Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Edycja albumowa)

Post 20 gru 2022 23:27

No i gitara. Stare dobre New Order zebrało całkiem niezłe noty. Większość to znała i sobie po latach przypomniała. Każdy przynajmniej coś tam znalazł ciekawego. Ja sam tego albumu słucham już dosyć rzadko, ale kiedyś naprawdę wiele dla mnie znaczył. Zresztą nadal znaczy. To był bardzo miły i nostalgiczny powrót do lat, gdy byłem jeszcze nawet sporo młodszy od Dragona. :)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 gru 2022 07:36

Otwieram zatem dyskusję nad albumem Pink Moon od Nicka Drake'a.
Hien pisze:
17 lis 2022 14:32
Nick Drake – Pink Moon

Pierwszy raz zetknąłem się z nazwiskiem Nick Drake około 2008 r., kiedy zacząłem się interesować coverami nagranymi przez no-man (nagrali swoje wersje kawałków „Pink Moon” i „Road”). Na tamtym etapie jeszcze nie sprawdziłem jego muzyki, dopiero zainspirowany jakimś wpisem na forum PT stwierdziłem, że muszę w końcu posłuchać oryginału „Pink Moon” (utworu). Pamiętam ten moment, to było o jakiejś 5-6 rano, zaraz po świętach Bożego Narodzenia, a ja byłem w drodze na dworzec w Kutnie, gdzie miałem przesiadkę. Początkowo szokłem, bo głos Nicka wydawał mi się, proszę się nie śmiać (albo w sumie można), bardzo murzyński. Nie robiłem żadnego riserczu wcześniej, nie wiedziałem kim jest ten człowiek, jak wygląda, itd. Ten pierwszy odsłuch bardzo mnie zaintrygował. Prosta aranżacja (podobnie jak w wersji no-man, ale inna), interesujący wokal, ciepły klimat. Cały album nadrobiłem niedługo potem. Począwszy od Wigilii 2010 r., narodziła się u mnie tradycja słuchania tego albumu w ten dzień. Zazwyczaj leci kilka razy pod rząd, bo jest krótki. Lata leciały, czasy się zmieniały, ale „Pink Moon” zawsze leciał w każdą Wigilię.

Kim jest Nick Drake? Nie chcę tutaj robić Wikipedii, ale kilka słów napisać trzeba. Nick urodził w 1948 roku i żył niewiele ponad 26 lat. Wydał za życia trzy albumy i w tym czasie nie doczekał się żadnego znaczącego prejzu. Ten przyszedł, kiedy lata później znani ludzie zaczęli go wymieniać jako źródło inspiracji (m.in. Radiohead, a do tego Brad Pitt, który był potem narratorem w radiowym dokumencie o Drake’u). Chłopak zmarł będąc przekonanym, że jego piosenki są nic nie warte. Przedawkował leki antydepresyjne, rodzice znaleźli go rano w jego pokoju. Do dziś nie wiadomo, czy było to samobójstwo, czy nieszczęśliwy wypadek. Już czujecie Święta? XD

Dobra, to nie jest wesoła historia, ale tez trochę o to chodzi i wytłumaczę to. „Pink Moon” był ostatnim pełnym albumem, który Nick nagrał i wydał. Wcześniejsze płyty zawierały gościnny udział muzyków sesyjnych, ale przy tej okazji, Drake postanowił nagrać piosenki tak, jak grał je w swoim pokoju u rodziców, lub w mieszkaniu, które w tamtym czasie wynajmował. Zadzwonił do inżyniera Johna Wooda i w dwa wieczory nagrali to, co dziś znamy jako jeden z kultowych albumów z lat 70tych.

Słuchając „Pink Moon” pierwszy raz, trudno nie odebrać tej płyty jako bardzo ciepłej i pozytywnej.
Pamiętacie jak ukuliśmy zwrot o brzmieniu KOMINKOWYM? Ta płyta ma kominkowe brzmienie.
Taka aura unosiła się zawsze nad muzyką tego chłopaka, a jego głos zawsze brzmiał tak jakby Nick przez cały czas był lekko uśmiechnięty w trakcie śpiewania. Nawet słysząc fragmenty niektórych tekstów, człowiek jakoś to wypiera, bo atmosfera jest przytulna, ale kaman, słuchając takiego „Parasite” trudno jednak przeoczyć, że Nick śpiewa o niewesołych rzeczach. A jednak. Prawdą jest, że teksty w obcym języku, mocno zmiękczają ten przekaz, nawet jeśli to język w 100% dla nas zrozumiały. Tak naprawdę dopiero lektura biografii Drake’a otworzyła mi trochę oczy na to, jak mroczne były ostatnie lata życia tego młodego muzyka. I w sumie „Pink Moon” pokazuje życiową prawdę prawdziwą, że granica między rozpaczą, a wesołością jest często bardzo cienka. Dla mnie, ten album nie stracił przez te 12 lat mojego obcowania z nim nic ze swojego ciepła, jednocześnie mając tę smutną, mroczną podszewkę. To jest magiczny album. Cała płyta to sam Nick z gitarą, z jednym, dogranym potem fragmentem na pianinie w tytułowym utworze. Drake był gitarzystą wyjątkowym i specyficznym. Stroił gitarę jak mu pasowało, czasami przy każdym utworze i był absolutnym mistrzem fingerpickingu, co było charakterystyczne dla jego gry i czego dobrym showcasem jest „Pink Moon”. Głos Nicka jest, ponownie, bardzo ciepły, ma to „uśmiechnięte” brzmienie, bardzo spokojne, wyluzowane. Wszystkie te elementy składają się na taki mój odbiór tej płyty i nawet Drake śpiewający satanistyczne teksty, by tego nie zmienił. Ten album ma tylko 28 minut, a odnosi się wrażenie, że Nick zawarł tu więcej treści niż niektórzy zawierają w godzinie (to nie jest żaden pojazd na Gang Starr, czy Taylor, nie myślałem tu o nich).

Nie piszę o pojedynczych utworach, bo traktuje tę płytę całościowo, zresztą byłoby mi trudno wyłowić z tego naprawdę mocnych faworytów. Nawet taki kawałek jak „Horn”, ekstremalnie prosty, trwający jedynie półtorej minuty, przemawia do mnie tak, jak niewiele rzeczy w muzyce do mnie przemawiało. W tym roku również nie zabraknie jej u mnie na Święta. Polecam, aby każdy z Was poświęcił w Wigilię te 28 minut i odpalił sobie „Pink Moon”.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... Lud5orBpVq
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 21 gru 2022 23:47

Nick Drake - Pink Moon (1972)

Hien starał się całą grę ustawić pod świąteczne klimaty, a tu przed 24 grudnia lądujemy w bardzo intymnym, gorzkim, kameralnym świecie. Wcale nie jest mi z tego powodu źle xD Ot ciekawa rzecz warta zwrócenia uwagi. Nie sądzę, byśmy przed Wigilią zakończyli dyskusję o Pink Moon. To dobrze. Jeśli ktoś zabiera się za płytę pierwszy raz, to może lepiej rozłożyć sobie odsłuchy na kilka dni, dzień po dniu (albo raz po raz...) dla mnie byłoby zbyt przytłaczające i męczące. Tak, piszę to o płycie, która nie trwa nawet pół godziny, jednak zawiera się w niej ogromny ładunek emocjonalny. Pierwsze wrażenia mogą zwodzić. PT Jakub zwraca uwagę na kontekst biograficzny i ja dołączam się do tej opinii. W Lizardzie był o nim dość średni artykuł, ale na początku 2019 roku nakłonił mnie do sięgnięcia po coś z jego repertuaru. Padło właśnie na Pink Moon. Z biograficznej chronologii wydarzeń wyłania się przykry obraz człowieka niespełnionego, sfrustrowanego, pogrążonego w sobie. Autor tekstu nie ma wątpliwości, że ND popełnił samobójstwo. Na długo zapamiętałem linijki sugerujące płynną orientację seksualną. Uderzyły ponownie podczas odświeżającej lektury. Wiadomo, że to nie jest kwestia ścisłego schematu i dowodzenia, ale już sam nie wiem, czy wolę ostrożność czy natchnioną fantazję. Nick nie mówił nam wprost o sobie, sporo informacji zakodował w tekstach i estetycznych wyborach. Nie trzeba zmysłu mentalisty, by pewne konteksty oraz wrażenia wyłapać.

Nie mam zamiaru rozpisywać się o każdym utworze, bo to droga donikąd. Pink Moon to bardzo zwarta i spójna opowieść w jedenastu utworach na głos i gitarę. Maksymalna w minimalizmie. Przejmująco zrealizowana. Budzi ciepłe skojarzenia, choć toczy się tu gra wielu opozycji. Radość czy zaduma? Otwarcie na świat czy nieustanna refleksja nad sobą? Między wrażeniem rodem z ogniska rozpalonego latem a odrealnionym snem. Naturalnie płyta ma swoje doły i góry. Ja natomiast chcę się skupić na tym jednym, największym momencie. W Lizardzie podkreśla się rolę Place to Be, że to niby on pełni pod względem przekazu rolę utworu programowego. Wcale nie. Znaczy być może, ale ja preferuję zupełnie inne wybory. Gdzie indziej szukam czegoś, co mnie najbardziej porusza. Tutaj Nick szerzej i bardziej konkretnie przedstawia mężczyznę zagubionego w codzienności. Paraliżuje go mijający czas. Poszukuje głębokiego wsparcia sercowego w drugiej osobie. Rys emocjonalny jest dość wyraźny. Najmocniej uderza mnie jednak utwór tytułowy. Zanim pogrążymy się w rozliczeniach, oczekiwaniach i dość morowym nastroju łapiemy oddech, a ktoś nas prowadzi za rękę. Nick jak poeta, natchniony prorok wieszczy pozytywne wydarzenie, ale nie nazywa go wprost. Tylko tutaj poza znakomitą melodyjną gitarą mamy drugi instrument. Pianino dodaje kolorytu. Tu jeszcze wychodzi słońce. A może to tylko formalne upiększenie goryczy i pogodzenia z czymś poważnym, ale bez przyszłości? Przewijam Geniusa, żeby szukać wskazówek, a tu klops. Jedni widzą w tym śmierć, drudzy oznakę gorliwej miłości. Niezrozumiały i niezauważony w swoim czasie dzisiaj też prowokuje do tak odległych poszukiwań i interpretacji. Trzymam się w takim razie pozytywów, tak jak to się dzieje od pierwszego odsłuchu te prawie cztery lata temu. Światło w tunelu, nadzieja na spełnienie i wyjście z wszechobecnej brutalności życia to ten różowy księżyc. Kiedy myślę o tym w skupieniu to się wzruszam. Albo słucham tego jednego albo całą płytę, choć w moim przypadku w tytułowym utworze zawarte jest wszystko to, z czym w ten konkretny sposób się utożsamiam. I właśnie dlatego to wielka muzyka. Wielka swoją drobnością i szczerością. Poza Pink Moon mam swoje bardziej ulubione momenty, ale to bez znaczenia.

Sorry, w Wigilię nie będę słuchał, bo to już teraz po dwóch razach BĘDZIE za dużo. Będzie, bo kiedy post wjedzie na forum, to zabiorę się za całość w ramach kolejki po raz drugi. Na pewno ostatni na długi czas. Nie dziwi mnie wpływ jego twórczości na tak wielu ludzi. Absolutnie to rozumiem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 24 gru 2022 16:30

i co, słuchał ktoś dziś Drejka? Dragon wiem, że miękka faja i nie słuchał, ale Murzyn chyba liznął.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 gru 2022 17:44

No ja póki co tylko ten wczorajszy odsłuch, dziś nie było kiedy trochę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 gru 2022 08:32

Nick Drake - Pink Moon

Kiedy usłyszałem że munlup planuje wrzucić album który dla niego wiąże się nierozerwalnie ze świętami byłem zaintrygowany, poprzednim razem gdy tak mówił wrzucał Nonsuch od XTC, album który był dla mnie pierwszym poważnym odkryciem tej bestki i na samą myśl o nim odczuwam dziś ekscytację. Samo to skojarzenie utrudniało może z miejsca ocenę Pink Moon bo ustawiało poprzeczkę oczekiwań wysoko. W przeciwieństwie do Nonsuch jednakże ten album jest naprawdę krótki, mimo to musiałem jednak zrobić ze 4-5 odsłuchów by móc coś o nim rzetelnie napisać (a i tak ta recenzja będzie pewnie równie krótka co sam album).

Zanim ugryzłem album tak mi coś w głowie zaświtało że nazwisko Nicka Drake'a już gdzieś słyszałem i sięgnąwszy do internetu szybko znalazłem że tytulowy numer już kiedyś słyszałem bo podsyłała mi go znajoma, ale wtedy mi nie siadł, tudzież nie poświęciłem mu pewnie więcej jak jednego odsłuchu. Dłuższy czas spędzony z nim mu się przysłużył bo to przyjemny numer, który faktycznie minimalnie ale jednak wyróżnia się na tej równie przyjemnej płycie. Wstawka z pianinem fajnie przełamuje ogólnie gitarowy klimat numeru, jako jedyny instrument poza nią na płycie łatwo się wyróżnia i jakoś sprawia że numer jako jedyny z albumu mógłby funkcjonować jako singiel dla mnie. Ogólnie odnoszę wrażenie że trzy pierwsze numery na płycie są nieco bardziej pozytywne a reszta nieco bardziej smutnawa. Od czwartego numeru załapuję taki jakiś ciepły ale smutnawy klimat który ciągnie się do końca i kojarzy mi się z soundtrackiem do jakiegoś filmu obyczajowego bądź dramatu, koniecznie rozgrywającego się gdzieś w Ameryce, może na jakimś osiedlu przyczep kempingowych. Zwłaszcza Horn ma mega filmowy klimat dla mnie i widzę głównego bohatera gdzieś siedzącego na schodach takiej przyczepy wieczorem w świetle (kek) sodowych lamp i gapiącego się w przestrzeń. Gra go Jake Gyllenhall ale nie pytajcie czemu (może z filmem Bracia mi się kojarzy jakoś ten klimat albo podobnymi). W każdym razie dla mnie album brzmi na wskroś amerykańsko folkowo więc tym większe zaskoczenie że to jednak Brytyjczyk nagrał. Więc Ameryka to pierwsze skojarzenie, filmy obyczajowe z lat 2000. drugie a trzecie mam takie że to w ogóle album z lat 70. który robi mi 90sowy vibe bo chyba jakoś tak mam jak wspominam tamte czasy, myślę niby ciepło o nich a jednocześnie trochę smutam. Miałem pisać że w temacie smutnawej muzyki która dobrze mi robi to trochę mam tak z Nirvaną unplugged ale tu jest ciut cieplej nawet chyba. Ogólnie najbardziej na tej płycie poza title trackiem podoba mi się ciąg utworów 4-7 (Which Will, Horn, Things Behind The Sun i Know). Horn oraz Know się wyróżniają dla mnie bo inaczej tam pogrywa Drake niż w pozostałych utworach które bardziej zlewają mi się ze sobą. Ogólnie fajny minimalizm panuje, jak wiadomo ja akustyczne klimaty potrafię docenić, sam takie utwory do bestek wrzucam co jakiś czas. Dobra, kończę bo i tak długa ta recenzja już xD

Powiem tak, album jest króciutki a przy tym mocno w jednym klimacie co sprawia że ulotne trochę te numery i będą wymagały jeszcze czasu by uleżeć się i przegryźć. Ma ten album swój oryginalny smak tak jak Nonsuch i w tym kontekście się nie zawiodłem na pewno. Część płyty już naprawdę lubię a część jeszcze jest mi obojętna ale w pakiecie całość daje radę. Muszę do tego wrócić ale po dłuższej przerwie i to będzie grower jak sądzę. Kominkowość i przytulność bije z tego duża, depry nie wyczuwam poza tekstem z Parasite. Dla mnie ten album to ze strony munlupa ukoronowanie fantastycznej jesienno-zimowej passy melancholijnych panów w drugiej bestce. Co ciekawe w stosunku do pogody to wydaje mi się że gdyby leżał śnieg nie słuchałoby mi się tego tak dobrze ale to muszę sprawdzić kiedy indziej. Jest jesienno, nieco mokro ale było parę cieplejszych dni i fajnie to wchodziło. Uważam że WARTO było poznać ten album.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 gru 2022 10:21

O, i jak ładnie Murzyn załapał. Te skojarzenia z Ameryką nie są takie z dupy, jednak Drake mocno siedział w folku, a ten ma swoje uniwersalne elementy. Co jednak ważniejsze, Nick był fanem amerykańskich muzyków. Wśród nich był folkowy bard Jackson C. Frank, którego "Milk and Honey" (piękny kawałek) Drake za życia coverował. Nie mówiąc już o wielu bluesowych standardach, które przygrywał do kominka (z tego też są nagrania). Zatem Murzyn bardzo dobrze wyłapał te amerykańskie wpływy. Szacun za wyróżnienie Horn i Know, bo te utwory ludzie często pomijają. Minimalizm tych kawałków mnie ujmuje mocno.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 gru 2022 10:33

Tak, ta płyta i zwłaszcza te numery są spełnieniem tezy że czasem mniej znaczy więcej. Ja dobry minimalizm sobie cenię, to jest sztuka jednak działać narzucając sobie pewne ograniczenia i nie zakrywając się ozdobnikami i ścianą produkcji.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 28 gru 2022 10:41

Nick Drake – Pink moon

No cóż, ciężko mi jednoznacznie wypowiedzieć się o tym albumie. Od jakiegoś czasu lubię muzykę akustyczną. Lubię nastrojowe ballady i tego typu klimaty. Ale mam jednak pewne wąty co do tej płyty.
Album mimo 11 utworów jest bardzo krótki, bo niespełna pół godzinny. Utwory są krótkie lub bardzo krótkie. Mimo tego pod koniec jestem nieco znużony. Dlaczego? Bo w przeciągu tych niespełna 30-tu minut jest zbyt jednostajnie i minimalistycznie. Nie mam nic do jednostajności i lubię minimalizm, ale nie do przesady. 2-3 utwory w takiej konwencji nie byłyby problemem. Ale cały album już trochę tak. Przy takich aranżacjach utwory miałyby szansę się wybronić dysponując jakimiś wyjątkowymi melodiami. Nie mówię, że melodie na Pink Moon są złe czy coś. Ale nie aż tak dobre, żeby zawrócić mi w głowie. Tutaj przydałoby się oprócz gitary trochę innych brzmień. Jakieś delikatne nawet klawisze w tle, bas, może tu i ówdzie smyczki. A mamy właściwie z małymi wyjątkami czy nawet wyjątkiem tylko gitarę. Miejscami bardzo ciekawą, ale to dla mnie trochę za mało. Wiem, że takie były założenia twórcy, ale do mnie taka forma nie przemawia.
Hien nazwał ten album kominkowym i właściwie takim on jest. Można sobie wyobrazić Drake’a siedzącego z gitarą przy kominku lub ognisku śpiewającego te piosenki. Rzeczywiście ciepła to płyta i taka po prostu przyjazna. I raz na jakiś czas nawet ja mógłbym jej posłuchać wpatrując się w tenże kominek czy przyrodę za oknem. Ale to nie jest dla mnie muzyka na dłuższą metę. Ja potrzebuję jednak nieco bogatszego brzmienia. Choćby odrobinę.
Mam swoje ulubione momenty na tym albumie. Najlepszym utworem jest oczywiście tytułowy Pink Moon, który znam już od dawna dzięki No-man. I to jedyny utwór, gdzie oprócz gitary pojawia się inny instrument. I od razu robi się ciekawiej. Poza tym to po prostu najlepsza kompozycja na albumie. Cenię też sobie Things Behind The Sun i Know. Reszta utworów tak sobie przelatuje niepostrzeżenie i bez większego echa. Wokal Drake’a też jakoś nie robi na mnie wrażenia.
Utwór Pink Moon coverował, jak już było wspominane No-man. Ich wersja też jest dosyć oszczędna, ale jednak dzieje się dużo więcej. I raczej taki minimalizm preferuję.
Nie słuchałem tego albumu w Wigilię, bo ciężko to zrobić mając przyjezdnych gości w domu. Ale już wcześniej posłuchałem i wiedziałem, że ten album w żaden sposób nie może kojarzyć się ze świętami.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 28 gru 2022 12:16

Nick Drake - Pink Moon

Zacznę może od tego, że imć Hien reklamował mi ten album ze sto lat (tak samo jak i całego Drejka), a ja, w swoim stylu, miałem to w dupie. No i bestka "zmusiła" mnie do odsłuchu, z czego się ekstremalnie cieszę (wcześniej znałem jedynie pojedyncze kawałki i pół Five Leaves Left). Jeszcze bardziej cieszę się z poznania tej płyty w takim settingu, bowiem lepszego wymarzyć sobie nie mogłem. Właśnie takiego "skyrimowego", ale gdzieś w innych, bardziej centralnych częściach mapy świata, gdzie niby zima, ale jej ani nie widać ani nawet nie czuć. Siedzę w starej drewnianej chacie gdzieś na zboczu wzniesienia u stóp wysokopiennego lasu, niebo zachmurzone, śnieg trochę prószy, ale na ziemi goła trawa (albo goła ziemia), z równie starego, trzeszczącego patefonu dźwięki gitary i wokalu Drejka. Album jest bardzo intymny, ale jednocześnie okrutnie przestrzenny, jeśli słuchać go we właściwych warunkach. Właśnie np. do samotnych wycieczek na łono natury, no jak znalazł. A potem kolejny seans przed kominkiem w tejże chacie. Płyta jest emocjonalna, jestem pewien, że zostanie ze mną na dłużej, ale ponieważ pewna więź już się wykształciła trudno mi podejść do niej mocno technicznie i analizować kawałek po kawałku. To jest dla mnie jedno z tych wydawnictw, które trzeba poczuć. A ja czuję już od pierwszych dźwięków tytułowego numeru, który jednak był dla mnie wyzwaniem - podobnie jak Road. Dlaczego? Bo obydwa usłyszałem po raz pierwszy w wersji no-man, a te są... zupełnie inne. Świeże, fantastyczne spojrzenie na te utwory, prawdę mówiąc nie miałbym nic przeciwko posłuchania całej Pink Moon w takich aranżacjach, ale też ten inny świat przesłonił mi oryginały na długo. Pierwszy raz bowiem Pink Moon w wersji Drejka usłyszałem niedługo po moim "debiucie" z n-m, a był to marzec 2013. Nie siadło w ogóle, teraz myślę, że po prostu musiałem do tego dojrzeć. Road było dla mnie jeszcze większą masakrą i chyba bardziej ta masakra zapadła w pamięć, bo do dziś czuję się lekko nieswojo słuchając, jak śpiewa (i gra) Nick xD Co do reszty, nie idzie się przy*ebać, naprawdę. Place to Be, Horn, Things Behind the Sun to są totalne highlighty (obok tytułowego rzecz jasna), Harvest Breed byłoby dla mnie świetnym zakończeniem (i tak je za pierwszym razem potraktowałem, bo z jakiegoś powodu po tym numerze przełączyła się playlista na YT), a tu jeszcze dostaję From the Morning. Drake jest melancholijny, ale nie w sposób oczywisty, muzycznie gdzieś w połowie drogi między Johnem Martynem (który przecież zadedykował Drejkowi płytę) a The Smiths, bowiem nie ma tu walenia po łbie obvious skalą minorową, i dobrze. Słuchałem w święta, ale zapragnąłem siedzieć w górach. Albo chociaż nad morzem, byle zimą i bez kogokolwiek wokół. Inspirująca rzecz, zassane, w bibliotece, złoto!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 gru 2022 12:39

John Martyn, to fakt, bardzo podobne melancholijne ciepło bije z tej muzyki co z utworowej wrzutki deva. Jedna rzecz o której zapomniałem napisać to właśnie przestrzeń w tej muzyce. Ona stanowi jakby niepisany instrument tego albumu też moim zdaniem, ta kompletna cisza wokół Drake'a i jego gitary narzuca mi jakieś właśnie skojarzenia pustelni, samotności i gapienia się nomen omen w przestrzeń właśnie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 gru 2022 13:41

Ja się z Wami Panowie w pełni zgadzam. Kiedyś o tym napisałem o jakiejś innej płycie (nie pamiętam niestety której, ale chyba w bestce), że sprawia wrażenie ciepłej, przytulnej, a jednocześnie pełnej przestrzeni, trochę jakby ktoś grał w ciasnym, przytulnym domu przy ognisku, ale ten dom był otoczony olbrzymim pustkowiem, trzaskającym mrozem i mrokiem nocy. Tak mi się to skojarzyło z tytułem jednego numeru Skaldów - "Cisza Krzyczy". I coś w tym jest. Nawet kiedy słychać tylko Drake'a i jego gitarę, to to otoczenie nadal daje o sobie znać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 gru 2022 18:20

mentos dajesz to jeszcze w tym roku sparks może pykniemy xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 gru 2022 21:45

Nick Drake - Pink Moon

Nie będę przeciągał tej recki, bo będzie i tak krótka i będę tu dużo pisać nie na temat, o wszystkim i o niczym i w ogóle. Nick Drake to kolejny przedstawiciel gatunku Słyszałem X lat temu, ale nie wracałem - nie pomnę daty pierwszego odsłuchu, RYM sugeruje mi, że był to jakiś styczeń 2012 (olaboga, 11 lat temu!), ja z nim sprzeczać się nie będę, acz wydaje mi się, że pierwszy odsłuch miał miejsce jeszcze wcześniej - to i tak już rzecz nie do zweryfikowania. Nawet nie pamiętam, czy na pewno poznałem tę płytę dzięki Kubie, czy nie, bo jestem też pewien, że paru znajomych z innych baniek też mocno ją forsowało, ale jakie to ma właściwie znaczenie? No w zasadzie to ŻADNE.
Ja przez długi okres miałem problem z tą płytą - niby mi się podobała, niby uważałem ją za płytę z tych klawych, ale chyba fakt, że była wynoszona na piedestały przez ludzi z różnych kręgów sprawiał gdzieś, że miałem ją jednocześnie za przereklamowaną, nie byłem w stanie dostrzec tego domniemanego geniuszu. Na szczęście upłynęło parę lat, człowiek trochę zmądrzał, trochę się odciął od pewnych postaw, trochę tego, trochę tamtego i już nie postrzega muzyki przez pryzmat cyferek, tabelek, skrobli i wypierdów randomowych osób.
Ja wielokrotnie pisałem, że ta postawa bardzo ułatwia mi od pewnego czasu słuchanie muzyki i tutaj wyjątku nie ma. Tej płyty słucha mi się lepiej niż tę dekadę temu i to mimo faktu, że nadal tylko i aż mi się podoba, przez co żadnego hołdu jej nie złożę i pomnika nie postawię. Ale to nie jest, broń boże, nic złego - to są po prostu ładne i dobre piosenki. Tylko i aż. W sumie ciężko mi to racjonalnie wyjaśnić, ale mimo tego, że ta płyta ma - TAKŻE - dość specyficzną aurę, która bardziej kojarzy mi się z jesienią niż zimą, to jestem w stanie totalnie zrozumieć fakt, że ktoś wraca do niej co święta. Dlaczego? Nie w... cisnę wam kitu, że dam radę to racjonalnie wyjaśnić, bo nie dam. Ta płyta taka jest. Jest po prostu przepełniona różnymi emocjami - ja w trakcie pisania tego posta usunąłem fragment o melancholijno-depresyjnej aurze, bo pisanie o tym albumie w ten sposób wydaje mi się być zbyt banalne.
Słyszałem generalnie parę historii o tym, że Drake był strasznie introwertyczną i nieśmiałą personą, ponoć do tego stopnia, że nawet ten album nagrywał twarzą do ściany, tak jakby niejako w ten sposób nie chcąc spotkać się wzrokiem z producentem. Ja nie wiem szczerze mówiąc ile w tym prawdy, ale na tym albumie dobrze słychać to, że koleś miał poważne problemy z interakcjami społecznymi, ludźmi i generalnie czuł się samotny i najlepiej potrafił wyrazić siebie przez muzykę. A że mało co jest tak dobrym nośnikiem emocji, to dostajemy album właśnie przepełniony nimi, album bardzo subtelny i - co najważniejsze - szczery. Zgadzam się w stu procentach z tym, że temu człowiekowi udało się przekazać więcej w te 28 minut niż niejednej innej grupie artystów na kilkugodzinnych kobyłach.
Nie będę się bawił w jakieś wyciąganie traczków, ocenianie kawałków ani nic w ten deseń - no, kiedyś bardzo lubiłem Things Behind The Sun, ale jak teraz sobie wróciłem to w sumie... lubię nadal, ale nie odstaje dla mnie od reszty płyty jak wtedy. Świetna płyta, rad jestem z tego że doń wróciłem. I tyle.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 gru 2022 23:08

No i spoko. Krótkie podsumowanie ode mnie, jak i krótka jest ta płyta. Cieszę się, że się podobało, a jeszcze bardziej cieszę się z tego, że każdy odebrał ten album inaczej, a prawie każdy miał jakieś unikalne, interesujące spostrzeżenia w związku z "Pink Moon". Może poza Wujem, który się nie poznał, ale z jego recenzji odnoszę wrażenie, że tak średnio mu na tym zależało, a przecież nic na siłę. W każdym razie, rad jestem, wesół, ukontentowany i w ogóle w Skowronkach, że się Panowie tak elegancko pochyliliście nad spuścizną młodego muzyka zza wody. Przynależność sezonowa, to oczywiście kwestia indywidualna, ale ze piszemy tu z subiektywnego punktu widzenia, to musiało wlecieć w okresie świąt BM.

Pink Moon gonna get ye all
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 gru 2022 23:25

Kurczę, no mi się właśnie wydawało, że ta płyta jest za krótka, by można było ją nazwać nużącą - nawet jeśli do kogoś nie przemawia ubogość instrumentarium i stylistyka. No ale bywa i tak
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 28 gru 2022 23:38

Dla mnie nie ma znaczenia długość o ile muzyka mi się podoba. A to, że mi się średnio album podoba nie znaczy, że mi się nie chciało. Po prostu nie pykło i już. Sam mówiłeś Hien parę razy, żeby nie nastawiać się na polubienie wszystkiego, bo to niemożliwe.
Żeby wszystkim się zawsze chciało tak uczciwie słuchać tych wrzutek jak mnie.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 29 gru 2022 20:37

Pardon mentos, zapomniałem heh.

To lecimy ze Sparksami i albumem No. 1 in Heaven
mintaj pisze:
19 lis 2022 21:11
Sparks - No. 1 in Heaven

Tamdadararam! Sparks już wam uprzednio zaprezentowałem - w bestce utworowej dostaliście ode mnie This Town Ain’t Big Enough for Both of Us, ogólnie i generalnie super kawałek i chyba nawet feedback był dość pozytywny, a przynajmniej tak to pamiętam. xD Teraz czas na ich debiut w zabawie albumowej.
Ja generalnie to ze Sparksami polubiłem się relatywnie niedawno, bo tak naprawdę to w poprzednim roku i po obejrzeniu filmu dokumentalnego Edgarda Wrighta, o czym tutaj pisałem - może i trochę przesłodzonej, ale summa summarum uroczej laurki, do której odsyłam każdego, kto chciałby nwm mieć szerszy kontekst w swojej recenzji, poznać jakoś lepiej ten zespół, albo na przykład nie ma nic lepszego do roboty przez półtorej godziny. Od razu pokochałem tych pozytywnie zakręconych krejzoli, którzy nie mieli oporów przed realizacją tak losowych projektów jak słuchowisko o wizycie Ingmara Bergmana w Hollywood, ekranizacją mangi we współpracy z Timem Burtonem (no cóż, tu na przeszkodzie stanęly inne czynniki akurat xD) czy seria 21 koncertów, na których odegrali swoje (wówczas) 21 albumów studyjnych live utwór po utworze, a przy tym pozostali relatywnie normalnymi ludźmi.
Ja tutaj nie chcę parafrazować Wikipedii, więc tylko napiszę, że słyszałem takie ładne określenia: "ulubiony zespół twojego ulubionego zespołu" oraz "najbardziej znany nieznany zespół muzyczny" i przyznam, że po prostu są całkiem celne i adekwatne, bo - mimo powszechnego SZACUNU w branży (na boga, przeca oni nagrywali z Franz Ferdinand, a nawet McCartney w jednym ze swoich teledysków parodiował "morderczy" wzrok Rona Maela) oraz wielu płyt na koncie jakoś nie wydaje mi się, by to był szczególnie popularny zespół.
Dostajecie ode mnie płytę, która pewnie faktycznie musiała być popularna w niebiosach, aczkolwiek nigdy tego jakoś nie weryfikowałem - na Ziemi wielkiego statusu nie osiągnęła, co świadczy o tym, że w 1979 roku nasza planeta jeszcze nie osiągnęła najwyższego poziomu ewolucji. Ten album jest dobrym przykładem na to, że to o czym pisałem tam wyżej, tj. to, że Maelowie przełamywali bariery, byli honorowymi członkami teleekspresoweego Klubu Ludzi Pozytywnie Zakręconych i może nawet użyłbym łatki, że progresywni, chociaż w sumie nigdy nei słyszałem o tym, by ktoś tak o tym zespole pisał. W każdym bądź razie po serii relatywnie zwykłych albumów glamowych, bracia Mael stwierdzili że AAA WALIĆ TO i postanowili podjąć współpracę z Giorgio Moroderem - kto to jest, to nie muszę pisac chyba. Nagrali więc album mniej rockowy, z mniejszą ilością gitar, ale za to większą syntezatorów, elektroniki i tego całego pitu-pitu, które miało wkrótce stać się modne, ale póki co jeszcze mało kto tak grał.
Efekt nie powalił wówczas krytyków i w ogóle, więc chrzanić ich, bo wyszła płyta wspaniała. Dostajecie ode mnie po prostu sześć świetnych piosenek. Moim nieśmiałym faworytem jest uroczo przebojowe Academy Award Performance, ale świetne jest tu wszystko - czy to hicior La Dolce Vita, czy dynamiczne Beat The Clock, pokręcone My Other Voice czy epickie "The Number One Song in Heaven". Lol, wymieniłem prawie całą płytę, patrzcie no na tego Mintaja!
Kończę waśc, pieprzenia wam oszczędzę. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... D6G53Q3i3D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 30 gru 2022 16:54

Sparks – No 1 in Heaven

Wśród moich znajomych jest bardzo mało fanów Sparks, w zasadzie na ten moment potrafię sobie przypomnieć dwóch (w tym Mentiego) i obaj oni podchodzą do tego zespołu nabożnie. Kazało mi się to zastanowić, czy w takim razie to nie jest jeden z tych zespołów, które albo łapie się w 100% i stawia się im pomniki, albo odbija się od nich kompletnie. No, ale jak to. Ja to generalnie nigdy się nie wkręciłem w Sparks, nie dlatego, że uważałem ich muzę za słabą, ale po prostu poza szacunkiem, który im się niezaprzeczalnie należy i jakąś zdrową, obiektywną świadomością, że to jest dobra muzyka i interesujący wykonawcy, to niczego specjalnego nie czułem względem tego co słyszałem. Kiwałem z aprobatą głową, doceniałem, ale jednocześnie nie czułem tego ciepła w brzuchu, że o kurde zaraz sobie zassam ich płyty i będę słuchał i ale będzieeeee, wiecie, jak np. w przypadku Fishmans, których albumów odsłuchy były dla mnie jak otworzenie okienka 24 w kalendarzu adwentowym. Ja wiem, że to są super fajni, postrzeleni goście, ale w sumie co mnie to obchodzi, to muzyka ma mnie ruszyć, a image to dodatek. Był taki jeden utwór dla mnie ważny, ale to sobie ten sekret jeszcze na jakiś czas zachowam, bo KTO WIE.

Wrzuta utworowa Sparks, również Porcupine Tree Kolegi Mentosa, była sympatyczna, ale już od niej nie wracałem, także wiecie, no, co ja się będę tłumaczył. Ten sam scenariusz co wyżej. I jakoś tak mi się smutno robiło, bo ja zawsze chciałem się w Sparks wkręcić, a tu nie widać i nie słychać jakiegoś lufcika, którym mógłbym się wepchnąć do fanbejsu. Pytanie najważniejsze, czy „No 1 in Heaven” okazał się takim lufcikiem, czy też zawiera taki mini-lufcik, którym bym się może wśliznął gdybym miał na nazwisko Tooms (Murzyn wie ocb).

Pierwsze przesłuchanie skończyło się kilkoma wnioskami. Po 1 – fajny ten Moroder, mimo że wszędzie te jego synthki brzmią tak samo jak w innych numerach, które robił, po 2 – fajnie brzmią wokale tych gości, i po 3 – wszystkie numery brzmiały tak samo. Tylko „My Other Voice” zrobił na mnie jakieś konkretniejsze wrażenie i fragmenty finału. No, ale wiadomo, pierwsze przesłuchanie. Za drugim razem już wiedziałem za co się zabieram, to też postarałem się wyrzucić do kosza wszelkie uprzedzenia jakie mogłem mieć pamiętając poprzednie starcie, skupić się na tym co mi się podobało i z resztą stoczyć walkę później. „Tryout for The Human Race” to fajne otwarcie i w zasadzie daje na talerzu wszystkie atuty, jakie Sparks wtedy mieli – duże ilości Morodera, doskonałe, porywające wokale oraz energię wypływająca z każdego instrumentu. Dobra, motoryczna dyskoteka i całkiem spoko piosenka pod tym wszystkim. „Academy Award for Performance” próbuje uzyskać taki sam efekt, podobnymi zabiegami, ale dla mnie to już nie jest tak dobre, jak poprzednik i nie robi takiego wrażenia. Bardzo musicalowa muzyka, ale dla mnie to już jest trochę za dużo, niewiele się dzieje i to pianie zaczyna powoli irytować (tak, chwilę temu kilkakrotnie pochwaliłem wokale, no ale i najlepszym zdarza się przegiąć przysłowiową pałę). „La Dolce Vita” zaznacza intrem, że klimat się trochę zmieni i samo to intro bardzo mi robi. Refren od razu wpada w ucho zarówno melodyjnością wokalu, jak i zmianą atmosfery, która pasuje perfekcyjnie. Jestem wręcz przekonany, że Andrzej Korzyński słuchał tego albumu często i gęsto kiedy montowali z Fronczewskim „Franka Kimono”, co zwłaszcza słychać w takich kawałkach jak „Break-dance”. Może na wyrost, ale bym rzekł, że i Depeche Mode się momentami tym inspirowali na „Speak & Spell” (to solo klawiszowe w „La Dolce Vita” kojarzy mi się z „Big Muff”, i w ogóle barwa tego klawisza tez mi pachnie Jarrem z "Oxygene"). Póki co, najwyraźniejsza kompozycja na albumie. „Beat the Clock” tylko fajny i aż fajny. Nie zaciekawił mnie jakoś mocno, ot banger, ale nie porywający. Misheard "u gotta beat the cock" też się wkrada, ale walić to (hehe). No i wchodzi „My Other Voice” i ponownie robi na mnie największe wrażenie. Początek ma mocny vibe „V-2 Schneider” i generalnie dzieje się tu wiele tworząc bardzo senny klimat. No jest to super rzecz. Na koniec kobyłka pt. „The Number One Song in Heaven”. Sprawdziłem, na Ziemi to było max 5 miejsce w Irlandii. I w ogóle mnogość wersji zamieszczonych na singlu, w tym „The Number One Song In Heaven" (Extended Version With Jimmy Somerville)„ sprawia, że brwi same idą w górę z zaciekawieniem i sporą dozą uznania. W ogóle deluxe edycje tej płyty mają w wuj alternatywnych wersji tych kawałków i mam ochotę sobie to zassać (przy czym mój komp z Soulseekiem został w Łodzi, więc trochę ciul z tym). No i co się dzieje, zaczynam się jarać. Może to nie jest poziom Fishamns, no aleee kaman, cuda i Fishmans się zdarzają bardzo rzadko. Wracając do finałowego kawałka albumu, jest tu wszystko to, co było takie fajne w otwarciu, energia, dobre wokale, odpowiednio zrealizowany Morodororerer i sporo efektów ala „Pan Kleks w Kosmosie”, które mi odpowiadają. Nie czuć w ogóle tych 7 minut, przelatuje to bardzo przyjemnie. I w ogóle odnoszę wrażenie, że istnieje tu taki niepisany zabieg, który później nieco bardziej świadomie wykorzystali Arcade Fire na reklamowanej przeze mnie płycie „Everything Now”. Mianowicie, ostatni utwór na "EN" łączy się płynnie z pierwszym, co oznacza, że albumu można dosłownie słuchać w pętli i nawet się nie słyszy tego kiedy się kończy, a kiedy znowu zaczyna. Podobne wrażenie odnoszę przy „No 1 in Heaven”. Wprawdzie „The Number One Song In Heaven" nie przechodzi płynnie w „Tryout for The Human Race”, ale klimat i użyte zabiegi są tak bliźniacze, że zmiany utworu prawie się nie zauważa. I to jest bardzo fajne, bo płyta może kręcić się wiele razy po rząd, a jej przyjazny czas trwania tylko do tego zaprasza. Każde kolejne przesłuchanie tego albumu jest coraz lepsze.

Trochę dziwię się, że ten album nie chwycił ludzi w 79 r., wydawało mi się, że wszystko za co w tamtym czasie brał się Dżjordżjo, automatycznie lądowało na 1 miejscu, no ale najwyraźniej wykrakali z tym tytułem. Połączenie takiej twardej, zaprogramowanej, arpowej elektroniki z żywą perkusją, nie zawsze dobrze wychodzi, a to jest niemal książkowy przykład, jak to robić dobrze.

Jeśli chodzi o mnie, w 2022 (prawie 23!!!) roku, po kilku przesłuchaniach „No 1 in Heaven” mogę powiedzieć, że jestem o krok lub dwa we właściwym kierunku aby stać się sympatykiem muzyki Sparks. Jeszcze się nie jaram jak pochodnia, jeszcze nie bije mi szybciej serce, ale na pewno znalazłem jakiś lufcik, którego szukałem, teraz pytanie, czy się przecisnę. Przekonamy się w przyszłości. Już teraz jednak salutuję Mentosowi za zapoznanie mnie z tym albumem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 31 gru 2022 14:44

Sparks - No. 1 In Heaven

Byłem ciekaw tej płyty odkąd przeczytałem że to produkcja Giorgio Morodera bo można przewracać oczami ale ten facet umiał w elektroniczne disco. Tym bardziej chciałem posłuchać albumu bo tytułowy numer raz kiedyś słyszałem i robił dobre wrażenie. Krótka to płyta to i krótka recenzja będzie.

Tryouts For The Human Race otwiera album klasycznym brzmieniem Giorgio. Disco stopa 4/4, basowy sekwenser, synthy ogólnie. Jest funky. Podobają mi się zmiany melodii w refrenie i praca perkusji. Podczas mostku robi się odrobinę kosmicznie. Electro disco starter pack w tym otwieraczu albumowym, solidny numer. Niby wiem że to Sparks ale i tak słuchając miałem wrażenie że kobieta śpiewa te zwrotki.

Academy Awards Performance lubiane przez mentosa mi z całej płyty siada najmniej, no ale mentos to freak więc wszystko się zgadza. To taki Moroder na spidzie już, bardziej w klimaty Hi-NRG wpadamy, iskrzą się sekwensery w tym wstępie mocno. Tempo męczące, wokale tak samo, zbyt nachalny i hałaśliwy jest ten kawałek, dokuczający jak głośna impreza za ścianą kiedy jest środek nocy. Nie siedzi mi ten numer teraz, może wrócę za jakiś czas.

La Dolce Vita z miejsca uderza bardziej w klimaty space disco tym wstępem, chociaż z tym włosko brzmiącym refrenem mamy takie typowe euro disco które potem stanowiło podwaliny pod italo. Są tu fajne melodie klawiszowe, Giorgio robi też użytek z syntetycznych AHHH chórków. Chyba najciekawszy numer albumu do tego momentu.

Beat The Clock uderza w trochę inne nuty w końcu, synkopowana perkusja, do tego ten neurotyczny refren bardziej przywodzi mi na myśl new wave w stylu Thomasa Dolby niż czysto dyskotekowe rytmy. Tekst dość zabawny, ogólnie nawet spoko przebój tylko ten mostek zbyt długi, numer można by było skrócić o pół minuty spokojnie. Przyjemna odmiana jak dla mnie bo cały album w rytmie disco mógłby szybciej zmęczyć.

My Other Voice zaczyna się brzmieniami które mi kojarzą się z jakimś parowozem rytmicznie sapiącym na torach. Ogólnie dziwny numer, snuje się. Nie umiem określić mojego stosunku do niego nawet ale na pewno też się wyróżnia za co mały plus.

The Number One Song In Heaven to kawałek który słyszałem kiedyś raz, YouTube mi go podrzucił w wersji singlowej z klipem i nawet mi się podobał pamiętam. Trochę trąci disco a trochę też tu takie new wave czuję i ogólnie odbieram tu jakby vibe Blondie, zwłaszcza kiedy mija to albumowe spokojne intro i ten sekwenser przyspiesza czuję echa Heart of Glass. Zdecydowanie wolę kiedy numer już się rozkręca więc chyba będę preferował wersję singlową. To jest najlepszy moment albumu, więc nawet fajnie że najlepsze jest na końcu. Chętnie dołączę ten kawałek do kanonu znanych mi ejtisowych hitów, w sumie dobra rzecz pod Sylwestra na dzisiaj :)

No i pykło, tzn. płyta zleciała mi elegancko bez zamęczania. Ogólne wrażenia dość pozytywne, większość numerów mi przypadła do gustu, były przynajmniej rzetelne a tytułowy singiel to ja nawet będę chciał pewnie mieć na winylu może i kiedy. Na ten moment jest ok, to może jeszcze urosnąć jak będę wracał do tego z czasem. Ogólnie mentos nie cuduje, wrzuca po prostu dobre płyty przeważnie i chyba trzyma najrówniejszy poziom z wszystkich forumowiczów. Może nie zaskakuje jakoś wielce ale u mnie ma to szczęście że ja niektórych evergreenów nie znam i dzięki niemu nadrabiam i chwała mu za to :)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup