Best of Forum (Edycja albumowa)
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Znalazłem na msngrze moją chaotyczną, kretyńsko-pozytywną opinię na temat B&W050505, którą wysłałem Musiałowi w 2017 r. Najbardziej rzuciło mi się w oczy "11/10" xD Z trzech płyt, które mi wtedy wysłał (poza China Crisis i Blackiem), ta podobała mi się najbardziej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Simple Minds - Black & White 050505
Długo się zbierałem żeby w ogóle odpalić ten album, sam nie wiem czemu, chyba trochę z dupy z uwagi na fakt samego roku wydania, jakoś po Poets of The Fall bałem się chyba powrotu w te czasy w muzyce polecanej przez deva. Chyba miałem nieco nosa bo częściowo te obawy się potwierdziły, tzn. znalazłem pewne podobieństwa ale nie całkiem takie o jakich myślałem. Ale przejdę do rzeczy.
Stay Visible otwiera album, fajnie wprowadzają te smyczki, elektronika coś tam plumka dziwnie w tle, dochodzi pianinko i za chwilę cała ewentualna tajemniczość umyka bo wchodzi perkusja i gitary. I wtedy staje się jasne że po tym mylącym nieco wstępie dostajemy prosto w twarz przebojem, otrzymujemy pop rock do radia pełną parą ale taki z klasą, którego chętnie bym pewnie posłuchał wtedy w tym 2005 roku. Odsłuch przyjemny i kawałek bardzo rzetelny, dobry wstęp. Kolejno nadchodzi Home i jeśli otwieracz albumowy nie zwalał z nóg tak ten numer bije po twarzy przebojem jeszcze mocniej i jest lepszy od poprzednika. Jeśli ktoś nie uległ temu brzmieniu na początku albumu tak teraz już walkę przegra choćby przez techniczny nokaut, nostalgia zone mocne w moim przypadku. Świetny przebój, bardzo chwytliwy refren, numer do którego chętnie wrócę. Na tym etapie jest bardzo dobrze, jeszcze nie czuć silnych konotacji z innymi kapelami (lub raczej inną kapelą).
Nadjeżdża Stranger, słyszę ten szeptany wokal, synthowy basik, perkę z charakterystycznym reverbem i czuję się jakbym odpalił zaginiony numer z Achtung Baby czy jakiegoś Pop, rzecz jasna grupy U2. W refrenie już taki Bono po całości. Ale to wciąż dobry numer.
Potem wchodzi... no właśnie... tu mógłbym już napisać po prostu że wchodzi reszta płyty, bo większość numerów dalej sprowadza się do podobnego przebojowego pop rocka powstałego w jakimś generatorze hitów U2, wokal ala Bono plus gitary i synthy śmierdzące w tym klimacie, i wszystko w sumie jest dość chwytliwe. Wyjątki są dwa do końca standardowej tracklisty. Pierwszym jest A Life Shot in Black & White które początkowo zapowiada jakby inny klimat ale ostatecznie ląduje w pop rocku tylko bardziej spokojnym i zwyczajnie nudnym, chyba najsłabszy z płyty. Drugim wyjątkiem jest wieńczące Dolphins, spokojny numer na końcu albumu osadzony na bardziej emocjonalnie brzmiacym podkładzie. Z tym zmęczonym wokalem po którymś odsłuchu miałem skojarzenie z wrzutką munlupa grupy The War On Drugs, podobnie spokojne tło i fajny, zmęczony wokal (notabene teraz ten numer siedzi mi bardziej i współgra z tą okładką w śniegu, może być jednym z niewielu późnych odkryć bestki).
Po głównym programie dochodzą bonusy, trzy kawałki w których dzieje się chyba więcej niż na przestrzeni całego albumu.
Too Much Television jest taki niezobowiązujący i dużo ciekawszy od tych ala przebojów ze środka albumu, tekst jest bardziej interesujący dla mnie a klimat bardziej przypomina tym razem mi Stone Roses. Bird On a Wire tylko w połowie trąci tym U2 a częściowo daje mi jakieś skojarzenia z Cobainem unplugged, początkowo nie kumałem czemu, chyba przez dziwny akcent z jakim wokalista wypowiada pierwszą linijkę (zwłaszcza słowo "slow") i może nie wiem, przez rymy ten numer mi przypomniał o Lake of Fire xD trochę niewytłumaczalne, ale głównie chodzi o wokal w zwrotkach a nie refrenie, coś mi tu współgra. No i ostatni bonusik to Mighty Joe Moon który mocno COŚ mi przypomina ale kompletnie nie wiem co. Najpierw ta zagrywka mi zalatywała mocno Bondem ale nie mogłem znaleźć nic takiego, potem myślałem o czymś z lat 90. i też pudło, wiem jedynie że brzmienie tej gitary gdzieś podobne słyszałem po prostu. Trudno, wróci. Zagrywka bardzo fajna, utworek zacny i tak o, uznam że to jest właśnie brzmienie Simple Minds circa 2005, bo to taki lepsiejszy numer na miarę Hypnotized może nawet.
UGUŁEM z jednej strony płyta wchodzi niby gładko ale równie gładko drugim uchem wylata jakby. Trochę jest to casus ten co Poeci albowiem płyta stworzona z przebojów i utworów hitopobnych (z czego najlepsze trzy chyba są na wstępie jak i tam) oraz ze spokojnym klimatycznym zakończeniem. Bonusy chyba ciekawsze trochę. Rzekłbym że brzmi to jak album całkiem dobrego cover bandu U2, rzecz w tym że ja nawet jakimś fanem U2 nigdy nie byłem to co tu mówić o tej płycie. Niby przyjemne radiowe granko ale na dłuższą metę trochę za dużo tego, i może samego SM też w tym za mało bo w sumie niewiele o nich się dowiedziałem jakby z tej płyty mam wrażenie. Mogę wrócić do Home, może Dolphins albo bonusów, do całości raczej nie bo choć płyta zaznaczam jest dobra tak na poziomie emocji nie robi ze mną raczej nic. Rezultat zatem lepszy od Poetów ale to wciąż nie moja broszka, zresztą mam poczucie że w takich fundamentalnych wrzutkach się z devem rozmijamy zwykle, możemy przytaknąć sobie do jakichś przebojów czasem i to tak tyle chyba.
Długo się zbierałem żeby w ogóle odpalić ten album, sam nie wiem czemu, chyba trochę z dupy z uwagi na fakt samego roku wydania, jakoś po Poets of The Fall bałem się chyba powrotu w te czasy w muzyce polecanej przez deva. Chyba miałem nieco nosa bo częściowo te obawy się potwierdziły, tzn. znalazłem pewne podobieństwa ale nie całkiem takie o jakich myślałem. Ale przejdę do rzeczy.
Stay Visible otwiera album, fajnie wprowadzają te smyczki, elektronika coś tam plumka dziwnie w tle, dochodzi pianinko i za chwilę cała ewentualna tajemniczość umyka bo wchodzi perkusja i gitary. I wtedy staje się jasne że po tym mylącym nieco wstępie dostajemy prosto w twarz przebojem, otrzymujemy pop rock do radia pełną parą ale taki z klasą, którego chętnie bym pewnie posłuchał wtedy w tym 2005 roku. Odsłuch przyjemny i kawałek bardzo rzetelny, dobry wstęp. Kolejno nadchodzi Home i jeśli otwieracz albumowy nie zwalał z nóg tak ten numer bije po twarzy przebojem jeszcze mocniej i jest lepszy od poprzednika. Jeśli ktoś nie uległ temu brzmieniu na początku albumu tak teraz już walkę przegra choćby przez techniczny nokaut, nostalgia zone mocne w moim przypadku. Świetny przebój, bardzo chwytliwy refren, numer do którego chętnie wrócę. Na tym etapie jest bardzo dobrze, jeszcze nie czuć silnych konotacji z innymi kapelami (lub raczej inną kapelą).
Nadjeżdża Stranger, słyszę ten szeptany wokal, synthowy basik, perkę z charakterystycznym reverbem i czuję się jakbym odpalił zaginiony numer z Achtung Baby czy jakiegoś Pop, rzecz jasna grupy U2. W refrenie już taki Bono po całości. Ale to wciąż dobry numer.
Potem wchodzi... no właśnie... tu mógłbym już napisać po prostu że wchodzi reszta płyty, bo większość numerów dalej sprowadza się do podobnego przebojowego pop rocka powstałego w jakimś generatorze hitów U2, wokal ala Bono plus gitary i synthy śmierdzące w tym klimacie, i wszystko w sumie jest dość chwytliwe. Wyjątki są dwa do końca standardowej tracklisty. Pierwszym jest A Life Shot in Black & White które początkowo zapowiada jakby inny klimat ale ostatecznie ląduje w pop rocku tylko bardziej spokojnym i zwyczajnie nudnym, chyba najsłabszy z płyty. Drugim wyjątkiem jest wieńczące Dolphins, spokojny numer na końcu albumu osadzony na bardziej emocjonalnie brzmiacym podkładzie. Z tym zmęczonym wokalem po którymś odsłuchu miałem skojarzenie z wrzutką munlupa grupy The War On Drugs, podobnie spokojne tło i fajny, zmęczony wokal (notabene teraz ten numer siedzi mi bardziej i współgra z tą okładką w śniegu, może być jednym z niewielu późnych odkryć bestki).
Po głównym programie dochodzą bonusy, trzy kawałki w których dzieje się chyba więcej niż na przestrzeni całego albumu.
Too Much Television jest taki niezobowiązujący i dużo ciekawszy od tych ala przebojów ze środka albumu, tekst jest bardziej interesujący dla mnie a klimat bardziej przypomina tym razem mi Stone Roses. Bird On a Wire tylko w połowie trąci tym U2 a częściowo daje mi jakieś skojarzenia z Cobainem unplugged, początkowo nie kumałem czemu, chyba przez dziwny akcent z jakim wokalista wypowiada pierwszą linijkę (zwłaszcza słowo "slow") i może nie wiem, przez rymy ten numer mi przypomniał o Lake of Fire xD trochę niewytłumaczalne, ale głównie chodzi o wokal w zwrotkach a nie refrenie, coś mi tu współgra. No i ostatni bonusik to Mighty Joe Moon który mocno COŚ mi przypomina ale kompletnie nie wiem co. Najpierw ta zagrywka mi zalatywała mocno Bondem ale nie mogłem znaleźć nic takiego, potem myślałem o czymś z lat 90. i też pudło, wiem jedynie że brzmienie tej gitary gdzieś podobne słyszałem po prostu. Trudno, wróci. Zagrywka bardzo fajna, utworek zacny i tak o, uznam że to jest właśnie brzmienie Simple Minds circa 2005, bo to taki lepsiejszy numer na miarę Hypnotized może nawet.
UGUŁEM z jednej strony płyta wchodzi niby gładko ale równie gładko drugim uchem wylata jakby. Trochę jest to casus ten co Poeci albowiem płyta stworzona z przebojów i utworów hitopobnych (z czego najlepsze trzy chyba są na wstępie jak i tam) oraz ze spokojnym klimatycznym zakończeniem. Bonusy chyba ciekawsze trochę. Rzekłbym że brzmi to jak album całkiem dobrego cover bandu U2, rzecz w tym że ja nawet jakimś fanem U2 nigdy nie byłem to co tu mówić o tej płycie. Niby przyjemne radiowe granko ale na dłuższą metę trochę za dużo tego, i może samego SM też w tym za mało bo w sumie niewiele o nich się dowiedziałem jakby z tej płyty mam wrażenie. Mogę wrócić do Home, może Dolphins albo bonusów, do całości raczej nie bo choć płyta zaznaczam jest dobra tak na poziomie emocji nie robi ze mną raczej nic. Rezultat zatem lepszy od Poetów ale to wciąż nie moja broszka, zresztą mam poczucie że w takich fundamentalnych wrzutkach się z devem rozmijamy zwykle, możemy przytaknąć sobie do jakichś przebojów czasem i to tak tyle chyba.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wiem już o co mi chodziło ale Musiał pewnie ani nie zrozumie ani nie doceni porównania, ale mi się skojarzyło z "Give In To Me" Michaela Jacksonastripped pisze:11 gru 2022 13:19Najpierw ta zagrywka mi zalatywała mocno Bondem ale nie mogłem znaleźć nic takiego, potem myślałem o czymś z lat 90. i też pudło, wiem jedynie że brzmienie tej gitary gdzieś podobne słyszałem po prostu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Simple Minds – Black and white 050505
Simple Minds trochę słuchałem kiedyś w latach szkolnych. Miałem kasetę Real Life i składankę Glittering Prize. Podobały mi się, choć oprócz tych największych hitów już nic nie pamiętam. Do albumiu Black and white podchodziłem jednak dosyć powściągliwie, bo jakoś rockowa muzyka ma u mnie ostatnimi czasy raczej pod górkę. No chyba, że jest to naprawdę dobry rock, to wtedy nie ma problemu. A na Black and white mamy właśnie bardzo dobry rock.
Już pierwsze sekundy Stay Visible mnie podjarały. Ta gitarowa zagrywka przy akompaniamencie smyków jest piękna. Potem wchodzi pianino i jest jeszcze piękniej. Po minucie utwór się rozkręca na dobre. A jak Jim Kerr zaczyna śpiewać, to już jestem kupiony w 100%. Gitara wciąż świetnie pogrywa, a linia melodyczna wręcz zwala z nóg. Rewelacyjne otwarcie albumu.
Home to kolejny przebojowy numer. Znowu gitara basowa błyszczy, perkusja żwawo nadaje rytm. Gitary elektryczne naprawdę ładnie i ciekawie brzmią na tym albumie.
Hien pisał, że w każdym utworze wykorzystano takie same patenty. I to jest prawda. W Stranger znowu przoduje np. taka sama gitara basowa. Ale mi to nie przeszkadza. Bo to brzmi po prostu dobrze. Different world wykorzystuje znowu pianino. Przy Underneath the ice znowu serce przyspiesza. Świetna kompozycja z rewelacyjnie brzmiącym syntezatorem i obowiązkowo dobrym basem. Gitary w mostku też przyjemne. Podobnie perkusja. Trzy kolejne utwory trzymają poziom poprzedników. Wciąż brzmią bardzo dobrze. Aż w końcu docieramy do jedynej ballady na płycie - Dolphins. No czarujący klimat ma ten utwór. Piękna kompozycja z ładnymi klawiszami w tle. Szczególnie pięknie brzmi instrumentalny mostek. Aż chwyta za serce. Cudo.
Bonusy też całkiem ciekawe. Mogłyby spokojnie być na albumie. Too much television ma fajny rytm i ekstra gitary. Ten rytm przypomniał mi pewien utwór, o którym zapomniałem, a który z chęcią dołączę do bestki utworowej.
Bird on a wire to chyba utwór, który najbardziej zalatuje U2. Super pogrywa perkusja. Ładne outro. Mighty Joe Moon też bardzo dobre.
Stripped porównywał ten album do Poets of the fall. Dla mnie nie ma to sensu, bo Black and white jest wg mnie o pare leveli wyżej. A co powoduje, że ten album jest tak dobry i góruje and średniakami z Finlandii? Przede wszystkim kompozycje są o niebo lepsze. Nie ma żadnego przynudzania. Jest przebojowo, wyraziście, ładnie. Gitary na całym albumie brzmią naprawdę ciekawie, a momentami wręcz fascynująco. Gitara basowa robi pierwszorzędną robotę. Podobnie jak nierzadko perkusja. Jim Kerr ma świetny wokal. Tego albumu się po prostu wyjątkowo dobrze słucha.
Najlepsze utwory dla mnie to Underneath the ice, Dolphins, Too much television i przede wszystkim szałowy Stay Visible. Oj będzie Black and white jeszcze nie raz i nie dwa pobrzmiewał w moich słuchawkach.
Simple Minds trochę słuchałem kiedyś w latach szkolnych. Miałem kasetę Real Life i składankę Glittering Prize. Podobały mi się, choć oprócz tych największych hitów już nic nie pamiętam. Do albumiu Black and white podchodziłem jednak dosyć powściągliwie, bo jakoś rockowa muzyka ma u mnie ostatnimi czasy raczej pod górkę. No chyba, że jest to naprawdę dobry rock, to wtedy nie ma problemu. A na Black and white mamy właśnie bardzo dobry rock.
Już pierwsze sekundy Stay Visible mnie podjarały. Ta gitarowa zagrywka przy akompaniamencie smyków jest piękna. Potem wchodzi pianino i jest jeszcze piękniej. Po minucie utwór się rozkręca na dobre. A jak Jim Kerr zaczyna śpiewać, to już jestem kupiony w 100%. Gitara wciąż świetnie pogrywa, a linia melodyczna wręcz zwala z nóg. Rewelacyjne otwarcie albumu.
Home to kolejny przebojowy numer. Znowu gitara basowa błyszczy, perkusja żwawo nadaje rytm. Gitary elektryczne naprawdę ładnie i ciekawie brzmią na tym albumie.
Hien pisał, że w każdym utworze wykorzystano takie same patenty. I to jest prawda. W Stranger znowu przoduje np. taka sama gitara basowa. Ale mi to nie przeszkadza. Bo to brzmi po prostu dobrze. Different world wykorzystuje znowu pianino. Przy Underneath the ice znowu serce przyspiesza. Świetna kompozycja z rewelacyjnie brzmiącym syntezatorem i obowiązkowo dobrym basem. Gitary w mostku też przyjemne. Podobnie perkusja. Trzy kolejne utwory trzymają poziom poprzedników. Wciąż brzmią bardzo dobrze. Aż w końcu docieramy do jedynej ballady na płycie - Dolphins. No czarujący klimat ma ten utwór. Piękna kompozycja z ładnymi klawiszami w tle. Szczególnie pięknie brzmi instrumentalny mostek. Aż chwyta za serce. Cudo.
Bonusy też całkiem ciekawe. Mogłyby spokojnie być na albumie. Too much television ma fajny rytm i ekstra gitary. Ten rytm przypomniał mi pewien utwór, o którym zapomniałem, a który z chęcią dołączę do bestki utworowej.
Bird on a wire to chyba utwór, który najbardziej zalatuje U2. Super pogrywa perkusja. Ładne outro. Mighty Joe Moon też bardzo dobre.
Stripped porównywał ten album do Poets of the fall. Dla mnie nie ma to sensu, bo Black and white jest wg mnie o pare leveli wyżej. A co powoduje, że ten album jest tak dobry i góruje and średniakami z Finlandii? Przede wszystkim kompozycje są o niebo lepsze. Nie ma żadnego przynudzania. Jest przebojowo, wyraziście, ładnie. Gitary na całym albumie brzmią naprawdę ciekawie, a momentami wręcz fascynująco. Gitara basowa robi pierwszorzędną robotę. Podobnie jak nierzadko perkusja. Jim Kerr ma świetny wokal. Tego albumu się po prostu wyjątkowo dobrze słucha.
Najlepsze utwory dla mnie to Underneath the ice, Dolphins, Too much television i przede wszystkim szałowy Stay Visible. Oj będzie Black and white jeszcze nie raz i nie dwa pobrzmiewał w moich słuchawkach.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie liczę na Was że w środę zaczniemy New Order, spinać pupki
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mentos, Dragon...?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos to w ogóle jeszcze wchodzi na forum?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ode mnie jeszcze dzisiaj się pojawi (czyli zanim nie pójdę spać)
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Simple Minds Black & White 050505
Wygląda na to, że moje pierwsze poważne doświadczenia z SM związane są z zupełnie nieoczywistymi wyborami. Numery najtisowe i płyta z początku XXI wieku - widać rękę dobrze zorientowanych fanów. Sam pewnie bym liczył na rekomendacje grupowe lub ciekawe recenzje w internecie; jest też RYM, ale nie jest regułą sięganie po krążki oceniane najwięcej razy. Nie przedłużając, lecimy z nocnym ekspresem na temat twójnormaln... Hien już wykorzystał ten dowcip, trudno. Black & White. Ten dopisek z datą vel numerem obozowym jest grubymi nićmi szyty. Dopiero przy okazji ostatniego odsłuchu wczytałem się w przypis PT Adriana i w sumie wolałem nie wiedzieć. Tak jakby sama płyta nie broniła się zawartością. Musi być kolejny sugestywny trop, wskazówka sugerująca coś więcej.
Pierwszy raz słuchałem bez bonusów, dopiero potem przytuliłem się do dodatków. Startuje Stay Visible i potwierdzają się moje luźne obserwacje. Jeśli pomiędzy płytami z Hypnotised i Let There Be Love było więcej eksperymentów, to tutaj się skończyły... a na pewno nie są tak wprost podane. Wraca znany poprockowy klimat. Trochę przestarzałych brzmień i efektów, ale wszystko podane bardzo spójnie. SM ma własny styl, który pielęgnuje i utrwala kolejną cegłówką. Miłym zabiegiem jest intro, aktywuje Fiksacje Melotronowe Dragona. Poza tym bez szału się zaczyna. Nie ukrywam, że miałem lekkie opory przed uważnym słuchaniem. Natłok wydarzeń dookoła, wcześniejsze spotkania z ich muzyką były bez większych niespodzianek i zachwytów. Pierwszy odsłuch praktycznie bez żadnych rzeczywiscie zapamiętanych momentów. Z czasem zaczęły wyłaniać się na horyzoncie plusy. Pierwsze było Home. Perkusja kojarzy mi się z OMD, ale numer ucieka w stronę bardzo przyjaznego radiu grania. Gitara przyjemnie kołysze. Lubię takie gęste refreny tonące w dźwiękach. Na wokalu też rejestry, które robią dobrze na serduszku. Poważny plus. Z numeru na numer przekonuję się, że takie brzmienie im leży. Jakby o to im chodziło. W tym upatruję punkt wyjścia do ewentualnych poszukiwań dla Kerra i Burchilla. Jednocześnie jest chwałą i zgubą. Dobre momenty jak fotografie, zbieram w mej głowie jak w starej szafie. Reszta w otoczeniu zbyt podobna do siebie. To trochę drażni. Coś musi się wyraźnie wybić ponad, mieć na przykład jeden bardzo dobry element, od niego można zacząć. Nie zawsze uda się mnie przekonać. Different World ma znakomity atmosferyczny środek, ale refren jest trochę sztampowy, drewniany. W dość modelowym kawałku poprockowym idzie coś ciekawego, ale szybko znika. Underneath the Ice kusi rozwibrowanym początkiem. Wcześniej wydawało mi się, że to dalej Different World, a to po prostu jego instrumentalna końcówka-wariacja. Ujawnia się wcześniej wspominane zlewanie utworów w jedno. Tu akurat ostatecznie rozwinięcie jest znacznie ciekawsze. Vibe do mnie trafia. Uporządkowany, wyważony aranż robi robotę. Efekty na wokalu nie psują niczego. Drugi kawałek do zapamiętania. Na końcu znowu pachnie melotronem/fletami, więc bosko, tak jakby całość nie była z ducha atmosferyczna. Jeweller 2 sprawia, że dobre dzieje się trochę dłużej. Pomimo tego stękania w refrenie, które lekko odrzuca, reszta znowu działa. Ciekawe zabiegi z pętlami perkusyjnymi. Może mniej zachwyca w porównaniu do wcześniej wyróżnionej dwójki, ale też jest satysfakcjonująca atmosfera. Lubię momenty, w których wyraźnie przed szereg wychodzi perka.
Zgrzytem jest numer tytułowy, choć na moje ostatecznie potrzebuje po prostu osłuchania z całą płytą, by nie ulec pozornemu wrażeniu oderwania od poprzednich kawałków. Jest więcej patosu, trochę co innego sugeruje wstęp, ale potem wjeżdżamy w brzmieniowe i kompozycyjne rejony, które znamy. Wszystko spina rzetelna, solidna do samego końca perka właśnie. Niby początkowo kręciłem nosem, ale refren przypadł mi do gustu. W trakcie ostatniego odsłuchu płyta zaczyna poważnie rosnąć w oczach. Kiss the Ground to yebany banger zbudowany tak prostymi, ale efektownymi sztuczkami, nie mam nic więcej do dodania. Refren do pozazdroszczenia. Widzę przed oczami młodego Roberta. Gdyby wpadł na ten kawałek 10-12 lat temu w trakcie jakiegoś zajęcia pokroju granie czy czytanie, to byłby bardzo zadowolony. Siadłby jak nic w deszczową porę jesienną, gdy w pokoju robi się ciemniej, ale światła jeszcze nie trzeba zapalać. Widać ślady opadów na oknie, deszcz odbija się od parapetu. Jest dobrze. Wątpliwości co do całej Black & White zniknęły. Podtrzymuję opinię co do słabszego początku, który za bardzo zlewa się w jedno, ale na koniec przeważają plusy. Dolphins jest znowu średnie na modłę pierwszej połowy, ale na tym etapie to już bez znaczenia. Płytę trzeba domknąć jakąś klamrą i w porządku, ale po co ta elektronika zupełnie nie w tempo? Niezamierzenie komiczna. Mimo tego nic już nie naruszy dobrego wrażenia.
Bonusy trochę z innej parafii, ale też dobre. Zanim się na dobre nie polubiłem z rzeczami z podstawy preferowałem właśnie te trzy dodatki. Too Much Television nie ma rozbudowanego przekazu, ale stoi klimatyczną gitarą (zarówno solówka jak i nastrojowa pętla) i specyficznym, kwaśnym nastrojem. Bird on a Wire może być jeszcze długo moim faworytem. To już prawie trip hop. Jednocześnie tutaj skomponowali numer idealny dla Bowiego, byłoby miejsce na Heathen bez problemu. Uporządkowany aranż, przyjemne świsty elektroniczne w tle, a do tego rytmicznie przykuwa uwagę. Szanuję. Mighty Joe Moon też mi coś poważnie przypomina, ale nie jestem w stanie rzucić konkretnego tytułu. Może nawet Porcupine Tree xD Dużo różności świeci pod kopułą, za dużo. Znowu kwasem zajeżdża, to dobrze. Kto by przypuszczał tydzień temu, że to się tak skończy... Dlatego cały czas wierzę w tę zabawę i przyjmuję tego typu zaskoczenia ze szczerą radochą. Elegancka wrzuta
Wygląda na to, że moje pierwsze poważne doświadczenia z SM związane są z zupełnie nieoczywistymi wyborami. Numery najtisowe i płyta z początku XXI wieku - widać rękę dobrze zorientowanych fanów. Sam pewnie bym liczył na rekomendacje grupowe lub ciekawe recenzje w internecie; jest też RYM, ale nie jest regułą sięganie po krążki oceniane najwięcej razy. Nie przedłużając, lecimy z nocnym ekspresem na temat twójnormaln... Hien już wykorzystał ten dowcip, trudno. Black & White. Ten dopisek z datą vel numerem obozowym jest grubymi nićmi szyty. Dopiero przy okazji ostatniego odsłuchu wczytałem się w przypis PT Adriana i w sumie wolałem nie wiedzieć. Tak jakby sama płyta nie broniła się zawartością. Musi być kolejny sugestywny trop, wskazówka sugerująca coś więcej.
Pierwszy raz słuchałem bez bonusów, dopiero potem przytuliłem się do dodatków. Startuje Stay Visible i potwierdzają się moje luźne obserwacje. Jeśli pomiędzy płytami z Hypnotised i Let There Be Love było więcej eksperymentów, to tutaj się skończyły... a na pewno nie są tak wprost podane. Wraca znany poprockowy klimat. Trochę przestarzałych brzmień i efektów, ale wszystko podane bardzo spójnie. SM ma własny styl, który pielęgnuje i utrwala kolejną cegłówką. Miłym zabiegiem jest intro, aktywuje Fiksacje Melotronowe Dragona. Poza tym bez szału się zaczyna. Nie ukrywam, że miałem lekkie opory przed uważnym słuchaniem. Natłok wydarzeń dookoła, wcześniejsze spotkania z ich muzyką były bez większych niespodzianek i zachwytów. Pierwszy odsłuch praktycznie bez żadnych rzeczywiscie zapamiętanych momentów. Z czasem zaczęły wyłaniać się na horyzoncie plusy. Pierwsze było Home. Perkusja kojarzy mi się z OMD, ale numer ucieka w stronę bardzo przyjaznego radiu grania. Gitara przyjemnie kołysze. Lubię takie gęste refreny tonące w dźwiękach. Na wokalu też rejestry, które robią dobrze na serduszku. Poważny plus. Z numeru na numer przekonuję się, że takie brzmienie im leży. Jakby o to im chodziło. W tym upatruję punkt wyjścia do ewentualnych poszukiwań dla Kerra i Burchilla. Jednocześnie jest chwałą i zgubą. Dobre momenty jak fotografie, zbieram w mej głowie jak w starej szafie. Reszta w otoczeniu zbyt podobna do siebie. To trochę drażni. Coś musi się wyraźnie wybić ponad, mieć na przykład jeden bardzo dobry element, od niego można zacząć. Nie zawsze uda się mnie przekonać. Different World ma znakomity atmosferyczny środek, ale refren jest trochę sztampowy, drewniany. W dość modelowym kawałku poprockowym idzie coś ciekawego, ale szybko znika. Underneath the Ice kusi rozwibrowanym początkiem. Wcześniej wydawało mi się, że to dalej Different World, a to po prostu jego instrumentalna końcówka-wariacja. Ujawnia się wcześniej wspominane zlewanie utworów w jedno. Tu akurat ostatecznie rozwinięcie jest znacznie ciekawsze. Vibe do mnie trafia. Uporządkowany, wyważony aranż robi robotę. Efekty na wokalu nie psują niczego. Drugi kawałek do zapamiętania. Na końcu znowu pachnie melotronem/fletami, więc bosko, tak jakby całość nie była z ducha atmosferyczna. Jeweller 2 sprawia, że dobre dzieje się trochę dłużej. Pomimo tego stękania w refrenie, które lekko odrzuca, reszta znowu działa. Ciekawe zabiegi z pętlami perkusyjnymi. Może mniej zachwyca w porównaniu do wcześniej wyróżnionej dwójki, ale też jest satysfakcjonująca atmosfera. Lubię momenty, w których wyraźnie przed szereg wychodzi perka.
Zgrzytem jest numer tytułowy, choć na moje ostatecznie potrzebuje po prostu osłuchania z całą płytą, by nie ulec pozornemu wrażeniu oderwania od poprzednich kawałków. Jest więcej patosu, trochę co innego sugeruje wstęp, ale potem wjeżdżamy w brzmieniowe i kompozycyjne rejony, które znamy. Wszystko spina rzetelna, solidna do samego końca perka właśnie. Niby początkowo kręciłem nosem, ale refren przypadł mi do gustu. W trakcie ostatniego odsłuchu płyta zaczyna poważnie rosnąć w oczach. Kiss the Ground to yebany banger zbudowany tak prostymi, ale efektownymi sztuczkami, nie mam nic więcej do dodania. Refren do pozazdroszczenia. Widzę przed oczami młodego Roberta. Gdyby wpadł na ten kawałek 10-12 lat temu w trakcie jakiegoś zajęcia pokroju granie czy czytanie, to byłby bardzo zadowolony. Siadłby jak nic w deszczową porę jesienną, gdy w pokoju robi się ciemniej, ale światła jeszcze nie trzeba zapalać. Widać ślady opadów na oknie, deszcz odbija się od parapetu. Jest dobrze. Wątpliwości co do całej Black & White zniknęły. Podtrzymuję opinię co do słabszego początku, który za bardzo zlewa się w jedno, ale na koniec przeważają plusy. Dolphins jest znowu średnie na modłę pierwszej połowy, ale na tym etapie to już bez znaczenia. Płytę trzeba domknąć jakąś klamrą i w porządku, ale po co ta elektronika zupełnie nie w tempo? Niezamierzenie komiczna. Mimo tego nic już nie naruszy dobrego wrażenia.
Bonusy trochę z innej parafii, ale też dobre. Zanim się na dobre nie polubiłem z rzeczami z podstawy preferowałem właśnie te trzy dodatki. Too Much Television nie ma rozbudowanego przekazu, ale stoi klimatyczną gitarą (zarówno solówka jak i nastrojowa pętla) i specyficznym, kwaśnym nastrojem. Bird on a Wire może być jeszcze długo moim faworytem. To już prawie trip hop. Jednocześnie tutaj skomponowali numer idealny dla Bowiego, byłoby miejsce na Heathen bez problemu. Uporządkowany aranż, przyjemne świsty elektroniczne w tle, a do tego rytmicznie przykuwa uwagę. Szanuję. Mighty Joe Moon też mi coś poważnie przypomina, ale nie jestem w stanie rzucić konkretnego tytułu. Może nawet Porcupine Tree xD Dużo różności świeci pod kopułą, za dużo. Znowu kwasem zajeżdża, to dobrze. Kto by przypuszczał tydzień temu, że to się tak skończy... Dlatego cały czas wierzę w tę zabawę i przyjmuję tego typu zaskoczenia ze szczerą radochą. Elegancka wrzuta
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
nie wchodzę już, to mój zły brat bliźniak
Simply Red - Black & White 050505
Proste Umysły to zespół który znam od dawna i który generalnie to lubię. Zapewne pojawi się u mnie w kolejnej edycji bestki, nie chcę spojlerować co konkretnie, ale mogę wam wyznać, ze mieli swego czasu inny album, w którego tytule były numerki i ten album ja często-gęsto katowałem w jakimś 2015 rokiem oraz uważam go za jedną z fajniejszych popowych płyt z tamtej epoki i w ogóle. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak to niejaki Bogusław Wołoszański. xD
Trochę podchodziłem do tej płyty z ręką na duszy na kamieniu czy jakoś tak. Dev miał tendencję do wrzucania dość randomowych wynalazków cenionych przeze mnie artystów (do dziś pamiętam tego koszmarnego Eno z vocoderem) i nie ukrywam, że widząc, iż wrzucił album artysty mającego lata świetności w ejtisach z datą premiery przypadającą na okolice śmierci papieża polaka... tak naprawdę nie wiedziałem co czuć, bo ja za często pozytywnie się zaskakiwałem w tej zabawie czymś, co teoretycznie nie powinno mi wchodzić, bym mógł napisać, że się bałem. BYŁEM CIEKAW i tyle.
Zła płyta to to nie jest, to pewne, ale w sumie szczerze nie mogę sobie przypomnieć, aby tutaj ktokolwiek wrzucił takową. Tylko no... po tych kilku odsłuchach generalnie mógłbym skopiować duże fragmenty recki murzina, który napisał tu o tym, że duża część płyty brzmi jakby stworzona za pomocą generatora hitów U2podobnych. No i kurde no, ja naprawdę swego czasu robiłem wiele prób, podchodów, w tę stronę, w tamtę stronę i do U2 nie mogę się przekonać. Nudzą mnie niemożebnie i tyle, więc siłą rzeczy nie będę w stanie pisać peanów pod coś, co momentami brzmi bardzo podobnie do nich, bo ja wiem, że to nie moja rzecz, nie moja bajka i nie moje klimaty.
Aczkolwiek to też nie jest tak, że nie umiem docenić dobrej rzeczy spoza mojej bajki, bo są tu rzeczy się wyróżniające. Próbowałem się tu bawić w rozkładanie albumu na czynniki pierwsze, ale szczerze mówiąc trochę odpuściłem i to wcale nawet nie z powodu mojego lenistwa czy żeby dać munlupowi pretekst do pisania, że piszę te recki na totalny odpiernicz. Po prostu jakoś tak się złożyło, że oceniając ten album kawałek po kawałku czepiałbym się prawie każdego albo większości, bo to by mi nie pasiło, tu wokal siaki, tam gitarki nie takie, podczas gdy słucham tej płyty sobie w całości jakoś tak potrafię przymnknąć oko na te niby duże niedostatki i po prostu nawet nieźle mi się tego słucha. Ot, magia muzyki i dowód na to, że jednak jest magiczna. Albo na to, że to coś ze mną jest nie tak - wszak to i to się nie wyklucza.
Podobał mi się ten rockowy otwieracz, bo to kawał RZETELNEGO poprocka, który trochę wziął mnie z zaskoczenia, a trochę po prostu doceniam, gdy ktoś napisze dobry kawałek w tej stylistyce, zwłaszcza wiedząc, że to nie moja stylistyka. Spoko też jest Different World i Underneath The Ice też jest bardzo spoko. Balladka o delfinach też mi się podoba, urzekająca, trochę mi się kojarzy z Nine Inch Nails z okresu Downward Spiral, jestem świadom, iż to bardzo odległe i abstrakcyjne skojarzenie, ale co ja pocznę. xD Chciałem pierwotnie napisać, że Home jest takie se, ale jak se tak do tego wracałem pisząc te słowa to nawet mnie wzięło, więc pewnie u mnie urośnie. Tyla o poszczególnych kawałkach, bo reszta wyleciała drugim uchem podczas odsłuchu.
No i w sumie to ten... szanuję, doceniam, ale na piedestały nie wynoszę. Kwestia tego, że w 2005 to ja internetu używałem tylko w kafejce internetowej, by wchodzić na stronę Szymona Majewskiego? Być może. Kwestia tego, że nie przepadam za poprockiem spod znaku U2? To całkiem prawdopodobne. Ale, kurde no, w swojej lidze to całkiem fajna płyta i generalnie jestem wdzięczny Musiałowi za to, że ją tu podrzucił. Znak RZETELNOŚCI i nieśmiała okejka, bo czemu nie?
Simply Red - Black & White 050505
Proste Umysły to zespół który znam od dawna i który generalnie to lubię. Zapewne pojawi się u mnie w kolejnej edycji bestki, nie chcę spojlerować co konkretnie, ale mogę wam wyznać, ze mieli swego czasu inny album, w którego tytule były numerki i ten album ja często-gęsto katowałem w jakimś 2015 rokiem oraz uważam go za jedną z fajniejszych popowych płyt z tamtej epoki i w ogóle. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak to niejaki Bogusław Wołoszański. xD
Trochę podchodziłem do tej płyty z ręką na duszy na kamieniu czy jakoś tak. Dev miał tendencję do wrzucania dość randomowych wynalazków cenionych przeze mnie artystów (do dziś pamiętam tego koszmarnego Eno z vocoderem) i nie ukrywam, że widząc, iż wrzucił album artysty mającego lata świetności w ejtisach z datą premiery przypadającą na okolice śmierci papieża polaka... tak naprawdę nie wiedziałem co czuć, bo ja za często pozytywnie się zaskakiwałem w tej zabawie czymś, co teoretycznie nie powinno mi wchodzić, bym mógł napisać, że się bałem. BYŁEM CIEKAW i tyle.
Zła płyta to to nie jest, to pewne, ale w sumie szczerze nie mogę sobie przypomnieć, aby tutaj ktokolwiek wrzucił takową. Tylko no... po tych kilku odsłuchach generalnie mógłbym skopiować duże fragmenty recki murzina, który napisał tu o tym, że duża część płyty brzmi jakby stworzona za pomocą generatora hitów U2podobnych. No i kurde no, ja naprawdę swego czasu robiłem wiele prób, podchodów, w tę stronę, w tamtę stronę i do U2 nie mogę się przekonać. Nudzą mnie niemożebnie i tyle, więc siłą rzeczy nie będę w stanie pisać peanów pod coś, co momentami brzmi bardzo podobnie do nich, bo ja wiem, że to nie moja rzecz, nie moja bajka i nie moje klimaty.
Aczkolwiek to też nie jest tak, że nie umiem docenić dobrej rzeczy spoza mojej bajki, bo są tu rzeczy się wyróżniające. Próbowałem się tu bawić w rozkładanie albumu na czynniki pierwsze, ale szczerze mówiąc trochę odpuściłem i to wcale nawet nie z powodu mojego lenistwa czy żeby dać munlupowi pretekst do pisania, że piszę te recki na totalny odpiernicz. Po prostu jakoś tak się złożyło, że oceniając ten album kawałek po kawałku czepiałbym się prawie każdego albo większości, bo to by mi nie pasiło, tu wokal siaki, tam gitarki nie takie, podczas gdy słucham tej płyty sobie w całości jakoś tak potrafię przymnknąć oko na te niby duże niedostatki i po prostu nawet nieźle mi się tego słucha. Ot, magia muzyki i dowód na to, że jednak jest magiczna. Albo na to, że to coś ze mną jest nie tak - wszak to i to się nie wyklucza.
Podobał mi się ten rockowy otwieracz, bo to kawał RZETELNEGO poprocka, który trochę wziął mnie z zaskoczenia, a trochę po prostu doceniam, gdy ktoś napisze dobry kawałek w tej stylistyce, zwłaszcza wiedząc, że to nie moja stylistyka. Spoko też jest Different World i Underneath The Ice też jest bardzo spoko. Balladka o delfinach też mi się podoba, urzekająca, trochę mi się kojarzy z Nine Inch Nails z okresu Downward Spiral, jestem świadom, iż to bardzo odległe i abstrakcyjne skojarzenie, ale co ja pocznę. xD Chciałem pierwotnie napisać, że Home jest takie se, ale jak se tak do tego wracałem pisząc te słowa to nawet mnie wzięło, więc pewnie u mnie urośnie. Tyla o poszczególnych kawałkach, bo reszta wyleciała drugim uchem podczas odsłuchu.
No i w sumie to ten... szanuję, doceniam, ale na piedestały nie wynoszę. Kwestia tego, że w 2005 to ja internetu używałem tylko w kafejce internetowej, by wchodzić na stronę Szymona Majewskiego? Być może. Kwestia tego, że nie przepadam za poprockiem spod znaku U2? To całkiem prawdopodobne. Ale, kurde no, w swojej lidze to całkiem fajna płyta i generalnie jestem wdzięczny Musiałowi za to, że ją tu podrzucił. Znak RZETELNOŚCI i nieśmiała okejka, bo czemu nie?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mniemam że mentos przez szkołę również prześlizgnął się delikatnie zmieniając prace domowe spisywane od kolegów a wywołany do odpowiedzi lał wodę byle nie odpowiadać NIE WIEM...
Niemniej dzięki za tę opóźnioną szybką reakcję hehe, widocznie bat mi się całkiem nie stępił.
Jedziemy z Technique od New Order (Musiał może rzucić słowem zamykającym Simply Pimply jak coś).
Niemniej dzięki za tę opóźnioną szybką reakcję hehe, widocznie bat mi się całkiem nie stępił.
Jedziemy z Technique od New Order (Musiał może rzucić słowem zamykającym Simply Pimply jak coś).
shodan pisze:17 lis 2022 14:14Dev się ostatnio rozkokosił i wciąż mnie uprzedza.![]()
New Order – Technique (1989)
New Order to był jeden z moich ulubionych zespołów w latach szkolnych. I nadal ich bardzo lubię, choć słucham jednak dużo rzadziej niż kiedyś. Gdy chodziłem do technikum, to ich muzyka była bardzo popularna. Nie jedną przerwę czy okienko przegadaliśmy z kolegami o ich muzyce. Nie jedno popołudnie upłynęło nam na wspólnym słuchaniu m.in. New Order właśnie. Album Technique zawsze był moim ulubionym. Bo to w odróżnieniu do paru innych jest naprawdę muzyka na dobrym i przede wszystkim bardzo równym poziomie. I wydaje mi się też, że dosyć spójna stylistycznie. W jej skład wchodzi tylko 9 utworów i trwa zaledwie 39 minut. I właściwie słuchając jej ma się wrażenie, że każdy z tych dziewięciu utworów to potencjalny przebój. Właściwie każdy utwór zawiera wyrazistą melodię, chwytliwe zagrywki oraz taneczny rytm. Album ma klubowy charakter, choć nie brak tu i gitarowych zagrywek. Tym albumem New Order właściwie na dobre odeszli od post-punku kierując się w bardziej taneczne rejony. Niezmiennie za to charakterystyczna jest gitara basowa Hooka i wokal Sumnera.
Moje ulubione utwory to: Round & Round, Mr Disco, Vanishing Point i Dream Attack.
Niezbyt często wracam do Technique, ale ten album jak i w ogóle New Order zawsze wywołuje u mnie mocno nostalgiczne wspomnienia z czasów młodości. To przyjemne uczucie, podobnie jak słuchanie tej płyty. Czasy się zmieniły, muzyka się zmieniła, ale nie szkodzi. To wciąż jest bardzo dobra muzyka. Pewnie większość z Was ją zna, a kto nie zna, niech posłucha. A co.
https://www.youtube.com/watch?v=QBziNQA ... i7QjVoZ0XQ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Szybkie podsumowanko Mimple Sinds, jestem zadowolony Waszym odbiorem. Kto mógł pojęczeć, pojęczał, kto mógł się zachwycić, się zachwycił, ale mimo wszystko weszło pozytywnie. Wiem, że to może być trochę jednowymiarowy album, tzn. nie odkrywają tam Ameryki, to po prostu 100% SM w SM, ale może dzięki temu tak dobrze mi weszło. I było tym dobrym pomostem między czymś ejtisowym a czymś gitarowym. Więc dla mnie to był moment kreujący bym rzekł. I wiem doskonale, jaką płytę chce wrzucić Mentos, i cóż, to jest dobry wybór xD Zachęcam Was do powrotu po jakimś czasie, bowiem warto. Do Black and White ofc. Na razie daję sobie spokój z SM, choć muszę rzec, że do nowej płyty się coraz bardziej przekonuję... Big Music też mi w sumie zajęło trochę czasu. Ale teraz czas na...
New Order - Technique
Jesień 2005, to forum. Zachwyty nad New Order wyrażane przez wielu użytkowników. Były admin, a wczoraj uczestnik gali Grand Press, a więc Bartini, zmontował skrzynkę pocztową na Tlenie, na którą to skrzynkę wrzucał różne rzeczy ten, kto chciał. Najwięcej sam Bartini xD Tak poznałem bootleg-nie bootleg In Concert, czy tam po prostu Concert, będący zapisem, well, koncertu NO z Glasgow chyba, jaki zagrali w 1989 przy okazji premiery Technique. To była moja pierwsza styczność z muzyką z tej płyty. Wtedy jeszcze nie zasysałem całych albumów sam, więc wszystko poza hitami, jakie wpadły mi tamtej jesieni, a więc Fine Time i Round & Round, poznałem na wiosnę 2006. A wiosna to doskonały czas do odsłuchu tego albumu. Bardziej niż doskonały, bym rzekł. Całość wchodziła jak złoto, była nieco plastikowa, trochę tandetna, a przez to piękna, skrajnie New Order-style, z doskonałym wyważeniem brzmień srogo popowych i bijących nadchodzącymi najntisami po ryju, oraz brzmień bardziej "rockowych", nawiązujących gdzieś do ich korzeni (vide bębny w Dream Attack). Dla mnie to jest takie Brotherhood na sterydach i jedną nogą już w latach 90. Bo ta płyta to jest świetny pomost między obiema dekadami. Chyba nie ma tu dla mnie jednej złej piosenki, serio.
Za absolutne złoto uważam Fine Time (ale wersję albumową, singlowa jest dziwnie poprzestawiana), która jest takim absurdalnym konglomeratem brzmień, jaki doskonale pasuje mi do New Order (bardziej niż "klasyczne" piosenki). Nawiasem mówiąc, singiel ten ma perfekcyjną wprost stronę B w postaci numeru Don't Do It - kto nie zna, niech nadrobi. Po nim wbiega All the Way, które jest takim Weirdo do Brotherhood (choć takich "Weirdos" jest tu więcej), przełąmując nieco elektroniczne wdepnięcie w całe to wydawnictwo. Nieco przykrótkie, za to świetne w swoim delikatnie naiwnym brzmieniu Love Less, które brzmi dla mnie jak Love Vigilantes Part 2. Czy tego wszystkiego już trochę nie było? No, było, i co z tego? New Order being New Order. Fajnie gra gitara, pięknie współpracuje z nią wysoki bas Hooka (Sexy Mana), bez niego byłoby zdecydowanie słabiej. Największym minusem tego numeru jest brak wyrazistego refrenu, w sensie, Sumner potrafił czasem pisać świetne hooki (LOL), a czasem walił potworne byle co (cały czas skręca mnie przy The Village, OH OUR LOVE IS LIKE A FLOWEEER). Tutaj trochę tak jest, ale nadrabia instrumentarium. Round & Round kiedyś bardzo nie lubiłem, dziś ta słodkość w dźwiękach staje się dla mnie inna w odbiorze przez, powiedzmy, ducha swojej epoki. Choć NO spędzili na Ibizie 4 miesiące, to ponoć nagrali tam tylko jakieś 25% płyty (albo tyle udało im się zrealizować), bo większość czasu chodzili pijani i nakoksowani xD And it show, w tym numerze jakoś dla mnie. Taki w sam raz na przedostatni rok dekady lat 80. (czy tam ostatni, zależy, jak liczyć). Refren znów jest taki se, ale muzycznie wszystko jest nadrobione z nawiązką. Inna sprawa, że akurat w tym wypadku wersja singlowa jest minimalnie lepsza. Sumner potwornie fałszuje btw, ale znów - NO, wolno im. Porzucamy na chwilę oczywistą elektronikę i wpadamy w Guilty Partner, które łączy w sobie co najlepsze z Low-life i Brotherhood. Gitara niby jakaś taka pijana, bas głębszy, ale krótkie przejścia między zwrotkami robią potężny klimat. Lekko plumkająca gitara pod koniec robi za podejście pod ciężkie klawisze i wtedy całość się rozkręca. Właściwie to coś, co mógłbym zarzucić temu numerowi, to za mało podbicia energii, którą te pady świetnie podkreślają. Zaraz po nim Run, kolejny singiel, z którym były srogie przeprawy (jakieś legal issues spowodowały, że wersja Run 2 została ostatecznie wydana jako albumowa i teraz net jest pełny mislabeli). Tutaj i tekst jest fajny, i wokal jest dobry, i gitary (tatam ta tatam ta tatam tatatatata tataaam ta tatam) Sumnera, i bas Hooka, i praca bębnów Morrisa, wszystko jest w pytę. Uwielbiam ten numer xD Obok Fine Time i jeszcze jedno mój ulubiony tutaj. Następnie jest Mr. Disko, za którym kiedyś niespecjalnie przepadałem, vide Round & Round, ale mi się zmieniło. Nie powiem, pod wpływem czego xD Numer otwiera się pięknym basem, bit znów zabiera mnie na jakąś Ibizę czy tam Majorkę, a przynajmniej do Jastarni latem xD Jest słodko i imprezowo, kolorowe drinki, kolorowe piguły, w świecie NO wszystko możliwe. Mam trochę bekę jedynie z tego, jak główny motyw basowy oparty jest o... autoplagiat ze State of the Nation sprzed 3 lat wcześniej. Ale walić, raz, że im wolno, a dwa, że nawet, jak sami siebie plagiatują, to wychodzi to super. Refren nieco słaby... ale instrumentarium etc. Jeszcze te kwaśne, lekko kraftwerkowe zabiegi po 2:40, miód. No i potem mój kolejny faworyt, Vanishing Point, od którego chyba zacząłem w ogóle odsłuch w tym 2006 roku. Średniawy tekst doskonale przykrywa warstwa muzyczna i wokal Sumnera, albowiem tutaj - poza drobnymi dziurami - zaśpiewał nawet czysto i dobrze pasuje to do reszty. VP był ponoć szykowany na kolejny singiel, co się w końcu nie stało, może trochę szkoda. Dla mnie chyba najbardziej NO numer na całym albumie. Potem wchodzi Dream Attack, które jest nie do końca klamrą, jako że kontynuuje tę "drugą nogę" brzmienia całości, ale bardzo sprawnie. Znów, gitary są totalnym highlightem tutaj. Lekko tandetne i plastikowe pianinko uzupełnia obraz tej płyty i tej epoki. Wokalnie i lirycznie jest w pytę, jeden z tych highlightów Sumnera, o których warto pamiętać. Do dziś grają ten numer na koncertach. Wchodzące trochę znikąd pod koniec klawisze potęgują "ścisk" dźwiękowy. Cóż to za seans! DA stanowi dla mnie trochę wejście w kolejny, choć nagrany mocno na odpie*dol album NO, czyli Republic (który osobiście lubię akurat). Z tego mogło wyewoluować Regret. Może tak było?
Podsumowując, to jest zdecydowanie nagranie, które umieściłbym w swojej topce albumowej sam (acz NO wrzuciłbym tutaj coś mniej oczywistego, kto wie, może jeszcze tak zrobię...), jednakowoż nie czuję się tak, jakby Wuja mnie okradł. Wuja ma po prostu świetny gust and it shows, Technique jest naprawdę fantastycznym wydawnictwem, doskonałe zamknięcie tamtej dekady przez Sumnera i spółkę, a jak różne od Movement, które ukazało się raptem 8 lat wcześniej. W tym sensie lata 80. to była dekada wędrówek muzycznych i odkryć, ciągłych zmian w brzmieniu, takie Simple Minds zaczynali od krautrockowo-nowofalowego Empires and Dance, żeby ejtisy zamknąć albumem a'la U2, a więc Street Fighting Years. DM? Podobnie. Moev? xD NO królami są i tyle. Bardzo dobra wrzuta, znałem, więc poza konkurencją, ale Złoty Laur Musiała przyznany. To jest po prostu dobre, koniec i bomba, kto się nie zgadza, ten trąba.
New Order - Technique
Jesień 2005, to forum. Zachwyty nad New Order wyrażane przez wielu użytkowników. Były admin, a wczoraj uczestnik gali Grand Press, a więc Bartini, zmontował skrzynkę pocztową na Tlenie, na którą to skrzynkę wrzucał różne rzeczy ten, kto chciał. Najwięcej sam Bartini xD Tak poznałem bootleg-nie bootleg In Concert, czy tam po prostu Concert, będący zapisem, well, koncertu NO z Glasgow chyba, jaki zagrali w 1989 przy okazji premiery Technique. To była moja pierwsza styczność z muzyką z tej płyty. Wtedy jeszcze nie zasysałem całych albumów sam, więc wszystko poza hitami, jakie wpadły mi tamtej jesieni, a więc Fine Time i Round & Round, poznałem na wiosnę 2006. A wiosna to doskonały czas do odsłuchu tego albumu. Bardziej niż doskonały, bym rzekł. Całość wchodziła jak złoto, była nieco plastikowa, trochę tandetna, a przez to piękna, skrajnie New Order-style, z doskonałym wyważeniem brzmień srogo popowych i bijących nadchodzącymi najntisami po ryju, oraz brzmień bardziej "rockowych", nawiązujących gdzieś do ich korzeni (vide bębny w Dream Attack). Dla mnie to jest takie Brotherhood na sterydach i jedną nogą już w latach 90. Bo ta płyta to jest świetny pomost między obiema dekadami. Chyba nie ma tu dla mnie jednej złej piosenki, serio.
Za absolutne złoto uważam Fine Time (ale wersję albumową, singlowa jest dziwnie poprzestawiana), która jest takim absurdalnym konglomeratem brzmień, jaki doskonale pasuje mi do New Order (bardziej niż "klasyczne" piosenki). Nawiasem mówiąc, singiel ten ma perfekcyjną wprost stronę B w postaci numeru Don't Do It - kto nie zna, niech nadrobi. Po nim wbiega All the Way, które jest takim Weirdo do Brotherhood (choć takich "Weirdos" jest tu więcej), przełąmując nieco elektroniczne wdepnięcie w całe to wydawnictwo. Nieco przykrótkie, za to świetne w swoim delikatnie naiwnym brzmieniu Love Less, które brzmi dla mnie jak Love Vigilantes Part 2. Czy tego wszystkiego już trochę nie było? No, było, i co z tego? New Order being New Order. Fajnie gra gitara, pięknie współpracuje z nią wysoki bas Hooka (Sexy Mana), bez niego byłoby zdecydowanie słabiej. Największym minusem tego numeru jest brak wyrazistego refrenu, w sensie, Sumner potrafił czasem pisać świetne hooki (LOL), a czasem walił potworne byle co (cały czas skręca mnie przy The Village, OH OUR LOVE IS LIKE A FLOWEEER). Tutaj trochę tak jest, ale nadrabia instrumentarium. Round & Round kiedyś bardzo nie lubiłem, dziś ta słodkość w dźwiękach staje się dla mnie inna w odbiorze przez, powiedzmy, ducha swojej epoki. Choć NO spędzili na Ibizie 4 miesiące, to ponoć nagrali tam tylko jakieś 25% płyty (albo tyle udało im się zrealizować), bo większość czasu chodzili pijani i nakoksowani xD And it show, w tym numerze jakoś dla mnie. Taki w sam raz na przedostatni rok dekady lat 80. (czy tam ostatni, zależy, jak liczyć). Refren znów jest taki se, ale muzycznie wszystko jest nadrobione z nawiązką. Inna sprawa, że akurat w tym wypadku wersja singlowa jest minimalnie lepsza. Sumner potwornie fałszuje btw, ale znów - NO, wolno im. Porzucamy na chwilę oczywistą elektronikę i wpadamy w Guilty Partner, które łączy w sobie co najlepsze z Low-life i Brotherhood. Gitara niby jakaś taka pijana, bas głębszy, ale krótkie przejścia między zwrotkami robią potężny klimat. Lekko plumkająca gitara pod koniec robi za podejście pod ciężkie klawisze i wtedy całość się rozkręca. Właściwie to coś, co mógłbym zarzucić temu numerowi, to za mało podbicia energii, którą te pady świetnie podkreślają. Zaraz po nim Run, kolejny singiel, z którym były srogie przeprawy (jakieś legal issues spowodowały, że wersja Run 2 została ostatecznie wydana jako albumowa i teraz net jest pełny mislabeli). Tutaj i tekst jest fajny, i wokal jest dobry, i gitary (tatam ta tatam ta tatam tatatatata tataaam ta tatam) Sumnera, i bas Hooka, i praca bębnów Morrisa, wszystko jest w pytę. Uwielbiam ten numer xD Obok Fine Time i jeszcze jedno mój ulubiony tutaj. Następnie jest Mr. Disko, za którym kiedyś niespecjalnie przepadałem, vide Round & Round, ale mi się zmieniło. Nie powiem, pod wpływem czego xD Numer otwiera się pięknym basem, bit znów zabiera mnie na jakąś Ibizę czy tam Majorkę, a przynajmniej do Jastarni latem xD Jest słodko i imprezowo, kolorowe drinki, kolorowe piguły, w świecie NO wszystko możliwe. Mam trochę bekę jedynie z tego, jak główny motyw basowy oparty jest o... autoplagiat ze State of the Nation sprzed 3 lat wcześniej. Ale walić, raz, że im wolno, a dwa, że nawet, jak sami siebie plagiatują, to wychodzi to super. Refren nieco słaby... ale instrumentarium etc. Jeszcze te kwaśne, lekko kraftwerkowe zabiegi po 2:40, miód. No i potem mój kolejny faworyt, Vanishing Point, od którego chyba zacząłem w ogóle odsłuch w tym 2006 roku. Średniawy tekst doskonale przykrywa warstwa muzyczna i wokal Sumnera, albowiem tutaj - poza drobnymi dziurami - zaśpiewał nawet czysto i dobrze pasuje to do reszty. VP był ponoć szykowany na kolejny singiel, co się w końcu nie stało, może trochę szkoda. Dla mnie chyba najbardziej NO numer na całym albumie. Potem wchodzi Dream Attack, które jest nie do końca klamrą, jako że kontynuuje tę "drugą nogę" brzmienia całości, ale bardzo sprawnie. Znów, gitary są totalnym highlightem tutaj. Lekko tandetne i plastikowe pianinko uzupełnia obraz tej płyty i tej epoki. Wokalnie i lirycznie jest w pytę, jeden z tych highlightów Sumnera, o których warto pamiętać. Do dziś grają ten numer na koncertach. Wchodzące trochę znikąd pod koniec klawisze potęgują "ścisk" dźwiękowy. Cóż to za seans! DA stanowi dla mnie trochę wejście w kolejny, choć nagrany mocno na odpie*dol album NO, czyli Republic (który osobiście lubię akurat). Z tego mogło wyewoluować Regret. Może tak było?
Podsumowując, to jest zdecydowanie nagranie, które umieściłbym w swojej topce albumowej sam (acz NO wrzuciłbym tutaj coś mniej oczywistego, kto wie, może jeszcze tak zrobię...), jednakowoż nie czuję się tak, jakby Wuja mnie okradł. Wuja ma po prostu świetny gust and it shows, Technique jest naprawdę fantastycznym wydawnictwem, doskonałe zamknięcie tamtej dekady przez Sumnera i spółkę, a jak różne od Movement, które ukazało się raptem 8 lat wcześniej. W tym sensie lata 80. to była dekada wędrówek muzycznych i odkryć, ciągłych zmian w brzmieniu, takie Simple Minds zaczynali od krautrockowo-nowofalowego Empires and Dance, żeby ejtisy zamknąć albumem a'la U2, a więc Street Fighting Years. DM? Podobnie. Moev? xD NO królami są i tyle. Bardzo dobra wrzuta, znałem, więc poza konkurencją, ale Złoty Laur Musiała przyznany. To jest po prostu dobre, koniec i bomba, kto się nie zgadza, ten trąba.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
New Order – Technique
Na wstępie muszę zaznaczyć, że ta recenzja będzie trochę jakbym pisał, ale nie chciał nic napisać. Nie będę też czytał Waszych recenzji tego albumu. Wuja nie mógł tego oczywiście wiedzieć, ale trochę mi wjechał w bestkę tym albumem (nie planowałem go wrzucać, ale jego zawartość już tak) i z tego powodu będę tu pisał o „Technique” trochę na migi.
Płytę znam, jest to jedna z moich ulubionych płyt New Order. Ja kupuję tę późno80sową-wczesno90sową, plastikową na maksa elektronikę. Powiem wręcz, że New Order, jak na rok 89 brzmią bardzo futurystycznie. Płyta była nagrywana, między innymi, na Ibizie, co od razu stawia New Order na celowniku wielu osób, że pewnie tylko ćpali, pili i inspirowała ich tylko tancbuda (podobne zarzuty musiał brać na klatę Mike Oldfield po „Dzwonach 3”). Zakładam, że to wszystko jest w jakimś stopniu prawdą xD ale jednocześnie nie zgubili talentu do pisania dobry piosenek. Ok, dziwię się, że Robert Smith im się nie przyczepił do „All The Way” bo to już zalatuje plagiatem „Just Like Heaven”, ale jakoś wychodzą obronną ręką. Zresztą, oni na Ibizie siedzieli cztery miesiące i według Sumnera, powstało tam około 20% całego albumu.
„Technique” ma dwa oblicza. Część kawałków uderza w bardziej taneczne, elektroniczne rejony, a cześć trzyma się bardziej gitarowego, wręcz momentami akustycznego, powolnego bujania w stylu tego, co znamy z wcześniejszych płyt. Najpierw zmyła w postaci genialnego „Fine Time”, potem dwa typowe, sielskie letniaki NO i potem znowu dostajemy po twarzy współczesnymi klubowymi brzmieniami w „Round & Round”. A potem znowu, „Guilty Partner” z rodziny brzdąkania na akustyku i przebijającego się przez to wszystko Hooky’ego (Sexy Mana) i „Run” w podobnej konwencji i znowu przewrotka z tanecznym „Mr Disco”. Ja wiem, że zespół wtedy przechodził pierwsze objawy zmęczenia sobą, ale może lepiej było wydać dwie płyty, jedną z takim plażowym, luźnym graniem, a drugą full dyskotekową. Widać, że układali tracklistę aby odpowiednio balansować stylistyką, ale kiedy człowiek się rozrusza i by potańczył, to wjeżdżają wolne, a jak się człowiek uspokoi, wyluzuje, zaczyna doceniać ten vibe, to wracają tańce, itd. Dopiero końcówka robi się trochę bardziej spójna, ale finał i tak jest plażowy. To mi aż tak baaaardzo nie przeszkadza, ale należy taką obserwację poczynić, no o czymś muszę pisać xD
Poza tym, nie mam żadnych ale, dobre melodie, dobre brzmienie, które lubię, ładne piosenki i fałszujący Sumner. Da mnie to jest album totalnie 90sowy i za każdym razem zapominam i potem dziwię się, że to zostało wydane jeszcze w latach 80tych. Co ciekawe, zawartość tej płyty fenomenalnie obroniła się na koncertach, i muszę tu zaznaczyć, że od bootlegów zacząłem poznawanie tego albumu, kiedy dopiero co zaczynałem na poważnie trawersować z Joy Division do New Order. Napiszę o tym więcej, przy innej okazji.
No nic, ostatecznie napisałem o „Technique” więcej niż miałem zamiar, ale nie mogłem inaczej i też nie chciałem robić Wujowi przykrości wypierdzając dwa zdania. To jest jedna z moich ulubionych, o ile nie ulubiona płyta New Order i IMO ukoronowanie pewnego etapu w ich karierze.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że ta recenzja będzie trochę jakbym pisał, ale nie chciał nic napisać. Nie będę też czytał Waszych recenzji tego albumu. Wuja nie mógł tego oczywiście wiedzieć, ale trochę mi wjechał w bestkę tym albumem (nie planowałem go wrzucać, ale jego zawartość już tak) i z tego powodu będę tu pisał o „Technique” trochę na migi.
Płytę znam, jest to jedna z moich ulubionych płyt New Order. Ja kupuję tę późno80sową-wczesno90sową, plastikową na maksa elektronikę. Powiem wręcz, że New Order, jak na rok 89 brzmią bardzo futurystycznie. Płyta była nagrywana, między innymi, na Ibizie, co od razu stawia New Order na celowniku wielu osób, że pewnie tylko ćpali, pili i inspirowała ich tylko tancbuda (podobne zarzuty musiał brać na klatę Mike Oldfield po „Dzwonach 3”). Zakładam, że to wszystko jest w jakimś stopniu prawdą xD ale jednocześnie nie zgubili talentu do pisania dobry piosenek. Ok, dziwię się, że Robert Smith im się nie przyczepił do „All The Way” bo to już zalatuje plagiatem „Just Like Heaven”, ale jakoś wychodzą obronną ręką. Zresztą, oni na Ibizie siedzieli cztery miesiące i według Sumnera, powstało tam około 20% całego albumu.
„Technique” ma dwa oblicza. Część kawałków uderza w bardziej taneczne, elektroniczne rejony, a cześć trzyma się bardziej gitarowego, wręcz momentami akustycznego, powolnego bujania w stylu tego, co znamy z wcześniejszych płyt. Najpierw zmyła w postaci genialnego „Fine Time”, potem dwa typowe, sielskie letniaki NO i potem znowu dostajemy po twarzy współczesnymi klubowymi brzmieniami w „Round & Round”. A potem znowu, „Guilty Partner” z rodziny brzdąkania na akustyku i przebijającego się przez to wszystko Hooky’ego (Sexy Mana) i „Run” w podobnej konwencji i znowu przewrotka z tanecznym „Mr Disco”. Ja wiem, że zespół wtedy przechodził pierwsze objawy zmęczenia sobą, ale może lepiej było wydać dwie płyty, jedną z takim plażowym, luźnym graniem, a drugą full dyskotekową. Widać, że układali tracklistę aby odpowiednio balansować stylistyką, ale kiedy człowiek się rozrusza i by potańczył, to wjeżdżają wolne, a jak się człowiek uspokoi, wyluzuje, zaczyna doceniać ten vibe, to wracają tańce, itd. Dopiero końcówka robi się trochę bardziej spójna, ale finał i tak jest plażowy. To mi aż tak baaaardzo nie przeszkadza, ale należy taką obserwację poczynić, no o czymś muszę pisać xD
Poza tym, nie mam żadnych ale, dobre melodie, dobre brzmienie, które lubię, ładne piosenki i fałszujący Sumner. Da mnie to jest album totalnie 90sowy i za każdym razem zapominam i potem dziwię się, że to zostało wydane jeszcze w latach 80tych. Co ciekawe, zawartość tej płyty fenomenalnie obroniła się na koncertach, i muszę tu zaznaczyć, że od bootlegów zacząłem poznawanie tego albumu, kiedy dopiero co zaczynałem na poważnie trawersować z Joy Division do New Order. Napiszę o tym więcej, przy innej okazji.
No nic, ostatecznie napisałem o „Technique” więcej niż miałem zamiar, ale nie mogłem inaczej i też nie chciałem robić Wujowi przykrości wypierdzając dwa zdania. To jest jedna z moich ulubionych, o ile nie ulubiona płyta New Order i IMO ukoronowanie pewnego etapu w ich karierze.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
New Order Technique
Pod koniec czerwca omawialiśmy Blue Monday i pozwoliłem sobie palnąć, że pośrednio dzięki Technique właśnie polubiłem New Order... w ostatnich dniach przyszła weryfikacja tego stanowiska. Nigdy nie byłem wielbicielem tego zespołu. Miałem lekką fazę na Joy Division w liceum, ale dzisiaj już nie mam wielkiej potrzeby wracać do tej muzyki. Z New Order miałem kontakt poprzez paru znajomych, ale nigdy nic konkretnego nie zażarło na dłużej. Może coś więcej jest na 1981-1982. Większości płyt nie pamiętam, jedynie z Movement i Technique miałem na tyle dużo kontaktu, żeby w paru miejscach dać o tym znać.
Zaczyna się dobrze, pomimo tego, że brzmienie zestarzało się miejscami gorzej niż na stricte house'owych płytach z tego okresu. Towarzystwu w studiu pewnie 808 State nie byli obcy. Fine Time ma przyjemny bit. Wejście wokalu za sprawą już dość rozbudowanego tła robi robotę. Potem zaczynają nudzić, ale przynajmniej początek wyszedł im bardzo w punkt. Na gitarkę można przymknąć oko, nie bruździ, ale też nie zachwyca. Za każdym razem moje serce elektronika doznaje rozczarowania, kiedy za chwilę wjeżdża przeciętna klisza post-punkowa. Nie jestem aż takim hard fanem The Cure, żeby jeszcze u kogoś innego zachwycać się praktycznie identycznym repertuarem. Mój podstawowy zarzut do całej płyty to brak odwagi. Bardziej taneczne numery i tak są dostatecznie zduszone przez piosenkowy, miejscami wręcz rockowy format. Nie podobało mi się to w liceum, nie lubię tego do teraz. Touched by the Hand of God, Blue Monday, propozycja od Electronic... mogę się tylko powtórzyć. Z drugiej strony jeśli to ma tak działać jak w Love Less to przestaję marudzić. Z trzeciej potem takie Run traci na niesprawnym eklektyzmie. Na Love Less jednak jest rewelacyjnie. Najlepszy wokal na płycie, przyjemna, konkretna propozycja z bardzo sprawnie zrealizowanymi melodiami. Nie tego się instynktownie szuka po pierwszym kawałku, no ale pal licho. Razem z Vanishing Point stanowi duet, który najlepiej pamiętałem za pierwszym razem i do którego mam najwięcej szacunku. Round & Round brzmi jak gorsze PSB, ale pod koniec cały ten bigos nabiera wyrazu i może się podobać. Choć początek jak z gry video dobrej mordobitki. Dopóki nie wykorzystuje się w pełni tego, co podbija taneczny charakter, dopóty jest naprawdę średnio. Nie jest aż tak daleko do późniejszych piwniczno-garażowych naśladowców za Odrą. Okropny Sumner dobija i tak za długie Guilty Partner. Nagle jest czas na oddechy, niewyraźne solówki, rozbudowane zwrotki i refreny. Akurat tam, gdzie wychodzi to żałośnie. Klawisze pod koniec motzne nadużycie. Tego nie wytłumaczą żadne narkotyki. W momencie wjazdu Run trudno o wątpliwości. Pierwiastek taneczny jest tylko dodatkiem, szkoda. Skłaniam się ku temu, że całość robiono naprawdę pospiesznie, na wyjebce, ze szkodą dla wielu fragmentów, w których słychać potencjał na coś więcej. Run rozmywa się w nijakim plumkaniu, choć do połowy wszystko jest we względnych ryzach. Mr Disco ma coś w sobie plażowego i kwaśnego. Bit dość powolny, ale razem z padami i dźwiękami biegnącymi lewo-prawo robi się sporo miejsca. W mostku słyszymy Introspective już na pełnej, ale nie robią tego ludzie od muzyki klubowej, więc to wszystko miejscami się rozłazi. Zbędne tribalowe bębny (albo dźwięki, które je imitują). Moment chwały na szczęście ma miejsce. Jest odpowiedni porządek, czas dla wybranych fragmentów, nie ma aranżacyjnego śmietnika. VP robi za Enjoya na tym dansingu. Rzewne wokale na cyfrowych padach i motorycznym podkładzie to jest to. Przez wyraźne gitarowe wtręty do końca nie zapominamy gdzie jesteśmy i tu tkwi przyczyna sukcesu. Dream Attack już jest trochę śmieszny na koniec, ale trudno wyobrazić sobie coś innego wieńczącego tak wymyśloną płytę. Za ten refren zasługuje na pamięć, mimo że duch Kjurów czuwa nad nami i w tej chwili.
Płyta kontrastów z wyraźnymi plusami, ale i masą średniaków. Wyborna jest okładka z ducha vaporowa i biseksualna. Świetne zestawienie kolorów, miło zawiesić oko na dłużej. Po wszystkim to najlepsza rzecz związana z Technique. Mikołaja poprosiłbym o wypalenie płyty z samym Fine Time, Love Less, instrumentalnym house remiksem Round & Round, Vanishing Point i Dream Attack. Część najlepiej w siedmiominutowych miksach. Coś wyszłoby wyraźniej na plan pierwszy.
Pod koniec czerwca omawialiśmy Blue Monday i pozwoliłem sobie palnąć, że pośrednio dzięki Technique właśnie polubiłem New Order... w ostatnich dniach przyszła weryfikacja tego stanowiska. Nigdy nie byłem wielbicielem tego zespołu. Miałem lekką fazę na Joy Division w liceum, ale dzisiaj już nie mam wielkiej potrzeby wracać do tej muzyki. Z New Order miałem kontakt poprzez paru znajomych, ale nigdy nic konkretnego nie zażarło na dłużej. Może coś więcej jest na 1981-1982. Większości płyt nie pamiętam, jedynie z Movement i Technique miałem na tyle dużo kontaktu, żeby w paru miejscach dać o tym znać.
Zaczyna się dobrze, pomimo tego, że brzmienie zestarzało się miejscami gorzej niż na stricte house'owych płytach z tego okresu. Towarzystwu w studiu pewnie 808 State nie byli obcy. Fine Time ma przyjemny bit. Wejście wokalu za sprawą już dość rozbudowanego tła robi robotę. Potem zaczynają nudzić, ale przynajmniej początek wyszedł im bardzo w punkt. Na gitarkę można przymknąć oko, nie bruździ, ale też nie zachwyca. Za każdym razem moje serce elektronika doznaje rozczarowania, kiedy za chwilę wjeżdża przeciętna klisza post-punkowa. Nie jestem aż takim hard fanem The Cure, żeby jeszcze u kogoś innego zachwycać się praktycznie identycznym repertuarem. Mój podstawowy zarzut do całej płyty to brak odwagi. Bardziej taneczne numery i tak są dostatecznie zduszone przez piosenkowy, miejscami wręcz rockowy format. Nie podobało mi się to w liceum, nie lubię tego do teraz. Touched by the Hand of God, Blue Monday, propozycja od Electronic... mogę się tylko powtórzyć. Z drugiej strony jeśli to ma tak działać jak w Love Less to przestaję marudzić. Z trzeciej potem takie Run traci na niesprawnym eklektyzmie. Na Love Less jednak jest rewelacyjnie. Najlepszy wokal na płycie, przyjemna, konkretna propozycja z bardzo sprawnie zrealizowanymi melodiami. Nie tego się instynktownie szuka po pierwszym kawałku, no ale pal licho. Razem z Vanishing Point stanowi duet, który najlepiej pamiętałem za pierwszym razem i do którego mam najwięcej szacunku. Round & Round brzmi jak gorsze PSB, ale pod koniec cały ten bigos nabiera wyrazu i może się podobać. Choć początek jak z gry video dobrej mordobitki. Dopóki nie wykorzystuje się w pełni tego, co podbija taneczny charakter, dopóty jest naprawdę średnio. Nie jest aż tak daleko do późniejszych piwniczno-garażowych naśladowców za Odrą. Okropny Sumner dobija i tak za długie Guilty Partner. Nagle jest czas na oddechy, niewyraźne solówki, rozbudowane zwrotki i refreny. Akurat tam, gdzie wychodzi to żałośnie. Klawisze pod koniec motzne nadużycie. Tego nie wytłumaczą żadne narkotyki. W momencie wjazdu Run trudno o wątpliwości. Pierwiastek taneczny jest tylko dodatkiem, szkoda. Skłaniam się ku temu, że całość robiono naprawdę pospiesznie, na wyjebce, ze szkodą dla wielu fragmentów, w których słychać potencjał na coś więcej. Run rozmywa się w nijakim plumkaniu, choć do połowy wszystko jest we względnych ryzach. Mr Disco ma coś w sobie plażowego i kwaśnego. Bit dość powolny, ale razem z padami i dźwiękami biegnącymi lewo-prawo robi się sporo miejsca. W mostku słyszymy Introspective już na pełnej, ale nie robią tego ludzie od muzyki klubowej, więc to wszystko miejscami się rozłazi. Zbędne tribalowe bębny (albo dźwięki, które je imitują). Moment chwały na szczęście ma miejsce. Jest odpowiedni porządek, czas dla wybranych fragmentów, nie ma aranżacyjnego śmietnika. VP robi za Enjoya na tym dansingu. Rzewne wokale na cyfrowych padach i motorycznym podkładzie to jest to. Przez wyraźne gitarowe wtręty do końca nie zapominamy gdzie jesteśmy i tu tkwi przyczyna sukcesu. Dream Attack już jest trochę śmieszny na koniec, ale trudno wyobrazić sobie coś innego wieńczącego tak wymyśloną płytę. Za ten refren zasługuje na pamięć, mimo że duch Kjurów czuwa nad nami i w tej chwili.
Płyta kontrastów z wyraźnymi plusami, ale i masą średniaków. Wyborna jest okładka z ducha vaporowa i biseksualna. Świetne zestawienie kolorów, miło zawiesić oko na dłużej. Po wszystkim to najlepsza rzecz związana z Technique. Mikołaja poprosiłbym o wypalenie płyty z samym Fine Time, Love Less, instrumentalnym house remiksem Round & Round, Vanishing Point i Dream Attack. Część najlepiej w siedmiominutowych miksach. Coś wyszłoby wyraźniej na plan pierwszy.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
New Order - Technique
shodan rzucił jedną z rzeczy do których zabierałem się jak do jeża od lat, cieszyłem się że w końcu porządnie przesłucham ten album. O Technique dowiedziałem się przed laty zapewne szukając jakiegoś albumu New Order do sprawdzenia pod wpływem zajarania się Blue Monday, zdaje się że musiałem wyczytać gdzieś że to mógł być istotny album w dziejach muzyki tanecznej lat 80., zaciekawiły mnie wspomniane w recenzjach inspiracje Ibizą i sceną balearic beat. Pamiętam jednak że dosłownie rzuciłem uchem na tą płytę wtedy i ją odstawiłem bo nie znalazłem tam nic dla siebie. Niemniej cieszyłem się na to ponowne spotkanie z nią po latach, licząc że pobieżnie ją oceniłem.
Usiadłem zatem, puściłem raz w tle na pierwszy odbiór by umysł podświadomie zarejestrował. Na drugi dzień przysiadłem rzetelnie ze słuchawkami, odsłuchałem jak należy. Po dwóch dniach kolejny rzetelny odsłuch i jakby lekkie przerażenie - w głowie totalna pustka. Odbicie totalne. Dziwna płyta, wbrew moim oczekiwaniom nie było to całkowite pójście w klubowe brzmienia, naleciałości starego gitarowego grania pozostały i co gorsza, brzmiały mocno nieoryginalnie bym rzekł, na tyle że po odsłuchach zamiast mieć w głowie New Order to słyszałem The Cure (też miałem identyczne skojarzenie All The Way z kjurowym Just Like Heaven, przy pierwszym odsłuchu wręcz słyszałem już Smitha jak wchodzi z tym "show me, show me, show me how you do it", z biegiem odsłuchów to uczucie zanikało na szczęście). Taneczne numery mocno rozczarowujące, bity toporne, stopa drewniana w wuj w tej ciężkości a jednocześnie te plastikowe, pudełkowe werble, wzdrygałem się, końcówka ejtisów po całości i w nienajlepszym wydaniu. Zero lekkości która mną by mogła rozbujać i zachęcić do tańca tak naprawdę. Miałem ochotę odpuścić... Ale w końcu coś zatrybiło, w głowie zagrało mi Mr Disco jako pierwsze, przełamałem lody. I wcale nie żebym zachwycił się basem czy bitem, znów drewnianym, tylko spodobał mi się refren i te dzwoneczki wpasowały mi się to śnieżnego krajobrazu za oknem, więc pomimo domyślnie wakacyjnego przeznaczenia albumu znalazłem jakieś zastosowanie w obecnej sytuacji. I potem już kliknęło, klepki w głowie powskakiwały na miejsce i było z górki. Odpaliłem od początku. Wjechało Fine Time i wszystko zagrało jak trzeba, tzn. brzmiało może nadal tak samo tylko ta toporność i koślawość tej muzyki przestały mi przeszkadzać. Ta muzyka jest mocno niedoskonała, ale nie zawsze ma się ochotę słuchania perfekcji. Poczułem kwaśny klimat Madchesteru czasów Factory Records i tego właśnie oczekiwałem od początku. Muzyka w której produkcja nie stoi na najwyższym poziomie ale totalnie wajbuje. Acidowe synthy, kwasowe ostre gitary chwilami, rytm prosty jak budowa cepa byle się pobujać na dragach do tego, klimat jak z nagrań Happy Mondays. All The Way to lekkie jangle popowe granie które z czasem bardziej zaczęło mi przypominać jednak The Smiths niż Kjurów, może to kwestia wokalu, w każdym razie trzyma dobry poziom wstępu. Love Less jest mniej przebojowe ale nadal przyjemne, utrzymujące klimat drugiego numeru. Round & Round powraca na parkiet z klubowym brzmieniem i też ma moje ulubione dzwoneczki z Mr Disco czy Fine Time. W tym numerze synthy konkurują z basem Hooka, pojawia się też fajna funky gitara. Końcówka z tym arpeggio naprawdę świetna. Guilty Partner wraca do gitar ale troszkę przynudza, najfajniejsze są w nim te przejścia po refrenie gdy bas schodzi w coraz niższe rejestry i końcówka z tymi synthami. Run to w końcu taki numer który nie nastręcza skojarzeń ani z klubową sceną ani z jangle popem kjurów czy Smithów, może ciut ale ogólnie chyba najbardziej są tu... New Order po prostu. Vanishing Point pomimo kolejnego drewnianego klubowego bitu po prostu przynudza i jest za długie. Dream Attack wieńczy dzieło jako ostatnia gitarowa lekka nutka. Ten kawałek przekonuje mnie do siebie dopiero w końcówce kiedy wchodzą te syntezatory nadające dodatkowej podniosłości czy dramaturgii utworowi, czuć wtedy po prostu że zbliżamy się do końca płyty i takie zakończenie mi pasuje.
Jak widać końcówka lat 80. to był specyficzny czas i dość trudny proces wychodzenia z dekady co owocowało specyficznymi albumami u różnych zespołów jak choćby DM (Music For The Masses) czy omawiane wcześniej Moev, dużo lepiej w tym kontekście radzili sobie chociażby PSB na albumach Actually i Introspective. Myślałem że Technique będzie całkowitym pójściem w klubowe brzmienia a jest rozdarty między tym kjurowym gitarowym jangle popem który wyelowuował z post-punku a próbami pójścia w dance - celowo użyłem słowa próbami, bo jak dla mnie wychodziło im to z gracją źrebaka potykającego się o własne nogi, ALE też taki był to nieco urok ówczesnej sceny Madchester. Może z początku nieco odczułem zdziwienie i rozczarowanie że kapela która przecież miała już na koncie taneczny idealnie wyważony banger w postaci Blue Monday stworzyła później taką pseudo taneczną kakę, aczkolwiek z czasem trochę się to uleżało i znalazłam gdzieś w sobie odpowiednie podejście do tego z większym luzem - muzykę oceniam tak samo, po prostu przestałem tak odczuwać te mankamenty chyba, nie przeszkadzały mi tak mocno. Chciałem pisać że lepiej już wypada NO w tym gitarowym wcieleniu i że jest to może zaledwie rzetelne jangle pop granie, ale te dwa pierwsze gitarowe numery dobrze siedzą po czasie. Trochę tak sobie to wszystko wypada, na tyle że oceniam na ten moment ten album jakoś podobnie do Moev chyba. Zdziwiłem się że tak krótki album nastręczył mi tylu problemów, przyznam że chyba niektóre kawałki są za długie i mogłoby być ich nawet 11 ale krótszych, na ten moment powiedziałbym że połowę kawałków oceniam pozytywnie a połowa trochę mnie nudzi. Nie zrobiła ta płyta ze mnie fana New Order jeszcze, ale myślę że będę szukał dalej.
shodan rzucił jedną z rzeczy do których zabierałem się jak do jeża od lat, cieszyłem się że w końcu porządnie przesłucham ten album. O Technique dowiedziałem się przed laty zapewne szukając jakiegoś albumu New Order do sprawdzenia pod wpływem zajarania się Blue Monday, zdaje się że musiałem wyczytać gdzieś że to mógł być istotny album w dziejach muzyki tanecznej lat 80., zaciekawiły mnie wspomniane w recenzjach inspiracje Ibizą i sceną balearic beat. Pamiętam jednak że dosłownie rzuciłem uchem na tą płytę wtedy i ją odstawiłem bo nie znalazłem tam nic dla siebie. Niemniej cieszyłem się na to ponowne spotkanie z nią po latach, licząc że pobieżnie ją oceniłem.
Usiadłem zatem, puściłem raz w tle na pierwszy odbiór by umysł podświadomie zarejestrował. Na drugi dzień przysiadłem rzetelnie ze słuchawkami, odsłuchałem jak należy. Po dwóch dniach kolejny rzetelny odsłuch i jakby lekkie przerażenie - w głowie totalna pustka. Odbicie totalne. Dziwna płyta, wbrew moim oczekiwaniom nie było to całkowite pójście w klubowe brzmienia, naleciałości starego gitarowego grania pozostały i co gorsza, brzmiały mocno nieoryginalnie bym rzekł, na tyle że po odsłuchach zamiast mieć w głowie New Order to słyszałem The Cure (też miałem identyczne skojarzenie All The Way z kjurowym Just Like Heaven, przy pierwszym odsłuchu wręcz słyszałem już Smitha jak wchodzi z tym "show me, show me, show me how you do it", z biegiem odsłuchów to uczucie zanikało na szczęście). Taneczne numery mocno rozczarowujące, bity toporne, stopa drewniana w wuj w tej ciężkości a jednocześnie te plastikowe, pudełkowe werble, wzdrygałem się, końcówka ejtisów po całości i w nienajlepszym wydaniu. Zero lekkości która mną by mogła rozbujać i zachęcić do tańca tak naprawdę. Miałem ochotę odpuścić... Ale w końcu coś zatrybiło, w głowie zagrało mi Mr Disco jako pierwsze, przełamałem lody. I wcale nie żebym zachwycił się basem czy bitem, znów drewnianym, tylko spodobał mi się refren i te dzwoneczki wpasowały mi się to śnieżnego krajobrazu za oknem, więc pomimo domyślnie wakacyjnego przeznaczenia albumu znalazłem jakieś zastosowanie w obecnej sytuacji. I potem już kliknęło, klepki w głowie powskakiwały na miejsce i było z górki. Odpaliłem od początku. Wjechało Fine Time i wszystko zagrało jak trzeba, tzn. brzmiało może nadal tak samo tylko ta toporność i koślawość tej muzyki przestały mi przeszkadzać. Ta muzyka jest mocno niedoskonała, ale nie zawsze ma się ochotę słuchania perfekcji. Poczułem kwaśny klimat Madchesteru czasów Factory Records i tego właśnie oczekiwałem od początku. Muzyka w której produkcja nie stoi na najwyższym poziomie ale totalnie wajbuje. Acidowe synthy, kwasowe ostre gitary chwilami, rytm prosty jak budowa cepa byle się pobujać na dragach do tego, klimat jak z nagrań Happy Mondays. All The Way to lekkie jangle popowe granie które z czasem bardziej zaczęło mi przypominać jednak The Smiths niż Kjurów, może to kwestia wokalu, w każdym razie trzyma dobry poziom wstępu. Love Less jest mniej przebojowe ale nadal przyjemne, utrzymujące klimat drugiego numeru. Round & Round powraca na parkiet z klubowym brzmieniem i też ma moje ulubione dzwoneczki z Mr Disco czy Fine Time. W tym numerze synthy konkurują z basem Hooka, pojawia się też fajna funky gitara. Końcówka z tym arpeggio naprawdę świetna. Guilty Partner wraca do gitar ale troszkę przynudza, najfajniejsze są w nim te przejścia po refrenie gdy bas schodzi w coraz niższe rejestry i końcówka z tymi synthami. Run to w końcu taki numer który nie nastręcza skojarzeń ani z klubową sceną ani z jangle popem kjurów czy Smithów, może ciut ale ogólnie chyba najbardziej są tu... New Order po prostu. Vanishing Point pomimo kolejnego drewnianego klubowego bitu po prostu przynudza i jest za długie. Dream Attack wieńczy dzieło jako ostatnia gitarowa lekka nutka. Ten kawałek przekonuje mnie do siebie dopiero w końcówce kiedy wchodzą te syntezatory nadające dodatkowej podniosłości czy dramaturgii utworowi, czuć wtedy po prostu że zbliżamy się do końca płyty i takie zakończenie mi pasuje.
Jak widać końcówka lat 80. to był specyficzny czas i dość trudny proces wychodzenia z dekady co owocowało specyficznymi albumami u różnych zespołów jak choćby DM (Music For The Masses) czy omawiane wcześniej Moev, dużo lepiej w tym kontekście radzili sobie chociażby PSB na albumach Actually i Introspective. Myślałem że Technique będzie całkowitym pójściem w klubowe brzmienia a jest rozdarty między tym kjurowym gitarowym jangle popem który wyelowuował z post-punku a próbami pójścia w dance - celowo użyłem słowa próbami, bo jak dla mnie wychodziło im to z gracją źrebaka potykającego się o własne nogi, ALE też taki był to nieco urok ówczesnej sceny Madchester. Może z początku nieco odczułem zdziwienie i rozczarowanie że kapela która przecież miała już na koncie taneczny idealnie wyważony banger w postaci Blue Monday stworzyła później taką pseudo taneczną kakę, aczkolwiek z czasem trochę się to uleżało i znalazłam gdzieś w sobie odpowiednie podejście do tego z większym luzem - muzykę oceniam tak samo, po prostu przestałem tak odczuwać te mankamenty chyba, nie przeszkadzały mi tak mocno. Chciałem pisać że lepiej już wypada NO w tym gitarowym wcieleniu i że jest to może zaledwie rzetelne jangle pop granie, ale te dwa pierwsze gitarowe numery dobrze siedzą po czasie. Trochę tak sobie to wszystko wypada, na tyle że oceniam na ten moment ten album jakoś podobnie do Moev chyba. Zdziwiłem się że tak krótki album nastręczył mi tylu problemów, przyznam że chyba niektóre kawałki są za długie i mogłoby być ich nawet 11 ale krótszych, na ten moment powiedziałbym że połowę kawałków oceniam pozytywnie a połowa trochę mnie nudzi. Nie zrobiła ta płyta ze mnie fana New Order jeszcze, ale myślę że będę szukał dalej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Widzę że pewnie bez zaklęcia się nie obejdzie więc jak coś mentos to dedlajn masz do północy XD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Właśnie kończę pracę więc chyba nie zdążę xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jakbym czytał Musiała, który takie rzeczy z łózka pisze.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie wiem czy mentos nadrobi czy nie, najpóźniej w środę rano puszczam następną kolejkę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
New Order - Technique
O, fajnie że tu wleciała jedna z płyt będących przedstawicielem gatunku NO KIEDYŚ SŁUCHAŁEM, ALE NIC JUŻ Z TEGO NIE PAMIĘTAM - swego czasu mojego ulubionego, bo dzięki pobieżnemu przesłuchiwaniu tych różnorakich płytek mogłem sobie nabijać ocenki na RYMie i w ogóle. Generalnie to New Order to ja całkiem lubię i w ogóle, ale raczej w wersji singlowej - Substance pamiętam jak rzecz super, generalnie mają pojedyncze, arcywspaniałe rzeczy, ale żaden z ich długograjów jakoś szczególnie nie utkwił w mojej pamięci, nigdy nie czułem specjalnej potrzeby wracania do nich. Tu także było tak samo, chyba nawet pamiętam, że słuchając tej płyty w tym słynnym roku 2015 stwierdziłem, że jest taka se, zwłaszcza jak na taki zespół.
Swego czasu ktoś na tym forum, chyba nawet ja, bodaj przy recenzji płyty Sandry zwrócił uwagę na stylistyczne zawieszenie popu z przełomów lat 80 i 90 - że niby na nich jest trochę tego, trochę tamtego, niby idzie nowe, ale momentami tkwią w poprzedniej dekadzie. No z grubsza tak brzmi otwierający ten album Fine Time - niby trochę czuć swąd kończących się ejtisów, ale już słychać, że idzie nowe, że brzmienie się zmienia i w ogóle IDZIE NOWE, może nie zaryzykuję tezy, że wyprzedza swoją epokę, ale pewnie w 1988 napisałbym, że brzmi świeżo, nowocześnie i w ogóle. No jest okejka. All The Way brzmi mi totalnie jak coś, co mógłbym usłyszeć na albumie The Cure, ale mam jakieś zaćmienie i nawet nie wiem, czy to zrzyna, czy to po prostu jakaś inspiracja. No niby rzecz okejka, ale czy będę wracał? Nie wiem, wystarczy że poświęciłem jej trzy zdania w tej recenzji.
Love Less chyba uświadomiło mi czemu do LPków New Order nie wracam - są w większości wypełnione tego typu rzeczami. Poprawnymi, solidnymi, RZETELNYMI, ale za każdym razem jak ich słucham, to wydaje mi się jakbym słyszał setny raz tę samą piosenkę, która zlała mi się z czymś innym. No ja czegoś takiego nie lubię i jak se tak myślę, to może nawet dlatego lubię te ich hiciory, bo błyszczą na ich tle? Nie wiem, ale się domyślam. Mógłbym z grubsza napisać to samo o kolejnym kawałku pt. Round & Round, ale w sumie wydaje mi się ciut fajniejszy, więc napiszę tylko, że spoko i będę miał go w pamięci, a przynajmniej mam taką nadzieję. Stronę A kończy Guilty Kek eee tj. Guilty Partner i niby NIE WSTYDZĘ SIĘ, że przesłuchałem tę piosenkę, ale tylko potwierdza moją tezę o albumach NO.
Czas przełożyć sobie kasetę i włączyć stronę B (z angielskiego: b). Na pewno zgromadzeni przed odbiornikami PT forumowicze zastanawiają się czy ja tę stronę zjadę czy nie???? Niby nie, ale nie do końca. xD W sumie to nawet nie wiem, czemu podzieliłem tę reckę na reckę strony A i strony B, skoro nie usłyszałem żadnej różnicy stylistycznej ani jakiejkolwiek między nimi, ale do chrzanu z tym. A tutaj już nie będę krytykował, bo nie ma czego i za co. No, może Run jest dość cienkie, ale to też nie jest znowu jakaś jedna z najgorszych rzeczy w dziejach rzeczy. Mr Disco jest urocze, to jest ta rzecz, w przypadku której recenzenci używają frazesów pokroju "dyskotekowa melancholia" lub czegoś w tym stylu i bardzo mi się podoba - chyba nawet zaryzykuję tezę, że za takie właśnie rzeczy najbardziej lubię ten zespół. Super refren i super wszystko. Vanishing Point to jest w ogóle KOZAK i chyba raczej zdecydowanie totalnie na pewno najlepsza rzecz na tej płycie.
W sumie mógłbym napisać to samo, co o poprzednim utworze, czyli nic konkretnego, ale nadmienię, że momentami brzmi mi to mocno... świątecznie, więc brawo wuja za to, że udało ci się trafić z czasem z tą płytą, i chyba ta "disco melancholia" bardziej mi nawet wchodzi niż w przypadku poprzedniego kawałka, więc duże propsy. Trochę może zabawnie wyszło, że piszę o świątecznym brzmienie w kontekście płyty, która raczej z tym okresem roku się nikomu nie kojarzy, ale CO MNIE TO. Ten ostatni kawałek zachowałem sobie na koniec, bo jest ostatni i jest w sumie okej - niby kolejne "typowe" NO, ale jednocześnie ten klimat rezygnacji, zblazowania strasznie mi podpasowuje, trochę mi się ten kawałek z The Smiths kojarzy i ja wiem, że to niby z dupy trochę porównanie, ale CO MNIE I TO - kupuję to i basta.
No więc zatem reasumując - jest tu trochę rzeczy średnich, nie jest to płyta idealna, ale płyta jest na pewno git, pewnie se do niej wrócę i oceniam pozytywnie. Spoko krążek i tyle.
O, fajnie że tu wleciała jedna z płyt będących przedstawicielem gatunku NO KIEDYŚ SŁUCHAŁEM, ALE NIC JUŻ Z TEGO NIE PAMIĘTAM - swego czasu mojego ulubionego, bo dzięki pobieżnemu przesłuchiwaniu tych różnorakich płytek mogłem sobie nabijać ocenki na RYMie i w ogóle. Generalnie to New Order to ja całkiem lubię i w ogóle, ale raczej w wersji singlowej - Substance pamiętam jak rzecz super, generalnie mają pojedyncze, arcywspaniałe rzeczy, ale żaden z ich długograjów jakoś szczególnie nie utkwił w mojej pamięci, nigdy nie czułem specjalnej potrzeby wracania do nich. Tu także było tak samo, chyba nawet pamiętam, że słuchając tej płyty w tym słynnym roku 2015 stwierdziłem, że jest taka se, zwłaszcza jak na taki zespół.
Swego czasu ktoś na tym forum, chyba nawet ja, bodaj przy recenzji płyty Sandry zwrócił uwagę na stylistyczne zawieszenie popu z przełomów lat 80 i 90 - że niby na nich jest trochę tego, trochę tamtego, niby idzie nowe, ale momentami tkwią w poprzedniej dekadzie. No z grubsza tak brzmi otwierający ten album Fine Time - niby trochę czuć swąd kończących się ejtisów, ale już słychać, że idzie nowe, że brzmienie się zmienia i w ogóle IDZIE NOWE, może nie zaryzykuję tezy, że wyprzedza swoją epokę, ale pewnie w 1988 napisałbym, że brzmi świeżo, nowocześnie i w ogóle. No jest okejka. All The Way brzmi mi totalnie jak coś, co mógłbym usłyszeć na albumie The Cure, ale mam jakieś zaćmienie i nawet nie wiem, czy to zrzyna, czy to po prostu jakaś inspiracja. No niby rzecz okejka, ale czy będę wracał? Nie wiem, wystarczy że poświęciłem jej trzy zdania w tej recenzji.
Love Less chyba uświadomiło mi czemu do LPków New Order nie wracam - są w większości wypełnione tego typu rzeczami. Poprawnymi, solidnymi, RZETELNYMI, ale za każdym razem jak ich słucham, to wydaje mi się jakbym słyszał setny raz tę samą piosenkę, która zlała mi się z czymś innym. No ja czegoś takiego nie lubię i jak se tak myślę, to może nawet dlatego lubię te ich hiciory, bo błyszczą na ich tle? Nie wiem, ale się domyślam. Mógłbym z grubsza napisać to samo o kolejnym kawałku pt. Round & Round, ale w sumie wydaje mi się ciut fajniejszy, więc napiszę tylko, że spoko i będę miał go w pamięci, a przynajmniej mam taką nadzieję. Stronę A kończy Guilty Kek eee tj. Guilty Partner i niby NIE WSTYDZĘ SIĘ, że przesłuchałem tę piosenkę, ale tylko potwierdza moją tezę o albumach NO.
Czas przełożyć sobie kasetę i włączyć stronę B (z angielskiego: b). Na pewno zgromadzeni przed odbiornikami PT forumowicze zastanawiają się czy ja tę stronę zjadę czy nie???? Niby nie, ale nie do końca. xD W sumie to nawet nie wiem, czemu podzieliłem tę reckę na reckę strony A i strony B, skoro nie usłyszałem żadnej różnicy stylistycznej ani jakiejkolwiek między nimi, ale do chrzanu z tym. A tutaj już nie będę krytykował, bo nie ma czego i za co. No, może Run jest dość cienkie, ale to też nie jest znowu jakaś jedna z najgorszych rzeczy w dziejach rzeczy. Mr Disco jest urocze, to jest ta rzecz, w przypadku której recenzenci używają frazesów pokroju "dyskotekowa melancholia" lub czegoś w tym stylu i bardzo mi się podoba - chyba nawet zaryzykuję tezę, że za takie właśnie rzeczy najbardziej lubię ten zespół. Super refren i super wszystko. Vanishing Point to jest w ogóle KOZAK i chyba raczej zdecydowanie totalnie na pewno najlepsza rzecz na tej płycie.
W sumie mógłbym napisać to samo, co o poprzednim utworze, czyli nic konkretnego, ale nadmienię, że momentami brzmi mi to mocno... świątecznie, więc brawo wuja za to, że udało ci się trafić z czasem z tą płytą, i chyba ta "disco melancholia" bardziej mi nawet wchodzi niż w przypadku poprzedniego kawałka, więc duże propsy. Trochę może zabawnie wyszło, że piszę o świątecznym brzmienie w kontekście płyty, która raczej z tym okresem roku się nikomu nie kojarzy, ale CO MNIE TO. Ten ostatni kawałek zachowałem sobie na koniec, bo jest ostatni i jest w sumie okej - niby kolejne "typowe" NO, ale jednocześnie ten klimat rezygnacji, zblazowania strasznie mi podpasowuje, trochę mi się ten kawałek z The Smiths kojarzy i ja wiem, że to niby z dupy trochę porównanie, ale CO MNIE I TO - kupuję to i basta.
No więc zatem reasumując - jest tu trochę rzeczy średnich, nie jest to płyta idealna, ale płyta jest na pewno git, pewnie se do niej wrócę i oceniam pozytywnie. Spoko krążek i tyle.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA