DM track by track #5: Black Celebration
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: DM track by track #5: Black Celebration
Jeżeli Black Day jest wariacją BC, to oczywiście jest to jednak ten sam utwór.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
nie pomaga to, że nie wiadomo praktycznie nic na temat tej wersji. Nie wiadomo jak zespół to kategoryzuje, czy to powstało później, czy w trakcie pracy nad BC (ala Love In Itself 4), itd. Na upartego można powiedzieć, że to jest osobny utwór z tym samym tekstem (a raczej fragmentem). Nie wiem, nie chcę żebyśmy zbyt wiele czasu tu poświęcili na debatowanie o tym.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Black Day to dla mnie zupełnie inny numer. Na upartego ten sam tekst, ale inna rola i linia wokalu. Dodatkowo wykonuje to sam Mart. Breathing In Fumes to właściwie instrumental z paroma linijkami wyciętymi ze Stripped. Te same sample (nie jestem pewien czy wszystkie), ale zupełnie inny porządek i klimat.
Nwm, może na przykładach. Enjoy Harmonium to 1:1 wariacja Enjoya, ale BD i BIF już niezupełnie. Gdyby zagrali te wersje to czy uznalibyśmy, że zagrali Stripped, tylko inaczej? Nie będę się kłócił, ale też nie dam się przekonać, że tak xD Kwestia wieloletniego osłuchiwania tych kawałków. Brak informacji od zespołu nie pomaga. Na chłopski rozum gdyby uznali to za remiks, to nazwaliby to Black Celebration (Remix) itp.
Nie będę się kłócił, jęsli będziemy je omawiać przy okazji BC/Stripped, po prostu wtedy rzucę wyraźne wyróżnione dwie notki.
Nwm, może na przykładach. Enjoy Harmonium to 1:1 wariacja Enjoya, ale BD i BIF już niezupełnie. Gdyby zagrali te wersje to czy uznalibyśmy, że zagrali Stripped, tylko inaczej? Nie będę się kłócił, ale też nie dam się przekonać, że tak xD Kwestia wieloletniego osłuchiwania tych kawałków. Brak informacji od zespołu nie pomaga. Na chłopski rozum gdyby uznali to za remiks, to nazwaliby to Black Celebration (Remix) itp.
Nie będę się kłócił, jęsli będziemy je omawiać przy okazji BC/Stripped, po prostu wtedy rzucę wyraźne wyróżnione dwie notki.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dobra, to omówmy te kawałki oddzielnie. I HAVE SPOKEN.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Hien locuta causa finita
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zatem KLAPE ZU i zapraszam do dyskusji na temat Ciemnej masy po pasy
Black Celebration
Od czego by tu zacząć. Może od początku, czyli czegoś, co brzmi jak pijany lub przydymiony Gahan próbujący opowiedzieć żart, ale wychodzi mu tylko bełkot. Fajny cytat mi wpadł w oko, jak coś sprawdzałem na wikipedii tego albumu, cytat z ówczesnej recenzji redaktora Melody Maker - "pussycats desperate to appear perverted as an escape from the superficiality of teen stardom". To jest o całym albumie, ale równie dobrze można tak odebrać to, w jaki sposób zespół nas do niego zaprasza.
Nie chce mi się zastanawiać, jak bym ten album odebrał gdybym wtedy żył, bo de facto pół roku później już żyłem, a międzyczasie jeszcze wybuchł reaktor w Czarnobylu. Działo się. Wiem tylko jedno, że zawsze darzyłem tę płytę sympatią. Kiedy byłem dzieciakiem, również uważałem, że od Black Celebration to się zaczyna Depeche Mode, a wcześniej to było jakieś nadprogramowe granie służące jedynie temu, żeby w końcu dotrzeć do tego opus magnum grubej stypy przy kielichu. Na szczęście z tego wyrosłem i teraz uważam, że jednak debiut był mocniejszy. No, ale nie będziemy toczyć tu takich dyskusji i depeszowych wojen o nic.
Kawałek „Black Celebration” pierwszy raz usłyszałem w wersji ze „101” i przez jakiś czas tylko takiej wersji słuchałem. To były ciekawe czasy, że nie od razu można było wszystko usłyszeć. Po miesiącach słuchania lajwa, studyjna budzi pewne zwątpienie. Z początku nie podobały mi się te koszmarne ilości reverba, zresztą to jest do dziś jeden z moich głównych zarzutów względem całego albumu, ale też to były ejtisy, więc to trochę jak dziwić się, że w techno był bit. A jak już o bicie mówimy, albumowa wersja wydała mi się strasznie płaska. Ta ze „101” miała niemal klubową stopę, w pewnym momencie rozkręcał się z tego taki banger, że aż człowiek chodził. Na albumie, to wszystko tonie w morzu… reverbu. Nie czuć w ogóle tego rytmu, jakby tam sama klapa waliła. Z czasem zacząłem lubić wersję studyjną, bo jak się z tym wspomnianym czasem i przesłuchaniami okazało, jedna i druga ładnie się uzupełniały. Live miał bit, ale na albumie są te wszystkie dziwaczne dźwięki, trochę ciekawsze brzmienia syntezatorów (co w tamtym czasie było u nich normą), itd. To co zawsze robiło na mnie największe wrażenie, to to arpeggio. Swego czasu zainteresowałem się pewnym utworem nieznanego mi jeszcze zespołu Porcupine Tree, bo miał coś podobnego. Prosty, ale dobry motyw, który dźwiga w zasadzie cały ten kawałek i tworzy całą jego atmosferę, reszta to tylko galanteria.
Gahan bardzo fajnie śpiewa w tym kawałku, klasycznie jak to w tamtym czasie, potrafił w studiu wykonać te kawałki nie tylko z wyczuciem i delikatnością, ale też z niesamowitym opanowaniem w głosie, gdy tymczasem na koncertach uciekał w krzyk, i to mu niestety zostało do dziś. Na albumie, jest to jeden z jego popisowych momentów. Mini solo Alana jest fajne, wykorzystane sample również wzbogacają klimat, bo utrzymane są w tej samej, lekko horrorystycznej konwencji. Jednocześnie, w życiu nie nazwałbym „Black Celebration” utworem z naleciałościami gotyckimi. Udała im się niezła sztuka, bo nagrali kawałek, który powinien wiać pretensją i studnią, no i w sumie nagrali xD ale jednocześnie ma to lekkość w kompozycji, w tekście, w brzmieniu, które jakoś ratują go przed nieustannym odtwarzaniem w bolkowskiej Hacjendzie. W skrócie, jest to pretensjonalne gówno, po przesłuchaniu którego, człowiek w ogóle nie czuje się jakby słuchał pretensjonalnego gówna. Best deal ever. Trudno mi się pisze o tym numerze po tylu latach, przesłuchaniach, dziwnych wydarzeniach z nim w tle, to trochę jakbym próbował opisać odczucia związane z pogodą.
„Black Tulip Mix” to taka mieszanka. Z jednej strony flaki z olejem i to takie bez pomysłu, ale z drugiej strony ta wersja jest w znacznym stopniu pozbawiona reverbu, więc coś tam człowiek z tego ma. Zabawy z efektami w stylu Gahan na helu, trochę już przesadzone, ale można machnąć ręką. Dzięki temu remiksowi, można kilka brzmień usłyszeć wyraźniej, bo wychodzą na pierwszy plan. Ciekawostka przyrodnicza, można raz na dekadę do tego wrócić.
W kwestii wersji live, to przewałkowaliśmy ten temat w odpowiednim wątku, chociaż myślę, że teraz by to mogło lepiej wypaść. Niemniej, nadal moją ulubioną wersją jest ta z Exciter Tour, z podrasowaną elektroniką, i mocnymi garami. Reszta też jest ok. Ta najnowsza, której w sumie nie omawialiśmy w temacie ‘best of live’, może być. Intro wieje chujem, ale szanuję chęć zrobienia czegoś nowego, chociaż z tego co pamiętam, to nie zespół robi te nowe wersje tylko ktoś z zewnątrz. Reszta jest w porządku, taka solidna bym rzekł, z pełną świadomością dwuznaczności tego słowa. Gdzieś im wcięło ‘a brief period of rejoicing’’, ale nie będę się czepiał szczegółów. Swoją droga, swego czasu zachodziłem w głowie, co Gahan tam mówi na początku/końcu (a to nawet nie jest on), to był przesterowany bełkot, ale jednocześnie jakiś konkret. Byłem w niemałym szoku, kiedy się dowiedziałem. Problemy zerowego świata.
Reasumując, jest to fajny, dobry opener dla tej płyty, całkiem spoko utwór, który żyje głównie brzmieniem, bo kompozycja jest taka ze średniej półki. Straciłem już jakikolwiek obiektywizm, czy dystans do tego utworu, więc z góry (a raczej z dołu) przepraszam za bełkotliwy charakter w/w wypowiedzi (trochę jak ten Gahan po lolku). Jeżeli o czymś zapomniałem, np. jakimś losowym remiksie z „Remixes 81-9/11” to przepraszam, wyjdzie w praniu i w dyskusji.
Black Celebration
Od czego by tu zacząć. Może od początku, czyli czegoś, co brzmi jak pijany lub przydymiony Gahan próbujący opowiedzieć żart, ale wychodzi mu tylko bełkot. Fajny cytat mi wpadł w oko, jak coś sprawdzałem na wikipedii tego albumu, cytat z ówczesnej recenzji redaktora Melody Maker - "pussycats desperate to appear perverted as an escape from the superficiality of teen stardom". To jest o całym albumie, ale równie dobrze można tak odebrać to, w jaki sposób zespół nas do niego zaprasza.
Nie chce mi się zastanawiać, jak bym ten album odebrał gdybym wtedy żył, bo de facto pół roku później już żyłem, a międzyczasie jeszcze wybuchł reaktor w Czarnobylu. Działo się. Wiem tylko jedno, że zawsze darzyłem tę płytę sympatią. Kiedy byłem dzieciakiem, również uważałem, że od Black Celebration to się zaczyna Depeche Mode, a wcześniej to było jakieś nadprogramowe granie służące jedynie temu, żeby w końcu dotrzeć do tego opus magnum grubej stypy przy kielichu. Na szczęście z tego wyrosłem i teraz uważam, że jednak debiut był mocniejszy. No, ale nie będziemy toczyć tu takich dyskusji i depeszowych wojen o nic.
Kawałek „Black Celebration” pierwszy raz usłyszałem w wersji ze „101” i przez jakiś czas tylko takiej wersji słuchałem. To były ciekawe czasy, że nie od razu można było wszystko usłyszeć. Po miesiącach słuchania lajwa, studyjna budzi pewne zwątpienie. Z początku nie podobały mi się te koszmarne ilości reverba, zresztą to jest do dziś jeden z moich głównych zarzutów względem całego albumu, ale też to były ejtisy, więc to trochę jak dziwić się, że w techno był bit. A jak już o bicie mówimy, albumowa wersja wydała mi się strasznie płaska. Ta ze „101” miała niemal klubową stopę, w pewnym momencie rozkręcał się z tego taki banger, że aż człowiek chodził. Na albumie, to wszystko tonie w morzu… reverbu. Nie czuć w ogóle tego rytmu, jakby tam sama klapa waliła. Z czasem zacząłem lubić wersję studyjną, bo jak się z tym wspomnianym czasem i przesłuchaniami okazało, jedna i druga ładnie się uzupełniały. Live miał bit, ale na albumie są te wszystkie dziwaczne dźwięki, trochę ciekawsze brzmienia syntezatorów (co w tamtym czasie było u nich normą), itd. To co zawsze robiło na mnie największe wrażenie, to to arpeggio. Swego czasu zainteresowałem się pewnym utworem nieznanego mi jeszcze zespołu Porcupine Tree, bo miał coś podobnego. Prosty, ale dobry motyw, który dźwiga w zasadzie cały ten kawałek i tworzy całą jego atmosferę, reszta to tylko galanteria.
Gahan bardzo fajnie śpiewa w tym kawałku, klasycznie jak to w tamtym czasie, potrafił w studiu wykonać te kawałki nie tylko z wyczuciem i delikatnością, ale też z niesamowitym opanowaniem w głosie, gdy tymczasem na koncertach uciekał w krzyk, i to mu niestety zostało do dziś. Na albumie, jest to jeden z jego popisowych momentów. Mini solo Alana jest fajne, wykorzystane sample również wzbogacają klimat, bo utrzymane są w tej samej, lekko horrorystycznej konwencji. Jednocześnie, w życiu nie nazwałbym „Black Celebration” utworem z naleciałościami gotyckimi. Udała im się niezła sztuka, bo nagrali kawałek, który powinien wiać pretensją i studnią, no i w sumie nagrali xD ale jednocześnie ma to lekkość w kompozycji, w tekście, w brzmieniu, które jakoś ratują go przed nieustannym odtwarzaniem w bolkowskiej Hacjendzie. W skrócie, jest to pretensjonalne gówno, po przesłuchaniu którego, człowiek w ogóle nie czuje się jakby słuchał pretensjonalnego gówna. Best deal ever. Trudno mi się pisze o tym numerze po tylu latach, przesłuchaniach, dziwnych wydarzeniach z nim w tle, to trochę jakbym próbował opisać odczucia związane z pogodą.
„Black Tulip Mix” to taka mieszanka. Z jednej strony flaki z olejem i to takie bez pomysłu, ale z drugiej strony ta wersja jest w znacznym stopniu pozbawiona reverbu, więc coś tam człowiek z tego ma. Zabawy z efektami w stylu Gahan na helu, trochę już przesadzone, ale można machnąć ręką. Dzięki temu remiksowi, można kilka brzmień usłyszeć wyraźniej, bo wychodzą na pierwszy plan. Ciekawostka przyrodnicza, można raz na dekadę do tego wrócić.
W kwestii wersji live, to przewałkowaliśmy ten temat w odpowiednim wątku, chociaż myślę, że teraz by to mogło lepiej wypaść. Niemniej, nadal moją ulubioną wersją jest ta z Exciter Tour, z podrasowaną elektroniką, i mocnymi garami. Reszta też jest ok. Ta najnowsza, której w sumie nie omawialiśmy w temacie ‘best of live’, może być. Intro wieje chujem, ale szanuję chęć zrobienia czegoś nowego, chociaż z tego co pamiętam, to nie zespół robi te nowe wersje tylko ktoś z zewnątrz. Reszta jest w porządku, taka solidna bym rzekł, z pełną świadomością dwuznaczności tego słowa. Gdzieś im wcięło ‘a brief period of rejoicing’’, ale nie będę się czepiał szczegółów. Swoją droga, swego czasu zachodziłem w głowie, co Gahan tam mówi na początku/końcu (a to nawet nie jest on), to był przesterowany bełkot, ale jednocześnie jakiś konkret. Byłem w niemałym szoku, kiedy się dowiedziałem. Problemy zerowego świata.
Reasumując, jest to fajny, dobry opener dla tej płyty, całkiem spoko utwór, który żyje głównie brzmieniem, bo kompozycja jest taka ze średniej półki. Straciłem już jakikolwiek obiektywizm, czy dystans do tego utworu, więc z góry (a raczej z dołu) przepraszam za bełkotliwy charakter w/w wypowiedzi (trochę jak ten Gahan po lolku). Jeżeli o czymś zapomniałem, np. jakimś losowym remiksie z „Remixes 81-9/11” to przepraszam, wyjdzie w praniu i w dyskusji.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Black Celebration
My tu gadu gadu ale żarty się skończyły, zaczyna się DEPESZOWE Mode. Bardzo dobry otwieracz bardzo dobrej płyty, A BRIEF PERIOD OF REJOICING. Numer wśród fanów a może bardziej fanatyków kultowy, wiadomo, ale ja się też nie wypieram bo BC po dziś dzień jest w czołówce moich ulubionych numerów. Wiem że zespół (a może wytwórnia?) nagrywając ten album miał poczucie że brak na nim materiału singlowego ale moim zdaniem to właśnie BC obok Stripped mogło być największym hitem, możliwe że w alternatywnej rzeczywistości gdzie spece od marketingu nie przejmują się katolickimi snowflejkami tak by było (swoją drogą odważyli się na Blasphemous Rumours a tu wymiękli? No tak, bo ten TYTUŁ, nikt by tego nie grał w radyjku). Żywy numer z fajnym arpeggio, do tego jak zaznaczył Kuba niby gotycki lirycznie ale przy tym dość lekki w swoim brzmieniu, to pewna sztuka jednak. Nie dziwi mnie też trud przejścia z wersji 101 na albumową bo mam w pamięci taką scenkę jak zasłuchując się w tym albumie koncertowym wyraźnie się ożywiałem przy dźwiękach tego kawałka. Dla mnie to po prostu banger a wiadomo że ja to lubię. Dobry tekst, dobra melodia tego drugiego syntha, ten typowy dla DM hymnowy wydźwięk, Gore ma smykałkę do takich utworów, choć nie wiem też ile tu mogło być wkładu Wildera w te linie klawiszy, nie znam żadnej demówki tego. U mnie nr 2 z tej płyty i zarazem chyba nr 2 z lat 80. w ich dyskografii.
My tu gadu gadu ale żarty się skończyły, zaczyna się DEPESZOWE Mode. Bardzo dobry otwieracz bardzo dobrej płyty, A BRIEF PERIOD OF REJOICING. Numer wśród fanów a może bardziej fanatyków kultowy, wiadomo, ale ja się też nie wypieram bo BC po dziś dzień jest w czołówce moich ulubionych numerów. Wiem że zespół (a może wytwórnia?) nagrywając ten album miał poczucie że brak na nim materiału singlowego ale moim zdaniem to właśnie BC obok Stripped mogło być największym hitem, możliwe że w alternatywnej rzeczywistości gdzie spece od marketingu nie przejmują się katolickimi snowflejkami tak by było (swoją drogą odważyli się na Blasphemous Rumours a tu wymiękli? No tak, bo ten TYTUŁ, nikt by tego nie grał w radyjku). Żywy numer z fajnym arpeggio, do tego jak zaznaczył Kuba niby gotycki lirycznie ale przy tym dość lekki w swoim brzmieniu, to pewna sztuka jednak. Nie dziwi mnie też trud przejścia z wersji 101 na albumową bo mam w pamięci taką scenkę jak zasłuchując się w tym albumie koncertowym wyraźnie się ożywiałem przy dźwiękach tego kawałka. Dla mnie to po prostu banger a wiadomo że ja to lubię. Dobry tekst, dobra melodia tego drugiego syntha, ten typowy dla DM hymnowy wydźwięk, Gore ma smykałkę do takich utworów, choć nie wiem też ile tu mogło być wkładu Wildera w te linie klawiszy, nie znam żadnej demówki tego. U mnie nr 2 z tej płyty i zarazem chyba nr 2 z lat 80. w ich dyskografii.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Black Celebration
Zawsze byłem zdania, że od Black Celebration zaczęła się nowa era w muzyce Depeche Mode. Zespół dorósł, zmienił brzmienie. Gore zaczął pisać poważniejsze kompozycje. Już na BC nie uświadczymy żadnych wesolutkich melodyjek w stylu The Meaning of Love. Właściwie już na SGR takich nie było. Ale na BC jest jeszcze mroczniej. Wielu zatwardziałych depeszowców pewnie uważa BC za najlepszy album zespołu. Myślę, że to od tej płyty narodził się ten cały „czarny” ruch. Ubieranie w czarne skóry, leżenie krzyżem na zlotach itp. Będąc na kilku koncertach miałem okazję naoglądać się fanów, którzy wciąż tkwią w 1986r. Ja nigdy nie przejmowałem się takimi rzeczami. DM słucham od Violator. Pamiętam ówczesny image zespołu, miałem fajne plakaty na ścianie. Dużo słuchałem ich muzyki, ale nigdy nie stałem się fanatykiem, który ubierałby się jak członkowie DM, wydawał fortunę na kolekcjonowanie wszelkich wydawnictw, uczył się jakichś przykazań depeszów, tekstów piosenek, chciał odprawiać jakieś czarne msze czy tym podobne głupoty. Że o zlotach fanów nie wspomnę. Nawet jeszcze długo potem nie pomyślałem o pojechaniu na koncert. Po prostu lubiłem ich muzykę i to mi wystarczało. Dlatego nie miałem też problemu z zaakceptowaniem nowszych albumów. Brzmienie się zmieniało, ale nadal było tam dużo dobrej muzyki.
Bardzo lubię i cenię album BC, lubię to mroczne chwilami brzmienie, ale nie dla samego mroku czy podniosłego klimatu, ale dlatego, że to po prostu dobry album. Przede wszystkim bardzo równy i spójny. Bez słabszych momentów, a to ważne. Album wcale dla mnie nie najlepszy. Raczej nawet nie z pierwszej trójki. Bo zespół mimo różnych znanych nam perturbacji jeszcze długo się rozwijał i nagrywał coraz to lepsze albumy. Myślę, że pozycja 4-5 jest w mojej prywatnej klasyfikacji najbardziej miarodajna.
Pierwszy na płycie tytułowy utwór jest naprawdę doskonałym otwieraczem. Już od początku zespół pokazuje, z jakimi klimatami będziemy mieli do czynienia. Nie wiem, czy utwór jest w jakimś stopniu pretensjonalny czy nie. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem, o co w muzyce z tą pretensjonalnością chodzi. Klimat jest mroczny, nieco podniosły, ale ja z takimi rzeczami nigdy problemu nie miałem. Lubię takie brzmienie. Lubię patos w muzyce. Już początek jest wyjątkowy z tymi dziwnymi przetworzonymi zaśpiewami. Z początku cichutko, potem wszystko narasta. Wchodzi fajne dzwoneczkowate apreggio. Efektowna rzecz. Dochodzi kolejna klawiszowa zagrywka dodająca właśnie numerowi mroku. W końcu włącza się Gahan, który brzmi naprawdę świetnie. Nieregularne zagrywki automatu perkusyjnego, który dopiero po pierwszym refrenie zaczyna rytmicznie nawalać. Są chwile zatrzymania, albo raczej zwolnienia, co też jest bardzo dobre. Efektowny krótki mostek z kapitalnym brzmieniem klawiszy. To prawda, że ten utwór mocno wyróżnia się brzmieniem, ale samą kompozycję też uważam za bardzo dobrą.
Zawsze sprawiało mi trudność określenie jakiegoś topu utworów na tym albumie. Tak jak na np. Exciter brylują u mnie zawsze i zdecydowanie te same numery, tak na BC często to się zmieniało. Bywało, że BC uważałem za nr 1, innym razem nie mieścił się w trójce. Ale to pewnie wynik tego, że na tym albumie jest naprawdę kilka bardzo równorzędnych piosenek. BC to na pewno jeden z najlepszych utworów DM z lat 80’, chociaż nie najlepszy.
Trochę żałuję, że już w 1986 nie znałem DM. Ale pamiętam, że nawet w 1990 ten album robił na mnie potężne wrażenie. 4 lata od premiery to z obecnej perspektywy czasu wciąż bardzo niewiele. Jeszcze dzisiaj słuchając BC potrafię w myślach odtworzyć tamten klimat. Tamte emocje.
Black Tulip Mix jest dosyć średni. Nie wnosi niczego sensownego do tematu. Zniekształcone wokale zupełnie niepotrzebne.
Z wersji live ja też najbardziej lubię tę z Exciter Tour. Brzmienie podrasowane, a mocna żywa perkusja daje utworowi niezłego kopa. Co prawda Gahan dosyć średni na wokalu, ale nie samym wokalem się żyje.
No i podoba mi się tu jeszcze jedno – płynne połączenie z Fly. Zawsze lubiłem takie manewry i żałuję, że DM od dawna tego nie robią.
Zawsze byłem zdania, że od Black Celebration zaczęła się nowa era w muzyce Depeche Mode. Zespół dorósł, zmienił brzmienie. Gore zaczął pisać poważniejsze kompozycje. Już na BC nie uświadczymy żadnych wesolutkich melodyjek w stylu The Meaning of Love. Właściwie już na SGR takich nie było. Ale na BC jest jeszcze mroczniej. Wielu zatwardziałych depeszowców pewnie uważa BC za najlepszy album zespołu. Myślę, że to od tej płyty narodził się ten cały „czarny” ruch. Ubieranie w czarne skóry, leżenie krzyżem na zlotach itp. Będąc na kilku koncertach miałem okazję naoglądać się fanów, którzy wciąż tkwią w 1986r. Ja nigdy nie przejmowałem się takimi rzeczami. DM słucham od Violator. Pamiętam ówczesny image zespołu, miałem fajne plakaty na ścianie. Dużo słuchałem ich muzyki, ale nigdy nie stałem się fanatykiem, który ubierałby się jak członkowie DM, wydawał fortunę na kolekcjonowanie wszelkich wydawnictw, uczył się jakichś przykazań depeszów, tekstów piosenek, chciał odprawiać jakieś czarne msze czy tym podobne głupoty. Że o zlotach fanów nie wspomnę. Nawet jeszcze długo potem nie pomyślałem o pojechaniu na koncert. Po prostu lubiłem ich muzykę i to mi wystarczało. Dlatego nie miałem też problemu z zaakceptowaniem nowszych albumów. Brzmienie się zmieniało, ale nadal było tam dużo dobrej muzyki.
Bardzo lubię i cenię album BC, lubię to mroczne chwilami brzmienie, ale nie dla samego mroku czy podniosłego klimatu, ale dlatego, że to po prostu dobry album. Przede wszystkim bardzo równy i spójny. Bez słabszych momentów, a to ważne. Album wcale dla mnie nie najlepszy. Raczej nawet nie z pierwszej trójki. Bo zespół mimo różnych znanych nam perturbacji jeszcze długo się rozwijał i nagrywał coraz to lepsze albumy. Myślę, że pozycja 4-5 jest w mojej prywatnej klasyfikacji najbardziej miarodajna.
Pierwszy na płycie tytułowy utwór jest naprawdę doskonałym otwieraczem. Już od początku zespół pokazuje, z jakimi klimatami będziemy mieli do czynienia. Nie wiem, czy utwór jest w jakimś stopniu pretensjonalny czy nie. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem, o co w muzyce z tą pretensjonalnością chodzi. Klimat jest mroczny, nieco podniosły, ale ja z takimi rzeczami nigdy problemu nie miałem. Lubię takie brzmienie. Lubię patos w muzyce. Już początek jest wyjątkowy z tymi dziwnymi przetworzonymi zaśpiewami. Z początku cichutko, potem wszystko narasta. Wchodzi fajne dzwoneczkowate apreggio. Efektowna rzecz. Dochodzi kolejna klawiszowa zagrywka dodająca właśnie numerowi mroku. W końcu włącza się Gahan, który brzmi naprawdę świetnie. Nieregularne zagrywki automatu perkusyjnego, który dopiero po pierwszym refrenie zaczyna rytmicznie nawalać. Są chwile zatrzymania, albo raczej zwolnienia, co też jest bardzo dobre. Efektowny krótki mostek z kapitalnym brzmieniem klawiszy. To prawda, że ten utwór mocno wyróżnia się brzmieniem, ale samą kompozycję też uważam za bardzo dobrą.
Zawsze sprawiało mi trudność określenie jakiegoś topu utworów na tym albumie. Tak jak na np. Exciter brylują u mnie zawsze i zdecydowanie te same numery, tak na BC często to się zmieniało. Bywało, że BC uważałem za nr 1, innym razem nie mieścił się w trójce. Ale to pewnie wynik tego, że na tym albumie jest naprawdę kilka bardzo równorzędnych piosenek. BC to na pewno jeden z najlepszych utworów DM z lat 80’, chociaż nie najlepszy.
Trochę żałuję, że już w 1986 nie znałem DM. Ale pamiętam, że nawet w 1990 ten album robił na mnie potężne wrażenie. 4 lata od premiery to z obecnej perspektywy czasu wciąż bardzo niewiele. Jeszcze dzisiaj słuchając BC potrafię w myślach odtworzyć tamten klimat. Tamte emocje.
Black Tulip Mix jest dosyć średni. Nie wnosi niczego sensownego do tematu. Zniekształcone wokale zupełnie niepotrzebne.
Z wersji live ja też najbardziej lubię tę z Exciter Tour. Brzmienie podrasowane, a mocna żywa perkusja daje utworowi niezłego kopa. Co prawda Gahan dosyć średni na wokalu, ale nie samym wokalem się żyje.
No i podoba mi się tu jeszcze jedno – płynne połączenie z Fly. Zawsze lubiłem takie manewry i żałuję, że DM od dawna tego nie robią.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czy ja wiem, czy od dawna? I Want It All płynnie przechodzi w Nothing's Impossible, Perfect w Miles Away, coś tam chyba jeszcze było. Może to nie są takie crossfade'y, jak w przypadku BC i Fly, ale czasami próbują kombinować w tym stylu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Szczerze żadnego z powyższych nie odbieram jako płynnych przejść;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No fakt, że naprawdę płynnych przejść to DM nie ma. Wrzuce kiedyś do bestki album, gdzie będzie naprawdę fajne i w 100% płynne przejście między utworami, coś ala Pocket Calculator i Dentaku, Kraftwerk.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No i w albumie Mansun takie są.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
wiedziałem że Wujas to spropsuje xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W sumie faktycznie, AotGL to taki jeden niekończący się utwór.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dragon pierwszy napominaczu, jak można zamulać przy takim utworze? 
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Takim to znaczy?
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie gorszym od tych, przy których Ty mnie przykładnie napominałeś. 
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Black Celebration
No tak, wjeżdżamy w pierwszy kanoniczny okres w dziejach Depeche Mode. Mimo osobistych preferencji nie mogę zaprzeczyć temu, że właśnie w tym momencie zaczyna się poważny boom. Popularność wzrasta, klimat coraz gęstszy nie tylko w aspekcie muzycznym. Zespół wreszcie znajduje właściwy wizerunek. Jeśli kiedyś w przyszłości nie będzie poważniejszego powrotu do potężnych płyt w XXI wieku, to już na zawsze DM przede wszystkim będzie kojarzyć się z mrokiem, czernią, jednocześnie tajemnicą i pożądaniem. To jedyny przypadek, gdzie mamy utwór tytułowy. Całkiem wymowne umiejscowienie BC na płycie. W warstwie lirycznej jak w soczewce mamy całą problematykę rozwijaną na różne sposoby w pozostałych kawałkach. Na samym końcu mamy klamrę z bardziej bezpośrednim przekazem, ale na razie jesteśmy na początku wycieczki.
Odkąd pamiętam miałem do BC sporo sympatii i uznania. Najrzadziej wracam do wersji albumowej, bo za bardzo lubię te przejścia między utworami, by tak często słuchać faktycznie tylko jednego z serii. Płytowy opener zawiera wiele charakterystycznych patentów. Przede wszystkim mnóstwo pogłosu. Przy dość cicho nagranej płycie to tylko lekki problem, bo dla wyłapania całej masy klawiszy można po prostu dać głośniej, ale tak czy tak ciekawa sprawa. BC jest wyraźnie ciszej nagrane od reszty płyt. Od samego początku w klimat wprowadzają poprzetwarzane wokale, dodatkowy sampling z zewnątrz. Wkraczamy w kolejny poziom wtajemniczenia i niebezpieczeństwa. Gdzieś tam głęboko w aranżu dalej słychać wiele zabaw studyjnych z dźwiękami otoczenia, tępo bijącą perkę, ale cała reszta to już inny świat niż na SGR. Za sprawą boskiego arpeggio kawałek mimowolnie skłania do tupania nóżką. Nie mamy wybitnie szybkiego tempa, a jednak rytm jest najważniejszy. W tekście odpowiednio dużo emocji podszytych lekką tajemnicą. Dużo pretensji, ale ze smakiem. Robi robotę do dziś. Gahan wokalnie w wielkiej formie. Na koncertach było więcej wydzierania się i niższych tonów, a tutaj jest na bogato, lirycznie, całkiem wysoko, z wyczuciem. Jestem bardziej przyzwyczajony do wykonów na żywo, więc słuchanie po latach wokali studyjnych w pełnym skupieniu przynosi wiele pozytywnych zaskoczeń. Martin w chórku z goryczą, lekkim przełamaniem napięcia, zejściem na ziemię. Szkoda się rozpisywać bez sensu, dalej siedzi we mnie poważny fan. Znakomity kawałek. Na chwilę mamy spokój, parę sekund z atmosferycznym tłem, a zaraz potem wjadą sample z kolejnego kawałka. Lubię atmosferę tej płyty. Z czasem słucham trochę rzadziej, ale to kwestia wystarczającego nasycenia na dłużej.
Black Tulip Mix to jeszcze remiks z generacji studyjnej dłubaniny razem z zespołem, choć pomału brało się za to więcej ludzi z zewnątrz. Nie ma pogłosu. Jest katastrofalnie słaby przetworzony wokal w środku xD Poza tym reszta, oprócz kilku dodatków, przypomina wstępny szkielet wersji koncertowej. Zaletą tego typu rzeczy są dodatkowe dźwięki. Pewnie najczęściej to rzeczy pominięte, wykluczone z właściwego aranżu, ale na pewnym etapie brano je pod uwagę. Gratka dla naprawdę wczutych, przyszłych remiksujących, no i ludzi po prostu ciekawych ile tego wtedy faktycznie było, czy coś jeszcze z tamtych lat zostało, może nie brzmi najgorzej? I tak zaskakujące, że niesinglowy kawałek dostał miejsce na singlu nawet w formie remiksu. Na początku bycia fanem DM wielu ludzi pewnie zastanawiało się, czemu Black Celebration nie było singlem. Przy kryzysie bogactwa może remiks to całkiem niezły kompromis i zachęta, by zainteresować się całą płytę, who knows.
Do koncertówek powinniśmy wrócić po Memento Mori Tour, jak dla mnie wszystkie trasy/płyty omówić na nowo. Szczególnie że tak jak w tym przypadku mamy praktycznie nowe wersje. Nie będę się rozpisywał, powiem tak - każda jest na swój sposób interesująca. Na różnych etapach funkcjonowania zespołu wykorzystywano ten kawałek trochę inaczej. Najciekawsze efekty dla mnie na ten moment to nieoczywiste drugie intro dla koncertów na BC Tour i jedyne poważniejsze mrugnięcie okiem w stronę fanów klasyki na Exciter Tour, choć z podstawową różnicą na perkusji. Po paru miesiącach najnowsza wersja też poważnie się wkręciła. Gdyby udało mi się zdobyć bilet na płytę do Łodzi (lub w Czechach) to BC byłoby jednym z ciekawszych, bardziej oczekiwanych momentów.
Na koniec mała anegdotka. Przez wiele lat nie miałem żadnego konkretnego wspomnienia, ale to się zmieniło po jednej z imprez urodzinowych. Koniec lata 2020 roku, czyli pierwsze odmrożenie życia społecznego na parę tygodni. Wreszcie mogłem się spotykać z paczką najbliższych znajomych i przyjaciół. Wśród nich osoba, z którą miałem przyjemność spędzić czas na ostatnim warszawskim koncercie DM. To w sumie główna bohaterka tej opowieści. Biba dość poważnie zakrapiana. Całkiem ciepło, zbliżał się poranek. Pogawędkom nie było końca, choć na tym etapie trwały w sumie już tylko na balkonie. Jestem gaduła, więc dyskutowałem dzielnie, choć najlepiej byłoby pójść spać. Około piątej mały moment kryzysowy, już naprawdę blisko zaśnięcia. Słyszę, że część znajomych chce się jednak zbierać na pociąg powrotny za jakiś czas bez spania na miejscu do południa. Raczej byłem gotowy na łóżko i kołdrę albo koc, ale ostatecznie wyszło inaczej. Wspominana znajoma zmotywowała mnie do wykrzesania resztek sił. Tak wstałem i razem z częścią grupy do jakiejś 9-10 rano dojechałem do Wałbrzycha. Po drodze zmęczenie brało górę. Kilkanaście minut przed samym wyjściem wspominana znajoma odpaliła jednak pewien utwór, dzięki któremu wydarzyło się małe zmartwychwstanie. Dało się potańczyć, podążać za rytmem piosenki bez problemu, coś podśpiewać. To było właśnie Black Celebration. Z perspektywy czasu dość zabawne.
No tak, wjeżdżamy w pierwszy kanoniczny okres w dziejach Depeche Mode. Mimo osobistych preferencji nie mogę zaprzeczyć temu, że właśnie w tym momencie zaczyna się poważny boom. Popularność wzrasta, klimat coraz gęstszy nie tylko w aspekcie muzycznym. Zespół wreszcie znajduje właściwy wizerunek. Jeśli kiedyś w przyszłości nie będzie poważniejszego powrotu do potężnych płyt w XXI wieku, to już na zawsze DM przede wszystkim będzie kojarzyć się z mrokiem, czernią, jednocześnie tajemnicą i pożądaniem. To jedyny przypadek, gdzie mamy utwór tytułowy. Całkiem wymowne umiejscowienie BC na płycie. W warstwie lirycznej jak w soczewce mamy całą problematykę rozwijaną na różne sposoby w pozostałych kawałkach. Na samym końcu mamy klamrę z bardziej bezpośrednim przekazem, ale na razie jesteśmy na początku wycieczki.
Odkąd pamiętam miałem do BC sporo sympatii i uznania. Najrzadziej wracam do wersji albumowej, bo za bardzo lubię te przejścia między utworami, by tak często słuchać faktycznie tylko jednego z serii. Płytowy opener zawiera wiele charakterystycznych patentów. Przede wszystkim mnóstwo pogłosu. Przy dość cicho nagranej płycie to tylko lekki problem, bo dla wyłapania całej masy klawiszy można po prostu dać głośniej, ale tak czy tak ciekawa sprawa. BC jest wyraźnie ciszej nagrane od reszty płyt. Od samego początku w klimat wprowadzają poprzetwarzane wokale, dodatkowy sampling z zewnątrz. Wkraczamy w kolejny poziom wtajemniczenia i niebezpieczeństwa. Gdzieś tam głęboko w aranżu dalej słychać wiele zabaw studyjnych z dźwiękami otoczenia, tępo bijącą perkę, ale cała reszta to już inny świat niż na SGR. Za sprawą boskiego arpeggio kawałek mimowolnie skłania do tupania nóżką. Nie mamy wybitnie szybkiego tempa, a jednak rytm jest najważniejszy. W tekście odpowiednio dużo emocji podszytych lekką tajemnicą. Dużo pretensji, ale ze smakiem. Robi robotę do dziś. Gahan wokalnie w wielkiej formie. Na koncertach było więcej wydzierania się i niższych tonów, a tutaj jest na bogato, lirycznie, całkiem wysoko, z wyczuciem. Jestem bardziej przyzwyczajony do wykonów na żywo, więc słuchanie po latach wokali studyjnych w pełnym skupieniu przynosi wiele pozytywnych zaskoczeń. Martin w chórku z goryczą, lekkim przełamaniem napięcia, zejściem na ziemię. Szkoda się rozpisywać bez sensu, dalej siedzi we mnie poważny fan. Znakomity kawałek. Na chwilę mamy spokój, parę sekund z atmosferycznym tłem, a zaraz potem wjadą sample z kolejnego kawałka. Lubię atmosferę tej płyty. Z czasem słucham trochę rzadziej, ale to kwestia wystarczającego nasycenia na dłużej.
Black Tulip Mix to jeszcze remiks z generacji studyjnej dłubaniny razem z zespołem, choć pomału brało się za to więcej ludzi z zewnątrz. Nie ma pogłosu. Jest katastrofalnie słaby przetworzony wokal w środku xD Poza tym reszta, oprócz kilku dodatków, przypomina wstępny szkielet wersji koncertowej. Zaletą tego typu rzeczy są dodatkowe dźwięki. Pewnie najczęściej to rzeczy pominięte, wykluczone z właściwego aranżu, ale na pewnym etapie brano je pod uwagę. Gratka dla naprawdę wczutych, przyszłych remiksujących, no i ludzi po prostu ciekawych ile tego wtedy faktycznie było, czy coś jeszcze z tamtych lat zostało, może nie brzmi najgorzej? I tak zaskakujące, że niesinglowy kawałek dostał miejsce na singlu nawet w formie remiksu. Na początku bycia fanem DM wielu ludzi pewnie zastanawiało się, czemu Black Celebration nie było singlem. Przy kryzysie bogactwa może remiks to całkiem niezły kompromis i zachęta, by zainteresować się całą płytę, who knows.
Do koncertówek powinniśmy wrócić po Memento Mori Tour, jak dla mnie wszystkie trasy/płyty omówić na nowo. Szczególnie że tak jak w tym przypadku mamy praktycznie nowe wersje. Nie będę się rozpisywał, powiem tak - każda jest na swój sposób interesująca. Na różnych etapach funkcjonowania zespołu wykorzystywano ten kawałek trochę inaczej. Najciekawsze efekty dla mnie na ten moment to nieoczywiste drugie intro dla koncertów na BC Tour i jedyne poważniejsze mrugnięcie okiem w stronę fanów klasyki na Exciter Tour, choć z podstawową różnicą na perkusji. Po paru miesiącach najnowsza wersja też poważnie się wkręciła. Gdyby udało mi się zdobyć bilet na płytę do Łodzi (lub w Czechach) to BC byłoby jednym z ciekawszych, bardziej oczekiwanych momentów.
Na koniec mała anegdotka. Przez wiele lat nie miałem żadnego konkretnego wspomnienia, ale to się zmieniło po jednej z imprez urodzinowych. Koniec lata 2020 roku, czyli pierwsze odmrożenie życia społecznego na parę tygodni. Wreszcie mogłem się spotykać z paczką najbliższych znajomych i przyjaciół. Wśród nich osoba, z którą miałem przyjemność spędzić czas na ostatnim warszawskim koncercie DM. To w sumie główna bohaterka tej opowieści. Biba dość poważnie zakrapiana. Całkiem ciepło, zbliżał się poranek. Pogawędkom nie było końca, choć na tym etapie trwały w sumie już tylko na balkonie. Jestem gaduła, więc dyskutowałem dzielnie, choć najlepiej byłoby pójść spać. Około piątej mały moment kryzysowy, już naprawdę blisko zaśnięcia. Słyszę, że część znajomych chce się jednak zbierać na pociąg powrotny za jakiś czas bez spania na miejscu do południa. Raczej byłem gotowy na łóżko i kołdrę albo koc, ale ostatecznie wyszło inaczej. Wspominana znajoma zmotywowała mnie do wykrzesania resztek sił. Tak wstałem i razem z częścią grupy do jakiejś 9-10 rano dojechałem do Wałbrzycha. Po drodze zmęczenie brało górę. Kilkanaście minut przed samym wyjściem wspominana znajoma odpaliła jednak pewien utwór, dzięki któremu wydarzyło się małe zmartwychwstanie. Dało się potańczyć, podążać za rytmem piosenki bez problemu, coś podśpiewać. To było właśnie Black Celebration. Z perspektywy czasu dość zabawne.
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i co, taka niby super płyta, takie poważne Depeche Mode, a nikt nie chce o niej pisać. Przetrę szlak i mam nadzieję, że dołączycie w miarę szybko, a nie za miesiąc.
Fly on the Windscreen
Nie mówicie mi o muchach na nieboskłonie, bo dla mnie wysoko latają słonie. Pozwolę sobie napisać o „Fly on the Windscreen” według chronologii wydawniczej i powstawania. Bawi mnie niezmiernie, że oryginalna wersja tego utworu była jedynym b-side’em „It’s Called a Heart”, kawałka pod każdym względem stojącego po drugiej stronie barykady. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś komentowane przez zespół, czy biografów. To był jakiś crashtest wśród największych fanów, czy takie trupie klimaty się przyjmą? Czy może wciśnięcie tego na siłę DJom?
To nie był taki sobie b-side, bo ostatecznie na singlu znajduje się więcej wersji tegoż, niż strony A. Zanim jakikolwiek singiel z BC został wydany, „Fly on the Windscreen” dorobił się już wersji extended oraz remiksu. Mało tego, mamy też dostęp do trochę wcześniejszej, ale ukończonej wersji studyjnej. To chyba najlepiej udokumentowany rozwój utworu Depeche Mode z tamtych czasów.
Studio outtake lub demo, pozbawione jest kompletnie reverbu, co jest mocno odświeżające po słuchaniu tego kawałka przez lata w wersji Final. Aż marzy się nowy miks BC bez tej studni. Z tego, między innymi, ta wersja wydaje się bardziej taneczna, bujalna, nie wiem. Bardziej konwencjonalna po prostu. Trochę lepiej słychać pewne brzmienia, chociaż te trąbki z klawisza, na sucho brzmią dosyć komicznie. Perkusja wali klapą mimo to, ale ejtisy. Kawałek już w tej nieco embrionalnej formie, ma wyczuwalny potencjał jako podkład hip-hopowy, co w pełni zostało zrealizowane lata później. Podoba mi się wyraźny wokal Gahana. Oficjalnie wydana oryginalna wersja z singla, jest podobna, ale już dopakowano tu reverb, może nie tak ciężki jak na albumie, ale jest. Kilka brzmień doszło względem studio outtake’u, ale też kilku ubyło. Odnoszę wrażenie, że wokal jest bardzo cicho w tej wersji, momentami nie jest w stanie przebić się nawet przez klapę od sracza, co już jest irytujące. Bas też wyraźnie gaśnie pod samplami. Podoba mi się wyciszenie na końcu, robi klimat.
Wersja Extended zaczyna się tak jak zwykła kończy. Fajny zabieg, ale wywaliłbym to „touche me”. Wydaje mi się, że jest tu trochę mniej reverbu, zwłaszcza na wokalu. Fajne i klarowne jest pianino przez cały utwór. Poza tym, wyłazi tutaj, że to nie jest kawałek, który można efektywnie rozciągnąć do 7 minut. Po 5 minucie, utwór w naturalny sposób dobiega końca i wszystko, co dzieje się później, to już rozwlekanie, przeciąganie, marnowanie mojego czasu na niekończące się tacz mi i kom hir, nał. Outro za to fajne.
„Death Mix” zaczyna się jak jakieś „Are People People?”, czyli kwas ponad wszystko. Jakieś sample siusiak wie skąd, nagromadzenie brzmień, nieład, zespół brzmi jakby był wyświetlany w tv, w tle tego wszystkiego. Słychać jednak jak kształtowała się wersja albumowa, podobnie było w wypadku „Strangelove”. Część z tych sampli przetrwała i pojawiła się na płycie. Remix jak remix, trochę fleksowania się kreatywnego i niewiele więcej.
Dochodzimy zatem do wersji albumowej. Fajne intro wychodzące z poprzedniego utworu, jakieś phasing na głównym motywie, tony reverbu, ale na szczęście nie na wszystkim. Perkusja wyraźnie zepchnięta na dalszy plan i wokale nie muszą już z nią walczyć. Słychać, ze Alan przespał się z tym kilka nocy więcej. Lista płac mówi, że tylko przy tym utworze, pracowali dodatkowi ludzie – Dave Allen i Phil Tennant. Co dokładnie robili, nie wiem. Jeśli chodzi o miks i generalne poukładanie tego z najciekawszych elementów, jest to najlepsza wersja. Może ten hip-hopowy vibe trochę uleciał, ale zdecydowanie lepiej pasuje to do płyty. Dobrze to połączono z „A Question of Lust”. Kawał fajnej, studyjnej roboty. Nie wracam do tego utworu już za bardzo, ale cenię.
Koncertowa wersja z dedykowanej trasy, przypomina trochę bardziej wersję z singla. Nie wiem za bardzo co mogę napisać więcej o niej, ot odegranie. Trochę zabawy samplami przez Andy’ego i walenie po metalu pod koniec wyróżnia to ujęcie od innych. Nie dziwię się, że odłożono ten kawałek na kolejne dwie trasy, nie było tam dla niego miejsca.
Możliwe, że by leżał tak dalej, gdyby nie hip-hopowe ciągoty zarówno Alana jak i Martina. Ten pierwszy musiał wyczuć potencjał, o którym pisał już przy wersji singlowej, bo dokończył dzieła wersją devotionalową. Kiedyś nie mogłem się do niej przekonać, ale od dłuższego czasu uważam, że nie ma lepszej wersji, przynajmniej live. Może numer został chamsko wciśnięty w tę konwencję, ale pasuje to dobrze, tak jakby ten kawałek zawsze miał brzmieć w ten sposób. Skrecze mogą trochę bawić po latach, ale kaman, to był 93 rok. Fajny bas, fajnie pocięty główny motyw, jakieś dodatkowe sample w tle. Jest dobrze.
No i wersja 2009. Obniżona tonacja, ale to nie robi różnicy za bardzo. Znowu wersja zbliżona do singlowej. Eigner zadziwiająco dobrze brzmi w tym kawałku, co nie było normą na tej i okolicznych trasach, zwłaszcza jeśli mówimy o kawałkach wyciąganych z dalekiej przeszłości. Niektóre brzmienia podmienione, ale i tak sporo zostało nietkniętych. Trąbki trochę komiczne. Wokalnie Gahan się trochę męczy, Gore wali stolcówą w sposób obezwładniający. Muzycznie jest lepiej niż 1986 r., wokalnie w kratkę. Wyszło spoko, nie widze problemu gdyby miało wrócić, ale najlepszy moment jest chyba teraz.
Koniec końców, spoko utwór, który uchował się w wielu, wielu różnych wersjach.
Fly on the Windscreen
Nie mówicie mi o muchach na nieboskłonie, bo dla mnie wysoko latają słonie. Pozwolę sobie napisać o „Fly on the Windscreen” według chronologii wydawniczej i powstawania. Bawi mnie niezmiernie, że oryginalna wersja tego utworu była jedynym b-side’em „It’s Called a Heart”, kawałka pod każdym względem stojącego po drugiej stronie barykady. Nie przypominam sobie, żeby to było jakoś komentowane przez zespół, czy biografów. To był jakiś crashtest wśród największych fanów, czy takie trupie klimaty się przyjmą? Czy może wciśnięcie tego na siłę DJom?
To nie był taki sobie b-side, bo ostatecznie na singlu znajduje się więcej wersji tegoż, niż strony A. Zanim jakikolwiek singiel z BC został wydany, „Fly on the Windscreen” dorobił się już wersji extended oraz remiksu. Mało tego, mamy też dostęp do trochę wcześniejszej, ale ukończonej wersji studyjnej. To chyba najlepiej udokumentowany rozwój utworu Depeche Mode z tamtych czasów.
Studio outtake lub demo, pozbawione jest kompletnie reverbu, co jest mocno odświeżające po słuchaniu tego kawałka przez lata w wersji Final. Aż marzy się nowy miks BC bez tej studni. Z tego, między innymi, ta wersja wydaje się bardziej taneczna, bujalna, nie wiem. Bardziej konwencjonalna po prostu. Trochę lepiej słychać pewne brzmienia, chociaż te trąbki z klawisza, na sucho brzmią dosyć komicznie. Perkusja wali klapą mimo to, ale ejtisy. Kawałek już w tej nieco embrionalnej formie, ma wyczuwalny potencjał jako podkład hip-hopowy, co w pełni zostało zrealizowane lata później. Podoba mi się wyraźny wokal Gahana. Oficjalnie wydana oryginalna wersja z singla, jest podobna, ale już dopakowano tu reverb, może nie tak ciężki jak na albumie, ale jest. Kilka brzmień doszło względem studio outtake’u, ale też kilku ubyło. Odnoszę wrażenie, że wokal jest bardzo cicho w tej wersji, momentami nie jest w stanie przebić się nawet przez klapę od sracza, co już jest irytujące. Bas też wyraźnie gaśnie pod samplami. Podoba mi się wyciszenie na końcu, robi klimat.
Wersja Extended zaczyna się tak jak zwykła kończy. Fajny zabieg, ale wywaliłbym to „touche me”. Wydaje mi się, że jest tu trochę mniej reverbu, zwłaszcza na wokalu. Fajne i klarowne jest pianino przez cały utwór. Poza tym, wyłazi tutaj, że to nie jest kawałek, który można efektywnie rozciągnąć do 7 minut. Po 5 minucie, utwór w naturalny sposób dobiega końca i wszystko, co dzieje się później, to już rozwlekanie, przeciąganie, marnowanie mojego czasu na niekończące się tacz mi i kom hir, nał. Outro za to fajne.
„Death Mix” zaczyna się jak jakieś „Are People People?”, czyli kwas ponad wszystko. Jakieś sample siusiak wie skąd, nagromadzenie brzmień, nieład, zespół brzmi jakby był wyświetlany w tv, w tle tego wszystkiego. Słychać jednak jak kształtowała się wersja albumowa, podobnie było w wypadku „Strangelove”. Część z tych sampli przetrwała i pojawiła się na płycie. Remix jak remix, trochę fleksowania się kreatywnego i niewiele więcej.
Dochodzimy zatem do wersji albumowej. Fajne intro wychodzące z poprzedniego utworu, jakieś phasing na głównym motywie, tony reverbu, ale na szczęście nie na wszystkim. Perkusja wyraźnie zepchnięta na dalszy plan i wokale nie muszą już z nią walczyć. Słychać, ze Alan przespał się z tym kilka nocy więcej. Lista płac mówi, że tylko przy tym utworze, pracowali dodatkowi ludzie – Dave Allen i Phil Tennant. Co dokładnie robili, nie wiem. Jeśli chodzi o miks i generalne poukładanie tego z najciekawszych elementów, jest to najlepsza wersja. Może ten hip-hopowy vibe trochę uleciał, ale zdecydowanie lepiej pasuje to do płyty. Dobrze to połączono z „A Question of Lust”. Kawał fajnej, studyjnej roboty. Nie wracam do tego utworu już za bardzo, ale cenię.
Koncertowa wersja z dedykowanej trasy, przypomina trochę bardziej wersję z singla. Nie wiem za bardzo co mogę napisać więcej o niej, ot odegranie. Trochę zabawy samplami przez Andy’ego i walenie po metalu pod koniec wyróżnia to ujęcie od innych. Nie dziwię się, że odłożono ten kawałek na kolejne dwie trasy, nie było tam dla niego miejsca.
Możliwe, że by leżał tak dalej, gdyby nie hip-hopowe ciągoty zarówno Alana jak i Martina. Ten pierwszy musiał wyczuć potencjał, o którym pisał już przy wersji singlowej, bo dokończył dzieła wersją devotionalową. Kiedyś nie mogłem się do niej przekonać, ale od dłuższego czasu uważam, że nie ma lepszej wersji, przynajmniej live. Może numer został chamsko wciśnięty w tę konwencję, ale pasuje to dobrze, tak jakby ten kawałek zawsze miał brzmieć w ten sposób. Skrecze mogą trochę bawić po latach, ale kaman, to był 93 rok. Fajny bas, fajnie pocięty główny motyw, jakieś dodatkowe sample w tle. Jest dobrze.
No i wersja 2009. Obniżona tonacja, ale to nie robi różnicy za bardzo. Znowu wersja zbliżona do singlowej. Eigner zadziwiająco dobrze brzmi w tym kawałku, co nie było normą na tej i okolicznych trasach, zwłaszcza jeśli mówimy o kawałkach wyciąganych z dalekiej przeszłości. Niektóre brzmienia podmienione, ale i tak sporo zostało nietkniętych. Trąbki trochę komiczne. Wokalnie Gahan się trochę męczy, Gore wali stolcówą w sposób obezwładniający. Muzycznie jest lepiej niż 1986 r., wokalnie w kratkę. Wyszło spoko, nie widze problemu gdyby miało wrócić, ale najlepszy moment jest chyba teraz.
Koniec końców, spoko utwór, który uchował się w wielu, wielu różnych wersjach.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tobie się tak paliło do BC.
Ta płyta jest zbyt poważna, żeby o niej pochopnie pisać.
Ta płyta jest zbyt poważna, żeby o niej pochopnie pisać.