Deep 5

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 09 gru 2025 22:56

no to mam dla was coś takiego

znacie AUTECHRE?

1. Autechre - Crystel (1992)

Przed każdym z nas podobnie trudne zadanie, chyba że w dupie z przekrojowym przelotem przez przepastne zbiory płyt i po prostu rzucamy wedle uznania i serducha. Postaram się pogodzić jedno z drugim. Trochę edukacji, trochę wczuty prosto z wnętrza i emocji. Mam nadzieję, że nie jest to najbardziej oczywisty wybór i ktoś jest przynajmniej delikatnie zaskoczony...

Czy ja wiem czy to jest deep cut? Z mojej perspektywy jak najbardziej. W czasach boomu poznawczego nie miałem dobrego stosunku do kompilacji, nawet tych kanonicznych lub istotnych dla danych nurtów. Z jednej strony spoko, bo przynajmniej nie świrowałem eksperta w większości przypadków na podstawie wyjątkowo wybiórczych źródeł. Z drugiej zdarzało się, że po latach odkrywałem brakujące puzzle, choćby ten cholerny pojedynczy element. Musiałem już kiedyś wspomnieć o mojej historii poznawania duetu Brown/Booth. Jedni z niewielu, których poznawałem chronologicznie - przynajmniej w znaczącej większości. O historii swoistego "doszkalania" mojego dawnego przyjaciela w gimnazjum z Autechre też już pisałem. W pewnym momencie podnieta osłabła. Kilkugodzinne monstra pokroju elseq czy NTS Session skutecznie zachęciły mnie do robienia wyraźnych kroków w tył i na boki. Deską ratunku okazały się właśnie dawno pomijane kompilacje. Stajnia Warpu ma tego mnóstwo, naprawdę. Nie da się przejść obojętnie bez wielu ikonicznych wydawnictw. Dla rodzącej się w najtisach "nowej elektroniki" kluczowe są dwa krążki Artificial Intelligence. Po latach dla wyrobionych słuchaczy to wyjątkowa zabawa. Jednocześnie poligon doświadczalny, okazja do sprawdzenia ówczesnych możliwości, ale też po czasie szansa na kontakt z wieloma mistrzami fachu na samym początku przygody artystycznej. Autechre na tym etapie to jeszcze taka bezkompromisowa ludzka zabawa elektronicznymi fantami w konwencjonalny sposób (szczególnie w porównaniu z dalszymi krokami). Z ducha hip-hopu, choć już bogata w nowe brzmienia. Crystel to modelowy przykład czegoś takiego. Łączy wszystkie wspomniane wątki.

Odkryty po latach dzięki przypominajce mojego wieloletniego znajomego od muziczki, której słuchać lubię bardzo (robić ostatnio mniej...). Wydany obok Aphexa, Speedy J, połowy The Orb i mniejszych lub większych anonimów, którzy zostali w epoce. Zawiera bardzo charakterystyczny zabieg, do którego będą raz na jakiś czas wracać w późniejszych płytach. Brzmi świetnie do dziś. Nie bez przyczyny na moim Laście może widnieć bardzo wysoko w rankingach odsłuchów... Prawdopodobnie to ostatnie tak udane odkrycie, bo w końcu od ich ostatnich płyt też minęło już trochę czasu, a przez koncertówki trochę nie mam zdrowia się przebijać. A Crystel jest lekkie, przyjemne, już wtedy panowie dogęszczali rytmicznie hardo, a do tego z faktycznym rozmysłem. Świadectwo starych nowych czasów, które wciąż może sprawiać radochę. Jeszcze nie było Incunabuli, o IDMie chyba nie mówiono, a starsze artefakty bardziej hip-hopowe wydano prawie 30 lat później. Zaczynamy u podstaw.

https://www.youtube.com/watch?v=adXe6TL4X2I
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 gru 2025 07:50

Witamy na podkładzie. Można lecieć dalej.

KOLEJKA 2.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7404
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 10 gru 2025 09:38

Numer 2 - 20th Century Promised Land

Lecimy o całe 2 lata do przodu, jest 1981, we wrześniu ukazuje się podwójno-pojedynczy (lub pojedynczo-podwójny), już czwarty album Kerra i ekipy, a więc Sons and Fascination/Sister Feelings Call (pokręcone tytuły swoją drogą, John Peel miał powiedzieć, że brzmią jak hasła z rozwiązanych krzyżówek). Dlaczego jest on pojedynczo-podwójny (albo podwójno-pojedynczy) to się nie będę rozpisywał, bo zajęłoby to dużo tekstu. Moja wrzutka pochodzi z "drugiego" z nich, tj. Sister Feelings Call.

No dobra, w dużym skrócie - SM dopiero co podpisali kontrakt z Virgin bo Arista się posypała, natrzepali tyle materiału w studio, że wkurwili nie tylko swojego producenta, którym był wtedy Steve Hillage, ale też ludzi z Virgin, bo przekraczali budżet. Na dodatek zażyczyli sobie podwójnego albumu, bo stworzyli tyle dobrych nagrań. Virgin kazało im się gonić, więc żeby ten dodatkowy materiał nie przepadł, wcisnęli go na dodatkowego winyla dokładanego "za darmo" do podstawowego albumu. Stąd "dwa" albumy.

20th Century Promised Land pochodzi z tego drugiego właśnie, co już napisałem wyżej, i jest jednym z moich bezwzględnie ulubionych numerów SM odkąd ich tylko znam. Był na pewno jednym z pierwszych, jakie zassałem z tego krążka, NIEWYKLUCZONE, iż pomagała mi w tym f.ś.p. EveS, a więc mówimy o jakimś lutym/marcu/kwietniu 2005. Ja się nie lubiłem wtedy jeszcze (przez chwilę) z sieciami P2P, to też polegałem na pomocy innych, bardziej doświadczonych, albo FORUM80S.PL HEHE. Wystarczyło.

SaF/SFC uchodzi za jedną z ikon nowej fali początku ejtisów i nie mogę się z tym nie zgodzić. Brzmienie całego albumu jest doskonałe, wypluł on przynajmniej jeden solidny hit - Love Song - oraz przyniósł SM W KOŃCU jakąś rozpoznawalność poza Wyspami i kręgami "odkrywców" ciekawej brytyjskiej muzyki nie mieszkających tamże. Love Song Love Songiem, ale deep cuty z tego krążka (tych krążków) są świetne - jak np. 20th Century Promised Land, które uwielbiam po dziś dzień i gęba się cieszy, jak to słyszę.

Tekst, jak to często u Kerra było na początku, nie bardzo ma głębszy sens (ale można go sobie znaleźć), warty uwagi jest wtręt z Brechta (jedynie). Bas Forbesa jest wyborny, najbardziej w refrenie. No i te cudowne klawisze... ciekawostka, ów klawiszowy riff ciągnący się przez większość numeru (przy akompaniamencie wiosła Burchilla) został przez grupę ochrzczony jako "Sky Saw", myślę, że podobieństwa są aż nazbyt oczywiste brzmieniowo. Brian Eno musiał być gdzieś blisko, choć Kerr znów wspominał Curtisa lol.

I na koniec - tytuł tej piosenki Google Translate chwilę po odpaleniu w wersji polskiej, a było to jakoś latem 2006, przetłumaczył mi jako "Wiek dwudziesty obiecał lądować", co po dziś dzień uznaję za całkiem zabawną rzecz. Z tym, że dziś bekę z GT zastąpiła beka z AI. Zapraszam!

https://www.youtube.com/watch?v=UOBpg93 ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 gru 2025 13:39

Nas - War
(2004)

Pierwotnie nie planowałem wrzucać tego numeru ale po pierwszej kolejce postanowiłem spróbować jak najbardziej unikać pewnych oklepanych, oczywistych typów i dokonać selekcji która byłaby jak najbardziej moja, czyt. mało prawdopodobne że trafilibyście prędko na taką rekomendację sami w necie.

Trochę jednak poskaczemy w czasie z tym Nasem, gdyż zależy mi by ten numer wleciał tu przed świętami a nie wiadomo kiedy wypadnie następna, trzecia kolejka. Lecimy zatem 10 lat od debiutu Nasira i lądujemy w czasach gdy jego kariera powolutku okrzepła a Nas miał za sobą udany debiut, późniejsze ataki na pozycje mainstreamowe które z kolei w oczach części jego fanów wydawały się odrzucające oraz comeback w postaci albumu Stillmatic i nieco mniej God's Son. Beef z Jayem już ucichł na dobre, on sam udał się wtedy zresztą na krótkotrwałą emeryturę a Nas postanowił w końcu zrealizować planowany lata wcześniej koncept podwójnego albumu. Tak oto w 2004 wydał Street's Disciple, dwupłytowy album który w gruncie rzeczy był jak na moje ucho taki RZETELNY ale mam do niego sentyment z uwagi na fakt że brat przywiózł go z Anglii wypalonego na cedeku pod koniec tamtego roku. Z tego względu kojarzy mi się on właśnie z okresem przedświątecznym a zwłaszcza wrzucany dziś przeze mnie utwór pt. War.

War po pierwsze siadło mi za sprawą swojego ciepłego brzmienia które jak dla mnie ma jakiś świąteczny pierwiastek w sobie a po drugie za sprawą tekstu, najbardziej chyba zwłaszcza refrenu który w tym numerze śpiewa neosoulowy wokalista Keon Bryce. Refren ma w sobie beztroskie przesłanie w którym mowa o tym że choć na zewnątrz panuje chaos (tu nazywany "wojną") to podmiot liryczny podchodzi do sytuacji z całkowitym spokojem gotów na wszelkie przeciwności losu ufając w Boga że ten pomoże mu przetrwać. Jeśli chodzi o zwrotki to w pierwszej Nas relacjonuje swoje ówczesne ustatkowane życie i opisuje scenę gdzie znalazł się w środku miejskiego zgiełku, spóźniony na randkę poszukując pospiesznie prezentu dla żony z którą jest umówiony - motyw ten właśnie mocno kojarzy mi się z przedświątecznym zgiełkiem na ulicach i w sklepach który w sumie faktycznie nieraz przypomina - heh - wojnę. W drugiej zaś wraca myślami do czasów chaosu w jego życiu kiedy nie ułożyła mu się relacja z matką jego córki ale puentuje historię mówiąc że teraz ma nową kobietę i pomimo przeciwności losu wszystko jakoś się ułożyło (utwór ten powstał krótko przed jego ślubem z Kelis). Z uwagi na charakter tego numeru właśnie lubię wracać do tej piosenki w okresie tego zamieszania przed Bożym Narodzeniem.

https://youtu.be/aS1punVl-cE?si=uSpAJOdCt9WaHDWF
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 gru 2025 13:32

Wrzucajcie żeby było co na święta słuchać joł
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 20 gru 2025 22:47

jou

Freeze Tag

Generalnie to układając tę listę, przyświecała mi myśl zrobienia takiego przekrojowego zestawienia twórczości waszej mojej ulubionej piosenkarki. Nie wiem na ile uda mi się takowe streścić mając do dyspozycji pięć utworów (z czego w planach przynajmniej dwa z jednej płyty - tak sobie delikatnie zaspoileruje), i nie wykluczam, że po prostu nie uda mi się tego zrobić, ale o ile brak jakichś współczesnych rzeczy bym mógł sobie jeszcze wybaczyć, tak braku reprezentanta twórczości z lat 80 - oj, nie bardzo.

A jako że już mieliście styczność z Solitude Standing, to wypadałoby umieścić przedstawiciela debiutu. Powtórzę się względem pierwszego wpisu, ALE znowu czasem sobie pluję w brodę z racji faktu, że nie wybrałem tej płyty. Bo mam dziwne przeczucie, że mogłaby co poniektórym bardziej zaskoczyć - więcej tu folku niż popu ani nie ma tam aż tak ogranych przez różnorakie radiostacje evergreenów, co pewnie też jakoś mogło wpłynąć na odbiór. Ale już pal to sześć.

W każdym razie cenię sobie debiut popularnej ZUZY tylko i aż z racji tego, że to zbiór dobrych i ładnych akustycznych piosenek okraszonych całkiem zgrabnymi tekstami. Nie będę próbować wciskać nikomu szpilki tekstami, że tak próbowano mi sprzedać Taylor Swift, więc napiszę, że tego spodziewałem się po tych wszystkich waszych Finkach i Blackach w bestkach, ale nigdy nie dostawałem...

Ale szydera na bok. Lepiej posłuchajcie sobie tego utworu. Tak po prostu. Ładne gitarki to oczywistość, śliczny wokal to banał, ale oprócz tego ze swojej strony wyróżnię piękny tekst o byciu niegotowym do wejścia w poważną relację, przekazany za pośrednictwem metafor związanych z dziecięcymi zabawami. Który do mnie trafia, bo odkąd zakończyłem dwa lata temu pewną relację, a półtorej roku temu przeszedłem meltdown jakoś tak boje się przed kimkolwiek otwierać, a wizja poważnej relacji i zaangażowania się w cokolwiek jest dla mnie wręcz absurdalna. Niby z najgorszego dołka wyszedłem, niby nawet jest nieźle, ale na samą myśl o byciu z kimś czuję jakąś dziwną blokadę i...

Dobra, nie miało być o mnie. Po prostu ten utwór do mnie trafia i po prostu bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=D0K6xOM5HY0
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24709
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 24 gru 2025 18:46

Three Hours

Uciekaliście kiedyś ze szkoły? Ja, na większą skalę, zacząłem uciekać sporadycznie w liceum. Tak się składa, że za boiskiem, była dosyć duża i generalnie zajebiście widoczna, o ile nie rzucająca się w oczy, dziura w siatkowym płocie, oddzielającym teren szkoły od posesji obok. Nie wierzę, że nikt tego nie zauważył. Widocznie szkoła nie paliła się do naprawy, albo płot należał do kamienicy obok. W każdym razie, tej ucieczki nauczył mnie i mojego zioma niejaki Adrian (ale nie ten Adrian), więc utarło się, że ucieka się „na Adriana”. Uciekaliśmy zazwyczaj w trakcie okienek, bo nie chciało nam się siedzieć bezczynnie na korytarzu. Przez te półtorej godziny (bo to mniej więcej tyle wychodziło), udawało nam się dojechać na łódzkie „czajna”, zjeść tam i wrócić na lekcję, oczywiście „na Adriana”, bo frontem nawet wejście byłoby ryzykowne. Ostatni rok liceum, to był dziwny czas. Szkoła coraz bardziej działała mi na nerwy, nie lubiłem za bardzo mojej klasy, itd. Ostatecznie skończyłem z nieodpowiednią oceną z zachowania, bo zrywałem się z lekcji, które mnie nie dotyczyły w kontekście zbliżającej się matury, żeby uczyć się do egzaminu z Historii Sztuki, w której to nauce, nikt w szkole nie był w stanie mi ani pomóc, ani doradzić, ani generalnie nic. Wiecie jakie są konsekwencje nieodpowiedniej oceny z zachowania w liceum? Żadne.

O ile czas, żeby dostać się z naszego liceum do centrum, to było jakieś 20 minut, tak żeby dostać się z Cambridge do Londynu, trzeba było poświęcić trzy godziny. Takie eskapady, urządzał sobie Nick Drake i jego kolega, Jeremy Mason, którzy wymykali się nocą z pobliskiego akademika. Trzy godziny żeby dojechać, trzy żeby wrócić. Podejrzewam, że by mi się nie chciało. To jest jakaś legenda, ale wersji źródła tekstu jest kilka, sięgając nawet do pobytu Drake’a we Francji, o którym wspominałem ostatnio. Tam Jeremy również był i pojawia się w tekście. Według tego, co sam mówi, „trzy godziny” to był jego zwrot określający jakiś nieznośnie długi czas na zrobienie czegoś. Nick, pierwszy raz zaprezentował mu „Three Hours”, podczas innego rodzaju eskapady, nocą na cmentarz, gdzie studencie nieraz spotykali się żeby robić… rzeczy, których młodzi ludzie raczej już w takich sytuacjach nie robią, czyli poczytać poezję, podyskutować o literaturze, lub zagrać koncert na akustyku. Kiedy słucham tego utworu i wyobrażam sobie nocną scenerię na cmentarzu, to włos jeży się na głowie. To musiało być coś.

Tekst, atmosfera, muzyka – oczywiście za to uwielbiam tę piosenkę, ale „Three Hours” jest też jak archeologiczne znalezisko, które z czasem daje z siebie coraz więcej. Jak odnajdywane kolejne piramidy kryjące w sobie coraz więcej informacji na temat starożytnego Egiptu, tak kolejne wersje kawałka Drake’a, dopełniają obrazu komponowania i pracy nad aranżacją.


Jeżeli interesuje was tylko ostateczna wersja, to przeskoczcie do ostatniego linka. Jeśli chcecie wiedzieć więcej, to pierwszym nagraniem jakie tu wrzucę, jest wykonanie z końca 1968 roku.

https://youtu.be/ssEQouGEhD8?list=RDssEQouGEhD8

Nick zaczyna tutaj szybko, by z drugą zwrotką zwolnić, a pod koniec znów przyspieszyć. Każdy kto gra na gitarze, wie że nie tak łatwo utrzymać tak szaleńczy fingerpicking na takiej długości utworu. Obstawiam, że podział wynika z tego, że Nick po prostu się męczył. To jest najczystsza postać „Three Hours”, sam Nick. Oczywiście istnieje również intymne demo nagrane na dyktafon, w jego sypialni, ale postanowiłem skupić się na wersjach studyjnych. Na początku 1969 roku, Nick podjął kolejną próbę, tym razem z udziałem dodatkowych muzyków.

https://youtu.be/XS76eOoYQZY?list=RDXS76eOoYQZY

Na kongach zagrał Rebop Kwaku Baah, znany z Traffic, a na flecie niestety nie wiadomo kto. Tym razem Nick na żadnym etapie utworu, nie decyduje się na szaleńczy fingerpicking, który charakteryzował poprzednie wykonanie, być może ze względu na udział perkusisty. Wejście fletu nadal robi na mnie duże wrażenie i nadaje temu, dosyć klaustrofobicznemu kawałkowi, odrobinę przestrzeni. Wyszło doskonale, ale Nick nie był do końca zadowolony, w głowie miał trochę co innego, lub po prostu zmienił zdanie. I tu dochodzimy do ostatecznej wersji, która pojawiła się na jego debiucie, „Five Leaves Left”.

https://youtu.be/VfSWWScqH5M?list=RDVfSWWScqH5M

Jest to niejako wypadkowa wcześniejszych wersji. Na kongach tym razem Rocky Dzidzornu. Z fletu zrezygnowano, natomiast zaproszono Danny’ego Thompsona na kontrabasie. Bodobno nagrywanie z Rockym nie należało do najłatwiejszych, niemniej Nick musiał być zadowolony z ostatecznego efektu. Powraca wirtuozerskie granie, jednak tym razem pojawia się w środku, a pod koniec znika, czyli odwrotnie niż w wykonaniu z 1968 r. Kongosy cichną na ten szybszy fragment, zresztą nic dziwnego, niemniej Thompson nie rezygnuje. Jego udział to zdecydowanie charakterystyczny moment tej wersji i jeden z jej największych atutów. Ostatecznie, ta wersja również i mnie podoba się najbardziej, ale każda z wcześniejszych była wielkim odkryciem. Chronologia wydawnicza jest w tym wypadku odwrotna od wieku samych nagrań i to najstarsze, ujrzało światło dzienne dopiero pół roku temu. Piękny utwór.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 gru 2025 00:18

2. Autechre - Rae (1998)

Kolejowy modelowy przykład. Mniejszy deep cut niż poprzednio, ale nie wyobrażam sobie uważać się za słuchacza elektroniki i nie znać Rae. Znakomity punkt wyjścia dla ich dalszych poszukiwań i eksperymentów, a także punkt dojścia w łączeniu tropów. Już Piezo jest solidnym kawałkiem melancholii połączonej z mechanicznością. Tutaj jesteśmy kilka kroków dalej pod każdym względem. Pozorne przeciwieństwa pięknie się przyciągają, wątpliwości równie słusznie znoszą. Liryczny poemacik jak pętla nieustannie powraca. Z początku bardziej w cieniu, dalej jak gdyby trochę wolniej, ale za to pewniej na pierwszym planie. Tak jakby poprzez muzykę Autechre porzucali związki ze światem ludzi, stanowiąc losową rąbankę... wręcz przeciwnie. Bardzo często w ekstremalnych przejawach kultury można znaleźć najbardziej uniwersalne, pozornie proste refleksje, łatwe opozycje. Pozwalają uporządkować odczucia względem świata, sztuki, tego czego się oczekuje po sobie, innych, doświadczanych zjawiskach. Lubię to uczucie drążenia w łamigłówce, która na końcu skrywa rozwiązanie do odczytania i pozytywnej interpretacji. Na takich kawałkach jak Rae kułem swój stosunek do hałasów i innych takich.

Takiej przeprawy jak wtedy już nie będzie. Ani nie macie już czystej głowy, ani może nie być tyle cierpliwości i czasu na ich muzykę. Spróbuję telegraficznego skrótu z wieloma pominięciami. Z drugiej strony i tak planuję kolejne duble w bestkach, albumówce też... ale fundamenty warto postawić. Z czasów porządku, choć często podanego w brutalnej masakrze (kochane Untilted). Bywa też i tak.

https://www.youtube.com/watch?v=sZ7Mu8YJbSU
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 gru 2025 13:26

Wujas zapraszamy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 30 gru 2025 19:34

Pet Shop Boys - That's My Impression

W 1995 roku PSB wydali kompilację utworów ze stron b singli pod nazwą Alternative. Jeden utwór już Wam przedstawiałem niedawno w bestce - A Man Could Get Arrested. Czas na kolejny świetny numer. That's My Impression to utwór ze strony b singla Love Comes Qiuckly z debiutanckiego albumu Please. Ja wielu utworów z Alternative przed 1995 rokiem nawet nie znałem, bo wtedy z dostępnością takich rzeczy było słabo. Ale jest tam sporo naprawdę dobrej muzyki. Niektóre b-side'y nawet są dla mnie lepsze od towarzyszących im singli. W przypadku That's My Impression w sumie chyba też tak jest. Uwielbiam Love Comes Quickly, ale That's My Impression chyba jeszcze bardziej. Bardzo żwawy i taneczny numer. Wręcz to utwór disco. A w końcówce Tennant daje niezły popis wokalny.
Neil i Chris mieli wtedy naprawdę głowy pełne świetnych pomysłów. Bardzo lubię ten ich wczesny okres twórczości. Ale w następnej rundzie przeskoczymy już trochę do przodu.

https://www.youtube.com/watch?v=-W_QckR ... rt_radio=1
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 gru 2025 19:53

AVE WUJAS, dziękujemy za dowiezienie!

Z czystą przyjemnością zapraszam do dalszej zabawy.

KOLEJKA 3.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 30 gru 2025 21:04

Nas - Stay
(2012)

Znów przenosimy się w czasie o prawie dekadę do przodu, niemniej vibe muzycznie pozostanie mocno zbliżony do poprzedniej wrzutki.

W 2012 roku Nas po rozwodzie z Kelis wydał album Life Is Good, który w mojej opinii był chyba ostatnim takim naprawdę fajnym albumem w jego dyskografii - przynajmniej ja sam osobiście później zacząłem się mocno rozjeżdżać z jego muzyką jakoś, z drobnymi wyjątkami. Na tamtej płycie Nas myślę zaprezentował naprawdę powrót do nieco lepszej formy serwując od bragga bangerów przez typowe nowojorskie uliczne narracje po utwory bardziej osobiste dotyczące różnych relacji z ludźmi, takim utworem jest właśnie Stay.

Dla mnie to naprawdę piękny, ciepły choć melancholijny rodzynek na tym albumie, na fantastycznym soulowym podkładzie skleconym przez No I.D., człowieka który produkował dawniej dużo dla Commona a potem był mentorem samego Kanye Westa. Tekst Stay opowiada o tych skomplikowanych relacjach z niektórymi ludźmi, relacjach które bywają czesto złe, toksyczne a z drugiej strony z których człowiek nie chce nieraz zrezygnować. Raz opowiada o kobiecie która szuka bardziej sponsora niż partnera ale ze względu na jej urodę czy z samej wygody z jej towarzystwa Nas nie potrafi zrezygnować, innym razem mówi o kimś kto jest jego wrogiem, kto mu zazdrości ale jednocześnie Nas mówi że potrzebuje takiej rywalizacji z kimś i tego by ten ktoś go podziwiał kiedy sam będzie na dnie, może daje mu to poczucie jakiejś wyższości? Reluję z tym numerem jako człowiek który sam trwał zbyt długo w różnych toksycznych relacjach, często z braku lepszych opcji zanim na dobre zrozumiałem czego potrzebuję w życiu i gdzie mam tego szukać. Ten kawałek ma dla mnie właśnie jakaś taką pokrzepiającą energię, jest miłym wspomnieniem z gorszych czasów, jest jak drobne ciepło kominka w najzimniejsze noce mojego życia. Takie słodkie cytryny trochę jak to mawiają bo wiecie - może ta laska obok wcale nie jest tego warta ale hej, chociaż tu jest, itede itepe. Racjonalizowanie kiepskich sytuacji życiowych, cieszę się że mam to za sobą.

https://youtu.be/HFJZ4i0vl1c?si=7wJ5QsSGYsGOwScP
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7404
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 31 gru 2025 09:58

Simple Minds - I Wish You Were Here (1985)

Zmieniły się czasy, zmienili się producenci, zmienił się styl i cele duetu Kerr-Burchill. Wcielenie nowofalowe rozmyło się niby sen złoty, wciąż zostawiając jednak powidoki na Sparkle in the Rain wydanym w 1984 (Up On the Catwalk <3). A potem przyszedł sukces po nagraniu piosenki napisanej przez Keitha Forseya na potrzeby filmu The Breakfast Club (czyli słynne Don't You), który to sukces... no, powiedzieć, że był gargantuiczny to nie powiedzieć wiele. Nagle Simple Minds stali się popularni w Stanach (nie, żeby wcześniej tam nie występowali czy żeby ich płyty tam nie szły, ale teraz naprawdę mówimy o wyprzedawaniu stadionów), oraz podbili wielokrotnie swoją popularność także w Europie i na Dalekim Wschodzie. Tak naprawdę od wydanego w 1985 Once Upon a Time (z którego pochodzi moja wrzutka), zespół urósł do statusu supergwiazdy rocka. I Kerrowi trochę o to już wtedy chodziło. Wystarczyło, że w 1983 poznał Bono i właściwie z miejsca zapragnął być jak on. Reszta jest historią (nawet trochę wspólną na pewnym etapie).

Once Upon a Time poznałem latem 2005 roku, więc ponad 20 lat temu. Długo przekonywałem się do tej płyty, no bo wtedy byłem ejtisowcem-nowofalowcem, a tutaj rock. Tzn. bądźmy szczerzy, to jest pop-rock i to typowo ejtisowy (Wikipedia określa gatunek albumu jako "arena rock", coś w tym jest), produkowany przede wszystkim przez Boba Clearmountaina, który wcześniej robił dla Jona Bon Jovi i Bryana Adamsa, więc jakby... gdzie te pasaże klawiszowe, wielkie riffy, tekstury i delikatna perkusja, wtf. A jednak poczułem się urzeknięty. Akurat niedługo po tym zakupie pojechałem z rodzicami na pierwsze ever zagraniczne wakacje do Chorwacji i bezwzględnie zawsze będę kojarzył tamtej wyjazd z tym krążkiem, a ten krążek z tamtym wyjazdem. Północnobałkańskie plenery, gorunc jak diabli, pełne słońce i Simple Minds na zupełnie nowo dla mnie (choć przecież znałem już Good News From the Next World). Pomijając złote hiciory jak np. Alive and Kicking czy All the Things She Said (do obydwu klipy zrobił Zbigniew Rybczyński btw), to...

No właśnie, co? Album ma tylko 8 numerów, połowa była singlami a Don't You (Forget About Me) nawet tam nie ma. To właśnie nie-single mi tę płytę sprzedały z sukcesem. I Wish You Were Here jest wprost GENIALNE. Numer się trochę, hmmm, rozkręca, przez co nie byłem jego fanem od pierwszych dźwięków, pianino momentami brzmi trochę zbyt tanio, produkcja jest cukierkowa jak diabli, ale kiedy wchodzi TEN refren i TEN chórek śpiewający "ooooooh can we seeeee youuuuuu" to mi nogi miękną. To jedna z piękniejszych piosenek wyrażających emocjonalną tęsknotę, jakie znam i zdania nigdy już nie zmienię. A tak się składa, że miałem tutaj w pewnym momencie dobry punkt odniesienia, i było to znane z mojej "depeszowej piątki" Higher Love - lat 2006, rok później, E. stała się historią a ja stałem się melancholijny (i tak już zostało). Wiele numerów leciało wtedy niemal na zapętleniu, jeden za drugim i I Wish You Were Here było jednym z nich. Tak się złożyło, że po dziś dzień to jeden z moich break-up songów do smuteczkowania, kiedy nic innego nie zostało. Jednocześnie z największą przyjemnością tenże song odpalam, no bo kaman, to jest kapitalny utwór. Porusza mnie i w ogóle, a i coda jest równie świetna jak cała reszta. Kerr i Burchill byli wtedy w peaku, który jedynie podbili wydaniem Street Fighting Years, ale jednocześnie spłynęła na nich sroga krytyka, że ten kolejny album jest zrzynką z U2, nikogo nie szło zadowolić. Mnie się wciąż podoba. I SFY też, i Real Life tak samo. O GNFTNW nie wspominając. Właściwie ci goście w każdej inkarnacji mają coś ciekawego do powiedzenia. A w listopadzie tego roku minęło równo 40 lat od premiery Once Upon a Time. Dobra okazja. Ciekawe, gdzie jest dzisiaj E...

https://www.youtube.com/watch?v=LiqGGRq ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 sty 2026 13:20

Wbijajcie śmiało koledzy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 sty 2026 12:37

Posępnego Czerepu Mocy Przybywaj

Wzywam Nicka Drake'a, Suzanne Vega, Autechre i Pet Shop Boys o wyskakiwanie z rodzynków
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10366
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 sty 2026 20:42

3. Autechre - Second Peng (1995)

Pęka mi serce, ale w tak skromnej selekcie muszę coś rzucić z osobistego peaku Autechre lat 90'. Najlepszą płytą już rzuciłem w albumówce. Potencjalny dubel najpewniej będzie EPką z tego okresu... bo mocni już byli na pełnoprawnych długograjach, ale w mniejszych formatach robiło się tylko ciekawiej. Wyraźniejsze inspiracje, jeszcze więcej eksperymentów lub po prostu świadectwa okresów pośrednich, ewolucji między poszczególnymi płytami. Techno, hip-hop, ambient. Od początku orbitują w tych rejonach i nie zamierzają rezygnować. Słuchałem chronologicznie, pierwszą w pełni docenioną była Anvil Vapre. Może dla oddania sprawiedliwości dziejowej podsyłam coś z tej, do której teraz wracam najrzadziej. Z zewnątrz to może wyglądać dziwnie. Wśród tego typu muzyki mam rzeczy budzące sentyment, większe emocje. W przypadku tak średnio opisywalnej naprawdę trudno pisać długie teksty. Potrzebowałem lat i przełamania oporu w kontakcie z ludźmi z internetu, by znaleźć równie wkręconych fanów co ja. W czasie intensywnego osłuchiwania to raczej było tło dla spacerów, zaszycia w samotności, wieczornych wypraw za miasto, znacie te wątki. Jestem dość wrażliwym człowiekiem, więc muzyczna psychodela sama w sobie wystarczała do ciekawszych odczuć czy przyjemniejszego spędzania czasu. Do teraz rzadko kiedy muzyka jest faktycznie tłem dla czegoś innego. Słucham w skupieniu. Gdy nie zażre z wielu abstrakcyjnych przyczyn wystarczy naprawdę niewiele. I tak w momencie próby sprawdzam, wracam, opisuję.

A ta stojąca muzyczna bryłka bardzo dobrze to odda. Mniej więcej o coś takiego mi chodzi, gdy mam w głowie spokojnie ewoluujące stojące utwory. Jest jakiś motyw przewodni, następuje wprowadzenie, rozwinięcie, stopniowy rozpad i powrót do punktu wyjścia, tyle że w trochę innym miejscu niż punkt wejścia. Z niczego w kilka minut powstaje przyjemnie outsiderska ścianka dźwięków. Psychodela modelowa. Cieszę się, że miałem na takie rzeczy mnóstwo czasu. Cieszę się, że nie znam ludzi, którzy byliby odważni na słuchanie takiej muzyki po różnych specyfikach. Wydaje mi się, że coś mogłoby być na rzeczy. W trzeźwości łepetyny absolutnie daje radę. Właśnie wieczorny, nocny spacer. Gasnące światła lamp jak z sal szpitalnych, mniej więcej w kolorach okładki EPki. Nieznośna lekkość niepokoju. Autechre, to takie ludzkie. Do tego polubiłem monotonię, powtarzalność, a tu to jest zrobione z głową, precyzją.

https://www.youtube.com/watch?v=6fP0Yl5oozw
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6943
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 sty 2026 03:03

3. Suzanne Vega - Headshots

W trzecim odcinku przechodzimy do lat 90. Tak zwaną płytę z jabłkiem pewnikiem znacie, nawet jeśli jej nie słuchaliście (tu patrzę spode łba na jednego DEWOTĘ), a jeśli nie - to na pewno znacie Caramel, którym w pradawnych czasach Murzyn wygrał jedną z Depeszwizji. W każdym razie mój zbiór deep cutów nie może się obyć bez reprezentanta tego albumu. W moim odczuciu nieco niedocenianego, ale może to tylko i wyłącznie moje wrażenie

I z tej płyty chcę zaprezentować pt gremium utwór pt. Headshots. Wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie dotyczy on gejmerskiej przeszłości Suzanne Vegi i nie nawiązuje do Counter Strike'a (tak, musiałem). Tytuł nawiązuje do plakatów, które zostały rozwieszone po Nowym Jorku przez bliżej niesprecyzowanego fotografa gdzieś w połowie lat 90. które to przedstawiały jakiegoś równie blisko niesprecyzowanego chłopaka, pod którym to wizerunkiem widniał napis HEADSHOTS.

I jakoś tak się złożyło, że ten bliżej niesprecyzowany chłopiec jest bardzo podobny do równie blisko nieprecyzowanego chłopca, który to był dla autorki tego tekstu ważną osobą na pewnym etapie życia. Rzekłbym nawet, że bardzo ważną - a w każdym razie na tyle, że ten bliżej sprecyzowany widok przywołał parę wspomnień. I, jak to bywa z osobami, które bywają dla nas ważne, a potem przestają - są to wspomnienia, na myśl o których cisną się na usta słowa ECH KUŚFA.

I ten utwór właśnie zaczyna się od takiego ECH, a potem... No potem to już jest nieco lepiej i dzieją się tu rzeczy ładne. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czemu ten utwór nie jest jakoś szerzej znany, bo to naprawdę bardzo solidny pop-rock, taki na wysokim poziomie i generalnie po prostu dobry. Nie umiem nic szczególnie mądrego napisać o warstwie muzycznej, ale jeśli znaczie Elvisa Costello, to możecie poczuć się jak w domu, bo tak się składa, że w tym utworze grają muzycy jego zespołu.

Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=yQBddyj5h5E
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 lut 2026 18:21

Hien i Wuja dojeżdżajcie Panowie litości
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18356
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 04 lut 2026 09:07

Pet Shop Boys - DJ Culture

Przeskakujemy trochę do przodu, choć wciąż nie za dużo. Poprzednie utwory pochodziły z połowy lat 80'. Teraz mamy rok 1991, w którym ukazał się pierwszy album kompilacyjny zespołu z ich największymi dotychczasowymi utworami pt. Discography: The Complete Singles Collection. Ukazały się na nim dwa nowe single. Jednym z nich był właśnie DJ Culture. Pet Shop Boys to nadal był mój zespół nr 1 (DM musiało jeszcze chwilkę poczekać). Ten utwór z miejsca stał się moim ulubionym i pozostawał na szczycie dyskografii przez kilka ładnych lat.
Tekst utworu nawiązuje do polityki, wojnie w Zatoce Perskiej i wypowiedzi prezydenta USA. Neil Tennant użył w utworze określenia "DJ Culture" uważając, iż politycy we własnych celach niejako "samplują" wypowiedzi innych znanych osób z przeszłości podobnie, jak DJ-je samplują muzykę innych wykonawców.
DJ Culture w sumie ma strukturę bardzo podobną do ich debiutanckiego singla West and Girls. Mówione, właściwie rapowane zwrotki i śpiewane refreny. Podobne pady, choć żywszy i bardziej taneczny rytm. Ale to wciąż stara szkoła PSB. Ciekawe, bo zespół istnieje już ponad 40 lat i wciąż kontynuuje działalność. A ja wciąż nie jestem w stanie wyrwać się z tych pierwszych lat ich działalności. Bo to był po prostu magiczny dla nich okres. Magiczna muzyka. I magiczny czas dla mnie, bo wspomnienia wciąż powracają. Młody Neil jeszcze z włosami. Świetne muzyczne pomysły. Wspomnienie czasów szkolnych kiedy na każdej przerwie dyskutowaliśmy z kolegami o ich piosenkach, albumach. Kiedy spotykaliśmy się po szkole u kolegi (bo posiadał wieżę hi-fi), żeby wspólnie posłuchać Pet Shop Boys i Depeche Mode.
Pamiętam jak w 1993r. pojechaliśmy na szkolną kilkudniową wycieczkę do Krakowa. Świetna wyprawa, ale najbardziej w głowie utkwił mi fakt, jak w sklepie muzycznym na ulicy Floriańskiej kupiłem kasetę HSV z Videography (The Singles Collection On Video). To przez długi czas był mój największy skarb, jaki posiadałem. Bo w tamtych latach posiadanie czegoś takiego, to było coś! Podobnie jak kilka lat wcześniej gloryfikowałem album Actually nagrany mi przez kolegę na kasetę magnetofonową. Zwykła kaseta, dla mnie warta fortunę.
Pewna era się skończyła i te czasy już nigdy nie wrócą. Jestem pewien, że już nigdy nie będę przeżywał podobnych emocji i ekscytacji muzycznych jak wtedy, choćby nie wiem co. Bo teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki bez wstawania z fotela. W tamtych czasach trzeba było walczyć o każdą piosenkę, o każdy album.

https://www.youtube.com/watch?v=HwdWG7J ... rt_radio=1

Polecam również znakomity i klimatyczny clip.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13846
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lut 2026 19:52

Poprosimy jeszcze o utwór od Nicka Drake'a
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup