Ja wam mówię, za 2-3 lata wuja przekona się do tego jazzu i sam będzie tu wrzucać Coltrane'ów i Davisów, bo pamiętam podobne wypowiedzi o Radiohead.Jestem sam zdziwiony, ale podoba mi się to. Utwór ma naprawdę fajny, wieczorowy klimat. Tak jak piszecie dobry do posłuchania gdzieś w zadymionym barze. Ale w domu wieczorem przy kominku i szklaneczce whiskey też by się sprawdziło. W ciągu dnia mniej, bo to typowa wieczorowo-nocna muzyka. Do tego niezwykle elegancka i stylowa.
Kocham te recenzje Musiała na podstawie których jestem w stanie stwierdzić wiele rzeczy, ale na pewno nie to co sądzi o danym utworze.Nie wajbuję z tą muzyką ani trochę, w sensie z taką twórczością w szerokim ujęciu. Bo akurat muza w tym kawałku wyszła super. Trochę taki "Giorgio Moroder w domu" wymieszany z "Bee Geesami w domu" i tak dalej
BTW jestem zaskoczony tym jak ciepło przyjęliście Wały Jagiellońskie! Obstawiałem, że reakcje będą wręcz odwrotne, tj. wszyscy zjadą ten utwór jak łysą kobyłę, Robert umiarkowanie pochwali, a Dev napisze spójną recenzję. Przyjemna niespodzianka.
Brian Eno - I'll Come Running
Może powinienem z okazji dzisiejszego święta wrzucić coś polskiego, by być na czasie i w ogóle, ale na chwilę obecną nie jestem w stanie wygrzebać nic konkretnego ani sensownego, więc wybaczcie mi (lub nie). W związku z tym wleci Eno, bo w sumie zawsze jest dobra pora na to by wleciał, o ile nie planuje się wrzucić jakiejś jego plyty na której bawi się vocodem i wychodzi mu to jak wychodzi.
Nie pamiętam już czy o tym wspominałem, ale "odkrycie" Eno zawdzięczam niejakiemu Davidowi Bowiemu. Pewnikiem pamiętacie i wiecie, że w swoim czasie miałem pierdolca na punkcie tego dwuokiego brytola - nie wiem ile razy w swoim czasie przesłuchałem jego Heroes, ale było tego bardzo dużo. Gdy uznałem, że może by tak można byłoby posłuchać czegokolwiek innego, ale podobnego postanowiłem sprawdzić co to za jeden typ ten Brian Eno z którym nagrał te trzy berlińskie albumy.
To nadal były czasy ciemne, ale nie aż tak jak jeszcze parę miesięcy wcześniej - chociażby z racji tego, że już miałem tego cholernego RYMa i nie ściągałem randomowo jakiejś kompilacji albo pierwszej płyty, która wyskoczy mi na darkwarez, tylko sięgnąłem po klasykę w postaci Another Green World. I był to, moi mili państwo, strzał w dziesiątkę, bo to była jedna z tych płyt o które nigdy w życiu nie pytałem (w tamtym czasie pewnie nawet nie wiedziałbym jak zapytać heh), a których potrzebowałem, czyli dobra, ładna i mająca w sobie jakiś niecodzienny pierwiastek - w tym przypadku słowem klucz niechaj będzie BRZMIENIE.
Wzięło mnie wówczas z zaskoczenia i założyło potrójną dźwignie, bo ciężko znając 15 płyt na krzyż (z czego większość to płyty Depeche Mode oraz AC/DC i 2 albumy Pink Floyd) było trafić na coś takiego. Ta płyta brzmi, jakkolwiek to nie zabrzmi, PRZYJEMNIE, ona kojarzy mi się z jakimiś aktywnościami typu spacer w słoneczną pogodę czy wyjście na piłę ze znajomymi i w sumie to zabawne, bo niby taka ze mnie jesieniara i wrzucam ten utwór jesienią i nawet też odkryłem album z której pochodzi jesienią, a jakoś mocno mi się kojarzy z wczesną wiosną.
Cóż, najwyraźniej jest to pora roku, na którą nawet taka jesieniara jak ja nie jest w stanie narzekać. Liczę na to, że wy też nie będziecie heh.
A jak już mamy szukać na siłę polskich akcentów, to niech będzie taki, że słuchałem tej płyty pierwszy raz podczas czytania o Weselu Wyspiańskiego na polski w liceum i to jest jedno z tych abstrakcyjnych i losowych skojarzeń, ktore zapewne tylko ja mam.
Dobra no. Bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=KY1Xxl9ZyfM