Best of Forum IX
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Moev - M.T. M.T. N.M.E. (1982)
Znam ten zespół już 14 lat a do dziś nie mam pojęcia, co oznaczają te skróty w tytule. Nie zamierzam jednak pytać kolegi Chada z Djibouti. Moev jaki jest każdy widzi. Wrzucałem ich do utworowej jeszcze w 2022 (a więc mamy dubla!), potem była albumowa. Obydwie tamte wrzuty tyczyły się jednak zupełnie innych okresów w długiej i pokręconej historii istnienia zespołu. Teraz dorzucam kolejny, również inny od tych poprzednich. Wszystkie trzy mają jednak jeden wspólny mianownik - jest nim współzałożyciel zespołu, Kanadyjczyk Tom Ferris.
Moev powstało jakoś pod koniec roku 1980, założyło go dwóch kumpli z klasy (tym drugim był Cal Stephenson). Szybko dopięli do siebie gitarzystę (został nim Mark Jowett, późniejszy menago grupy w labelu Nettwerk), a jakiś czas potem dołączyła wokalistka - Madeleine Morris. Wydali wielkim wysiłkiem (nikt ich nie chciał, poza - i to jest ciekawe - Martinem Hannettem, legendarnym producentem Joy Division, no ale czwórki ledwo dwudziestoletnich dzieciaków z Vancouver nie stać było na podróż do Londynu i życie tam przez jakiś czas) debiutancki album o cokolwiek ciekawej nazwie Zimmerkampf, po czym Morris odeszła z zespołu i o. Kto ciekaw, co było dalej, niech wróci do mojego kilometrowego opisu albumu Yeah Whatever. Zaś jeśli chodzi o ten numer...
Wpadłem na niego przypadkiem. Tzn. w ogóle na Moev wpadłem przypadkiem, szukałem po dziwnych (i do tego polskich) blogach muzycznych aktywnych linków do bootlegów Ultravoxu z czasów zaraz po odejściu Foxxa z grupy, ale jeszcze przed premierą Vienny. Po prostu byłem ciekaw, jak brzmiały ich stare, bardziej punkowe nagrania z Urem na wokalu. Zamiast Ultravoxu znalazłem właśnie Zimmerkampf. Był marzec 2012, ja raptem dwa miesiące wcześniej dostałem ostatni, nokautujący cios od losu na koniec pewnego bardzo nieudanego romansu, więc raczej smutałem, nie miałem kasy ani dziewczyny, ale miałem Skyrima, Stalkera, Dextera oraz Azbest, który wówczas zaczynał się solidnie rozkręcać, głównie dzięki wciągnięciu przeze mnie na jego pokład Munlupa, który miał i warsztat i pomysły.
Dobra muza zawsze mi poprawia humor, a ta nie była po prostu dobra - była fantastyczna. Zastanawiałem się, jak długo mogło się coś takiego przede mną uchować. No, może dlatego, że zespół z Kanady, a ja miałem więcej wspólnego z brytyjską nową falą. Intrygująca nazwa, intrygujący tytuł płyty, podobnie okładka (niestety nie ta z miniatury - Zimmerkampf nigdy nie ukazało się oficjalnie na CD, jedyny "reissue" z 1987 roku dostał już tytuł The Early Years i składa się nań tenże album oraz dwa kawałki z EP ten album promującego; potem był reissue tego reissue i ma właśnie za okładkę takie... coś...), no i dość dziwaczny tytuł. Szybko zassałem udostępnionego RARa i w pierwszej kolejności włączyłem M.T. M.T. N.M.E. SŁODKI JEŻU W MORELACH, JAKIE TO JEST DOBRE!
Wszystko, czego Musiał oczekuje od ejtisowego numeru - fajne cyfrowe basy, świetna automatowa perkusja, doskonałe pady w tle, kapitalny mostek, gitara Jowetta no i Morris przed mikrofonem w tym konkretnym wypadku, to jest ponad 5 minut sonicznej uczty która pokazuje, że wiele fajnych rzeczy zostało jeszcze w muzyce do odkrycia. Marzec 2012 zrobił się dzięki nim jeszcze fajniejszy, zaś ich pokręcona historia w końcu zachęciła mnie do pobrania pozostałych wydawnictw. Ale to było dopiero latem. A teraz? MOEV OR DEATH!
https://www.youtube.com/watch?v=G7nVgB9 ... rt_radio=1
Znam ten zespół już 14 lat a do dziś nie mam pojęcia, co oznaczają te skróty w tytule. Nie zamierzam jednak pytać kolegi Chada z Djibouti. Moev jaki jest każdy widzi. Wrzucałem ich do utworowej jeszcze w 2022 (a więc mamy dubla!), potem była albumowa. Obydwie tamte wrzuty tyczyły się jednak zupełnie innych okresów w długiej i pokręconej historii istnienia zespołu. Teraz dorzucam kolejny, również inny od tych poprzednich. Wszystkie trzy mają jednak jeden wspólny mianownik - jest nim współzałożyciel zespołu, Kanadyjczyk Tom Ferris.
Moev powstało jakoś pod koniec roku 1980, założyło go dwóch kumpli z klasy (tym drugim był Cal Stephenson). Szybko dopięli do siebie gitarzystę (został nim Mark Jowett, późniejszy menago grupy w labelu Nettwerk), a jakiś czas potem dołączyła wokalistka - Madeleine Morris. Wydali wielkim wysiłkiem (nikt ich nie chciał, poza - i to jest ciekawe - Martinem Hannettem, legendarnym producentem Joy Division, no ale czwórki ledwo dwudziestoletnich dzieciaków z Vancouver nie stać było na podróż do Londynu i życie tam przez jakiś czas) debiutancki album o cokolwiek ciekawej nazwie Zimmerkampf, po czym Morris odeszła z zespołu i o. Kto ciekaw, co było dalej, niech wróci do mojego kilometrowego opisu albumu Yeah Whatever. Zaś jeśli chodzi o ten numer...
Wpadłem na niego przypadkiem. Tzn. w ogóle na Moev wpadłem przypadkiem, szukałem po dziwnych (i do tego polskich) blogach muzycznych aktywnych linków do bootlegów Ultravoxu z czasów zaraz po odejściu Foxxa z grupy, ale jeszcze przed premierą Vienny. Po prostu byłem ciekaw, jak brzmiały ich stare, bardziej punkowe nagrania z Urem na wokalu. Zamiast Ultravoxu znalazłem właśnie Zimmerkampf. Był marzec 2012, ja raptem dwa miesiące wcześniej dostałem ostatni, nokautujący cios od losu na koniec pewnego bardzo nieudanego romansu, więc raczej smutałem, nie miałem kasy ani dziewczyny, ale miałem Skyrima, Stalkera, Dextera oraz Azbest, który wówczas zaczynał się solidnie rozkręcać, głównie dzięki wciągnięciu przeze mnie na jego pokład Munlupa, który miał i warsztat i pomysły.
Dobra muza zawsze mi poprawia humor, a ta nie była po prostu dobra - była fantastyczna. Zastanawiałem się, jak długo mogło się coś takiego przede mną uchować. No, może dlatego, że zespół z Kanady, a ja miałem więcej wspólnego z brytyjską nową falą. Intrygująca nazwa, intrygujący tytuł płyty, podobnie okładka (niestety nie ta z miniatury - Zimmerkampf nigdy nie ukazało się oficjalnie na CD, jedyny "reissue" z 1987 roku dostał już tytuł The Early Years i składa się nań tenże album oraz dwa kawałki z EP ten album promującego; potem był reissue tego reissue i ma właśnie za okładkę takie... coś...), no i dość dziwaczny tytuł. Szybko zassałem udostępnionego RARa i w pierwszej kolejności włączyłem M.T. M.T. N.M.E. SŁODKI JEŻU W MORELACH, JAKIE TO JEST DOBRE!
Wszystko, czego Musiał oczekuje od ejtisowego numeru - fajne cyfrowe basy, świetna automatowa perkusja, doskonałe pady w tle, kapitalny mostek, gitara Jowetta no i Morris przed mikrofonem w tym konkretnym wypadku, to jest ponad 5 minut sonicznej uczty która pokazuje, że wiele fajnych rzeczy zostało jeszcze w muzyce do odkrycia. Marzec 2012 zrobił się dzięki nim jeszcze fajniejszy, zaś ich pokręcona historia w końcu zachęciła mnie do pobrania pozostałych wydawnictw. Ale to było dopiero latem. A teraz? MOEV OR DEATH!
https://www.youtube.com/watch?v=G7nVgB9 ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Brian Eno — An Ending (Ascent) [1983]
Upływ czasu robi wrażenie, ale nie ma co się nad nim rozczulać, jeszcze ciało i umysł zdążą zgnić. Warto jednak czasem ulec przyjemnie słodko-gorzkiej myśli i za nią pójść. Niech to będzie przyczyna dla takiej, a nie innej propozycji. Zawsze można potem do tego wrócić i sobie dopowiadać konteksty. W tym przypadku powrót nastąpił niepozornie, ale myślałem o tym utworze już przy okazji pierwszej wrzutki enowskiej.
Dziesięć lat temu wchodziłem w apogeum zapiwniczenia, dystansu do ludzi i konsumowania muzyki. Już byłem po przygodzie na Wykopie, na Kurahen nie miałem psychiki oraz w pełni wyrobionego genu przegrywa, ale kilka razy wszedłem. Nie pamiętam, czy cokolwiek tam napisałem. Na pewno najbardziej zaskoczyła mnie sekcja /g/... Poza tym mnóstwo czasu w domu. Pojedyncze wyprawy na Podzamcze do znajomych z klasy ponad gimnazjalny finisz to była pełnia dodatków. Najbardziej pamiętam spokojne leżanki, seanse muzyczne, sporo kawy, częste sesje do samego rana. Wakacje były kulminacją kulminacji, bo wreszcie nadeszła (mimowolna wówczas) zmiana otoczenia, a przez to tak naprawdę zostały strzępy poważnych znajomości na żywo oraz internet. Drugie tyle czasu dłubałem muzykę. Wbrew trendom środowiskowym czy potrzebom znajomych z mojego rocznika ja przesiadywałem na forach ze starymi słuchaczami elektroniki, pisałem elaboraty, które może trąciły naiwnością i młodzieńczą przesadą, ale w porównaniu do innych w meritum niczym się nie różnią. Nadmiar lub brak wiedzy łatwo zatuszować zmyślnym akapitem, zgranymi chwytami retorycznymi i już można udawać mądrzejszego niż się jest. Pod kątem muzycznym znałem na wylot wiele rosyjskojęzycznych portali o wątpliwej legalności, które dziś są nie do odnalezienia. Bawiłem się w gry forumowe, oglądałem popularnych twórców jutubowych, którzy dziś są na cenzurowanym, zetknąłem się z filmami bez dialogów, chłonąłem dużo siatkówki. Dało się w domu robić tak wiele rzeczy, dzisiaj to kompletnie nie do powtórzenia.
Do Trójki wrócił wówczas Pan Jerzy Kordowicz. Podstawowo zorientowanym w świecie el-muzyki nie trzeba go przedstawiać. Mentor i przewodnik po świecie muzyki elektronicznej. Niektórzy mogli zostać po prostu na wprowadzeniu do płyty Poland. Wielu ze słuchaczy podążało za jego audycjami już od lat 80'. Dla mnie aż tak ikonicznego statusu nie ma... choć jedno wydarzenie ze mną zostanie. Na początku wspomniałem o stękaniu nad czasem nie bez przyczyny. Jakiś czas temu byłem ciekawy śladów moich aktywności okołomuzycznych w mediach społecznościowych. Dojechałem dość daleko, dałem temu wyraz na grupce, ale w uzasadniony sposób post został zignorowany. Dzisiaj coś mnie tknęło i odnalazłem jak gdyby nigdy nic wciąż dostępne do lektury tydzień po tygodniu ustawiane wydarzenia na Facebooku z okazji kolejnych audycji Studia El w PR3. Łatwo było je znaleźć, bo po prostu w wielu z nich zostawiłem komentarze, a już na pewno zaznaczyłem opcję o "wzięciu udziału" w nich. Tak, przede wszystkim wakacje 2016, ale też sporo jesiennych przelotów. Wbrew pozorom już wtedy słyszałem tam sporo znanych rzeczy. W końcu po siedemdziesiątce trudno zachować świeżość i potrzebę podążania za absolutnie najnowszymi wytworami. Z drugiej strony już wtedy wiedziałem, że czeka mnie mnóstwo zaległości i będę je przyswajał z niesamowitą radochą. Już nie pamiętam, czy czekałem na audycje Kordowicza z podekscytowaniem. To była w końcu tylko godzina w tygodniu, poza nią miałem mnóstwo innych kanałów do poznawania muzyki. Potencjalne wątpliwości szybko ugryzły mnie w tyłek. Obecnie z większą siłą pod tym względem działa na mnie radiowa Dwójka czy RAMka. Muzyki Briana Eno nie znałem praktycznie w ogóle poza pojedynczymi fortepianowymi miniaturami i coverem Martina. Pewnego wieczoru Pan Jerzy puścił właśnie An Ending (Ascent), a ja po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Teraz po tylu ambientowych doświadczeniach to już nie będzie to samo, ale tło już znacie. Do tej pory Apollo jest moją ulubioną płytą w jego dyskografii. Piękna kosmiczna miniatura, odpowiednio melodyjna, emocjonalna. Jeśli gdzieś ktoś próbował oddać jednocześnie bezmiar, piękno i pustkę kosmosu, to tutaj przesyłam jedną z celniejszych interpretacji tematu. Cała płyta doskonale balansuje między gitarowymi a synthowymi pasażami. Pan Brian Eno, Pan Roger Eno, Pan Daniel Lanois, ukłony.
...a dla Pana Jerzego szacunek i podziękowania, że przynajmniej z taką perłą był dla mnie osobą pierwszego kontaktu. To teraz głowy do góry i wytężcie wzrok w stronę gwiazd.
https://www.youtube.com/watch?v=hvzQQOAjuoU
Upływ czasu robi wrażenie, ale nie ma co się nad nim rozczulać, jeszcze ciało i umysł zdążą zgnić. Warto jednak czasem ulec przyjemnie słodko-gorzkiej myśli i za nią pójść. Niech to będzie przyczyna dla takiej, a nie innej propozycji. Zawsze można potem do tego wrócić i sobie dopowiadać konteksty. W tym przypadku powrót nastąpił niepozornie, ale myślałem o tym utworze już przy okazji pierwszej wrzutki enowskiej.
Dziesięć lat temu wchodziłem w apogeum zapiwniczenia, dystansu do ludzi i konsumowania muzyki. Już byłem po przygodzie na Wykopie, na Kurahen nie miałem psychiki oraz w pełni wyrobionego genu przegrywa, ale kilka razy wszedłem. Nie pamiętam, czy cokolwiek tam napisałem. Na pewno najbardziej zaskoczyła mnie sekcja /g/... Poza tym mnóstwo czasu w domu. Pojedyncze wyprawy na Podzamcze do znajomych z klasy ponad gimnazjalny finisz to była pełnia dodatków. Najbardziej pamiętam spokojne leżanki, seanse muzyczne, sporo kawy, częste sesje do samego rana. Wakacje były kulminacją kulminacji, bo wreszcie nadeszła (mimowolna wówczas) zmiana otoczenia, a przez to tak naprawdę zostały strzępy poważnych znajomości na żywo oraz internet. Drugie tyle czasu dłubałem muzykę. Wbrew trendom środowiskowym czy potrzebom znajomych z mojego rocznika ja przesiadywałem na forach ze starymi słuchaczami elektroniki, pisałem elaboraty, które może trąciły naiwnością i młodzieńczą przesadą, ale w porównaniu do innych w meritum niczym się nie różnią. Nadmiar lub brak wiedzy łatwo zatuszować zmyślnym akapitem, zgranymi chwytami retorycznymi i już można udawać mądrzejszego niż się jest. Pod kątem muzycznym znałem na wylot wiele rosyjskojęzycznych portali o wątpliwej legalności, które dziś są nie do odnalezienia. Bawiłem się w gry forumowe, oglądałem popularnych twórców jutubowych, którzy dziś są na cenzurowanym, zetknąłem się z filmami bez dialogów, chłonąłem dużo siatkówki. Dało się w domu robić tak wiele rzeczy, dzisiaj to kompletnie nie do powtórzenia.
Do Trójki wrócił wówczas Pan Jerzy Kordowicz. Podstawowo zorientowanym w świecie el-muzyki nie trzeba go przedstawiać. Mentor i przewodnik po świecie muzyki elektronicznej. Niektórzy mogli zostać po prostu na wprowadzeniu do płyty Poland. Wielu ze słuchaczy podążało za jego audycjami już od lat 80'. Dla mnie aż tak ikonicznego statusu nie ma... choć jedno wydarzenie ze mną zostanie. Na początku wspomniałem o stękaniu nad czasem nie bez przyczyny. Jakiś czas temu byłem ciekawy śladów moich aktywności okołomuzycznych w mediach społecznościowych. Dojechałem dość daleko, dałem temu wyraz na grupce, ale w uzasadniony sposób post został zignorowany. Dzisiaj coś mnie tknęło i odnalazłem jak gdyby nigdy nic wciąż dostępne do lektury tydzień po tygodniu ustawiane wydarzenia na Facebooku z okazji kolejnych audycji Studia El w PR3. Łatwo było je znaleźć, bo po prostu w wielu z nich zostawiłem komentarze, a już na pewno zaznaczyłem opcję o "wzięciu udziału" w nich. Tak, przede wszystkim wakacje 2016, ale też sporo jesiennych przelotów. Wbrew pozorom już wtedy słyszałem tam sporo znanych rzeczy. W końcu po siedemdziesiątce trudno zachować świeżość i potrzebę podążania za absolutnie najnowszymi wytworami. Z drugiej strony już wtedy wiedziałem, że czeka mnie mnóstwo zaległości i będę je przyswajał z niesamowitą radochą. Już nie pamiętam, czy czekałem na audycje Kordowicza z podekscytowaniem. To była w końcu tylko godzina w tygodniu, poza nią miałem mnóstwo innych kanałów do poznawania muzyki. Potencjalne wątpliwości szybko ugryzły mnie w tyłek. Obecnie z większą siłą pod tym względem działa na mnie radiowa Dwójka czy RAMka. Muzyki Briana Eno nie znałem praktycznie w ogóle poza pojedynczymi fortepianowymi miniaturami i coverem Martina. Pewnego wieczoru Pan Jerzy puścił właśnie An Ending (Ascent), a ja po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Teraz po tylu ambientowych doświadczeniach to już nie będzie to samo, ale tło już znacie. Do tej pory Apollo jest moją ulubioną płytą w jego dyskografii. Piękna kosmiczna miniatura, odpowiednio melodyjna, emocjonalna. Jeśli gdzieś ktoś próbował oddać jednocześnie bezmiar, piękno i pustkę kosmosu, to tutaj przesyłam jedną z celniejszych interpretacji tematu. Cała płyta doskonale balansuje między gitarowymi a synthowymi pasażami. Pan Brian Eno, Pan Roger Eno, Pan Daniel Lanois, ukłony.
...a dla Pana Jerzego szacunek i podziękowania, że przynajmniej z taką perłą był dla mnie osobą pierwszego kontaktu. To teraz głowy do góry i wytężcie wzrok w stronę gwiazd.
https://www.youtube.com/watch?v=hvzQQOAjuoU
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Bel Canto – The Suffering
Zespół Bel Canto już Wam raz prezentowałem za sprawą utworu Ladonia. To duet norweski złożony z Anneli Drecker i Nilsa Johansena. Do 1989 roku towarzyszył im Geir Jenssen. Grają taki dosyć specyficzny rodzaj popu. Ich brzmienie łączy eteryczny wokal z elektroniką i elementami world music. Czasami słuchając ich muzyki mam wrażenie, jakbym słuchał soundtracków z jakichś starych gierek. Czasami powiewa jakimiś mocno skandynawskimi, surowymi klimatami z dawnych czasów. Czasami jest orientalnie. Na pewno zawsze jest bardzo klimatycznie. I mnie ten tajemniczy klimat ich muzyki bardzo odpowiada. A The Suffering to ballada, której na pewno nie można odmówić klimatu. Utwór pochodzi z albumu Birds of Passage wydanego w 1990r. Ja natomiast ten zespół poznałem w 2009r. dzięki komuś z tego forum.
https://www.youtube.com/watch?v=Cnoh8a8 ... rt_radio=1
Zespół Bel Canto już Wam raz prezentowałem za sprawą utworu Ladonia. To duet norweski złożony z Anneli Drecker i Nilsa Johansena. Do 1989 roku towarzyszył im Geir Jenssen. Grają taki dosyć specyficzny rodzaj popu. Ich brzmienie łączy eteryczny wokal z elektroniką i elementami world music. Czasami słuchając ich muzyki mam wrażenie, jakbym słuchał soundtracków z jakichś starych gierek. Czasami powiewa jakimiś mocno skandynawskimi, surowymi klimatami z dawnych czasów. Czasami jest orientalnie. Na pewno zawsze jest bardzo klimatycznie. I mnie ten tajemniczy klimat ich muzyki bardzo odpowiada. A The Suffering to ballada, której na pewno nie można odmówić klimatu. Utwór pochodzi z albumu Birds of Passage wydanego w 1990r. Ja natomiast ten zespół poznałem w 2009r. dzięki komuś z tego forum.
https://www.youtube.com/watch?v=Cnoh8a8 ... rt_radio=1
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Widze ze Facet Komu Ufam sie przyjął, i to nawet tam gdzie zakładałem ze jednak się nie przyjmie. Mozna wam zaufać hehe
Funny Hippos - Osiem Godzin
Czas na kolejną świeżą polecajkę - chyba powoli przyzwyczajam się do tego etapu w dziejach tej zabawy w którym dzielę się świeżymi odkryciami i po prostu wrzucam rekomendacje dobrej muzyki. W teorii niby mógłbym wrzucać tu utwory powiązane z ważnymi momentami w moim życiu tudzież różnymi historiami okołoromantycznymi, ale będę z wami szczery - w tym momencie jakoś nie czuję potrzeby.
Dziś na ruszt wrzucam zespół o nazwie Śmieszne Hipcie. Odkryłem go w bardzo zabawny sposób i nie - nie mam namyśli wpisania w Google hasła "śmieszne zwierzęta" tylko stare numery magazynu Tylko Rock. Mam z tym pismem trochę relacje jak z radiową Trójką - niby dziaderskie, niby rozumiem wiele zarzutów ale zdarza mi się to od czasu do czasu je kupić, przeczytać a nawet odkryć coś dzięki niemu. No i pracuje tam mój serdeczny przyjaciel lol.
W każdym razie wystarczyło mi przeczytać, że zespół nazywa się Funny Hippos, pochodzi z Wrocławia, debiutanckinalbum nazywa się PI-DĄ, ma okładkę którą będziecie mogli zobaczyć na miniaturce i że tworzy coś co brzmi z grubsza jak FNM ale stworzone w Polsce w latach 90. Z naciskiem na z grubsza. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to mało, ale wy nie jesteście złośliwi prawda?
Wrzucam Osiem Godzin, bo to piosenka antynarkotykowa (tytułowe 8 godzin to okres wykrywalności narkotyków w organiźmie) a ja o narkotykach mogę napisać bardzo dużo. Np. to, że uważam że są złe i że nie warto ich zażywać oraz że zachęcam do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami. A już tak serio - to po prostu utwór, który brzmi po prostu COOL. Oprócz FNM osobiście przychodzą mi do głowy skojarzenia z wrzuconym wczesniej KLF - tak samo jak tam, tak i tu mamy od cholery różnych styli i wariackich motywów zamkniętych w formie (relatywnie przystępnej) piosenki. Bo jest tu i intro brzmiące jak z ówczesnej gry na jakąś Amigę, jazzowe akcenty i refren z wokalizami jakby wyjętymi z Bjork czy innej Sinnead O'Bush
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego
https://music.youtube.com/watch?v=I8pd3 ... RNU3BT7_3R
Funny Hippos - Osiem Godzin
Czas na kolejną świeżą polecajkę - chyba powoli przyzwyczajam się do tego etapu w dziejach tej zabawy w którym dzielę się świeżymi odkryciami i po prostu wrzucam rekomendacje dobrej muzyki. W teorii niby mógłbym wrzucać tu utwory powiązane z ważnymi momentami w moim życiu tudzież różnymi historiami okołoromantycznymi, ale będę z wami szczery - w tym momencie jakoś nie czuję potrzeby.
Dziś na ruszt wrzucam zespół o nazwie Śmieszne Hipcie. Odkryłem go w bardzo zabawny sposób i nie - nie mam namyśli wpisania w Google hasła "śmieszne zwierzęta" tylko stare numery magazynu Tylko Rock. Mam z tym pismem trochę relacje jak z radiową Trójką - niby dziaderskie, niby rozumiem wiele zarzutów ale zdarza mi się to od czasu do czasu je kupić, przeczytać a nawet odkryć coś dzięki niemu. No i pracuje tam mój serdeczny przyjaciel lol.
W każdym razie wystarczyło mi przeczytać, że zespół nazywa się Funny Hippos, pochodzi z Wrocławia, debiutanckinalbum nazywa się PI-DĄ, ma okładkę którą będziecie mogli zobaczyć na miniaturce i że tworzy coś co brzmi z grubsza jak FNM ale stworzone w Polsce w latach 90. Z naciskiem na z grubsza. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to mało, ale wy nie jesteście złośliwi prawda?
Wrzucam Osiem Godzin, bo to piosenka antynarkotykowa (tytułowe 8 godzin to okres wykrywalności narkotyków w organiźmie) a ja o narkotykach mogę napisać bardzo dużo. Np. to, że uważam że są złe i że nie warto ich zażywać oraz że zachęcam do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami. A już tak serio - to po prostu utwór, który brzmi po prostu COOL. Oprócz FNM osobiście przychodzą mi do głowy skojarzenia z wrzuconym wczesniej KLF - tak samo jak tam, tak i tu mamy od cholery różnych styli i wariackich motywów zamkniętych w formie (relatywnie przystępnej) piosenki. Bo jest tu i intro brzmiące jak z ówczesnej gry na jakąś Amigę, jazzowe akcenty i refren z wokalizami jakby wyjętymi z Bjork czy innej Sinnead O'Bush
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego
https://music.youtube.com/watch?v=I8pd3 ... RNU3BT7_3R
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 2.
7. Delphic - Clarion Call (stripped)
8. Cause & Effect – Alone (Hien)
9. Moev - M.T. M.T. N.M.E. (devotional)
10. Brian Eno — An Ending (Ascent) (Dragon)
11. Bel Canto – The Suffering (shodan)
12. Funny Hippos - Osiem Godzin (mintaj)
7. Delphic - Clarion Call (stripped)
8. Cause & Effect – Alone (Hien)
9. Moev - M.T. M.T. N.M.E. (devotional)
10. Brian Eno — An Ending (Ascent) (Dragon)
11. Bel Canto – The Suffering (shodan)
12. Funny Hippos - Osiem Godzin (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Cause & Effect - Alone
Abstrahując od samej muzy muszę napisać że naprawdę fajnie czasem dla odmiany poczytać jakieś dłuższe historie pisane cudzą ręką, dobrze że na tym etapie jeszcze się takie trafiają. Sam numer jest naprawdę bardzo spoko, chyba mało tego typu kawałków było w bestce, kojarzy mi się podobnie jedynie Ordinary World od Duran Duran, 90sowe ckliwe granie. Ale to te lata 90. które mocno nostalgizuję, z takim ciepłym brzmieniem, a utwór jest serio ŁADNY. I to już jest poziom piosenek do bestki do których będę z czasem wracał.
Moev - M.T. M.T. NME
Na wstępie mały rant - mam zawsze ból o tego typu jakieś skrótowce których nie rozumiem i nie znam sensu, zawsze mnie to drażni. Próbowałem na wszelkie sposoby rozszyfrować ale nic mi tu nie pasia, nie pomaga fakt że nie mogę znaleźć tekstu do utworu nigdzie a ze słuchu nie jestem pewien wszystkiego. Jedyna myśl taka - zgaduję że NME może być taką specyficzną formą zapisu słowa "enemy", ale MT. to powinno być "mount", co nie? Ok. 2:10 w tekście coś leci "pressure mounting on/old/all enemy"??? Chust wie o co tu biega. Ale przejdźmy do utworu samego w sobie może, zasadniczo Moev nie oferuje tu nic niespotykanego czy odkrywczego, w sumie brzmi to dość charakterystycznie jak na Musiałową wrzutę, podobne brzmienie zdawali się imitować lata później Xeno & Oaklander w jego innej wrzucie? Plastikowe ejtisy takie z surowym automatem perkusyjnym, powiedzmy że chyba nie do końca podzielam w tym wypadku zdanie o sonicznej uczcie etc. Mnie bardziej nudzi ten numer, gitara w końcówce też niezbyt przypadła mi do gustu wyjątkowo.
Brian Eno - An Ending (Ascent)
Ambientowy Eno tym razem dla odmiany po dwóch fajnych lirycznych numerach jakie wyłowiłem z bestki i jednym nowszym o którym już zapomniałem. Tbh mocno mi się ten numer kojarzy z Aphex Twinem, brzmi jak coś co mogłoby się znaleźć na SAW2 z którego sam wrzucałem numer marcową porą zdaje się. Ryśka ambienty chyba lepiej mi siedzą przez nieco cieplejsze, tłustsze brzmienie, tu jest nieco chłodno, jak w zimnym wnętrzu jakiejś katedry. Aczkolwiek ogółem jest to znów całkiem ładny utwór i widzę szanse na powroty w te rejony jeszcze.
bel canto - The Suffering
Przyznaję że obawiałem się tego dubla bo pierwsze wrzucane Bel Canto mi nie siadło zbytnio a ten numer jest starszy i... dużo lepszy kurczę. W ogóle vibe tego utworu kojarzy mi się z jakimiś soundtrackami do RPGów, podoba mi się to surowe nieco brzmienie naprawdę. Panna na wokalu może trochę nazbyt dramatyzuje momentami - to przeciąganie wyrazów jest nieco przesadzone - ale nie psuje to na szczęście całości. Całkiem interesująca wrzutka, odrobinę jakoś skojarzyła mi się z Mother od Camouflage, z takim nieco gotyckim sznytem w sobie to jest zrobione. Plusik dla Wuja, czekałem na jego powrót do bestki i liczę na więcej podobnych zaskoczek.
Funny Hippos - 8 godzin
Z opisu numer zapowiadał się naprawdę interesujaco muszę przyznać. Problem w tym że jak już odpaliłem to z moich nadziei trochę nie było co zbierać... Nie bardzo rozumiem przyrównania do FNM ale widocznie za mało jeszcze o nich wiem. W ogóle to w pierwszej chwili chciałem napisać że współczesny polski niezal to straszne guano i to jest najlepszy tego przykład ale dopiero potem przetarłem oczy i zobaczyłem że kawałek jest z 1996 roku :0 serio, dla mnie to brzmi jak jedne z tych gorszych nowych niezalowych wrzutek od Smoka. Po prostu, nie leży mi nawijka tego koleżki i to całe ojojoj, refren z tą laską na wokalu i pianinkiem jest chociaż nieco kojący wobec tych zwrotek z tym pseudo-Kazikiem, zatem za największy plus chyba mogę zaliczyć fakt że nie pomyślałbym że numer jest tak stary, można rzec - AWANGARDA.
No ale nic, mentos to akurat jest forumowicz który najbardziej u mnie polaryzuje wrzutkami więc ryzyko że trafię od czasu do czasu na taki numer rekompensuje myśl że za jakiś czas dla odmiany znowu trafi w samo sedno i się wyrówna.
Abstrahując od samej muzy muszę napisać że naprawdę fajnie czasem dla odmiany poczytać jakieś dłuższe historie pisane cudzą ręką, dobrze że na tym etapie jeszcze się takie trafiają. Sam numer jest naprawdę bardzo spoko, chyba mało tego typu kawałków było w bestce, kojarzy mi się podobnie jedynie Ordinary World od Duran Duran, 90sowe ckliwe granie. Ale to te lata 90. które mocno nostalgizuję, z takim ciepłym brzmieniem, a utwór jest serio ŁADNY. I to już jest poziom piosenek do bestki do których będę z czasem wracał.
Moev - M.T. M.T. NME
Na wstępie mały rant - mam zawsze ból o tego typu jakieś skrótowce których nie rozumiem i nie znam sensu, zawsze mnie to drażni. Próbowałem na wszelkie sposoby rozszyfrować ale nic mi tu nie pasia, nie pomaga fakt że nie mogę znaleźć tekstu do utworu nigdzie a ze słuchu nie jestem pewien wszystkiego. Jedyna myśl taka - zgaduję że NME może być taką specyficzną formą zapisu słowa "enemy", ale MT. to powinno być "mount", co nie? Ok. 2:10 w tekście coś leci "pressure mounting on/old/all enemy"??? Chust wie o co tu biega. Ale przejdźmy do utworu samego w sobie może, zasadniczo Moev nie oferuje tu nic niespotykanego czy odkrywczego, w sumie brzmi to dość charakterystycznie jak na Musiałową wrzutę, podobne brzmienie zdawali się imitować lata później Xeno & Oaklander w jego innej wrzucie? Plastikowe ejtisy takie z surowym automatem perkusyjnym, powiedzmy że chyba nie do końca podzielam w tym wypadku zdanie o sonicznej uczcie etc. Mnie bardziej nudzi ten numer, gitara w końcówce też niezbyt przypadła mi do gustu wyjątkowo.
Brian Eno - An Ending (Ascent)
Ambientowy Eno tym razem dla odmiany po dwóch fajnych lirycznych numerach jakie wyłowiłem z bestki i jednym nowszym o którym już zapomniałem. Tbh mocno mi się ten numer kojarzy z Aphex Twinem, brzmi jak coś co mogłoby się znaleźć na SAW2 z którego sam wrzucałem numer marcową porą zdaje się. Ryśka ambienty chyba lepiej mi siedzą przez nieco cieplejsze, tłustsze brzmienie, tu jest nieco chłodno, jak w zimnym wnętrzu jakiejś katedry. Aczkolwiek ogółem jest to znów całkiem ładny utwór i widzę szanse na powroty w te rejony jeszcze.
bel canto - The Suffering
Przyznaję że obawiałem się tego dubla bo pierwsze wrzucane Bel Canto mi nie siadło zbytnio a ten numer jest starszy i... dużo lepszy kurczę. W ogóle vibe tego utworu kojarzy mi się z jakimiś soundtrackami do RPGów, podoba mi się to surowe nieco brzmienie naprawdę. Panna na wokalu może trochę nazbyt dramatyzuje momentami - to przeciąganie wyrazów jest nieco przesadzone - ale nie psuje to na szczęście całości. Całkiem interesująca wrzutka, odrobinę jakoś skojarzyła mi się z Mother od Camouflage, z takim nieco gotyckim sznytem w sobie to jest zrobione. Plusik dla Wuja, czekałem na jego powrót do bestki i liczę na więcej podobnych zaskoczek.
Funny Hippos - 8 godzin
Z opisu numer zapowiadał się naprawdę interesujaco muszę przyznać. Problem w tym że jak już odpaliłem to z moich nadziei trochę nie było co zbierać... Nie bardzo rozumiem przyrównania do FNM ale widocznie za mało jeszcze o nich wiem. W ogóle to w pierwszej chwili chciałem napisać że współczesny polski niezal to straszne guano i to jest najlepszy tego przykład ale dopiero potem przetarłem oczy i zobaczyłem że kawałek jest z 1996 roku :0 serio, dla mnie to brzmi jak jedne z tych gorszych nowych niezalowych wrzutek od Smoka. Po prostu, nie leży mi nawijka tego koleżki i to całe ojojoj, refren z tą laską na wokalu i pianinkiem jest chociaż nieco kojący wobec tych zwrotek z tym pseudo-Kazikiem, zatem za największy plus chyba mogę zaliczyć fakt że nie pomyślałbym że numer jest tak stary, można rzec - AWANGARDA.
No ale nic, mentos to akurat jest forumowicz który najbardziej u mnie polaryzuje wrzutkami więc ryzyko że trafię od czasu do czasu na taki numer rekompensuje myśl że za jakiś czas dla odmiany znowu trafi w samo sedno i się wyrówna.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Delphic - Clarion Call
Utwór całkiem dobrze pasujący jako podkład do telewizyjnego spotu. Ale i jako kawałek muzyki prezentuje się dobrze. Dosyć spokojny początek. Potem w połowie utwór się rozkręca i jest jeszcze lepszy. Dobry gitarowy mostek. Dobra perkusja. Bardzo dobry wokal w drugiej części numeru. Linia melodyczna też się wyróżnia na plus. Podoba mi się też jak nagle w końcówce utwór się urywa.
Fajny gitarowy kawałek muzyki w skondensowanej niespełna 3-minutowej pigułce.
Cause & Effect – Alone
Mamy dalszą część hienowego love story. Mamy też kawałek niezłej popowej muzyki. Słuchając tego wciąż mam wrażenie, że na wokalu mamy tutaj Marcusa Meyna z Camouflage. Cóż za podobieństwo barwy głosu! Lubię głos Marcusa, dlatego to podobieństwo działa u mnie na zdecydowaną korzyść. Poza tym utwór jakoś szczególnie się może nie wyróżnia z tłumu, ale to nie ważne. Po prostu sobie przyjemnie płynie i to wystarczy. Tym bardziej jak autorowi wrzutki kojarzy się z czymś pozytywnym z przeszłości.
Moev - M.T. M.T. NME.
Zupełnie nie pamiętałem tego zespołu z albumówki. Byłem raczej przekonany, że to było słabe. Ale jak odpaliłem utwór M.T. M.T. NME, to byłem mocno zbudowany. Potem wróciłem do mojej recenzji albumu Yeah, Whatever i się okazało, że oceniłem płytę całkiem dobrze. Jednak ludzka pamięć jest zawodna. Muszę sobie od razu wrzucać dobre rzeczy do playlist na Spotify, bo bez tego się potem po prostu wiele płyt zapomina, albo tworzy się w głowie jakiś zniekształcony, nieprawdziwy obraz danej muzyki.
M.T. M.T. NME to naprawdę bardzo dobry utwór. Ma po prostu klimat, a to jest w muzyce najważniejsze. Dzięki padom unosi się nad tą piosenką taka aura tajemniczości, a gitara dodaje orientalnego sznytu. Jest w tym jakaś baśniowość. Wokalistka też wypada super. Mocno mi kogoś przypomina. Nawet zwrotki, które są najbardziej urokliwe mi coś przypominają.
Chyba sprawdzę cały album. Gdyby tam było więcej takiego klimatu, to byłbym zachwycony.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Ostatnio mieliśmy w bestce Briana Eno w jakimś duecie i wyjątkowo mi się nie podobało. Tutaj jest zupełnie inaczej. Jest pięknie, jest klimatycznie. O dziwo nie skojarzyła mi się ta nuta w ogóle z kosmosem (choć teraz po smokowych sugestiach z opisu jestem w stanie to sobie wyobrazić). Bardziej kojarzyło mi się to z jakimiś bezludnymi krajobrazami czy coś w tym stylu. Albo nawet z kościołem. Miałem wrażenie, że zaraz wejdą jakieś anielskie zaśpiewy. W każdym razie jest wyjątkowo piękny klimat. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej uspokajającego, wyciszającego.
Dragon zachwala całą płytę Apollo i tym razem na pewno dam się skusić.
Funny Hippos - Osiem Godzin
Jedno jest pewne – w przeciwieństwie do Mentosa raczej nie zainteresowałbym się zespołem o takiej nazwie ani albumem o takiej nazwie. A już na pewno nie zachęciłaby mnie do słuchania okładka. No ale jak to mówią – nie oceniaj książki po okładce.
Osiem godzin to rzecz bardzo dziwaczna – jak na Mentosa przystało. Raz mi te jego dziwadła podchodzą, innym razem nie. Tutaj mamy rzecz, w stosunku do której pozostanę raczej neutralny. Nie mówię, że to jakieś złe. Nawet momentami jest ciekawie i bujająco, ale nie jest to jednak do końca moja bajka. Muzyka, której chciałbym słuchać na co dzień. Mimo, że zwrotki mogą przywodzić na myśl znany utwór lubianego przeze mnie Kazika. Pianino całkiem interesujące. Refreny już gorsze i nie budzące zainteresowania. Ogólnie rzecz ujmując to muzyka, którą traktuję bardziej jako ciekawostkę, jednocześnie bez szans na dłuższą przyjaźń.
Bardzo dobra kolejka. Klimatyczna i dosyć spójna. Nawet te hipcie nie były takie najgorsze.
Utwór całkiem dobrze pasujący jako podkład do telewizyjnego spotu. Ale i jako kawałek muzyki prezentuje się dobrze. Dosyć spokojny początek. Potem w połowie utwór się rozkręca i jest jeszcze lepszy. Dobry gitarowy mostek. Dobra perkusja. Bardzo dobry wokal w drugiej części numeru. Linia melodyczna też się wyróżnia na plus. Podoba mi się też jak nagle w końcówce utwór się urywa.
Fajny gitarowy kawałek muzyki w skondensowanej niespełna 3-minutowej pigułce.
Cause & Effect – Alone
Mamy dalszą część hienowego love story. Mamy też kawałek niezłej popowej muzyki. Słuchając tego wciąż mam wrażenie, że na wokalu mamy tutaj Marcusa Meyna z Camouflage. Cóż za podobieństwo barwy głosu! Lubię głos Marcusa, dlatego to podobieństwo działa u mnie na zdecydowaną korzyść. Poza tym utwór jakoś szczególnie się może nie wyróżnia z tłumu, ale to nie ważne. Po prostu sobie przyjemnie płynie i to wystarczy. Tym bardziej jak autorowi wrzutki kojarzy się z czymś pozytywnym z przeszłości.
Moev - M.T. M.T. NME.
Zupełnie nie pamiętałem tego zespołu z albumówki. Byłem raczej przekonany, że to było słabe. Ale jak odpaliłem utwór M.T. M.T. NME, to byłem mocno zbudowany. Potem wróciłem do mojej recenzji albumu Yeah, Whatever i się okazało, że oceniłem płytę całkiem dobrze. Jednak ludzka pamięć jest zawodna. Muszę sobie od razu wrzucać dobre rzeczy do playlist na Spotify, bo bez tego się potem po prostu wiele płyt zapomina, albo tworzy się w głowie jakiś zniekształcony, nieprawdziwy obraz danej muzyki.
M.T. M.T. NME to naprawdę bardzo dobry utwór. Ma po prostu klimat, a to jest w muzyce najważniejsze. Dzięki padom unosi się nad tą piosenką taka aura tajemniczości, a gitara dodaje orientalnego sznytu. Jest w tym jakaś baśniowość. Wokalistka też wypada super. Mocno mi kogoś przypomina. Nawet zwrotki, które są najbardziej urokliwe mi coś przypominają.
Chyba sprawdzę cały album. Gdyby tam było więcej takiego klimatu, to byłbym zachwycony.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Ostatnio mieliśmy w bestce Briana Eno w jakimś duecie i wyjątkowo mi się nie podobało. Tutaj jest zupełnie inaczej. Jest pięknie, jest klimatycznie. O dziwo nie skojarzyła mi się ta nuta w ogóle z kosmosem (choć teraz po smokowych sugestiach z opisu jestem w stanie to sobie wyobrazić). Bardziej kojarzyło mi się to z jakimiś bezludnymi krajobrazami czy coś w tym stylu. Albo nawet z kościołem. Miałem wrażenie, że zaraz wejdą jakieś anielskie zaśpiewy. W każdym razie jest wyjątkowo piękny klimat. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej uspokajającego, wyciszającego.
Dragon zachwala całą płytę Apollo i tym razem na pewno dam się skusić.
Funny Hippos - Osiem Godzin
Jedno jest pewne – w przeciwieństwie do Mentosa raczej nie zainteresowałbym się zespołem o takiej nazwie ani albumem o takiej nazwie. A już na pewno nie zachęciłaby mnie do słuchania okładka. No ale jak to mówią – nie oceniaj książki po okładce.
Osiem godzin to rzecz bardzo dziwaczna – jak na Mentosa przystało. Raz mi te jego dziwadła podchodzą, innym razem nie. Tutaj mamy rzecz, w stosunku do której pozostanę raczej neutralny. Nie mówię, że to jakieś złe. Nawet momentami jest ciekawie i bujająco, ale nie jest to jednak do końca moja bajka. Muzyka, której chciałbym słuchać na co dzień. Mimo, że zwrotki mogą przywodzić na myśl znany utwór lubianego przeze mnie Kazika. Pianino całkiem interesujące. Refreny już gorsze i nie budzące zainteresowania. Ogólnie rzecz ujmując to muzyka, którą traktuję bardziej jako ciekawostkę, jednocześnie bez szans na dłuższą przyjaźń.
Bardzo dobra kolejka. Klimatyczna i dosyć spójna. Nawet te hipcie nie były takie najgorsze.
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Delphic - Clarion Call
Wrzutka bardziej jak z munlupowo-musiałowej kieszonki, małe zaskoczenie! W reklamówce TVNu wypada równie zaskakująco. Na swój sposób pasuje do pastelowej "miejskiej" estetyki, ale dodaje dziwnego dramatyzmu. Przynajmniej dla mnie. Pamiętałem inne sezonówki, ta kompletnie nic mi nie mówi... poza nazwami programów będących do dziś w ramówce. Pod kątem merytorycznym już wiele się nie dzieje, co najwyżej przez kilka lat dużo szumu w branży wokół technologii. Zagraniczne formaty na pełnej. A sam kawałek wchodzi bardzo pozytywnie. Nerdostwo na RYMie coś tam brzęczy o Animal Collective, ale unikam brania do siebie opinii z dupy pisanych przez zbyt zasiedziałych w domach nieempatycznych ziutków. Dobrze brzmią syntezatory, wokale nie obniżają poziomu. Całość ładnie zbudowana najpierw w początkowym oczekiwaniu, a potem ta dramatyczna właśnie eksplozja. Indie power music, trochę na rockowo, trochę elektronicznie. Jak muzyka z wysokojakościowej samochodówki o której wspomniałem stanowczo zbyt wiele razy. Może trochę za szybko się urywa, ale z drugiej strony przynajmniej chce się wracać. Dobre to!
Cause & Effect – Alone
Znowu bardzo eklektyczna rzecz. Biorąc pod uwagę Wasze wcześniejsze wrzutki, bez czytania znowu zastanawiałbym się, kto to podrzuca. Soczysta nutka duchowej melancholii i duchologii. Erasure spotyka The Beloved oraz Davida Sylviana. Synthpopowy szkielet z acidowym brzmieniem w tle, ale zupełnie pozbawione ciągot klubowych. Jestem ciepło rozbujany, tak skrojona piosenka budzi we mnie sentyment, choć nie mam prawa znać tego zespołu. Rzecz kompletnie anonimowa, ale już od pierwszego odsłuchu jestem BARDZO CIEKAWY czegoś więcej. Pamiętam Naszą Klasę bardzo dobrze. Trudno będzie kiedykolwiek stworzyć równie ciepłe miejsce, które było tylko dla nas tutaj. Tyle zdjęć, konwersacji, odnalezionych znajomych sprzed lat. Myślę o tym perspektywie moich rodziców, bo za dzieciaka najbardziej podobały mi się obrazki z przypinkami, Pet Party i "akcja" usunąć śledzika. Ostatni raz zajrzałem tam na jakiś czas przez faktycznym zamknięciem i wysadzeniem w powietrze tego portalu. Okres licealny albo bardzo krótko po, bo w kontekście tamtych znajomości byłem ciekawy kilku kontekstowych historii. Szkoda tego miejsca, szkoda wszystkiego, co tam było i bezpowrotnie zniknęło. Przynajmniej w związku z tą wrzutką mogę o tym znów chwilę pomyśleć. Świetny kawałek, zapisuję płytę na listę "do odsłuchu", Hien znowu pięknie spełnia moje ulubione założenie bestki. Forma constans
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Zupełnie coś innego niż ten midi Moev późniejszy! Jest mrok, są dość gęściutkie syntezatory, a przede wszystkim pani na wokalu. Niezrozumiały tytuł dodatkowo podbija aurę tajemniczości, tak jakby sam kawałek tego dostatecznie dobrze nie robił. W idealnym świecie wszystkie kopie Depeche Mode zza Odry brzmiałyby właśnie tak. Spłycam, bo tych inspiracji jest znacznie więcej, ale chyba wiecie o co mi chodzi. Trochę gotyku, trochę post-punkowo... Jakościowe zaskoczenie, kolejny raz. Zimą na blokowiskach siadłoby pięknie. Mostek najlepszym fragmentem, w ogóle się nie zestarzał, urzekający zaśpiew. Kolejny dowód na to, że baby są lepsze. Baby i geje, oczywiście.
Bel Canto – The Suffering
Sprawdziłem sobie jeszcze raz Ladonię, bo trochę byłem zdziwiony swoim marudzeniem w pierwszej sezonie bestkowania. Muszę podtrzymać tamtą opinię... tutaj dzieją się znacznie lepsze rzeczy. Wiadomo, co pan Geir ugotuje, to zazwyczaj nie ma lipy. Dopiero na starość zaczął nudzić wyjątkowo przeciętną muzyką bez specjalnego wyszukania czy oddziaływania na wyobraźnię. The Suffering zdradza klimatyczne ciągoty, które potem w bardziej taneczny sposób rozwinie na Microgravity. Tutaj bardziej dostojnie, barokowo, surowo. Aranż i wokal działają równorzędnie, równie skutecznie. Zgadzam się z shodanem pod kątem skojarzeń. Dobre jako ilustracja czegoś z tamtych rejonów, ale samo w sobie też skutecznie angażuje, nie nudzi. Taka sama rodzina muzyka co moja dawna wrzutka by Pieter Nooten, tyle że tam jest bardziej uczuciowo i melancholijnie, a tu posągowo i mroźnie. Ladonia przy tym to niepokojąco losowy muzak. Przy nawrocie potrzeby słuchania Biosphere zajrzę tutaj!
Funny Hippos - Osiem Godzin
Mój ulubiony typ świeżych rekomendacji, czyli coś sprzed 30 lat. Siedząc w pracy w teatrze miałem takie: o kurczę, ale to brzmi właśnie tak TEATRALNIE. Mimo wszystko w Wałbrzychu wiele miejsc wciąż przejawia klimacik, który odczuwałem też w głębokim dzieciństwie. Nie mówiąc o wrażeniu, które udziela się przy okazji oglądania zdjęć z najtisów na takim polska org pe el... niepoprawnie wzdycham do takich, bo pewnie przez moje zainteresowania, poglądy i hobby na swojej dzielnicy nieraz dostałbym w łeb, ale co mnie to w sumie obchodzi. Chodzi mi to, że z nieopisywalnych względów ten numer tak właśnie brzmi. Obskurnie, eklektycznie, nie pasując konkretnie do niczego, a jednocześnie budzi ciekawość, brzmiąc po prostu bardzo SPOKO. Bardzo wbrew okładce, która jest paskudna xd Chciałbym robić takie rzeczy, siedząc w pokoju z komputerem z dużą dupą i telewizorem z analogową Vectrą (wałbrzyskie Podzamcze, lata 00.). Facet lepiej nawija niż 99% sceny hip-hopowej. Midi aranżyk z akcentami jazzowymi. Antynarkotykowy numer, który brzmi jak bad trip... Bardzo dobrze przemyślany tekst. Gdzie mogę znaleźć całość? Ja jestem fanem z marszu.
dwie pierwsze kolejki jak typowa płyta JMJ: na dzień dobry dość neutralny wstęp, który nastraja pozytywnie, a potem z grubsza BANGERY. bawiłem się przednio!
Wrzutka bardziej jak z munlupowo-musiałowej kieszonki, małe zaskoczenie! W reklamówce TVNu wypada równie zaskakująco. Na swój sposób pasuje do pastelowej "miejskiej" estetyki, ale dodaje dziwnego dramatyzmu. Przynajmniej dla mnie. Pamiętałem inne sezonówki, ta kompletnie nic mi nie mówi... poza nazwami programów będących do dziś w ramówce. Pod kątem merytorycznym już wiele się nie dzieje, co najwyżej przez kilka lat dużo szumu w branży wokół technologii. Zagraniczne formaty na pełnej. A sam kawałek wchodzi bardzo pozytywnie. Nerdostwo na RYMie coś tam brzęczy o Animal Collective, ale unikam brania do siebie opinii z dupy pisanych przez zbyt zasiedziałych w domach nieempatycznych ziutków. Dobrze brzmią syntezatory, wokale nie obniżają poziomu. Całość ładnie zbudowana najpierw w początkowym oczekiwaniu, a potem ta dramatyczna właśnie eksplozja. Indie power music, trochę na rockowo, trochę elektronicznie. Jak muzyka z wysokojakościowej samochodówki o której wspomniałem stanowczo zbyt wiele razy. Może trochę za szybko się urywa, ale z drugiej strony przynajmniej chce się wracać. Dobre to!
Cause & Effect – Alone
Znowu bardzo eklektyczna rzecz. Biorąc pod uwagę Wasze wcześniejsze wrzutki, bez czytania znowu zastanawiałbym się, kto to podrzuca. Soczysta nutka duchowej melancholii i duchologii. Erasure spotyka The Beloved oraz Davida Sylviana. Synthpopowy szkielet z acidowym brzmieniem w tle, ale zupełnie pozbawione ciągot klubowych. Jestem ciepło rozbujany, tak skrojona piosenka budzi we mnie sentyment, choć nie mam prawa znać tego zespołu. Rzecz kompletnie anonimowa, ale już od pierwszego odsłuchu jestem BARDZO CIEKAWY czegoś więcej. Pamiętam Naszą Klasę bardzo dobrze. Trudno będzie kiedykolwiek stworzyć równie ciepłe miejsce, które było tylko dla nas tutaj. Tyle zdjęć, konwersacji, odnalezionych znajomych sprzed lat. Myślę o tym perspektywie moich rodziców, bo za dzieciaka najbardziej podobały mi się obrazki z przypinkami, Pet Party i "akcja" usunąć śledzika. Ostatni raz zajrzałem tam na jakiś czas przez faktycznym zamknięciem i wysadzeniem w powietrze tego portalu. Okres licealny albo bardzo krótko po, bo w kontekście tamtych znajomości byłem ciekawy kilku kontekstowych historii. Szkoda tego miejsca, szkoda wszystkiego, co tam było i bezpowrotnie zniknęło. Przynajmniej w związku z tą wrzutką mogę o tym znów chwilę pomyśleć. Świetny kawałek, zapisuję płytę na listę "do odsłuchu", Hien znowu pięknie spełnia moje ulubione założenie bestki. Forma constans
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Zupełnie coś innego niż ten midi Moev późniejszy! Jest mrok, są dość gęściutkie syntezatory, a przede wszystkim pani na wokalu. Niezrozumiały tytuł dodatkowo podbija aurę tajemniczości, tak jakby sam kawałek tego dostatecznie dobrze nie robił. W idealnym świecie wszystkie kopie Depeche Mode zza Odry brzmiałyby właśnie tak. Spłycam, bo tych inspiracji jest znacznie więcej, ale chyba wiecie o co mi chodzi. Trochę gotyku, trochę post-punkowo... Jakościowe zaskoczenie, kolejny raz. Zimą na blokowiskach siadłoby pięknie. Mostek najlepszym fragmentem, w ogóle się nie zestarzał, urzekający zaśpiew. Kolejny dowód na to, że baby są lepsze. Baby i geje, oczywiście.
Bel Canto – The Suffering
Sprawdziłem sobie jeszcze raz Ladonię, bo trochę byłem zdziwiony swoim marudzeniem w pierwszej sezonie bestkowania. Muszę podtrzymać tamtą opinię... tutaj dzieją się znacznie lepsze rzeczy. Wiadomo, co pan Geir ugotuje, to zazwyczaj nie ma lipy. Dopiero na starość zaczął nudzić wyjątkowo przeciętną muzyką bez specjalnego wyszukania czy oddziaływania na wyobraźnię. The Suffering zdradza klimatyczne ciągoty, które potem w bardziej taneczny sposób rozwinie na Microgravity. Tutaj bardziej dostojnie, barokowo, surowo. Aranż i wokal działają równorzędnie, równie skutecznie. Zgadzam się z shodanem pod kątem skojarzeń. Dobre jako ilustracja czegoś z tamtych rejonów, ale samo w sobie też skutecznie angażuje, nie nudzi. Taka sama rodzina muzyka co moja dawna wrzutka by Pieter Nooten, tyle że tam jest bardziej uczuciowo i melancholijnie, a tu posągowo i mroźnie. Ladonia przy tym to niepokojąco losowy muzak. Przy nawrocie potrzeby słuchania Biosphere zajrzę tutaj!
Funny Hippos - Osiem Godzin
Mój ulubiony typ świeżych rekomendacji, czyli coś sprzed 30 lat. Siedząc w pracy w teatrze miałem takie: o kurczę, ale to brzmi właśnie tak TEATRALNIE. Mimo wszystko w Wałbrzychu wiele miejsc wciąż przejawia klimacik, który odczuwałem też w głębokim dzieciństwie. Nie mówiąc o wrażeniu, które udziela się przy okazji oglądania zdjęć z najtisów na takim polska org pe el... niepoprawnie wzdycham do takich, bo pewnie przez moje zainteresowania, poglądy i hobby na swojej dzielnicy nieraz dostałbym w łeb, ale co mnie to w sumie obchodzi. Chodzi mi to, że z nieopisywalnych względów ten numer tak właśnie brzmi. Obskurnie, eklektycznie, nie pasując konkretnie do niczego, a jednocześnie budzi ciekawość, brzmiąc po prostu bardzo SPOKO. Bardzo wbrew okładce, która jest paskudna xd Chciałbym robić takie rzeczy, siedząc w pokoju z komputerem z dużą dupą i telewizorem z analogową Vectrą (wałbrzyskie Podzamcze, lata 00.). Facet lepiej nawija niż 99% sceny hip-hopowej. Midi aranżyk z akcentami jazzowymi. Antynarkotykowy numer, który brzmi jak bad trip... Bardzo dobrze przemyślany tekst. Gdzie mogę znaleźć całość? Ja jestem fanem z marszu.
dwie pierwsze kolejki jak typowa płyta JMJ: na dzień dobry dość neutralny wstęp, który nastraja pozytywnie, a potem z grubsza BANGERY. bawiłem się przednio!
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Cała płyta wisi na kanale FUCKHEAD1981 na YouTube, a tak to chomik lub soulseekGdzie mogę znaleźć całość? Ja jestem fanem z marszu.
A okładka brzydka ale COŚ W NIEJ JEST
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Delphic - Clarion Call
Fajnie, że nie tylko ja czerpię muzykę ze spotów reklamowych, jingli, reklam, itd. ze stacji telewizyjnych. Można się śmiać, ale dużo dobrego z tego można ogarnąć, bo to są często anonimowe zespoły, które są tanie w licencji. Nie każdego stać na to żeby w jego reklamie gwizdano Depeche Mode. Ciekawy kawałek, zwłaszcza, że od Murzyna, a Murzyn rzadko chwali się sympatia w kierunku takich kawałków. Z jednej strony, mógłbym pomarudzić na zbyt dużą ilość wszystkiego naraz, z drugiej udaje się to zmieścić w niecałych 3 minutach, i ta intensywność nawet działa. Bardzo przyzwoita rzecz, ja na rzekę, do której Jaca rzadko wchodzi.
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Pamiętam, że pierwszą rzeczą jaką zauważyłem, kiedy Musiał puścił mi wczesne Moev, wtedy w 2012chyba roku, to to, że w tym samym roku DM wydali „A Broken Frame”, ale debiut Moev brzmi jak coś wiele lat bardziej zaawansowane, mimo że klimat wcale nie pada tak daleko od Gahanów. To były dziwne czasy, kiedy Musiał wpychał wszystkim do gardeł ten zespół, ale nadal uważam, że te albumy, przynajmniej w jakimś stopniu, są naprawdę dobre, a jeśli akurat nie dobre, to interesujące. Wokal Madeline Morris taki, no o jest, taki typowy damski wokal jakiegoś gotyckiego/dark/cold bandu. Czasami zalatuje nawet Maggie Railey, gdyby była ona smutną gotką.
Muzycznie, zawsze podobało mi się to połączenie syntezatorów i gitar, niby nic unikalnego i oryginalnego w tym kawałku nie ma, a jednak ma się ochotę wracać. Sympatyczny blast from the past ze stajni Musiała.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Kurde, Kordowicz. Pierwszy raz powiedział mi o nim ojciec, kiedy zacząłem interesować się muzyką elektroniczną. Powiedział, że ja chcę posłuchać dobrych rzecz w tym stylu, to na pewno powinienem posłuchać jego audycji. No i faktycznie. Audycje odbywały się późną nocą, ale ja często, jako nocnik, przesiadywałem przy radiu w środku nocy. Briana Eno zas, przez lata znałem jako producenta, a nie wykonawcę, chociaż miałem świadomość, że facet robił swoje rzeczy. „Ascent” najpierw usłyszałem gdzieś jako ukradziony motyw (lub samplowany) u kogoś, ale nie przypomnę sobie co to było. A oryginał, to jeden z najpiękniejszych ambientowych utworów stworzonych przez człowieka. Nie ma co się tutaj rozpisywać, trzeba słuchać.
Bel Canto – The Suffering
Ale Wujas dziwaczne rzeczy wyciąga w tej bestce, huhu. Dziwaczne w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po czymś co nazywa się „Bel Canto” oczekiwałbym pewnie jakiegoś pitolenia na garnkach w sombrero, ale to na szczęście zmyła. Podzielam Wujasa skojarzenie z muzyką z gier, wiem o co chodzi i tez to słyszę. Bardzo podobają mi się te lekko bliskowschodnie zaśpiewy, generalnie pani wokalistka ma doskonały wokal. Dziwna struktura, dziwna muzyka, wszystko dziwne i generalnie daję 10/10. Ale daję bo to jest dobre, a nie że dziwne. Bo
Funny Hippos - Osiem Godzin
Patrzę „fany hipos”, myślę sobie 'ale źle przeczytałem'. Ale nie, faktycznie fany hipos. W każdym razie, nie wiem, może już nie mam humoru, może już na mnie po prostu nie robią wrażenia rzeczy dziwaczne, jeśli nie są aż tak dobre. Wokal przypomina mi Grzegorza Halamę w „Ja wiedziałem, że tak będzie”, muzyka no jest jaka jest. Trochę ciekawa, trochę odrzucająca. Damski „refren” chyba najlepszy. Kurde, nie wiem. To brzmi jak coś nagrane dla ludzi, którzy robią „wow”, jak tylko usłyszą coś odrobinę hipsterskiego, niezalowego i generalnie lecącego na offie. A mnie ten inkluzywny, fejkowy klimat pozostawia w nastroju nieprzysiadalnym. Ale jest to mimo wszystko dosyć spoko, jak na tego typu twory. Trochę brzmię tu jak Musiał („straszne gówno, kciuk w górę i będę wracał”), ale raz na jakiś czas, każdy ma dzień, w którym mózg nie funkcjonuje.
Fajnie, że nie tylko ja czerpię muzykę ze spotów reklamowych, jingli, reklam, itd. ze stacji telewizyjnych. Można się śmiać, ale dużo dobrego z tego można ogarnąć, bo to są często anonimowe zespoły, które są tanie w licencji. Nie każdego stać na to żeby w jego reklamie gwizdano Depeche Mode. Ciekawy kawałek, zwłaszcza, że od Murzyna, a Murzyn rzadko chwali się sympatia w kierunku takich kawałków. Z jednej strony, mógłbym pomarudzić na zbyt dużą ilość wszystkiego naraz, z drugiej udaje się to zmieścić w niecałych 3 minutach, i ta intensywność nawet działa. Bardzo przyzwoita rzecz, ja na rzekę, do której Jaca rzadko wchodzi.
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Pamiętam, że pierwszą rzeczą jaką zauważyłem, kiedy Musiał puścił mi wczesne Moev, wtedy w 2012chyba roku, to to, że w tym samym roku DM wydali „A Broken Frame”, ale debiut Moev brzmi jak coś wiele lat bardziej zaawansowane, mimo że klimat wcale nie pada tak daleko od Gahanów. To były dziwne czasy, kiedy Musiał wpychał wszystkim do gardeł ten zespół, ale nadal uważam, że te albumy, przynajmniej w jakimś stopniu, są naprawdę dobre, a jeśli akurat nie dobre, to interesujące. Wokal Madeline Morris taki, no o jest, taki typowy damski wokal jakiegoś gotyckiego/dark/cold bandu. Czasami zalatuje nawet Maggie Railey, gdyby była ona smutną gotką.
Muzycznie, zawsze podobało mi się to połączenie syntezatorów i gitar, niby nic unikalnego i oryginalnego w tym kawałku nie ma, a jednak ma się ochotę wracać. Sympatyczny blast from the past ze stajni Musiała.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Kurde, Kordowicz. Pierwszy raz powiedział mi o nim ojciec, kiedy zacząłem interesować się muzyką elektroniczną. Powiedział, że ja chcę posłuchać dobrych rzecz w tym stylu, to na pewno powinienem posłuchać jego audycji. No i faktycznie. Audycje odbywały się późną nocą, ale ja często, jako nocnik, przesiadywałem przy radiu w środku nocy. Briana Eno zas, przez lata znałem jako producenta, a nie wykonawcę, chociaż miałem świadomość, że facet robił swoje rzeczy. „Ascent” najpierw usłyszałem gdzieś jako ukradziony motyw (lub samplowany) u kogoś, ale nie przypomnę sobie co to było. A oryginał, to jeden z najpiękniejszych ambientowych utworów stworzonych przez człowieka. Nie ma co się tutaj rozpisywać, trzeba słuchać.
Bel Canto – The Suffering
Ale Wujas dziwaczne rzeczy wyciąga w tej bestce, huhu. Dziwaczne w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po czymś co nazywa się „Bel Canto” oczekiwałbym pewnie jakiegoś pitolenia na garnkach w sombrero, ale to na szczęście zmyła. Podzielam Wujasa skojarzenie z muzyką z gier, wiem o co chodzi i tez to słyszę. Bardzo podobają mi się te lekko bliskowschodnie zaśpiewy, generalnie pani wokalistka ma doskonały wokal. Dziwna struktura, dziwna muzyka, wszystko dziwne i generalnie daję 10/10. Ale daję bo to jest dobre, a nie że dziwne. Bo
Funny Hippos - Osiem Godzin
Patrzę „fany hipos”, myślę sobie 'ale źle przeczytałem'. Ale nie, faktycznie fany hipos. W każdym razie, nie wiem, może już nie mam humoru, może już na mnie po prostu nie robią wrażenia rzeczy dziwaczne, jeśli nie są aż tak dobre. Wokal przypomina mi Grzegorza Halamę w „Ja wiedziałem, że tak będzie”, muzyka no jest jaka jest. Trochę ciekawa, trochę odrzucająca. Damski „refren” chyba najlepszy. Kurde, nie wiem. To brzmi jak coś nagrane dla ludzi, którzy robią „wow”, jak tylko usłyszą coś odrobinę hipsterskiego, niezalowego i generalnie lecącego na offie. A mnie ten inkluzywny, fejkowy klimat pozostawia w nastroju nieprzysiadalnym. Ale jest to mimo wszystko dosyć spoko, jak na tego typu twory. Trochę brzmię tu jak Musiał („straszne gówno, kciuk w górę i będę wracał”), ale raz na jakiś czas, każdy ma dzień, w którym mózg nie funkcjonuje.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
zachomikowane zablogspotowane, od razu dwie płyty, gdyby nagle poznikało
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Delphic - Clarion Call
Dziwny to numer. Przypomina mi trochę rzeczy, które mogłyby znajdować się na soundtracku do Fify albo innej sportowej gierki, po którą bym nigdy nie sięgnął. W takim 2010 więcej oglądałem TV niż dzisiaj (w zasadzie dziś nie oglądam w ogóle), ale też zupełnie nie pamiętam tej reklamówki. W sumie nie takie najgorsze, ale jednym uchem wpada, drugim wypada. Ciekawostka z pewnością, na dłużej jednak przy tym nie zostanę. Btw, początek ani trochę nie zapowiadał rocka, za to skojarzenia z Bloc Party całkiem zasadne, sam bym się nabrał.
Cause and Effect - Alone
Munlup wraca z ciekawym, miłosnym backstory sprzed goryliona lat. Do powiedzenia mam tylko tyle - reluję z opisanym feelingiem, gdyż towarzyszył mi niejednokrotnie przed laty i dobrze go pamiętam. Za dobrze hehe. I taka muzyka totalnie by ze mną wówczas rezonowała. Sama jest z kolei dość słodka bym powiedział, momentami zbyt cukierkowa, no ale wciąż po prostu dobra, więc jęczeć nie będę (za bardzo). Faktycznie brzmi to trochę jak jakiś odrzut z sesji Makuflaż, tylko na wokalu jest hybryda Meyna i Kreyssiga. Dobry utwór ^^
Brian Eno - An Ending (Ascent)
Wuju złoty, uwielbiam ten kawałek. Raz, że Apollo to doskonały album, to An Ending jest chyba największym na nim "bangerem". Czilowy, uspokajający wręcz, magiczny brzmieniowo i produkcyjnie (te głosy w tle!), pięknie budujący klimat odosobnienia w przeogromnej przestrzeni. Znam od marca 2006 i od marca 2006 propsuję solidnie. Dziwaczne tylko było użycie tego dla mnie przy okazji oprawy do igrzysk w 2012 w Londynie. Wciąż - piękno, po prostu piękno.
Bel Canto - The Suffering
Ahh, Anneli, bardzo ją lubię. Tzn. jej głos, w końcu samej Anneli nie znam. Do tej pory tytuł The Suffering kojarzył mi się z jedną dość pokręconą i mroczną grą, którą nawet kiedyś ukończyłem. Więc tym ciekawiej ze skojarzeniami dot. muzyki z gier. Klimat gęsty jak smoła, czuć trochę new age, jakimś spirytualizmem, no i orientem oczywiście. Naprawdę bardzo dobra piosenka, Wuja wybrał platynę i wrzucił do bestki, także nie ma co zbierać. Będzie słuchane częściej, niż bym pomyślał ^^
Funny Hippos - Osiem Godzin
Primo, nie wierzę, że zdecydowana większość substancji nie trzyma się w organizmie człowieka dłużej niż osiem godzin. Nawet po wybitnie sporadycznie zaciągniętym zielonym nie ma mowy, bym wsiadł za kierownicę przez dwie doby przynajmniej. Swoją drogą trochę mnie poraża, jak wielu moich znajomych podchodzi do tej używki jak do browara i pali niemal co drugi dzień... Wolę cukier (gostyńskie mleczko w tubce ftw). Kawałek jaki jest każdy słyszy. Muza fajniejsza od wokalu, ale pewnie w połowie najntisów robiło to wrażenie. Totalnie coś ze stajni Mentosa, względnie Dragona, więc też nie dziwi mnie zupełnie, że temu ostatniemu FH się spodobało. Za klimacik daję okejkę, jest to nawet spoko ale powrotów nie będzie. Mimo wszystko - propsy za ekshumację.
Dziwny to numer. Przypomina mi trochę rzeczy, które mogłyby znajdować się na soundtracku do Fify albo innej sportowej gierki, po którą bym nigdy nie sięgnął. W takim 2010 więcej oglądałem TV niż dzisiaj (w zasadzie dziś nie oglądam w ogóle), ale też zupełnie nie pamiętam tej reklamówki. W sumie nie takie najgorsze, ale jednym uchem wpada, drugim wypada. Ciekawostka z pewnością, na dłużej jednak przy tym nie zostanę. Btw, początek ani trochę nie zapowiadał rocka, za to skojarzenia z Bloc Party całkiem zasadne, sam bym się nabrał.
Cause and Effect - Alone
Munlup wraca z ciekawym, miłosnym backstory sprzed goryliona lat. Do powiedzenia mam tylko tyle - reluję z opisanym feelingiem, gdyż towarzyszył mi niejednokrotnie przed laty i dobrze go pamiętam. Za dobrze hehe. I taka muzyka totalnie by ze mną wówczas rezonowała. Sama jest z kolei dość słodka bym powiedział, momentami zbyt cukierkowa, no ale wciąż po prostu dobra, więc jęczeć nie będę (za bardzo). Faktycznie brzmi to trochę jak jakiś odrzut z sesji Makuflaż, tylko na wokalu jest hybryda Meyna i Kreyssiga. Dobry utwór ^^
Brian Eno - An Ending (Ascent)
Wuju złoty, uwielbiam ten kawałek. Raz, że Apollo to doskonały album, to An Ending jest chyba największym na nim "bangerem". Czilowy, uspokajający wręcz, magiczny brzmieniowo i produkcyjnie (te głosy w tle!), pięknie budujący klimat odosobnienia w przeogromnej przestrzeni. Znam od marca 2006 i od marca 2006 propsuję solidnie. Dziwaczne tylko było użycie tego dla mnie przy okazji oprawy do igrzysk w 2012 w Londynie. Wciąż - piękno, po prostu piękno.
Bel Canto - The Suffering
Ahh, Anneli, bardzo ją lubię. Tzn. jej głos, w końcu samej Anneli nie znam. Do tej pory tytuł The Suffering kojarzył mi się z jedną dość pokręconą i mroczną grą, którą nawet kiedyś ukończyłem. Więc tym ciekawiej ze skojarzeniami dot. muzyki z gier. Klimat gęsty jak smoła, czuć trochę new age, jakimś spirytualizmem, no i orientem oczywiście. Naprawdę bardzo dobra piosenka, Wuja wybrał platynę i wrzucił do bestki, także nie ma co zbierać. Będzie słuchane częściej, niż bym pomyślał ^^
Funny Hippos - Osiem Godzin
Primo, nie wierzę, że zdecydowana większość substancji nie trzyma się w organizmie człowieka dłużej niż osiem godzin. Nawet po wybitnie sporadycznie zaciągniętym zielonym nie ma mowy, bym wsiadł za kierownicę przez dwie doby przynajmniej. Swoją drogą trochę mnie poraża, jak wielu moich znajomych podchodzi do tej używki jak do browara i pali niemal co drugi dzień... Wolę cukier (gostyńskie mleczko w tubce ftw). Kawałek jaki jest każdy słyszy. Muza fajniejsza od wokalu, ale pewnie w połowie najntisów robiło to wrażenie. Totalnie coś ze stajni Mentosa, względnie Dragona, więc też nie dziwi mnie zupełnie, że temu ostatniemu FH się spodobało. Za klimacik daję okejkę, jest to nawet spoko ale powrotów nie będzie. Mimo wszystko - propsy za ekshumację.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Delphic - Clarion Call
Opis mocno w mentosowym stylu - nawet nie chodzi o starą telewizję (aczkolwiek będąc szczerym, to prawie w ogóle nie pamiętam telewizji z 2010 roku, bo wówczas praktycznie w ogóle jej nie oglądałem), ani o poszukiwanie kawałka z jakiejś reklamy na grupkach dla autystów, ale o to, że ja często miewam tak, że coś sobie źle zapamiętam i przez lata żyje w błędzie (do niedawna myślałem, że Wandachowicz w Cool Kids of Death był perkusistą). Kawałek już może mniej, ale w tym przypadku oznacza to, że nie jest to jakieś autystyczne pitolenie dla odludków. I w sumie bardzo dobrze, przynajmniej dla was. Fajny, rockowy numer. Jest energia, są cheesy syntezatorki, którym nie sposób odmówić uroku i jest prostota z gatunku tych fajnych. Jednak fajnie grali w tych Indiach chłopaki i nie wykluczam, że ten utwór zostani ze mną na dłużej. Solidna okejka.
Cause & Effect – Alone
W tym natłoku spraw i wydarzeń totalnie wyleciało mi z głowy to, że Nasza Klasa dokonała żywota jakieś 5 lat temu. Szczerze mówiąc, w ciemno bym założył że to nastąpiło znacznie wcześniej, a i tak miałem przy tym wrażenie, że ten serwis był wirtualnym cmentarzyskiem o wiele dłużej niż najpopularniejszą stroną internetową w Polsce. Jeśli mam być szczery to nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do niej i w życiu nie przeszłoby mi przez głowę archiwizowanie moich konwersacji stamtąd, bo jej okres świetności przypadał na czasy mojego liceum, za którym tęsknie nieszczególnie. Odnajduję jednak zabawnym to, że ten serwis istniał jako wspomniane "cmentarzysko" o wiele dłużej niż trwał jego okres świetności.
Tak, to był tradycyjny kącik w którym pieprzę sobie o kwestiach luźno związanych z wrzutą, bo przecież nie będę pisać o tym w co grałem jesienią 2007 czy coś. Przechodząc jednak do sedna: synthpop z gatunku RZETELNYCH, ale o tyle ciekawy, że mimo to mam ochotę sprawdzić coś więcej. Podoba mi się, ale nie umiem "uczepić" się tu czegoś konkretnego. Z drugiej strony, nie wszystko złoto co ma hooki, czy jakoś tak, a sam klimat w pełni mi wystarcza. Daję okejkę i z litości nic nie piszę o dobrym soundtracku pod złamane serce.
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Nie będę ukrywać - odbiłem się od poprzednich prób zapoznania się z Moev. Wrzuty z utworowej ni w ząb nie pamiętam, album pamiętam, ale tylko dlatego, że strasznie go męczyłem i mi się nie podobał. Tutaj dostałem na łeb może i "generycznym" gotyckim post-punkiem, ale to jest ten przypadek, gdzie mi to zupełnie nie przeszkadza, bo jest on po prostu ZAJEBISTY. Tak pewnie brzmią te wszystkie płyty Siouxie and the Banshees, których jeszcze nie przesłuchałem i słuchając tego kawałka tylko żałuję, że tego nie zrobiłem. Tak, to jeden z tych utworów, które słyszałem pierdyliard razy, ale to też ten utwór, który mógłbym usłyszeć pierdyliard pierwszy raz i wiem, że mi sie nie znudzi. I też faktycznie słychać tu echa wczesnego DM.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Chciałem zacząć od dygresji nawiązującej do wstępu i tego fragmentu o piwniczeniu, ale uznałem jakoś, że pisanie o wykopach i innych tego typu miejscach przy cholernym Brianie Eno byłoby dla niego przynajmniej uwłaczające. W zamian za to użyję kilku epitetów: kosmiczne, piękne, oszałamiające, wzruszające, magiczne, wspaniałe. Wybierzcie sobie preferowany lub preferowane. Magia uwięziona w kilku minutach i kolejne potwierdzenie tezy, że Brian Eno był jednym z największych magików szeroko pojętej muzyki rozrywkowej.
Bel Canto – The Suffering
Kolejny blast from the past. Niby to powinna być wrzuta, która przeszła u mnie bez echa i w ogóle, ale chyba nie była taka zła, skoro ją zapamiętałem i pamiętałem nawet to, że brzmiała jak Portishead. Ten zespół to chyba zapisze się w mojej pamięci jako odgapiacz klasyków, bo tym razem mam wrażenie, że słucham jakiejś kopii Dead Can Dance. Nie chcę napisać, że to podróba z TEMU, bo tak nie jest, ale słyszę podobieństwo. Wstęp faktycznie trąci jakimś gierkowym soundtrackiem. Na pewno jest to JAKIEŚ, aczkolwiek na ten moment mogę tylko napisać, że jestem zaintrygowany. Może w bliżej niesprecyzowanej przyszłości sprawdzę więcej i jak coś to chętnie przytulę jakieś rekomendacje.
To chyba najmocniejsza "solidna" kolejka odkąd biorę udział w tej zabawie. Dziewiąta beatka dowozi że aż miło (a ja jeszcze podsumowania ósmej nie machnąłem...)
Opis mocno w mentosowym stylu - nawet nie chodzi o starą telewizję (aczkolwiek będąc szczerym, to prawie w ogóle nie pamiętam telewizji z 2010 roku, bo wówczas praktycznie w ogóle jej nie oglądałem), ani o poszukiwanie kawałka z jakiejś reklamy na grupkach dla autystów, ale o to, że ja często miewam tak, że coś sobie źle zapamiętam i przez lata żyje w błędzie (do niedawna myślałem, że Wandachowicz w Cool Kids of Death był perkusistą). Kawałek już może mniej, ale w tym przypadku oznacza to, że nie jest to jakieś autystyczne pitolenie dla odludków. I w sumie bardzo dobrze, przynajmniej dla was. Fajny, rockowy numer. Jest energia, są cheesy syntezatorki, którym nie sposób odmówić uroku i jest prostota z gatunku tych fajnych. Jednak fajnie grali w tych Indiach chłopaki i nie wykluczam, że ten utwór zostani ze mną na dłużej. Solidna okejka.
Cause & Effect – Alone
W tym natłoku spraw i wydarzeń totalnie wyleciało mi z głowy to, że Nasza Klasa dokonała żywota jakieś 5 lat temu. Szczerze mówiąc, w ciemno bym założył że to nastąpiło znacznie wcześniej, a i tak miałem przy tym wrażenie, że ten serwis był wirtualnym cmentarzyskiem o wiele dłużej niż najpopularniejszą stroną internetową w Polsce. Jeśli mam być szczery to nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do niej i w życiu nie przeszłoby mi przez głowę archiwizowanie moich konwersacji stamtąd, bo jej okres świetności przypadał na czasy mojego liceum, za którym tęsknie nieszczególnie. Odnajduję jednak zabawnym to, że ten serwis istniał jako wspomniane "cmentarzysko" o wiele dłużej niż trwał jego okres świetności.
Tak, to był tradycyjny kącik w którym pieprzę sobie o kwestiach luźno związanych z wrzutą, bo przecież nie będę pisać o tym w co grałem jesienią 2007 czy coś. Przechodząc jednak do sedna: synthpop z gatunku RZETELNYCH, ale o tyle ciekawy, że mimo to mam ochotę sprawdzić coś więcej. Podoba mi się, ale nie umiem "uczepić" się tu czegoś konkretnego. Z drugiej strony, nie wszystko złoto co ma hooki, czy jakoś tak, a sam klimat w pełni mi wystarcza. Daję okejkę i z litości nic nie piszę o dobrym soundtracku pod złamane serce.
Moev - M.T. M.T. N.M.E.
Nie będę ukrywać - odbiłem się od poprzednich prób zapoznania się z Moev. Wrzuty z utworowej ni w ząb nie pamiętam, album pamiętam, ale tylko dlatego, że strasznie go męczyłem i mi się nie podobał. Tutaj dostałem na łeb może i "generycznym" gotyckim post-punkiem, ale to jest ten przypadek, gdzie mi to zupełnie nie przeszkadza, bo jest on po prostu ZAJEBISTY. Tak pewnie brzmią te wszystkie płyty Siouxie and the Banshees, których jeszcze nie przesłuchałem i słuchając tego kawałka tylko żałuję, że tego nie zrobiłem. Tak, to jeden z tych utworów, które słyszałem pierdyliard razy, ale to też ten utwór, który mógłbym usłyszeć pierdyliard pierwszy raz i wiem, że mi sie nie znudzi. I też faktycznie słychać tu echa wczesnego DM.
Brian Eno — An Ending (Ascent)
Chciałem zacząć od dygresji nawiązującej do wstępu i tego fragmentu o piwniczeniu, ale uznałem jakoś, że pisanie o wykopach i innych tego typu miejscach przy cholernym Brianie Eno byłoby dla niego przynajmniej uwłaczające. W zamian za to użyję kilku epitetów: kosmiczne, piękne, oszałamiające, wzruszające, magiczne, wspaniałe. Wybierzcie sobie preferowany lub preferowane. Magia uwięziona w kilku minutach i kolejne potwierdzenie tezy, że Brian Eno był jednym z największych magików szeroko pojętej muzyki rozrywkowej.
Bel Canto – The Suffering
Kolejny blast from the past. Niby to powinna być wrzuta, która przeszła u mnie bez echa i w ogóle, ale chyba nie była taka zła, skoro ją zapamiętałem i pamiętałem nawet to, że brzmiała jak Portishead. Ten zespół to chyba zapisze się w mojej pamięci jako odgapiacz klasyków, bo tym razem mam wrażenie, że słucham jakiejś kopii Dead Can Dance. Nie chcę napisać, że to podróba z TEMU, bo tak nie jest, ale słyszę podobieństwo. Wstęp faktycznie trąci jakimś gierkowym soundtrackiem. Na pewno jest to JAKIEŚ, aczkolwiek na ten moment mogę tylko napisać, że jestem zaintrygowany. Może w bliżej niesprecyzowanej przyszłości sprawdzę więcej i jak coś to chętnie przytulę jakieś rekomendacje.
To chyba najmocniejsza "solidna" kolejka odkąd biorę udział w tej zabawie. Dziewiąta beatka dowozi że aż miło (a ja jeszcze podsumowania ósmej nie machnąłem...)
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dub Pistols - Cyclone
(1997)
Lecę z kolejnym rodzynkiem, tym razem wracając wspomnieniami gdzieś do roku 2001 bodajże. Wówczas to gdy byłem jeszcze leszczem z gimbazy mój starszy brat pewnego razu przywlókł do domu konsolę PlayStation pożyczoną od kumpla, no i się zaczęło. Z rozrzewnieniem wspominam te pierwsze doświadczenia z tą konsolą, pamiętam latanie między wieżowcami po mieście Spidermanem ale zdecydowanie największą popularnością cieszyło się w naszym domu demo Tony Hawk's Pro Skater 2. Demówka pozwalała na rozgrywanie krótkiej, bodajże dwuminutowej sesji skejterskiej w tylko jednym możliwym do wyboru skateparku a podczas gry naszym trikom towarzyszył jeden z dwóch utworów - pierwszym było Guerilla Radio od Rage Against The Machine a drugim właśnie Cyclone od nieznanej mi zupełnie grupy Dub Pistols.
O ile Guerilla Radio chyba już kojarzyłem bo to był jeden z ostatnich, późnych hitów RATM o tyle Cyclone nie znałem i zapadło mi w pamięć o wiele bardziej. Być może o wiele bliższy wtedy był mi taki beztroski vibe tego numeru który zasadniczo jest energicznym big beatem ale połączonym z melodią dęciaka pobrzmiewającego nieco jakimś ska. Tym samym numer miał w sobie wszystkie cechy idealnie wpasowujące go w klimat tej skejterskiej gierki. Na majku w tej grupie udzielał się niejaki T.K. Lawrence, za produkcję w pierwszych latach istnienia grupy odpowiadali Barry Ashworth i Jason O'Bryan.
Cyclone to był numer którego potem długie, długie lata nie byłem w stanie namierzyć bo kompletnie nie wiedzialem kto go wykonywał ani jak nazywał się sam utwór ale w końcu wraz z dostępem do neta znalezienie tej informacji nie było już trudnością. Dla mnie to jeden z najbardziej wzorcowych kawałków ze ścieżek dźwiękowych do serii o Tonym Hawku łączący w sobie całą tą pozytywną energię i fun towarzyszące nieskończonym godzinom spędzanym na wirtualnych trikach na desce.
https://youtu.be/EgSm_Ezq74A?is=JZu_qa1UOIk31z0w
(1997)
Lecę z kolejnym rodzynkiem, tym razem wracając wspomnieniami gdzieś do roku 2001 bodajże. Wówczas to gdy byłem jeszcze leszczem z gimbazy mój starszy brat pewnego razu przywlókł do domu konsolę PlayStation pożyczoną od kumpla, no i się zaczęło. Z rozrzewnieniem wspominam te pierwsze doświadczenia z tą konsolą, pamiętam latanie między wieżowcami po mieście Spidermanem ale zdecydowanie największą popularnością cieszyło się w naszym domu demo Tony Hawk's Pro Skater 2. Demówka pozwalała na rozgrywanie krótkiej, bodajże dwuminutowej sesji skejterskiej w tylko jednym możliwym do wyboru skateparku a podczas gry naszym trikom towarzyszył jeden z dwóch utworów - pierwszym było Guerilla Radio od Rage Against The Machine a drugim właśnie Cyclone od nieznanej mi zupełnie grupy Dub Pistols.
O ile Guerilla Radio chyba już kojarzyłem bo to był jeden z ostatnich, późnych hitów RATM o tyle Cyclone nie znałem i zapadło mi w pamięć o wiele bardziej. Być może o wiele bliższy wtedy był mi taki beztroski vibe tego numeru który zasadniczo jest energicznym big beatem ale połączonym z melodią dęciaka pobrzmiewającego nieco jakimś ska. Tym samym numer miał w sobie wszystkie cechy idealnie wpasowujące go w klimat tej skejterskiej gierki. Na majku w tej grupie udzielał się niejaki T.K. Lawrence, za produkcję w pierwszych latach istnienia grupy odpowiadali Barry Ashworth i Jason O'Bryan.
Cyclone to był numer którego potem długie, długie lata nie byłem w stanie namierzyć bo kompletnie nie wiedzialem kto go wykonywał ani jak nazywał się sam utwór ale w końcu wraz z dostępem do neta znalezienie tej informacji nie było już trudnością. Dla mnie to jeden z najbardziej wzorcowych kawałków ze ścieżek dźwiękowych do serii o Tonym Hawku łączący w sobie całą tą pozytywną energię i fun towarzyszące nieskończonym godzinom spędzanym na wirtualnych trikach na desce.
https://youtu.be/EgSm_Ezq74A?is=JZu_qa1UOIk31z0w
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
The Orb — Khàron (2025)
Na złość pogodzie, która nie chce się zmienić. Zamiast wyraźnej zmiany klimatu wyjdzie domknięcie kosmicznego tercetu. Aż dziwne, że jeszcze nie wrzuciłem The Orb, choć to jedni z TYCH klasyków przez wielkie K. O nich też spokojnie można było mówić jako przedstawicielach "nowej elektroniki" lat 90', zanim nie powstało zyliard podgatunków i nurtów. Przez niespełna 40 lat skład ciągle ewoluował. Spoiwem od zawsze Alex Paterson, od kilku lat w duecie z Michaelem Rendallem, choć najdłużej współpracował z Thomasem Fehlmannem. Ich muzykę w niedużej dawce znam już od czasów gimnazjalnych i to wcale nie ze względu na Ishkura czy GTA. Jeśli kiedykolwiek pojęcie ambient house miało sens, to tylko w kontekście bohaterów wrzutki. Dostatecznie rozbujane, solidnie zanurzone w spokojniejszych klimatach. Z klasyki warto znać ich pełnoprawny debiut, choć to dwupłytowe LP. Little Fluffy Clouds albo kosmiczny finał, ktoś coś? Zapowiadam następną wrzutkę albumową z ich katalogu, tyle że wybiorę coś mniej wymagającego czasowo i poznawczo.
Buddhist Hipsters pod wieloma względami przypomina debiut. Estetyka okładki rodem z najtisów, miszmasz gatunkowy od początku do końca. Między housem na początku, przez dub, reggae i hip-hop po zwieńczenie, które Wam podrzucam. Już chwaliłem się nim na Instagramie. Prędzej czy później wraca się do korzeni, najlepsze triki są już dawno ograne, wystarczy delikatnie odświeżyć. Sugestywny, mitologiczny tytuł, choć wbrew pozorom chyba nie jest aż tak pesymistycznie. Charon równie dobrze mógłby powstać 30 lub 40 lat temu, choć nie brzmiałby aż tak dobrze bez ponownego posiedzenia za stołem mikserskim. Cała paleta typowych rozwiązań. Jest trochę narracyjnie, całość ustawia sampling. Po chwili jednak wybywamy ze świata ludzi gdzieś pomiędzy wymiary. Będzie trochę niebiańsko, zabrzęczy stara dobra i kochana szkoła berlińska. Panowie są w końcu dość wiekowi, więc podskórnie rozumiem i bardzo szanuję za właściwe inspiracje. Spokojnie, po dziesięciu minutach wybudzicie się z tripa. Kawałek pięknego muzycznego marzenia z płyty, która stanowi powrót do formy. Ostatni raz tak dobrze, a nawet jeszcze lepiej brzmieli... tego się dowiecie za jakiś czas.
PS A za pianinem, a jakże, Roger Eno!
https://www.youtube.com/watch?v=h0mtYPp2N0c
Na złość pogodzie, która nie chce się zmienić. Zamiast wyraźnej zmiany klimatu wyjdzie domknięcie kosmicznego tercetu. Aż dziwne, że jeszcze nie wrzuciłem The Orb, choć to jedni z TYCH klasyków przez wielkie K. O nich też spokojnie można było mówić jako przedstawicielach "nowej elektroniki" lat 90', zanim nie powstało zyliard podgatunków i nurtów. Przez niespełna 40 lat skład ciągle ewoluował. Spoiwem od zawsze Alex Paterson, od kilku lat w duecie z Michaelem Rendallem, choć najdłużej współpracował z Thomasem Fehlmannem. Ich muzykę w niedużej dawce znam już od czasów gimnazjalnych i to wcale nie ze względu na Ishkura czy GTA. Jeśli kiedykolwiek pojęcie ambient house miało sens, to tylko w kontekście bohaterów wrzutki. Dostatecznie rozbujane, solidnie zanurzone w spokojniejszych klimatach. Z klasyki warto znać ich pełnoprawny debiut, choć to dwupłytowe LP. Little Fluffy Clouds albo kosmiczny finał, ktoś coś? Zapowiadam następną wrzutkę albumową z ich katalogu, tyle że wybiorę coś mniej wymagającego czasowo i poznawczo.
Buddhist Hipsters pod wieloma względami przypomina debiut. Estetyka okładki rodem z najtisów, miszmasz gatunkowy od początku do końca. Między housem na początku, przez dub, reggae i hip-hop po zwieńczenie, które Wam podrzucam. Już chwaliłem się nim na Instagramie. Prędzej czy później wraca się do korzeni, najlepsze triki są już dawno ograne, wystarczy delikatnie odświeżyć. Sugestywny, mitologiczny tytuł, choć wbrew pozorom chyba nie jest aż tak pesymistycznie. Charon równie dobrze mógłby powstać 30 lub 40 lat temu, choć nie brzmiałby aż tak dobrze bez ponownego posiedzenia za stołem mikserskim. Cała paleta typowych rozwiązań. Jest trochę narracyjnie, całość ustawia sampling. Po chwili jednak wybywamy ze świata ludzi gdzieś pomiędzy wymiary. Będzie trochę niebiańsko, zabrzęczy stara dobra i kochana szkoła berlińska. Panowie są w końcu dość wiekowi, więc podskórnie rozumiem i bardzo szanuję za właściwe inspiracje. Spokojnie, po dziesięciu minutach wybudzicie się z tripa. Kawałek pięknego muzycznego marzenia z płyty, która stanowi powrót do formy. Ostatni raz tak dobrze, a nawet jeszcze lepiej brzmieli... tego się dowiecie za jakiś czas.
PS A za pianinem, a jakże, Roger Eno!
https://www.youtube.com/watch?v=h0mtYPp2N0c
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Cure – Going Nowhere
Rozpoczęła się sesja, moja pierwsza w życiu. Większość egzaminów zdałem bez problemu, ale utopiłem jeden, uwaga, z logiki. Ja jestem generalnie beznadziejny z przedmiotów ścisłych, dlatego poszedłem na studia w dużej mierze humanistyczne, ale logika była podstawą, a jak niektórzy wiedzą, sporo ma ten przedmiot wspólnego z matematyką. Poprawka była zaplanowana na sesję poprawkową, więc miałem tydzień czasu żeby się nauczyć i ogarnąć. Podchodziłem do tego bez entuzjazmu i wspomniałem o tym w obecności Anki, na co ona stwierdziła, że może mnie przygotować i że się umówimy, to wpadnę do niej i się pouczymy. Odleciałem w kosmos.
W dzisiejszych czasach, umawianie się na uczenie może mieć pewnie równie dwuznaczne znaczenie, co umawianie się na netflixa (zresztą wtedy też), ale w planach naprawdę była nauka. Umówiliśmy się i któregoś styczniowego dnia, wstałem rano i posłuchałem sobie The Cure. Miałem w tym czasie grubą fazę na ich muzykę, a do tego byłem na ich koncercie (tym bez klawiszy!). Słuchałem więc, a potem ruszyłem na autobus „do Anki”. Na czas studiów, wynajmowała mikroskopijne mieszkanie, które składało się na jeden pokój i najmniejsza łazienkę, jaką widziałem. Siedzieliśmy i uczyliśmy się tej logiki, powiem szczerze, że żarty żartami, ale faktycznie udało jej się mi to wytłumaczyć i potem zdałem ten egzamin. Poza tym, rozmawialiśmy. To była luźna rozmowa, ale sympatyczna. W pewnym momencie, wyszło na to, że umiem ugotować obiad, na co Anka, niby żartem, rzuciła że to może dobrze, że się rozstała z chłopakiem.
Wtedy trudno mi było to sobie na szybko poukładać w głowie, ale to był pierwszy raz kiedy Anka dała mi do zrozumienia, że mogę mieć u niej szansę. Ja to wtedy potraktowałem dosyć luźno, ale to zaproszenie na logikę, nie było tylko zwykłym dobry uczynkiem, umówmy się, nie ja jeden ujebałem ten egzamin xD Tamtego dnia nie wydarzyło się nic więcej, ale wróciłem do domu pełen pozytywnych uczuć i jakąś tam wiarą w siebie. Dlaczego w takim razie wrzucam jeden z najbardziej dołujących kawałków The Cure? Ponieważ szybko zdałem sobie sprawę, że nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Kiedy dziewczyna odbija piłkę, jest to zarazem błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Tworzy to, jakby to powiedział Szpakowski, okazję, ale też piłka leży po mojej stronie, ja muszę wykonać jakiś krok i to musi być dobry krok (celny strzał do bramki). Na błędy nie ma miejsca. Przez najbliższe dni, zastanawiałem się co zrobić. Miałem czas do końca ferii. Gdzieś, w moim starym pokoju, leży jeszcze stary telefon, gdzie leżą smsy jakie wymieniałem z Anką w tamtym czasie, ale nie chce mi się go szukać, bo po pierwsze, nie wiem jakiej ładowarki musiałbym do niego użyć, a dwa, że chyba nie chcę aż tak wywoływać duchów tamtych czasów.
W każdym razie, mój nastrój coraz bardziej się psuł, bo zwyczajnie byłem rozczarowany swoimi instynktami. Któregoś dnia, w przeddzień jakiegoś ostatniego egzaminu (w trakcie ferii, tak wiem, wiem, dziwne), na którym miałem spotkać Ankę, uruchomił się we mnie klasyczny romantyk, który zresztą nigdy we mnie nie umarł. Stwierdziłem, że zrobię coś unikatowego i zdecydowałem, że namaluję jej konia. Zanim mnie wyśmiejecie, bo owszem brzmi to kuriozalnie i komicznie, potrafiłem malować (nie dostałem się na ASP, ale nadal miałem spory talent), a ona miała u rodziców stadninę koni. Z głośników od chyba godziny leciało „Going Nowhere”, kawałek który poznałem koło 2004 r. kiedy wyszła płyta „The Cure”, i który szybko stał się moim ulubionym. Może to dlatego, że udało się w nim zakląć esencję The Cure i liryki Roberta Szmita, a może po prostu dlatego, że to ładna piosenka i tyle. Wziąłem jakieś stare płótno, zamalowałem je na biało i zacząłem malować tego konia, ze zdjęcia, które Anka miała na naszce. Ustawiłem sobie na gg opis „going nowhere…” jak na smutnego, emo typa przystało. Wiecie, żebrałem o atencję, jak jakiś Musiał. Żeby było śmieszniej, Anka się odezwała, reagując na ten opis w dosyć bezpardonowy sposób, pytając „czy już stamtąd wróciłem?”, bo chciała jakieś notatki. Teraz mnie to bawi, ale wtedy tylko się smutno uśmiechnąłem i jeszcze bardziej tonąłem w smutasowaniu. Niby wszystko fajnie, ale ja już miałem 21 lat xD Namalowałem tego konia i następnego dnia przyszedłem na egzamin, napisałem go i potem próbowałem złapać Ankę, ale była potwornie oblegana. Zaczepiłem ją dosłownie jak wychodziła i dałem jego tego konia, co zrobiło na niej wrażenie (będę cytowany przez lata). Mam wrażenie, że im bardziej człowiekowi zależy, tym więcej błędów popełnia i gubi się w tym co powinien zrobić, ale też wszystko za bardzo analizuje, więc często boi się zrobić cokolwiek. Ja zrobiłem… cokolwiek. Nie miałem pojęcia, czy odbiłem piłkę, czy nie. Niedługo miałem się przekonać, a do tego czasu, pozostało mi słuchanie jak Robert Smith śpiewa, że zmierza donikąd, a być może już tam jest…
https://youtu.be/-DsrbIr0FOM?list=RD-DsrbIr0FOM
Rozpoczęła się sesja, moja pierwsza w życiu. Większość egzaminów zdałem bez problemu, ale utopiłem jeden, uwaga, z logiki. Ja jestem generalnie beznadziejny z przedmiotów ścisłych, dlatego poszedłem na studia w dużej mierze humanistyczne, ale logika była podstawą, a jak niektórzy wiedzą, sporo ma ten przedmiot wspólnego z matematyką. Poprawka była zaplanowana na sesję poprawkową, więc miałem tydzień czasu żeby się nauczyć i ogarnąć. Podchodziłem do tego bez entuzjazmu i wspomniałem o tym w obecności Anki, na co ona stwierdziła, że może mnie przygotować i że się umówimy, to wpadnę do niej i się pouczymy. Odleciałem w kosmos.
W dzisiejszych czasach, umawianie się na uczenie może mieć pewnie równie dwuznaczne znaczenie, co umawianie się na netflixa (zresztą wtedy też), ale w planach naprawdę była nauka. Umówiliśmy się i któregoś styczniowego dnia, wstałem rano i posłuchałem sobie The Cure. Miałem w tym czasie grubą fazę na ich muzykę, a do tego byłem na ich koncercie (tym bez klawiszy!). Słuchałem więc, a potem ruszyłem na autobus „do Anki”. Na czas studiów, wynajmowała mikroskopijne mieszkanie, które składało się na jeden pokój i najmniejsza łazienkę, jaką widziałem. Siedzieliśmy i uczyliśmy się tej logiki, powiem szczerze, że żarty żartami, ale faktycznie udało jej się mi to wytłumaczyć i potem zdałem ten egzamin. Poza tym, rozmawialiśmy. To była luźna rozmowa, ale sympatyczna. W pewnym momencie, wyszło na to, że umiem ugotować obiad, na co Anka, niby żartem, rzuciła że to może dobrze, że się rozstała z chłopakiem.
Wtedy trudno mi było to sobie na szybko poukładać w głowie, ale to był pierwszy raz kiedy Anka dała mi do zrozumienia, że mogę mieć u niej szansę. Ja to wtedy potraktowałem dosyć luźno, ale to zaproszenie na logikę, nie było tylko zwykłym dobry uczynkiem, umówmy się, nie ja jeden ujebałem ten egzamin xD Tamtego dnia nie wydarzyło się nic więcej, ale wróciłem do domu pełen pozytywnych uczuć i jakąś tam wiarą w siebie. Dlaczego w takim razie wrzucam jeden z najbardziej dołujących kawałków The Cure? Ponieważ szybko zdałem sobie sprawę, że nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Kiedy dziewczyna odbija piłkę, jest to zarazem błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Tworzy to, jakby to powiedział Szpakowski, okazję, ale też piłka leży po mojej stronie, ja muszę wykonać jakiś krok i to musi być dobry krok (celny strzał do bramki). Na błędy nie ma miejsca. Przez najbliższe dni, zastanawiałem się co zrobić. Miałem czas do końca ferii. Gdzieś, w moim starym pokoju, leży jeszcze stary telefon, gdzie leżą smsy jakie wymieniałem z Anką w tamtym czasie, ale nie chce mi się go szukać, bo po pierwsze, nie wiem jakiej ładowarki musiałbym do niego użyć, a dwa, że chyba nie chcę aż tak wywoływać duchów tamtych czasów.
W każdym razie, mój nastrój coraz bardziej się psuł, bo zwyczajnie byłem rozczarowany swoimi instynktami. Któregoś dnia, w przeddzień jakiegoś ostatniego egzaminu (w trakcie ferii, tak wiem, wiem, dziwne), na którym miałem spotkać Ankę, uruchomił się we mnie klasyczny romantyk, który zresztą nigdy we mnie nie umarł. Stwierdziłem, że zrobię coś unikatowego i zdecydowałem, że namaluję jej konia. Zanim mnie wyśmiejecie, bo owszem brzmi to kuriozalnie i komicznie, potrafiłem malować (nie dostałem się na ASP, ale nadal miałem spory talent), a ona miała u rodziców stadninę koni. Z głośników od chyba godziny leciało „Going Nowhere”, kawałek który poznałem koło 2004 r. kiedy wyszła płyta „The Cure”, i który szybko stał się moim ulubionym. Może to dlatego, że udało się w nim zakląć esencję The Cure i liryki Roberta Szmita, a może po prostu dlatego, że to ładna piosenka i tyle. Wziąłem jakieś stare płótno, zamalowałem je na biało i zacząłem malować tego konia, ze zdjęcia, które Anka miała na naszce. Ustawiłem sobie na gg opis „going nowhere…” jak na smutnego, emo typa przystało. Wiecie, żebrałem o atencję, jak jakiś Musiał. Żeby było śmieszniej, Anka się odezwała, reagując na ten opis w dosyć bezpardonowy sposób, pytając „czy już stamtąd wróciłem?”, bo chciała jakieś notatki. Teraz mnie to bawi, ale wtedy tylko się smutno uśmiechnąłem i jeszcze bardziej tonąłem w smutasowaniu. Niby wszystko fajnie, ale ja już miałem 21 lat xD Namalowałem tego konia i następnego dnia przyszedłem na egzamin, napisałem go i potem próbowałem złapać Ankę, ale była potwornie oblegana. Zaczepiłem ją dosłownie jak wychodziła i dałem jego tego konia, co zrobiło na niej wrażenie (będę cytowany przez lata). Mam wrażenie, że im bardziej człowiekowi zależy, tym więcej błędów popełnia i gubi się w tym co powinien zrobić, ale też wszystko za bardzo analizuje, więc często boi się zrobić cokolwiek. Ja zrobiłem… cokolwiek. Nie miałem pojęcia, czy odbiłem piłkę, czy nie. Niedługo miałem się przekonać, a do tego czasu, pozostało mi słuchanie jak Robert Smith śpiewa, że zmierza donikąd, a być może już tam jest…
https://youtu.be/-DsrbIr0FOM?list=RD-DsrbIr0FOM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Led Er Est - Man and Tree (2009)
Trzymamy się roku 2012 u mnie, no i marca, ale robimy speedrun w czasie publikacji muzyki. Led Er Est to trzech ziomków z Nowego Jorku, którzy ewidentnie mieli pomysły, za to mało umiejętności. Wyszła im z tego zaskakująco udana muzyka, i tak po opublikowaniu dość pokręconego demo latem 2008 trafili pod skrzydła wytwórni Wierd Records, a więc Blacklist, Xeno and Oaklander, Automelodi, Frank (just Frank) i parę innych hipstersko-undergroundowych dziwadeł. Wydali jeden album (Dust on Common, 2009), po czym Wierd upadło. Wiosną 2012 wydali kolejny (więc ładnie się to zgrało z moim ich poznaniem), tym razem dla Sacred Bones Records (najbardziej znani chyba z publikowania Molchat Doma w tzw. Świecie Zachodnim), a następnie w zasadzie przestali istnieć. Co się z nimi dzieje? Nie wiem.
Wiem za to, co się działo wtedy ze mną. Hipsteryzmy typu Austra lub... no, głównie Austra to jedno, ale Wierd to drugie - a od Dust on Common zacząłem w ogóle zabawę z tą wytwórnią, jeszcze w lutym 2012 roku. Pamiętam, że kiedyś puściłem Munlupowi dwa ich numery i o ile stwierdził, że muza nawet spoko, to wokalista w jego opinii jęczał jak pijany. Tbh ma w tym sporo racji, Shawn O'Sullivan ma specyficzny głos i manierę śpiewu nieco nastukanego kolesia podczas weekendowego karaoke, ale tenże wokal pasuje mi do tej muzy. A muza jest czymś z pogranicza post-punku i elektroniki, ale takiej niepokojącej. Przy czym może akurat nie moja dzisiejsza wrzutka xD
Marzec 2012, odpuszcza długa zima. Na kompie Skyrim, na ekranie Dexter, na basie Azbest. Z ejtisów Moev, ze spacerów - Radogoszcz Wschód, ale i Zachód. Robi się coraz cieplej, pąki na drzewach i krzewach, pojedyncze kwiaty. Spaceruję wzdłuż torów LK15 od Okręglika do Liściastej, ciężar egzystencji powoli mnie opuszcza. Idzie wiosna! Staję przy niewysokim wzgórzu i patrzę się na dwa wielkie dęby rosnące tuż przy nieoficjalnym przejściu przez torowisko. Man and Tree? Bez wątpienia. Uwielbiam ten kawałek, niech stanie się ciepło!
https://youtu.be/T2KJ8iCOP4Q
Trzymamy się roku 2012 u mnie, no i marca, ale robimy speedrun w czasie publikacji muzyki. Led Er Est to trzech ziomków z Nowego Jorku, którzy ewidentnie mieli pomysły, za to mało umiejętności. Wyszła im z tego zaskakująco udana muzyka, i tak po opublikowaniu dość pokręconego demo latem 2008 trafili pod skrzydła wytwórni Wierd Records, a więc Blacklist, Xeno and Oaklander, Automelodi, Frank (just Frank) i parę innych hipstersko-undergroundowych dziwadeł. Wydali jeden album (Dust on Common, 2009), po czym Wierd upadło. Wiosną 2012 wydali kolejny (więc ładnie się to zgrało z moim ich poznaniem), tym razem dla Sacred Bones Records (najbardziej znani chyba z publikowania Molchat Doma w tzw. Świecie Zachodnim), a następnie w zasadzie przestali istnieć. Co się z nimi dzieje? Nie wiem.
Wiem za to, co się działo wtedy ze mną. Hipsteryzmy typu Austra lub... no, głównie Austra to jedno, ale Wierd to drugie - a od Dust on Common zacząłem w ogóle zabawę z tą wytwórnią, jeszcze w lutym 2012 roku. Pamiętam, że kiedyś puściłem Munlupowi dwa ich numery i o ile stwierdził, że muza nawet spoko, to wokalista w jego opinii jęczał jak pijany. Tbh ma w tym sporo racji, Shawn O'Sullivan ma specyficzny głos i manierę śpiewu nieco nastukanego kolesia podczas weekendowego karaoke, ale tenże wokal pasuje mi do tej muzy. A muza jest czymś z pogranicza post-punku i elektroniki, ale takiej niepokojącej. Przy czym może akurat nie moja dzisiejsza wrzutka xD
Marzec 2012, odpuszcza długa zima. Na kompie Skyrim, na ekranie Dexter, na basie Azbest. Z ejtisów Moev, ze spacerów - Radogoszcz Wschód, ale i Zachód. Robi się coraz cieplej, pąki na drzewach i krzewach, pojedyncze kwiaty. Spaceruję wzdłuż torów LK15 od Okręglika do Liściastej, ciężar egzystencji powoli mnie opuszcza. Idzie wiosna! Staję przy niewysokim wzgórzu i patrzę się na dwa wielkie dęby rosnące tuż przy nieoficjalnym przejściu przez torowisko. Man and Tree? Bez wątpienia. Uwielbiam ten kawałek, niech stanie się ciepło!
https://youtu.be/T2KJ8iCOP4Q
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Śmieszne hipcie zaskoczyły jako-tako i dokładnie tak jak mogłem się tego spodziewać. Liczyłem po cichu na jakąś niespodziankę, ale cóż - nie można mieć wszystkiego.
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
Kolejna propozycja z cyklu "ostatnie odkrycia". Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że w tej edycji wrzucam tylko takie rzeczy, ale obawiam się, że na serio wyprztykałem się z ciekawych historii z mojego życia, a jakoś tak chyba nie mam ochoty wracać do swojego związku sprzed 10 lat, o późniejszych i wcześniejszych relacjach nie mówiąc. Możliwe, że w ostateczności coś po prostu wymyślę - nieliczne interesujące wydarzenia z mojego życia były tak surrealistyczne, że gdybym sam je miał usłyszeć, to bym w nie nie uwierzył...
Tymczasem z mojej strony prawdopodobnie pierwszy przedstawiciel slushwave'u w tej zabawie. Internet mówi, że to jeden z cholera wie ilu podgatunków vaporwave'u, który charakteryzuje się hypnagogicznym oraz gęstym brzmieniem, które można byłoby określić mianem BREJOWATEGO. Cóż, ja tam się nie znam, dla mnie vapor to vapor, ale faktycznie mam wrażenie, że dzieje się tu nieco więcej niż w tych bardziej sztandarowych przedstawicielach gatunku, które znam.
Ale mniejsza w łatki i gatunki. Dla mnie to jest comfort music, bo kojarzy mi się z NOCĄ. A ja generalnie jestem nocnym markiem i nie ukrywam, że nawet w tych tzw. lepszych czasach lubiłem sobie posiedzieć do późnych godzin nocnych i nawet nie robić nic konkretnego. Lubię tę świadomość tego, że będę mieć święty spokój, nikt mi nie będzie zawracać głowy i jeśli cokolwiek ma się wydarzyć - wydarzy się później. A że to niezdrowe? Życie jest niezdrowe.
No i przy okazji lubię retro brzmienie i motywy muzyczne, a kaman - tę melodyjkę to słyszałem pewnie z pierdyliard razy gdy grałem w jakiegoś FMa do 4 nad ranem przy włączonym TVN Meteo w tle. Nie mówiąc o saksofonie, ale wielokrotnie tu pisałem, że jestem łasy na cheesy motywy na tym instrumencie. I nawet okładka przywołuje wspomnienia ze starymi, dobrymi czasami TM oraz telewizorem CRT "z dupą" - którego posiadaczem byłem wyjątkowo długo, bo do 2017 roku.
Tak, oglądałem kadrę Nawałki na telewizorze który pamiętał lata 90 i który nie miał wyjścia HDMI. Pewnie gdybym się nie wyprowadził do Wrocławia, to bym korzystał z niego dłużej.
Ale to temat na inną historię. Bierzcie i słuchajcie tego
https://youtu.be/ZyDROME6HxA?is=KC5HsoEHdFJGQo5j
t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ
Kolejna propozycja z cyklu "ostatnie odkrycia". Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że w tej edycji wrzucam tylko takie rzeczy, ale obawiam się, że na serio wyprztykałem się z ciekawych historii z mojego życia, a jakoś tak chyba nie mam ochoty wracać do swojego związku sprzed 10 lat, o późniejszych i wcześniejszych relacjach nie mówiąc. Możliwe, że w ostateczności coś po prostu wymyślę - nieliczne interesujące wydarzenia z mojego życia były tak surrealistyczne, że gdybym sam je miał usłyszeć, to bym w nie nie uwierzył...
Tymczasem z mojej strony prawdopodobnie pierwszy przedstawiciel slushwave'u w tej zabawie. Internet mówi, że to jeden z cholera wie ilu podgatunków vaporwave'u, który charakteryzuje się hypnagogicznym oraz gęstym brzmieniem, które można byłoby określić mianem BREJOWATEGO. Cóż, ja tam się nie znam, dla mnie vapor to vapor, ale faktycznie mam wrażenie, że dzieje się tu nieco więcej niż w tych bardziej sztandarowych przedstawicielach gatunku, które znam.
Ale mniejsza w łatki i gatunki. Dla mnie to jest comfort music, bo kojarzy mi się z NOCĄ. A ja generalnie jestem nocnym markiem i nie ukrywam, że nawet w tych tzw. lepszych czasach lubiłem sobie posiedzieć do późnych godzin nocnych i nawet nie robić nic konkretnego. Lubię tę świadomość tego, że będę mieć święty spokój, nikt mi nie będzie zawracać głowy i jeśli cokolwiek ma się wydarzyć - wydarzy się później. A że to niezdrowe? Życie jest niezdrowe.
No i przy okazji lubię retro brzmienie i motywy muzyczne, a kaman - tę melodyjkę to słyszałem pewnie z pierdyliard razy gdy grałem w jakiegoś FMa do 4 nad ranem przy włączonym TVN Meteo w tle. Nie mówiąc o saksofonie, ale wielokrotnie tu pisałem, że jestem łasy na cheesy motywy na tym instrumencie. I nawet okładka przywołuje wspomnienia ze starymi, dobrymi czasami TM oraz telewizorem CRT "z dupą" - którego posiadaczem byłem wyjątkowo długo, bo do 2017 roku.
Tak, oglądałem kadrę Nawałki na telewizorze który pamiętał lata 90 i który nie miał wyjścia HDMI. Pewnie gdybym się nie wyprowadził do Wrocławia, to bym korzystał z niego dłużej.
Ale to temat na inną historię. Bierzcie i słuchajcie tego
https://youtu.be/ZyDROME6HxA?is=KC5HsoEHdFJGQo5j
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls
Drugi singiel wydany w 1999r. z debiutanckiego albumu fińskiej grupy Boomfunk MC’s pt. „In Stereo”. Zespół usłyszałem po raz pierwszy w Teleekspressie, gdzie prezentowano akurat fragment trzeciego singla z płyty - Freestyler. Pamiętam jak żona powiedziała – „oj to chyba nie jest muzyka dla ciebie co?”. A prawda była taka, że ja polubiłem Freestyler od pierwszych sekund. Wystarczył ten króciutki fragment w tv, żebym się nim podjarał. Spodobał mi się na tyle, że nabyłem na cd cały album In Stereo. I okazało się, że tam jest więcej całkiem dobrych utworów. Nie jest to oczywiście muzyka, do której bym regularnie i często wracał, ale jak mam ochotę na trochę przebojowej nuty, to Boomfunk MC’s jest jak znalazł.
Nie śledziłem już potem losów zespołu ani nie zapoznawałem się z kolejnymi albumami. Ale przygody z ich debiutem nie żałuję.
https://www.youtube.com/watch?v=p_l1__J ... rt_radio=1
Drugi singiel wydany w 1999r. z debiutanckiego albumu fińskiej grupy Boomfunk MC’s pt. „In Stereo”. Zespół usłyszałem po raz pierwszy w Teleekspressie, gdzie prezentowano akurat fragment trzeciego singla z płyty - Freestyler. Pamiętam jak żona powiedziała – „oj to chyba nie jest muzyka dla ciebie co?”. A prawda była taka, że ja polubiłem Freestyler od pierwszych sekund. Wystarczył ten króciutki fragment w tv, żebym się nim podjarał. Spodobał mi się na tyle, że nabyłem na cd cały album In Stereo. I okazało się, że tam jest więcej całkiem dobrych utworów. Nie jest to oczywiście muzyka, do której bym regularnie i często wracał, ale jak mam ochotę na trochę przebojowej nuty, to Boomfunk MC’s jest jak znalazł.
Nie śledziłem już potem losów zespołu ani nie zapoznawałem się z kolejnymi albumami. Ale przygody z ich debiutem nie żałuję.
https://www.youtube.com/watch?v=p_l1__J ... rt_radio=1
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 3.
13. Dub Pistols - Cyclone (stripped)
14. The Orb - Khàron (Dragon)
15. The Cure – Going Nowhere (Hien)
16. Led Er Est - Man and Tree (devotional)
17. t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ (mintaj)
18. Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls (shodan)
13. Dub Pistols - Cyclone (stripped)
14. The Orb - Khàron (Dragon)
15. The Cure – Going Nowhere (Hien)
16. Led Er Est - Man and Tree (devotional)
17. t e l e p a t h テレパシー能力者 - この世界の執着は, 愛の前ではただの影だ (mintaj)
18. Bomfunk MC’s - B-Boys and Flygirls (shodan)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup