych dziwnych odjazdów. Tu nie ma szczególnych wspomnień osobistych, tu są szaleństwa ubrane w piosenkową formę i ciekawe brzmienia. Gdyby nie Goły, nie wrzucałbym tego cuda teraz.
https://www.youtube.com/watch?v=8Qwzf73gU_k
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No miśki dawać, mintaj ma jeszcze szansę zrobić shodana hamulcowym 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A to by było coś.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Niedoczekanie!
Norah Jones – I’ve got to see you again
Ja Mudżyn kazał wrzucać top, to niech będzie rzeczywiście top.
Norah Jones to artystka, którą znam stosunkowo krótko. Tzn. jako osobę kojarzę ją od wieków, wiedziałem też mniej więcej, jaką muzykę wykonuje, ale nigdy nic z własnej woli nie posłuchałem. No i jak Wam wiadomo kiedyś wzgardzałem takimi jazzowymi klimatami.
Jakoś w zeszłym roku zupełnie bez powodu zapragnąłem posłuchać pani Jones. Tak miewam ostatnimi czasy, że przypominam sobie jakieś wykonawczynie będące na scenie od lat i odczuwam potrzebę poznania ich muzyki.
I’ve got to see you again pochodzi z jej debiutanckiej płyty z 2002r. Zakochałem się w tej piosence właściwie natychmiastowo. Od pierwszego przesłuchu. Już to wejście - pianino plus skrzypce i bas (powiecie, co to za instrument?) robią piorunujące wrażenie. Znów zachwycam się żywymi instrumentami. Płynie sobie piękna melodia śpiewana ciekawym głosem Norah i robi się tak błogo, tak komfortowo, tak urzekająco. Po prostu można się rozpłynąć w tym klimacie. Niesamowicie lubię takie saloonowe pogrywanie na pianinie, jakie ma miejsce w tym utworze. I te cudnie smutno zawodzące skrzypce. Zawsze gdy słucham I’ve got to see you again, to wyobrażam sobie, że siedzę w jakimś klimatycznym lokalu rodem z Dzikiego zachodu przy stoliku z kuflem piwa i cygarem (chociaż nie palę), a na scenie zespół muzyków pogrywa taką muzykę na klasycznych instrumentach.
Czasem jak mam fazę, to potrafię przez godzinę lub dwie słuchać tylko tego zapętlonego utworu. Ciary to zbyt błahe słowo, żeby oddać to, co odczuwam przy tym utworze.
https://www.youtube.com/watch?v=G2tEWFck_c0
Norah Jones – I’ve got to see you again
Ja Mudżyn kazał wrzucać top, to niech będzie rzeczywiście top.
Norah Jones to artystka, którą znam stosunkowo krótko. Tzn. jako osobę kojarzę ją od wieków, wiedziałem też mniej więcej, jaką muzykę wykonuje, ale nigdy nic z własnej woli nie posłuchałem. No i jak Wam wiadomo kiedyś wzgardzałem takimi jazzowymi klimatami.
Jakoś w zeszłym roku zupełnie bez powodu zapragnąłem posłuchać pani Jones. Tak miewam ostatnimi czasy, że przypominam sobie jakieś wykonawczynie będące na scenie od lat i odczuwam potrzebę poznania ich muzyki.
I’ve got to see you again pochodzi z jej debiutanckiej płyty z 2002r. Zakochałem się w tej piosence właściwie natychmiastowo. Od pierwszego przesłuchu. Już to wejście - pianino plus skrzypce i bas (powiecie, co to za instrument?) robią piorunujące wrażenie. Znów zachwycam się żywymi instrumentami. Płynie sobie piękna melodia śpiewana ciekawym głosem Norah i robi się tak błogo, tak komfortowo, tak urzekająco. Po prostu można się rozpłynąć w tym klimacie. Niesamowicie lubię takie saloonowe pogrywanie na pianinie, jakie ma miejsce w tym utworze. I te cudnie smutno zawodzące skrzypce. Zawsze gdy słucham I’ve got to see you again, to wyobrażam sobie, że siedzę w jakimś klimatycznym lokalu rodem z Dzikiego zachodu przy stoliku z kuflem piwa i cygarem (chociaż nie palę), a na scenie zespół muzyków pogrywa taką muzykę na klasycznych instrumentach.
Czasem jak mam fazę, to potrafię przez godzinę lub dwie słuchać tylko tego zapętlonego utworu. Ciary to zbyt błahe słowo, żeby oddać to, co odczuwam przy tym utworze.
https://www.youtube.com/watch?v=G2tEWFck_c0
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wcale nie kazałem, byłbym tylko rozczarowany gdybyście tego nie zrobili w pierwszej 25
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja nie zostawiałem na koniec jakiegoś top3, od początku pisałem, że u mnie to jest w obrębie tej 25 losowe.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Grunt że było/jest/będzie w tej 25. U mnie akurat na końcu. shodan widać grubszą amunicję nie wiem na kiedy szykował, może na Sylwestra chciał wystrzelać dopiero 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
U mnie też jest losowo. Pewnie nawet niektóre utwory nie powinny się w tej 25-ce znaleźć. Ale na sam koniec postaram się już sprężyć z najlepszymi utworami jakie mi jeszcze zostały, skoro Mudżyna białemu panu kazała.

A nie, to golas sam sobie kazał.stripped pisze:22 cze 2022 10:46wchodzimy na podium i zaczynamy przegląd mojego osobistego top3 ulubionych utworów.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Smutna prawda mam to samo. Dużo z nich to jakieś wspominki czy nawiązania, numery które są ok choć może nienajlepsze ale ważne z innych względów czasem.shodan pisze:22 cze 2022 16:30U mnie też jest losowo. Pewnie nawet niektóre utwory nie powinny się w tej 25-ce znaleźć.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jak się okazało, że zabawa potrwa dłużej niż 25 kolejek, to przestałem zwracać uwagę, czy coś powinno być w tej 25-ce, czy może w następnej.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Co to za grubsza amunicja, skoro shodan proponuje kolejną śpiewającą panią, bez sensu
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No w sumie nie wiem. Na pierwszy rzut okiem na sylwetkę widać że grubsza nie jest chyba od Sundfør czy MeluaDragon pisze:22 cze 2022 16:41Co to za grubsza amunicja, skoro shodan proponuje kolejną śpiewającą panią, bez sensu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W sumie idąc tym tropem to czy gdzieś po drodze trafimy na wczesną Adele? 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ba dum tsss
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ty jeszcze nawet ślepej amunicji nie rozładowałeś z magazynka. A gdzie Ci tu do grubej.Dragon pisze:22 cze 2022 16:41Co to za grubsza amunicja, skoro shodan proponuje kolejną śpiewającą panią, bez sensu
Ja chociaż zapodaję prawdziwe panie.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No, no, gruby Koń Polski wchodzi xD Mentos wrzucaj szybko ten numer, a nie
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kolejna w tym temacie wojna na poduszki
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn