Best of Forum VIII
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Xeno and Oaklander - Interface
Ten projekt to jest jeden z tych zespołów, których nazwa brzmi na tyle charakterystycznie (i jednocześnie cool), że siłą rzeczy gdzieś na pewnym poziomie podświadomości ją zakodowałem, ale też w sumie niczym innym konkretnym mnie nie zaintrygował. Na pewno nie do tego stopnia, bym miał to sprawdzać. Sprawdziłem i żałować to nie żałuję, bo z jednej strony klimacik jest fajny, ale z drugiej - tak z parę razy tego kawałka posłuchałem i za cholerę nie jestem w stanie zapamiętać czegokolwiek konkretnego. W ogólnym rozrachunku wyszła dziwna mieszanka, po której chcę napisać coś w stylu NIE WIEM, ale jestem raczej na tak. jednocześnie mam z tyłu głowy dziwne przeczucie, że w kontekście całego albumu ten utwór brzmiałby znacznie lepiej. Jesienią 11 lat temu siadłoby mi to bardziej...
Anderson .Paak feat. The Game & Sonyae Elise) - Room In Here
W sumie mógłbym w pewnym stopniu utożsamiać się z historią murzyna bo w 2016 położyłem podwaliny pod swoje nowe życie, spotkania wyglądały dość podobnie, ta osoba też słuchała takich rzeczy i generalnie to nawet razem mieszkaliśmy blisko siedziby radia RAM. W pewnym stopniu to fraza-klucz w tym przypadku, bo generalnie jak wyszło, to wy już sami dobrze wiecie. Dzięki samemu sobie, że najpierw słucham muzyki, a potem czytam wasze opisy, gdyż pewnie zasugerowałbym się ww. Radiem RAM i bym na tej podstawie stwierdzić coś głupiego. I mógł nie docenić po prostu zgrabnej i uroczej pętli, która faktycznie brzmi trochę LOUNGE, ale nie obchodzi mnie to, skoro jest fundamentem całkiem przyjemnego, dobrze wyprodukowanego utworu. Kominkowy hip-hop to ciekawe określenie i kradnę je, bo pasuje mi tu jak ulał. Bierę to.
Slim Whitman – I’d Trade All of My Tomorrows
Imć wrzucający nie napisał z jakiej gry komputerowej pochodzi ten kawałek, bo jedyna jaka mi przychodzi do głowy na szybko to GTA i odsłona pod tytułem San Andreas, w której to była stacja z taką country muzyczką, ale wątpie by chodziło o nią. xD Z country to mam ten problem, że ja wiem, że w tym nurcie są pewnie rzeczy dobre i więcej niż dobre, ale ta szufladka jest bardzo pojemna i mieści w sobie od cholery jakiegoś syfu dla przysłowiowych rednecków z pickupami (przysłowie wymyślcie sobie sami), a je jestem leniwy i nie chce mi się szukać rzeczy, które potencjalnie by mogły u mnie jakimś cudem zaskoczyć. Ta wrzuta w sumie to też niby nie do końca z mojej bajki, bo tbh od pewnego czasu nie chce mi się grzebać w przeszłości (to znaczy, że akurat ze mną dobrze, bo robię to głównie wtedy, gdy źle się u mnie dzieje i próbuję od tego uciec rozpamiętując dobre momenty), a i jakoś tak nie mam powodów, by słuchać romantycznych ballad. Ale to nie jest jej wina. Obiektywnie rzecz ujmując jest to po prostu ŁADNE i w pełni rozumiem, że może się komuś podobać, a kto wie czego ja sam bym nie napisał w innych "okolicznościach przyrody". Szanuję.
Balam Acab — Big Boy
Jeszcze z rok-dwa lata temu twierdziłem, że młodsze pokolenia to jakaś nadzieja dla tego świata, że one będą mądrzejsze niż chociażby moje i że generalnie coś z tego, kurka, będzie. Może zgnuśniałem, jako człowiek który był praktycznie pełnoletni w 2009 roku, ale jakoś tak mi się odwidziało na przestrzeni ostatnich miesięcy. Proces trwał od pewnego czasu, ale wyniki wyborów prezydenckich ostatecznie przesądziły. siusiaka w to. To brzdękanie na początku śmiesznie - sprawia wrażenie trochę jakby ktoś się bawił gitarą w studio w tle i nikt później tego nie wycinał/edytował, bo uznano, że w sumie fajnie brzmi. Potem brzmi to jak ni to ambient, ni to witch house, ni to te śmieszne wynalazki, ale na to pierwsze to kapkę za dużo się tu dzieje, a na to pozostałe - to co się dzieje jest kapkę za mało interesujące. Efekt końcowy może i nie odpycha, ale mam uczucie niedosytu.
To nie jest tak, że się podlizuje murzynowi za to, że mnie tak pochwalił, ale kurde no xd
Ten projekt to jest jeden z tych zespołów, których nazwa brzmi na tyle charakterystycznie (i jednocześnie cool), że siłą rzeczy gdzieś na pewnym poziomie podświadomości ją zakodowałem, ale też w sumie niczym innym konkretnym mnie nie zaintrygował. Na pewno nie do tego stopnia, bym miał to sprawdzać. Sprawdziłem i żałować to nie żałuję, bo z jednej strony klimacik jest fajny, ale z drugiej - tak z parę razy tego kawałka posłuchałem i za cholerę nie jestem w stanie zapamiętać czegokolwiek konkretnego. W ogólnym rozrachunku wyszła dziwna mieszanka, po której chcę napisać coś w stylu NIE WIEM, ale jestem raczej na tak. jednocześnie mam z tyłu głowy dziwne przeczucie, że w kontekście całego albumu ten utwór brzmiałby znacznie lepiej. Jesienią 11 lat temu siadłoby mi to bardziej...
Anderson .Paak feat. The Game & Sonyae Elise) - Room In Here
W sumie mógłbym w pewnym stopniu utożsamiać się z historią murzyna bo w 2016 położyłem podwaliny pod swoje nowe życie, spotkania wyglądały dość podobnie, ta osoba też słuchała takich rzeczy i generalnie to nawet razem mieszkaliśmy blisko siedziby radia RAM. W pewnym stopniu to fraza-klucz w tym przypadku, bo generalnie jak wyszło, to wy już sami dobrze wiecie. Dzięki samemu sobie, że najpierw słucham muzyki, a potem czytam wasze opisy, gdyż pewnie zasugerowałbym się ww. Radiem RAM i bym na tej podstawie stwierdzić coś głupiego. I mógł nie docenić po prostu zgrabnej i uroczej pętli, która faktycznie brzmi trochę LOUNGE, ale nie obchodzi mnie to, skoro jest fundamentem całkiem przyjemnego, dobrze wyprodukowanego utworu. Kominkowy hip-hop to ciekawe określenie i kradnę je, bo pasuje mi tu jak ulał. Bierę to.
Slim Whitman – I’d Trade All of My Tomorrows
Imć wrzucający nie napisał z jakiej gry komputerowej pochodzi ten kawałek, bo jedyna jaka mi przychodzi do głowy na szybko to GTA i odsłona pod tytułem San Andreas, w której to była stacja z taką country muzyczką, ale wątpie by chodziło o nią. xD Z country to mam ten problem, że ja wiem, że w tym nurcie są pewnie rzeczy dobre i więcej niż dobre, ale ta szufladka jest bardzo pojemna i mieści w sobie od cholery jakiegoś syfu dla przysłowiowych rednecków z pickupami (przysłowie wymyślcie sobie sami), a je jestem leniwy i nie chce mi się szukać rzeczy, które potencjalnie by mogły u mnie jakimś cudem zaskoczyć. Ta wrzuta w sumie to też niby nie do końca z mojej bajki, bo tbh od pewnego czasu nie chce mi się grzebać w przeszłości (to znaczy, że akurat ze mną dobrze, bo robię to głównie wtedy, gdy źle się u mnie dzieje i próbuję od tego uciec rozpamiętując dobre momenty), a i jakoś tak nie mam powodów, by słuchać romantycznych ballad. Ale to nie jest jej wina. Obiektywnie rzecz ujmując jest to po prostu ŁADNE i w pełni rozumiem, że może się komuś podobać, a kto wie czego ja sam bym nie napisał w innych "okolicznościach przyrody". Szanuję.
Balam Acab — Big Boy
Jeszcze z rok-dwa lata temu twierdziłem, że młodsze pokolenia to jakaś nadzieja dla tego świata, że one będą mądrzejsze niż chociażby moje i że generalnie coś z tego, kurka, będzie. Może zgnuśniałem, jako człowiek który był praktycznie pełnoletni w 2009 roku, ale jakoś tak mi się odwidziało na przestrzeni ostatnich miesięcy. Proces trwał od pewnego czasu, ale wyniki wyborów prezydenckich ostatecznie przesądziły. siusiaka w to. To brzdękanie na początku śmiesznie - sprawia wrażenie trochę jakby ktoś się bawił gitarą w studio w tle i nikt później tego nie wycinał/edytował, bo uznano, że w sumie fajnie brzmi. Potem brzmi to jak ni to ambient, ni to witch house, ni to te śmieszne wynalazki, ale na to pierwsze to kapkę za dużo się tu dzieje, a na to pozostałe - to co się dzieje jest kapkę za mało interesujące. Efekt końcowy może i nie odpycha, ale mam uczucie niedosytu.
To nie jest tak, że się podlizuje murzynowi za to, że mnie tak pochwalił, ale kurde no xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tbh brałem chyba wszystko możliwe kiedy mój kręgosłup powiedział DOŚĆ, był tramadol z paracetamolem, była pregabalina (znany bardziej jako lek na padaczkę, wyciszający układ nerwowy), była tyzanidyna rozluźniająca mięśnie (pół h po tabletce mnie odcinało i zasypiałem, lek tylko na noc) a kiedy już zawieźli mnie na salę operacyjną i nie byłem w stanie przesiąść się ze szpitalnego łóżka na to operacyjne dali mi małą dawkę... fentanylu. Teraz tak sobie dopiero myślę że może to był powód że tydzień po operacji miałem koszmary senne (wcześniej myślałem że to po narkozie ogólnie...)devotional pisze:23 lis 2025 21:33Czil po wydrążających czucie lekach (brałem takie przeciwbólowe na rwę kulszową, co to był za trip lol)
Cieszę się że mnie poskładali do kupy.
Jedziemy dalej.
Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix)
(2016)
Kontynuujemy podróż przez wspominki jesieni 2016. Kolejny kawałek poznany wówczas na bieżąco który stał się szybko kolejnym z hymnów tamtego czasu. O tym jak poznałem pierwszy raz Kiko Navarro jeszcze kiedyś pewnie opowiem przy okazji bestki czy innej depeszwizji, tymczasem dużo większe znaczenie ma dla mnie utwór All Because of You który ukazał się jakoś przełomie listopada/grudnia 2016.
Na ten singielek natrafiłem za sprawą niezależnej brytyjskiej wytwórni BBE Music serwującej muzykę od hop hopu przez neo-soul aż po muzykę klubową, jako że sam stawiałem wtedy na eklektyczny miks brzmień i chętnie poszerzyłem horyzonty ich kanał na YouTube szybko dołączył do listy subskrybowanych.
Początkowo zachwyciłem się oryginalną wersją tej piosenki w której to gościnnie udziela się Julie McKnight, piosenkarka i była żona Briana McKnighta, gwiazdy muzyki R&B. W chórkach towarzyszy tu Julie z kolei ich syn - Brian McKnight junior. Oryginał All Because of You ma breakbeatowy rytm utrzymany w umiarkowanym tempie (żadne d&b), z kolei kiedy jakiś czas później ukazał się wideoklip do tego singla wykorzystano w nim zamiast oryginału wersję zremiksowaną przez niejakiego Koki. Remiks ten ma już prosty house'owy rytm oparty o stopę 4/4 ale aranż jest mocno laid-backowy jak dla mnie. Podoba mi się w tym remiksie to nabudowanie atmosfery w połowie z pomocą synthów (takich trochę w stylu Summer Madness które kiedyś wrzucałem) i ekspresyjnego wokalu B. McKnighta juniora, potem chwila wyciszenia z pulsującym arpeggio i outro. Tekst śpiewany przez Julie McKnight z soulowym zacięciem to taka niemalże oda poświęcona drugiej osobie która pomogła odmienić jej życie, tak jak w tamtym czasie właśnie moje odnowienie kontaktu z B. sprawiało że każdy dzień był lepszy i chyba pierwszy raz w życiu czułem czym jest prawdziwe szczęście. W tym miejscu postawię kropkę, ale tego typu numerów celebrujących to nasze ponowne zejście się - tym razem udane jak widać - będzie jeszcze na pewno kilka na przestrzeni bestki. Tymczasem dzielę się z Wami tą radochą i życzę równie pozytywnych historii które będziecie mogli potem rozpisywać na wrzuty do bestki.
https://youtu.be/TklmQtgKr_w?si=SB6ELAXteJr3Y_nh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jimmy Fontana – Il Mondo
Jimmy Fontana, to przecież nie może być prawdziwe imię i nazwisko. W istocie, nie ma tak dobrze. Pod tym zajebistym przebraniem krył się Enrico Sbriccoli (też zajebiście, swoją drogą), włoski aktor, kompozytor i piosenkarz, generalnie tak zwana osobistość. Rzucając okiem na zdjęcia, można powiedzieć, że włoski Buddy Holly. Nawet bym go może porównał do Mayi, gdyby nie to, że ostatecznie, lata po swoim największym sukcesie, zaczął wydawać albumy. Niemniej, świat zapamięta go przede wszystkim z kawałka, który tutaj wrzucam – Il Mondo. Powiem szczerze, nie wiem jak bardzo ten kawałek był kiedykolwiek znany w Polsce, ale we Włoszech, to był porażający przebój. Jak szukałem wersji na YT, to nie mogłem się przecisnąć przez gąszcz coverów. W ogóle mnie to nie dziwi, ale też żeby „Il Mondo” działało, to trzeba mieć głos jak dzwon, a tak się składa, że Jimmy Fontana ma taki głos. Kiedy facet zaczyna śpiewać „IIILLL MOOONDOOO”, to człowiek ma ochotę wznieść ręce do góry i śpiewać razem z nim. Podniosłość i epickość tego kawałka, w tym wykonaniu, to jest czysta magia, której naprawdę trudno się oprzeć. To jest takie uczucie, jakby w końcu coś ważnego się udało. Mam nadzieję, że Jimmy Fontana nie tylko mnie się udzieli i również Wam zrobi dzień,a może i więcej.
https://youtu.be/Ce8Ls7JbJqA
Jimmy Fontana, to przecież nie może być prawdziwe imię i nazwisko. W istocie, nie ma tak dobrze. Pod tym zajebistym przebraniem krył się Enrico Sbriccoli (też zajebiście, swoją drogą), włoski aktor, kompozytor i piosenkarz, generalnie tak zwana osobistość. Rzucając okiem na zdjęcia, można powiedzieć, że włoski Buddy Holly. Nawet bym go może porównał do Mayi, gdyby nie to, że ostatecznie, lata po swoim największym sukcesie, zaczął wydawać albumy. Niemniej, świat zapamięta go przede wszystkim z kawałka, który tutaj wrzucam – Il Mondo. Powiem szczerze, nie wiem jak bardzo ten kawałek był kiedykolwiek znany w Polsce, ale we Włoszech, to był porażający przebój. Jak szukałem wersji na YT, to nie mogłem się przecisnąć przez gąszcz coverów. W ogóle mnie to nie dziwi, ale też żeby „Il Mondo” działało, to trzeba mieć głos jak dzwon, a tak się składa, że Jimmy Fontana ma taki głos. Kiedy facet zaczyna śpiewać „IIILLL MOOONDOOO”, to człowiek ma ochotę wznieść ręce do góry i śpiewać razem z nim. Podniosłość i epickość tego kawałka, w tym wykonaniu, to jest czysta magia, której naprawdę trudno się oprzeć. To jest takie uczucie, jakby w końcu coś ważnego się udało. Mam nadzieję, że Jimmy Fontana nie tylko mnie się udzieli i również Wam zrobi dzień,a może i więcej.
https://youtu.be/Ce8Ls7JbJqA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kombi - Przytul Mnie (1980)
Jesień miesza się z zimą, przypomina czasy zamierzchłe. Był rok 2014, wcześniej 2011, teraz jedziemy kolejne 3 lata do tyłu i mamy 2008. Musiał jest sobie początkującym studentem, w dodatku prawa, więc się trochę snobuje, na tyle na ile można było się snobować w tamtym czasie bez Starbucksa i tego typu rzeczy... Ale był adapter Mojego Taty i jego kolekcja winyli, opisywałem ją już parę razy wcześniej. Czego tam nie było! Pink Floyd, Republika, Kino, no i właśnie Kombi. Całe trzy albumy od debiutu licząc. Ja Kombi znałem już od jakiegoś czasu, ciężko było ich nie znać, poza tym Bartini był (jest I guess) ich wielkim fanem - w 2006 wyciągnął mnie na koncert tego "oryginalnego" Kombi z "Marcinem Prokopem" na wokalu (ich wokalista wtedy wyglądał jak Marcin Prokop), Łosowskim i jego synem za garami. Opisywałem to trochę zresztą w Best of DM, bo dzięki temu koncertowi poznałem Bartiniego na żywo basically.
Tak więc Bartini fanował i wrzucił mi parę fajnych rzeczy z ich repertuaru, ale głównie bootlegi albo coś takiego, no i Nowy Rozdział, który wtedy przesłuchałem po raz pierwszy w całości. Ten album Tata również miał (ma) w swojej kolekcji, ale dopiero jesienią 2008 naprawiliśmy "Adama", więc wcześniej nie szło słuchać. Ponieważ ja się jesienią 2008 znów trochę otwierałem na różne rzeczy w muzyce, co to ich nie słuchałem wcześniej, to Kombi również tu wpadło. I właśnie debiut, niereprezentatywny dla większości ich twórczości, bo to było jeszcze przed synthowym zapaleniem mózgu Łosowskiego. Czego tutaj nie ma, pop wymieszany z funkiem i elementami bluesa, ale też te elektroniczne zagrywki... No i Skawiński, który brzmi jak stary, wąsaty wujek, co to mu się udało do mikrofonu dorwać. Ale ma to klimat tego powoli zmierzającego do końca PRLu, niby szarość i bieda, ale też Zachód, Albo już zaraz Zachód.
Co mogę więcej... z całego debiutu - który wyjątkowo sobie cenię - najbardziej mi leży właśnie wrzucany przeze mnie kawałek. Ja wiem, że to był hit itp., więc żaden deep cut albo coś, ale mam z tą piosenką konkretne wspomnienia siedzenia w swoim starym pokoju pełnym drewna, przepisywania notatek z historii państwa i prawa polskiego w towarzystwie gorącej owocowej herbaty. Za oknem mgła i śniego-gówno, a więc mniej więcej to, co mam za oknem teraz. Tylko jestem 17 lat starszy i nie siedzę już w pokoju pełnym drewna.
A ten riff na klawiszu gets me every time. Tzw. "zmysłowa" polska wczesna nowa fala, zapraszam.
https://www.youtube.com/watch?v=qVgbmi7 ... rt_radio=1
Jesień miesza się z zimą, przypomina czasy zamierzchłe. Był rok 2014, wcześniej 2011, teraz jedziemy kolejne 3 lata do tyłu i mamy 2008. Musiał jest sobie początkującym studentem, w dodatku prawa, więc się trochę snobuje, na tyle na ile można było się snobować w tamtym czasie bez Starbucksa i tego typu rzeczy... Ale był adapter Mojego Taty i jego kolekcja winyli, opisywałem ją już parę razy wcześniej. Czego tam nie było! Pink Floyd, Republika, Kino, no i właśnie Kombi. Całe trzy albumy od debiutu licząc. Ja Kombi znałem już od jakiegoś czasu, ciężko było ich nie znać, poza tym Bartini był (jest I guess) ich wielkim fanem - w 2006 wyciągnął mnie na koncert tego "oryginalnego" Kombi z "Marcinem Prokopem" na wokalu (ich wokalista wtedy wyglądał jak Marcin Prokop), Łosowskim i jego synem za garami. Opisywałem to trochę zresztą w Best of DM, bo dzięki temu koncertowi poznałem Bartiniego na żywo basically.
Tak więc Bartini fanował i wrzucił mi parę fajnych rzeczy z ich repertuaru, ale głównie bootlegi albo coś takiego, no i Nowy Rozdział, który wtedy przesłuchałem po raz pierwszy w całości. Ten album Tata również miał (ma) w swojej kolekcji, ale dopiero jesienią 2008 naprawiliśmy "Adama", więc wcześniej nie szło słuchać. Ponieważ ja się jesienią 2008 znów trochę otwierałem na różne rzeczy w muzyce, co to ich nie słuchałem wcześniej, to Kombi również tu wpadło. I właśnie debiut, niereprezentatywny dla większości ich twórczości, bo to było jeszcze przed synthowym zapaleniem mózgu Łosowskiego. Czego tutaj nie ma, pop wymieszany z funkiem i elementami bluesa, ale też te elektroniczne zagrywki... No i Skawiński, który brzmi jak stary, wąsaty wujek, co to mu się udało do mikrofonu dorwać. Ale ma to klimat tego powoli zmierzającego do końca PRLu, niby szarość i bieda, ale też Zachód, Albo już zaraz Zachód.
Co mogę więcej... z całego debiutu - który wyjątkowo sobie cenię - najbardziej mi leży właśnie wrzucany przeze mnie kawałek. Ja wiem, że to był hit itp., więc żaden deep cut albo coś, ale mam z tą piosenką konkretne wspomnienia siedzenia w swoim starym pokoju pełnym drewna, przepisywania notatek z historii państwa i prawa polskiego w towarzystwie gorącej owocowej herbaty. Za oknem mgła i śniego-gówno, a więc mniej więcej to, co mam za oknem teraz. Tylko jestem 17 lat starszy i nie siedzę już w pokoju pełnym drewna.
A ten riff na klawiszu gets me every time. Tzw. "zmysłowa" polska wczesna nowa fala, zapraszam.
https://www.youtube.com/watch?v=qVgbmi7 ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujas nie wlatuje więc nie czekajcie Wrocławianie rychło przybywajcie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wrocław to ma ostatnio spore problemy żeby w miarę żwawo brać udział
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
żwawo xd już lepiej nic nie pisać
Maanam - Ty - nie ty (1986)
W idealnym świecie jest zupełnie inaczej. Nie ma żadnych przeciągniętych karier. Zespoły zawijają mandżur niedługo po tym, gdy drużyny stojące za nimi przestają mieć coś konstruktywnego do powiedzenia. Nie zawsze są szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze kończy się chałturą. Dobrze, że nigdy szczególnie nie wkręciłem się w Maanam na tyle, by chcieć ogrywać ich koncertowe oblicze w latach dziecinnych, bo kaftan byłby blisko. Co innego czysto studyjnie, w poszukiwaniu kolejnych wersji, właściwych singli, perełek z lat właściwego Maanamu. Kolekcja singli to moje ostatnie odkrycie na tym odcinku, żyje we mnie dość mocno do tej pory. Odczarowałem sobie Oprócz błękitnego nieba, zniechęciłem się do singli z debiutu, bo to jeszcze takie nieoszlifowane diamenty. Rzeczy po 1991 roku to nie sprawdzam z szacunku do samego siebie i najlepszych doznań tej ekipy. Eleeektro Spiro jest królem dnia, zium ziuuum, wbrew pozorom Cykad i miłosnych pieśni jest tam też sporo dobrze popieprzonego grania. Jeszcze większy szacunek, jeszcze więcej znakomitych piosenek zabranych w drogę życiową. Mam dużą słabość do Się ściemnia, którą trochę skruszył ostatni singiel przed "zawieszeniem" zespołu. W idealnym świecie wewnętrznie martwi, wyżarci i po prostu zmęczeni Jackowski z Korą nagrywają szybko płytę i jeszcze w 1986 roku ją wydają. Nie ma zupełnego plastiku na perkusji, jest bardziej organicznie. Na wokalu mniej maniery, mniej poszukiwań bycia diwą, wcale nie trzeba było dodawać teatru. Spalonego zresztą... Strona A nie jest aż tak dobra, właściwy cymesik uskuteczniają właśnie tutaj. Klasyczny Maanam na skraju istnienia, w zmienionym składzie, nawet TEN Grzegorz dograł coś na klawiszach. Zaskakuje zwięzłość tekstu, delikatne ucieczki w coś pretensjonalnego szybko gasną, a w środku fajerwerki gitarowe, których w ogóle nie spodziewałbym się po tym zespole. Żadne uzdrowiska, konfekcja i Ciechocinek. Żadnych marakasów, tarabanów i stylistycznej żenady. Styl, klasa, moralny niepokój, masa emocji, dojrzałość. Hipnotyczny charakterystyczny bas. Podskórnie czuć sygnały końca pewnej epoki, a w tym zbliżającym się końcu jeszcze trochę twórczej energii. Wystarczyło na bardzo dobre cztery minuty.
https://www.youtube.com/watch?v=atCctfJr1go
Maanam - Ty - nie ty (1986)
W idealnym świecie jest zupełnie inaczej. Nie ma żadnych przeciągniętych karier. Zespoły zawijają mandżur niedługo po tym, gdy drużyny stojące za nimi przestają mieć coś konstruktywnego do powiedzenia. Nie zawsze są szczęśliwe zakończenie. Nie zawsze kończy się chałturą. Dobrze, że nigdy szczególnie nie wkręciłem się w Maanam na tyle, by chcieć ogrywać ich koncertowe oblicze w latach dziecinnych, bo kaftan byłby blisko. Co innego czysto studyjnie, w poszukiwaniu kolejnych wersji, właściwych singli, perełek z lat właściwego Maanamu. Kolekcja singli to moje ostatnie odkrycie na tym odcinku, żyje we mnie dość mocno do tej pory. Odczarowałem sobie Oprócz błękitnego nieba, zniechęciłem się do singli z debiutu, bo to jeszcze takie nieoszlifowane diamenty. Rzeczy po 1991 roku to nie sprawdzam z szacunku do samego siebie i najlepszych doznań tej ekipy. Eleeektro Spiro jest królem dnia, zium ziuuum, wbrew pozorom Cykad i miłosnych pieśni jest tam też sporo dobrze popieprzonego grania. Jeszcze większy szacunek, jeszcze więcej znakomitych piosenek zabranych w drogę życiową. Mam dużą słabość do Się ściemnia, którą trochę skruszył ostatni singiel przed "zawieszeniem" zespołu. W idealnym świecie wewnętrznie martwi, wyżarci i po prostu zmęczeni Jackowski z Korą nagrywają szybko płytę i jeszcze w 1986 roku ją wydają. Nie ma zupełnego plastiku na perkusji, jest bardziej organicznie. Na wokalu mniej maniery, mniej poszukiwań bycia diwą, wcale nie trzeba było dodawać teatru. Spalonego zresztą... Strona A nie jest aż tak dobra, właściwy cymesik uskuteczniają właśnie tutaj. Klasyczny Maanam na skraju istnienia, w zmienionym składzie, nawet TEN Grzegorz dograł coś na klawiszach. Zaskakuje zwięzłość tekstu, delikatne ucieczki w coś pretensjonalnego szybko gasną, a w środku fajerwerki gitarowe, których w ogóle nie spodziewałbym się po tym zespole. Żadne uzdrowiska, konfekcja i Ciechocinek. Żadnych marakasów, tarabanów i stylistycznej żenady. Styl, klasa, moralny niepokój, masa emocji, dojrzałość. Hipnotyczny charakterystyczny bas. Podskórnie czuć sygnały końca pewnej epoki, a w tym zbliżającym się końcu jeszcze trochę twórczej energii. Wystarczyło na bardzo dobre cztery minuty.
https://www.youtube.com/watch?v=atCctfJr1go
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kurde, nie spodziewałem się aż takiego prejzu, ale miło, że aż tak trafiłem, ktoś to w ogóle rozpowszechnia i w ogóle...Rzecz zdecydowanie z kategorii wartych objęcia specjalną ochroną by pamięć o tym nie zaginęła, ja już puściłem to dalej. Jak dla mnie to jest najlepsza wrzutka mentosa od początku zabawy, więc jak mawiał klasyk - chylę copkę.
Wydaje, może i trochę przewracałem oczami słysząc poprawne acz sztampowe przykłady przedstawicieli gatunku, ale żeby narzekać to też bez przesady w tę stronę.Nie wiem, może mi się wydaje, ale ostatnio Seba strasznie narzekał na wszelkie post punkowe wrzuty, a tutaj nagle post punkowa wrzuta od Seby
To ja tylko dodam bardzo cenną i potrzebną uwagę, że to jedno ze skojarzeń które miałem z tyłu głowy, ale sam nie wiem czemu o tym nie napisałem w swojej recenzji.Gitary chwilami pobrzmiewają jakimiś włoskimi, śródziemnomorskimi klimatami.
Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć
W dzisiejszym odcinku postać wyjątkowa. Z Jackiem Skubikowskim mieliśmy styczność w tej zabawie - a to swego czasu bardzo fajna wrzuta Murzyna, raz go bodaj wrzucił Smoku i jeśli jeszcze się gdzieś przewinął, a tego nie wymieniłem, to najmocniej za to przepraszam.
W każdym razie twórczość tego Pana znam dość słabo, ale to co znam mogę z grubsza podzielić na dwie kategorie: rubaszne piosenki o seksie oraz coś, co można nazwać bluesem o przegrywaniu życia. Już sam ten rozstrzał wystarczy do tego, by przyciągnąć moją uwagę, ale dodam pro forma, że jednocześnie był prawnikiem, tekściarzem, gdzieś tam kręcił się wokół polityki i zajmował diabli wiedzą czym.
Na rubaszne piosenki takie jak ta o Lizaku, którą to niby kiedyś puszczono w Teleranku, może i przyjdzie pora, a może nie. Czas na przedstawiciela tej drugiej grupy. Co prawda, muzycznie to raczej nie stoi blisko klasycznego bluesa, a i w sumie na podstawie tekstu ciężko wywnioskować, by podmiot liryczny faktycznie przegrał wszystko w życiu, ale umówmy się, że nie bez powodu napisałem, że "można (to tak) nazwać", a nie że to dokładna definicja.
Ale nawet jeśli podmiot nie ma długów karcianych, nie wypadły mu zęby i generalnie ma dach nad głową, to jednak żeby jakoś dać radę usi chałturzyć w jakimś barze ze striptizem. I pewnikiem nieźle mu za to płacą, bo w okresie powstawania tego utworu do takich miejsc to raczej nie zachodził nikt, kto nie był cinkciarzem, dygnitarzem lub zagranicznym turystą. A że to były czasy, gdzie dało się utrzymać za równowartości jakichś 20 dolarów, to można wywnioskować, że pewnie gaża za taki występ była nieco wyższa...
Ale każda róża ma swoje dwie strony, jak to mawiają. Ja nigdy nie byłem muzykiem, a co dopiero muzykiem z ambicjami (bo nigdy też ambicji nie miałem), ale rozumiem, że ktoś może mieć inaczej i chciałby jednak coś tam samemu stworzyć oraz występować jako główna gwiazda. Przy okazji na scenie, która byłaby wypełniona kimś więcej niż bandą śliniących się do gołej dupy facecików. I wyobrażam sobie, że mając te ambicje, opisywany scenariusz byłby dla mnie upokarzający.
I zdaję sobie sprawę, że nawet jeśli możliwość obcinania wzrokiem gwiazdy wieczoru mogłaby być jakąś rekompensatą niedogodoności, to na pewno świadomość faktu, że sprawia wrażenie kogoś mną pogardzającego nie pozwoliłaby mi się tym jakoś szczególnie napawać. Zwłaszcza, gdybym żył w czasach jakich żył i ktoś nie napalił w piecu, by zapewnić ogrzewanie w środku zimy, chociaż to akurat by mi osobiście nie wadziło.
I jak to w życiu bywa - sytuacja nie jest tragiczna, ani beznadziejna, ale też za dobrze nie jest. I nie zanosi się na to, by mogło być lepiej, ale za to łatwo sprawić, by mogło być znacznie, znacznie gorzej.
Nie wiem, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=QMMIftigtqI
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dużo polskiej muzyki tym razem i widzę że mentos jak zapowiadał tak zrobił i zaprzyjaźnił się na dobre z tym jednym kawałkiem o którym przebąkiwał swego czasu.
Tu Marek Niedźwiecki, zapraszam was na 188. notowanie Best of Forum.
Kolejka 13. (188.)
71. Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix) (stripped)
72. Jimmy Fontana – Il Mondo (Hien)
73. Kombi - Przytul Mnie (devotional)
74. Maanam - Ty - nie ty (Dragon)
75. Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć (mintaj)
Tu Marek Niedźwiecki, zapraszam was na 188. notowanie Best of Forum.
Kolejka 13. (188.)
71. Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix) (stripped)
72. Jimmy Fontana – Il Mondo (Hien)
73. Kombi - Przytul Mnie (devotional)
74. Maanam - Ty - nie ty (Dragon)
75. Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
w prawo w lewo w lewo w prawo z recemzjami kręć się ŻWAWO
Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix)
Powrót Jacka do klubowych rytmów nie bez przyczyny. Siedzi całkiem głęboko w takich średnio szybkich rzeczach na house'owo, muszę przyznać. Całość naprawdę delikatnie narasta. Nie wiem jak z potencjałem parkietowym, ale w zaciszu domowo-spacerowym wypada całkiem dobrze. Może delikatnie się rozchodzi pod koniec, w końcu to remiks czegoś kompletnie dla mnie obcego, to wrażenie towarzyszy mi dość często. Nie ideał w klimatach zimowych, bardziej widzę to i słyszę pod Test Drive Unlimited lub inne podwieczorne letnie okoliczności. Aranż mniej zbudowany z fajerwerków, przy lekkim zaspaniu można przegapić przejście w wyższe rejony, bo bardziej liczy się jednak wokal. Tło solidne, wykonane naprawdę spoko. Cool jest groove, arpeggia, basowe tony. Historii Kiddy Smile nie powtórzy... ale nie mówię hop, dopóki za jakiś czas w niespodziewany sposób wróci do głowy. Tak z minutkę mogli skrócić heh
Jimmy Fontana – Il Mondo
Cieszę się, że Hien podłapał moje skojarzenie w poprzednim odcinku. Tym lepiej, jeśli tam faktycznie coś było na rzeczy z włoszczyzną w pochodzeniu. Nie tylko Premiata Forneria Marconi człowiek żyje... może w lepszym nastroju znowu wrócę do spaghetti proga. Poza tym trochę muzyki klubowej, italo disco, to wszystko. Prędzej Serie A i kilka miejsc, które muszę tam odwiedzić. Dobrze zajrzeć do tekstu, bo Jakub między wierszami zapodaje nam klasyczny munlupizm, tyle że właśnie al dente. Pozornie bezpretensjonalna, ot po prostu taka zamaszysta ballada, a między wierszami wpisuje się w edycję smuteczkową. Jest potężnie, choć jednocześnie trochę taka bardowska sytuacja. Z drugiej strony faktycznie trzeba mieć z czego dać głosem, by wybrzmiało w ten sposób. Słodko-gorzkie, ale na swój sposób bardzo przyjemne. Nic tylko jednak do Benewentu, kupić lokalny likier (pamiętam rekomendacje red. Dumanowskiego), wejść w dobre słowo z lokalsami i cieszyć się tym, co dookoła. Póki jest i my mamy okazję z tego korzystać. Pa pa americano, ostatnio wolę koszulę bliższą ciału, a wyraźne country ciągoty country na cenzurowanym. Tutaj klasyczny pop w bardzo dobrym wydaniu i finito.
Kombi - Przytul Mnie
Adrian próbuje odmalować obraz Łosowskiego, który dopiero po jazz-funkowych odlotach poszedł na pełnej pompie w syntezatory, a tu przecież właściwie robi to samo, tylko po prostu inaczej. Brzmieniowo jest dobrze, choć numer brzmi tak bardzo znajomo, że pewnie już się pojawił na forumie, a ja po prostu zapomniałem. No cóż... Kosmiczne rozmyślania na tematy niezobowiązujące, a i tak dominuje solo tiru riru na klawiszach. Słuchałem debiutu i następnej płyty i może po prostu nie jestem jakimś starym kiejkutem, bo poza docenieniem rzemiosła nie potrafię tej muzyki polubić. Perła z lamusa z lamusa. Trochę sztuczna, brakuje konkretu ponad zdolność grania w danej stylistyce. Jacek zarzucił nam tyle jakościowego RDZENNEGO grania, że sorry, ale tutaj delikatnie odbijam - pomimo mojej słabości do Nowego Rozdziału i Czwórki. Skawa jest dość creepy. Nie wiem, czy to kwestia braku pewności za mikrofonem, potrzeba wyrobienia się, konwencja, ale ten Barry White w domu bardziej obskurny niż ponętny. Gdy jeszcze wjeżdża linijka o pająku... nie że roast, ale czasem polscy tekściarze tak odpływają... zapachniało natchnionymi rzeczami do Stachurskiego. Wokal absolutnie najgorszym elementem kawałka. Powiem świeżości w demokracji socjalistycznej, tyle że jednak wolę Linie Życia i inne Randewu. Słuchałem debiutu dwa lata temu i tam dopóki Skawa nie wjeżdża jest po prostu okej.
Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć
Nawiązując skromnie do swojego tekstu, w idealnym świecie jest inaczej. Pan Jacek nie musialby chałturzyć i grywać koncertów z podchmielonymi znajomymi z "braniem do buzi". Nie skończyłby jako dość anonimowy autor tekstów dla wielu calkiem znanych zespołów. Byłby prędzej docenionym bluesmanem ze zmyślnym piórem, który do tego eksperymentował z automatami na swoich płytach, dzięki czemu nawet w PRLu udało mu się uzyskać charakterystyczne, stylowe brzmienie. Wrzutka Seby to już następny krążek, ale ja go z marszu zaklepuję do odsłuchu, bo zapowiedź zaciekawiła. Nie ma już Rolanda, bardziej brzmi jak typowa PROGRAMOWANA PERKUSJA. To samo jest w mojej wrzutce zdaje się. Niby granko na żywo, ale podmienione brzmienia. Didaskalia, bo charyzmatyczny wokal, lekko doomerski klimat i soczyste wycinanki gitarowe robią swoje, a perka po prostu uzupełnia resztę. To jeszcze z czasów dystynkcji angielskiego, gdzie użycie striptizu to niezbyt, ale bardziej wierny anglicyzm robi większe wrażenie. Tak jakby za mało było znaków czasu... Tekst sam w sobie nie trąci banałem, choć zręcznie zrymowany i lakonicznie ujęty. Zupełnie nie po mojemu. Tym wiekszy szacunek dla Pana Jacka. To są naprawdę rzeczy warte jeszcze poważniejszego odkurzenia. Należy się za te bezbeckie kasety w epoce... choć mam nadzieję, że dostał za to wszystko godziwy kwit. Większy należy się za bluesa.
Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix)
Powrót Jacka do klubowych rytmów nie bez przyczyny. Siedzi całkiem głęboko w takich średnio szybkich rzeczach na house'owo, muszę przyznać. Całość naprawdę delikatnie narasta. Nie wiem jak z potencjałem parkietowym, ale w zaciszu domowo-spacerowym wypada całkiem dobrze. Może delikatnie się rozchodzi pod koniec, w końcu to remiks czegoś kompletnie dla mnie obcego, to wrażenie towarzyszy mi dość często. Nie ideał w klimatach zimowych, bardziej widzę to i słyszę pod Test Drive Unlimited lub inne podwieczorne letnie okoliczności. Aranż mniej zbudowany z fajerwerków, przy lekkim zaspaniu można przegapić przejście w wyższe rejony, bo bardziej liczy się jednak wokal. Tło solidne, wykonane naprawdę spoko. Cool jest groove, arpeggia, basowe tony. Historii Kiddy Smile nie powtórzy... ale nie mówię hop, dopóki za jakiś czas w niespodziewany sposób wróci do głowy. Tak z minutkę mogli skrócić heh
Jimmy Fontana – Il Mondo
Cieszę się, że Hien podłapał moje skojarzenie w poprzednim odcinku. Tym lepiej, jeśli tam faktycznie coś było na rzeczy z włoszczyzną w pochodzeniu. Nie tylko Premiata Forneria Marconi człowiek żyje... może w lepszym nastroju znowu wrócę do spaghetti proga. Poza tym trochę muzyki klubowej, italo disco, to wszystko. Prędzej Serie A i kilka miejsc, które muszę tam odwiedzić. Dobrze zajrzeć do tekstu, bo Jakub między wierszami zapodaje nam klasyczny munlupizm, tyle że właśnie al dente. Pozornie bezpretensjonalna, ot po prostu taka zamaszysta ballada, a między wierszami wpisuje się w edycję smuteczkową. Jest potężnie, choć jednocześnie trochę taka bardowska sytuacja. Z drugiej strony faktycznie trzeba mieć z czego dać głosem, by wybrzmiało w ten sposób. Słodko-gorzkie, ale na swój sposób bardzo przyjemne. Nic tylko jednak do Benewentu, kupić lokalny likier (pamiętam rekomendacje red. Dumanowskiego), wejść w dobre słowo z lokalsami i cieszyć się tym, co dookoła. Póki jest i my mamy okazję z tego korzystać. Pa pa americano, ostatnio wolę koszulę bliższą ciału, a wyraźne country ciągoty country na cenzurowanym. Tutaj klasyczny pop w bardzo dobrym wydaniu i finito.
Kombi - Przytul Mnie
Adrian próbuje odmalować obraz Łosowskiego, który dopiero po jazz-funkowych odlotach poszedł na pełnej pompie w syntezatory, a tu przecież właściwie robi to samo, tylko po prostu inaczej. Brzmieniowo jest dobrze, choć numer brzmi tak bardzo znajomo, że pewnie już się pojawił na forumie, a ja po prostu zapomniałem. No cóż... Kosmiczne rozmyślania na tematy niezobowiązujące, a i tak dominuje solo tiru riru na klawiszach. Słuchałem debiutu i następnej płyty i może po prostu nie jestem jakimś starym kiejkutem, bo poza docenieniem rzemiosła nie potrafię tej muzyki polubić. Perła z lamusa z lamusa. Trochę sztuczna, brakuje konkretu ponad zdolność grania w danej stylistyce. Jacek zarzucił nam tyle jakościowego RDZENNEGO grania, że sorry, ale tutaj delikatnie odbijam - pomimo mojej słabości do Nowego Rozdziału i Czwórki. Skawa jest dość creepy. Nie wiem, czy to kwestia braku pewności za mikrofonem, potrzeba wyrobienia się, konwencja, ale ten Barry White w domu bardziej obskurny niż ponętny. Gdy jeszcze wjeżdża linijka o pająku... nie że roast, ale czasem polscy tekściarze tak odpływają... zapachniało natchnionymi rzeczami do Stachurskiego. Wokal absolutnie najgorszym elementem kawałka. Powiem świeżości w demokracji socjalistycznej, tyle że jednak wolę Linie Życia i inne Randewu. Słuchałem debiutu dwa lata temu i tam dopóki Skawa nie wjeżdża jest po prostu okej.
Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć
Nawiązując skromnie do swojego tekstu, w idealnym świecie jest inaczej. Pan Jacek nie musialby chałturzyć i grywać koncertów z podchmielonymi znajomymi z "braniem do buzi". Nie skończyłby jako dość anonimowy autor tekstów dla wielu calkiem znanych zespołów. Byłby prędzej docenionym bluesmanem ze zmyślnym piórem, który do tego eksperymentował z automatami na swoich płytach, dzięki czemu nawet w PRLu udało mu się uzyskać charakterystyczne, stylowe brzmienie. Wrzutka Seby to już następny krążek, ale ja go z marszu zaklepuję do odsłuchu, bo zapowiedź zaciekawiła. Nie ma już Rolanda, bardziej brzmi jak typowa PROGRAMOWANA PERKUSJA. To samo jest w mojej wrzutce zdaje się. Niby granko na żywo, ale podmienione brzmienia. Didaskalia, bo charyzmatyczny wokal, lekko doomerski klimat i soczyste wycinanki gitarowe robią swoje, a perka po prostu uzupełnia resztę. To jeszcze z czasów dystynkcji angielskiego, gdzie użycie striptizu to niezbyt, ale bardziej wierny anglicyzm robi większe wrażenie. Tak jakby za mało było znaków czasu... Tekst sam w sobie nie trąci banałem, choć zręcznie zrymowany i lakonicznie ujęty. Zupełnie nie po mojemu. Tym wiekszy szacunek dla Pana Jacka. To są naprawdę rzeczy warte jeszcze poważniejszego odkurzenia. Należy się za te bezbeckie kasety w epoce... choć mam nadzieję, że dostał za to wszystko godziwy kwit. Większy należy się za bluesa.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jimmy Fontana - Il Mondo
Dopiero po zakończeniu minionej kolejki uświadomiłem sobie że miałem napisać jedną rzecz która całkiem wyleciała mi z głowy, ale dzięki temu że Kuba trzyma się ściśle wyznaczonemu sobie na listopadową porę klimatu mogę równie dobrze napisać to teraz. Chodzi w sumie o rzecz z której wszyscy sobie tu chyba zdają sprawę ale na codzień zdarza się o tym nie myśleć, wychodzi ona jednak na jaw przy okazji tego typu wrzutek. Kuba ma starą duszę, myślę że jego wewnętrzne ja liczy sobie spokojnie więcej lat niż najstarsi użytkownicy tego forum i gdy zbliża się powoli zima ono daje o sobie znać. Ja to nawet sobie wyobrażam w ten sposób że gdy tylko z półek sklepowych znikają znicze Kuba wstaje następnego dnia rano i chowa do szafki maszynkę do golenia by zapuścić brodę. I ona tak sobie rośnie te prawie dwa miesiące a następnie 24 grudnia rano Kuba farbuje ją na siwo by móc wieczorem przywdziać strój Mikołaja i rozdawać prezenty na rodzinnej Wigilii. Następnie gdy wszyscy już najedzeni i radośni kładą się do snu on siada przy kominku, ściąga czapkę Mikołaja i nalewa sobie whiskacza słuchając właśnie takich przebojów od Slima Whitmana czy właśnie Jimmy'ego Fontany.
Te wszystkie retro kawałki z tą orkiestrową aranżacją na smyczki mają w sobie ten baśniowy-świąteczny pierwiastek, to jest coś co ja nazywam "piosenkami z filmu o samotnych świętach", co mogłoby lecieć w tv w scenie filmu takiego jak Home Alone albo Forrest Gump (pardon, tam była scenka noworoczna z prostytutkami w hotelu, ale generalnie vibe ch*jowych świąt w tym był). Nic no, pewnie dla odmiany teraz wyjdzie że ja munlupowi psuję wrzutę takimi wizjami ale trudno. Chyba znów nie do końca wiem co napisać, Jimmy głos jak dzwon, ładny uroczy kawałek, całkiem zgrabnie wpasowujący się pod pierwszy śnieg za oknami, to wszystko jest naprawdę dobre. Tylko szczerze mówiąc ja nie wiem czy będę po to sięgał bo nie umiem tego dopasować do swoich preferencji na tą porę roku.
Kombi - Przytul Mnie
Numer który poznałem raczej dość późno i to bodajże za sprawą kanału Kino Polska Muzyka (swoją drogą zapomniałem już o jego istnieniu!). Byłem w sporym szoku że Kombi potrafią takie funky rzeczy grać. Z miejsca trafiło to do mojego osobistego kanonu Polskiego Funku™. Zajefajny bas, super smyki, pięknie czarujące klawisze i uwodzicielski Skawa na wokalu tworzą niezwykle gęsty i duszny klimat w jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) utworów tej grupy. Easy prejz bo to od zawsze był potencjalny kandydat na bestkę i u mnie.
Maanam - Ty - nie ty
Mam kompilację Złota Kolekcja na której nawet widzę że jest ten numer - ale go nie kojarzę. Przyznam że jakoś tak średnio mi chyba leżą te smocze propozycje nt. Maanamu. Tu zespół w takim jakby trochę zimnofalowym wydaniu, sound kojarzy mi się chociażby z Siekierą, taki... suchy i metaliczny. Ewentualnie coś jak The Cure na Faith, które oceniam jednak dość różnie od preferowanego Seventeen Seconds. Najjaśniej błyszczy Kora na wokalu ale ją trudno przyćmić tak naprawdę bo to była chodząca osobowość, charyzma, aura czy jak tam się dziś mawia. Na ten moment mój kciuk leci gdzieś w bok i przechodzi nieco obok tej wrzuty.
Jacek Skubikowski - Gram dla stripteasu, żeby żyć
Fajnie że przy okazji bestek od czasu do czasu możemy odczarować takich artystów którym na podstawie jednego numeru nieraz przylepiano niesłusznie gębę. Nawet trochę trudno mi uwierzyć że to ten sam człowiek od niesławnego lizaka, ale to samo uczucie mi towarzyszyło gdy przesłuchiwałem "Jedyny hotel w mieście". Bardzo fajny kawałek osadzony gdzieś tam w latach transformacji między schyłkiem komuny a wschodem 3 RP. Myślę sobie że gość pisał bardzo fajne teksty i to był kurde bard na jakiego nie zasługiwaliśmy dlatego większą (nie)sławą okrył się u nas bardziej taki Kaczmarski. Raz kolejny mentos podrzuca coś z kategorii utworów do zamknięcia w kapsule czasu, lepiej niech następne pokolenia na tym się uczą jak pisać fajne i przystępne piosenki o żyćku.
Dopiero po zakończeniu minionej kolejki uświadomiłem sobie że miałem napisać jedną rzecz która całkiem wyleciała mi z głowy, ale dzięki temu że Kuba trzyma się ściśle wyznaczonemu sobie na listopadową porę klimatu mogę równie dobrze napisać to teraz. Chodzi w sumie o rzecz z której wszyscy sobie tu chyba zdają sprawę ale na codzień zdarza się o tym nie myśleć, wychodzi ona jednak na jaw przy okazji tego typu wrzutek. Kuba ma starą duszę, myślę że jego wewnętrzne ja liczy sobie spokojnie więcej lat niż najstarsi użytkownicy tego forum i gdy zbliża się powoli zima ono daje o sobie znać. Ja to nawet sobie wyobrażam w ten sposób że gdy tylko z półek sklepowych znikają znicze Kuba wstaje następnego dnia rano i chowa do szafki maszynkę do golenia by zapuścić brodę. I ona tak sobie rośnie te prawie dwa miesiące a następnie 24 grudnia rano Kuba farbuje ją na siwo by móc wieczorem przywdziać strój Mikołaja i rozdawać prezenty na rodzinnej Wigilii. Następnie gdy wszyscy już najedzeni i radośni kładą się do snu on siada przy kominku, ściąga czapkę Mikołaja i nalewa sobie whiskacza słuchając właśnie takich przebojów od Slima Whitmana czy właśnie Jimmy'ego Fontany.
Te wszystkie retro kawałki z tą orkiestrową aranżacją na smyczki mają w sobie ten baśniowy-świąteczny pierwiastek, to jest coś co ja nazywam "piosenkami z filmu o samotnych świętach", co mogłoby lecieć w tv w scenie filmu takiego jak Home Alone albo Forrest Gump (pardon, tam była scenka noworoczna z prostytutkami w hotelu, ale generalnie vibe ch*jowych świąt w tym był). Nic no, pewnie dla odmiany teraz wyjdzie że ja munlupowi psuję wrzutę takimi wizjami ale trudno. Chyba znów nie do końca wiem co napisać, Jimmy głos jak dzwon, ładny uroczy kawałek, całkiem zgrabnie wpasowujący się pod pierwszy śnieg za oknami, to wszystko jest naprawdę dobre. Tylko szczerze mówiąc ja nie wiem czy będę po to sięgał bo nie umiem tego dopasować do swoich preferencji na tą porę roku.
Kombi - Przytul Mnie
Numer który poznałem raczej dość późno i to bodajże za sprawą kanału Kino Polska Muzyka (swoją drogą zapomniałem już o jego istnieniu!). Byłem w sporym szoku że Kombi potrafią takie funky rzeczy grać. Z miejsca trafiło to do mojego osobistego kanonu Polskiego Funku™. Zajefajny bas, super smyki, pięknie czarujące klawisze i uwodzicielski Skawa na wokalu tworzą niezwykle gęsty i duszny klimat w jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) utworów tej grupy. Easy prejz bo to od zawsze był potencjalny kandydat na bestkę i u mnie.
Maanam - Ty - nie ty
Mam kompilację Złota Kolekcja na której nawet widzę że jest ten numer - ale go nie kojarzę. Przyznam że jakoś tak średnio mi chyba leżą te smocze propozycje nt. Maanamu. Tu zespół w takim jakby trochę zimnofalowym wydaniu, sound kojarzy mi się chociażby z Siekierą, taki... suchy i metaliczny. Ewentualnie coś jak The Cure na Faith, które oceniam jednak dość różnie od preferowanego Seventeen Seconds. Najjaśniej błyszczy Kora na wokalu ale ją trudno przyćmić tak naprawdę bo to była chodząca osobowość, charyzma, aura czy jak tam się dziś mawia. Na ten moment mój kciuk leci gdzieś w bok i przechodzi nieco obok tej wrzuty.
Jacek Skubikowski - Gram dla stripteasu, żeby żyć
Fajnie że przy okazji bestek od czasu do czasu możemy odczarować takich artystów którym na podstawie jednego numeru nieraz przylepiano niesłusznie gębę. Nawet trochę trudno mi uwierzyć że to ten sam człowiek od niesławnego lizaka, ale to samo uczucie mi towarzyszyło gdy przesłuchiwałem "Jedyny hotel w mieście". Bardzo fajny kawałek osadzony gdzieś tam w latach transformacji między schyłkiem komuny a wschodem 3 RP. Myślę sobie że gość pisał bardzo fajne teksty i to był kurde bard na jakiego nie zasługiwaliśmy dlatego większą (nie)sławą okrył się u nas bardziej taki Kaczmarski. Raz kolejny mentos podrzuca coś z kategorii utworów do zamknięcia w kapsule czasu, lepiej niech następne pokolenia na tym się uczą jak pisać fajne i przystępne piosenki o żyćku.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie idźcie tą drogą
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kiko Navarro - All Because of You
Lubię kawałki, które mają prostą taneczną strukturę z nałożonym, dobrym klimatycznym graniem. Jeśli się tego nie przekombinuje, to wychodzi bardzo zgrabnie i taki numer zapodaje Jaca. Kojarzy mi się to z wczesnymi latami 00wymi. Murzyn, poznając ten kawałek, miał wiele powodów do podjary i uciechy, i to czuć w numerze. Fajnie, że ten kawałek nie zginął w gąszczu wrzutek depeszwizyjnych, gdzie kontekst nie ma znaczenia, a numery lecą gdzieś w pizdu, zaraz po ogłoszeniu wyników. Jedyny zarzut, co do tego remiksu, to, że po 5 minutach już by mógł się skończyć, no ale jest też przewidziane na parkiety, a tam wiadomo, zanim się ludzie rozkręcą, roztańczą, to już mija słynne radiowe 3:30, musi być miejsce na zabawę. W każdym razie, bardzo fajna wrzuta.
Kombi - Przytul Mnie
Musiał pisze, że to hit, ja to kojarzę bardzo ledwo, nie kojarzę żebym kiedykolwiek słyszał to w radiu. Debiutu Kombi nigdy nie ruszyłem i w sumie trochę żałuję, bo tu się dzieją naprawdę fajne rzeczy. Funky tło brzmi jakby to produkował sam Andrzej Korzyński, a jedwabny wokal Skawy, totalnie mnie zaskakuje. Ok, to jest na swój sposób cringowe, ale kurde, udziela się, no i ta specyficzna polskość, którą tak lubię. Dla mnie ten numer to jest odkrycie i lekki szok, że Łosowski potrafił nagrywać taką fajną, pornosową muzykę. Skawiński, to chyba musiał parę głębszych wychylić, żeby to dostarczyć w taki sposób, no ale udało się. Klasa.
Maanam - Ty - nie ty
Maanam z rocznika czarnobylskiego, to może być coś dobrego i faktycznie jest spoko. Ja nigdy nie wkręciłem się w Maanam, ale tbh, gdybym zaczął ich słuchać na pełnej, to bym nie odrzucał tych nowszych rzeczy, bo o ile single malują taki i taki obraz, to na albumach mogą czaić się intrygujące sprawy (czego nauczyłem się słuchając dyskografii De Mono). W każdym razie, spoko jest ten kawałek. Produkcja trochę zagęszczona, miks niemal skrojony pod mono, co mi nie przeszkadza, bo ostatnio puszczam często muzykę na radyjku mono i generalnie sięgam często po nagrania mono, więc mi to pasuje. Piosenka fajna, Kora trochę przynudza na wokalu, mam wrażenie, że tego typu dukanie już słyszałem wielokrotnie w innych numerach Maanamu i że to zawsze brzmi identycznie, no ale znawcą też nie jestem. Jest to ok.
Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć
Lubię wracać do takiej polskiej muzyki w okolicach wiosny/lata, więc pewnie sobie do tego wtedy wrócę, ale już teraz mogę dać okejkę. To są rzeczy mega cringowe, ale jednocześnie lubię. Wokal koszmarny, a jednocześnie innego bym tu nie słyszał. Klub ze stripteasem, hehe, to musiały być miejsca dla ludzi o szerokich kieszeniach, bo takie przybytki nigdy nie świeciły neonami na całą okolicę. Każdy kto wiedział gdzie, to wiedział, ale z ulicy nikt by nie wszedł. Potrafię sobie wyobrazić, że leci to sobie w barze z frytkami, gdzie można dostać tylko frytki i upierdoloną solniczkę. Czasami rozumiem czemu ludzie tęsknią za PRL-em.
Lubię kawałki, które mają prostą taneczną strukturę z nałożonym, dobrym klimatycznym graniem. Jeśli się tego nie przekombinuje, to wychodzi bardzo zgrabnie i taki numer zapodaje Jaca. Kojarzy mi się to z wczesnymi latami 00wymi. Murzyn, poznając ten kawałek, miał wiele powodów do podjary i uciechy, i to czuć w numerze. Fajnie, że ten kawałek nie zginął w gąszczu wrzutek depeszwizyjnych, gdzie kontekst nie ma znaczenia, a numery lecą gdzieś w pizdu, zaraz po ogłoszeniu wyników. Jedyny zarzut, co do tego remiksu, to, że po 5 minutach już by mógł się skończyć, no ale jest też przewidziane na parkiety, a tam wiadomo, zanim się ludzie rozkręcą, roztańczą, to już mija słynne radiowe 3:30, musi być miejsce na zabawę. W każdym razie, bardzo fajna wrzuta.
Kombi - Przytul Mnie
Musiał pisze, że to hit, ja to kojarzę bardzo ledwo, nie kojarzę żebym kiedykolwiek słyszał to w radiu. Debiutu Kombi nigdy nie ruszyłem i w sumie trochę żałuję, bo tu się dzieją naprawdę fajne rzeczy. Funky tło brzmi jakby to produkował sam Andrzej Korzyński, a jedwabny wokal Skawy, totalnie mnie zaskakuje. Ok, to jest na swój sposób cringowe, ale kurde, udziela się, no i ta specyficzna polskość, którą tak lubię. Dla mnie ten numer to jest odkrycie i lekki szok, że Łosowski potrafił nagrywać taką fajną, pornosową muzykę. Skawiński, to chyba musiał parę głębszych wychylić, żeby to dostarczyć w taki sposób, no ale udało się. Klasa.
Maanam - Ty - nie ty
Maanam z rocznika czarnobylskiego, to może być coś dobrego i faktycznie jest spoko. Ja nigdy nie wkręciłem się w Maanam, ale tbh, gdybym zaczął ich słuchać na pełnej, to bym nie odrzucał tych nowszych rzeczy, bo o ile single malują taki i taki obraz, to na albumach mogą czaić się intrygujące sprawy (czego nauczyłem się słuchając dyskografii De Mono). W każdym razie, spoko jest ten kawałek. Produkcja trochę zagęszczona, miks niemal skrojony pod mono, co mi nie przeszkadza, bo ostatnio puszczam często muzykę na radyjku mono i generalnie sięgam często po nagrania mono, więc mi to pasuje. Piosenka fajna, Kora trochę przynudza na wokalu, mam wrażenie, że tego typu dukanie już słyszałem wielokrotnie w innych numerach Maanamu i że to zawsze brzmi identycznie, no ale znawcą też nie jestem. Jest to ok.
Jacek Skubikowski - Gram do stripteasu, żeby żyć
Lubię wracać do takiej polskiej muzyki w okolicach wiosny/lata, więc pewnie sobie do tego wtedy wrócę, ale już teraz mogę dać okejkę. To są rzeczy mega cringowe, ale jednocześnie lubię. Wokal koszmarny, a jednocześnie innego bym tu nie słyszał. Klub ze stripteasem, hehe, to musiały być miejsca dla ludzi o szerokich kieszeniach, bo takie przybytki nigdy nie świeciły neonami na całą okolicę. Każdy kto wiedział gdzie, to wiedział, ale z ulicy nikt by nie wszedł. Potrafię sobie wyobrazić, że leci to sobie w barze z frytkami, gdzie można dostać tylko frytki i upierdoloną solniczkę. Czasami rozumiem czemu ludzie tęsknią za PRL-em.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kiko Navarro feat. Julie McKnight - All Because of You (Koki Vocal Mix)
Murzyn z kolejną wrzutą, która przypomina nam, że jesień 2016 była jednym z najlepszych okresów do życia - gdybym miał robić swój ranking to najpierw spytałbym się po jaką cholerę miałbym robić coś tak kretyńskiego, a potem bym umieścił ten okres wysoko. W pełni rozumiem wrzucenie tego remiksu w kontekście tego okresu i wydarzeń z nim związanych, bo podskórnie czuję tu optymizm, nadzieję i ten stan w którym jest po prostu w życiu dobrze i fajnie, wszystko gra i buczy, a nawet jakby ktoś lub coś spróbowało mnie zdenerwować, to spojrzałbym się najwyżej z politowaniem. Nie pytajcie co sprawia, że tak czuję, bo to wynika z vibe'u, a nie z czegokolwiek konkretnego. Lubię muzykę klubową, która nie nadaje się do puszczenia w klubie i lubię fajne przejścia - dostałem jedno i drugie. Jaca dowiózł.
Jimmy Fontana – Il Mondo
Chciałem napisać coś osobistego, ale tbh jedyne co mógłbym powiedzieć o włoskiej muzyce to to, że w moim mieście w 2010 miał grać Francesco Napoli i nie poszedłem, ani nawet nie planowałem. Zamiast tego - pochwalę. Nawet nie za samą wrzutę, tylko za umiejętność odnalezienia czegoś ciekawego i interesującego tam gdzie nawet nie przeszło mi przez głowę w celu muzycznych poszukiwań. Bo to przecież żadna to perła z lamusa, tylko hit na całe Włochy i pół Albanii, o którym bym w życiu w innych okolicznościach nie usłyszał, chyba że jakiś Tarantino by go wygrzebał do swojego filmu czy nie wiem skąd. Ja tego patosu nie czuję w taki sposób jak OP, trochę brakuje mi osluchania w takich klimatach i/lub odpowiedniego kontekstu, by napisać coś oryginalniejszego niż rzucenie tekstem o słuchaniu tego przed kominkiem na fotelu bujanym, czytając absurdalnie dużych rozmiarów gazetę. Na pewno jest to JAKIEŚ, czego w ciemno bym nie założył czytając opis. A to już coś.
Kombi - Przytul Mnie
Kurczę pieczone. Ten kawałek naprawdę miał potencjał, by zostać moim faworytem tej kolejki, bo ta funkowa sekcja rytmiczna jest naprawdę cool, a syntezatory robią klimat, jak to ładnie ujął Hien - pornosowy. I kurde, wszystko jest pięknie, cacy, gra gitarka, jest klimacik, ale jest też problem, bo ten utwór zawiera ścieżkę wokalną. I Skawiński próbuje tu być zmysłowy, brzmieć jak jakiś Barry White czy tam inny murzyn, ale za cholerę mu to nie wychodzi i cały efekt trafia szlag. Łysy brzmi tu jak tani żigolak, a groteskowy tekst o wielkim, włochatym pająku tylko potęguje efekt pastiszu. Szkoda potencjału.
Maanam - Ty - nie ty
Ostatnio na spacerze doszedłem do wniosku, że generalnie to nie mam problemu z tym, że ktoś nie wie kiedy ze sceny zejść. Jeśli komuś się chce tworzyć, nawet jeśli już dawno się wypalił i nie ma nic do powiedzenia to nie mam z tym żadnego problemu, gdyż wychodzę z założenia, że a osobiście słuchać tego nie muszę i nie mam żadnego problemu z tym, by zignorować tę twórczość. Tbh jestem lekko zaskoczony samym faktem, że takie dywagacje prowadzę w kontekście Maanamu - relatywnie słabo znam ich twórczość, ale nie kojarzę, by zaliczyli aż taki zjazd po 1991 jak powiedzmy Kazik w 21 wieku. Kiedyś może ją poznam na tyle, by samemu się do tej kwestii ustosunkować, na razie słucham wrzuty Roberta. I kurde - klawe to jest. Kora nie tak zmanierowana, świetna sekcja rytmiczna, niezła kompozycja i niesamowity klimat. Wyznam wam w sekrecie, że ten Maanam to od dłuższego czasu widzi mi się jako nieco przehajpowany, a ten kawałek nieco mi ich odczarował - a to chyba o czymś świadczy. Albo i mnie.
Ciekawa kolejka
Murzyn z kolejną wrzutą, która przypomina nam, że jesień 2016 była jednym z najlepszych okresów do życia - gdybym miał robić swój ranking to najpierw spytałbym się po jaką cholerę miałbym robić coś tak kretyńskiego, a potem bym umieścił ten okres wysoko. W pełni rozumiem wrzucenie tego remiksu w kontekście tego okresu i wydarzeń z nim związanych, bo podskórnie czuję tu optymizm, nadzieję i ten stan w którym jest po prostu w życiu dobrze i fajnie, wszystko gra i buczy, a nawet jakby ktoś lub coś spróbowało mnie zdenerwować, to spojrzałbym się najwyżej z politowaniem. Nie pytajcie co sprawia, że tak czuję, bo to wynika z vibe'u, a nie z czegokolwiek konkretnego. Lubię muzykę klubową, która nie nadaje się do puszczenia w klubie i lubię fajne przejścia - dostałem jedno i drugie. Jaca dowiózł.
Jimmy Fontana – Il Mondo
Chciałem napisać coś osobistego, ale tbh jedyne co mógłbym powiedzieć o włoskiej muzyce to to, że w moim mieście w 2010 miał grać Francesco Napoli i nie poszedłem, ani nawet nie planowałem. Zamiast tego - pochwalę. Nawet nie za samą wrzutę, tylko za umiejętność odnalezienia czegoś ciekawego i interesującego tam gdzie nawet nie przeszło mi przez głowę w celu muzycznych poszukiwań. Bo to przecież żadna to perła z lamusa, tylko hit na całe Włochy i pół Albanii, o którym bym w życiu w innych okolicznościach nie usłyszał, chyba że jakiś Tarantino by go wygrzebał do swojego filmu czy nie wiem skąd. Ja tego patosu nie czuję w taki sposób jak OP, trochę brakuje mi osluchania w takich klimatach i/lub odpowiedniego kontekstu, by napisać coś oryginalniejszego niż rzucenie tekstem o słuchaniu tego przed kominkiem na fotelu bujanym, czytając absurdalnie dużych rozmiarów gazetę. Na pewno jest to JAKIEŚ, czego w ciemno bym nie założył czytając opis. A to już coś.
Kombi - Przytul Mnie
Kurczę pieczone. Ten kawałek naprawdę miał potencjał, by zostać moim faworytem tej kolejki, bo ta funkowa sekcja rytmiczna jest naprawdę cool, a syntezatory robią klimat, jak to ładnie ujął Hien - pornosowy. I kurde, wszystko jest pięknie, cacy, gra gitarka, jest klimacik, ale jest też problem, bo ten utwór zawiera ścieżkę wokalną. I Skawiński próbuje tu być zmysłowy, brzmieć jak jakiś Barry White czy tam inny murzyn, ale za cholerę mu to nie wychodzi i cały efekt trafia szlag. Łysy brzmi tu jak tani żigolak, a groteskowy tekst o wielkim, włochatym pająku tylko potęguje efekt pastiszu. Szkoda potencjału.
Maanam - Ty - nie ty
Ostatnio na spacerze doszedłem do wniosku, że generalnie to nie mam problemu z tym, że ktoś nie wie kiedy ze sceny zejść. Jeśli komuś się chce tworzyć, nawet jeśli już dawno się wypalił i nie ma nic do powiedzenia to nie mam z tym żadnego problemu, gdyż wychodzę z założenia, że a osobiście słuchać tego nie muszę i nie mam żadnego problemu z tym, by zignorować tę twórczość. Tbh jestem lekko zaskoczony samym faktem, że takie dywagacje prowadzę w kontekście Maanamu - relatywnie słabo znam ich twórczość, ale nie kojarzę, by zaliczyli aż taki zjazd po 1991 jak powiedzmy Kazik w 21 wieku. Kiedyś może ją poznam na tyle, by samemu się do tej kwestii ustosunkować, na razie słucham wrzuty Roberta. I kurde - klawe to jest. Kora nie tak zmanierowana, świetna sekcja rytmiczna, niezła kompozycja i niesamowity klimat. Wyznam wam w sekrecie, że ten Maanam to od dłuższego czasu widzi mi się jako nieco przehajpowany, a ten kawałek nieco mi ich odczarował - a to chyba o czymś świadczy. Albo i mnie.
Ciekawa kolejka
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jest i na to rada:mintaj pisze:30 lis 2025 23:45
Kombi - Przytul Mnie
jest też problem, bo ten utwór zawiera ścieżkę wokalną.
Na Twoje szczęście ten utwór występuje również w wersji instrumentalnej
https://youtu.be/yUnrRXieGu8?si=uh33zHXhxhsoFIbo
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kiko Navarro feat. Julie McKnight – All Because of You (KOKI Vocal Mix)
Tbh na początku myślałem, że zjadę ten numer, bo co to za pomysł wrzucać letniaczki w zimę (pomijając cały background tego konkretnego 2016 roku w życiu imć Murzyna). Ale im więcej się z nim osłuchiwałem, tym bardziej mnie kupował. Fakt, wciąż ma letniaczkowy vibe itp., ale wokal Julie zwycięża, brzmi fantastycznie (przywodzi trochę na myśl Beady Belle). Myślę, że będąc w Bełchatowie na przełomie listopada i grudnia totalnie fundowałbym sobie dobre samopoczucie właśnie taką muzą. Bicik klubowy też prima sort, w ogóle to jest jedna z TYCH murzyńskich wrzutek okołotanecznych, które po prostu nie wypadają źle i basta. A jeszcze te synthy w tle... Cudowny utwór, jaram się i w ogóle. Może kiedyś się do tego pobujam, tzn. raczej nie , ale jednak może. Znaczek jakości <3
Jimmy Fontana – Il Mondo
Prawie jak Johnny Fontane hehe, Godfather jest gdzieś blisko. Z jednej strony jest typowo włosko i muzycznie i wokalnie, a ja jakoś nigdy się tak Włochami pod tym kątem nie jarałem (ani krajem ani narodem), italo disco mi z reguły wystarczyło (ale faktem jest, że w tego typu szanson też umieją, nie gorzej niż Francuzi). Gość jednak poraża jakąś klasą, bije to z jego śpiewu. Nie jest to jakiś Bocelli czy coś, ale też nie w tę stronę chce zdaje się iść. Totalnie potrafię sobie wyobrazić ten kawałek na soundtracku do Cinema Paradiso (a może tam był tylko ja nie pamiętam?), bardzo ciepły i nostalgiczny numer będący okrutnie wprost filmowym. O taką retro muzykę nic nie robiłem, po raz kolejny Munlup pokazuje, że zna się na rzeczy. Dziwna tęsknota mnie chwyta, nie wiem za czym, ale działa.
Maanam – Ty - Nie Ty
Siouxie and the Banshees w domu, ale wyjątkowo udane i przyjemne w swojej post punkowej surowości na modłę peerelowską. Nie mogę złego słowa powiedzieć o tym numerze z kilku powodów - o Maanamie mam pojęcie słabe poza wieloma hitami i przesłuchanym wielokrotnie tamtej jesieni 2008 (co Kombi z niej pochodzi, że tak to ujmę) Nocnym Patrolu. Roszady personalne zespołu i jakiś dziwny lokalny Fleetwood Mac-vibe z ciągłym zdradzaniem się Jackowskiej i Jackowskiego nigdy mnie specjalnie nie interesowały. Numer jest świetny, ten basik wraz z bębnami zaczarowały mnie z miejsca, lekko znudzony i eteryczny wokal Kory tylko podbija energię całości. Nieco sennie, ale i waśnie post punkowo, a takie rzeczy się wspaniale łączą (no, dla mnie się tak łączą). Bardzo dobra wrzutka imcia Smokowskiego, która aż zaprasza do dalszej eksploracji. I to był singiel? W życiu wcześniej tego nie słyszałem, bo też co leci w radio...
Jacek Skubikowski – Gram Do Stripteasu, Żeby Żyć
To jest ten rodzaj muzyki, której obecność pasowałaby mi w filmach drugiej połowy lat 80. typu Zabij Mnie, Glino (gdyby tylko ten film nie silił się aż tak bardzo na bycie czymś solidnie amerykańsko-zachodnim w swoim charakterze). Względnie serialach z tamtych czasów opowiadających o życiu w tamtych czasach. Albo początek najntisów, ale nigdy później. Brudno, smutno, mrocznie i biednie, a jednocześnie bardzo surowo i z kawałkami tegoż Zachodu. Tekst jeszcze nie jest taki zły pomijając refren, ale też nie hejtuję, a umieszczam w kontekście czasów, z których pochodzi. I broni się tam bardzo. Pora roku też doskonała na takie rzeczy. Seba wyciągnął królika z kapelusza, ale właśnie za to lubię jego udział w tej zabawie hehe. Muzyka z miejsca skradła moje serduszko, reszta tak se, ale po paru odsłuchach... Chyba mój faworyt tej kolejki, w dodatku ma w sobie coś i z Falco i z Dave'a Stewarta. Nie umiem tego wyjaśnić, to po prostu jakiś 1987 w mojej duszy.
Tbh na początku myślałem, że zjadę ten numer, bo co to za pomysł wrzucać letniaczki w zimę (pomijając cały background tego konkretnego 2016 roku w życiu imć Murzyna). Ale im więcej się z nim osłuchiwałem, tym bardziej mnie kupował. Fakt, wciąż ma letniaczkowy vibe itp., ale wokal Julie zwycięża, brzmi fantastycznie (przywodzi trochę na myśl Beady Belle). Myślę, że będąc w Bełchatowie na przełomie listopada i grudnia totalnie fundowałbym sobie dobre samopoczucie właśnie taką muzą. Bicik klubowy też prima sort, w ogóle to jest jedna z TYCH murzyńskich wrzutek okołotanecznych, które po prostu nie wypadają źle i basta. A jeszcze te synthy w tle... Cudowny utwór, jaram się i w ogóle. Może kiedyś się do tego pobujam, tzn. raczej nie , ale jednak może. Znaczek jakości <3
Jimmy Fontana – Il Mondo
Prawie jak Johnny Fontane hehe, Godfather jest gdzieś blisko. Z jednej strony jest typowo włosko i muzycznie i wokalnie, a ja jakoś nigdy się tak Włochami pod tym kątem nie jarałem (ani krajem ani narodem), italo disco mi z reguły wystarczyło (ale faktem jest, że w tego typu szanson też umieją, nie gorzej niż Francuzi). Gość jednak poraża jakąś klasą, bije to z jego śpiewu. Nie jest to jakiś Bocelli czy coś, ale też nie w tę stronę chce zdaje się iść. Totalnie potrafię sobie wyobrazić ten kawałek na soundtracku do Cinema Paradiso (a może tam był tylko ja nie pamiętam?), bardzo ciepły i nostalgiczny numer będący okrutnie wprost filmowym. O taką retro muzykę nic nie robiłem, po raz kolejny Munlup pokazuje, że zna się na rzeczy. Dziwna tęsknota mnie chwyta, nie wiem za czym, ale działa.
Maanam – Ty - Nie Ty
Siouxie and the Banshees w domu, ale wyjątkowo udane i przyjemne w swojej post punkowej surowości na modłę peerelowską. Nie mogę złego słowa powiedzieć o tym numerze z kilku powodów - o Maanamie mam pojęcie słabe poza wieloma hitami i przesłuchanym wielokrotnie tamtej jesieni 2008 (co Kombi z niej pochodzi, że tak to ujmę) Nocnym Patrolu. Roszady personalne zespołu i jakiś dziwny lokalny Fleetwood Mac-vibe z ciągłym zdradzaniem się Jackowskiej i Jackowskiego nigdy mnie specjalnie nie interesowały. Numer jest świetny, ten basik wraz z bębnami zaczarowały mnie z miejsca, lekko znudzony i eteryczny wokal Kory tylko podbija energię całości. Nieco sennie, ale i waśnie post punkowo, a takie rzeczy się wspaniale łączą (no, dla mnie się tak łączą). Bardzo dobra wrzutka imcia Smokowskiego, która aż zaprasza do dalszej eksploracji. I to był singiel? W życiu wcześniej tego nie słyszałem, bo też co leci w radio...
Jacek Skubikowski – Gram Do Stripteasu, Żeby Żyć
To jest ten rodzaj muzyki, której obecność pasowałaby mi w filmach drugiej połowy lat 80. typu Zabij Mnie, Glino (gdyby tylko ten film nie silił się aż tak bardzo na bycie czymś solidnie amerykańsko-zachodnim w swoim charakterze). Względnie serialach z tamtych czasów opowiadających o życiu w tamtych czasach. Albo początek najntisów, ale nigdy później. Brudno, smutno, mrocznie i biednie, a jednocześnie bardzo surowo i z kawałkami tegoż Zachodu. Tekst jeszcze nie jest taki zły pomijając refren, ale też nie hejtuję, a umieszczam w kontekście czasów, z których pochodzi. I broni się tam bardzo. Pora roku też doskonała na takie rzeczy. Seba wyciągnął królika z kapelusza, ale właśnie za to lubię jego udział w tej zabawie hehe. Muzyka z miejsca skradła moje serduszko, reszta tak se, ale po paru odsłuchach... Chyba mój faworyt tej kolejki, w dodatku ma w sobie coś i z Falco i z Dave'a Stewarta. Nie umiem tego wyjaśnić, to po prostu jakiś 1987 w mojej duszy.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jay-Z - December 4thThey say, “They never really miss you ’til you dead or you gone”
So on that note, I’m leavin’ after this song
(2003)
Podejrzewam że postać Shawna Cartera może się jeszcze pojawić na tym forum gdzieś tam, ale póki co w bestce utworowej umyśliłem sobie taką piękną klamrę w postaci tego jednego dubla dzisiaj. Zwłaszcza że w tym tygodniu nadarza się ku temu idealna okazja - 4 grudnia - dzień jego urodzin.
Poza tym skoro przygodę z Jayem w bestce utworowej rozpocząłem od jego pierwszego singla z debiutanckiej płyty myślę że nie będzie lepszego zakończenia niż właśnie ten utwór z albumu który... miał być tym ostatnim w karierze Jaya. Bo tak właśnie był reklamowany The Black Album, jako ostatni album w karierze rapera który po zaledwie 7 latach od debiutu - wydając albumy rok w rok - miał przejść na emeryturę. Ale ten nieco pożegnalny vibe tego kawałka i data z nin związana to nie jedyne powody by go dziś wrzucić.
Po pierwsze warto wspomnieć o cudownym soulowym bicie stworzonym przez wieloletniego współpracownika Jaya jakim był producent Just Blaze, jeden z czołowych beatmakerów znanych ze swojego "chipmunk soul" brzmienia (charakterystycznego też dla wczesnych nagrań Kanye Westa potem). Ten podkład ma w sobie szczególny vibe, jakaś taką filmową aurę happy endu i odejścia głównego bohatera w chwale ku zachodzącemu słońcu. Dla mnie zresztą tego typu brzmienia to też idealna rzecz do słuchania zimą (której może kalendarzowo jeszcze nie mamy ale jest grudzień i jest śnieg więc wystarczy). Druga sprawa to sam tekst który jest niezwykle nostalgiczny, w którym Jay wspomina swoją drogę do sukcesu a całość znakomicie uzupełniona jest o fragmenty mówione przez samą mamę Jaya - Glorię Carter, wspominającą różne chwile z jego życia. Ten detal dodaje bardzo dużo do klimatu tego utworu, bo słuchając matki opowiadającej z dumą o swoim synu i o tym jak wychowując go bez pomocy ojca starała się utrzymać z nim więź przyznaję że się kurde wzruszam, to jest dla mnie jeden z najbardziej WHOLESOME rapowych numerów jakie słyszałem. To chyba też najlepszy kawałek z The Black Album i w sumie jedyne czego jako fan mógłbym żałować w kontekście tej płyty to chyba to... że cała emerytura Jaya trwała raptem 3 lata po czym wrócił a albumy które potem nagrywał były już przeważnie moim zdaniem level niżej od wcześniejszych dokonań. Szkoda że w pewien sposób roztrwonił to idealne zakończenie kariery, ale mniejsza z tym. Póki co wrzucam tę pioseneczkę, Jay niech zdmuchnie świeczki a my posłuchajmy jego muzy z czasów kiedy miał jeszcze coś fajnego do zaoferowania.
https://youtu.be/teeh55W4xDA?si=sK3iVsUrLZo9lp_-
P.S.
Znalazłem teraz jeszcze takie wideo od gościa którego lubię czasem oglądać na YouTube, trochę rozbija numer na czynniki pierwsze, trochę egzaltacji ale ogółem można zerknąć jakby ktoś chciał WINCYJ.
https://youtu.be/YlITCwKrEhE?si=PpXaRCUbp1CMmrM_
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To ja tylko pro forma napisze, że ten kawałek ni siusiaka mi się z latem nie kojarzy, chyba że jak już to nwm o jakiejś porze typu 3 nad ranem. Ale typowym letnim bengerem na pewno bym go nie określił.Tbh na początku myślałem, że zjadę ten numer, bo co to za pomysł wrzucać letniaczki w zimę (pomijając cały background tego konkretnego 2016 roku w życiu imć Murzyna).
A, i dzięki za prejz. Moja dobra seria trwa zaskakująco długo i aż boje się kiedy ją przerwę. Kto wie, może nastąpi to teraz?
Procol Harum - A Whiter Shade of Pale
Niewykluczone. Dzisiaj wrzucam nie dość, że stary rock psychodeliczny, to jeszcze klasyk ograny na sto różnych sposobów, stałego przedstawiciela topu wszechczasów trójki, tak zwanego ENDŻOJA itepe itede.
To nie będzie wrzuta osobista, bo ten zespół kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Pierwsza to to, jak w jakimś 2012 roku próbowałem się z nim zapoznać tak jak pan Bóg przykazał, to jest idąc całą dyskografią od pierwszej do ostatniej płyty, by przekonać się na własne uszy jak ten zespół ewoluował, się rozwijał, poznać mniej ograne rzeczy itd. Efekt był taki, że w sumie to część z tych płyt mi się podobała, część nie podobała, ale ni cholery ich nie pamiętam.
Druga to jak kupiłem sobie od jakiegoś dziadka handlującego rupieciami na ulicy w Krakowie winyla z PRLowskim wydaniem Procol's Ninth. Nie wiem w sumie po co, może po cichu liczyłem na to, że uda mi się go opchnąć na jakimś Ebay'u, co nigdy się nie nastąpiło. Tę płytę przesłuchałem z ciekawości może z raz z czego z nośnika - nigdy (choćby ze względu na brak sprzętu, który by to umożliwiał), ale mam ją po dziś dzień, to jeden z moich dwóch winyli i nawet wiozłem ją ze sobą podczas każdej przeprowadzki. Sam nie wiem po co.
Tyle tylko, że żadne z tych wspomnień nie wiąże się szczególnie z tym utworem. I pewnie to nawet nie jest do końca sprawiedliwe, że ten zespół kojarzy mi się praktycznie tylko z nim. Nic jednak nie poradze na to, że może jakiś trójkowy pierwiastek sprawia, że nadal mnie wzrusza. Tak po prostu o.
Tyle. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=hxa6GUIkNac
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Budka Suflera - Za Ostatni Grosz (1982)
Przy okazji jednej z ostatnich Dwizji mogłem rzucić, iż mam swoich faworytów w twórczości tego nieszczęśliwego bandu, za którym tak naprawdę średnio przepadam. Może to dlatego, że obaj ci faworyci nie posiadają Cugowskiego na wokalu. Cóż, gość miał głos jak hangar, co tu dużo mówić, ale też jego maniera śpiewu mnie morduje po dziś dzień. Na szczęście są (a raczej byli) Felicjan Andrzejczak i Romuald Czystaw.
No i kolekcja winyli Mojego Taty, gdzie i tego krążka nie mogło zabraknąć. Akurat obcowałem z całą płytą na wiele lat przed jesienią/zimą 2008, gdyż Staruszek wprost kocha ten konkretny album, a tytułowy to już w ogóle mu kapcie ze stóp zrywa. Nie pomnę, ile razy i przy ilu okazjach nucił gdzieś tekst, który siłą rzeczy wgryzał się w mózg (inb4 "co takiego?") małego Musiała. Do tego stopnia, że pamiętam ten numer z tzw. radogoskich czasów, mógł być odpalany z winyla, mógł ze szpul, wiele było opcji. Cały ten melancholijno-cyniczny charakter tekstu oczywiście zaczął do mnie przemawiać wiele lat później. Dziś rezonuje wyjątkowo mocno, tylko mam problem ze zdefiniowaniem tzw. zielonych lat. A co do całej reszty... nie wiem, czy to klimatyczne solo robi Janiak czy Borysewicz, ale za to klawisze Lipki w tle robią świetny nastrój. No, ale kurde, wokal, tutaj o wokal chodzi. Czystaw miał świetny, taki właśnie lekko "na wyjebaniu" sposób śpiewu, który jednocześnie jest bardzo przejęty. A więc jest jesień 2008, właściwie to zima, za oknem robi się paskudnie jak teraz (ale przynajmniej śnieg pada, więc jest mniej paskudnie), ja odpalam winyla na Adamie od Unitry i wspominam rok 1999 dajmy na to. A potem 1995, kiedy też musiałem słyszeć ten utwór.
A teraz wspominam 2008 siedząc w głębi 2025 i zastanawiam się, czy w ogóle mam ten ostatni grosz, by go na coś wydać. Zabrzmię jak potworny polski boomer z głębokiego stanu wojennego, ale ta muza naprawdę chwyta mnie za serducho, nic nie poradzę. After all I am my father's son, czy coś takiego. Zapraszam wszystkich do bycia cynicznymi i nostalgicznymi zarazem. Wraz z piękną okładką Wojciecha Grzymały.
https://www.youtube.com/watch?v=mDIC7GD ... rt_radio=1
Przy okazji jednej z ostatnich Dwizji mogłem rzucić, iż mam swoich faworytów w twórczości tego nieszczęśliwego bandu, za którym tak naprawdę średnio przepadam. Może to dlatego, że obaj ci faworyci nie posiadają Cugowskiego na wokalu. Cóż, gość miał głos jak hangar, co tu dużo mówić, ale też jego maniera śpiewu mnie morduje po dziś dzień. Na szczęście są (a raczej byli) Felicjan Andrzejczak i Romuald Czystaw.
No i kolekcja winyli Mojego Taty, gdzie i tego krążka nie mogło zabraknąć. Akurat obcowałem z całą płytą na wiele lat przed jesienią/zimą 2008, gdyż Staruszek wprost kocha ten konkretny album, a tytułowy to już w ogóle mu kapcie ze stóp zrywa. Nie pomnę, ile razy i przy ilu okazjach nucił gdzieś tekst, który siłą rzeczy wgryzał się w mózg (inb4 "co takiego?") małego Musiała. Do tego stopnia, że pamiętam ten numer z tzw. radogoskich czasów, mógł być odpalany z winyla, mógł ze szpul, wiele było opcji. Cały ten melancholijno-cyniczny charakter tekstu oczywiście zaczął do mnie przemawiać wiele lat później. Dziś rezonuje wyjątkowo mocno, tylko mam problem ze zdefiniowaniem tzw. zielonych lat. A co do całej reszty... nie wiem, czy to klimatyczne solo robi Janiak czy Borysewicz, ale za to klawisze Lipki w tle robią świetny nastrój. No, ale kurde, wokal, tutaj o wokal chodzi. Czystaw miał świetny, taki właśnie lekko "na wyjebaniu" sposób śpiewu, który jednocześnie jest bardzo przejęty. A więc jest jesień 2008, właściwie to zima, za oknem robi się paskudnie jak teraz (ale przynajmniej śnieg pada, więc jest mniej paskudnie), ja odpalam winyla na Adamie od Unitry i wspominam rok 1999 dajmy na to. A potem 1995, kiedy też musiałem słyszeć ten utwór.
A teraz wspominam 2008 siedząc w głębi 2025 i zastanawiam się, czy w ogóle mam ten ostatni grosz, by go na coś wydać. Zabrzmię jak potworny polski boomer z głębokiego stanu wojennego, ale ta muza naprawdę chwyta mnie za serducho, nic nie poradzę. After all I am my father's son, czy coś takiego. Zapraszam wszystkich do bycia cynicznymi i nostalgicznymi zarazem. Wraz z piękną okładką Wojciecha Grzymały.
https://www.youtube.com/watch?v=mDIC7GD ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gisula – North Town
Pewnym gronem muzycznym, które zawsze było dla mnie ważne, jest muzyka z gier video. Póki co, rzadko zdarzało mi się wrzucać takie kawałki, a berło w temacie dzierżył Wuja. W każdym razie, będę starał się powoli nadrabiać zaległości na tym polu, no i to jest taki utwór.
Gisula to tajwańsko-amerykańska kompozytorka i producentka. Jak rzucam okiem na jej Bandcampa, to nic tam niczego mi nie mówi, ale w sumie to by się zgadzało, bo sam poznałem ją grając w grę indie pt.: „The Spirit & the Mouse”. W grze, wcielamy się w mysz, która uzyskuje specjalne moce, po tym, jak uderzył w nią piorun i wykonując konkretne zadania, pomaga ona mieszkańcom małego miasteczka. Atmosfera bajkowa i sielska, no i taka jest też muzyka. Instrumentem prowadzącym jest pianino, ale pojawiają się też inne, tworząc ciepły, miły klimat. Jeżeli nawet akordeon sprawia, że serce mi szybciej bije, to jednak o czymś to świadczy.
Grudzień to taki miesiąc, który, gdyby go przełożyć na muzykę, to tak by dla mnie brzmiał. Żaden inny miesiąc nie powoduje u mnie takich zrywów sentymentów, uczuciowego zmiękczenia, itd. jednocześnie jestem wtedy najbardziej podatny na wszelkiego rodzaju życiowe ciosy, więc pomimo wspaniałości tego okołoświątecznego okresu, to nie są tylko kolorowe chwile. No, ale u nikogo raczej nie są.
Dobra, nie ma co krakać, póki co wszystko gra, więc proponuję wyluzować się, słuchając, między innymi, tej muzyki.
https://youtu.be/e1zwAqQ5U-o?list=RDe1zwAqQ5U-o
Pewnym gronem muzycznym, które zawsze było dla mnie ważne, jest muzyka z gier video. Póki co, rzadko zdarzało mi się wrzucać takie kawałki, a berło w temacie dzierżył Wuja. W każdym razie, będę starał się powoli nadrabiać zaległości na tym polu, no i to jest taki utwór.
Gisula to tajwańsko-amerykańska kompozytorka i producentka. Jak rzucam okiem na jej Bandcampa, to nic tam niczego mi nie mówi, ale w sumie to by się zgadzało, bo sam poznałem ją grając w grę indie pt.: „The Spirit & the Mouse”. W grze, wcielamy się w mysz, która uzyskuje specjalne moce, po tym, jak uderzył w nią piorun i wykonując konkretne zadania, pomaga ona mieszkańcom małego miasteczka. Atmosfera bajkowa i sielska, no i taka jest też muzyka. Instrumentem prowadzącym jest pianino, ale pojawiają się też inne, tworząc ciepły, miły klimat. Jeżeli nawet akordeon sprawia, że serce mi szybciej bije, to jednak o czymś to świadczy.
Grudzień to taki miesiąc, który, gdyby go przełożyć na muzykę, to tak by dla mnie brzmiał. Żaden inny miesiąc nie powoduje u mnie takich zrywów sentymentów, uczuciowego zmiękczenia, itd. jednocześnie jestem wtedy najbardziej podatny na wszelkiego rodzaju życiowe ciosy, więc pomimo wspaniałości tego okołoświątecznego okresu, to nie są tylko kolorowe chwile. No, ale u nikogo raczej nie są.
Dobra, nie ma co krakać, póki co wszystko gra, więc proponuję wyluzować się, słuchając, między innymi, tej muzyki.
https://youtu.be/e1zwAqQ5U-o?list=RDe1zwAqQ5U-o
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn